Grzeczna dziewczynka - Anna Sakowicz - ebook + audiobook

Grzeczna dziewczynka ebook

Anna Sakowicz

4,2

Opis

 

Grzeczna dziewczynka to gorzko-zabawna opowieść o pisarce, która pomaga tacie w opiece nad mamą chorą na alzheimera, a nieoczekiwanie spada jej na głowę „Hun” w postaci ekscentrycznej babci. Miranda Dobson, właściwie Mirka Świerk, nie przewidziała też, że jej kolega po piórze wpadnie na szatański pomysł podniesienia sobie statystyk sprzedaży książek. Wciągnie ją w romans, który stanie się medialnym tematem. Czytelnicy żyć będą informacjami o miłości pisarzy, a Miranda postanowi za pomocą seksu zapomnieć o swoich rodzinnych problemach…

 

Jednak jak to w życiu, nic nie jest proste. Większość spraw wymyka się bohaterom spod kontroli, powoduje szereg nieoczekiwanych zwrotów akcji, wywołując niejednokrotnie uśmiech, ale także łzy. A w powietrzu będzie się unosić zapach najróżniejszych ziół, którymi babcia spróbuje odczarować życie Mirandy.

 

Grzeczna dziewczynka to z jednej strony zabawna historia pisarki i jej osobistego „Huna”, z drugiej smutna opowieść o odchodzeniu i starości.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 360

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (140 ocen)
65
41
26
6
2

Popularność




Roz­dział 1

Roz­dział 1

Jesz­cze tylko parę wio­sen1

„K” jak jedno z naj­bar­dziej soczy­stych wul­ga­ry­zmów w języku pol­skim, pomy­ślała i otwo­rzyła słow­nik wyra­zów obcych online. Wybrana litera paso­wała do jej nastroju. Miała ochotę zakląć. Poczuła już prze­kleń­stwo na języku, jed­nak osta­tecz­nie nie pozwo­liła mu wybrzmieć w powie­trzu. Zamiast tego przej­rzała listę zapo­ży­czeń zaczy­na­ją­cych się na „k”. Szu­kała cze­goś odpo­wied­niego. Miało być trudne do zapa­mię­ta­nia.

– Kan­ta­ry­dyna2 – prze­czy­tała, potem kilka razy powtó­rzyła słowo, nie­jako sma­ko­wała je, spraw­dzała, jak ułoży się w ustach. – Kan­ta­ry­dyna, kan­ta­ry­dyna… Potem zło­żyła litery od końca, jakby prze­wra­cała przed­miot na drugą stronę i spraw­dzała, jaki będzie od spodu, jak jest wykoń­czony i pozszy­wany. Ale wspak nie był przy­ja­zny, nie dawał się zapa­mię­tać ani płyn­nie wymó­wić. Zgrzy­tał. Poty­kała się o litery, ale spra­wiało jej to przy­jem­ność. To jak dźwi­ga­nie sztangi w siłowni. Naj­pierw jest ciężko, ale z cza­sem ćwi­cze­nia przy­no­szą radość, pod­no­szą poziom endor­fin. Tak się wła­śnie czuła, była zado­wo­lona.

– Kan­ta­ry­dyna… kan-ta-ry-dy-na… kan-ta-ry-dy-na – sma­ko­wała niczym Bia­ło­szew­ski swoją szarą nagą jamę w Nie­wy­czer­pa­nej odzie do rado­ści.

Klik­nęła łącze, by spraw­dzić zna­cze­nie.

– Tru­jąca sub­stan­cja we krwi muchy hisz­pań­skiej – prze­czy­tała. Wyraz był ide­alny. Paso­wał do jej bier­nego zasobu słów. Nie podej­rze­wała, by miała potrzebę go kie­dy­kol­wiek użyć. Odłoży go więc do kate­go­rii „na póź­niej”. Kiedy zapo­mni tych powsze­dnich jak „chleb”, będzie czer­pać z zapa­sów.

– Kan­ta­ry­dyna – powtó­rzyła szep­tem. – Kanta… ry… dyna. – Pierw­sza część była łatwa do zapa­mię­ta­nia, bo sko­ja­rzyła się jej z Imma­nu­elem Kan­tem. Rydyna brzmiała pra­wie jak uryna, więc też szło wbić sobie do głowy w miarę pro­sto. – Kanta uryna – zaśmiała się. – Kan­ta­ry­dyna…

* * *

Na drugi dzień Miranda posta­wiła kropkę na końcu ostat­niego zda­nia książki i szybko chwy­ciła za chu­s­teczkę, by wydmu­chać nos. To była bar­dzo wzru­sza­jąca scena, pomy­ślała. Łzy roz­ma­zy­wały jej obraz na moni­to­rze. Wytarła powieki, a potem spoj­rzała jesz­cze raz na stronę. Uważ­nie ją prze­czy­tała.

– I gitara… – powie­działa do sie­bie, a na jej twa­rzy dla odmiany zago­ścił uśmiech. Wie­działa, że kobiety poko­chają ją za tę scenę. Przez lata nauczyła się mani­pu­lo­wać uczu­ciami czy­tel­ni­czek. Umiała prze­wi­dzieć, kiedy będą się śmiać, a kiedy pła­kać. – Moje „geniu­sio­stwo” mnie cza­sami zadzi­wia – zaśmiała się w głos i jesz­cze wygod­niej roz­po­starła się na łóżku. Uwiel­biała to słowo. Dosko­nale odzwier­cie­dlało coś z pogra­ni­cza sza­leń­stwa i geniu­szu wyro­słego na pod­wa­li­nach absurdu i gro­te­ski.

Pogła­skała kota, który spoj­rzał na nią z podzi­wem. To prawda, że jego pani była naj­lep­sza. Nikt tak dobrze nie kar­mił. Leoś mruk­nął zado­wo­lony i wygod­nie się roz­ło­żył obok swo­jego czło­wieka. W nagrodę za kocie potwier­dze­nie słów Mirandy sier­ściuch został wygła­skany. W powie­trzu zawi­ro­wały czarne kłaczki.

– Chyba coś zjemy, nie? – spy­tała kota. Potem odło­żyła lap­topa, wstała z łóżka i otrze­pała dresy. Pod­cią­gnęła wyżej spodnie i, odna­la­zł­szy kap­cie, wsu­nęła w nie stopy. Wtedy skie­ro­wała się do kuchni. Kot pobiegł przo­dem, dobrze odczy­tu­jąc inten­cje Mirandy.

Otwo­rzyła lodówkę. Na jed­nej z pó­łek stały wyłącz­nie puszki dla Leosia. Reszta nie napa­wała opty­mi­zmem. Się­gnęła po sojowe parówki i spoj­rzała na datę waż­no­ści. Jesz­cze można je zjeść, pomy­ślała, naj­wy­żej prze­goni mnie do toa­lety.

Zaśmiała się, a kot miauk­nął, przy­po­mi­na­jąc o swo­jej misce. Szybko więc ją wypeł­niła, a potem zabrała się do jedze­nia paró­wek. Wyci­snęła na talerz sporą ilość keczupu i musz­tardy. Ukro­iła kromkę chleba i zagry­zła ją z przy­jem­no­ścią, choć nie była pierw­szej świe­żo­ści. Przez ostat­nie dni nie miała jed­nak czasu na zakupy, koń­czyła powieść. Wtedy nie ist­niał świat na zewnątrz, odda­wała się cał­ko­wi­cie two­rze­niu i zapo­mi­nała o rze­czy­wi­sto­ści. Na szczę­ście zapas żel­ków, cze­ko­lady i dobrego wina był wystar­cza­jący.

Podra­pała się po brzu­chu. Od razu wes­tchnęła, ponie­waż jego mięk­kość ją zasko­czyła. Popra­wiła więc koszulkę i bluzę dre­sową, by nie odkry­wały cien­kich fał­dek uko­cha­nego ciała.

– Dobrze jest, psia­krew, a kto powie, że nie, to go w mordę! – zacy­to­wała Wit­ka­cego. Leoś pró­bo­wał to sko­men­to­wać na swój koci spo­sób, lecz w tym momen­cie zadzwo­nił tele­fon. Miranda drgnęła na krze­śle i się­gnęła po apa­rat. Numer był nie­znany, ale ode­brała. Zdzi­wiła się, kiedy w słu­chawce usły­szała głos swo­jej babki Zuzanny, któ­rej nie widziała chyba od dzie­się­ciu lat.

– Przy­je­dziesz po mnie? – spy­tała seniorka bez kur­tu­azyj­nych wstę­pów, a Mirandę zmro­ziło. Jak to, czy przy­jadę? Prze­cież się nie lubimy! Babce nie odpo­wia­dał spo­sób życia wnuczki i nie krę­po­wała się wyra­żać gło­śno swo­ich opi­nii. Córka też nie speł­niała jej ocze­ki­wań, bo zło­śli­wie posta­no­wiła zacho­ro­wać na alzhe­imera.

– Po co? – spy­tała zasko­czona.

– Jestem chora. Nie będę owi­jać w bawełnę, bo nie daję sobie rady, a na moją córkę oczy­wi­ście nie mogę liczyć.

– Przy­po­mnę ci, że ona jest chora.

– Chora, chora – mruk­nęła. – Ma kło­poty z pamię­cią i tyle. A jesz­cze nie wia­domo, czy nie udaje, bo nie pamię­tać zawsze jest wygod­niej!

Miranda wes­tchnęła, ale nie sko­men­to­wała ostat­niego zda­nia.

– Co ci jest?

– Przy­jedź po mnie, pro­szę cię – powie­działa już innym tonem. – Źle się czuję, boję się być sama. Kilka dni… Ze mną koniec będzie…

– A czego się boisz?

– Że umrę w tym miesz­ka­niu i znajdą mnie dopiero, jak zaśmierdnę. Nie chcę zaśmierd­nąć i roz­ło­żyć się na dywa­nie. Ten dywan to dzia­dek jesz­cze kupił, jak był na wycieczce w Kowa­rach, więc sama rozu­miesz.

– Kilka dni… Masz prze­cież opie­kunkę…

– Słu­chaj. – Nagle babka ści­szyła głos. – Jej nie można ufać! Ta dzie­wu­cha to tylko patrzy, jak mnie okraść.

– Myślę, że jed­nak…

– Kochana moja wnu­siu, czy ja cię przez te wszyst­kie lata o coś pro­si­łam? – spy­tała.

– No… – Miranda zasta­no­wiła się i w końcu musiała babce przy­znać rację. Prze­cież nie roz­ma­wiały ze sobą pra­wie przez dekadę.

– A widzisz. Teraz naprawdę potrze­buję pomocy, a mam tylko cie­bie – powie­działa bła­gal­nym tonem. – Ja tu umrę, boję się – zaszlo­chała.

– Ech… – wes­tchnęła wnuczka. – Boisz się? – powtó­rzyła, zawie­sza­jąc się tylko na tej czę­ści wypo­wie­dzi. Wie­działa, że będzie żało­wać swo­jej decy­zji, ale osta­tecz­nie zgo­dziła się przy­wieźć do sie­bie babkę. – Dobrze, sie­dem dni, żebyś wydo­brzała, a potem cię odwiozę, może tak być?

– Dosko­nale – odparła. – Powin­nam dojść do sie­bie przez ten czas.

– Tylko pamię­taj, ja mam pracę – ostrze­gła.

– Masz wresz­cie nor­malną pracę? – Sta­ruszka ucie­szyła się.

– Nie, cią­gle tę nie­nor­malną. Sie­dzę, wymy­ślam histo­rie i piszę.

– Czyli cały czas kła­miesz za pie­nią­dze – pod­su­mo­wała babka w swoim stylu. – A słu­chaj… – znów zmie­niła ton. – To jak już się zgo­dzi­łaś i mogę przy­je­chać, sąsiad mnie do cie­bie pod­wie­zie, nie będziesz musiała się faty­go­wać, co? Byłoby szyb­ciej. Jestem spa­ko­wana, więc to nie będzie pro­blem.

Aha! Wszystko jed­nak babka prze­my­ślała i zapla­no­wała! Tele­fon był tylko taką pseu­do­kur­tu­azyjną próbą wpro­sze­nia się do niej na kilka dni.

– Bab­ciu… – zaczęła, jed­nak sta­ruszka weszła jej w słowo, że bar­dzo dzię­kuje i że jutro koło połu­dnia będzie, bo już się doga­dała z sąsia­dem. Nawet pie­nię­dzy od niej nie chciał na paliwo, taki szar­mancki. Potem jesz­cze dopo­wie­działa, jak to wszy­scy wokół bar­dzo ją lubią i są dla niej mili. Miranda chciała jej pora­dzić, że w takim razie nie ma co się ruszać z domu, ale babka zakoń­czyła już swój wywód i się roz­łą­czyła. – No to pięk­nie… – szep­nęła. Kot otarł się o jej nogi i mruk­nął. – Nie­stety, Leosiu, nad­cho­dzi arma­ge­don i musimy się na niego psy­chicz­nie przy­go­to­wać.

Miranda spoj­rzała na zega­rek. Zdąży jesz­cze poje­chać na zakupy. Musiała zaopa­trzyć lodówkę i posprzą­tać miesz­ka­nie przed jutrzej­szym najaz­dem Hunów, bo jeżeli bab­cia nie zmie­niła się przez ostat­nie dzie­sięć lat, to jej kru­cha postać wciąż była tylko przy­krywką dla całego stada dzi­kich koczow­ni­ków.

* * *

Naza­jutrz Miranda w tym samym wycią­gnię­tym dre­sie, w któ­rym spę­dziła poprzedni dzień, sprzą­tała dom. Myła okno w pokoju, w któ­rym miał miesz­kać jej nie­pla­no­wany gość. Wycie­rała kurze, przy­go­to­wy­wała pościel. Dosko­nale wie­działa, że babka była lep­sza niż oddział pra­cow­ni­ków

sane­pidu, a biała ręka­wiczka per­fek­cyj­nej pani domu to przy niej mały pikuś. Spraw­dzi każdy kąt, czy nie ma w nim dro­bi­nek kurzu.

– Leoś! – krzyk­nęła na kota, który wsko­czył na czy­stą pościel. – Zakła­czysz!

Kocur prze­cią­gnął się leni­wie i jesz­cze wygod­niej się roz­ło­żył. Nie spo­dzie­wał się prze­cież żad­nego gościa.

– Jestem wykoń­czona… – Miranda przy­sia­dła obok Leosia i pogła­skała go po futerku. – Spo­ci­łam się jak mysz. – Wytarła pot z czoła. Jej policzki były roz­grzane. Zwią­zała moc­niej włosy, bo mokre kosmyki opa­dały jej na twarz. I wtedy roz­brzmiał dzwo­nek domo­fonu. Kobieta pode­szła do moni­tora, by spraw­dzić, kto przy­szedł. Od razu miała ochotę scho­wać się za szafą i uda­wać, że nikogo nie ma w domu. Jed­nak przy­zwo­itość zwy­cię­żyła. Naci­snęła przy­cisk z klu­czy­kiem. Zamek zazgrzy­tał. Dopiero wtedy pode­szła do drzwi, bo babka prze­kro­czyła już próg pose­sji. Furtka trza­snęła. Sta­ruszka wcho­dziła po scho­dach, wspie­ra­jąc się jedną ręką o drew­nianą laskę.

Miranda czuła, że naj­bliż­sze dni zmie­nią się w kosz­mar. Prze­ra­biała to wiele lat temu, ale ni­gdy na tak długo. Zawsze dwa dni z babką koń­czyły się wielką awan­turą, obrazą i fochami sta­ruszki, a u niej poja­wiały się wizje mor­der­czych scen, a także tytuł jed­nego z jej ulu­bio­nych fil­mów Star­sza pani musi znik­nąć.

– Cześć, bab­ciu – powie­działa, siląc się na uprzejmy ton.

– Tutaj walizkę zosta­wiam! – krzyk­nął kie­rowca i po chwili wsiadł do auta.

Dziwne, pomy­ślała Miranda, nawet nie pomógł star­szej pani wnieść bagażu do środka, tylko odje­chał. Może bał się, że babka zde­cy­duje się od razu na powrót? Zachi­cho­tała w myślach. Kilka godzin z Hunem w małym aucie było pew­nie ponad siły tego faceta. Na jego miej­scu wia­ła­bym, gdzie pieprz rośnie, dodała.

– No, naresz­cie jestem! Ty nawet nie wiesz, jak ten mój sąsiad jeź­dzi! Jak wariat! Mówię ci, wokół same wariaty! Idź po tę walizkę, bo zaraz ukradną.

– Tu nikt nie krad­nie, to spo­kojna dziel­nica.

– Znam takie spo­kojne dziel­nice – odparła babka, roz­glą­da­jąc się. – Domy jak u Żydów – dodała, a Miran­dzie aż ciarki prze­szły po ple­cach. – Daw­niej to tak Żydzi miesz­kali w moim mia­steczku.

„Tak”, czyli jak?, zasta­no­wiła się Miranda, ale bab­cia kon­ty­nu­owała swój wywód. Od razu więc dowie­działa się, że w bli­żej nie­okre­ślo­nej prze­szło­ści Żydzi miesz­kali w par­te­ro­wych domach kry­tych czer­woną dachówką. Aż bała się zapy­tać, jak w takim razie miesz­kali porządni pol­scy kato­licy. Nie sko­men­to­wała jed­nak wypo­wie­dzi seniorki.

– Tu będziesz spała. – Wnuczka poka­zała pokój gościnny i sta­ran­nie zaście­lone łóżko. Babka rozej­rzała się po wnę­trzu i stwier­dziła, że może być. Prze­szka­dzały jej tylko regały z książ­kami, bo od tego tylko kurz i cho­roby, ale potem mach­nęła ręką i powie­działa, że się prze­mę­czy.

– A tu są moje zastrzyki. – Podała Miran­dzie pla­sti­kową torebkę. – Będziesz mi je dawać wie­czo­rami.

– Ja? – zdzi­wiła się i ostroż­nie wzięła paku­nek, jakby zawie­rał dyna­mit i nie można nim było wstrzą­snąć, by nie spo­wo­do­wać spek­ta­ku­lar­nej roz­pier­du­chy. – Przy­po­mi­nam ci, że nie jestem fachow­cem w tej dzie­dzi­nie.

– Tego nie da się zapo­mnieć – mruk­nęła babka. – Na niczym się nie znasz. A co to za filo­zo­fia wbić igłę w dupę i wyci­snąć zawar­tość strzy­kawki? Każdy głupi to umie.

– Aha – wes­tchnęła. – Każdy głupi oprócz mnie… Pójdę póź­niej do sąsiadki, jest pie­lę­gniarką, to popro­szę ją, żeby dawała ci te zastrzyki.

– No i rych­tig.

Miranda nie dopy­ty­wała już, na co są te lekar­stwa, ale gdy babka po chwili zaczęła kasz­leć, wyco­fała się z pokoju i dała jej czas na roz­pa­ko­wa­nie. Prze­szła do kuchni, by posta­wić na kuchence zupę, którą goto­wała od rana. Nie miała poję­cia, co lubiła jej babka, więc ugoto­wała zupę pie­trusz­kową. Nie wyma­gało to zbyt dużo wysiłku, a było smaczne i pożywne. Nie wyobra­żała sobie też, że nagle na jej stole znaj­dzie się mięso, więc cze­kało ją jesz­cze poin­for­mo­wa­nie seniorki, że jej wnuczka jest wege­ta­rianką.

Wrzu­ciła na patel­nię ziarnka sło­necz­nika, by się upra­żyły, gdy w kuchni poja­wiła się Zuzanna. Miranda uświa­do­miła sobie, że nawet się nie objęły na powi­ta­nie. Zupeł­nie jak dwie obce sobie osoby. Jed­nak na myśl, że sta­ruszka ją dotyka, wzdry­gnęła się. Nie wyobra­żała sobie żad­nego kon­taktu fizycz­nego z babką. Ni­gdy jej nie lubiła. Już jako dziecko pła­kała na jej widok, a że rodzice cią­gle się z nią kłó­cili, nie musiała jej zbyt czę­sto odwie­dzać. Z cza­sem nawet roz­mowy tele­fo­niczne stały się coraz rzad­sze. Bab­cia miała swoje życie, oni swoje. Brat Mirandy wyje­chał do Szwe­cji, gdzie pra­co­wał od pięt­na­stu lat, i rzadko bywał w Pol­sce. Tam zało­żył rodzinę i chyba wsiąkł w tam­tej­szy kli­mat. Rodzice miesz­kali kilka kilo­me­trów od niej i codzien­nie od czte­rech lat zma­gali się z alzhe­ime­rem. Miranda miała cza­sami wra­że­nie, że jest człon­kiem rodziny Adam­sów, a nie Świer­ków. Zresztą dla­tego pisała pod pseu­do­ni­mem jako Dobson. Miranda Dobson brzmiało świa­towo i zde­cy­do­wa­nie lepiej wyglą­dało na okładce niż Świerk.

– Co tam ugo­to­wa­łaś? – spy­tała babka i zaj­rzała jej przez ramię. – Wygląda jak kupa nie­mow­laka – sko­men­to­wała.

– To krem z pie­truszki z gruszką – wyja­śniła. – Jest bar­dzo dobry i zdrowy.

– No – zaśmiała się babka i nagle pokle­pała wnuczkę po brzu­chu. Skóra zatrzę­sła się niczym gala­reta. – Dobrze to ty wyglą­dasz. Jak pomiesz­kam tu kilka dni, to będę gruba jak ty.

Miranda miała ochotę prze­gryźć sta­ruszce tęt­nicę. Ważyła sześć­dzie­siąt pięć kilo przy wzro­ście metr sie­dem­dzie­siąt. Czuła się dobrze w swoim ciele, choć dosko­nale wie­działa, że już dawno temu pozbyła się kalo­ry­fera z brzu­cha. Zmie­nił się w sfla­czałe cia­sto, które pod­dało się gra­wi­ta­cji i stało się gala­re­to­wate. Może i nie było przy­jemne w dotyku, ale nie zamie­rzała z tego powodu roz­pa­czać. A zasu­szone i zgar­bione ciało babki na pewno wyglą­dało lepiej, oj tak! Chęt­nie by jej pod­su­nęła pod nos lustro. Oba­wiała się tylko tego, że wzrok bazy­lisz­kowy powa­liłby seniorkę na miej­scu i musia­łaby się tłu­ma­czyć na poli­cji, jak to się stało, że sza­nowna bab­cia zeszła z tego świata od razu po prze­kro­cze­niu progu domu swo­jej pier­wo­rod­nej wnuczki.

– Ty też niczego sobie – odparła, sta­wia­jąc na stole tale­rze z zupą. Po chwili na środku każ­dego z nich zro­biła klek­sik z natu­ral­nego jogurtu i posy­pała go pra­żo­nym sło­necz­ni­kiem.

– No teraz to wygląda jak kupa nie­mow­laka, który nażarł się pestek – zakpiła bab­cia i z obrzy­dze­niem zamie­szała w tale­rzu. Po chwili wło­żyła jed­nak łyżkę do ust. Zaraz drugą i trze­cią. Wię­cej się nie odzy­wała, choć kilka razy wypluła na stół sło­necz­nik. Miranda przy­kla­snęła w myślach, że dobra nasza, bo babka wyskro­bała talerz do czy­sta i popro­siła o dokładkę.

– Tylko bez pestek! – zazna­czyła.

– Sma­kuje ci?

– Jem, żeby się nie zmar­no­wało – odparła. – Ponadto dzi­siaj środa, a ja w środy i piątki nie jem mięsa.

– No tak… – wes­tchnęła i podała dokładkę.

– Ale ty jak chcesz mię­cho, to się nie krę­puj. Mnie nie prze­szka­dza.

– Ja nie jem mięsa w ogóle – odparła Miranda.

– Jak to w ogóle?

– Nor­mal­nie. Jestem wege­ta­rianką, kocham zwie­rzęta, więc ich nie jem.

– To ty się tak upa­słaś na rośli­nach? – szcze­rze zdzi­wiła się sta­ruszka i znów poka­zała na brzuch wnuczki, która szybko pocią­gnęła dres i jesz­cze bar­dziej się przy­gar­biła. Dotarło do niej, że kilka dni z babką pod jed­nym dachem wpę­dzi ją w kom­pleksy. Przy­po­mniała też sobie, jak Zuzanna doku­czała swo­jej córce i bra­to­wej. Zresztą dla niej każdy zawsze był za gruby. Naj­waż­niej­sze kry­te­rium oceny czło­wieka – tusza! Dru­gie kry­te­rium – zarost, na szczę­ście to doty­czyło tylko męż­czyzn.

– No widzisz. To dowód na to, że mięso nie jest potrzebne.

– Jak se chcesz… Ale jak się od tego pocho­ru­jesz, to nie miej do mnie pre­ten­sji, że cię nie ostrze­ga­łam – powie­działa babka i wło­żyła kolejną łyżkę zupy do ust. Zaraz jed­nak spoj­rzała na Mirandę i spy­tała, czy jej miłość do zwie­rząt obej­muje także nie­ku­po­wa­nie skó­rza­nych butów i tore­bek. Kobieta wes­tchnęła.

– Sta­ram się nie kupo­wać takich – odparła, ale od razu zwi­zu­ali­zo­wała swoje skó­rzane obu­wie zale­ga­jące w sza­fie. To był jej słaby punkt i bar­dzo się go wsty­dziła. Nie myślała, że babka jej to wytknie.

– Bo wiesz… – kon­ty­nu­owała zado­wo­lona sta­ruszka. – Raczej świnki samo­wol­nie nie zrzu­cają skóry.

– Co zamie­rzasz u mnie robić? – spy­tała Miranda, zmie­nia­jąc temat. – Pamię­taj, że ja muszę pra­co­wać. Koń­czę aku­rat książkę i chcę mieć spo­kój.

– Posie­dzę sobie w pokoju i pomó­wię paciorki. Naj­waż­niej­sze, że nie będę sama, bo ja ci powiem, wnu­siu kochana, ja się tak bar­dzo boję tej śmierci… Ja wiem, że ona już po mnie idzie. Czuję to w gna­tach.

– A czego tak się boisz? – spy­tała Miranda. Zro­biło się jej żal babki, a złość na nią szybko minęła.

– Bo ja nie wiem, czy wszystko odpo­ku­to­wa­łam… Boję się, że mnie dia­bły w smole będą goto­wać… W tele­wi­zji mówili, że naj­gor­szy jest czy­ściec, tam podobno strasz­niej niż w pie­kle. A ja bym tak chciała od razu do nieba, więc przy­je­cha­łam do cie­bie. Taką pokutę sobie narzu­ci­łam.

Miranda spoj­rzała na babkę. W pierw­szej chwili pomy­ślała, że Zuzanna żar­tuje, ale wystar­czył rzut oka, aby się prze­ko­nać, że mówiła śmier­tel­nie poważ­nie. Naprawdę się bała. Miranda miała ochotę uśmiech­nąć się na wyobra­że­nie dia­błów mie­sza­ją­cych w kotłach ze smołą. Pamię­tała takie obrazki z dzie­ciń­stwa. Jed­nak widząc prze­ra­że­nie babki, powstrzy­mała się przed pod­nie­sie­niem kąci­ków ust. Nie zwró­ciła też uwagi na ostat­nią część wypo­wie­dzi o poku­cie. W prze­ciw­nym razie nie byłaby taka spo­kojna, bo co ozna­czało poku­to­wa­nie według babki, tego nie wie­dział nikt.

– Nie ma się czego bać – pocie­szyła ją łagod­nym gło­sem. – Nie ma dia­błów. A pie­kłem mogą być tylko inni ludzie – dodała filo­zo­ficz­nie, choć wie­działa, że jej babka ni­gdy nie sły­szała o egzy­sten­cja­li­zmie Sar­tre’a. Za to daw­niej była dosko­nała w urzą­dza­niu pie­kła swo­jej córce i mężowi.

– Już ja swoje wiem.

– Gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała, będę za drzwiami – powie­działa. Potem spoj­rzała na babkę. Miała pomarsz­czoną skórę i dłu­gie siwe włosy zaple­cione w war­kocz wokół głowy. Wyraz twa­rzy spra­wiał nie­przy­jemne wra­że­nie. Zmarszczki wokół ust suge­ro­wały, że była to osoba, która raczej się nie uśmie­chała. – A jak się czu­jesz?

– Bar­dzo źle, oj źle. Kulfy mnie bolą – poskar­żyła się, doty­ka­jąc nóg. – Tak mnie napier­ni­czają, że nie mogę cho­dzić! Gdyby nie one, to ja bym tu latała!

Miranda prze­łknęła ślinę i sko­men­to­wała w myślach, że chwała Bogu za te bolące kulfy. Ina­czej jej pry­watny Hun miałby siłę taj­funu.

– To odpocz­nij sobie w pokoju, a ja pójdę pra­co­wać.

– A dru­gie danie? – spy­tała nagle seniorka i rozej­rzała się po kuchni.

– Jakie dru­gie?

– No dru­gie! Kar­to­felki, sosik, surówka… Co ty myśla­łaś, że ja się taką papką najem?! – pod­nio­sła głos, a Miranda otwo­rzyła usta ze zdu­mie­nia. Zja­dła przed chwilą to, co babka, a czuła się naje­dzona. Jak to moż­liwe, że ten kru­chy zasu­szony czło­wie­czek nie napeł­nił się zupą?

– Nie ma… Ja zawsze tylko jedno robię. Jeżeli się nie naja­dłaś, to mogę ci dolać.

– To na co cze­kasz? Głodna jestem!

Miranda napeł­niła ponow­nie jej talerz. Posta­wiła naczy­nie przed seniorką i przez chwilę obser­wo­wała, jak bab­cia pochła­nia następną por­cję. Potem kilka razy się jej odbiło i wresz­cie stwier­dziła z zado­wo­le­niem, że czuje się pełna.

– Czyli mogę iść popra­co­wać?

Babka przy­tak­nęła i od razu zazna­czyła, że teraz będzie myć tale­rze po obie­dzie. Kiedy wnuczka poka­zała jej zmy­warkę, sta­ruszka stwier­dziła, że to dobre urzą­dze­nie, ale nie wolno tam wkła­dać brud­nych rze­czy, bo zaraz się zapa­sku­dzi. Umyła więc naczy­nia i dopiero potem wło­żyła do maszyny. Miranda nie miała siły się z nią szar­pać, uspo­ko­iła się w myślach, że to tylko kilka dni. Wzięła błą­ka­ją­cego się pomię­dzy nogami Leosia i poszła do swo­jej sypialni. Wygod­nie umo­ściła się na łóżku. Poło­żyła na kolana pod­kładkę pod lap­top i otwo­rzyła plik z książką. Zaczęła czy­tać ostatni roz­dział, gdy usły­szała cho­dzącą po domu Zuzannę. Pod­łoga wyło­żona była deskami, więc stu­ka­nie laską nio­sło się po wszyst­kich kątach.

– Dobra, tylko spo­kój nas ura­tuje – szep­nęła do Leosia. Kot wie­dział, że jego pani pod­czas pracy musi mieć ide­alną ciszę, bo ina­czej zacznie się mio­tać. Zamru­czał więc uspo­ka­ja­jąco.

Miranda nie mogła się sku­pić na tym, co czy­tała. Cały czas nasłu­chi­wała kro­ków drep­czą­cej babki i zasta­na­wiała się, po co robi ten obchód. Wresz­cie, gdy kroki zaczęły się zbli­żać do gościn­nego pokoju, miała nadzieję, że zaraz ucichną. Aż wstrzy­mała oddech w ocze­ki­wa­niu na to, co się za chwilę wyda­rzy.

Sta­ruszka fak­tycz­nie weszła do swo­jego pokoju. Usia­dła w fotelu uszaku i zaczęła się roz­glą­dać po wnę­trzu.

– Po co komu tyle ksią­żek? Tylko kurz zbie­rają – wymam­ro­tała pod nosem. Potem wstała i otwo­rzyła swoją walizkę. Wypa­ko­wała resztę ubrań i wło­żyła je do szafy, w któ­rej wnuczka przy­go­to­wała jej miej­sce. Znów usia­dła i znów spo­glą­dała po wolu­mi­nach. – Mam swoją – powie­działa wresz­cie i pogła­dziła dło­nią ksią­żeczkę do nabo­żeństw. Zaczęła pół­szep­tem czy­tać.

Miranda za ścianą ode­tchnęła. Wresz­cie nastała cisza. Sku­piła się na swo­jej histo­rii. Wpro­wa­dzała poprawki, gdy nagle ktoś zapu­kał do jej drzwi i po chwili sta­nęła przed nią babka. Wnuczka aż pod­sko­czyła, bo zapo­mniała o sta­ruszce. Szybko rzu­ciła okiem na zegar, bo wystra­szyła się, że może pod­czas pracy nie zauwa­żyła, jak szybko upły­nęło kilka godzin.

– Ożeż – jęk­nęła na widok wyświe­tla­cza. Minęło zale­d­wie pięt­na­ście minut! – Co się stało? – spy­tała. – Bab­ciu, ja muszę pra­co­wać.

– To pra­cuj, pra­cuj. Ja ci nie prze­szka­dzam. – Sta­ruszka usia­dła na łóżku i przy­glą­dała się Miran­dzie.

– Ale ja tak nie umiem. Muszę być sama.

– A ten sier­ściuch ci nie prze­szka­dza?

Leoś spoj­rzał na babkę i miauk­nął, jakby chciał jej powie­dzieć, co o tym sądzi. Został jed­nak zigno­ro­wany przez seniorkę.

– Co się stało? – spy­tała wnuczka, by jak naj­szyb­ciej skoń­czyć roz­mowę. – Potrze­bu­jesz cze­goś?

– Słu­chaj… Tak sobie pomy­śla­łam, że może byś mi dała jakąś książkę do prze­czy­ta­nia, bo sie­dzę tam w tym pokoju i się nudzę.

Miranda wstała i poszła do swo­jej biblio­teczki. Spoj­rzała na tytuły na grzbie­tach ksią­żek i chwilę ana­li­zo­wała, co może się spodo­bać jej babce. W końcu się­gnęła po Oskara i panią Różę. Nie była to zbyt obszerna lek­tura, więc seniorka, która do tej pory czy­tała jedy­nie ksią­żeczkę do nabo­żeń­stwa i histo­rię ojca Pio, sobie pora­dzi.

– Może być?

– Oskar i pani Róża – prze­czy­tała tytuł. – Dziwne imiona. A może mi dasz też jakąś swoją?

Miranda o mało co się nie zakrztu­siła wła­sną śliną. Babka ni­gdy prze­cież nie czy­tała jej ksią­żek. Gar­dziła tym, co robiła wnuczka, więc skąd ta nagła zmiana?

– Nie wiem, czy ci się spodo­bają…

– Dawaj, oce­nię – odparła zde­cy­do­wa­nym gło­sem. – Mam tu odbyć pokutę, to będzie w sam raz – dodała z wro­dzoną sobie zło­śli­wo­ścią.

Miranda zaci­snęła zęby, ale poło­żyła przed nią trzy swoje pierw­sze powie­ści. Na począ­tek to na pewno wystar­czy, a seniorka będzie miała w czym wybie­rać.

– Ale ja twoje chcia­łam.

– To są moje.

– To jest jakaś Mi-ran-da Dob-son – stwier­dziła, z tru­dem odczy­tu­jąc obco brzmiące nazwi­sko. – A ty prze­cież jesteś Miro­sława Świerk.

Kobieta par­sk­nęła śmie­chem. Kom­plet­nie zapo­mniała o tym, że pisała pod pseu­do­ni­mem, a babka prze­cież o tym nie wie­działa. Otwo­rzyła więc skrzy­dełko okładki i poka­zała jej swoje zdję­cie.

– Zobacz, to ja. – Poka­zała pal­cem. – Tu napi­sali, że to mój pseu­do­nim lite­racki.

– To ty się wsty­dzisz ojca i matki, że ukry­wasz się pod jakimś pseu­do­ni­mem?

– Nikogo się nie wsty­dzę, ale po pro­stu źle wyglą­dało na okładce moje praw­dziwe imię i nazwi­sko – wyja­śniła, a w tym momen­cie babka się prze­że­gnała, jakby pró­bo­wała odgo­nić od sie­bie złą moc wnuczki, która sprze­nie­wie­rzyła się rodzi­nie i sama sie­bie nazwała Dobso­nem. Co to w ogóle zna­czyło? Albo ta Miranda! Jak mira­belka. Toć świerk nie może być gor­szy od pospo­li­tej śliwki! Już miała to wnuczce wyja­śnić, gdy ta zakrę­ciła się na pię­cie, rzu­ciła, że musi pra­co­wać, i znik­nęła za drzwiami pokoju.

– Ska­ra­nie boskie z tą dzie­wu­chą – stwier­dziła babka. – To sta­ro­pa­nień­stwo na pewno rzu­ciło się jej na mózg!

* * *

Kiedy Miranda twardo spała, nagle drzwi do jej pokoju się uchy­liły. Pod­łoga skrzyp­nęła i tuż przy łóżku sta­nęła star­sza pani. Spo­glą­dała przez chwilę na wnuczkę, aż wresz­cie krzyk­nęła:

– Pobudka, śpio­chu!

Miranda pod­sko­czyła na łóżku. Natych­miast usia­dła, bo zupeł­nie zapo­mniała o swoim gościu, a raczej nikt do jej sypialni nie zaglą­dał. Przy­naj­mniej taki stan utrzy­my­wał się przez ostat­nie osiem lat. Tyle czasu pro­wa­dziła rado­sne życie sin­gielki i nie upra­wiała seksu, więc zawsze budziła się w swoim łóżku, leżąc naj­wy­żej koło Leosia. Dla­tego widok babki był niczym kubeł zim­nej wody.

– Co się stało? – spy­tała, prze­cie­ra­jąc z prze­ra­że­nia oczy. Miała nad sobą chudą, pomarsz­czoną twarz z zapad­nię­tymi policz­kami i roz­wia­nym siwym wło­sem. Zuzanna wyglą­dała jak postać z hor­roru. Szcze­rzyła się w bez­zęb­nym uśmie­chu nad wnuczką i wła­śnie wycią­gała do niej kości­stą dłoń, by szarp­nąć ją za ramię.

Miranda odsu­nęła się, potem rzu­ciła okiem na zega­rek sto­jący na szafce noc­nej i znów opa­dła na poduszkę.

– Bab­ciu, jest piąta czter­dzie­ści!

– No wła­śnie – odparła spo­koj­nym gło­sem. – Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.

– Ja do pierw­szej w nocy pra­co­wa­łam! Chcę się wyspać!

– Wsta­waj, wsta­waj, skoda dnia! – zase­ple­niła z powodu braku sztucz­nej szczęki.

– Daj mi pospać! Wyjdź! Bar­dzo pro­szę!

– Jakaś ty ner­wowa… – Zuzanna nie spo­dzie­wała się takiej reak­cji, więc posta­no­wiła się wyco­fać. Po chwili zamknęła drzwi do sypialni, zosta­wia­jąc wnuczkę samą.

Kot czmych­nął pod szafę i spo­glą­dał na sta­ruszkę nie­uf­nie. Obser­wo­wał każdy jej ruch. A seniorka poczła­pała o lasce do kuchni. Wyjęła z kie­szeni podomki pro­tezy i wło­żyła je do ust. Splo­tła włosy w war­kocz, by jej nie prze­szka­dzały, a potem spoj­rzała do zlewu. Stały w nim dwa kubki! Zado­wo­lona zaka­sała rękawy. Potem otwo­rzyła zmy­warkę i zaczęła wysta­wiać naczy­nia. Zaj­rzała do wszyst­kich sza­fek, by zorien­to­wać się, gdzie co odsta­wić. I zaraz po kolei ukła­dała garnki i tale­rze. Jej ruchy nie były zgrabne, więc stu­kała naczy­niami.

Leoś głę­biej scho­wał się w swo­jej kry­jówce, a Miranda narzu­ciła poduszkę na głowę.

– Boże – jęk­nęła. – Tu się nie da spać. Zamor­duję ją, przy­się­gam. Jeżeli jutro mi wytnie ten sam numer, pakuję ją w kar­ton i odsy­łam do Bra­niewa.

Miranda liczyła na to, że babka po roz­ła­do­wa­niu zmy­warki zaj­mie się czymś, co nie będzie powo­do­wało hałasu, jed­nak się prze­li­czyła. Potem był czas na przy­rzą­dza­nie śnia­da­nia. Sta­ruszka robiła wszystko powoli i nie­zdar­nie, więc naczy­nia znów strze­lały. Jakiś kubek albo talerz pole­ciał na pod­łogę, roz­sy­pu­jąc się w drobny mak. Zaci­ska­nie poduszki na gło­wie nie­wiele poma­gało. Zmę­czona Miranda posta­no­wiła więc wstać i zakoń­czyć roz­pier­du­chę w kuchni.

– O, jesteś – ucie­szyła się sta­ruszka. – Twój kot zbił kubek – dodała, a wnuczka rozej­rzała się po kuchni w poszu­ki­wa­niu Leosia. Ten cią­gle nie wyściu­bił nosa spod szafy w przed­po­koju.

– Bab­ciu – zaczęła spo­koj­nie. – Nie możesz tak rano hała­so­wać, ja do późna pra­cuję.

– Ale ja nie umiem wyle­gi­wać się do połu­dnia w łóżku.

– Dobra, zróbmy tak. – Miranda cią­gle nie tra­ciła cier­pli­wo­ści. – Zmy­warkę roz­pa­ko­wu­jemy od ósmej, co? Nie wcze­śniej. Zapa­mię­tasz? Od ósmej!

– A co mam nie zapa­mię­tać? – Star­sza pani wzru­szyła ramio­nami. – A ty pamię­tasz o moich zastrzy­kach?

– Tak, ale o tej godzi­nie wszy­scy nor­malni ludzie jesz­cze śpią. Potem pójdę do sąsiadki.

– Dobra, a ja poszo­ruję ci garnki, bo one strasz­nie okop­cone.

– Nie są okop­cone. – Miranda wes­tchnęła, ale już nie dopo­wie­działa, że na induk­cyj­nej kuchence po pro­stu nie dało się tego zro­bić. Zro­biła odpo­wied­nią tem­pe­ra­turę pod czaj­ni­kiem i posta­wiła na bla­cie dwa kubki.

– Ja ci potem pokażę, jak powi­nien wyglą­dać czy­sty czaj­nik.

– Bab­ciu, a ty już nie czu­jesz się źle? – spy­tała. – Prze­szło ci?

– Oj, strzyka mnie strasz­nie, kulfy bolą, jak­bym już miała odcho­dzić z tego świata… – Bab­cia dla lep­szego efektu zakasz­lała.

Miranda nie sko­men­to­wała stanu zdro­wia seniorki. Sta­rała się zjeść śnia­da­nie w ciszy i spo­koju, ale gra­ni­czyło to z cudem. Bab­cia tonem głosu, któ­rego nie powsty­dzi­łaby się płaczka pogrze­bowa, kon­ty­nu­owała opo­wieść o swoim samo­po­czu­ciu. A opo­wia­dała z naj­mniej­szymi deta­lami! Nic nie mogło ujść jej uwagi. Nagle weszła w rolę scho­ro­wa­nej sta­ro­winki, która ledwo zipie, i ostat­kiem sił powy­cią­gała naczy­nia ze zmy­warki. Za chwilę nato­miast, na opa­rach swo­jego zdro­wia i mocy, zabie­rze się do szo­ro­wa­nia czaj­nika i garów, żeby odejść z tego świata z poczu­ciem dobrze wyko­na­nej roboty i porządku w kuchni wnuczki. Bo jak pokuta to pokuta!

Leoś na ugię­tych łapach wyszedł spod szafy i zbli­żył się do Mirandy. Spoj­rzał na nią i zamiau­czał. Kobieta miała wra­że­nie, że dosko­nale go rozu­mie. Pogła­skała go czule po główce i szep­nęła, że to kilka dni, że dadzą radę i że muszą trzy­mać się razem. Potem napeł­niła kocu­rowi miseczkę, czego babka oczy­wi­ście nie omiesz­kała sko­men­to­wać:

– Sier­ściu­chy to powinny w sto­dole być, a nie w domu. Ja lubię koty – dodała. – Ale jak polują na myszy.

– Nie­stety nie mamy sto­doły – odparła wnuczka.

* * *

Koło połu­dnia Miranda zosta­wiła bab­cię samą w domu i poszła do sąsiadki. Popro­siła ją o pomoc w poda­wa­niu zastrzy­ków. Hania zgo­dziła się i zapro­po­no­wała, że od razu pój­dzie do seniorki. Pisarka była jej wdzięczna, bo nie wyobra­żała sobie komu­kol­wiek wbi­jać igły w skórę.

– A co ty taka zmę­czona? – spy­tała pie­lę­gniarka, wsu­wa­jąc buty. – Babka dała ci popa­lić?

– Nic nie mów – odparła. – Jakby arma­ge­don nastał w moim domu. Prze­cież ja jej nie widzia­łam chyba z dzie­sięć lat i nagle mam ją pod swoim dachem. Podobno źle się czuje i boi się być sama, więc zgo­dzi­łam się jej pomóc. Ale pomię­dzy nami nie ma żad­nej więzi. Nic.

– Nikt z rodziny nie mógł jej wziąć do sie­bie?

– Nie – wes­tchnęła. – Mama jest jedy­naczką, a jak wiesz, ma alzhe­imera, więc zostaję ja albo brat. Wia­domo, że babki do Szwe­cji nie wyślemy.

– To może by pomy­śleć o jakimś ośrodku?

– Domu star­ców? – Miranda zdzi­wiła się, bo w sumie o tym nie pomy­ślała. – Chyba na to za wcze­śnie – dodała po chwili zasta­no­wie­nia. – Babka jest samo­dzielna, teraz tylko zacho­ro­wała, ale jak wydo­brzeje, to poje­dzie do sie­bie. Ma tam opie­kunkę, więc da sobie radę. Sta­rych drzew prze­cież się nie prze­sa­dza. A ona w życiu by się nie zgo­dziła na dom seniora. Trzeba by chyba ją zwią­zać, zakuć w kaj­danki i tam odsta­wić.

– No tak, w sumie trudno się dzi­wić. Chodźmy – powie­działa, chwy­ta­jąc klu­cze w dłoń. Miranda poszła przo­dem. Po chwili otwie­rała drzwi swo­jego domu. Od wej­ścia ude­rzyły ją gło­śne modli­twy. Przy­głu­cha bab­cia słu­chała radia nasta­wio­nego na całą moc.

– Wesoło masz – zaśmiała się Hania.

Miranda nie sko­men­to­wała. Ton modli­twy i muzyka przy­gnę­biły ją. Miała poczu­cie, że nie jest u sie­bie.

– Bab­ciu – zwró­ciła się do seniorki, wpro­wa­dza­jąc do pokoju Hanię. – To jest moja kole­żanka i sąsiadka. Zrobi ci zastrzyk.

– Zna się na tym? – spy­tała babka, nie­uf­nie spo­glą­da­jąc na kobietę. Na pierw­szy rzut oka wyglą­dała schlud­nie, pomy­ślała. Miała krótką fry­zurę z grzywką zarzu­coną na jedną stronę. Twarz budziła zaufa­nie, choć babce wydało się, że kobieta podej­rza­nie mruży oczy.

– Mam na imię Hania. Znam się, pro­szę się nie mar­twić – powie­działa sąsiadka. – Jestem pie­lę­gniarką, pra­cuję w szpi­talu. Pro­szę poka­zać te zastrzyki. – Miranda podała jej foliową torebkę z medy­ka­men­tami i ści­szyła radio, żeby nie musiały prze­krzy­ki­wać ludzi odma­wia­ją­cych publicz­nie róża­niec. – To prze­ciw­bó­lowe… Coś panią boli?

– Kulfy… Pani kochana, jak one mnie bolą… – Bab­cia pod­cią­gnęła spód­nicę, doty­kała kolan. – Takie sobie ochronki na kolana zro­bi­łam. Skar­pety pocię­łam i tro­chę mi lepiej. Oj, ale boli – zaszlo­chała. – Ratuj mnie, kocha­nieńka, ratuj. Pożyć jesz­cze bym chciała, wnuczce pomóc, bo ona ani męża nie ma, ani dzieci, jak sie­rota… – gło­śniej pocią­gnęła nosem, a Miranda stała jak zamu­ro­wana i przy­glą­dała się seniorce. Jakby nagle ktoś pod­mie­nił babkę. Nie dowie­rzała wła­snym oczom i uszom. Zuzanna była niczym dok­tor Jekyll i pan Hyde.

– Będzie dobrze – uspo­ko­iła ją Hania i przy­go­to­wała zastrzyk. Babka z tru­dem wstała i uchy­liła kawa­łek pół­dupka. Pie­lę­gniarka z wprawą wbiła igłę i wyko­nała iniek­cję. Potem przy­ło­żyła watę i pod­cią­gnęła bie­li­znę sta­ruszki. – I po bólu.

Babka nagle zła­pała ją za dłoń i zaczęła cało­wać.

– Dzię­kuję, kocha­nieńka, dzię­kuję. Niech pani Święta Matulka w dzie­ciach wyna­gro­dzi i zdrówko da. Ja się będę za panią modlić dzień i w nocy jak za moją Mireczkę… choć ja nie wiem, czy boziulka nadąża, kiedy ja o Mireczce mówię, a ona jako jakaś mira­belka teraz przed świa­tem. Widzi pani, co ja mam z tą moją wnuczką?

Hania zaśmiała się i po chwili poże­gnała się z seniorką. Wyszła z jej pokoju i uśmiech­nęła się do kole­żanki.

– Łatwo nie masz – szep­nęła, a Miranda prze­wró­ciła oczami na znak, że za chwilę osza­leje.

– Napi­jesz się kawy?

– Kiedy indziej, zaraz lecę do szpi­tala.

– Dzię­kuję za pomoc.

– Nie ma za co. Powo­dze­nia z bab­cią – zaśmiała się. Pra­cu­jąc w szpi­talu, nie­raz spo­ty­kała sta­ruszki, które miały dwa obli­cza. Jedno dla rodziny, dru­gie, to bar­dziej uni­żone, dla per­so­nelu szpi­tala.

Po wyj­ściu Hani Miranda poszła do swo­jego pokoju popra­co­wać. Roz­sia­dła się wygod­nie przy lap­to­pie. Leoś też zajął miej­sce przy niej i wszystko mogłoby wyglą­dać jak każ­dego dnia, gdyby po kilku minu­tach za drzwiami nie roz­legł się hałas. Miranda wes­tchnęła, ale posta­no­wiła za wszelką cenę sku­pić się na tek­ście i nie słu­chać tego, co działo się w kuchni. Trudno, niech strze­lają garnki, tłuką się naczy­nia, ona ma pracę i musi ją wyko­nać. W kalen­da­rzu na czer­wono miała zazna­czoną datę, która przy­po­mi­nała, że deadline nad­cho­dzi. A deadline był święty!

Miranda otwo­rzyła plik z tek­stem i zaczęła czy­tać, wpro­wa­dza­jąc poprawki, które bar­dzo czę­sto pole­gały na tym, że zazna­czała frag­ment i wci­skała „delete”. Sznury zdań zni­kały, a w ich miej­sce nale­żało stwo­rzyć coś nowego. Sku­piła się na pracy, i o dziwo, w domu zapa­no­wała cisza. Na jakiś czas cał­ko­wi­cie zapo­mniała, że nie jest sama. Dopiero po dwóch godzi­nach w pokoju roz­le­gło się puka­nie. Miranda pod­nio­sła głowę i stwier­dziła, że jest postęp. W ciągu jed­nego dnia taka zmiana zacho­wa­nia babki to cud. Nawet zdo­była się na śmiałą myśl, że w takim tem­pie to może uda się bab­cię zre­for­mo­wać.

– Pro­szę!

– Wnu­siu kochana – zaczęła seniorka, a w Miran­dzie nagle wszystko zady­go­tało. Taki miły ton nie mógł być bez powodu. Zamknęła lap­topa i zerwała się z łóżka.

– Co się stało? – Sta­nęła w progu i rzu­ciła okiem w kory­tarz. Ni­gdzie nie uno­sił się dym, więc to nie pożar, pomy­ślała, ale nie­winna mina babki nie dawała jej spo­koju. – Coś się stało? – powtó­rzyła.

– Nie, ale chcę ci coś poka­zać – powie­działa sta­ruszka i zła­pała Mirandę za rękę. Ta drgnęła, ale siłą woli zapa­no­wała nad tym, by się nie wyrwać. Dotyk seniorki nie był przy­jemny. Kości­ste palce wbiły się w jej przed­ra­mię. – Chodź!

Poszły do kuchni, ale tu młoda kobieta niczego nie zauwa­żyła. Za to zado­wo­lona mina seniorki od razu rzu­cała się w oczy.

– Co zro­bi­łaś?

– Nie­spo­dziankę – odparła z dumą. – Mówi­łam, że masz zapusz­czone gary?

I zanim skoń­czyła wyja­śniać, co się stało, wzrok Mirandy powę­dro­wał na kuchenkę. Stał na niej srebrny czaj­nik. Świe­cił się jak psu jajca! A prze­cież Miranda nie miała naczyń w tym kolo­rze!

– Co? – zdzi­wiła się, bo prze­cież jej czaj­nik kryty były ema­lią w pięk­nym kolo­rze wio­sen­nej zie­leni!

– Ele­gancko, nie? – spy­tała babka z dumą.

– Czy to jest mój czaj­nik? – Miranda nie dowie­rzała wła­snym oczom. – Zie­lony? Noż, kur…

– No! – krzyk­nęła babka. – Bez brzyd­kich słów! Piękny, nie? Teraz ele­gancki i czy­sty. Wypu­co­wany! Jutro zabiorę się za gary, bo to szo­ro­wa­nie to jed­nak nie takie łatwe. Zma­cha­łam się.

– Bab­ciu! Bab… – Miran­dzie zabra­kło tchu. Zuzanna jed­nak dumna z sie­bie mach­nęła ręką i poszła do swo­jego pokoju. Pisarka nato­miast pod­nio­sła czaj­nik i dokład­nie mu się przyj­rzała. – Jak to moż­liwe? Jak? Cho­lera!

Na naczy­niu nie było ani jed­nego śladu zie­lo­nej ema­lii. Wszystko zostało wyszo­ro­wane i wypo­le­ro­wane. Miranda nie miała poję­cia, że coś takiego jest w ogóle moż­liwe. Bo jak?! Może nie był to naj­droż­szy czaj­nik świata, więc jego jakość mogła być nie naj­lep­sza, ale żeby zedrzeć ema­lię? Od razu pomy­ślała o pozo­sta­łych garach. Zaj­rzała do szafki i ogar­nęła ją panika. Nie chciała, by jej naczy­nia zmie­niły barwy! Dobrała je ide­al­nie pod kolor far­tu­cha kuchen­nego! Wresz­cie gdy odzy­skała pano­wa­nie nad odde­chem, poszła do pokoju babki. Star­sza pani sie­działa w fotelu. Miranda otwo­rzyła już usta, by zro­bić jej wykład na temat garn­ków, gdy zauwa­żyła, że seniorka ma zamknięte oczy i drze­mie.

– Cho­lera – szep­nęła i zamknęła drzwi, wyco­fu­jąc się w kory­tarz. Babka wyglą­dała na zmę­czoną. W szo­ro­wa­nie czaj­nika wło­żyła pew­nie mnó­stwo ener­gii. Potem Miranda pró­bo­wała się prze­ko­ny­wać, że bab­cia chciała dobrze, tylko tro­chę jej nie wyszło. Posta­no­wiła, że zaci­śnie zęby i wytrzyma kolejne dni. Nie­długo prze­cież znów wszystko wróci do normy, pomy­ślała.

* * *

Par­cie na pęcherz zmu­siło Mirandę do prze­rwy w redak­cji tek­stu. Nawet przez chwilę ponow­nie zapo­mniała, że nie mieszka wyłącz­nie z Leosiem. W domu pano­wała cisza. Z obawą zaj­rzała więc do pokoju babci. Drzwi były uchy­lone, więc zer­k­nęła, by upew­nić się, że wszystko w porządku. Nagle jed­nak zamarła. Sta­nęła jak wryta i czuła, jak krew ude­rza jej do głowy.

Na wer­salce leżała sta­ruszka. Na wznak. Na piersi miała sple­cione dło­nie. Aż pro­siło się, by wło­żyć w nie róża­niec. Wnuczka poczuła, jak miękną pod nią nogi. Prze­nio­sła wzrok na twarz babki. Jej roz­chy­lone usta i zapad­nięte policzki spo­tę­go­wały maka­bryczne wra­że­nie.

Miranda wahała się, co powinna zro­bić. Strach trzy­mał ją w progu, wręcz para­li­żo­wał. Kiedy wresz­cie po cichu zbli­żyła się do babki, cią­gle nie miała odwagi jej dotknąć. Nachy­liła się, by przyj­rzeć się klatce pier­sio­wej. Rusz się, rusz, szep­tała w myślach. I kiedy wresz­cie dostrze­gła, że klatka pier­siowa unosi się i opada, nagle babka puściła tak gło­śnego bąka, że kobieta pod­sko­czyła.

– Łaaa! – krzyk­nęła, szybko chwy­ta­jąc się za usta, bo z pew­no­ścią nie miała zamiaru budzić swo­jego pry­wat­nego Huna.

– Aaaa! – wrza­snęła w odpo­wie­dzi babka. – Zamor­do­wać mnie chcesz?! Co się tak skra­dasz?

– Nie… – zająk­nęła się kobieta. – Nie chcia­łam cię prze­stra­szyć, ale… tak spa­łaś, że…

– Czy­hasz na moje życie?

Miranda się zawsty­dziła, bo fak­tycz­nie musiała nastra­szyć sta­ruszkę. Też była w sta­nie przed­za­wa­ło­wym, gdy obu­dził ją krzyk babki nad jej głową.

– A co tu tak śmier­dzi? – dodała po chwili. – Bąka mi w pokoju puści­łaś?

– Ja nie! To ty!

– No tak. – Mach­nęła ręką. – Jak się wsty­dzisz, to zwal na mnie. Stara babka wszystko przyj­mie.

– Rany, bab­ciu! Ty jesteś nie­moż­liwa! Nie chcia­łam ci prze­szka­dzać – dodała i szybko wyco­fała się z pokoju. Poszła do łazienki, szu­ka­jąc azylu. Tu jed­nak ude­rzył ją nie­przy­jemny zapach. Chwy­ciła więc odświe­żacz powie­trza i spry­skała pomiesz­cze­nie aro­ma­tem oce­anu. Potem usia­dła na muszli. Wykoń­czy się przez te dni z babką, pomy­ślała. Jakby ktoś nagle zabrał jej życie, a prze­cież seniorka przy­je­chała wczo­raj!

Zamknęła oczy i poma­so­wała skro­nie. Sztuczny zapach nie prze­niósł jej na brzeg morza, a por­ce­lana pod nią nie zmie­niła się w maleńką muszelkę zna­le­zioną na plaży. Miranda wes­tchnęła. Potem wstała i spu­ściła wodę. Już chciała opu­ścić klapę deski klo­ze­to­wej, gdy zauwa­żyła, że woda nie­bez­piecz­nie pod­cho­dzi w górę.

– No, cho­lera jasna! – wark­nęła. – Siku tylko zro­bi­łam! Co jest?

Woda się­gnęła kra­wę­dzi muszli. Miranda spo­glą­dała w nią, dokład­nie obser­wu­jąc, czy scho­dzi. Jed­nak miała wra­że­nie, że ta ani drgnie. Chwy­ciła więc szczotkę i pró­bo­wała zanu­rzyć ją jak naj­głę­biej, by pogme­rać w środku. Nic to nie dało. Zaczęła głów­ko­wać. Prze­cież ni­gdy się nie zaty­kało!

– Mirka! – usły­szała puka­nie w drzwi. – Wyłaź, bo naro­bię w gacie!

I wtedy Miranda nagle doznała olśnie­nia. Otwo­rzyła drzwi i wpu­ściła seniorkę do środka. Poka­zała jej muszlę wypeł­nioną wodą po brzegi.

– No to nabro­iłaś, kurde frak – powie­działa babka. – A ja zaraz naro­bię w gacie.

– Bab­ciu, co ty wrzu­ci­łaś do muszli?

– Ja? – obu­rzyła się sta­ruszka. – Wszystko na mnie, tak? A co ty myślisz, że ja wygódkę mam za domem i że nie umiem z toa­lety korzy­stać?

– Nie, ale… powiedz, co zro­bi­łaś – nale­gała wnuczka.

– Kupę, ot co!

– No, ale od tego by się nie zapchało.

– Bo ja wiem – zaczęła się zasta­na­wiać. – Ona twarda była, więc może zaki­to­wała muszlę.

– Musia­łaby być z kamie­nia!

– Ale to moja wina, tak? To ty gotu­jesz jakieś roślinne świń­stwa, a potem się dzi­wisz, że czło­wiek nor­mal­nie wypróż­nić się nie może! – Bab­cia pod­nio­sła głos i zaczęła wyrzu­cać z sie­bie słowa na temat tego, jak jej tu wszy­scy nie­na­wi­dzą i naj­chęt­niej uto­pi­liby ją w łyżce wody. A „wszy­scy” w jej rozu­mie­niu to była wnuczka i jej kot. Miranda więc posta­no­wiła pocze­kać, aż seniorka się wygada i znów spo­koj­nie popro­siła ją, by pomy­ślała, czy cza­sem coś jej nie wpa­dło do środka.

Babka zamil­kła i zaczęła dra­pać się po gło­wie. Potem kilka razy prze­stą­piła z nogi na nogę.

– A wiesz… – zawa­hała się. – Tu może wisiała…

– Kostka! Nie ma kostki!

– Kurde frak… – szep­nęła babka. – Wrzu­ci­łaś kostkę?

Wnuczka posłała babce mor­der­cze spoj­rze­nie. Potem wybrała numer tele­fonu do ojca i krótko stre­ściła mu prze­bieg zda­rzeń.

– Co robić? – spy­tała. A tata ze sto­ic­kim spo­ko­jem, pora­dził jej, by wsa­dziła rękę do muszli i spró­bo­wała wyjąć kostkę.

Miranda zer­k­nęła w otchłań toa­lety. Wykrzy­ki­wała usta z obrzy­dze­nia i prze­cią­gle zazna­czyła, że to jest „bleee”. Oczami wyobraźni zoba­czyła swoją dłoń gme­ra­jącą w otchłani muszli i tra­fia­jącą na… Tu jed­nak ima­gi­na­cja wyha­mo­wała i stwo­rzyła obraz bryzy mor­skiej. W prze­ciw­nym razie kobieta nie byłaby w sta­nie zanu­rzyć w wodzie ręki. Odszu­kała więc gumowe ręka­wiczki. Nacią­gnęła je na dło­nie i uklę­kła przed muszlą. O mor­skich zapa­chach nie było mowy, sta­rała się więc nie zacią­gać powie­trzem zbyt głę­boko.

Zba­dała dło­nią kształt muszli. Ni­gdzie jed­nak pod pal­cami nie wyczuła pla­sti­ko­wej osłonki z kostką. Nie było więc szans, by ją wycią­gnąć. Nie natknęła się też na rafę kora­lową, bursz­tyny ani zato­pione wraki. Pozo­stał więc plan B. Odpo­wied­nie narzę­dzie. Potrzebny był jej drut. Poszła do kuchni i prze­szu­kała szu­flady, ale nie zna­la­zła niczego, co by się nadało do wygię­cia. Nagle jed­nak doznała olśnie­nia. Sta­nęła przed szafą w przed­po­koju.

– A ty dokąd idziesz? – spy­tała bab­cia. – Chcesz mnie zosta­wić z dry­fu­ją­cym gów­nem w łazience?

– Jesz­cze nic nam nie dry­fuje, ale za chwilę może zacznie, jak mi nie dasz pomy­śleć.

– Nie wie­dzia­łam, że spo­glą­da­nie na szmaty uła­twia myśle­nie.

Miranda się­gnęła po dżin­sową kurtkę. Ścią­gnęła ją z wie­szaka i poka­zała go babce. Ta z poli­to­wa­niem postu­kała pal­cem w czoło i dodała coś na temat pomie­sza­nia zmy­słów od opa­rów toa­le­to­wych. Wnuczka jed­nak zaczęła wygi­nać meta­lowy wie­szak, nie zwa­ża­jąc na komen­ta­rze seniorki. A po chwili gme­rała nim w toa­le­cie. Bab­cia, sto­jąc obok, prze­stę­po­wała z nogi na nogę i poga­niała Mirkę. Wresz­cie woda powoli zaczęła scho­dzić, ale kostki zapa­cho­wej nie uda­wało się wydo­stać.

− Musiała utknąć gdzieś głę­biej – oce­niła fachowo wnuczka.

– Zaraz zro­bię w gacie – poin­for­mo­wała ją babka. – Zeszczam się!

– Dobra – odparła. – Sikaj, a ja idę dzwo­nić po hydrau­lika.

Miranda pode­szła do umy­walki i z ogromną sta­ran­no­ścią zaczęła myć dło­nie. Wtem zauwa­żyła, że umy­walka z jed­nej strony zapad­nięta jest w szafkę. Zaklęła pod nosem, bo jak to moż­liwe?! Huno­wie prze­szli przez łazienkę?! Potem spoj­rzała na swoją babkę i popra­wiła się w myślach. Jeden Hun…

– Bab­ciu, nie możesz cią­gnąć do sie­bie umy­walki, kiedy wsta­jesz z muszli. – Poka­zała sta­ruszce. – Zobacz, wyrwana z jed­nej strony ze ściany.

– I co? – krzyk­nęła Zuzanna. – To może też moja wina?

– Pew­nie nie – zakpiła wnuczka. – Ktoś się tu wła­mał, zapchał kibel i wyrwał umy­walkę – skwi­to­wała, jed­nak po chwili dodała spo­koj­niej­szym tonem: – Nie możesz cią­gnąć do sie­bie umy­walki, bo wyrwiesz ją z rurami, spo­wo­du­jesz powódź i albo uto­niesz, albo zgi­niesz pod wpły­wem ude­rze­nia.

– Tobie od tego pisa­nia ksią­żek to na mózg się rzu­ciło.

Bab­cia popu­kała się pal­cem w czoło, a potem nary­so­wała na nim kółko.

Wszystko w tema­cie, pomy­ślała wnuczka i wyszła z łazienki, naka­zu­jąc babci nie­spusz­cza­nie wody. Potem sama to zrobi, bo jesz­cze tylko bra­ko­wało jej zala­nia łazienki. Usia­dła w kuchni przy stole i zaczęła szu­kać w tele­fo­nie numeru do hydrau­lika. Potem zadzwo­niła i popro­siła o pomoc. Na szczę­ście męż­czy­zna miał wolny czas, więc obie­cał, że będzie za pół godziny. Miranda ode­tchnęła. A po chwili do kuchni przy­szła bab­cia.

– I co? – spy­tała. – Masz fachurę?

– Mam, nie­długo będzie – odparła zre­zy­gno­wana.

– To wiesz co? Idź, pra­cuj sobie, a ja go wpusz­czę, pokażę co i jak – zapro­po­no­wała nagle bab­cia, co wydało się bar­dzo dziwne. – Idź, wnu­siu, idź, kró­lowo moja…

Wnuczka o mało co się nie zakrztu­siła. Nie ufała seniorce, ale mimo wszystko poszła do swo­jego pokoju, bo bała się, że prze­by­wa­nie w jed­nym pomiesz­cze­niu z Zuzanną może za chwilę skoń­czyć się krwawą jatką. Nerwy miała napięte jak postronki. A to dopiero drugi dzień!

Miranda poło­żyła się na łóżku i przy­tu­liła do sie­bie Leosia. Kot zamru­czał leni­wie. Od razu zro­biło się przy­jem­niej. Kobieta zamknęła oczy i wtu­liła nos w sierść swo­jego ulu­bieńca. Zaczęła liczyć do dzie­się­ciu, by się uspo­koić. Nie wie­działa, czy nie przy­snęła na chwilę, bo ock­nęła się, gdy w domu roz­legł się dźwięk dzwonka. Pode­rwała się natych­miast, ale babka była szyb­sza. Aku­rat otwie­rała drzwi i już od progu tłu­ma­czyła hydrau­li­kowi, co zro­biła jej nie­uważna wnuczka.

– Dzień dobry – powie­działa Miranda, pró­bu­jąc prze­jąć fachowca, ale nie takie numery z Zuzanną. Seniorka nie miała zamiaru odpu­ścić, tym bar­dziej że męż­czy­zna wyglą­dał cał­kiem przy­zwo­icie. Może miał tro­chę za duży brzuch, czego babka u face­tów nie lubiła, ale ogól­nie jego apa­ry­cja była przy­jemna. Twarz miał gładko ogo­loną, a to już duży plus.

Hydrau­lik wszedł do łazienki i stwier­dził, że takie rze­czy czę­sto się zda­rzają. Przy­stą­pił do pracy, a bab­cia pod­su­nęła sobie tabo­ret, usia­dła i z uwagą przy­glą­dała się męż­czyź­nie. Żadne prośby Mirandy, by nie prze­szka­dzała, nie poma­gały.

– Ma żonę? – spy­tała nagle babka.

– Nie ma – zaśmiał się męż­czy­zna.

– Kawa­ler?

– Nie, jestem po roz­wo­dzie – odparł. – Mam dwoje dzieci – dodał, wyprze­dza­jąc kolejne pyta­nie.

– Czyli z gar­bem – sko­men­to­wała bez ogró­dek sta­ruszka.

– Bab­ciu! – upo­mniała ją wnuczka. – To nie wypada.

– Mnie to nie prze­szka­dza – uspo­koił ją hydrau­lik.

– A pije? – znów padło pyta­nie, a męż­czy­zna zaśmiał się i odpo­wie­dział, że od czasu do czasu mu się zda­rza. – Moja wnuczka jesz­cze panna…

– Bab­ciu! – Miranda się zde­ner­wo­wała. Poczuła, jak krew ude­rzyła jej na policzki. Teraz z pew­no­ścią jej twarz wyglą­dała jak peonia w peł­nym roz­kwi­cie.

Zasta­na­wiała się też, kiedy do jej babki dotrze, że jest roz­wódką! Co prawda ze swoim nie­wy­da­rzo­nym mężem roz­stała się po nie­ca­łych dwóch latach po ślu­bie, ale nie dało się tego wykre­ślić z życio­rysu. Roz­sta­nie poprze­dzili okła­da­niem się na oślep sło­wami. Na ringu mał­żeń­skich sprze­czek zna­leźli się nie­malże po pod­pi­sa­niu aktu potwier­dza­ją­cego zwią­zek „aż śmierć nas nie roz­łą­czy”. Na szczę­ście kostu­cha nie zdą­żyła. Zało­żyli więc naj­pierw ręka­wice, by zbyt mocno się nie ranić, ale te szybko zostały zrzu­cone. Walili w sie­bie tak mocno, aż kłyk­cie ocie­kały krwią. Wresz­cie Miranda posta­no­wiła oddać mał­żeń­skie życie wal­ko­we­rem. Co pew­nie trudno było zaak­cep­to­wać babce, ponie­waż to pierw­szy roz­wód w rodzi­nie. Hańba na lata. Być może z tego powodu seniorka szybko wykre­śliła ze świa­do­mo­ści, by jej wnuczka kie­dy­kol­wiek miała męża. Tak było zde­cy­do­wa­nie pro­ściej, choć stara panna zaszczytu rów­nież nie przy­no­siła.

– Co „bab­ciu”? Ja tu dbam o twoje sprawy. I nie patrz tak na mnie – skwi­to­wała, jakby czy­ta­jąc w myślach wnuczki. – Ten twój były mąż się nie liczy. Wzię­li­ście ślub, a potem płacz i zgrzy­ta­nie zębami. A ja od razu mówi­łam, że on jak Żyd wygląda i zacho­wuje się jak Arab. Tylko wiel­błąda mu bra­ko­wało, więc z cie­bie sobie chciał go zro­bić! Cho­ciaż może jeleń tu by bar­dziej paso­wał, bo ci poroże…

– Bab­ciu, ja cię bar­dzo pro­szę! – syk­nęła już cał­kiem nie­źle zde­ner­wo­wana. Rasi­stow­skie tek­sty babci nie poma­gały jej w zacho­wa­niu spo­koju. A już na pewno nie chciała wspo­mi­nać swo­jego byłego męża i jego wyczy­nów. – Od kiedy jesteś nacjo­na­listką?

– Nacjo… co?

Hydrau­lik przyj­rzał się Miran­dzie. Uśmiech­nął się do niej, choć kom­plet­nie nie była w jego guście. Wydała mu się star­sza od niego, a on już wie­dział, że takie kobiety zawsze chcą sta­łych związ­ków. Na to zde­cy­do­wa­nie nie był gotowy, ledwo uwol­nił się od gde­ra­ją­cej żony.

Cytaty otwie­ra­jące poszcze­gólne roz­działy pocho­dzą z pio­senki Kaba­retu Star­szych Panów Wesołe jest życie sta­ruszka.[wróć]

Miranda korzy­sta ze słow­nika wyra­zów obcych online ze strony: www.edu­pe­dia.pl [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki