Grzeszne strony namiętności - Kinga Litkowiec, Angelika Łabuda, Ana Rose, Katarzyna Rzepecka, Agata Sobczak, Anna Wolf - ebook

Opis

Sześć gorących historii, które rozgrzeją cię w niejeden zimny wieczór…

 

Przypadkowe spotkanie, niechciane towarzystwo na biwaku czy nawet dramatyczna ucieczka od wydarzeń z przeszłości – nigdy nie wiadomo, w jakich okolicznościach można poznać kogoś, kto rozbudzi zupełnie nieoczekiwane pragnienia. Co stanie się, kiedy bohaterki postanowią poddać się namiętności? Dla jednych to zakazany owoc, dla innych obustronna transakcja lub wejście drugi raz do tej samej rzeki. Konsekwencje mogą być jednak nieoczekiwane – przekonaj się sama…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 427

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (277 ocen)
136
57
51
24
9
Sortuj według:
anka777

Całkiem niezła

Podobało mi się tylko pierwsze i ostatnie opowiadanie. Reszta to dla mnie nudne romansidła.
00
Magda692

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
Monia7291

Dobrze spędzony czas

Oj tak! To był ogień 🔥 Jestem pozytywnie zaskoczona opowiadaniami, zwłaszcza Anny Wolf, Any Rose. Chce więcej! 😍
00
Justynkka2000

Z braku laku…

No takie średnie
00

Popularność




Au­to­rzy: Kin­ga Lit­ko­wiec, An­ge­li­ka Ła­bu­da, Aga­ta Sob­czak, Ana Rose, Ka­ta­rzy­na Rze­pec­ka, Anna Wolf

Re­dak­cja: Agniesz­ka Ra­kow­ska-Bar­ciuk

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: Ma­riusz Kur­kow­ski

Zdjęcia: Stock­sy/Duet Post­scrip­tum; zdjęcia au­to­rek: Kin­ga Lit­ko­wiec (Kin­ga Lit­ko­wiec), Ka­ro­li­na Pędlow­ska – stu­dio Moon (An­ge­li­ka Ła­bu­da), Zu­zan­na To­ma­szew­ska (Aga­ta Sob­czak), Ana Rose (Ana Rose), Skrzyp­czak Fo­to­gra­fia (Ka­ta­rzy­na Rze­pec­ka), Anna Wolf (Anna Wolf)

Re­dak­tor pro­wa­dząca: Na­ta­lia Ostap­ko­wicz

Kie­row­nik re­dak­cji: Agniesz­ka Gó­rec­ka

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta ksi­ążka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bie­ństwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zma­rłych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej ksi­ążce są two­rem wy­obra­źni au­to­rek bądź zo­sta­ły zna­cząco prze­two­rzo­ne pod kątem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej ksi­ążki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2021

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-748-8

Przy­go­to­wa­nie e-Bo­oka: Ma­riusz Kur­kow­ski

Kinga Litkowiec

Książę mroku

Mar­cus od­wo­ził Me­lis­sę, z któ­rą spo­tkał się kil­ka chwil wcze­śniej. Ko­bie­ta po­pro­si­ła go, by od­wió­zł ją do szko­ły, skąd wcze­śniej ją za­brał. Kie­dy byli już bli­sko, te­le­fon dziew­czy­ny za­dzwo­nił. Wy­ci­ągnęła go z to­reb­ki, a mężczy­zna mi­mo­wol­nie zer­k­nął na wy­świe­tlacz. Do­strze­gł zdjęcie ko­bie­ty, pi­ęk­nej, mu­siał to przy­znać. Nie miał jed­nak szans, żeby przyj­rzeć się jej bli­żej, bo jego to­wa­rzysz­ka ode­bra­ła po­łącze­nie i przy­ło­ży­ła ko­mór­kę do ucha.

– Za­raz będę. Po­cze­kaj na mnie przed szko­łą… Coś mi wy­pa­dło i mu­sia­łam wró­cić do domu – wy­ja­śni­ła po­śpiesz­nie, po czym wrzu­ci­ła te­le­fon do tor­by.

Mężczy­zna za­par­ko­wał na­prze­ciw­ko bu­dyn­ku i zga­sił sil­nik.

– Chy­ba nie mu­szę ci mó­wić, że masz o tym za­po­mnieć? – za­py­tał su­ro­wo.

Dziew­czy­na kiw­nęła gło­wą i wy­szła po­śpiesz­nie z sa­mo­cho­du. Gdy szła w stro­nę szko­ły, od­wró­ci­ła się kil­ka razy w jego stro­nę. Pew­nie za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go wci­ąż tam stoi. On miał jed­nak po­wód. Chciał zo­ba­czyć jej ko­le­żan­kę, któ­rej zdjęcie wzbu­dzi­ło jego za­in­te­re­so­wa­nie. Gdy blon­dyn­ka wcho­dzi­ła już na scho­dy, drzwi otwo­rzy­ły się, a oczom Mar­cu­sa uka­za­ła się ślicz­na bru­net­ka. Upew­nił się, że pod­jął do­brą de­cy­zję, nie na­ru­sza­jąc pa­mi­ęci dziew­czy­ny. Me­lis­sa mia­ła się jesz­cze mu przy­dać.

Tego dnia Mar­cus od­czu­wał chęć za­ba­wie­nia się. Jed­nak to pra­gnie­nie nie mia­ło nic wspól­ne­go z tym, co ro­bił z nie­śmia­łą blon­dyn­ką nie tak daw­no temu. Tym ra­zem po­trze­bo­wał ad­re­na­li­ny. Pra­gnął za­bić…

Po tylu la­tach ob­co­wa­nia z lu­dźmi wie­dział do­kład­nie, gdzie ma pó­jść, żeby do­ko­nać zbrod­ni, któ­ra nie wzbu­dzi ni­czy­je­go za­in­te­re­so­wa­nia. Oczy­wi­ście, mógł za­bić ka­żde­go, jed­nak sprząta­nie po wszyst­kim zaj­mo­wa­ło mu zbyt wie­le cza­su, któ­re­go Mar­cus nie lu­bił mar­no­wać. Za­bi­cie czło­wie­ka, któ­re­go śmie­rć ni­ko­go nie ob­cho­dzi, było po pro­stu ła­twiej­sze.

Prze­cho­dził spo­koj­nie chod­ni­kiem, po ciem­nych uli­cach, wie­dząc, że wła­śnie tu spo­tka ide­al­ną ofia­rę. Kto wie, może na­wet zo­sta­nie spro­wo­ko­wa­ny do za­bi­cia? Mężczy­zna ubra­ny w dro­gie ciu­chy ozna­cza pie­ni­ądze. A w tej dziel­ni­cy nie bra­ko­wa­ło ła­sych na to, co nie było ich. Mar­cus pod­wi­nął ręka­wy ma­ry­nar­ki, eks­po­nu­jąc tym sa­mym zło­ty ze­ga­rek. Z kie­sze­ni wy­ci­ągnął cy­ga­ro i od­pa­lił je z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Wy­czuł to­wa­rzy­stwo, a za­raz pó­źniej zo­ba­czył trzech chło­pa­ków, wy­ła­nia­jących się z jed­nej ze śle­pych uli­czek. Jego uśmiech jesz­cze bar­dziej się po­głębił. Już z tej od­le­gło­ści mógł wy­czuć, ja­kie czar­ne mają du­sze. Pie­kło chęt­nie was przyj­mie, po­my­ślał, po czym za­ci­ągnął się cy­ga­rem, rzu­ca­jąc go na­stęp­nie na uli­cę.

Traf­nie prze­czu­wał, że chłop­cy za­mie­rza­li go ogra­bić. Ile oni mo­gli mieć lat? Sie­dem­na­ście? Z pew­no­ścią byli jesz­cze bar­dzo mło­dzi. Po­my­śleć by mo­żna, że zbyt mło­dzi, aby umie­rać. Jed­nak nie dla Mar­cu­sa. Sta­nęli na chod­ni­ku, chcąc za­blo­ko­wać mu dro­gę uciecz­ki. Gdy­by tyl­ko wie­dzie­li, jaki los ich cze­ka.

– Je­śli chcesz żyć, od­daj for­sę i wszyst­ko, co masz – ode­zwał się je­den z nich.

– Wszyst­ko, co mam? – Mar­cus za­py­tał, uda­jąc za­sko­czo­ne­go, po czym uśmiech­nął się z wy­ższo­ścią. – Wierz mi, nie chcia­łbyś tego.

Dru­gi z chło­pa­ków wy­ci­ągnął nóż, ro­bi­ąc krok w stro­nę mężczy­zny. Ten za­śmiał się gar­dło­wo, czym wpro­wa­dził w osłu­pie­nie swo­ich opraw­ców. Bar­dzo chciał, by ten nóż od­bił mu się od skó­ry. Chciał zo­ba­czyć ich re­ak­cję na ten – ja­kże nie­spo­ty­ka­ny – wi­dok.

– Naj­pierw ze­ga­rek – ode­zwał się ten sam, wy­ci­ąga­jąc rękę w stro­nę Mar­cu­sa. Jego głos jed­nak nie brzmiał już tak pew­nie.

– Je­stem do nie­go przy­wi­ąza­ny – od­pa­rł znu­dzo­ny. – Ku­pi­łem go w Me­dio­la­nie. Pa­mi­ętam ten dzień do­kład­nie, bo trzy go­dzi­ny pó­źniej po­su­wa­łem prze­pi­ęk­ną sza­tyn­kę – do­dał roz­ma­rzo­nym gło­sem. – Że­by­ście ją wi­dzie­li.

– Za­mknij się i da­waj ten pie­przo­ny ze­ga­rek! – wrza­snął chło­pak z no­żem.

– Na­praw­dę nie mo­głeś po­cze­kać, aż sko­ńczę? Te­raz to na­praw­dę się wkur­wi­łem. – I w tym mo­men­cie ostrze noża po­wędro­wa­ło w stro­nę klat­ki pier­sio­wej Mar­cu­sa. Uśmiech­nął się, gdy prze­bi­ło je­dy­nie ma­te­riał jego ma­ry­nar­ki. – Te­raz chy­ba czas, bym to ja ode­brał wam wszyst­ko, co ma­cie – po­wie­dział ni­skim to­nem.

Jego oczy za­świe­ci­ły się. Trzech opraw­ców z prze­ra­że­niem ob­ser­wo­wa­ło pło­mie­nie ta­ńczące w źre­ni­cach Mar­cu­sa. Nim do ich mó­zgów do­szła in­for­ma­cja, że trze­ba ucie­kać, zo­sta­li we­pchni­ęci w ciem­ny, śle­py za­ułek, z któ­re­go nie­daw­no wy­szli. Nie byli w sta­nie się po­ru­szyć, bo on tego wła­śnie chciał. Nie miał ocho­ty ba­wić się z nimi dłu­żej, niż było to ko­niecz­ne. Nie tym ra­zem.

Pod­sze­dł do pierw­sze­go z nich. Wy­brał tego, któ­ry się nie ode­zwał, uzna­jąc, że za­słu­gi­wał na najła­god­niej­szą śmie­rć. Przyj­rzał mu się do­kład­nie, nim otwo­rzył usta.

– Jaka szko­da, że nie­na­zna­czo­ny musi też umrzeć – po­wie­dział pod no­sem, jed­nak wy­star­cza­jąco gło­śno, by chło­pak go usły­szał. Uśmiech­nął się po tym sze­ro­ko, wy­ci­ąga­jąc rękę przed sie­bie. – Może nie będzie tak źle – rzu­cił roz­ba­wio­ny.

Jego dłoń wbi­ła się w klat­kę pier­sio­wą chło­pa­ka. Wy­ci­ągnął ją po chwi­li, trzy­ma­jąc w niej jesz­cze bi­jące ser­ce. Jego wła­ści­ciel zsu­nął się bez­wład­nie na brud­ny as­falt. Mar­cus zer­k­nął na dwóch po­zo­sta­łych. W ich oczach nie było już prze­ra­że­nia, zmie­ni­ło się ono w obłęd. Do­brze wie­dzie­li, co ich cze­ka. Spoj­rzał jesz­cze raz na ser­ce, po czym rzu­cił nim w mar­twe cia­ło. Unió­sł dłoń na wy­so­ko­ść twa­rzy i skrzy­wił się na wi­dok ka­pi­ącej krwi.

– Na­wet nie wie­cie, jak bar­dzo nie lu­bię nisz­czyć ubrań. Naj­pierw ty – wska­zał na chło­pa­ka, któ­ry gro­ził mu no­żem. – Po­dziu­ra­wi­łeś mi ma­ry­nar­kę. A te­raz jesz­cze to. Ku­rew­sko ci­ężko zmy­wa się krew z ta­kich ma­te­ria­łów – po­wie­dział te­atral­nie.

Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, któ­ry z nich po­wi­nien zgi­nąć naj­pierw. Tego od noża po­sta­no­wił zo­sta­wić na ko­niec. Pod­sze­dł do dru­gie­go chło­pa­ka i tak jak po­przed­nim ra­zem, do­kład­nie mu się przyj­rzał. Ten jed­nak był już na­zna­czo­ny, choć nie na tyle moc­no, by móc cie­szyć się ży­ciem po ży­ciu. Pal­cem wska­zu­jącym prze­su­nął wzdłuż szyi chło­pa­ka, po czym od­su­nął się o dwa kro­ki. Gdy tyl­ko to zro­bił, gło­wa tego nie­szczęśni­ka za­częła od­ry­wać się od resz­ty cia­ła. Mar­cus po­ża­ło­wał, że nie po­zwo­lił mu krzy­czeć. Jaki to by­łby pi­ęk­ny dźwi­ęk.

Trze­ci chło­pak do­kład­nie wie­dział, co go za chwi­lę cze­ka. Mógł mieć ta­kże prze­czu­cia, że jego śmie­rć będzie naj­gor­sza.

– Nie wiem, w ja­kim stop­niu po­cie­szy cię ten fakt, ale jest szan­sa, że zo­sta­nie­my kum­pla­mi. Oczy­wi­ście po two­jej śmier­ci – po­wie­dział za­do­wo­lo­ny. – Wy­gląda na to, że jesz­cze się spo­tka­my. – Z dło­ni chło­pa­ka wy­jął nóż, wpa­tru­jąc się w nie­go do­dał: – Jed­nak te­raz mu­sisz za­pła­cić za to, co zro­bi­łeś.

Mar­cus przez krót­ki mo­ment roz­my­ślał, gdzie wbić ostrze, by śmie­rć była dłu­ga i bo­le­sna. Za­wió­dł się, gdy wy­czuł czy­jąś obec­no­ść. Ktoś nad­cho­dził, co zu­pe­łnie znisz­czy­ło jego pla­ny.

– Na­wet nie zda­jesz so­bie spra­wy, ja­kie masz szczęście – wy­ce­dził przez zęby.

Nie był z tego za­do­wo­lo­ny, ale nie miał in­ne­go wy­jścia. Wbił nóż w szy­ję chło­pa­ka, kie­ru­jąc ostrze ku gó­rze. Był pe­wien, że prze­bił jego mózg, przez co uśmiech­nął się nie­znacz­nie.

Trzy cia­ła spo­wi­ła czar­na mgła, któ­ra za­częła okrążać ta­kże Mar­cu­sa.

– Czas na mnie.

Za­mknął oczy, nim mgła po­kry­ła go ca­łe­go.

Gdy już zni­kła, nie po­zo­sta­wi­ła żad­ne­go śla­du po za­jściu, ja­kie mia­ło miej­sce.

***

Ka­the­ri­ne lu­bi­ła Me­lis­sę, na­praw­dę ją lu­bi­ła, choć wy­da­wa­ła się jej prze­ci­wie­ństwem. Jed­nak dziew­czy­na była szcze­ra, a przy­naj­mniej sta­ra­ła się taka być. Była też obrzy­dli­wie miła i ża­ło­śnie nie­śmia­ła. Zbyt ła­two mo­żna ją skrzyw­dzić, przez jej kru­cho­ść i ła­two­wier­no­ść. Gdy dzień wcze­śniej nie zja­wi­ła się w szko­le, Ka­the­ri­ne wie­dzia­ła, że coś się wy­da­rzy­ło. Me­lis­sa nie po­tra­fi­ła kła­mać, była w tym na­praw­dę kiep­ska.

– Dziś też za­mie­rzasz znik­nąć? – za­py­ta­ła drwi­ąco blon­dyn­kę, gdy prze­kra­cza­ły bra­mę col­le­ge'u.

– Daj już spo­kój. Mó­wi­łam ci, że mu­sia­łam wró­cić do domu, ale to moja oso­bi­sta spra­wa!

Ka­the­ri­ne po­kręci­ła gło­wą, po­sta­no­wi­ła nie wra­cać wi­ęcej do te­ma­tu. Sko­ro jej przy­ja­ció­łka nie chce mó­wić, czas od­pu­ścić. Wie­dzia­ła o tym do­sko­na­le.

Gdy były już przed scho­da­mi do szko­ły, Me­lis­sa za­ma­rła. Pa­trzy­ła w je­den punkt, wy­da­wa­ło się, że coś nie po­zwa­la jej się ru­szyć.

– Co się sta­ło? – bru­net­ka z tro­ską za­py­ta­ła swo­ją przy­ja­ció­łkę. Jed­nak ta nie od­po­wie­dzia­ła.

Ka­the­ri­ne spoj­rza­ła przed sie­bie, chcąc spraw­dzić, co Me­lis­sa zo­ba­czy­ła, że wpra­wi­ło ją w ta­kie osłu­pie­nie. I wte­dy po raz pierw­szy ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły.

Mężczy­zna pa­trzył na nią, w spo­sób zu­pe­łnie obcy. Mu­sia­ła przy­znać, że był pi­ęk­ny. Nie przy­stoj­ny czy atrak­cyj­ny. Te okre­śle­nia w jego przy­pad­ku by­łby obe­lgą. On był pi­ęk­ny, nie­zwy­kły. Mru­gnęła kil­ka razy, a kie­dy uwol­ni­ła się od hip­no­ty­zu­jące­go spoj­rze­nia mężczy­zny, szturch­nęła ko­le­żan­kę. Ta spoj­rza­ła na nią, na po­cząt­ku jej oczy były jed­nak pu­ste, do­pie­ro po chwi­li mo­żna było do­strzec w nich ja­kie­kol­wiek emo­cje.

– Co? – za­py­ta­ła za­sko­czo­na. – Cze­mu mnie ude­rzy­łaś? – do­da­ła z wy­rzu­tem, ma­su­jąc swo­je ra­mię.

Już chcia­ła coś po­wie­dzieć, jed­nak ten sam mężczy­zna zna­la­zł się wła­śnie obok nich.

– Wi­taj, Me­lis­so – po­wie­dział wol­no.

– Hej – wy­du­ka­ła. – Co ty... Co ty tu ro­bisz? – za­py­ta­ła z tru­dem.

– Dziś or­ga­ni­zu­ję małą im­pre­zę. Po­my­śla­łem, że cię za­pro­szę. Cie­bie i oczy­wi­ście two­ją ko­le­żan­kę.

Wte­dy znów po­pa­trzył na Ka­the­ri­ne. Gdy na nią spoj­rzał, po­now­nie po­czu­ła się jak w tran­sie. Jego oczy mu­szą hip­no­ty­zo­wać –po­my­śla­ła, gdy po raz dru­gi nie po­tra­fi­ła ode­rwać od nie­go wzro­ku. Ciem­no­brązo­we tęczów­ki zda­wa­ły się od­czy­ty­wać jej my­śli. Tak bar­dzo chcia­ła nie pa­trzeć, ale nie po­tra­fi­ła.

– U cie­bie w domu?

Ka­the­ri­ne po raz pierw­szy była tak bar­dzo zła na swo­ją przy­ja­ció­łkę. Jej py­ta­nie spra­wi­ło, że mężczy­zna od­wró­cił od niej wzrok. Po­czu­ła wte­dy pust­kę, jak­by coś wła­śnie jej ode­bra­no.

– Tak. Mam na­dzie­ję, że przyj­dzie­cie – od­po­wie­dział mi­ęk­ko.

Znów od­wró­cił się do bru­net­ki, uśmie­cha­jąc się przy tym de­li­kat­nie. Wy­ci­ągnął dłoń w jej stro­nę.

– Je­stem Mar­cus.

Dziew­czy­na po­da­ła mu swo­ją dłoń, a cie­pły dreszcz prze­szył jej cia­ło.

– Ka­the­ri­ne – po­wie­dzia­ła przez za­ci­śni­ęte gar­dło.

– Miło mi cię po­znać, Ka­the­ri­ne.

– Do cie­bie? – Me­lis­sa po­now­nie spra­wi­ła, że mężczy­zna od­wró­cił wzrok.

– Tak. Ad­res już znasz. – Uśmiech­nął się de­li­kat­nie i do­pie­ro wte­dy pu­ścił dłoń Ka­the­ri­ne. – Na mnie już czas. Do zo­ba­cze­nia.

Od­sze­dł, zo­sta­wia­jąc po so­bie pust­kę i cie­pło na dło­ni dziew­czy­ny. Spoj­rza­ła na nią, po czym wzi­ęła kil­ka głęb­szych wde­chów. To nie mo­gło dziać się na­praw­dę. Wie­dzia­ła, że nie po­win­na do nie­go iść. Wie­dzia­ła, że to naj­gor­szy po­my­sł, na jaki kie­dy­kol­wiek wpa­dła. Ale nie mo­gła zro­bić ina­czej.

– Skąd znasz jego ad­res? – za­py­ta­ła Me­lis­sę, gdy po­zbie­ra­ła swo­je my­śli.

– Po pro­stu znam – od­po­wie­dzia­ła za­wsty­dzo­na. – Idziesz?

Ka­the­ri­ne nie wie­dzia­ła, czy przy­ja­ció­łka pyta ją o szko­łę, czy dom Mar­cu­sa, jed­nak na oba te py­ta­nia od­po­wie­dź brzmia­ła tak samo.

– Tak.

Mar­cus nie mógł so­bie od­pu­ścić. Mu­siał przyj­rzeć się jej z bli­ska, a kie­dy już to zro­bił, wie­dział, że musi ją po­znać. Na­wet w ten sam spo­sób, w jaki po­znał Me­lis­sę. Nie mia­ło to dla nie­go zna­cze­nia. Ka­the­ri­ne była pi­ęk­na, nie­zwy­kła. Była też nie­na­zna­czo­na…

Zor­ga­ni­zo­wa­nie kil­ku lu­dzi nie sta­no­wi­ło dla nie­go pro­ble­mu. Wie­dział, że wie­czo­rem w jego domu zja­wi się ich tylu, ilu so­bie za­ży­czy. Nic, co do­ty­czy­ło zwy­kłych lu­dzi, nie spra­wia­ło mu kło­po­tu. Był prze­cież kimś wa­żniej­szym. Jego pier­wot­ne żądze zo­sta­ły za­spo­ko­jo­ne. Wszyst­kie, z wy­jąt­kiem jed­nej. Mar­cus po­trze­bo­wał ko­bie­ty. W tym nie­wie­le ró­żnił się od zwy­kłe­go śmier­tel­ni­ka. Za­nim uma­rł, seks był jego ulu­bio­ną roz­ryw­ką. To się nie zmie­ni­ło. Chciał jed­nak po­cze­kać do wie­czo­ra, chciał mieć swo­im łó­żku pi­ęk­ną Ka­the­ri­ne. Mu­siał ją mieć. Już daw­no żad­na ko­bie­ta tak bar­dzo mu się nie spodo­ba­ła. Już daw­no żad­nej nie pra­gnął tak bar­dzo. Zbyt wie­le ich było, by wzbu­dzić w nim za­chwyt. A jed­nak jej się uda­ło.

Ka­the­ri­ne uda­wa­ła obo­jęt­no­ść, gdy roz­ma­wia­ła z Me­lis­są o ta­jem­ni­czym mężczy­źnie. Po­wie­dzia­ła jej, że pój­dzie do nie­go, bo nic lep­sze­go nie ma dziś w pla­nach. Brzmia­ła dość prze­ko­nu­jąco, bo w oczach przy­ja­ció­łki nie zo­ba­czy­ła ni­cze­go, co mo­gło­by ozna­czać, że jej nie wie­rzy.

Me­lis­sa jed­nak czu­ła, że to Ka­the­ri­ne wzbu­dzi­ła za­in­te­re­so­wa­nie Mar­cu­sa. Była za­zdro­sna i za­częła ob­wi­niać sama sie­bie. Może, gdy­by nie po­szła z nim do łó­żka, nie prze­sta­łby się nią in­te­re­so­wać? Na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, jak bar­dzo się my­li­ła.

Gdy na­stał wie­czór, Ka­the­ri­ne przy­gląda­ła się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze. Jej czer­wo­na su­kien­ka z ce­ki­na­mi ide­al­nie pod­kre­śla­ła fi­gu­rę, ale tego wła­śnie chcia­ła. Zro­bić wra­że­nie. Zie­lo­ny cień kon­tra­sto­wał z brązo­wy­mi ocza­mi, a cze­ko­la­do­we wło­sy pod­kre­śla­ły opa­lo­ną bu­zię. Była za­do­wo­lo­na, uśmiech­nęła się do swo­je­go od­bi­cia, po czym pod­kre­śli­ła war­gi bez­barw­nym błysz­czy­kiem. Me­lis­sa wy­sła­ła jej wia­do­mo­ść, że cze­ka na nią w sa­mo­cho­dzie. Dziew­czy­na zła­pa­ła parę czer­wo­nych szpi­lek. Za­nim je za­ło­ży­ła, jesz­cze raz zer­k­nęła w lu­stro, by upew­nić się, że wy­bra­ła ide­al­ny strój.

Wsia­dła do sa­mo­cho­du przy­ja­ció­łki, otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy, wi­dząc, jak ta się ubra­ła. Bia­ła su­kien­ka od­kry­wa­ła nie­mal wszyst­ko, a prze­cież Me­lis­sa tak się nie ubie­ra. Chcia­ła za­py­tać, ale zna­ła od­po­wie­dź. Wte­dy wie­dzia­ła, że nie po­win­na z nią je­chać. Nie mo­gła zro­bić tego je­dy­nej oso­bie, któ­rej na niej za­le­ża­ło. Jed­nak było już za pó­źno.

Dom Mar­cu­sa był osza­ła­mia­jący, nie­mal tak samo, jak jego wła­ści­ciel. Ka­the­ri­ne we­szła tam z sil­nym po­sta­no­wie­niem. Mu­sia­ła trzy­mać się z da­le­ka od tego mężczy­zny. Za­nim po­go­dzi­ła się z tym, że Mar­co nie jest dla niej, on zja­wił się na­prze­ciw­ko niej. Bez sło­wa wska­zał dło­nią sa­lon, w któ­rym od­by­wa­ła się im­pre­za. Pu­ścił je przo­dem, a kie­dy Ka­the­ri­ne spoj­rza­ła na nie­go przez ra­mię, za­uwa­ży­ła, jak in­ten­syw­nie się w nią wpa­tru­je. Za­drża­ła. Nie­mal po­tknęła się o wła­sne nogi. Nie po­win­na tu przy­cho­dzić.

Przez dwie go­dzi­ny mężczy­zna nie za­szczy­cił jej na­wet chwi­lą roz­mo­wy. Za to wi­dzia­ła, jak za­mie­nił kil­ka zdań z Me­lis­są. Po­win­na się cie­szyć, bo prze­cież tego wła­śnie chcia­ła. Ale nie po­tra­fi­ła. Wy­pi­ła o je­den drink za dużo, przez co za­kręci­ło się jej w gło­wie. Wsta­ła z fo­te­la i prze­szła przez sa­lon. Nie po­win­na tego ro­bić, jed­nak ru­szy­ła w głąb ko­ry­ta­rza, po­nie­waż na jego ko­ńcu za­uwa­ży­ła bal­kon. Po­trze­bo­wa­ła świe­że­go po­wie­trza. Nie była pi­ja­na, jed­nak do tego sta­nu nie­wie­le jej już bra­ko­wa­ło. Otwo­rzy­ła drzwi i po­de­szła do ba­rier­ki. Wi­dok mo­rza był za­chwy­ca­jący, na­wet o tak pó­źnej po­rze.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Pod­sko­czy­ła na dźwi­ęk ni­skie­go gło­su Mar­cu­sa. Od­wró­ci­ła się do nie­go i za­nim od­po­wie­dzia­ła, przyj­rza­ła mu się uwa­żnie. Miał na so­bie czar­ne je­an­sy i T-shirt w tym sa­mym ko­lo­rze z de­kol­tem w kszta­łcie li­te­ry V. Krót­kie ręka­wy opi­na­ły mi­ęśnie jego ra­mion, przez co Ka­the­ri­ne zro­bi­ło się cie­plej. Na jej uczel­ni nie ma ta­kich mężczyzn. Chy­ba ni­g­dzie ta­kich nie ma.

– Po­trze­bo­wa­łam świe­że­go po­wie­trza. – Uśmiech­nęła się, po czym od­wró­ci­ła się ty­łem do mężczy­zny. – Prze­pra­szam, że tu przy­szłam bez py­ta­nia. Nie chcia­łam ci prze­szka­dzać – do­da­ła spo­koj­nie.

Szyb­ko po­czu­ła jego obec­no­ść tuż za sobą. Był na­praw­dę bli­sko. Po­ło­żył dło­nie na ba­rier­ce, obok jej dło­ni. Czu­ła jego od­dech na swo­jej szyi. Mia­ła wra­że­nie, że sama prze­sta­ła od­dy­chać.

– Nie prze­pra­szaj, Ka­the­ri­ne. Nie masz za co – wy­szep­tał do jej ucha.

– Masz pi­ęk­ny wi­dok. – Chcia­ła zmie­nić te­mat i prze­stać my­śleć o mężczy­źnie, któ­re­go cia­ło czu­ła na swo­ich ple­cach.

– Zga­dza się, jest pi­ęk­ny – po­wie­dział ochry­ple.

Ka­the­ri­ne mia­ła prze­czu­cie, że wca­le nie mó­wił o wi­do­ku z bal­ko­nu.

Jed­na z jego dło­ni pu­ści­ła ba­rier­kę. Po chwi­li po­czu­ła ją na swo­im ra­mie­niu, gdy od­gar­niał jej wło­sy. Wci­ągnęła gło­śno po­wie­trze, czu­jąc na szyi jego cie­płe usta. Chcia­ła to prze­rwać, ale za­bra­kło jej sil­nej woli. Za­miast tego, przy­mknęła oczy, od­da­jąc się mężczy­źnie. Zła­pał jej bio­dro i przy­ci­snął ją do sie­bie. Znów wci­ągnęła po­wie­trze. Czu­ła go. Czu­ła, jaki jest twar­dy. I chcia­ła po­czuć to w zu­pe­łnie in­nym miej­scu. Ści­snęła moc­niej ba­rier­kę, gdy dru­gą dło­nią od­chy­lił jej gło­wę do tyłu, opie­ra­jąc ją na ra­mie­niu. Wci­ąż ca­ło­wał jej szy­ję. Jęk­nęła ci­cho, gdy jego zęby wgry­zły się de­li­kat­nie w jej szy­ję, po­czu­ła to aż w pod­brzu­szu. Może jesz­cze ni­żej.

Prze­stra­szy­ła się, że ktoś może ich zo­ba­czyć. Nie zda­wa­ła so­bie jed­nak spra­wy, że Mar­cus za­dbał o to, by byli nie­wi­dzial­ni. Nie zna­ła go, nie wie­dzia­ła, kim jest, a mimo wszyst­ko po­zwo­li­ła mu ma to. Na­wet nie pró­bo­wa­ła z tym wal­czyć.

Gdy po­ru­szy­ła bio­dra­mi, ota­rła się po­ślad­ka­mi o jego pe­ni­sa, na co Mar­cus wark­nął do jej ucha i na­pa­rł na nią moc­niej. Znów jęk­nęła, tym ra­zem gło­śniej.

– Pra­gnę cię, Ka­the­ri­ne – wy­szep­tał.

Mu­sia­ła ucie­kać. Nie mo­gła z nim tego zro­bić. Nie była taka. Ni­g­dy nie po­szła do łó­żka z kimś, kogo nie zna­ła wy­star­cza­jąco do­brze. Zna­la­zła w so­bie reszt­ki sil­nej woli i od­wró­ci­ła się do nie­go. Pa­trzył na nią przy­mru­żo­ny­mi ocza­mi, z tru­dem zła­pa­ła od­dech. A sło­wa, któ­re wy­pły­nęły z jej ust, wca­le nie chcia­ły z nich wy­cho­dzić.

– Prze­pra­szam, ale mu­szę już iść – rzu­ci­ła ner­wo­wo.

Mar­cus od­su­nął się od niej o dwa kro­ki. Z tru­dem go wy­mi­nęła, po czym wró­ci­ła do domu. Mu­sia­ła zna­le­źć Me­lis­sę. Mu­sia­ła ucie­kać.

Gdy w ko­ńcu od­na­la­zła przy­ja­ció­łkę, mia­ła pro­blem z prze­ko­na­niem jej do wy­jścia.

– To nie tak da­le­ko. Od­wieź mnie tyl­ko i mo­żesz tu wró­cić – bła­ga­ła.

Me­lis­sa do­szła do wnio­sku, że to do­bry po­my­sł. Prze­cież będzie mia­ła Mar­cu­sa dla sie­bie. Wró­ci w ci­ągu dwu­dzie­stu mi­nut, może na­wet nie za­uwa­ży, że znik­nęła.

Mar­cus stał na bal­ko­nie przez wie­le dłu­gich mi­nut. Ta dziew­czy­na była pierw­szą, któ­ra mu od­mó­wi­ła. Sta­ła się przez to jesz­cze bar­dziej in­te­re­su­jąca. Mu­siał wie­dzieć, co w niej ta­kie­go jest.

Gdy wró­cił do środ­ka, już jej nie było. Wie­dział to wcze­śniej. Ucie­kła. Ro­zej­rzał się po sa­lo­nie. Jego plan się nie zmie­nił. Po­trze­bo­wał ko­bie­ty. Choć żad­na z obec­nych nie mo­gła się rów­nać z pi­ęk­ną Ka­the­ri­ne, nie za­mie­rzał wy­brzy­dzać.

Wte­dy ktoś wsze­dł do domu. Me­lis­sa. Była nie­ste­ty sama, a on wie­dział, po co wró­ci­ła. Nie był prze­ko­na­ny do tej dziew­czy­ny. Prze­cież ni­czym go nie za­sko­czy­ła. Jed­nak z dru­giej stro­ny, mógł do­wie­dzieć się wi­ęcej o Ka­the­ri­ne.

W kwa­drans w domu Mar­cu­sa nie zo­stał nikt, oprócz blon­dyn­ki. Spoj­rzał na nią, gdy sta­ła przy oknie, przy­gląda­jąc mu się wy­cze­ku­jąco. Skrzy­wił się nie­znacz­nie na jej wi­dok. Wy­gląda­ła jak zwy­kła dziw­ka. A Mar­cus nie lu­bił dzi­wek, naj­częściej je za­bi­jał. Jed­nak Me­lis­sa nią nie była. Chcia­ła za­pew­ne zwró­cić na sie­bie jego uwa­gę.

– Ści­ągnij su­kien­kę i zwi­ąż wło­sy w ku­cyk – roz­ka­zał.

Blon­dyn­ka była za­sko­czo­na, ale wy­ko­na­ła jego po­le­ce­nie.

Bez wy­uz­da­nej kiec­ki i moc­no na­ta­pi­ro­wa­nych wło­sów, wy­gląda­ła le­piej. Tyl­ko ten ma­ki­jaż. Mar­cus miał ocho­tę ka­zać jej go zmyć, ale to za­jęło­by zbyt wie­le cza­su, a on nie chciał go mar­no­wać.

– Po­wiedz mi coś o Ka­the­ri­ne.

– Dla­cze­go? – Me­lis­sa za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

Była za­zdro­sna. Mar­cus wie­dział o tym, ale mało go to ob­cho­dzi­ło. Na­stęp­ne­go dnia dziew­czy­na mia­ła nie pa­mi­ętać zbyt wie­le.

– Je­stem cie­kaw. Chy­ba mo­żesz to dla mnie zro­bić?

Wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze. Nie chcia­ła o niej roz­ma­wiać. Za­pew­ne nie chcia­ła w ogó­le roz­ma­wiać.

– Na­zy­wa się Ka­the­ri­ne Par­ker. Je­ste­śmy na tym sa­mym roku, ale ona jest ode mnie star­sza. W ze­szłym mie­si­ącu sko­ńczy­ła dwa­dzie­ścia czte­ry lata. Za rok chce stu­dio­wać na uczel­ni w Long Be­ach, ale sama jesz­cze nie wie, co. Zga­du­ję, że do trzy­dziest­ki będzie się uczyć, a pó­źniej i tak nie znaj­dzie do­brze płat­nej pra­cy. Poza tym, wca­le nie musi pra­co­wać. Jej ro­dzi­ce są bo­ga­ci…

– Wy­star­czy.

Mar­cus mu­siał prze­rwać ten sło­wo­tok. Nie o ta­kie in­for­ma­cje mu cho­dzi­ło. Poza tym Me­lis­sa, jako przy­ja­ció­łka, za­częła mó­wić o Ka­the­ri­ne mało przy­chyl­nie.

Lu­dzie są tacy fa­łszy­wi, po­my­ślał, gdy do­szło do nie­go, że blon­dyn­ka chcia­ła go znie­chęcić do obiek­tu jego za­in­te­re­so­wa­nia. Wła­śnie dla­te­go cie­szył się, że jest mar­twy. W świe­cie de­mo­nów jest zde­cy­do­wa­nie ła­twiej.

Zo­sta­ło mu już tyl­ko to, po co do nie­go przy­szła. A po wszyst­kim mu­siał po­zmie­niać kil­ka fak­tów w jej wspo­mnie­niach.

Ka­the­ri­ne czu­ła się wy­ko­ńczo­na, gdy wró­ci­ła do swo­je­go miesz­ka­nia. Jej puls wci­ąż był przy­śpie­szo­ny. Nie mo­gła się sku­pić. Nie mo­gła wy­ma­zać go z pa­mi­ęci. On wci­ąż stał przed jej ocza­mi. Mia­ła wra­że­nie, że za­czy­na wa­rio­wać. W pew­nym mo­men­cie po­ża­ło­wa­ła na­wet, że nie zro­bi­ła tego, na co mia­ła tak wiel­ką ocho­tę.

Ro­ze­bra­ła się, zmy­ła ma­ki­jaż i za­nu­rzy­ła w go­rącej wo­dzie. Chcia­ła prze­stać o nim my­śleć, jak­by to w ogó­le mo­gło być mo­żli­we. Sta­ra­ła się sku­pić na pla­nach na ko­lej­ny dzień. Prze­cież nad­cho­dził jej upra­gnio­ny week­end. Wszyst­ko było tak trud­ne, gdy on nie chciał wy­jść z jej gło­wy. Wci­ąż czu­ła jego do­tyk, po­ca­łun­ki, ja­kie skła­dał na jej szyi. Nie wy­my­śli­ła tego, na­praw­dę czu­ła miej­sca, któ­rych do­ty­kał.

***

Ka­the­ri­ne uśmiech­nęła się na wi­dok wody. Było cie­pło i bez­wietrz­nie. Po­go­da zda­wa­ła się ide­al­na do pły­wa­nia. Me­lis­sa mia­ła do­bry po­my­sł na spędze­nie tego dnia. Kil­ka go­dzin nic­nie­ro­bie­nia, bez na­uki, bez obo­wi­ąz­ków. Tego po­trze­bo­wa­ła, mu­sia­ła od­po­cząć. Roz­ło­ży­ła ręcz­nik na pia­sku, usia­dła na nim i za­częła wkle­py­wać w cia­ło bal­sam prze­ciw­sło­necz­ny. Jej kar­na­cja bez sło­ńca była wy­star­cza­jąco ciem­na, a la­tem, mimo sta­rań, sło­ńce jej nie od­pusz­cza­ło. Me­lis­sa była jej kon­tra­stem. Mia­ła por­ce­la­no­wą kar­na­cję i nie­mal bia­łe wło­sy. Była też drob­niej­sza, o fi­li­gra­no­wej fi­gu­rze.

– Po­sma­ro­wać ci ple­cy?

Zna­ła ten głos, dud­nił cały czas w jej uszach. Od­wró­ci­ła wol­no gło­wę w jego stro­nę. Stał nad nią, ubra­ny je­dy­nie w szor­ty, si­ęga­jące mu przed ko­la­na. Spoj­rza­ła na jego nagi tors, pó­źniej na mi­ęśnie brzu­cha. Był ide­al­ny. Co on tu robi? Nie wie­dzia­ła, czy chce znać od­po­wie­dź na to py­ta­nie.

– Nie, dzi­ęku­ję. Po­ra­dzę so­bie – od­po­wie­dzia­ła ner­wo­wo.

– Daj spo­kój, Ka­the­ri­ne. Chcę tyl­ko ci po­móc – po­wie­dział mi­ęk­ko Mar­cus.

Nie była prze­ko­na­na, jed­nak ski­nie­niem gło­wy po­zwo­li­ła mu na to. Za­brał od niej bal­sam i klęk­nął tuż za jej ple­ca­mi. Po­czu­ła cie­pło na swo­ich bar­kach, to cie­pło za­częło si­ęgać da­lej. Gdy jej do­ty­kał, nie była w sta­nie sku­pić się na ni­czym wi­ęcej. Pra­gnęła, by już ni­g­dy nie prze­sta­wał. Jego pal­ce prze­je­cha­ły wzdłuż kręgo­słu­pa, mruk­nęła ci­cho, ma­jąc na­dzie­ję, że tego nie usły­szał. Usły­szał.

– Dla­cze­go wczo­raj ucie­kłaś? – wy­szep­tał jej do ucha.

Było jej ci­ężko od­po­wie­dzieć, wy­du­sić z sie­bie choć jed­no sło­wo, gdy jego dło­nie pie­ści­ły jej skó­rę. Za­pra­gnęła, by do­ty­kał jej ca­łe­go cia­ła, jed­nak szyb­ko od­go­ni­ła te my­śli. Tak, jak­by bała się, że je usły­szy. Wie­dzia­ła, że mowa jej cia­ła zdra­dza już zbyt wie­le.

– Za dużo wy­pi­łam – rzu­ci­ła z tru­dem.

– A jaki jest praw­dzi­wy po­wód? Nie kłam. Na­wet kie­dy nie wi­dzę two­jej twa­rzy, do­sko­na­le wiem, gdy nie mó­wisz praw­dy.

– Po pro­stu nie chcia­łam dłu­żej być u cie­bie.

– Zjedz ze mną ko­la­cję.

To nie brzmia­ło jak pro­śba, ra­czej roz­kaz. Ka­the­ri­ne chcia­ła od­mó­wić, ale za­miast tego, od­po­wie­dzia­ła mu ski­ni­ęciem gło­wą. Była zła na sie­bie. Za to Mar­cus wręcz prze­ciw­nie.

Na­gle dziew­czy­na do­strze­gła Me­lis­sę. Zmie­sza­ła się, gdy ta szła w ich kie­run­ku. Jej re­ak­cja była jed­nak inna, niż się spo­dzie­wa­ła. Blon­dyn­ka uśmiech­nęła się na ich wi­dok i po­ło­ży­ła się na swo­im ręcz­ni­ku, w od­le­gło­ści kil­ku me­trów od nich. Wy­gląda­ło to tak, jak­by nie chcia­ła im prze­szka­dzać. Wszyst­ko ro­bi­ło się zbyt dziw­ne.

– Pój­dę po­pły­wać – Ka­the­ri­ne po­wie­dzia­ła po chwi­li, uno­sząc się z ręcz­ni­ka, a ta­kże po­zba­wia­jąc swo­je­go cia­ła tak przy­jem­ne­go do­ty­ku jego dło­ni.

Za­nu­rzy­ła sto­py w wo­dzie, po czym zro­bi­ła kil­ka ko­lej­nych kro­ków. Nie chcia­ła się od­wra­cać i nie zro­bi­ła tego. Za­częła pły­wać, sta­ra­jąc się nie my­śleć o mężczy­źnie, któ­ry z pew­no­ścią ją ob­ser­wo­wał.

Pa­trzył na nią w za­du­mie. Ucie­ka­ła od nie­go, jako je­dy­na była w sta­nie uciec. Nie ro­zu­miał tego, bo jej cia­ło krzy­cza­ło, żeby się nim za­jął. Tego był pe­wien. Gdy­by tyl­ko mógł zo­stać z nią sam na sam… Ko­la­cja była ide­al­nym po­my­słem, o ile Ka­the­ri­ne nie zmie­ni zda­nia. Była inna, wie­dział to.

Po­my­ślał, że woda mo­gła­by nie być tak spo­koj­na, wte­dy Ka­the­ri­ne po­trze­bo­wa­ła­by po­mo­cy, a on chęt­nie zo­sta­łby jej bo­ha­te­rem. Mógł to zro­bić, po­ru­sze­nie wody nie było czy­mś, z czym Mar­cus mia­łby pro­blem. Jed­nak nie zro­bił tego. Chciał ją zdo­być sam, to było wy­zwa­nie, ja­kie­go mu­siał się pod­jąć. Ona go fa­scy­no­wa­ła, było w niej coś, cze­go nie do­strze­gł u żad­nej in­nej ko­bie­ty.

Kąpiel mia­ła uspo­ko­ić Ka­the­ri­ne, ostu­dzić cie­pło, któ­re wci­ąż czu­ła na swo­ich ple­cach. Po­win­na od­wo­łać ko­la­cję, bo do­my­śla­ła się, jak to wszyst­ko może się sko­ńczyć. Jed­nak nie mo­gła tego zro­bić. Ona nie zmie­nia­ła zda­nia, za­wsze do­trzy­my­wa­ła obiet­nic i ni­g­dy nie wy­ja­wia­ła czy­ichś ta­jem­nic. Cza­sa­mi się za to nie­na­wi­dzi­ła, bo była zbyt mo­ral­na, a to w jej ro­dzi­nie nie było mile wi­dzia­ne. Dla­te­go ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li ku­pić jej miesz­ka­nie, żeby nie wtrąca­ła się w ich in­te­re­sy, któ­re uwa­ża­ła za nie­uczci­we. Od­ci­ęli ją od sie­bie, twier­dząc, że to dla jej do­bra. Może tak było, Ka­the­ri­ne ni­g­dy się nad tym nie za­sta­na­wia­ła.

Wy­szła z wody, do­pie­ro wte­dy spoj­rza­ła w stro­nę Mar­cu­sa, któ­ry stał wci­ąż w tym sa­mym miej­scu. W dło­niach trzy­mał jej ręcz­nik, a na ten wi­dok cała się spi­ęła. Nie wie­dzia­ła, czy uda jej się wy­trzy­mać ko­lej­ny do­tyk. Jed­nak nie mo­gła uciec, nie była też w sta­nie po­wstrzy­mać go od tego, co za­mie­rzał zro­bić. Nie, kie­dy sta­nęła przed nim i spoj­rza­ła w jego oczy. Po­czu­ła mi­ęk­ki ma­te­riał na swo­jej skó­rze, ale jej wzrok wci­ąż utkwio­ny był w brązo­we tęczów­ki mężczy­zny.

– Lu­bię, kie­dy tak na mnie pa­trzysz.

Uśmiech­nął się de­li­kat­nie, na co Ka­the­ri­ne od­wró­ci­ła się za­wsty­dzo­na.

– Prze­pra­szam. Po pro­stu masz nie­zwy­kłe oczy.

Wie­dzia­ła, jak to za­brzmia­ło, ale to była praw­da. Mar­cus jed­nak po­głębił uśmiech, po czym znów zła­pał z nią kon­takt wzro­ko­wy. Lu­bi­ła na nie­go pa­trzeć, choć wsty­dzi­ła się tego, ale naj­bar­dziej po­do­ba­ło się jej, gdy on pa­trzył na nią w ten spo­sób. Bała się tego spoj­rze­nia i jed­no­cze­śnie pra­gnęła go, tak bar­dzo, jak pra­gnęła po­wie­trza.

Za­sta­na­wia­ła się, czy Mar­cus zo­sta­nie do ko­ńca dnia, czy zo­sta­wi ją i Me­lis­sę. Nie wie­dzia­ła na­wet, co bar­dziej by ją ucie­szy­ło. Szyb­ko do­sta­ła od­po­wie­dź na swo­je py­ta­nie. Mężczy­zna po­że­gnał się z nią i po­in­for­mo­wał, że przy­je­dzie pod jej miesz­ka­nie o dzie­wi­ęt­na­stej. Do­pie­ro po chwi­li do­szło do niej, że nie miał jej ad­re­su. A może miał? Tak, Ka­the­ri­ne prze­czu­wa­ła, że wie o niej wi­ęcej, niż jej się wy­da­je.

***

Drża­ła, gdy cze­ka­ła na nie­go. Coś, co scho­wa­ne było głębo­ko w jej gło­wie, krzy­cza­ło, że robi wiel­ki błąd. Ko­bie­ca in­tu­icja? In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy? A może jej wy­obra­źnia? Nie ro­zu­mia­ła, co się z nią dzie­je. Nic nie wie­dzia­ła o mężczy­źnie, z któ­rym zgo­dzi­ła się pó­jść na rand­kę. Zna­ła je­dy­nie jego imię i ad­res. Nic wi­ęcej. Nie zdra­dził jej swo­je­go na­zwi­ska czy wie­ku. Ser­ce za­bi­ło jej szyb­ciej, gdy zro­zu­mia­ła, że po raz pierw­szy tak ry­zy­ku­je. Je­dzie gdzieś z nie­zna­jo­mym mężczy­zną. Uwa­ża­ła się za roz­wa­żną, jed­nak w tam­tej chwi­li była lek­ko­my­śl­na.

Wy­bi­ła dzie­wi­ęt­na­sta. Ka­the­ri­ne wyj­rza­ła przez okno, za­uwa­ży­ła tyl­ko je­den sa­mo­chód. To on? To mu­siał być on. Wy­szła po­śpiesz­nie z miesz­ka­nia, po­nie­waż nie lu­bi­ła, gdy ktoś na nią cze­kał. Była punk­tu­al­na, zbyt po­ukła­da­na jak na świat, w któ­rym żyła. W win­dzie za­sta­na­wia­ła się, czy jej strój nie jest zbyt uwo­dzi­ciel­ski. Dla­cze­go za­miast spodni i ko­szu­li za­ło­ży­ła srebr­ną su­kien­kę z od­kry­ty­mi ple­ca­mi? Dla­cze­go tak pó­źno za­częła się nad tym za­sta­na­wiać? Drzwi win­dy otwo­rzy­ły się, prze­szła wol­nym kro­kiem w stro­nę wy­jścia. Zła­pa­ła za klam­kę, po czym wy­szła na ze­wnątrz, od razu go za­uwa­ży­ła. Cze­kał na nią, pod­sze­dł, po­ło­żył dłoń na jej ple­cach i po­pro­wa­dził do sa­mo­cho­du. Ko­bie­ta znów za­drża­ła, jak za ka­żdym ra­zem, gdy jego dło­nie do­ty­ka­ły jej na­giej skó­ry.

Mar­cus po raz ko­lej­ny po­my­ślał, że le­piej by­ło­by tro­chę po­móc szczęściu. Pra­gnie­nie wy­da­wa­ło się roz­pa­lać jego mar­twe cia­ło. Gdy­by sie­dzia­ła obok nie­go inna ko­bie­ta, jego dłoń już daw­no zna­la­zła­by się pod su­kien­ką. Ale z nią mu­siał uwa­żać lub za­grać nie­czy­sto. Ten po­my­sł po­do­bał mu się co­raz bar­dziej.

– Mogę cię o coś za­py­tać? – słod­ki głos Ka­the­ri­ne wy­rwał go z my­śli.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dział przez za­ci­śni­ęte gar­dło, sta­ra­jąc się sku­pić na dro­dze, za­miast na no­gach dziew­czy­ny.

– Kim je­steś?

Za­śmiał się. Gdy­by tyl­ko wie­dzia­ła, kim Mar­cus był na­praw­dę.

– Py­tasz mnie o za­wód?

– Py­tam ogól­nie. Nie wiem, ile masz lat, jak masz na na­zwi­sko, czym się zaj­mu­jesz. A mimo to jadę z tobą do... – Prze­rwa­ła na chwi­lę, jak­by się nad czy­mś za­sta­na­wia­ła. – Na­wet nie wiem, gdzie mnie wie­ziesz.

– To spo­ro py­tań – przy­znał roz­ba­wio­ny. – A więc... Na­zy­wam się Mar­cus Col­lins i mam trzy­dzie­ści lat. – Plus ja­kieś kil­ka­set. – Nie pra­cu­ję, bo nie mu­szę, odzie­dzi­czy­łem spo­rą for­tu­nę – skła­mał. – A je­dziesz ze mną, bo tego chcesz. Wsia­dłaś do mo­je­go sa­mo­cho­du, nie zna­jąc celu pod­ró­ży, po­nie­waż wła­śnie tego pra­gniesz, Ka­the­ri­ne. Pra­gniesz być zda­na na mnie.

Spoj­rzał na nią, nie wy­gląda­ła na wy­stra­szo­ną. Była ra­czej za­sko­czo­na jego szcze­ro­ścią, a ta­kże za­wsty­dzo­na tym, że miał ra­cję. Bo miał. Mar­cus to wie­dział.

– Gdzie do­kład­nie je­dzie­my? – za­py­ta­ła ci­cho.

– Do mnie.

Nie po­tra­fił po­wstrzy­mać uśmie­chu, gdy wy­obra­ził ją so­bie w swo­im łó­żku. Kil­ka go­dzin wcze­śniej wi­dział ją już w stro­ju kąpie­lo­wym, gdy­by był czło­wie­kiem, rze­kłby, że tego wi­do­ku nie za­po­mni już do ko­ńca ży­cia.

Ka­the­ri­ne prze­łk­nęła gło­śno śli­nę na wie­ść, że ko­la­cja od­będzie się w jego domu. Li­czy­ła na re­stau­ra­cję, pu­blicz­ne miej­sce. Tak na­praw­dę nie bała się Mar­cu­sa, bała się sie­bie. Przy nim jej ra­cjo­nal­ne my­śle­nie prze­sta­wa­ło dzia­łać. Po­zwo­li­ła mu na zbyt wie­le. Po­win­na pro­sić go, żeby od­wió­zł ją do domu. Pra­gnie­nie prze­by­wa­nia z tym mężczy­zną oka­za­ło się zbyt sil­ne. Wie­dzia­ła, że to nie­wła­ści­we. Wie­dzia­ła, że nie jest te­raz sobą. Nie wie­dzia­ła tyl­ko, dla­cze­go…

Wnętrze domu Mar­cu­sa zda­wa­ło jej się inne. Cie­plej­sze? Nie była pew­na, czy to od­po­wied­nie okre­śle­nie. Nie po­tra­fi­ła po­wie­dzieć, co się w nim zmie­ni­ło. Szła wol­no, pro­wa­dzo­na przez mężczy­znę. Ulży­ło jej, gdy po­czu­ła za­pach je­dze­nia i doj­rza­ła stół, na któ­rym cze­ka­ła na nią praw­dzi­wa uczta. Jed­nak ko­la­cja się od­będzie, po­my­śla­ła, kie­dy od­su­nął jej krze­sło. Usia­dła na nim, a ten za­jął miej­sce tuż obok, przy krót­szym boku wiel­kie­go sto­łu.

– Sam to zro­bi­łeś? – Wska­za­ła dło­nią na da­nia, ja­kie mia­ła przed sobą.

– Tak – od­po­wie­dział dum­nie. – Mam ta­lent do go­to­wa­nia – do­dał z uśmie­chem na twa­rzy.

– Je­stem pod wra­że­niem. Ja je­stem kiep­ską ku­char­ką. – Na jej twa­rzy po­ja­wił się de­li­kat­ny uśmiech. – Tak na­praw­dę mam do tego dwie lewe ręce.

Wte­dy Mar­cus ostro­żnie zła­pał ją za dłoń i przy­su­nął ją do swo­ich ust. Po­ca­ło­wał jej wierzch, a ko­bie­ta za­ma­rła. Jego oczy znów wpa­try­wa­ły się w nią w spo­sób, ja­kie­go nie była w sta­nie zlek­ce­wa­żyć.

– Mam jesz­cze kil­ka in­nych ta­len­tów. – Pu­ścił jej dłoń i na­chy­lił się w stro­nę dziew­czy­ny. – Chęt­nie po­ka­żę ci wszyst­kie. – Po­słał jej pew­ne sie­bie spoj­rze­nie.

Ka­the­ri­ne przez kil­ka se­kund nie po­tra­fi­ła zła­pać od­de­chu. Za­sta­na­wia­ła się, czy to tyl­ko jej wy­obra­źnia, czy on mówi o sek­sie. Nie po­wie­dział tego do­słow­nie, jed­nak tak to za­brzmia­ło. Za­miast się obu­rzyć, za­wsty­dzi­ła się i od­wró­ci­ła twarz w stro­nę okna. Mu­sia­ła uspo­ko­ić swo­je cia­ło, któ­re pra­gnęło jego do­ty­ku. Po­win­na ucie­kać, ale nie była w sta­nie.

Mar­cus prych­nął ci­cho, gdy za­uwa­żył jej zmie­sza­nie. Wstał od sto­łu, na­lał im wina i na­ło­żył por­cje je­dze­nia na ta­le­rze. Ka­the­ri­ne wca­le nie była głod­na. Bała się, że nie prze­łk­nie ani kęsa. Jej żo­łądek za­wi­ązał się w su­peł. Chwy­ci­ła kie­li­szek wina i upi­ła duży łyk, co nie umknęło uwa­dze mężczy­zny.

Lu­bił na nią pa­trzeć. Taka za­wsty­dzo­na była na­praw­dę uro­cza i po­ci­ąga­ła go jesz­cze bar­dziej. Chciał ze­drzeć z niej su­kien­kę, ale nie mógł. Z tru­dem po­wstrzy­my­wał się od ge­stów, któ­re mo­gły ją prze­stra­szyć.

Ka­the­ri­ne nie­wie­le zja­dła. De­ner­wo­wa­ła się, a Mar­cus chciał się do niej do­stać. W ka­żdy mo­żli­wy spo­sób. Wstał od sto­łu i usta­wił się za nią. Gdy po­ło­żył dło­nie na jej ra­mio­nach, ze­sztyw­nia­ła. De­li­kat­nie gła­dził pal­ca­mi jej skó­rę, wci­ąż pa­mi­ęta­jąc o sa­mo­kon­tro­li. Z tą ko­bie­tą nie­trud­no było ją stra­cić.

– Bo­isz się mnie, Ka­the­ri­ne? – za­py­tał ochry­płym gło­sem.

– Nie – od­po­wie­dział ci­cho.

– Prze­cież wi­dzę. – Za­śmiał się. – Nie masz po­wo­du, by się mnie oba­wiać – za­pew­nił. – Nie zro­bię ni­cze­go, na co nie wy­ra­zisz zgo­dy.

Sły­szał, jak gło­śno prze­ły­ka śli­nę, znów się spi­ęła. Sta­nął obok niej i po­dał jej dłoń. Gdy po­ło­ży­ła na niej swo­ją, prze­ci­ągnął ją do sie­bie. Dru­ga ręka zła­pa­ła ją moc­no w ta­lii. Wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze przez de­li­kat­nie roz­chy­lo­ne war­gi. Na ich wi­dok Mar­cus ob­li­zał swo­je usta i zbli­żył twarz do jej twa­rzy. Wes­tchnęła ci­cho, ale nie opie­ra­ła się. Pu­ścił jej rękę i po­ło­żył dłoń na za­ró­żo­wio­nym po­licz­ku. Kciu­kiem za­cze­pił jej dol­ną war­gę, a ona – w od­po­wie­dzi na jego do­tyk – przy­mknęła de­li­kat­nie po­wie­ki. Mu­siał ją mieć. Nie raz, nie dwa. Chciał ją na dłu­żej. Zbli­żył swo­je usta do jej, nie za­re­ago­wa­ła. Zło­żył je­den de­li­kat­ny po­ca­łu­nek, pó­źniej ko­lej­ny i na­stęp­ny. Ka­the­ri­ne po­ru­szy­ła się w ko­ńcu. Otwo­rzy­ła sze­rzej usta, a Mar­cus nie cze­kał. Jego język wśli­znął się do środ­ka.

Za­częła go ca­ło­wać. Tak na­mi­ęt­nie, jak ni­g­dy wcze­śniej. Jej ręce, któ­re do tej pory wi­sia­ły wzdłuż cia­ła, unio­sły się. Po­ło­ży­ła dło­nie na jego ra­mio­nach, od­kry­wa­jąc, że mężczy­zna ma cia­ło twar­de ni­czym ska­ła. Za­ci­snęła na nim moc­niej pal­ce, a on wes­tchnął w jej ustach. Prze­sta­ła my­śleć. Sły­sza­ła je­dy­nie szum w swo­jej gło­wie. Wie­dzia­ła, że już mu się nie oprze. Ca­ło­wał tak, że Ka­the­ri­ne czu­ła nad­cho­dzący or­gazm, mimo że jego dło­nie wci­ąż spo­czy­wa­ły na jej ta­lii i po­licz­ku. Jęk­nęła. Mar­cus prze­rwał po­ca­łu­nek i od­su­nął się od niej.

– To ten mo­ment, w któ­rym mu­sisz pod­jąć de­cy­zję – po­wie­dział ochry­płym gło­sem. – Ci­ężko będzie mi cię wy­pu­ścić, ale po­wiedz sło­wo, a prze­sta­nę.

W tam­tym mo­men­cie jej za­im­po­no­wał. Nie spo­dzie­wa­ła się tego po tym mężczy­źnie. Mo­gła prze­pro­sić i wy­jść. Po­win­na to zro­bić. Znie­na­wi­dzi­ła się za to, że nie po­tra­fi­ła. Pu­ścił ją, po czym od­sze­dł bez sło­wa w stro­nę sto­łu, z któ­re­go wzi­ął kie­li­szek wina i opró­żnił go od razu. Ka­the­ri­ne pa­trzy­ła na nie­go zmie­sza­na. Mimo że nie ode­zwa­ła się, on od niej od­sze­dł. Może to do­brze?

Mar­cus na­pe­łnił swój kie­li­szek i po­now­nie wy­pił jego za­war­to­ść. Tym ra­zem pa­trzył na ko­bie­tę zza szkła.

– Je­steś cho­ler­nie pi­ęk­na, Ka­the­ri­ne – wy­znał z gry­ma­sem bólu na twa­rzy. – Więc nie ma ta­kiej siły, któ­ra po­wstrzy­ma­ła­by mnie od tego, co za­mie­rzam z tobą zro­bić. – Zbli­żył się do niej. – Nie je­stem do­bry… Mo­żna po­wie­dzieć, że je­stem ze­psu­ty do szpi­ku ko­ści. Nie od­czu­wam wspó­łczu­cia czy chęci po­mo­cy. Je­stem pie­przo­nym ego­istą i za­wsze mam to, cze­go chcę. – Zła­pał jej twarz cie­pły­mi dło­ńmi. – A te­raz chcę cie­bie.

Spoj­rza­ła na nie­go za­sko­czo­na. Jego wy­raz twa­rzy zmie­nił się w ci­ągu krót­kiej chwi­li. W pierw­szym od­ru­chu prze­stra­szy­ła się go, ale lęk znik­nął szyb­ciej, niż się po­ja­wił. Ży­cie jest tyl­ko jed­no, po­my­śla­ła.

– Ale nie je­steś se­ryj­nym za­bój­cą?

Mar­cus uśmiech­nął się krzy­wo i po­kręcił de­li­kat­nie gło­wą. Był kimś znacz­nie gor­szym.

Se­ryj­ny mor­der­ca przy Mar­cu­sie był tak nie­bez­piecz­ny jak mały, prze­stra­szo­ny ko­tek. Bo wci­ąż był czło­wie­kiem, któ­re­go mężczy­zna mógł za­bić na ty­si­ące spo­so­bów. Na­to­miast jego nie mógł za­bić ża­den czło­wiek. Był nie­śmier­tel­ny.

Ka­the­ri­ne wy­da­wa­ła się pew­na swo­je­go wy­bo­ru. Wy­gląda­ła na­wet na znie­cier­pli­wio­ną. Po­do­ba­ło mu się to. Wła­śnie to chciał w niej zo­ba­czyć.

Pu­ścił jej twarz i chwy­cił moc­no w ta­lii. Bez naj­mniej­sze­go wy­si­łku pod­nió­sł ją do góry, a ona oplo­tła go no­ga­mi. Ru­szył przed sie­bie, ani na se­kun­dę nie spu­ścił wzro­ku z jej twa­rzy. Prze­sze­dł wol­no przez ko­ry­tarz, po­ko­nał scho­dy, aż w ko­ńcu zna­la­zł się przed drzwia­mi swo­jej sy­pial­ni.

Ka­the­ri­ne za­mknęła oczy, gdy Mar­cus rzu­cił ją na łó­żko. Kie­dy je otwo­rzy­ła, on był już nad nią. Na jego twa­rzy ma­lo­wa­ło się je­dy­nie po­żąda­nie, ja­kie­go dziew­czy­na jesz­cze ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła. Zmie­nił się, choć wy­glądał tak samo. Naj­gor­sze jed­nak było to, że w tam­tej chwi­li nie była w sta­nie mu się oprzeć. Jak­by wsze­dł do jej mó­zgu i dyk­to­wał, co ma ro­bić. Nie po­tra­fi­ła na­wet bać się tego, co się z nią dzia­ło.

Przy­mknęła po­wie­ki, gdy jego usta przy­wa­rły do jej szyi. Dło­ńmi ba­dał ka­żdy cen­ty­metr jej cia­ła, aż w ko­ńcu zna­la­zły się tam, gdzie Ka­the­ri­ne pra­gnęła po­czuć je naj­bar­dziej. Wsu­nął pal­ce za ma­te­riał maj­tek, pie­ścił jej naj­wra­żliw­sze miej­sca, a ona szyb­ko po­czu­ła spe­łnie­nie. Wie­dzia­ła, że jego dło­nie są nie­zwy­kłe, była tego pew­na od mo­men­tu, w któ­rym do­tknął ją po raz pierw­szy.

Prze­łk­nęła gło­śno śli­nę, gdy Mar­cus wy­pro­sto­wał się, a jego oczy zna­cząco po­ciem­nia­ły. Za­czął się roz­bie­rać, uka­zu­jąc naj­pierw swój ide­al­nie wy­rze­źbio­ny tors, a chwi­lę pó­źniej to, na co Ka­the­ri­ne zda­wa­ła się nie być go­to­wa. Gdy był już nagi, po­chy­lił się nad ko­bie­tą, wsu­nął dło­nie pod jej po­ślad­ki i szyb­kim ru­chem zdjął ko­ron­ko­we majt­ki, któ­re były ostat­nią prze­szko­dą, dzie­lącą go od zro­bie­nia tego, na co tak bar­dzo cze­kał. Po­now­nie nad nią za­wi­sł, a ona wci­ągnęła gło­śno po­wie­trze. Uśmiech­nął się, po czym wsze­dł w nią po­wo­li. Przy­mknęła po­wie­ki, a z jej gar­dła wy­do­był się stłu­mio­ny jęk.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Kinga Litkowiec

Książę mroku

Angelika Łabuda

Umowa na miłość

Ana Rose

Bolesna strata

Katarzyna Rzepecka

Biwak w górach

Agata Sobczak

Druga szansa