Grzesznik - Maggie Stiefvater - ebook
lub
Opis

Powieść powiązana z trylogią Wilkołaki z Mercy Falls, która została przetłumaczona na 37 języków!

Grzesznik to dodatek do trylogii Wilkołaki z Mercy Falls (Drżenie, Niepokój, Ukojenie) - współczesnej opowieść o wilkołakach.
Powieść koncentruje się na Cole'u St. Clairze, ważnej postaci trylogii. Wszyscy sądzą, że znają historię Cole'a: sława, uzależnienie, upadek, zniknięcie. Ale tylko kilka osób poznało najmroczniejszy sekret Cole'a - jego umiejętność przemiany w wilka. Jedną z nich jest Isabel.
Tym razem bohaterowie spotykają się w Los Angeles. Ich losy znowu się splatają. Cole – tytułowy Grzesznik – postanawia się zmienić – dla Isabel, która próbuje ułożyć sobie życie po śmierci brata. Kiedyś wydawało się, że ich związek nie ma przyszłości, a oni potrafią bez siebie żyć. Okazało się jednak, że są na siebie skazani…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 394


Maggie Stiefvater

GRZESZNIK

przełożył Jakub Radzimiński

Tytuł oryginału: Sinner

Copyright © 2014 by Maggie Stiefvater. All rights reserved.

Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Jakub Radzimiński, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Książkę tę dedykuję czytelnikom, którzy zawsze mnie wspierają. Wiecie, o kim mowa.

W dół, w dół, w dół. Czy ten upadek nigdy się nie skończy?

Lewis Carroll, Przygody Alicji w krainie czarów1

Tam, gdzie byłaś Ty, zieje teraz w świecie dziura, którą za dnia nieustannie omijam i w którą w nocy nieustannie wpadam. Brakuje mi Ciebie jak diabli.

Edna St. Vincent Millay, Letters2

Nie sam koniec, ale tuż przed

Jestem wilkołakiem w L.A.

Zapytałaś mnie, dlaczego to zrobiłem.

„Dlaczego co zrobiłem?”.

„Wszystko, Cole. Wszystko”.

Ech, zawsze lubiłaś przesadę. Wcale nie chodziło ci o wszystko. Chodziło ci o ostatnie pięć tygodni. O podpalenie sklepu, w którym pracowałaś. O wykopanie z jedynej knajpy podającej sushi, którą lubiłaś. O rozciągnięcie twoich ulubionych legginsów, a potem podarcie ich podczas ucieczki przed glinami.

Chciałaś wiedzieć, dlaczego tu wróciłem.

To nie jest wszystko. Nawet jeśli teraz tym się wydaje.

„Wiem, dlaczego to zrobiłeś”.

„Ach tak?”.

„Zrobiłeś to tylko po to, żeby móc powiedzieć: jestem wilkołakiem w L.A.”.

Zawsze powtarzasz, że robię różne rzeczy tylko dlatego, że dobrze by wyglądały w telewizji. Albo że mówię tylko to, co będzie później dobrze brzmiało jako tekst piosenki. Albo że robię coś, bo moim zdaniem dobrze wtedy wyglądam. Mówisz to wszystko, tak jakbym miał jakikolwiek wybór. Rzeczywistość wdziera się we mnie oczami, uszami, porami skóry; moje receptory zaczynają pulsować bez wytchnienia, neurony odpalają niczym artyleria, a kiedy wszystko to dociera w końcu do mojego mózgu i wychodzi ze mnie po drugiej stronie, jest zmienione, przeistoczone w inny gatunek, inne piksele, inne kanały. Błyszczące lub matowe. Nie mogę zmienić tego, jaki jestem. Jestem artystą, piosenkarzem, wilkołakiem, grzesznikiem.

To, że śpiewam dla tłumów, nie sprawia, że moje słowa nie są prawdziwe.

Jeśli to przeżyjemy, zdradzę ci prawdę. Powiem ci, dlaczego to robię. I lepiej, żebyś mi wtedy uwierzyła.

Wróciłem po ciebie, Isabel.

Rozdział pierwszyCole

F ♮ Live:Dzisiaj rozmawiamy z młodym Cole’em St. Clairem, liderem NARKOTIKI. To jego pierwszy wywiad od... no, od bardzo dawna. Dwa lata temu padł twarzą na scenę podczas koncertu, a zaraz potem zaginął. Zapadł się pod ziemię. Policja przeszukiwała dna rzek, nastolatki płakały i budowały kapliczki. Sześć miesięcy później uderza informacja, że jest na odwyku. A potem znowu zniknął. Ale wygląda na to, że wkrótce usłyszymy nowe utwory ukochanego cudownego dziecka amerykańskiego rocka, bo właśnie podpisał kontrakt z Baby North.

– Wolisz psy czy szczeniaki, Larry? – zapytałem, wyciągając szyję, aby wyjrzeć przez przyciemnianą szybę.

Po lewej: śnieżnobiałe samochody. Po prawej: samochody czarne jak węgiel. Głównie mercedesy, ale też kilka audi. Promienie słońca odbijały się i skrzyły na maskach. Palmy wyrastały tu i ówdzie w nieregularnych odstępach. Dotarłem do celu. W końcu dotarłem do celu.

Kochałem Zachodnie Wybrzeże miłością typową dla kogoś ze Wschodniego. Było proste, czyste i nieskalane czymś tak nieprzyzwoitym jak prawda.

Mój kierowca spojrzał na mnie w lusterku wstecznym. Jego powieki przypominały dwa namioty rozbite niedbale nad przekrwionymi oczami. Był przygnębiającym rezydentem garnituru, który cierpiał z konieczności okrywania go.

– Leon.

Komórka była urojonym słońcem przy moim uchu.

– „Leon” nie jest poprawną odpowiedzią na to pytanie.

– Tak się nazywam – odparł.

– Oczywiście, że tak – przytaknąłem serdecznie.

Gdy się nad tym zastanowić, rzeczywiście nie wyglądał jak Larry. Nie z tym zegarkiem. I nie z takimi ustami. Uznałem, że Leon nie pochodził z L.A. Zapewne przyszedł na świat w Wisconsin. Albo w Illinois.

– Psy. Szczeniaki.

Wypuścił powietrze z płuc, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Chyba szczeniaki.

Wszyscy zawsze wybierali szczeniaki.

– Dlaczego szczeniaki?

Przez chwilę Larry – nie, Leon! – szukał właściwych słów, tak jakby nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał.

– Chyba przyjemniej się je obserwuje. Są ciągle w ruchu.

Nie mogłem go za to winić. Sam bym wybrał szczeniaki.

– Jak sądzisz, Leonie, dlaczego z wiekiem powolnieją? – zapytałem. Przytknięty do ucha telefon był naprawdę bardzo rozgrzany. – Mam na myśli psy,

Leon odpowiedział bez wahania:

– Męczą się życiem.

F ♮ Live:Cole? Jesteś tam jeszcze?

Cole St. Clair: Tak jakby odpłynąłem podczas twojego wstępu. Właśnie pytałem swojego kierowcy, czy woli psy, czy szczeniaki.

F ♮ Live:To był długi wstęp. I co wybrał?

Cole St. Clair: A ty co byś wybrał?

F ♮ Live:Chyba szczeniaki.

Cole St. Clair: Ha! Podwójne „ha”. Larry – Leon – się z tobą zgadza. Dlaczego wybrałeś szczeniaki?

F ♮ Live:Chyba dlatego, że są słodsze.

Odsunąłem telefon od twarzy.

– Martin z F Natural Live też wybrał szczeniaki. Są słodsze.

Informacja ta jakoś specjalnie nie rozweseliła Leona.

Cole St. Clair: Leon uważa, że zapewniają więcej rozrywki. Mają więcej energii.

F ♮ Live:Ale to jest też wyczerpujące, prawda? No, chyba że to jest czyjś inny szczeniak. Wtedy możesz się przyglądać, a bałagan jest problemem kogoś innego. Masz psa?

Ja byłem psem. W Minnesocie mieszkałem razem ze sforą wyczulonych na zmiany temperatury wilkołaków. Należałem do tej watahy. W niektóre dni ten fakt sprawiał wrażenie ważniejszego niż wszystko inne. To była jedna z tych tajemnic, które znaczyły więcej dla innych.

Cole St. Clair: Nie. Nie, nie, nie.

F ♮ Live:Cztery „nie”. Usłyszycie to tylko u nas, ludzie. Cole St. Clair zdecydowanie nie ma psa. Ale może wkrótce będzie miał album. Spójrzmy na to z odpowiedniej perspektywy. Pamiętacie, kiedy to było hitem?

Gdy wymawiał ostatnie słowa, zabrzmiały pierwsze takty jednego z naszych ostatnich singli, Wait/Don’t Wait, czyste i żrące niczym kwas. Grali to wszędzie tak często, że dla mnie dawno już straciło resztki pierwotnego emocjonalnego wydźwięku. To był utwór mówiący o mnie napisany przez kogoś innego. Ale musiałem przyznać, że to był świetny kawałek kogoś innego. Ktokolwiek wymyślił tę linię basu, zdecydowanie wiedział, co robi.

– Możesz mówić – zwróciłem się do Leona. – Rozmowa jest tak jakby zawieszona. Puścili jedną z moich piosenek.

– Nic nie mówiłem – odparł Leon.

Oczywiście, że nie. Nasz dobry Leon był nieznośnie milczący za kierownicą tej wytwornej limuzyny z L.A.

– Wydawało mi się, że mi wyjaśniałeś, dlaczego prowadzisz ten samochód.

Słowa popłynęły wartkim strumieniem. Opowiedział mi całą historię swojego życia. Zaczęło się w Cincinnati, jeszcze jak był za młody, żeby prowadzić. A skończyło tu, w wynajętym cadillacu, kiedy był już za stary, żeby robić cokolwiek innego. Opowieść trwała trzydzieści sekund.

– Masz psa? – zapytałem.

– Zdechł.

Oczywiście, że zdechł. Ktoś za nami zatrąbił. Czarny wóz albo biały. I z całą pewnością mercedes albo audi. Byłem w Los Angeles od trzydziestu ośmiu minut, z których jedenaście staliśmy w korku. Słyszałem, że podobno w tym mieście są takie miejsca, których nie dotyczy opinia o wiecznie zakorkowanych ulicach, ale najwyraźniej było tak dlatego, że nikt nie chciał tam jeździć. Nie byłem najlepszy w siedzeniu bez ruchu.

Obróciłem się, żeby wyjrzeć przez tylną szybę. W monochromatycznym morzu dostrzegłem stojące bez ruchu żółte lamborghini. Samochód jaśniał na tle kępy palm jak dziecięca zabawka. Obok niego stał volkswagen minibus w kolorze wody w basenie, za którego kierownicą siedziała kobieta z dredami. Obróciłem się z powrotem w stronę mojego kierowcy i opadłem na skórzaną tapicerkę. Przed nami promienie słoneczne odbijały się od dachów magazynów, terakotowych płytek i czterdziestu milionów par olbrzymich okularów słonecznych. Ech, to miasto. To miasto! Poczułem kolejną falę radości.

– Jesteś sławny? – zapytał Leon, gdy podjechaliśmy kawałek do przodu.

Moja piosenka wciąż brzmiała w słuchawce telefonu. Dźwięk był nieco stłumiony.

– Czy gdybym był sławny, musiałbyś mnie o to pytać?

Prawda jest taka, że sława była bardzo niestałą przyjaciółką. Nigdy jej nie było, kiedy człowiek jej potrzebował, gdy zaś chciało się od niej trochę odpocząć, nie odstępowała cię na krok. Dla Leona byłem nikim, za to dla co najmniej jednej osoby w promieniu kilku kilometrów – wszystkim.

W samochodzie obok nas jakiś chłopak w ray-banach zauważył, jak spoglądam przeciągle w stronę Kalifornii. Pokazał mi kciuki wyprostowane w geście aprobaty. Odwzajemniłem gest.

– Ten wywiad jest teraz w radiu? – zapytał Leon.

– Tak mi powiedzieli.

Leon zaczął skakać po stacjach. Przez chwilę słyszałem Wait/Don’t Wait, ale on od razu przełączył dalej. Potrząsnąłem lekko jego fotelem. Zrozumiał i wrócił na poprzedni kanał.

– To jest to? – Nie wyglądał na przekonanego.

Mój głos dobiegał z głośników, nakłaniając słuchaczy do zdjęcia co najmniej jednej części ubrania i obiecując im – przyrzekając – że rano nie będą tego żałowali.

– Głos nie przypomina mojego?

Leon spojrzał na mnie w lusterku wstecznym, tak jakby chciał wyczytać odpowiedź w mojej twarzy. Miał tak strasznie przekrwione oczy. Pomyślałem, że oto jest człowiek, który wszystko głęboko odczuwał. Trudno było mi sobie wyobrazić bycie tak smutnym jak on w miejscu takim jak to. Chociaż ja, prawdę mówiąc, też kiedyś byłem tu smutny.

Ale tamten czas sprawiał wrażenie zamierzchłej przeszłości.

– Chyba przypomina.

W radiu wybrzmiały ostatnie takty utworu.

F ♮ Live:No to macie, drodzy słuchacze. Przypominacie już sobie? Ach, te lata podrygiwania w rytm kawałków NARKOTIKI. Dobra, Cole. Jesteś tam czy też może przeprowadzasz kolejne badanie na temat psów?

Cole St. Clair: Rozważaliśmy kwestię sławy. Leon nigdy o mnie nie słyszał.

Leon:To nie twoja wina. Po prostu rzadko słucham w radiu czegokolwiek poza publicystyką i wywiadami. Czasem może trochę jazzu.

F ♮ Live:Czy to był Leon? Co powiedział?

Cole St. Clair: Woli jazz. Zorientowałbyś się, Martin, gdybyś go tylko zobaczył. Leon jest bardzo jazzy.

Rozprostowałem palce obu dłoni i pomachałem w stronę lusterka wstecznego w sposób, w jaki muzycy jazzowi zwykli machać do publiczności. Leon przyglądał mi się przez chwilę swoim zmęczonym, smutnym wzrokiem, po czym oderwał dłoń od dźwigni zmiany biegów i pomachał niemrawo w odpowiedzi.

F ♮ Live:Wierzę ci na słowo. Który ze swoich albumów polecisz mu na początek?

Cole St. Clair: Tylko ten cover Spacebar, który nagraliśmy z Magdalene. Jest bardzo jazzowy.

F ♮ Live:Czyżby?

Cole St. Clair: Słychać w nim saksofon.

F ♮ Live:Twoja dogłębna znajomość gatunków muzycznych mnie onieśmiela. Słuchaj, może byśmy tak przeszli do tego kontraktu z Baby North. Pracowałeś z nią już kiedyś?

Cole St. Clair: Zawsze…

F ♮ Live:Zastanawiam się, czy wszyscy nasi słuchacze wiedzą, kim jest Baby?

Cole St. Clair: Martin, bardzo niegrzecznie jest przerywać.

F ♮ Live:Wybacz, stary.

Leon: Ja wiem, kim ona jest.

Cole St. Clair: Serio? Znasz ją, ale mnie nie? Leon wie, kim ona jest.

F ♮ Live: Chłopak naprawdę zna się na jazzie. Czy zechciałby opisać ją reszcie słuchaczy w paru słowach? Oczywiście jeśli nie będzie wam z tego powodu groziła jakaś kraksa.

Podałem Leonowi telefon.

– Prawo tego stanu zabrania kierowcom trzymać telefon podczas jazdy – zaprotestował.

– Potrzymam ci – zaoferowałem się.

Spodziewałem się, że odmówi, ale on wzruszył ramionami i nachylił głowę.

Przesunąłem się na tylnej kanapie za jego fotel i przytknąłem mu aparat do ucha. Miał jedną z tych fryzur, w których włosy wokół ucha przycina się dość krótko.

Leon: To ta zwariowana kobieta, która prowadzi w telewizji program Sharp Teeth Dot Com, ale oni to jakoś dziwnie zapisują. Chyba z cyframi? Sharp t-trzy-trzy-t-h-dot-com? Nie pamiętam. Może są jedynki zamiast liter t.

F ♮ Live: Oglądasz jej program?

Leon: Czasem, jak czekam na klienta, oglądam na ekranie telefonu. W zeszłym roku miała jeden taki, chyba z narkomanką z dzieckiem.

F ♮ Live: Kristin Bank. Dzięki temu programowi o sharpt33th.comusłyszało wiele nowych osób. Kto by pomyślał, że babka rodząca kolejne dzieciaki na odwyku przyciągnie tylu widzów, co? Podobało ci się?

Leon: Nie sądzę, żeby to był program, który może się podobać albo nie. Jego się po prostu ogląda.

F ♮ Live:Doskonale wiem, co masz na myśli. Dobra, daj z powrotem do słuchawki Cole’a. Zapewne się zastanawiasz, dlaczego zaprosiła go do swojego programu. Jak myślisz, Cole, co nią kierowało?

Nie byłem głupi. Baby North zainteresowała się mną, ponieważ miałem wbudowaną widownię. Zaprosiła mnie, bo jestem przystojny i umiem się uczesać lepiej od większości facetów. Pomyślała o mnie, bo przedawkowałem na scenie w klubie Josephine, po czym zniknąłem.

Cole St. Clair: Och, pewnie dlatego, że gram wspaniałą muzykę. Jestem też niesamowicie uroczy. Na pewno dlatego.

Leon uśmiechnął się niemrawo. Przed nami samochody zmieniały leniwie pasy, przywodząc na myśl tasowane karty. Jaskrawe promienie słońca odbijające się od lusterek i reflektorów raziły w oczy. Palmy rosnące wzdłuż autostrady były oddalone o kilka pasów. Wciąż trudno mi było uwierzyć, że dotarłem do Kalifornii, że właśnie na nią patrzyłem, choć nie mogłem jej jeszcze dotknąć. Wnętrze samochodu nadal sprawiało wrażenie znajdującego się jakieś dwa stany dalej.

F ♮ Live:To brzmi przekonująco. Słynie z dobrego gustu muzycznego.

Cole St. Clair: Łapię. Nabijasz się ze mnie.

F ♮ Live: Szybki jesteś.

Cole St. Clair: A wiesz, że nikt nigdy tak do mnie nie powiedział?

F ♮ Live: Ha, ha! Łapię. Nabijasz się ze mnie.

Obaj z Leonem roześmialiśmy się na głos.

Znałem Martina osobiście. Chociaż zawsze miał młodzieńczy głos, siedział w dziennikarstwie muzycznym dłużej, niż ja chodziłem po tym świecie. Pierwszy wywiad, jakiego mu udzieliłem, składał się z dwudziestu minut niesmacznych aluzji seksualnych. Potem spotkałem go twarzą w twarz i odkryłem, że mógłby być moim ojcem. Pytania, pytania: Jak śmie w wieku sześćdziesięciu lat mieć głos dwudziestolatka? Czy można było zrobić operację plastyczną strun głosowych? I jak bardzo go obraziłem? Na szczęście okazało się, że Martin był jednym z tych przyzwoitych starszych panów, których wciąż bawili nieprzyzwoici młodsi mężczyźni tacy jak ja.

F ♮ Live:Ile ci zajmie napisanie piosenek i nagranie albumu? Niezbyt długo, prawda?

Cole St. Clair: Sądzę, że jakieś sześć tygodni.

F ♮ Live:Brzmi ambitnie.

Hasło „ambicja” w Wikipedii zostało zilustrowane moim zdjęciem. Miałem już trochę materiału napisanego podczas samotnych dni spędzonych w Minnesocie, ale dziwnie się czułem, usiłując coś sklecić w całkowitej próżni: bez zespołu czy choćby słuchaczy.

Wszystko się wykrystalizuje w studiu.

Cole St. Clair: Mam wizję.

F ♮ Live:Jak sądzisz: zostaniesz w L.A.?

Zostawanie gdziekolwiek nigdy nie szło mi zbyt dobrze. Ale w L.A. była Isabel Culpeper. Samo wspominanie jej imienia było niebezpieczne i groziło wpadnięciem w obsesyjny ciąg myśli. Nie mogłem sobie pozwolić na zadzwonienie do niej, dopóki nie dotrę do domu. Dopóki nie obmyślę jakiegoś teatralnego sposobu zakomunikowania jej, że przyjechałem do Kalifornii.

Dopóki nie upewnię się, że moja obecność ją ucieszy.

Gdyby jej to nie ucieszyło, wtedy...

Przesunąłem dłonią po kratce nawiewu i zamknąłem dopływ zimnego powietrza. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czułem się zdecydowanie zbyt blisko wilka. Poczułem w brzuchu dobrze znane szarpnięcie, które zwiastowało rychłą przemianę.

Cole St. Clair: To zależy. Od tego, czy L.A. mnie zechce.

F ♮ Live:Wszyscy cię pragną.

Leon uniósł swój telefon ekranem do mnie, abym mógł zobaczyć, że właśnie kupił utwór Spacebarw wykonaniu NARKOTIKI (feat. Magdalene). Sprawiał wrażenie szczęśliwszego niż przy naszym pierwszym spotkaniu (kiedy był jeszcze Larrym). Za szybami samochodu upał robił się coraz bardziej nieznośny. Asfalt falował w oparach spalin. Od dobrej minuty nie przejechaliśmy nawet kawałka. Obserwowałem L.A. jak na ekranie telewizora.

Do tego, skoro już pozwoliłem sobie pomyśleć o Isabel, w mojej głowie nie było miejsca na nic innego. Samochód, wywiad, całą resztę. Tylko Isabel była rzeczywista. Była muzyką.

Cole St. Clair: Wiecie co, Martinie i Leonie? Postanowiłem wysiąść z samochodu i przejść resztę drogi.

Leon uniósł brwi zdziwiony.

– Po autostradzie nie wolno chodzić. Chyba nawet chodzenie po poboczu jest zabronione. Widziałeś, żeby ktokolwiek wysiadał z samochodu i po prostu szedł dalej?

Nie widziałem. Ale bardzo rzadko widywałem kogokolwiek robiącego to co ja. A kiedy kogoś takiego widziałem, zazwyczaj oznaczało to, że powinienem przestać.

„Isabel...”.

F ♮ Live:Zaraz, co Leon powiedział? Gdzie wy jesteście?

Ale ja już wyrzuciłem wywiad z głowy. Zarejestrowanie pytań Martina wymagało wysiłku całej mojej woli.

Cole St. Clair: Odradza mi wprowadzenie mojego planu w życie. Jesteśmy na 405. Będzie w porządku, jestem w dobrej formie. Nie uwierzyłbyś, jakie mięśnie można sobie wyrobić na odwyku. Leonie, idziesz ze mną?

Zdążyłem już odpiąć pas. Sięgnąłem ręką w bok i przyciągnąłem do siebie swój plecak – jedyną rzecz, jaką zabrałem ze sobą z Minnesoty. Leon patrzył na mnie oczami rozszerzonymi ze zdziwienia. Nie potrafił ocenić, czy mówię poważnie, co było dość absurdalne, bo ja zawsze mówiłem poważnie.

Isabel. Zaledwie kilka kilometrów stąd.

Serce zaczynało mi robić fikołki w piersi. Wiedziałem, że powinienem je jakoś uspokoić, czekała mnie przecież jeszcze długa droga. Ale nie miałem pomysłu, jak to zrobić. Ten dzień poprzedzało tyle tygodni planowania i snucia marzeń…

F ♮ Live:Czy ty właśnie starasz się namówić Leona do porzucenia samochodu na międzystanowej?

Cole St. Clair: Staram się ocalić jego życie, zanim będzie za późno. Chodź ze mną, Leonie. Pójdziemy razem, zostawiając ten samochód za plecami. Znajdziemy gdzieś mrożony jogurt i uczynimy świat lepszym.

Leon uniósł tylko dłoń w geście bezradności. Jeszcze parę chwil temu machał nią wesoło. Teraz mnie zawodził.

Leon: Nie mogę. Ty również nie powinieneś. Teraz stoimy w korku, ale za kilka minut wszystko ruszy. Musisz tylko zaczekać…

Poklepałem go po ramieniu.

Cole St. Clair: W porządku, wysiadam. Dzięki za wywiad, Martin.

F ♮ Live:Czy Leon idzie z tobą?

Cole St. Clair: Nie wygląda na to. Może następnym razem. Przyjemnego słuchania, Leon. Jesteśmy rozliczeni, co nie? Dobra.

F ♮ Live:Cole St. Clair, były frontman NARKOTIKI. Cała przyjemność jak zwykle po mojej stronie.

Cole St. Clair: Coś takiego już mi ktoś kiedyś powiedział.

F ♮ Live:Świat się cieszy, że wróciłeś, Cole.

Cole St. Clair: Teraz mi to mówi. Dobra, muszę kończyć.

Rozłączyłem się i otworzyłem drzwi. Kierowca w samochodzie za nami nacisnął lekko klakson. Upał, o rany, ten upał. Był niczym uczucie. Zawładnął mną. W powietrzu unosił się zapach czterdziestu milionów samochodów i czterdziestu milionów kwiatów. Na wspomnienie wszystkiego, co kiedykolwiek robiłem w Kalifornii, i obietnicę tego, co mogłem teraz zrobić, poczułem nagły zastrzyk adrenaliny.

Ponieważ Leon gapił się na mnie żałośnie, nachyliłem się i zajrzałem do wnętrza samochodu.

– Nigdy nie jest za późno na zmianę – powiedziałem.

– Ja nie mogę się zmienić – odparł.

Wyglądał na zdruzgotanego tą konstatacją.

– Musisz kiedyś spróbować, Leon. Wybrać kierunek i po prostu ruszyć.

Zarzuciłem plecak na ramię, przeszedłem przed maską stojącego obok czarnego mercedesa i ruszyłem w stronę najbliższego zjazdu.

Ktoś za mną krzyknął:

– Niech żyje NARKOTIKA!

Posłałem całusa w stronę fana i przeskoczyłem nad betonową barierką.

Gdy moje stopy dotknęły ziemi, byłem już w Kalifornii.

Rozdział drugiIsabel

W L.A. zawsze znajdowało się miejsce na kolejne potwory.

– Isabel, piękności. Czas się wziąć do pracy – powiedziała Sierra.

Tylko że ja już wzięłam się do pracy – podlewałam jej idiotyczne rośliny. Malutki sklepik .blush., z betonową posadzką, w którym Sierra (bez.nazwiska) sprzedawała swoje ubrania, zawsze zawierał więcej roślin niż ciuchów. Właścicielka kochała paprocie, palmy i orchidee, ale nigdy nie zdradzała najmniejszej chęci dbania o nie. Jej uzdolnienia koncentrowały się raczej na torturowaniu rzeczy martwych i nieożywionych. Takich, które nie wkurzały się, kiedy wbić w nie igłę. Takich, które można było powiesić bez łamania praw człowieka.

– Ja już się wzięłam do pracy – odparłam i wetknęłam pałeczkę nawozu w ziemię. – Zajmuję się utrzymywaniem twoich roślin przy życiu.

Sierra włożyła dwa zasuszone listki palmy w upięte włosy (o kilka odcieni bliższe bieli od mojej blond czupryny). Było jej z nimi do twarzy. W zasadzie z takim wyglądem byłoby jej do twarzy z czymkolwiek. Kiedyś była supermodelką, przy czym „kiedyś” znaczyło tu „w zeszłym roku”. Czyli jakieś siedem lat temu według rachuby psiej. Albo według rachuby Los Angeles.

– Rośliny do życia potrzebują tylko słońca, ślicznotko – stwierdziła.

– Sierra, czy rodzice mówili ci kiedykolwiek o czymś takim jak fotosynteza? To idzie tak: kiedy roślinka i słoneczko bardzo się kochają…

– Christina zaraz tu będzie – przerwała mi Sierra. – Proszę, Isabel. Nieskończone buziaki. Dzięki.

Ach, Christina. Ta Christina. Gdy była w odpowiednim nastroju, lubiła dużo wydawać. Lubiła też, jak się na nią czekało. Naprawdę wprost uwielbiała wiedzieć, że gdy tylko zechce, ktoś będzie na nią czekał. Nie chciała, żeby podążać za nią krok w krok. Nie pragnęła nieustannej atencji. Nie oczekiwała, że ktoś jej pokaże i przytrzyma parę legginsów. Nie chciała być pytana, czy byłaby zainteresowana tym samym modelem w innym kolorze. Chciała, żeby w chwili, gdy przybędzie do sklepu, czekało na nią kilka osób z personelu sklepu, aby mogła ostentacyjnie o nic ich nie poprosić.

Sierra kazała więc nam wszystkim usiąść na całych pięciu meblach będących na wyposażeniu sklepu i zająć się oglądaniem paznokci i pisaniem esemesów do chłopaków. Wszystkim blond potworzycom z grzywkami przyciętymi w ząbki, modnym balejażem, oczami mrocznie podkreślonymi czarną kredką, ustami w kolorze gumy balonowej lub wiśni. Wszystkie byłyśmy równie całuśne co rozbity samolot.

Chociaż pracowałam tu dopiero od kilku tygodni, sprawdzałam się w nowej roli doskonale. To nie było tak, że pozostałe potwory Sierry kiepsko sobie radziły z eleganckim składaniem tunik albo poprawianiem ze znudzoną miną bluzek na wieszakach. Chodziło o to, że sekretem sprzedawania ubrań Sierry było rozwalenie się na stołku niedaleko wejścia do sklepu i ostentacyjnie okazywanie, jak bardzo zupełnie nic cię nie obchodzi. Czyli pokazywanie potencjalnym klientkom, jak wyglądałyby w tych ubraniach, gdyby je kupiły i dalej gardziły wszystkim wokół.

Pozostałe potworzyce nie były w tym dość dobre, ponieważ zbyt wiele rzeczy je obchodziło.

Ja koncentrowałam się w życiu głównie na otwieraniu oczu rano, ruszaniu nogami i zjedzeniu dość, aby oczy mi się nie zamykały, a nogi nie przestawały się ruszać. To wystarczało. Gdy tylko dodawałam cokolwiek innego, wpadałam w złość. A kiedy wpadałam w złość, niszczyłam bardzo ładne rzeczy.

Christina weszła do sklepu. Tym razem włosy potraktowała karbownicą.

– Czy to nowa roślina? – zapytała Sierrę.

– Tak – odparła właścicielka sklepu. – Czy nie jest najbujniejsza z bujnych?

Christina dotknęła liścia starannie wymanikiurowanym paznokciem.

– Co to jest?

Sierra również dotknęła liścia, ale zrobiła to w taki sposób, jakby się zastanawiała, jak wyglądałby wpięty w jej włosy.

– Urocza.

W czasie gdy Christina rozglądała się po sklepie, ja leżałam brzuchem na stołku i wpisywałam na telefonie w wyszukiwarce grafiki Google’a nazwiska słynnych neurochirurgów. Miałam na sobie dwie głęboko wycięte prześwitujące bokserki Sierry, opuszczony nisko na biodra sizalowy pasek i moje ulubione legginsy. Z daleka lśniły się metalicznie wszystkimi kolorami tęczy. Dopiero z bliska można było zobaczyć, że były całe pokryte malutkimi czaszkami. Nie zaprojektowała ich Sierra, były raczej nie w jej stylu. Gdy się przestało podziwiać, jakie są ładne, człowiek konstatował, że tak naprawdę były nieco brzydkie.

Przestałam oglądać chirurgów i wpisałam „przyjacielskość definicja”. Moja matka, która nie miała żadnych przyjaciół, ciągle marudziła, że nie mam innych przyjaciółek niż Sofia (moja kuzynka) i Grace (która mieszkała w Minnesocie). Nie myliła się. Liczbę przyjaciół ograniczałam do minimum z różnych powodów. Po pierwsze, chodziłam tu do szkoły tylko przez ostatnie pięć miesięcy ostatniego roku liceum. Po drugie, okazało się, że po skończeniu szkoły dużo trudniej jest spotykać nowych ludzi. Po trzecie, większość dziewczyn pracujących w .blush. była ode mnie starsza. Miały swoje dwudziestokilkuletnie życia i problemy, a do tego to wszystko je obchodziło. Mnie zaś nic a nic.

No i poza tym nie byłam przyjacielska.

– Wszystko, co ona ma na sobie – powiedziała Christina.

Stała niedaleko, ale nie uniosłam wzroku. Po sposobie, w jaki wymówiła słowo „ona”, zgadywałam jednak, że mówi o mnie. Czułam się trochę tak jak w czasie, gdy w klasie były dwie Isabel. Nazywali nas Isabel C. i Isabel D., ale ja zawsze wiedziałam, którą z nas mają na myśli, zanim doszli do inicjału nazwiska.

Zerknęłam na chwilę w górę. Christina mierzyła mnie podejrzliwym wzrokiem. Pozostałe dziewczyny rozpełzły się po sklepie w poszukiwaniu podkoszulków i paska. Nie wiedziały, że gdyby ktoś chciał naprawdę uzyskać mój wygląd, do ciuchów musiałby dorzucić śmierć w rodzinie i zupełnie strzaskane serce. Basy muzyki dobiegającej z zawieszonych pod sufitem głośników pulsowały i szeptały do mnie. Zaczęłam zamykać okna aplikacji na telefonie. Wielu neurochirurgów wyglądało bardzo dziwnie. Przyczyna czy skutek?

– Isabel – odezwała się Sierra. – Christina chce twoje legginsy.

Nie oderwałam wzroku od ekranu.

– Nie jestem zainteresowana.

– Isabel, skarbie. Ona chciałaby je kupić.

Zerknęłam ponownie na tę Christinę. Niektóre sławne osoby na co dzień nie wyglądały zbyt szczególnie. Kiedy nie obserwował ich obiektyw kamery lub aparatu, były mniej zadbane, czasem wręcz niższe. Ale Christina do nich nie należała. Nawet jeśli ktoś jej nie rozpoznał, dostrzegał od razu, że jest sławna. Bo wyglądała jak ktoś, kto ma coś do powiedzenia.

Taki sposób bycia może być bardzo onieśmielający – nawet w Los Angeles.

Po jej minie widziałam, że jest przyzwyczajona do tego, że inni jej ustępują.

Ja jednak wodziłam wzrokiem od wyczekującej szefowej do pięknej Christiny i z powrotem, myśląc sobie, że całowałam usta osoby sławniejszej od niej.

Wzruszyłam ramionami i zajęłam się ponownie telefonem. Wpisałam w wyszukiwarce „lobatomia czołowa”. Autokorekta poprawiła literówkę. Wyglądało na to, że nie można napisać „lobotomia” bez trzech „o”.

– Isabel.

Nie uniosłam wzroku.

– Czarne legginsy Artemis dają z grubsza ten sam efekt.

Kiedy żadna z nich nawet nie drgnęła, uniosłam niedbale dłoń i machnęłam w stronę wieszaków z kolekcją Artemis.

Piętnaście minut później Christina odebrała siatkę z dwiema bokserkami, sizalowym paskiem i dwiema parami legginsów Artemis w cenie wycięcia migdałków (w promocji).

Kiedy już wyszła ze sklepu, Sierra zwróciła się do mnie:

– Ale z ciebie suka.

Aby podkreślić swoje słowa, klepnęła mnie czule w tyłek.

Nie lubiłam, jak ludzie mnie dotykali.

Wstałam, odepchnęłam stołek i ruszyłam w stronę zaplecza.

– Idę posiedzieć z orchideami.

– Zasłużyłaś sobie na to.

Tak naprawdę zasłużyłam na medal za okazywanie ogólnego braku zainteresowania czymkolwiek. Czułam się, jakby wyglądanie na odpowiednio zblazowaną pochłonęło całą moją energię.

Gdy odsunęłam płócienną zasłonkę oddzielającą sklep od zaplecza, usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Jeśli to Christina wróciła spróbować jednak mnie namówić do sprzedania jej moich legginsów, będę zmuszona zacząć krzyczeć. A nie lubiłam krzyczeć.

Ale to nie jej głos usłyszałam zza pleców.

Głos był zdecydowanie inny, bardzo znajomy.

– Nie, nie. Szukam czegoś bardzo konkretnego. A, nieważne, właśnie to znalazłem.

Obróciłam się.

Cole St. Clair uśmiechnął się do mnie leniwie.

Rozdział trzeciIsabel

Zaczęło mnie obchodzić tyle rzeczy jednocześnie, że poczułam wręcz fizyczny ból.

Nie potrafiłam w pełni pojąć znaczenia tej chwili. Po pierwsze dlatego, że Cole St. Clair był zupełnie jak ta Christina – przede wszystkim wyglądał na kogoś sławnego, nieprawdziwego i nie do końca obecnego. Między nim a otoczeniem zawsze wyczuwało się pewien dysonans, tak jakby był gładką i elegancką projekcją z oddali.

Po drugie, Cole był wilkiem.

Nie mogłam się zdecydować, czy jego widok mnie ucieszył, czy przestraszył. Widziałam go leżącego na podłodze ze strzykawką w żyle. Widziałam go przemieniającego się w wilka. Widziałam go błagającego mnie o pomoc w popełnieniu samobójstwa.

Co więcej: on widział mnie płaczącą. Nie wiedziałam, czy mogłabym żyć z tą świadomością.

„Dlaczego tu jesteś? Czy jesteś tu z mojego powodu?”.

– Hejka – powiedział.

Na twarzy Cole’a wciąż tkwił ten leniwy, luzacki uśmieszek. Miał najlepszy uśmiech na świecie, co powtarzało mu mnóstwo ludzi. Świadomość uroku tego uśmiechu powinna była zmniejszyć jego skuteczność, ale właśnie ta swobodna arogancja była jego częścią.

Ja jednak zostałam zaszczepiona na to kilka miesięcy temu i od tego czasu tylko zwiększałam swoją odporność. Teraz byłam już całkowicie odporna.

Staliśmy pół metra od siebie. Rozdzielało nas wszystko to, co razem przeżyliśmy. Wszystko inne ciągnęło nas ku sobie.

– Mogłeś zadzwonić – wypaliłam głupio.

Uśmiechnął się szerzej i wskazał na siebie teatralnym gestem, niemal przewracając stojak z cienkimi koszulami.

– To by zepsuło efekt.

Gdy on tu był, cały sklep wyglądał inaczej. Tak jakby wciągnął ze sobą przez drzwi popołudniowe słońce.

– Jaki niby efekt? – zapytałam.

– Ta-da.

Usilnie próbował utrzymać na twarzy swój uśmiech à la Cole St. Clair zamiast prawdziwego. Za każdym razem, kiedy ten drugi prawie się przebijał na powierzchnię, moje serce zaczynało bić szybciej.

Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że mamy publiczność. Co prawda dziewczyny nie gapiły się ostentacyjnie (starały się być uprzejme), ale obserwowały nas z lekkim zaciekawieniem. Wolałam odbyć tę rozmowę na chodniku przed sklepem albo w uliczce na jego tyłach. Chciałam chociaż móc spojrzeć na swoje dłonie i sprawdzić, czy naprawdę drżą tak bardzo, jak mi się wydawało. Nie mogłam się jednak zdecydować na żadne działanie.

Sprawa wyglądała bowiem tak, że byłam obecnie zakochana w Cole’u.

Albo kiedyś byłam. Albo kiedyś będę. Nie widziałam większej różnicy.

Ale nie wiedziałam, czy przyjechał do L.A. dla mnie. A jeśli tak nie było, nie zniosłabym tej świadomości. Tak właściwie nie było najmniejszej szansy, żeby przebył całą drogę z Minnesoty z mojego powodu. Zapewne tylko wpadł się przywitać, bo się tu właśnie przeprowadził w związku z czymś zupełnie innym. To dlatego nie zadzwonił mnie uprzedzić.

– Idziemy – warknęłam. – Na tyły. Masz czas?

Szedł za mną nieśpiesznie, tak jakby czasu miał akurat pod dostatkiem. Gdy wchodziliśmy na zaplecze, spojrzał na Sierrę z uniesionymi brwiami, tak jakby chciał jej pokazać, że jest przyzwyczajony do takiego mojego tonu.

Czy to się działo naprawdę?

Poprowadziłam go między pudłami z nowo narodzonymi legginsami i nienarodzonymi tunikami we wszystkich możliwych odcieniach khaki aż na pomalowaną na niebiesko uliczkę na tyłach sklepu. Niedaleko stał pojemnik na śmieci, który jednak nie śmierdział – wypełniały go kartonowe opakowania i martwe rośliny. Obok stał stary garbus Sierry, ale nie jeździł – też był pełen kartonowych opakowań i martwych roślin.

Prowadząc Cole’a w stronę samochodu, odbyłam ze sobą poważną rozmowę i przedstawiłam wszystkie możliwe powody, dla których jego obecność nic nie zmieniała, nic nie znaczyła i w ogóle nie była niczym ważnym. Niczym, niczym.

Obróciłam się i otworzyłam usta, aby powiedzieć coś innego, żeby zbesztać go za niezadzwonienie przed pojawieniem się w Kalifornii, w moim miejscu pracy, w moim życiu.

Ale wtedy on objął mnie i przyciągnął do siebie.

Oddech zamarł mi w piersi, tak jakby Cole zasłonił mi usta dłonią. Nie odwzajemniłam od razu uścisku, ponieważ miałam za mało informacji, aby wiedzieć, jak mam go uścisnąć.

Pachniał dziwnym mydłem w płynie z łazienki na lotnisku i sprawiał wrażenie dziury, w którą miło byłoby wpaść.

Cofnął się. Na jego twarzy nie mogłam znaleźć żadnej wskazówki, żeby odgadnąć, co się właściwie dzieje.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytałam.

– Cześć, ciebie też miło widzieć – odparł.

– Cześć mówi się wtedy, kiedy się do kogoś najpierw zadzwoni.

Spłynęło to po nim jak woda po kaczce.

– Nie dzwoni się do kogoś przed „ta-da”.

– Może ja nie lubię „ta-da”.

Szczerze mówiąc, nie miałam zielonego pojęcia, co właściwie lubiłam. Wiedziałam tylko tyle, że serce biło mi tak szybko, że aż mi palce u dłoni zdrętwiały. To było logiczne – wiedziałam, że to tylko reakcja związana z zaskoczeniem. Ale nie wiedziałam, czy to było zaskoczenie w rodzaju „niespodzianka, oto twój tort urodzinowy”, czy też raczej „niespodzianka, właśnie miałaś zawał”.

Powoli jednak uśmiech Cole’a zamierał. Oczy przybierały nieobecny wyraz, co mu się zdarzało, kiedy ktoś go zranił. Prawdziwy Cole poddał się, opuścił swoje ciało i stanął obok.

Może to było okrutne, ale mnie cieszyło, tak jak wcześniej cieszyło mnie dostrzeżenie przez chwilę jego prawdziwego uśmiechu. Ponieważ reakcja ta była prawdziwa, nieudawana. Bo to znaczyło, że naprawdę obchodziła go moja reakcja na jego widok. Uśmiechowi nie mogłam zaufać, ale bólowi tak – doskonale wiedziałam, jak wygląda ten prawdziwy.

– Słuchaj – powiedziałam – nie możesz się tak po prostu pojawić i oczekiwać, że będę krzyczeć i chichotać. Ja taka nie jestem. Nie rób więc smutnej miny, że się tak nie zachowałam.

Jego twarz ponownie zaczęła wyrażać emocje. Tym razem biły z niej głód i niecierpliwość.

– Chodź gdzieś ze mną. Pójdźmy gdzieś. Jest tu w okolicy jakaś ciekawa miejscówka? Chodźmy tam.

– Muszę zostać w pracy do szóstej.

Szóstej? A może siódmej? W tej chwili nie potrafiłam sobie nawet przypomnieć, o której kończyłam. Gdzie my w ogóle byliśmy? A, uliczka na tyłach .blush. Wiejący od oceanu wiatr muskał moją skórę, siedzący na drucie telefonicznym błyszczak śpiewał sennie, suchy liść palmowy opadał powoli na beton. To było rzeczywiste. To się działo naprawdę.

Cole przestępował z nogi na nogę. Już prawie zapomniałam, że przestawał się ruszać tylko wtedy, kiedy sprawy przybierały zły obrót.

– Jaki będzie następny posiłek? Lunch? Obiad? Kolacja? Tak. Zapraszam cię na kolację.

– Na kolację? – Aż do teraz moje plany na resztę dnia obejmowały przedarcie się z powrotem do Glendale, do Domu Rozwodów i Separacji na wieczór wypełniony estrogenem oraz śmiechem niczym nieróżniącym się od łez i vice versa. – A potem?

Chwycił moją rękę.

– Deser. Seks. Życie.

Pocałował mnie w wierzch dłoni. To nie był przyjacielski całus. Skóra ściągnęła mi się od nagłego przypływu dzikiego pożądania. Jego usta.

Miałam wrażenie, że naprawdę mam zawał.

– Cole, przestań, zaczekaj. – Nigdy dobrze nie rozumiał idei przestawania i czekania. – Cole.

Czułam się tak, jakbym mogła utonąć w tej błękitnej uliczce.

– Co?

Zaczęłam ponownie mówić „przestań”, ale nie to chciałam powiedzieć. Zamiast tego wypaliłam:

– Daj mi chwilę. Boże!

Puścił moją dłoń, a ja się tylko w niego wpatrywałam. To był zdecydowanie Cole St. Clair: wyraźnie zarysowana szczęka, lśniące zielone oczy, zmierzwione ciemnobrązowe włosy. Jego uśmiech zyskałby sławę nawet bez NARKOTIKI. Widać było, że lubi, jak się w niego wpatruję. Widziałam wyraźnie, że podoba mu się wszystko, co się teraz dzieje. Od początku zamierzał mnie zaskoczyć, zmusić do reakcji.

Do głowy napłynęły mi w równych dawkach nadzieja i przerażenie.

– Dlaczego tu jesteś?

– Dla ciebie.

To była doskonała odpowiedź udzielona w niedoskonały sposób. Powiedział to tak szybko. Tak po prostu: dla ciebie. Tak łatwo było powiedzieć te dwa krótkie słowa. Chciałam, żeby powiedział to jeszcze raz. Żebym za tym drugim razem miała szansę coś poczuć.

Dla ciebie.

Dla mnie.

– Dobra – powiedziałam. Czułam uśmiech usiłujący pojawić się na mojej twarzy. Szybko go ukryłam. Nie było mowy, żeby dostał ode mnie ten uśmiech, przecież nie zadzwonił wcześniej. – Kolacja. Przyjedziesz po mnie?

Cole roześmiał się śmiechem tak nieskazitelnie radosnym, że aż nierealnym.

– Właśnie to zrobiłem.

Rozdział czwartyCole

Jeśli wierzyć zegarkowi w taksówce, byłem strasznie spóźniony na spotkanie z Baby North.

Spóźnialstwo nie załapało się na jedną z moich licznych wad i w zwykłych okolicznościach czułbym się z tym źle. W tej jednak chwili nic nie mogło popsuć mi humoru. W głowie mi szumiało od przyjemnego poruszenia wywołanego ostrym konturem ust Isabel.

Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, ja dopiero co ocaliłem swoje życie, zostając wilkołakiem, a jej brat umarł, próbując przestać nim być. Isabel była jedyną osobą w całym Mercy Falls ostrzejszą ode mnie.

Ona jedna naprawdę mnie znała.

Słońce świeciło niezwykle jasno, tysiąckrotnie jaśniej niż ten mizerny blady dysk widywany zwykle nad Minnesotą. Wszystko wokół pokrywały beton, sztuczna trawa i palmy.

– Może pan powtórzyć nazwę ulicy? – poprosił taksówkarz.

Miał na głowie kapelusz pochodzący z miejsca, które zdecydowanie nie było Los Angeles. Wyglądał na zmęczonego.

– Ocean Front Walk – odparłem. – W Venice. Jeśli są dwie. Pewnie nie. Gdyby jednak były.

– To deptak, nie ulica – zauważył. – Prowadzi wzdłuż plaży. Musi pan wysiąść wcześniej i dalej pójść o własnych siłach.

Nie wiedziałem, czy to wynikało z tego, że dawno mnie nie było na Zachodnim Wybrzeżu, czy też z tego, że przez długi czas nie ruszałem się nigdzie poza Minnesotę, ale Kalifornia nieustannie mnie zaskakiwała. Gdy zbliżaliśmy się do domu Baby North, okolica wydała mi się dziwnie znajoma, jakbym widział ją już wcześniej we śnie lub w jakimś filmie. Nazwy ulic – Mulholland Drive czy Wilshire Boulevard – i nazwy wymalowane na znakach przy drodze – Hollywood Hills, Cheviot, Beverly Hills – przywoływały wspomnienia blond włosów, czerwonych samochodów, drzew palmowych i nigdy niekończącego się lata.

Isabel...

Los Angeles. Gdy byłem tu za pierwszym razem, niepozbierany młodociany jankeski uzurpator, zrobiłem zdjęcie tabliczki z nazwą Hollywood Boulevard i wysłałem do matki z podpisem: „Wiesz co, jestem sławny”.

Teraz naprawdę byłem sławny, chociaż nie wysyłałem już wiadomości do matki.

„Wróciłem”.

Czułem się tu doskonale. Trochę tak, jakbym był dotąd nieszczęśliwy, ale nie zdawał sobie z tego sprawy, dopóki nie przestałem. Wydawało mi się, że w Minnesocie było w porządku. Nudno, samotnie, w porządku.

„Kalifornia, Kalifornia, Kalifornia”.

Wciąż czułem obecność Isabel w moich ramionach. Była niczym słońce przedzierające się przez powieki i zapach oceanu w ustach, gdy zasysałem powietrze przez zęby. Już kiedyś byłem w tym miejscu.

Tym razem będzie inaczej.

Zadzwoniłem do mojego kumpla Sama z Minnesoty. Zaskoczył mnie, odbierając od razu – nie znosił rozmawiania przez telefon, ponieważ nie widział wtedy twarzy rozmówcy.

– Jestem na miejscu – powiedziałem, skrobiąc naklejkę korporacji taksówkarskiej przytwierdzoną do szyby w drzwiach. Kierowca również do kogoś zadzwonił i teraz rozmawiał z tym kimś przyciszonym głosem w jakimś obcym języku. – Twarz mam rozluźnioną, minę zadowoloną, kąciki ust uniesione ku górze.

Sam się nie roześmiał. Był całkowicie odporny na mój urok.

– Widziałeś już miejsce, w którym się zatrzymasz? Jest w porządku?

– Wszystko ze mną dobrze, mamusiu – odparłem. – Nie, jeszcze nie widziałem. Teraz jadę na spotkanie z Baby.

– Miałem tej nocy koszmarny sen na twój temat. Biegałeś po Los Angeles i ugryzłeś jakieś dwadzieścia osób, aby również tam mieć watahę wilków.

Jest taki stary przesąd, że kiedy ktoś każe ci nie myśleć o konkretnej rzeczy, nie ma bata, żeby właśnie o tym nie pomyśleć. W rezultacie Sam zmusił moje myśli do rozważenia koncepcji obecności więcej niż jednego wilkołaka w Los Angeles. Powinienem pomyśleć o tym już wcześniej, ale jakoś się nie złożyło. Nie była to całkowicie nieromantyczna wizja.

Wilki pędzące Sunset Boulevard o zmroku.

– Dwadzieścia – żachnąłem się. – Nigdy bym nie ugryzł parzystej liczby ludzi.

– Kiedy ci powiedziałem, że to bardzo zły pomysł, odparłeś, że nie chciałeś być tam sam.

To brzmiało jak coś, co rzeczywiście mógłbym powiedzieć, ale na pewno nie zamierzałem szlajać się po mieście i gryźć sobie nowych przyjaciół. Podczas gdy ja przybierałem wilczą postać na zaledwie kilka minut, aby szybko powrócić do ludzkiego ciała, większość ludzi spędzała w wilczej skórze całe miesiące. Zresztą dokładnie to stało się w Minnesocie. W ten sposób zostałem sam z Samem i Grace. I wtedy oni zdecydowali się pójść dokąd? Do college’u. Na letnie zajęcia. W Duluth. Kto w ogóle robił coś takiego?

– Najgorsze w tym wszystkim było to – ciągnął Sam – że budzik miałem nastawiony na radio i obudziła mnie twoja durna piosenka Villain.

– Cóż za cudowną stację udało ci się złapać. – Taksówka zwalniała. – Muszę lecieć. Czeka na mnie przyszłość, cała w kwiatach i owocach.

– Czekaj... – powiedział śpiesznie Sam. – Widziałeś się już z Isabel?

Moje palce wciąż czuły jej kształt.

– Da. Obejmowaliśmy się. Anioły nam zaśpiewały, Sam. Te grubawe. Cheruby. Cherubiny. Muszę lecieć.

– Nie gryź ludzi.

Rozłączyłem się. Taksówkarz zaciągnął ręczny.

– Dalej na piechotę.

Otworzyłem drzwi i wręczyłem mu kilka banknotów.

– Chcesz się przejść ze mną?

Tylko mnie zgromił wzrokiem.

Wysiadłem na chodnik. Właśnie zarzucałem plecak na ramię, kiedy minęła mnie w pełnym pędzie grupka młokosów na deskorolkach. Jeden z nich krzyknął do mnie:

– Dajemy czadu!

Pozostali roześmiali się radośnie.

Na ustach wciąż czułem smak perfum Isabel.

Słońce prażyło niemiłosiernie. Mój cień był tylko niewielką plamką przy stopach. Nie wiedziałem, jak zdołam wytrwać we własnej głowie aż do kolacji.

wait/don’t wait

Baby North mieszkała w domu na plaży w Venice wyglądającym, jakby został wybudowany przez przedszkolaka, który przedawkował kofeinę. Stanowił zestaw różnokształtnych klocków w jaskrawych kolorach ustawionych jeden na drugim i obok siebie, połączonych betonowymi schodami i metalowymi balkonikami. Front wychodził na ciągnącą się w obie strony zapełnioną turystami plażę i błękitny ocean, który aż się prosił, aby go dotknąć. Lokum było weselsze, niż się spodziewałem.

Ludzie bali się Baby North. Zapewne dlatego, że niszczyła rodziny. To znaczy zniszczyła życie ostatnich siedmiu osób, które zaprosiła do telewizji. Był to jej swoisty znak rozpoznawczy. Znaleźć jakiś wrak, posadzić przed kamerą w studiu telewizyjnym i rzucić gruby plik banknotów ponad krajobrazem zniszczenia.

Każdy, kto podpisywał z nią kontrakt, sądził, że to właśnie jemu uda się uciec bez szwanku na godności i poczytalności. Wszyscy – co do jednego – się mylili.

Nikt zdawał się nie wiedzieć, że to wszystko było na pokaz.

Wspiąłem się po betonowych schodach. Gdy zapukałem w drzwi, ustąpiły i stanęły otworem. Nie było najmniejszego sensu wołać gospodyni. Muzyka grała tak głośno, że nie mogłem być pewien niczego poza najwyższymi skrzekami wokalu i najgorszymi basami perkusji. Śpiewała jakaś dziewczyna o głosie młodego talentu z Disney Channel.

Gdy wszedłem do środka, klimatyzacja uderzyła mnie jak obuchem. Poczułem, jak wszystkie moje nerwy naprężają się i poważnie rozważają właściwy kształt ciała i gatunek.

Czułem, że wydarzy się tu coś ważnego.

Minęło już bardzo dużo czasu, odkąd ostatni raz byłem wilkiem. Za każdym razem moje ciało potrzebowało naprawdę silnych bodźców, aby się przemienić. Nagłego spadku temperatury, intrygującej mieszanki chemikaliów, przekonującego kopniaka w podwzgórze. Różnica temperatur, jakiej właśnie doświadczyłem, nie była wystarczająca do zainicjowania przemiany, ale była dość silna, aby wzbudzić w moim ciele kuszące wspomnienie wilczej postaci.

„Wilkołak, wilkołak”.

To byłaby niezła piosenka.

Sufit znajdował się bardzo wysoko nad betonową posadzką. Właściwie był to już dach, pod którym umieszczono wszystkie możliwe przewody. W pomieszczeniu znajdowały się cztery meble. Na środku stała Baby North z głową pochyloną nad iPadem. Rozpoznałem ją bardziej dzięki zdjęciom z blogów z plotkami niż naszemu krótkiemu spotkaniu przed laty. Brązowe włosy zwisały nad głęboko osadzonymi oczami długą, gęstą grzywką, nadając jej wygląd modelki z lat siedemdziesiątych minionego wieku. Miała na sobie legginsy frotté i jakąś ni to luźną koszulę, ni to tunikę z płótna czy czego tam się używa do szycia habitów. Była niska i ładna, lecz w dziwny, niepokojący sposób – miła dla oka, ale niezachęcająca do dotykania. Nie miałem zielonego pojęcia, ile może mieć lat.

Wskazałem jeden z zawieszonych pod sufitem głośników. Piosenkarka szczebiotała, że wszyscy powinniśmy do niej zadzwonić i coś zrobić, zanim będzie za późno. Kawałek niemiłosiernie wpadał w ucho.

– Wiesz, że od czegoś takiego ludzie ślepną, prawda? – krzyknąłem.

Baby odwróciła się do mnie z olbrzymim, szczerym, pochłaniającym światy uśmiechem. Dotknęła czegoś na ekranie iPada i muzyka umilkła jak nożem uciął.

– Cole St. Clair – powiedziała.

Chociaż byłem przekonany, że mnie nie złamie, poczułem lekkie ukłucie. Było coś w sposobie, w jaki wymówiła moje nazwisko. Tak jakby to, że stoję w jej domu, było w pewnej mierze jej triumfem.

– Przepraszam za spóźnienie.

Przycisnęła w zachwycie obie dłonie do piersi.

– Mój Boże, twój głos.

W recenzji ostatniego albumu NARKOTIKI ten efekt został opisany następująco:

Tytułowy utwór z albumu Either One/Or the Other zaczyna się dwudziestosekundową recytacją. Chłopcy z NARKOTIKI są w pełni świadomi, że nawet bez energicznej perkusji Victora Baranova i natchnionych riffów na basie Jeremy’ego Shutta sam głos Cole’a St. Claira pchnąłby słuchających w objęcia ekstatycznej śmierci.

– To był najlepszy pomysł, jaki mi kiedykolwiek przyszedł do głowy – oznajmiła Baby.

Serce zabiło mi mocniej tylko na chwilę, jak silnik podczas rozruchu. Minął szmat czasu, odkąd byłem w trasie koncertowej, odkąd pokazywałem się publicznie jako muzyk. Teraz, wsłuchując się w swój przyśpieszony puls, nie potrafiłem pojąć, jak mogłem w ogóle myśleć o porzuceniu tego na dobre. To dawało mi cel, siłę, pchało mnie naprzód. Przez rok trwałem w zastoju, a teraz ponownie czułem twardy grunt pod nogami.

Nie byłem nieudacznikiem.

Isabel zgodziła się pójść ze mną na kolację.

Zostałem rozłożony na kawałki i złożony ponownie. I ta nowa wersja mnie była niezniszczalna.

Baby odłożyła tablet na jeden z czterech mebli w pomieszczeniu – brzozową otomanę, która wyglądała trochę jak jakiś zwierzak czy coś – i obeszła mnie z dłońmi wciąż przyciśniętymi do mostka. Widziałem już takie zachowanie. W ten sposób faceci obchodzili samochód na parkingu komisu. Ściągnięcie mnie tutaj wymagało od niej zauważalnego wysiłku i teraz chciała się przekonać, czy było warto.

Odczekałem, aż wykona pełne koło.

– Zadowolona? – zapytałem.

– Po prostu nie mogę uwierzyć, że naprawdę tu jesteś. Byłeś martwy.

Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Nie w moim prawdziwym uśmiechu, lecz tym z NARKOTIKI. Jeden przebiegły kącik ust uniósł się wyżej od drugiego.

Wszystko zaczynało do mnie wracać.

– Ten uśmiech – skonstatowała Baby, po czym powtórzyła: – To był najlepszy pomysł, jaki mi kiedykolwiek przyszedł do głowy. Widziałeś już swój nowy dom?

Oczywiście, że nie. Byłem zbyt zajęty nawiedzaniem Isabel w Santa Monica.

– Cóż, wkrótce go zobaczysz. Reszta zespołu wprowadza się jutro. Chcesz coś do picia?

Chciałem ją zapytać o muzyków, których dla mnie wyszukała, ale uznałem, że mogłaby odnieść wrażenie, że mam tremę.

– Masz colę?

Kuchnia była duża i raczej minimalistyczna. Zupełnie nie przypominała kuchni w zwykłych domach. Nie sprawiała nawet wrażenia, żeby korzystał z niej jakikolwiek człowiek. Szafki były zbite z cienkich listewek z jakiegoś bladego drewna. Po powierzchni ścian biegły pionowo plastikowe rury. Lodówka wyglądała dziwacznie, tak jakby pierwotnie miała być dystrybutorem jakiegoś popularnego napoju. Nie trzeba mi było więcej wskazówek – Baby mieszkała tu sama.

Podała mi colę w szklanej butelce, zadowalająco chłodnej jeszcze przed otwarciem. Baby przyglądała mi się, jak odchylam głowę z szyjką butelki przytkniętą do ust, i dopiero po chwili upiła łyk ze swojej. Cały czas mnie oceniała. Przyglądała się mojej szyi, moim dłoniom.

Sądziła, że mnie poznała.

– Och, mam… – Otworzyła szufladę małym palcem i wyjęła z niej notes. Jeden z tych malutkich, mieszczących się w dłoni, wymuszających zwięzłość notatek. – Coś takiego chciałeś?

Ucieszyłem się, że o tym pamiętała, ale gdy odbierałem od niej notes i chowałem do tylnej kieszeni spodni, jedynie skinąłem chłodno głową.

– Słuchaj, dzieciaku – powiedziała – to będzie trudne.

Brwi mi drgnęły na słowo „dzieciaku”.

– Chcę, żebyś wiedział – ciągnęła – że jak tylko będziesz czegoś potrzebował, możesz walić do mnie jak w dym. Jeśli przestaniesz sobie radzić z presją, wystarczy telefon. Albo możesz po prostu przyjść do mnie, nie ma problemu. Twój dom jest tylko kilometr stąd. Jej troska sprawiała wrażenie szczerej, co mnie zaskoczyło. Po tym, jak zachowywała się w pracy, oczekiwałem raczej potwora pożerającego niemowlaki.

– Jasne – odparłem. – Już mi to mówiłaś. Spójrz, nawet już sobie zapisałem twój numer.

Pokazałem jej ekran telefonu, aby mogła zobaczyć swój numer. W polu na nazwisko widniał napis „Załamanie nerwowe/śmierć”.

Baby roześmiała się na głos z prawdziwym zachwytem.

– Ale ja mówię poważnie. Zdziwiłbyś się, jak kamery potrafią wpłynąć na ludzi – dodała. – To znaczy oczywiście nie będą w ciebie wycelowane cały czas, głównie tylko na potrzeby nagrywania odcinków. Trochę nagrań ciebie i zespołu w domu. Ogólnie możesz im mówić, gdzie i kiedy mają kręcić. Ale wiesz, widzowie potrafią być dość okrutni, a z twoją historią…

Posłałem jej tylko kolejny uśmiech à la NARKOTIKA. Widziałem go, wiedziałem, jak wygląda. Widniał w czasopismach, na blogach, w książeczkach dodawanych do płyt, a także w niezmiennie czułym spojrzeniu lustra. Słyszałem, że zmarszczenie brwi angażuje więcej mięśni niż uśmiech. Byłem pewien, że w wypadku tego mojego grymasu jest to prawda. To było tak naprawdę tylko lekkie drgnięcie ust i zmrużenie oczu. Bez słów przekazywałem drugiej osobie, że nie tylko całkowicie ją rozgryzłem, ale także rozgryzłem to, gdzie „to” oznaczało cały świat.

Sięgałem po ten uśmiech głównie wtedy, kiedy nie przychodziło mi do głowy nic mądrego do powiedzenia.

– Dla innych to było nieco przytłaczające – przyznała Baby, tak jakbyśmy oboje nie znali losu jej poprzednich ofiar. – Zwłaszcza dla tych, którzy mieli… no, problemy z pewnymi substancjami.

Nie przestawałem się uśmiechać. Dopiłem colę i oddałem jej pustą butelkę.

– Zobaczmy dom – powiedziałem.

Wrzuciła szkło do kosza na śmieci w kolorze nieba.

– Skąd ten pośpiech? Wy ze Wschodniego Wybrzeża ciągle się gdzieś śpieszycie.

Już chciałem jej powiedzieć, że mam plany na wieczór, ale uzmysłowiłem sobie, że nie chcę jej mówić, kogo obejmowały te plany.

– Nie mogę się doczekać zobaczenia tej przyszłości, którą dla mnie zaplanowałaś.