Grzechu warta - Agata Przybyłek - ebook
Opis

Agata, córka Iwonki – bohaterki znanej z „Nie zmienił się tylko blond” i wnuczka Haliny z książki „Nieszczęścia chodzą stadami” – wraca do rodzinnego domu na wakacje. Niestety szybko okazuje się, że nie ma tam ani odrobiny prywatności. Postanawia więc zamieszkać u dziadków, by w spokoju rozkoszować się urokami lata. Nic jednak nie idzie tak, jak zaplanowała… Dokąd zaprowadzi Agatę nadmierna kontrola babci Halinki? I gdzie w tym wszystkim miejsce na miłość?

Pełna bezpretensjonalnego humoru, lekka opowieść o dziewczynie, która, chcąc uwolnić się od nadopiekuńczej rodziny, na zawsze zmieniła swoje życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agata Przybyłek, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Klaudia Bryła

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Sara Śmigowska

Projekt typograficzny, składi łamanie: Marcin Jaroszewski

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografia na okładce: depositphotos.com/ NinaMalyna

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2016

eISBN 978-83-7976-475-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp.z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Mojej siostrze Kasi i przyjaciółce Patrycji.

Jesteście najwspanialsze.

Rozdział 1

Wakacje to taki wyjątkowy czas. Choć przez resztę roku większość ludzi żyje dość monotonnie, wystarczy odrobina ciepła, by zaczęli wariować. Porzucają swoje idealnie poukładane życia, biorą urlopy i rzucają się w wir przygód. Jadą nad morze, jezioro, w góry, za granicę... Nieważne, gdzie. Istotny jest tylko fakt, że coś się wtedy z nimi dzieje. Żyją tak, jakby jutra miało nie być, szaleją, przekraczają postawione sobie wcześniej granice i o nic się nie martwią. Są panami życia i śmierci. Zapominają o czekających w domach narzeczonych lub małżonkach, wyłączają służbowe telefony i ogłaszają całemu światu, jak bardzo nie cierpią pracy, którą na co dzień kochają. Na kilka chwil stają się kimś zupełnie innym, niż są. Często nawet ludźmi, którymi nigdy nie chcieliby być. Słońce ich zmienia. Słońce zmienia nas wszystkich. – Agata przeczytała w rozłożonej na kolanach gazecie, po czym ostentacyjnie ją zamknęła i wcisnęła do torby.

Akurat, pomyślała, poprawiając się w fotelu pasażera i zerknęła na Melchiora, który prowadził samochód. Nie chciała mu przeszkadzać, więc wróciła myślami do przeczytanego właśnie artykułu. Co za kit! Może i ludzie miewali fantastyczne wakacje. Wyjeżdżali do Bułgarii, Tunezji albo chociaż nad polskie morze, imprezowali bez umiaru i wdawali się w przelotne romanse, ale nie ona. Jej rzeczywistość była inna. Nudna, przewidywalna i zwykła, dlatego nie miała ochoty czytać bzdur o wakacyjnych podbojach. Tegoroczne lato, zresztą, jak każde poprzednie, planowała spędzić w Sosenkach. Z dala od szaleństw i wielkiego świata. Chciała leniwie wylegiwać się na hamaku w ogrodzie dziadków i wsłuchiwać w ciszę. Spać do południa, a wieczorami spotykać z Melchiorem.

I wiecie co? Naprawdę podobał jej się ten plan. Już nie mogła się tej swojej nudy doczekać.

– Dalej już sobie poradzę, dzięki – powiedziała, gdy znaleźli się w Sosenkach. Następnie odpięła pasi otworzyła drzwi. Do klimatyzowanego wnętrza wdarł się panujący na zewnątrz upał. Tegoroczny początek czerwca był naprawdę gorący.

– Na pewno nie chcesz, żebym pomógł ci z bagażami? – zapytał dla pewności Melchior, ale Agata potrząsnęła głową.

– Przecież się spieszysz, a to raptem jedna torba. – Przeszła do tylnych drzwi i ściągnęła z siedzenia bagaż, po czym poprawiła wielkie, przeciwsłoneczne okulary. – Widzimy się dziś wieczorem?

Melchior zamiast odpowiedzieć, uśmiechnął się sam do siebie. Jego dziewczyna wyglądała jak gwiazda filmowa. Choć byli ze sobą od sześciu lat, to wciąż nie mógł się na nią napatrzeć. Bezapelacyjnie była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkał. Mógłby patrzeć na nią godzinami.

Agata miała jednak na temat tego jego gapienia się zupełnie inne zdanie, bo z niecierpliwością przestąpiła z nogi na nogę.

– No to widzimy się czy nie? – zapytała tonem, w którym można było wyczuć irytację.

– Tak, tak. No jasne. Odbijemy sobie wczorajszy wieczór. – Chłopak jakby się ocknął. – O dwudziestej, jak tylko skończę pracę w klinice. Pamiętam.

Agata rozpogodziła się nieco i cmoknęła gow policzek.

– No i super, to do zobaczenia – rzuciła, a potem, nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony, trzasnęła drzwiami.

Melchior jeszcze przez chwilę siedział za kierownicą i po prostu na nią patrzył, ale kiedy spojrzała na niego z wyrzutem, odpalił w końcu silniki odjechał.

– Głupek – skwitowała.

Kiedy samochód zniknął jej z oczu, odetchnęła głęboko gorącym, wiejskim powietrzem. Uśmiechnęła się sama do siebie. Chociaż krzyczała na Melchiora za każdym razem, gdy zawieszał się i po prostu taksował ją wzrokiem, jego nieustanne zainteresowanie naprawdę jej schlebiało. Pławiła się w tym zawsze, kiedy się spotykali. Musi być ziarno prawdy w tym, że poziom samooceny u kobiet wzrasta, gdy są podziwiane. Ona na przykład, za sprawą Melchiora, nie miała ani jednego kompleksu.

Chociaż właściwie, to czy tę zasługę można przypisać Melchiorowi? Może ten bezkrytycyzm odziedziczyła po ojcu, który, mimo czterdziestki na karku, nadal łamał kobiece serca?

Agata pokręciła głową. Nieważne. końcu ma wolne i nie zamierza marnować tego czasu na myślenie o bzdetach! Czuła się zmęczona po kilku tygodniach bezustannej nauki i potrzebowała odpoczynku. Sosenki i willa dziadków miały zapewnić jej idealne wakacje z dala od trosk.

Wygładziła swoją zwiewną sukienkę i w końcu ruszyła w stronę rozciągającej się przed nią posiadłości. Sprawnie pokonała drogę od bramy do drzwi wejściowych i pchnęła je mocno. Potem weszła do środka i upuściła na ziemię wypchaną po brzegi torbę podróżną.

– Wyprowadzam się – oznajmiła radośnie pani Halinie, która wypatrzyła ją już z okna, więc natychmiast zjawiła się w korytarzu. – To znaczy wyprowadzam się od matki i Jarka, a wprowadzam tutaj. Na wakacje. – Uśmiechnęła się do przerażonej babci uspokajająco. – Nie masz nic przeciwko, prawda?

Starsza pani popatrzyła na wnuczkę i zrobiła wielkie oczy.

– Ale jak to się wprowadzasz? – wydusiła, bo aż ją od tego wyznania zatkało.

A musicie wiedzieć, że stan ten nie zdarzał się pani Halinie zbyt często. Ostatnio to chyba nawet i na informacje o kolejnych rozwodach we wsi nauczyła się reagować bardziej dynamicznie niż pełnym konsternacji zastojem. A do tej pory to właśnie rozwiązłość małżeńska wprowadzała ją w osłupienie.

– Normalnie. – Agatka zatrzepotała rzęsami i nie zwracając uwagi na minę babki, odgarnęła do tyłu swoje piękne blond włosy. – Przywiozłam rzeczy i jestem. Uznałyśmy z matką, że przyda wam się pomoc. A ja mam już wolne, to sobie przy okazji odpocznę! – ogłosiła, a potem podeszła do babci i wylewnie ucałowała ją w oba policzki. – Dobrze cię widzieć. – Nie zapomniała też o szerokim uśmiechu. – Dziadek w sadzie?

Pani Halina pokiwała głową. Była co najmniej zaskoczona. Agatka i pomoc? W dodatku z własnej woli? W wakacje? Coś tutaj nie grało.

– A gdzie ma być? – mruknęła jednak do wnuczki.

– No to super, pójdę się przywitać. – Agata chwyciła leżące na pozłacanej misie przy lustrze jabłko i ruszyła ku drzwiom.

Pani Halina łypnęła na nią podejrzliwym wzrokiem, ale po chwili pędem ruszyła za wnuczką do ogrodu. O mało nie wypluła sobie płuc, kiedy szybko przedzierała się przez długą trawę, której od dwóch miesięcy nie miał kto skosić. Z upływem lat Agatka dorobiła się bowiem tak długich nóg, że pani Halinie trudno było za nią nadążyć. Gnała przed siebie niczym gazela albo inny pegaz.

– Ale powiedz mi, dlaczego właściwie wyprowadzasz się z siedliska? Stało się coś? – dopytywała, równocześnie próbując dotrzymać wnuczce kroku.

Agatka schyliła się pod jedną z obsypanych białym kwieciem gałęzi jabłoni i wbiła zęby w soczyste jabłko. Był dopiero początek czerwca. Wiele z późnych odmian drzew w sadzie dziadków kończyło kwitnąć, dodając temu miejscu uroku. W powietrzu unosił się szum bzyczących głośno pszczół, a trawa smagała Agatę po kostkach. Idealny klimat do odpoczynku.

– Matka mnie wkurzyła – oznajmiła w końcu pani Halinie.

– Wkurzyła to wkurzyła, ale żeby tak się od razu wyprowadzać?

– Jak babcia się z dziadkiem pokłóci, to też nocuje potem w siajerze – zauważyła. – Kłótnia ludzka rzecz.

Pani Halina poczuła, że skacze jej ciśnienie. Co ta małolata sobie myśli? Na litość boską! Przecież co wolno wojewodzie, to nie...

Przez wzgląd na swoje dobre wychowanie starsza pani postanowiła nie kończyć i złapała się nieco mniej wulgarnej myśli, że dzieci stają się coraz bardziej pyskate! A mówiło się kiedyś, że z wiekiem przybywa człowiekowi rozumu. Agatki najwyraźniej to nie dotyczyło. Pani Halina sama słyszała nieraz, jak w domu wnuczka klęła do telefonu jak szewc, a teraz jeszcze takie zachowanie! Dokąd ten świat zmierzał, ach dokąd zmierzał, to tylko Bóg jeden raczył wiedzieć.

Pani Halina co prawda od kilku lat przeczuwała zbliżającą się nieuchronnie zagładę świata, ale teraz ta wizja uderzyła ją ze zdwojoną siłą. To, co ludzie wyprawiali w dwudziestym pierwszym wieku, nie mogło jej się pomieścić w głowie. W jakich czasach przyszło jej żyć! To już chyba lepsze by były te powojenne lata, w których dorastała. Ludzie nie mieli zbyt wiele, owszem, ale przynajmniej człowiek człowieka szanował!

– To zupełnie co innego – prychnęła więc do wnuczki, równocześnie odganiając się od namolnej pszczoły, która usilnie chciała wlecieć jej we włosy. – Ja, w przeciwieństwie do ciebie, to po pierwsze jestem dorosła, a po drugie... chociaż nocuję wtedy na swoim!

– Zawsze babcia mówiła, żebyśmy czuli się u niej jak w domu – odcięła się jej Agata.

Pani Halina poczuła, jak zalewa ją fala gorąca. Kolejny raz tego dnia po prostu zabrakło jej słów!

Na szczęście w oddali zamajaczyła jej już sylwetka przechadzającego się między drzewami Henryka. Może on zdoła wyciągnąć od wnuczki więcej informacji niż ona. Swój do swego ciągnie, a zarówno Agatka, jaki Henryk, byli podejrzanie skryci. Przynajmniej w mniemaniu pani Haliny.

– O, Agatka! – Henryk dostrzegł je już z dalekai machając zamaszyście ręką (aczkolwiek nie powinien, bo w jego wieku trzeba uważać na stawy), ruszył ku wnuczce. – Dobrze cię widzieć, kochanie! Już po egzaminach?

– Przedwczoraj zaliczyłam ostatni. – Agata uściskała go wylewnie. – Oficjalnie mam wakacje.

– Zuch dziewczyna! – Henryk uśmiechnął się z dumą. – Jak znam życie, to w indeksie same piątki?

– Niestety z jednego przedmiotu wpadło mi 4,5. – Agatka zatrzepotała rzęsami. – A indeks mam już tylko elektroniczny.

– Ach, ten dwudziesty pierwszy wiek! Zabiera ludziom wszystko, co najlepsze. Co ty w przyszłości dzieciom pokażesz?

– Henryk! – Zgromiła go wzrokiem pani Halina. – Przecież ona ma dopiero dwadzieścia jeden lat. Co ty jej tu gadasz o dzieciach? Lepiej zapobiegaj, zamiast namawiać. Na co nam kolejne nieszczęście?

– Można się przyzwyczaić. – Agatka zignorowała uwagę babci i przełknęła przeżuwany właśnie kawałek jabłka.

– Może i można, alew moim wieku nie warto już zmieniać przyzwyczajeń. – Henryk obdarzył ją ciepłym uśmiechem. – Sama przyjechałaś?

– Przyjechała, owszem, przyjechała! – ogłosiła donośnym głosem pani Halina, nim wnuczka zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.

Henryk spojrzał na nią z niepokojem. Może znowu za długo przebywała na słońcu? A przecież mówił jej zaledwie wczoraj, żeby w okolicach południa nie pieliła w ogródku, bo można się od tego nabawić udaru. W ich wieku takie sprawy to już nie przelewki, a Halinka czasem zachowywała się tak, jakby nadal była nastolatką.

– Otóż wyobraź sobie, mój drogi, że Agata się do nas wprowadza! Na wakacje! – oderwała go od tych myśli małżonka.

– Całe wakacje? – wymsknęło się Henrykowi, nieco zbyt radośnie.

– Tak. – Agata nieznacznie skinęła głową.

– No to wspaniale! – Ucieszył się szczerze. – W końcu się w tym naszym spróchniałym życiu coś zadzieje, co nie, Halinka?

Żona jednak nie podzielała jego entuzjazmu.

– No w to to ja akurat nie wątpię, ale co to w ogóle za pomysły? A dom?A rodzina? – zwróciła się do wnuczki. Na pomoc Henryka w tej sytuacji najwyraźniej nie mogła liczyć. Jak zwykle wszystko na jej głowie!

Agata kolejny raz wbiła zęby w jabłko, doprowadzając tym samym babcię do szału.

– Mogłabyś mi chociaż odpowiedzieć!

– No przecież babci powiedziałam, że się wprowadzam – odrzekła spokojnie.

– Boże, ratuj! – Pani Halina złapała się za głowę i głośno odetchnęła. – Nie wytrzymam z tym dzieckiem.

Agata spojrzała na dziadka, nie bardzo rozumiejąc, o co babce chodzi.

– Ale Halinko...

– Co Halinko? Co Halinko? – jęknęła starsza pani. Poczuła napływające do oczu łzy. – Rodzina Iwony znowu się wali, a ty tu stoisz ze spokojem jak jakaś... – zawahała się, szukając odpowiedniego słowa – ...mimoza!

– Nic się nie wali, babcia przesadza. – Agatka spojrzała na dziadka. – Po prostu posprzeczałam się z matką i doszłyśmy do wniosku, że mogę w te wakacje pomieszkać u was.

– O co wam poszło? – zapytał cicho.

– Długa historia...

W sadzie rozległ się głośny szloch pani Haliny, która znowu była bliska popadnięcia w depresję. Ona nie przeżyje kolejnego rozpadu rodziny Iwonki, no po prostu nie przeżyje! Już jeden rozwód córki zniosła i z trudem udało jej się poukładać Iwonce życie (wszak pani Halina uwielbiała przypisywać sobie przedziwną moc sprawczą, no i, bądź co bądź, to rzeczywiście ona znalazła niegdyś Iwonie nowego kandydata na męża), a tu proszę, jeszcze rozłąka z dzieckiem. Boże! Może ta Iwonka naprawdę była fatalna we współżyciu, skoro nawet rodzone dziecko nie wytrzymało z nią na dłuższą metę? Może tu trzeba wezwać lekarza? Albo, co gorsza, psychiatrę? Nie dość że nieszczęście, to jeszcze i wstyd.

– Matka z Jarkiem na czas mojej nieobecności zrobili sobie w moim pokoju składzik i suszarnię. – Agatkaw końcu wyjaśniła powód sprzeczkii przy okazji nieświadomie uchroniła matkę przed rozmową z psychiatrą. Pani Halina zawsze wprowadzała w życie swoje pomysły.

– O to się pokłóciłyście? – zapytał Henryk.

– Stwierdziłam, że nie chce mi się tego wszystkiego wynosić i jej powiedziałam... No, o kilka słów za dużo.

– Rodzina za nic, wartości za nic. Zero szacunku dla starszych, jakie to typowe – wyrwało się pani Halinie.

– Zaraz szacunku. – Agata rzuciła za siebie ogryzek po jabłku i wytarła ręce w sukienkę. – A babci by się chciało odgruzowywać pokój ze sterty niepotrzebnych rzeczy? No właśnie! To niech się babcia nie dziwi, że się wkurzyłam. Na chwilę człowiek wyjeżdża, a już mu się rządzą i wtrącają do jego prywatnej przestrzeni.

– Co racja, to racja – przyznał Henryk, za co pani Halina natychmiast zgromiła go wzrokiem.

– A matka chociaż wie, że u nas jesteś? – poddała się w końcu.

– Co ma nie wiedzieć? – Agatka wystawiła twarz ku słońcu i zmrużyła oczy. – Sama mi zaproponowała, żebym się do was przeprowadziła.

– Toś córkę wychował! – Pani Halina posłała Henrykowi pełne dezaprobaty spojrzenie. – Własne dziecko z domu wyrzucać! No pięknie!

– Ale jakie wyrzucać, Halinko... Słyszysz przecież, że to nie jest żadne wyrzucenie! W zgodzie się w końcu rozstałyście, tak? – zwrócił się do Agatki. Tak dla pewności.

Dziewczyna pokiwała głową.

– No widzisz! – Uśmiechnął się do małżonki. – O nic się nie musisz martwić, kochanie, nikt nikogo nie wyrzucił. A Iwonka ma rację. Gdzie Agatce będzie lepiej, niż u nas?

– Gadanie. – Pani Halina nadal nie była jednak do tego pomysłu przekonana. – To się tak zawsze niewinnie zaczyna!

– Ale co?

– Niszczenie!

– Niszczenie?

– Rodzinnych więzi. Niby niewinny konflikcik, a potem, o! Degradacjai rozłam. Tak się właśnie rodzą rozwody! A ja drugiego nie przeżyję, tego możesz być pewny.

Agata zaśmiała się głośno i otworzyła oczy.

– No dobra, tow takim razie zrobimy inaczej – oznajmiła, znów wprawiając panią Halinę w konsternację. – Babcia niech sobie tu krzyczy, a ja pojadę do ojca.

– Ojca?! – Pani Halina złapała się za serce. Na samą myśl o tym łajdaku, który niegdyś porzucił jej córkę, poczuła się słabo. Jeszcze by tego brakowało, żeby Agata wyniosła się do niego. Zbira największego i...

Mało to pani Halina miała sześć lat temu problemów, kiedy córka zwaliła jej się na głowę razem z czwórką dzieci, niedoszłą synową, dwoma psami i niezliczoną ilością kotów, bo Grzegorzowi zachciało się skoku w bok?I to z kim?! Z biuściastą klientką jego renomowanego sklepu z bielizną.

O, co to to nie. Do niego to się Agata na pewno nie będzie wyprowadzać! Najwcześniej po śmierci pani Haliny!

– No skoro babcia mnie tutaj nie chce, to chyba nie mam innego wyjścia, nie? Gdzieś przecież mieszkać muszę.

– Trzymaj mnie, Henryk, bo nie wytrzymam! Wyprowadzki do Grzegorza jej się zachciało. On już pewnie w ogóle nie pamięta, że ma dzieci.

– To sobie przypomni. Najwyższa pora. – Agatka posłała babci uśmiech, w wyniku czego pani Halina znowu poczuła, że jej nogi robią się miękkie.

– Wszystko, tylko nie ten bawidamek! – jęknęła. – Już chyba wolałabym sobie kamień do szyi przywiązać, niż skazać cię na mieszkanie pod jednym dachem z tym... tym...

– Nie zostawiła mi babcia wyboru. Nie będę się pchała tam, gdzie mnie nie chcą.

– Ale jakie nie chcą, kochanie? – Pani Halina złapała ją nagle za rękę. – Ja po prostu nie chcę doprowadzić do niszczenia...

– Tak, wiem. Naszych rodzinnych więzi, super. To mogę zostać czy nie? – Agata wpadła jej w słowo, próbując uniknąć ponownego wysłuchiwania teatralnych jęków babci.

W sadzie na chwilę zapadła niezręczna cisza.

– No możesz, oczywiście, że możesz. W takiej sytuacji... – wydukała niepewnie pani Halina.

– Jesteście kochani! – Agata pisnęła radośnie niczym mała dziewczynka i podskoczyła do góry, a potem, nie zwracając uwagi na dziadków, pobiegła do domu.

Pani Halina jeszcze przez chwilę trzymała się za serce. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie się stało. Pierwszy raz w życiu, a już sporo lat przeżyła, oj sporo, i z wieloma osobami przyszło jej się w tym życiu skonfrontować, spotykała się z tak rażącą arogancją. I to ze strony własnej wnuczki! Jeszcze nikt nigdy tak bezczelnie nie wziął jej pod włos!

Niemożliwością...

– No, Henryk, nie stójże tak! – Szturchnęła w końcu męża łokciem. – Zrób coś! Z tym trzeba coś zrobić!

Henryk spojrzał na nią pytająco.

– Nie będziemy przecież stać bezczynniei patrzeć, jak kolejny raz sypie się rodzina Iwonki! – wyjaśniła.

– Ale co ja mogę, Halinko... No wprowadza się, to wprowadza. Cieszyć się trzeba, a nie lamentować. Z Agatką będziemy mieli tutaj wesoło.

– Cieszyć? Żadne cieszyć! Odpalaj samochód! – Starsza pani postanowiła zmobilizować męża. – Tu trzeba jechać do Iwonki i ratować tę ich rodzinę! To nasz rodzicielski obowiązek.

Rozdział 2

Podczas gdy pani Halina z Henrykiem, krzycząc i płacząc (aczkolwiek robiła to tylko ta pierwsza), udali się w drogę do siedliska, Agata wróciła do domu dziadków. Nie chciała zawracać głowy krzątającej się w kuchni gosposi, więc wzięła stojącą przy drzwiach torbę i udała się na górę do swojej sypialni.

Odkąd razem z rodzeństwem i matką mieszkali u dziadków przez jakiś czas po rozwodzie rodziców, każde z nich miało tutaj swój pokój. Sosenki były jak bezpieczna przystań i ich drugi dom. Cała rodzina Iwonki żyła ze świadomością, że gdyby coś, zawsze będzie mogła tu wrócić. Chociaż rzeczywiście chyba byłoby lepiej, żeby, jak zwykła mawiać pani Halina, to gdyby coś za często się nie działo. Zwykle wiązało się bowiem z jakąś prywatną katastrofą, a ona podobno z wiekiem była coraz słabsza. I coraz gorzej reagowała na stres, który odbijał się na jej zdrowiu. Nie wystarczały już bowiem ziółka zielarki, czasem musiała chodzić po leki do apteki i korzystać z usług lokalnego konowała, jak zwykła nazywać miejscowego lekarza.

Agata sprawnie pokonała koleje stopnie schodów, weszła do swojego pokoju, a potem jak długa padła na łóżko. Jasna pościel z haftowanym kwiecistym motywem jak zawsze pachniała płynem do płukania tkanin i cicho zaszeleściła pod ciężarem jej ciała.

– Idealnie. – Agata zamknęła oczy i wsłuchała się w ciszę. W przeciwieństwie do hałasów i gwaru, które panowały w siedlisku, tutaj dookoła był tylko spokój. Cudowny, błogi spokój. Właśnie tego po sesji i dziewięciu miesiącach spędzonych w mieście Agata potrzebowała najbardziej, czego niestety nie rozumiała jej matka.

Dziewczyna skrzywiła się na samą myśl o niej.

Po powrocie do domu miało być tak pięknie...

Niedoczekanie!

Gdy tylko Agata wysiadła z autobusu, wszystko było nie tak, jak sobie zaplanowała. A zaczęło się od walizki, którą wyjęła z luku bagażowego jej matka, a potem, ciągnąc za sobą, wjechała nią w ogromną kałużę. Resztę bagażów Agata przywiozła do domu już wcześniej, więc teraz została jej już tylko ta jedna, wielka i zmoczona przez Iwonę walizka, w której przywiozła swoje najcenniejsze skarby.

– Co robisz?! – Agata nie zdążyła nawet porządnie krzyknąć, gdy matka znalazła się już na środku kałuży. – Przecież ja mam tam laptopa! Wszystko zalejesz! – Rzuciła się ku niej i gwałtownie wyrwała jej plastikową rączkę.

– Chciałam pomóc. – Iwona spojrzała na nią zdziwiona. – I skąd mogłam wiedzieć, że masz tam laptopa? Jaki normalny człowiek przewozi takie rzeczy w walizce? Przecież w ten sposób możesz go poobijać!

– Zawinęłam w ręcznik, więc nic mu się nie stanie. I mówię ci od pół roku, że urwał mi się pasek od czarnej torby, więc nie mam innego wyjścia. Ale widocznie nie słuchasz. – Agata zatrzymała się przed samochodem, wrzuciła walizkę na tylne siedzenie i trzasnęła drzwiami odrobinę zbyt głośno, za co matka zgromiła ją wzrokiem.

– Mogłabyś tak nie trzaskać?

– Od ponad miesiąca nie jeździłam samochodem. Straciłam wyczucie – mruknęła na swoje usprawiedliwienie Agatka.

Rozsiadła się na fotelu pasażera i zapięła pas.

– To może chcesz prowadzić? – pokojowo zaproponowała Iwona.

Agata jednak wymownie spojrzała na swoje buty.

– Mam szpilki, a w szpilkach źle mi się jeździ.

– Aha. – Iwona uśmiechnęła się lekko i odpaliła silnik.

Ruszyły w drogę do siedliska, na które większość ich rodziny mówiło: dom. Właściwie to chyba nawet wszyscy. Tylko Agata jakoś nie mogła nigdy poczuć się tam jak w domu. Sama nie wiedziała dlaczego.

– Jak ci się jechało? – żeby nie siedzieć w ciszy, zapytała Iwonka.

– Dobrze, ale strasznie nudno.

– Trzeba sobie było wziąć jakąś książkę.

– Wzięłam, ale skończyła się w połowie drogi.

– Od zawsze mówiłam, że za szybko czytasz. – Iwonka włączyła kierunkowskaz i wyjechała z miasta.

– Być może. – Agatka uśmiechnęła się lekko. – Chyba powinnam zainwestować w czytnik. Nie miałabym problemu z tym, że tylko jedna książka mieści mi się do torebki.

– Może powinniśmy ci z Jarkiem go kupić, żeby nagrodzić cię za zdaną sesję?

– Daj spokój, mamo, nie jestem już dzieckiem.

– À propos dzieci! – przypomniało się nagle Iwonce. – Mamy zamiar jechać dziś z Jarkiem na kolację do Marty i Krzyśka...

– Rozumiem, że chcesz, żebym została z bliźniakami. – Agata nie dała jej skończyć. Przecież doskonale znała ten ton.

– Właściwie to już chyba postanowione. Nie zadzwonię do Marty godzinę przed kolacją, żeby to wszystko odwołać.

– Ale mamo, jak to postanowione? – Odwróciła się w stronę Iwony. – Ja mam już plany na dzisiejszy wieczór! Prawie miesiąc nie widziałam się z Melchiorem! Też mieliśmy iść na kolację.

– Krew nie wieczność, miłość nie woda – w typowy dla siebie sposób przekręciła przysłowie Iwonka. – Jak się za sobą stęsknicie jeszcze bardziej, to tylko wam to wyjdzie na dobre. Czasami ludzie potrzebują rozłąki.

– Ale nie po dziewięciu miesiącach, kiedy widzą się raz na dwa tygodnie! A w czerwcu to w ogóle się nie widzieliśmy przez te moje egzaminy. Mamo, na litość boską, no bądźże człowiekiem!

– Co ja mogę, dziecko? Wszystko już umówione. – Iwonka znów wykonała manewr kierownicą.

Agata poczuła, jak gotuje się w niej krew i wróciła do poprzedniej pozycji, a potem, hamując swoje mordercze zapędy, zapatrzyła się w krajobraz za oknem.

– Zaprosisz Melchiora do nas, co to za problem – spróbowała jeszcze załagodzić sytuację Iwona, ale Agata udała, że jej nie słyszy.

Wysłała tylko do Melchiora SMS-a z informacją o tym, że z kolacji nici i zaprasza do siedliska. Ale może to i lepiej? W restauracji na pewno byłoby o wiele bardziej romantycznie, ale w siedlisku będą mogli zamknąć się w pokoju i spędzić chwilę tylko we dwoje. Bliźniakom włączą jakiś film i...

Agata uśmiechnęła się sama do siebie. Tak. Odwiedziny Melchiora w siedlisku to też nie najgorszy pomysł.

Niestety, już po kilkunastu minutach boleśnie przekonała się, że raczej nic z tej jej pięknej wizji nie będzie, a to wszystko za sprawą drzwi. A raczej ich braku.

– Mamo! – Zanim Agata zdążyła zataszczyć walizkę do swojego pokoju, musiała z impetem zbiec na dół. – Co to ma być?! – zapytała pełnym przerażenia głosem, w wyniku czego Iwona uniosła głowę znad srebrnego garnka, w którym właśnie odgrzewała zupę.

– Rosół, ale jak nie chcesz, to mam w lodówce przecier i może być pomidorowa...

– Boże, mamo, ja nie o tym! – Agata machnęła na zupę ręką. – Ja się pytam, gdzie są moje drzwi?!

– Drzwi? – Oderwała się od rysunku siedząca przy stole Antonina. – Ale jakie drzwi?

– A! Drzwi! – Iwonka natomiast wróciła do zupy, jak gdyby nic się nie stało. – Jarek wyniósł.

Agata poczuła, jak zalewa ją fala gorąca.

– Po jaką chole... – w porę ugryzła się w język, przypominając sobie, z kim rozmawia. – Moje drzwi?! – jęknęła. Na wszelki wypadek oparła się o kuchenny blat. Czuła bowiem podświadomie, że odpowiedź matki może ją zaraz zwalić z nóg. – Po co on je wynosił?

– Ciężko mi było je otwierać, kiedy wchodziłam tam z praniem, to poprosiłam go, żeby zdemontował. Ale jak chcesz, to jutro ci założy.

– Jutro?!

– No przecież powiedziałam ci, że idziemy na kolację do Marty i Krzysztofa. Nie będzie teraz wyciągał z garażu narzędzi i montował ci drzwi.

Wizja romantycznego wieczoru z Melchiorem wydała się Agacie nagle bardzo odległa. Tak samo zresztą, jak marzenie o jakiejkolwiek prywatności.

– Skoro wiedziałaś, że dzisiaj wracam, to nie mogłaś poprosić go wcześniej? – spojrzała na matkę z wyrzutem.

– Oczywiście, że mogłam. Nawet miałam, ale jakoś wypadło mi z głowy...

– No to pięknie! – Agata zacisnęła ręce na blacie, a potem oderwała je gwałtownie i ponownie ruszyła w stronę schodów.

– O co jej chodzi? – Spojrzała natomiast na matkę dziesięcioletnia Antonia, ale Agata już tego nie widziała.

Jej oczom ukazało się jednak coś zupełnie innego, co sprawiło, że kolejny już raz tego wieczoru, przelała się jej prywatna czara goryczy.

– No nie wierzę – szepnęła sama do siebie, kiedy weszła do swojego pokoju i profilaktycznie zrobiła krok w tył, żeby na coś nie nadepnąć. Zamiast przytulnej i ciepłej sypialni ukazała jej się bowiem graciarnia. No... Może to jednak za duże słowo, ale na pewno zobaczyła chaos, który w niczym nie przypominał jej pokoju.

Pod oknem, tuż obok parapetu, z którego w przedziwnych okolicznościach zniknęło jej lustro i równiutko poukładane kosmetyki, stały dwie wielkie suszarki do prania, oczywiście obwieszone schnącymi ubraniami. To jednak Agata mogłaby jeszcze przeżyć, bo przecież swego czasu sama pozwoliła matce urządzić tutaj tymczasową suszarnię, tak samo zresztą jak przełknęłaby naręcza piętrzącego się na ratanowych fotelach prania, ale łóżko...

No właśnie.

Rama od łóżka stała tam gdzie stała, ale bez materaca. Materac, razem z pościelą i jej ukochanym, ponad metrowym misiem, Marcelem, leżał na dywanie. Obok materaca stał kosz po brzegi wypełniony papierami. Agata nigdy wcześniej go nie widziała. Obok kosza leżały nierówno poukładane stosy książek zdjęte z wiszącej nad łóżkiem półki, której nie było. Był za to smród. I to duszący. Agata poczuła, że robi jej się niedobrze, dlatego czym prędzej zbiegła na dół i ponownie znalazła się w kuchni.

– A co ty taka bledziuchna? – matka zaniepokoiła się na jej widok.

Agata odsunęła sobie krzesło od stołu i usiadła na nim. Czuła, że potrzebuje więcej powietrza, bo inaczej zaraz padnie tutaj jak długa.

– Co się stało z moim pokojem? – zapytała.

– O Boże, zapomniałam! – Iwonka przyłożyła rękę do ust.

Agata oparła łokcie na stole. Czuła, że zaraz się popłacze.

– Ja pranie zaraz wyniosę, kochanie, nie denerwuj się...

– Ja nie mówię o praniu! – syknęła przez zaciśnięte usta. – Mi chodzi o całokształt!

Iwona przechyliła głowę, niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc.

– O materac, o łóżko, o półkę i książki, i smród... – Do oczu Agatki napłynęły pierwsze łzy. – Co to jest za pobojowisko?! Jak ja mam tam spać?! Jak ja mam tam wpuścić Melchiora? – Rozkleiła się na dobre.

– Bo Mucha zrobiła sobie pod twoim łóżkiem toaletę i mama z Jarkiem musieli wyjąć materac! – oznajmiła zadowolona z siebie Antonina. Nawet nie dała Iwonce szansy, by wszystko delikatnie wytłumaczyć. – A jak wyjmowali materac, to przy okazji zepsuli ci półkę na książki.

– Jak to toaletę? – ostatkiem sił zapytała Agatka, w duchu myśląc jednak, że zabije tego kota, jeśli tylko go zobaczy.

– No, odkąd wymontowaliśmy drzwi, to po prostu upatrzyła sobie twój pokój i o! Nie ma nad nią żadnej kontroli, chodzi tam, kiedy chce i załatwia swoje potrzeby fizjologiczne. – Iwonka podeszła do córki i lekko dotknęła jej ramienia. – Ale nie martw się kochanie, ja ci to wszystko posprzątam.

Ciałem Agaty wstrząsnął donośny szloch.

– Jeśli chcesz, to nawet teraz – wspaniałomyślnie zaproponowała Iwonka, w wyniku czego Agata spuściła głowę i przywarła nią do leżących na stole rąk. Zaczęła płakać jeszcze przeraźliwiej i głośniej.

– Chodź, Tosia, pomożesz mi. – Iwona natomiast chwyciła młodszą córkę za rękę i pociągnęła ją w stronę schodów. – A ty, dziecko, może zrób sobie odprężającą kąpiel – zwróciła się jeszcze do Agatki. – Należy ci się chwila relaksu.

Agata pociągnęła nosem, ale w końcu posłuchała matki i poszła do łazienki przygotować sobie kąpiel. Na stancji nie miały z dziewczynami wanny, tylko ciasny prysznic, więc zawsze, gdy wracała do siedliska, oddawała się tej błogiej przyjemności. Co prawda za każdym razem musiała w tym celu wyciągnąć z szafki czyste ręczniki, a z walizki potrzebne do kąpieli kosmetyki, ale co tam, taką cenę była w stanie za tę przyjemność zapłacić. Wanna pełna piany była w stanie poprawić jej humor w każdej fatalnej sytuacji.

Kiedy więc Iwonka z Antoniną przywracały jej pokój do porządku, uginając się pod ciężkim materacem, Agatka leżała w wannie i wsłuchiwała się w relaksujące (dla niej rzecz jasna) dźwięki rockowej muzyki. Może była pod tym względem trochę dziwna, owszem, ale nic nie uspokajało jej tak jak niski bas albo gardłowe dźwięki wydawane przez jednego z ulubionych wokalistów. Tylko jej matka za każdym razem waliła wtedy w drzwi łazienki ze swoim:

– Przycisz to wycie, bo nie wytrzymam!

Agatka posłusznie chwytała więc telefon i trochę ściszała, ale tym razem było inaczej. Ani Iwonka nie waliła jej pięścią w drzwi, ani Agatka nie zamierzała niczego przyciszać. Zamierzała natomiast wykorzystać wspaniałomyślność matki i zrelaksować się przed przyjazdem Melchiora do granic możliwości. O! A nawet wydepilować sobie nogi! Tak dla lepszego samopoczucia.

Chwyciła więc w tym celu maszynkę do depilacji, którą ponad miesiąc temu schowała do szufladki w szafce obok wanny, a potem wykonała nią kilkanaście sprawnych ruchów. Jej nogi wreszcie stały się idealnie gładkie. Zadowolona nasmarowała je po wyjściu z wody jeszcze migdałowym balsamem do ciała i wyłaniając się z oparów pary, wyszła z łazienki z głową zawiniętą ręcznikiem. Wtarła we włosy stojący na szafce w korytarzu olejek, który kupiła kiedyś matce i wysuszyła głowę suszarką. Następnie pociągnęła rzęsy matczynym tuszem do rzęs i uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze, gdy nagle wyłonił się z kuchni nieświadomy jej obecności starszy brat, Łukasz. Od kilku lat mieszkał ze swoją małżonką, Magdą i dwójką dzieci w wydzielonym przez Jarka skrzydle domu.

– O mój Boże, ale mnie wystraszyłaś! – krzyknął, dostrzegając Agatę i na wszelki wypadek machnął w jej stronę trzymanym w ręce pętem kiełbasy, w wyniku czego dziewczyna roześmiała się głośno.

– Tak, ciebie też dobrze widzieć – rzuciła do brata.

– Dawno przyjechałaś? – zapytał, podchodząc bliżej i oparł się o szafę.

– Niedawno. Raptem zdążyłam się wykąpać.

– Ach, czyli nie później niż wczesnym rankiem.

– Bardzo śmieszne. – Agata szturchnęła go w bok. – A ty znowu wyżerasz nam z lodówki? – Spojrzała na pęto kiełbasy.

– Magda ma ostatnio obsesję na punkcie bycia fit. Po ostatniej ciąży zawzięła się, że schudnie. Mamy w lodówce tylko zieleninę.

– Biedaczek... To musi być przykre.

– A żebyś wiedziała! Schudłem już trzy kilo!

– A Magda?

– Magda jeszcze nic. – Łukasz wbił zęby w kawałek kiełbasy. – Ale podobno nad tym pracuje.

– W takim razie wpadnę do was jutro na obiad.

– Powiem Magdzie, że zażyczyłaś sobie coś z mięsem.

– Dobra, niech będzie. Raz mogę być tą złą. – Agata zrobiła dzióbek i naniosła trochę różu na policzki.

– Melchior przyjeżdża, że tak się upiększasz? – zagadnął ją jeszcze Łukasz.

– Mieliśmy iść na kolację, ale mama zaplanowała, że zostaniemy z dziećmi.

– Typowe... – Łukasz znowu skubnął kiełbasę. – Dopóki nie będziesz miała swoich, nie przestanie cię w to wrabiać.

– Z dwojga złego na razie wolę matkować rodzeństwu, ale dzięki. Jak przyjdzie pora, to wezmę z was przykład.

– Posiadanie dzieci nie jest takie złe. Właściwie to nawet fajnie być rodzicem.

– Nie wątpię, ale chyba nie chcę tego jeszcze doświadczać.

– Jak wolisz. Ja tylko sugeruję, jak skutecznie wykręcić się od opieki nad bliźniakami.

Agata wywróciła oczami.

– Dzięki za troskę – rzuciła jednak do brata.

– Do usług. A teraz wybacz, ale spadam. Obiecałem Magdzie, że dziś to ja wykąpię Ignasia. Zajrzyj do nas jutro – mruknął i ruszył w stronę drzwi.

– A, Łukasz! – Nim wyszedł, przypomniało się jeszcze Agatce. – Czekaj, czekaj – szepnęła konspiracyjnie i podbiegła do niego na palcach. – Powiedz mi, czy ty umiesz założyć drzwi?

– To jakiś nowy tekścik studencki? Nie znam takiego...

– To nie jest żaden tekścik, idioto! Matka z Jarkiem zdemontowali mi drzwi do pokoju, a Melchior przyjeżdża...

– A, o to chodzi! – Łukasz podrapał się po głowie. – Takich prawdziwych to jeszcze nie montowałem, ale mogę coś wymyślić. O której będzie Melek?

– Po ósmej.

– Kurczę, mało czasu...

– Łuki, proszę cię! – Agata zatrzepotała rzęsami.

– Dobra. Daj mi chwilę. Coś wymyślę – ogłosił rycersko jej brat, w związku z czym rozpogodzona pomknęła na górę do swojej sypialni. Pokój powoli wracał do stanu, w którym Agata go zostawiła. Materac znalazł się na swoim miejscu, a suszarki z praniem zniknęły. Co prawda nadal nie miała lustra ani półki na książki, ale to nie była sprawa nagłej potrzeby, jak zwykła mawiać Agatka. Mogła zająć się tym jutro.

– Tylko nie zamykaj okna, kochanie – powiedziała głośno Iwona, kiedy wychodziła z sypialni z naręczem prania. – Rzeczywiście trochę tu śmierdzi. Niech się porządnie wywietrzy.

Agata pokiwała głową i oddychając z ulgą, w końcu usiadła na własnym łóżku. Było miękkie i wygodne. Nigdzie nie spało jej się tak dobrze jak tu i zamiast użerać się z dziećmi, miała ochotę po prostu położyć się do niego z Melchiorem i...

Zanim jednak zdążyła rozwinąć w głowie tę myśl, poczuła okropne pieczenie w okolicach łydek.

– Co jest? – spojrzała na nie zaniepokojona. Jej oczom ukazał się kolejny obraz nędzy i rozpaczy. Całe jej idealnie gładkie nogi pokryte były czerwonymi, swędzącymi plamami.

– No nie wierzę... Nie dziś... – Agata poczuła, że znowu zbiera jej się na płacz. – Mamooo! – wydarła się ze wszystkich sił.

Iwonka zjawiła się w pokoju córki niemal natychmiast.

– Spójrz! – Agata z rozpaczą wskazała na swoje łydki. – Piecze...

– Boże, dziecko! Może to ospa! – Iwona podeszła do niej, by się im przyjrzeć.

– Ospa? – Z oczu Agaty trysnęły łzy. – Ale ja nie mogę być teraz chora. Nie dziś! Przecież ja tylko ogoliłam nogi...

Na dźwięk tych słów Iwona stanęła jak wryta.

– No co? – warknęła na nią Agata. – Przecież już miałaś, to się nie zarazisz!

– Bo widzisz dziecko... – Iwona zaczęła niepewnie. – Ja zapomniałam ci powiedzieć, że jak cię nie było, to używałam twojej maszynki do depilacji. Tylko ona wpadła mi za którymś razem do odpływu... Wiesz, że nadal nie mamy na nim zamontowanej kratki. Z trudem, bo z trudem, ale w końcu ją stamtąd wyciągnęłam i miałam wyrzucić, ale najwidoczniej wypadło mi to z głowy – popatrzyła na córkę. – Tylko się nie denerwuj, kochanie, po prostu sobie te nogi czymś zakaziłaś, to szybko zejdzie. Ja kupiłam ci już drugą maszynkę. Leży w szafce w łazience...