Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Grzech nocy letniej - Kasey Michaels

Robin Blackthorn czerpie z życia pełnymi garściami, nie dbając o przeszłość ani przyszłość. Uwodzi mężatki i piękne wdowy, nie tracąc czasu na czcze flirty z niewinnymi pannami z dobrych domów. Poznawszy na balu maskowym uroczą Reginę Hackett, odchodzi od tej zasady. Wieczór przebiega zgodnie z planem Robina, ale kiedy panna Hackett rozpoznaje w nim osławionego uwodziciela, odrzuca zaloty. Wkrótce jednak okazuje się, że z przyjęcia zniknęła piękna kuzynka Reginy, a ślady prowadzą do ciemnych uliczek najbiedniejszych dzielnic Londynu, które Blackthorn zna jak własną kieszeń. Regina dla dobra kuzynki musi poprosić Robina o pomoc...

Opinie o ebooku Grzech nocy letniej - Kasey Michaels

Fragment ebooka Grzech nocy letniej - Kasey Michaels

Kasey Michaels

Grzech nocy letniej

Tłumaczenie:

Anna Pietraszewska

„Powiedzcie: jakim tańcem czy spektaklem

Skrócimy sobie wieki tych trzech godzin

Między wieczerzą a porą spoczynku?

Gdzie się podziewa nasz stały dostawca

Uciech? Czy może jakimś widowiskiem

Przynieść nam ulgę w torturze czekania?”[1]

PROLOG

Puck ani myślał podążać za modą. O wiele bardziej odpowiadała mu rola arbitra elegancji, w której sam się obsadził i którą odgrywał od tamtej pory z żelazną konsekwencją. To on dyktował wytwornemu towarzystwu najnowsze trendy i fasony, nie na odwrót. Gdziekolwiek się pojawił, jego wykwintna powierzchowność wzbudzała nieodmienny zachwyt, zaś nienaganne maniery i nieskazitelne stroje uchodziły za niedościgniony wzorzec. Kiedy dla kaprysu zapuścił włosy do ramion, co najmniej połowa paryskich modnisiów natychmiast poszła w jego ślady. Niektórzy w swych zapędach uciekali się nawet do noszenia peruk tudzież przypinania tresek.

Gdy Robin zaczął dosiadać ryżego deresza z białą gwiazdką na łbie, sprzedaż podobnych dereszów wzrosła w dwójnasób, a wraz z nią podskoczyły raptownie dochody niejakiego Jacquesʼa Dupuisa, niegdyś znamienitego dżokeja, dziś mistrza w mydleniu oczu rozochoconej klienteli.

Bywało, że Blackthorn stawał się na jakiś czas melomanem. Grywał wtedy na skrzypcach, na pianinie lub na flecie, ot tak, dla zabawy. Bezrobotni nauczyciele muzyki, ma się rozumieć, przeżywali wówczas istne oblężenie. Tłumy głuchych jak pień fircyków regularnie uczęszczały na lekcje i bez żenady pastwiły się nad nieszczęsnymi instruktorami nieudolnym rzępoleniem.

Ale to jeszcze nie koniec nieograniczonych wpływów Pucka. Wystarczyło, że znudzony przestał odwiedzać teatr, a sprzedaż biletów spadała na łeb na szyję, a kiedy opowiedział dowcip, calusieńki Paryż śmiał się do rozpuku. Panny na wydaniu, nierzadko także stateczne mężatki, śniły o nim po nocach, zaś młodzi mężczyźni prześcigali się w staraniach, aby widywano ich u jego boku. Rozliczne damy w każdym wieku zasypywały go zaproszeniami na przyjęcia i rauty, czasem także na potajemne schadzki w swoich buduarach.

Jako że nosił imię Robin i wyróżniał się pogodnym usposobieniem, paryska socjeta nadała mu przydomek Puck[2]. Niesłychanie ich to bawiło, zwłaszcza że z racji swego pochodzenia Blackthorn w zasadzie nie powinien mieć wstępu na salony. Nie powinien, ale miał. Przyjmowano go wszędzie bez najmniejszych zastrzeżeń i mówiono o nim pieszczotliwie le beau bâtard Anglais. W istocie był cudny jak z obrazka, cóż więc znaczyła etykietka bękarta w obliczu takiego wdzięku i tak nieprzeciętnej urody? Wszak nie od dziś wiadomo, że Francuzi to naród niezwykle wyczulony na piękno. Innymi słowy, przymykano oko na jego niechlubny rodowód i traktowano go jak ulubioną maskotkę.

Nie dziwota, że na wieść o rychłym wyjeździe swego pupila, cały Paryż pogrążył się w rozpaczy. Robin pozostał jednak nieugięty. Niepomny na utyskiwania licznych wielbicieli, podjął ostateczną decyzję o powrocie do ojczyzny i zjechał do Londynu tuż przed otwarciem nowego sezonu.

W tym miejscu należy podkreślić, że rodacy nie byli dlań aż tak łaskawi jak francuscy przyjaciele. W Anglii żaden szanujący się arystokrata nie akceptował otwarcie cudzej niechlubnej proweniencji i z całą pewnością nie bratał się z owocami pozamałżeńskich związków. Nikt więc nie rozczulał się nad wdziękiem Pucka, nikt też nie używał wobec niego pieszczotliwych określeń, wręcz przeciwnie. Przypięto mu łatkę bękarta, w związku z czym na ziemiach przodków znany był wyłącznie jako Robin Goodfellow Blackthorn, niechciany przybłęda i uzurpator. Wyrzutek, ośmielający się rościć sobie prawa do rzeczy, które mu się nie należą.

Puck oparł się w niedbałej pozie o gzyms nad kominkiem. Znajdował się pośrodku ociekającego przepychem salonu luksusowej rezydencji przy Grosvenor Square, w samym sercu modnej dzielnicy Mayfair.

W wytwornym francuskim odzieniu, podkreślających smukłą sylwetkę spodniach oraz dopasowanym surducie z mistrzowsko zawiązanym fularem, prezentował się niczym ucieleśnienie nonszalancji i niezmąconego spokoju.

Jego twarz zdobił niemal autentycznie przyjazny, by nie powiedzieć, przymilny uśmiech – doprowadzony do perfekcji dzięki żmudnym i długim staraniom. Ów uśmiech tudzież skrzętnie skrywana inteligencja intrygujących zielononiebieskich oczu stanowiły jego tajną broń. Potrafił nimi zmylić prawie każdego. Choć cała przyszłość Goodfellowa zależała od tego, w jaki sposób rozegra kilka najbliższych minut, postronny obserwator ani chybi uznałby go teraz za wzbudzającego sympatię, zupełnie nieszkodliwego idiotę.

Rzecz jasna była to jedynie gra pozorów. W rzeczywistości Robin cały czas miał się na baczności, pozostawał w pełni skoncentrowany i czujny. Doskonale wiedział, że nie wolno mu lekceważyć przeciwników. Byli kimś znacznie więcej niż parą tylko zblazowanych i nudnych angielskich dżentelmenów, którzy owszem szczycą się tym, że ich korzenie sięgają czasów Wielkiej Powodzi[3], lecz poza tym nie mogą pochwalić się niczym innym, a już na pewno nie szczególną lotnością umysłu.

Bawili się w kotka i myszkę od z górą kwadransa, rozprawiali o tym i owym, tworząc iluzję uprzejmej salonowej konwersacji. Pozostawało pytanie, kto kogo przechytrzy. Właściwie każdy z nich mógł wyjść z tej potyczki zwycięsko, w takich sytuacjach Blackthorn zawsze jednak stawiał na siebie.

– Wyznam, że angielska wieś nie ma sobie równych – wypalił ni stąd, ni zowąd à propos niczego, co dotąd powiedziano. – Okolice, dajmy na to, Gateshead są wprost bajeczne. Mógłbym rozpływać się nad nimi w zachwytach całymi godzinami.

Baron Henry Sutton słusznie uznał to za zachętę i przeszedł wreszcie do rzeczy. Wyrzucił z siebie pytanie, które pragnął zadać od samego początku.

– A zatem zamierzasz nas szantażować? – rzekł cierpko, po czym spojrzał na towarzysza, niejakiego Richarda Carstairsa. – Sam widzisz, Dickie, jest dokładnie tak jak przewidywałem. Przeklęty Goodfellow zamierza zniżyć się do szantażu, ale czegóż więcej spodziewać się po bękarcie?

– Nic podobnego – zaoponował spokojnie Puck. – Niczego takiego nie powiedziałem, byłbym jednakowoż wdzięczny, gdyby zechcieli panowie nie mieszać do sprawy okoliczności mego przyjścia na świat, szczególnie że nie mają one nic wspólnego z naszym małym problemem. Napomknąłem o Gateshead, jako że właśnie tam spotkałem poprzednio obecnego tu pana Carstairsa. W zeszłym roku spędziliśmy w owym miejscu przemiły wieczór. Uroczy zakątek, słowo daję, choć niewątpliwie dość niefortunnie usytuowany. Według standardów pańskiego dystyngowanego przyjaciela to istne odludzie, za to Jack pojawia się w tamtych stronach regularnie, w dodatku w najmniej spodziewanych momentach i jak zwykle w nastroju do figli.

Dickie Carstairs, bladolicy jegomość o nalanej twarzy i puszystej posturze, nie posiadał się z oburzenia. Gdy spojrzał na barona, oczy niemal wyszły mu z orbit.

– Słyszałeś, Henry? Miał czelność wspomnieć o Jacku! Nikt nie może wiedzieć o jego zaangażowaniu w naszą działalność. Na miłość boską, przecie to jego własny brat. Cóż za podłość, to wprost niesłychane! Mówiłem ci, że nie powinniśmy byli tu przychodzić. Wezwał nas do siebie, jakby mógł nam rozkazywać, nie zamierzam tolerować takiego traktowania!

Sutton, najwyraźniej rozsądniejszy i bardziej opanowany z ich dwójki, spróbował zmrozić Robina wzrokiem.

– Wiedz, że twój brat o wszystkim się dowie – rzucił ostrzegawczo, lecz Goodfellow skwitował jego groźbę szerokim uśmiechem.

– Naturalnie, że się dowie. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Prędzej czy później Jack zawsze o wszystkim się dowiaduje. Pojęcia nie mam, jak on to robi… Jest pod tym względem niesamowity. Czasem nazywamy go w rodzinie Black Jackiem. Chętnie znów się z nim zobaczę. Tęsknię za jego romantyczną naturą. Przekażcie mu ode mnie pozdrowienia, jeśli łaska. Pewnie spotkacie się z nim przede mną. Ach, byłbym zapomniał! Mieli panowie wieści od owego nieszczęśnika, jakże mu było na imię…? Jonas? Tak, naturalnie, Jonas. Już sobie przypomniałem. Więc jak on się miewa? Przypuszczam, że nie najlepiej. Idę o zakład, że skończył sześć stóp pod ziemią w jakimś anonimowym grobie z dala od stolicy i bardziej cywilizowanego wymiaru sprawiedliwości. A może poniosła mnie wyobraźnia? Od dziecka miewam skłonności do dramatyzowania.

– Jeśli sugerujesz, że pozbawiliśmy go…

– Wystarczy, Dickie – interweniował pospiesznie Henry. – Dopiął pan swego, panie Blackthorn. Grajmy w otwarte karty. Najwyraźniej odkrył pan, że pański brat, pan Carstairs oraz moja skromna osoba, świadczymy potajemnie pewne… usługi na rzecz korony.

– Usługi? – zadrwił Puck. – Pozbywacie się śmieci, ot co. Nie wątpię, że monarcha jest wam wielce zobowiązany, ale mniejsza o to. Proszę oszczędzić mi szczegółów. Chciałbym, abyśmy pozostali w przyjaznych stosunkach.

– Raczy pan żartować. Wysyła nam pan listy z zawoalowanymi pogróżkami, ściąga nas do siebie siłą, a potem mówi o przyjaznych stosunkach? Toż to kpina. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Doprowadził pan do tej rozmowy, żeby zażądać czegoś w zamian za swoje milczenie, czyż nie?

Robin sięgnął po kryształową karafkę i dolał wina do kieliszków gości.

– W rzeczy samej, panowie, sam nie ująłbym tego lepiej. Chciałbym czegoś w zamian za usunięcie z pamięci pewnych zdarzeń, do których doszło ubiegłego lata w Gateshead. Mam tu na myśli zdarzenia z panów udziałem naturalnie, ale bez obaw, ręczę, że nie poproszę o nic haniebnego czy też wykraczającego poza wasze możliwości. Dla panów to zwykła błahostka, dla mnie sprawa niezwykłej wagi. Idzie o drobną, może nie najdrobniejszą, ale też nie nazbyt wielką przysługę. Otóż byłbym wdzięczny gdyby zechcieli panowie pomóc mi zaistnieć wśród wyższych sfer. Wystarczy, że przedstawią mnie panowie kilku odpowiednim osobom, pozwolą, aby widywano mnie w waszym towarzystwie w parku i tym podobne. Dorzuciłbym jeszcze jedno czy dwa zaproszenia na jakieś popularne wydarzenia sportowe, najlepiej takie, na które uczęszczają ważne osobistości. To wszystko. Nic więcej. Potem poradzę sobie sam.

– Uszom własnym nie wierzę! – Carstairs był bliski apopleksji. – Bękart pragnie wedrzeć się na salony! Z naszym błogosławieństwem? Dasz wiarę, Henry? Toż to nie do pomyślenia. Tfu! Nie przyłożę do tego ręki! Wykluczone!

Sutton uciszył kompana zniecierpliwionym machnięciem ręki.

– Daj pokój, Dickie – warknął zniecierpliwiony, po czym zwrócił się do Goodfellowa. – Pański brat, Beau, już tego próbował. Po dwakroć, jeśli mnie pamięć nie myli.

– Owszem, próbował – zgodził się Puck, wracając na swoje miejsce przy kominku. – Zresztą ze zmiennym skutkiem. – Wiedział, że ma ich na widelcu. Był wystarczająco podobny zarówno do Beau, jak i do Jacka, aby wiedzieli, że nie należy go lekceważyć ani tym bardziej z nim zadzierać.

– Jack, Beau i ja jesteśmy braćmi. To naturalne, że wiele nas łączy. W końcu wszyscy trzej przyszliśmy na świat za sprawą markiza Blackthorn i jego niewierności… jako dzieci z nieprawego łoża, niestety. Niemniej każdy z nas radzi sobie z tym na swój własny sposób. Beau uznał w pewnym momencie, że potrzebuje społecznej akceptacji. Miał do tego święte prawo. Jack z kolei zupełnie nie dba o przychylność londyńskiej śmietanki. Śmiem twierdzić, że prawdopodobnie uważa was wszystkich za skończonych durniów.

– A pan? – zainteresował się baron.

– Ja? – Robin wzruszył ramionami w geście godnym rodowitego Francuza. – Nie pragnę od życia zbyt wiele. Chcę jedynie zakosztować rozrywki wśród rodaków. Jestem towarzyski i mam tę zaletę, że potrafię bawić innych. Niewykluczone, że zyskam w waszych oczach przy bliższym poznaniu. Kto wie, może nawet zaskarbię sobie waszą sympatię. Dickie, widzę, że pański kieliszek znów jest pusty… Co powiecie na kolejną lampkę wina, panowie? Napijemy się i przedyskutujemy spokojnie strategię, która pozwoli mi bywać w wytwornym towarzystwie. Na początek proponowałbym najbliższy piątek i bal maskowy lady Fortesque. Śmiałe posunięcie, nie przeczę, zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę reputację gospodyni, ale dla mnie będzie, jak znalazł. Doszły mnie słuchy, że najznamienitsze osobistości raczej nie uświetnią przyjęcia swoją obecnością.

Sutton, który widać zdążył już pojąć, że Robin Goodfellow Blackthorn zalicza się do osób, których człek rozumny nie waży się ignorować, podniósł się z fotela i kiwnął głową w kierunku swego kompana.

– Isobel będzie zachwycona tym, że stanie się pan bohaterem skandalu właśnie pod jej dachem. Jestem tego więcej niż pewien. Dopilnuję, aby jeszcze dziś doręczono panu zaproszenie.

– Znakomicie – rzekł Puck, odprowadzając ich do wyjścia. – Tuszę, że spotkamy się ponownie w piątek – dodał, dotknąwszy ramienia Carstairsa.

– Ale… to przecież bal maskowy – zaprotestował Richard. – Jakimże sposobem pan nas rozpozna?

– Och, żaden kłopot – odparł przyjaźnie Goodfellow. Pomyślał przy tym, że nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszłoby do głowy, iż mężczyzna o aparycji Dickiego może okazać się groźny dla otoczenia. Nie sprawiał wrażenia miłośnika mocnych wrażeń. Wydawał się zupełnie nieszkodliwy, a jednak bywał bezwzględnym zabójcą. Cóż, być może właśnie w tym tkwił jego sekret. – To panowie rozpoznają mnie. Ani chybi stanę się sensacją wieczoru. Nie zapominajcie, że słynę, że się tak wyrażę, pour mes péchés.

– Ze swoich grzechów, powiada pan? – powtórzył z wolna Carstairs, po czym uniósł brew i przyjrzał się rozmówcy od stóp do głów. – Hm… nie jestem pewien, czy to wada, czy może raczej zaleta. Zechce pan zdradzić, gdzie zamówił tę kamizelkę? Tutaj? Czy jeszcze w Paryżu? Istne cacko, słowo daję. – Poklepał się po pokaźnych rozmiarów brzuchu. – Z moją tuszą raczej bym się w nią nie zmieścił, ale jeśli udostępni mi pan adres swego krawca…

– Na litość boską, Dickie – zniecierpliwił się Henry i bez ceremonii pociągnął Richarda za łokieć. – Wychodzimy.

Tymczasem kamerdyner wręczył im nakrycia i otworzył na oścież drzwi. Żaden z gości nie wynagrodził jego trudów monetą. Jaśnie panowie najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, że w kontaktach ze służbą nie warto być sknerą. Tylko ci, którzy okazują lokajom wdzięczność miedziakiem, nie muszą się martwić o zagubione płaszcze czy zawieruszone kapelusze.

– Poszło nadspodziewanie gładko. – Uśmiechnął się Puck, gdy pożegnali gości. – Znalazłeś coś godnego uwagi, Wadsworth?

Służący, niegdyś zasłużony żołnierz, sięgnął za pazuchę i podał mu zwitek papieru.

– I owszem, panie. Grubas miał w kieszeni bilecik. Pozwoliłem sobie skopiować na pański użytek jego treść.

– Dziękuję, mój drogi. Jesteś jak zwykle niezawodny. Pozwól, że udam się teraz do swego gabinetu.

Blackthorn ruszył wzdłuż korytarza, odczytując po drodze zwięzłą wiadomość:

Łajdak i zuchwalec jakich mało! Wybaczcie mu tę zniewagę i spełnijcie jego zachciankę. W gruncie rzeczy jest nieszkodliwy. Tak czy inaczej, przy najbliższej sposobności zmyję mu głowę, że popamięta. Do zobaczenia w sobotę, w zwykłym miejscu o zwykłej porze. Dostaliśmy nowe zadanie. J.B.

Robin zachichotał pod nosem i cisnął liścik do kominka.

– Ach, Jack, bracie, wprost nie mogę się doczekać kolejnego spotkania…

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lady Letycja Hackett została właścicielką okazałego domu przy renomowanej Berkeley Square za sprawą babki ze strony matki. Zapobiegliwa starsza pani podarowała go wnuczce zamiast posagu. Obwarowała przy tym zapis licznymi kruczkami prawnymi, tak aby jej rozrzutny zięć i ojciec Letycji w jednej osobie – pożałowania godny szuler i hulaka – nie zdołał przejąć spadku i spieniężyć go w celu uregulowania swych niezliczonych karcianych długów.

Plan zaradnej seniorki rodu okazał się w pełni skuteczny, ale i fatalny w skutkach. Nie mogąc uszczknąć ze schedy córki ani pensa, rzeczony rodzic Letycji, hrabia Mentmore, musiał ratować nadszarpnięty budżet inaczej. Najprościej było sprzedać jedynaczkę, jej tytuł oraz nieskazitelny rodowód odpowiednio zasobnemu konkurentowi – komuś, kto gotów był słono za nie zapłacić. Najwyższą ofertę złożył pewien kupiec, który za wszelką cenę pragnął wedrzeć się na salony. W ten oto sposób lady Hackett stała się posiadaczką grubiańskiego i nieokrzesanego męża o zgnuśniałym mieszczańskim umyśle. Tylko prawdziwy półgłówek mógł sądzić, że zdoła wkupić się w łaski socjety dzięki swoim przepastnym kieszeniom.

Żywot Letycji nie był usłany różami, ale lady Hackett znosiła wszelkie przeciwności losu z podniesionym czołem… albo z kieliszkiem w ręku. Tak czy owak, opierała się przemożnej zgryzocie wyłącznie dla Reginy – swej jedynej latorośli i jedynej pociechy. Córka była dla niej prawdziwym darem niebios.

Obie damy zaszyły się w buduarze pani domu. Czuły się bezpieczne, jako że Reg Hackett nigdy tam nie zaglądał. Unikał tego miejsca jak ognia, podobnie zresztą, jak i sypialni żony. Ostatnim razem, kiedy zebrało mu się na amory, a nie miał ochoty opuszczać domowych pieleszy, aby udać się do kochanki, z którą uwił gniazdko przy Piccadilly, postanowił odwiedzić małżonkę. Niewiele brakowało, a przypłaciłby to życiem. Nieczuła sekutnica wygrzebała spod poduszki pistolet i bez mrugnięcia okiem odstrzeliła mu kawałek ucha. Zrobiła to ze zdumiewającą precyzją. Gdyby była trzeźwa, na pewno by chybiła.

Pokoju córki także nie odwiedzał. Przez całe życie używał umysłu w jednym tylko celu: do obmyślania kolejnych oszustw, kradzieży i kłamstw, które miały mu pomóc zbić majątek i choć dopiął swego, nikt przy zdrowych zmysłach nie miał szczególnie wysokiego mniemania o jego intelekcie. Reg był jednak wystarczająco rozgarnięty, aby wiedzieć, że Regina szczerze nim pogardza.

Prawdę mówiąc, niewiele sobie z tego robił. Niewdzięczna pannica nie była dlań niczym więcej niż kolejnym towarem na sprzedaż, tak jak indyjskie jedwabie, które kupował za bezcen, a potem wciskał po zawyżonych cenach najprzeróżniejszym idiotom. O to właśnie szło w interesach. Niegdyś kupił sobie dobrze urodzoną damę i jej tytuł, a teraz odzyska część poniesionych kosztów zbywając jej potomstwo.

Dziewczyna była nawet całkiem ładna, pod warunkiem że trzymała język za zębami. Niepoślednia uroda niewątpliwie podnosiła jej potencjalną wartość, a Reg miał spore ambicje i mierzył wysoko. Zamierzał spowinowacić się dzięki córce z jednym z najznamienitszych rodów Anglii. Jakie to szczęście, że nie urodziła się chłopcem. Chłopcem nie utargowałby zbyt wiele, a Regina przy odrobinie szczęścia mogła mu złowić jakiegoś hrabiego, ba, może nawet księcia, choć to raczej mało prawdopodobne. Ale nie ma co narzekać. Jeśli człowiek urodzi się w rynsztoku, a mimo to pewnego dnia będzie mógł nazywać zięciem hrabiego, to znaczy, że osiągnął wiele. Więcej, niż można by oczekiwać.

Hackett nie mylił się co do urody swego jedynego dziecka. Gdyby nie maleńki pieprzyk po lewej stronie tuż nad górną wargą, Regina w ogóle nie byłaby do niego podobna. Można by pomyśleć, że przyszła na świat bez jego udziału. Wyglądała wypisz wymaluj jak młodsza kopia matki. Miała ciemne, niemal czarne lśniące włosy poprzetykane tu i ówdzie rudymi pasmami i niesamowite, lazurowo niebieskie oczy oprawione długimi rzęsami oraz idealnie wykrojonymi brwiami. Do tego prosty arystokratyczny nos, przy którym nos królowej Charlotte prezentował się jak suszona śliwka w bożonarodzeniowym puddingu.

Tak, jego córka była piękna. I oziębła, zupełnie jak jej rodzicielka. Ale czegóż więcej mógł się po niej spodziewać? Jak mawiają, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Byle tylko dobrze się prowadziła, przynajmniej do czasu, aż wyda ją za jakiegoś paniczyka z tytułem.

– Obróć się dokoła, serdeńko. Zrób to dla mnie – odezwała się lady Hackett, unosząc dłoń, w której trzymała nieodłączny kieliszek. – To twój pierwszy sezon. Nie możemy sobie pozwolić na zbyt odważny dekolt.

Regina przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze i położywszy ręce na gorsie, podciągnęła w górę brzeg sukni. Mama zawsze była zażenowana dość pokaźnymi rozmiarami jej biustu. Pewnego razu oznajmiła otwarcie, że wytwornej damie zwyczajnie nie przystoi mieć dużych piersi, bo te jak wiadomo są oznaką niskiego pochodzenia. Letycja nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, że córka odziedziczyła tę część anatomii po babce ze strony ojca.

Panna Hackett nie miała okazji poznać babki, jako że ta zmarła na długo przed jej narodzinami. Ilekroć jednak zrobiła coś, co nie przypadło do gustu jej rodzicielce, nieodmiennie słyszała, że to wina „złej krwi”, którą przekazali jej ojciec oraz jego protoplastka. Kiedy jako niesforna pięciolatka Reggie stłukła ulubioną porcelanową figurkę matki, miała na to doskonałe, jak jej się zdawało, wytłumaczenie. Oświadczyła mianowicie, że to nie ona, lecz babcia Hackett wyrządziła szkodę. Mama, o dziwo, nie była usatysfakcjonowana tym wyjaśnieniem.

– Dekolt jest w sam raz – powiedziała dla pewności, przygarbiając nieco ramiona. – Wyglądam niemal znośnie.

– Znośnie?! – zapaliła się Letycja, wymachując kieliszkiem. – Też mi coś! Wyglądasz doskonale, moje dziecko. Nikt nie ma prawa twierdzić inaczej. Niech no tylko spróbują, a będą mieli ze mną do czynienia. Twoje drzewo genealogiczne sięga korzeniami czasów…

– Tak, tak, pamiętam, piętnastego stulecia. Za to nasza rodzinna fortuna zapewne przeszła do historii zaledwie w ubiegłym tygodniu, kiedy papa był zmuszony spłacić kolejne karciane zobowiązania dziadka Geoffreya i stryja Setha, aby uchronić ich przed niechybnym wtrąceniem do więzienia za długi.

Lady Hackett nadąsała się i sięgnęła po karafkę.

– Wiedz jedno, moja panno – obwieściła z godnością. – Impertynencji z całą pewnością nie dostałaś w spadku po moich antenatach. I bardzo ci do twarzy w niebieskim. Znakomicie podkreśla błękit twoich oczu. A skoro o oczach mowa, pamiętaj, aby trzymać je skromnie spuszczone, razem z podbródkiem, jak przystało wstydliwej debiutantce. Nic tak nie rozbudza męskiej wyobraźni jak nieśmiałość niewinnej panny na wydaniu.

– Dalibóg, nie pojmuję dlaczego. Moim zdaniem nudzi ich to do granic wytrzymałości. Dziękuję, Hanks. – Regina uśmiechnęła się do pokojówki, która zapięła jej na szyi sznur pereł. Potem podeszła do matki i pochyliła się, aby ucałować ją w blady policzek. Wstrzymała przy tym oddech, Letycja miała bowiem zwyczaj wylewać na siebie flakon perfum. Sądziła, że zdoła w ten sposób stłumić woń alkoholu, którą nieodmiennie wokół siebie roztaczała. Niestety, jej wysiłki przynosiły opłakany efekt. – Za chwilę zjawią się ciotka Claire i Miranda. Zejdę na dół, żeby je przywitać. Poradzisz sobie sama?

Lady Hackett zerknęła wymownie na karafkę.

– Nie jestem sama. Mam towarzystwo.

Reggie otworzyła usta, żeby udzielić matce reprymendy, ale doszła do wniosku, że byłby to daremny trud. Zamiast strzępić sobie język, spojrzała ukradkiem na służącą. Hanks mrugnęła porozumiewawczo i skinęła głową. A zatem wino zostało rozcieńczone. Letycja jak dotąd ani razu nie odkryła zmyślnego fortelu córki. Na szczęście, już po pierwszej flaszce jej podniebienie zazwyczaj przestawało wyczuwać różnicę pomiędzy przednim trunkiem i rozwodnionym sikaczem.

– W takim razie, zostawiam cię, mamo. Miranda wspominała, że gospodyni dzisiejszego wieczoru podaje wyśmienite desery. Wezmę największą torebkę, jaką mam w szafie, może uda mi się przemycić w niej jakiś smakołyk dla ciebie.

Lady Hackett wyraźnie się rozchmurzyła.

– Och, tak, serdeńko! Przynieś mi koniecznie kilka cytrynowych ciasteczek. Są wyborne. Kucharka lady Montag jest niezawodna. To prawdziwa mistrzyni wypieków.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, abyś poszła z nami. Może jednak dasz się namówić? – Panna Hackett uważała, że matce wyszłoby na zdrowie, gdyby zaczęła nieco częściej bywać w towarzystwie. Wprawdzie u boku Mirandy nie sposób było się nudzić, niemniej kuzynka bywała wyjątkowo nierozważna i miała skłonności do popadania w tarapaty. Regina nie raz i nie dwa odciągała ją podczas przyjęcia od jakiegoś przystojnego oficera bez grosza przy duszy. Na szczęście, Randy była dość przewidywalna i zazwyczaj chowała się ze swymi absztyfikantami za donicą z najbardziej rozłożystą palmą.

– Och nie ma potrzeby, abym ruszała się z domu – westchnęła Letycja. – Szkoda zachodu. Poza tym ufam twojej ciotce. Jestem przekonana, że doskonale sprawdza się w roli przyzwoitki. No, zmykaj już, dziecino, nie każ im na siebie czekać. To wielce nieeleganckie. Hanks i ja wytrzymamy te kilka godzin bez ciebie. Nieprawdaż, Hanks?

– Tak jest, jaśnie pani – odparła, dygnąwszy, pokojówka.

Regina posłała jej ostatnie ostrzegawcze spojrzenie, po czym zeszła na dół. Kiedy dotarła do foyer, lokaj poinformował ją, że imponujący powóz Mentmore’ów zajechał właśnie przed dom. Mentmore’owie weszli w jego posiadanie zupełnie niedawno. Zakupił go dla nich i wyposażył w rodowy herb nie kto inny, jak Reginald Hackett. Zastrzegł przy tym, że będą mogli korzystać z niego do woli, lecz tylko pod warunkiem że pojazd pozostanie także do dyspozycji jego córki.

Hackettówna wyszła na ulicę, by po chwili zasiąść na wygodnej kanapie obok Doris Ann, pokojówki panny Mentmore.

– Spóźniłam się czy to wy przyjechałyście za wcześnie? – zapytała, spoglądając z ukosa na krewną. Spostrzegłszy, że Miranda jest sama, zmarszczyła brwi. – Randy? Gdzie ciocia Claire? Dlaczego jej z tobą nie ma?

Burnhamówna skwitowała jej pytanie perlistym śmiechem. Nie wiedzieć czemu niemal wszyscy z wyjątkiem Reginy uważali jej irytujący rechot za uroczy. Nim się odezwała, poprawiła dłonią piękne złote loki. W skrytości ducha Reggie ogromnie jej ich zazdrościła. Ciemnobrązowe włosy, takie jak jej własne, nie były niczym nadzwyczajnym, miała je co druga dziewczyna w Londynie, za to tylko nieliczne panny mogły się pochwalić wzbudzającymi zachwyt pszenicznymi warkoczami oraz alabastrową cerą, które jak wiadomo nigdy nie wychodziły z mody. Na dobitkę Randy była osóbką filigranowej postury i nie musiała wstydzić się nazbyt obfitego biustu. Jej klatka piersiowa wydawała się niemal zupełnie płaska.

– Och, mama postanowiła spędzić wieczór w pieleszach – oznajmiła Miranda, z trudem zachowując powagę. – Uznała, że skoro towarzyszy nam ciotka Letycja, nic złego nie może się zdarzyć. – Klasnęła w dłonie i zachichotała jak mała dziewczynka, której udała się jakaś szczególnie zmyślna psota.

Panna Hackett zgromiła ją spojrzeniem.

– To nie jest zabawne, Randy. Moja matka jest przekonana, że zostawiła mnie pod opieką bratowej. Powiedziałam jej, że jedzie z nami ciocia Claire!

– Phi, też mi coś. Nie wierzę, że nigdy wcześniej nie okłamałaś swej szanownej rodzicielki. A nawet jeśli istotnie jeszcze tego nie zrobiłaś, to najwyższa pora spróbować. Zresztą o co tyle krzyku? Ciocia Letty i tak nie pamięta połowy z tego, co się do niej mówi. Spożywanie nadmiaru trunków nie sprzyja koncentracji… Och, znów popełniłam gafę. Wybacz, moja droga… Wiesz, że czasem paplę trzy po trzy, zupełnie bez zastanowienia…

– Czasem? – zadrwiła Regina. – Odnoszę wrażenie, że nigdy nie zastanawiasz się nad tym, co robisz. A już na pewno nie myślisz o konsekwencjach swoich nieroztropnych uczynków. Ciekawa jestem, co też strzeliło ci do głowy tym razem? – Splotła dłonie na kolanach i westchnęła. – Uprzedzam, jeśli mi natychmiast nie powiesz, dokąd zmierza powóz, będę zmuszona poprosić stangreta, żeby zawrócił na Berkeley Square.

– Na miłość boską, nie! – Przeraziła się Burnhamówna. – Nawet o tym nie myśl. Nie mogę przecież bywać na salonach w pojedynkę. To niestosowne i źle widziane. Wciąż narzekasz, że nikt cię nie zauważa, a potencjalni konkurenci zabiegają nie o ciebie, lecz o majątek twego papy, zupełnie jakbyś miała wypisane na twarzy, ile staruszek przeznaczył ci na poczet posagu. Cóż, ciebie chcą przynajmniej dla pieniędzy, mnie tymczasem nie zechce nikt, w każdym razie nikt przy zdrowych zmysłach. Mój ociec i dziadek noszą wprawdzie tytuły hrabiowskie, ale jakież to ma znaczenie w obliczu pożałowania godnej kondycji ich kiesy? Cały Londyn mówi o tym, że są biedni jak mysz kościelna. Jeśli do końca sezonu nie zakocha się we mnie na zabój żaden arystokrata, prawdopodobnie wydadzą mnie za jakiegoś kupca, tak samo jak niegdyś twoją mamę. Przypuszczam jednak, że mój mieszczański mąż nie będzie nawet w połowie tak majętny jak wuj Reginald, za to niewątpliwie dorówna mu w kwestii grubiaństwa tudzież braku ogłady. Nie dziw się tedy, że zanim spotka mnie ów smutny los, chcę odrobinę użyć żywota. Miej także na względzie, że knułam misterny plan dzisiejszego wieczoru przez calusieńki tydzień. Doris Ann, pokaż pannie Hackett, co mam na myśli. – Skinęła na pokojówkę, która sięgnęła po stojącą na podłodze płócienną torbę. – Po cóż niby miałybyśmy ziewać z nudów podczas jakiegoś mało zajmującego recitalu, skoro możemy pójść na bal? I to nie byle jaki bal.

– Na bal? – zdumiała się Regina. – Nie jestem odpowiednio ubrana na… – urwała w pół zdania. – A to znowu co takiego?

– Nasze domina[4] – oznajmiła z dumą Randy, rozpościerając przed kuzynką płachtę szmaragdowozielonego jedwabiu.

Służąca podała Reginie niemal identyczny płaszcz w kolorze rubinu.

– Maseczki, Doris Ann, pokaż panience maseczki!

Po chwili panna Hackett trzymała w dłoniach wyszywane ozdobnymi kamieniami maski balowe. Zakrywały połowę twarzy i były cokolwiek frywolne.

– Zobacz, zawiązuje się je z tyłu głowy tymi satynowymi wstążkami – poinformowała panna Mentmore. – Obie są prześliczne, ale jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałabym tę zieloną.

– Podoba mi się – pochwaliła Reggie. − Wyglądasz w niej jak kotka. Za to moja jest cała… biała…

− To nie biel, lecz kość słoniowa, moja droga – poprawiła ją kuzynka. – Przypomina moją, z tym że zakrywa nos. Spójrz tylko na tę koronkę, czyż nie jest boska? A perełki i kwiatuszki? Toż to istne cudeńka. Nie krzyw się, Reggie. Jest prześliczna!

Regina przyjrzała się ponownie masce. Rzeczywiście, przyszyto do niej trzy satynowe pączki róż. Dwa po bokach i jeden pośrodku. Wzdrygnęła się, pomyślawszy, że będzie go miała na czole, i bez zastanowienia oderwała nieszczęsne różyczki.

Randy zaczęła protestować, lecz po chwili posłała jej szeroki uśmiech.

− Zatem zgadzasz się?! I pojedziesz ze mną, prawda?

Hackettówna zerknęła na nieobyczajnie purpurowy płaszcz i zawahała się.

− Ponoć dzisiejsze bale maskowe nie cieszą się dobrą sławą. Raczej nie powinnyśmy się na nich pokazywać.

− Ależ z ciebie głuptas. Oczywiście, że współczesne maskarady w niczym nie przypominają maskarad dawnych lat. Z pewnością nie spotkasz na nich ani jednej statecznej matrony, co akurat ma swoje zalety. Tak czy owak, gdyby było inaczej, nie musiałabym czynić podchodów i wykradać zaproszenia z gabinetu brata. Justin przebywa chwilowo poza miastem i nie może pójść osobiście, pomyślałam więc, że zajmiemy jego miejsce. Nie będzie chyba miał nam za złe, że wyręczyłyśmy go w pełnieniu towarzyskich powinności? Poza tym grzechem byłoby zmarnować taką okazję, czyż nie? Możesz być spokojna. Przyjęcie wydaje lady Fortesque. Justin wspominał o niej kilka razy. Z tego, co mówił, możemy liczyć na to, że wszystko odbędzie się w granicach rozsądku.

Regina przesunęła dłoń po jedwabnym dominie. Jaskrawa czerwień? Niewinne panienki z dobrych domów nie noszą jaskrawych kolorów i nie zakrywają twarzy maskami. Nie bywają też na przyjęciach pozbawione opieki rodzica lub przyzwoitki.

− Co się właściwie dzieje podczas owych maskarad? – zapytała ostrożnie. – Nie bardzo wiem, czego się spodziewać.

Kuzynka wzruszyła ramionami.

− Pojęcia nie mam. Nigdy na żadnej nie byłam. Przypuszczam, że wszyscy chowają się za maskami, do chwili, aż gospodarz obwieści, że nadszedł moment, aby odsłonić oblicza. Ale nie martw się. Nas już tam wówczas nie będzie, zatem nie będziemy musiały się ujawniać. Za to wcześniej… − zawiesiła głos, zapewne tylko po to, by podnieść dramaturgię – Cóż, nikt nie pozna naszej tożsamości, a to oznacza, że będziemy mogły robić, co nam się żywnie spodoba! No, zgódź się, Reggie, będziemy tańczyć i flirtować do woli!

W tym miejscu Regina doszła do wniosku, że żywot debiutantki jest niesłychanie nudny. I niewątpliwie właśnie taki ma być z założenia. Z góry wiadomo, że będzie nużąco i nieciekawie, w związku z tym każda bez wyjątku panna na wydaniu pragnie najprędzej znaleźć męża i mieć sprawę z głowy. Jako Hackettówna – latorośl poświęconej na ołtarzu mamony arystokratki oraz nieakceptowanego w towarzystwie mieszczańskiego ordynusa − Reggie zaznała w życiu niejednego upokorzenia. Pogardliwe, czy wręcz wrogie spojrzenia, złośliwe insynuacje tudzież zbulwersowane mamusie, które odciągają swych szlachetnie urodzonych synków jak najdalej od niej, nie były dla Reginy niczym nowym. Była zamożna, ale traktowano ją niczym zadżumioną i na każdym kroku dawano jej odczuć, że z racji swego pochodzenia powinna czuć się gorsza od innych. Jakiekolwiek względy okazywali jej wyłącznie zubożali lordowie, których podupadłe włości potrzebowały ratunku w postaci fortuny Reginalda Hacketta. Tych ostatnich unikała z kolei sama panna Hackett, co nieodmiennie wprawiało w złość jej szanownego papę z wielkimi aspiracjami.

Propozycja niepoprawnej kuzynki wydała jej się raptem nader kusząca. Móc tańczyć i flirtować bez obawy, że znów spotka ją ostracyzm? O tak, jej miłość własna zostanie mile połechtana. Nie będzie dziś córką napuszonego kupca i zgorzkniałej wiecznie podpitej lady Letycji. Przez kilka godzin będzie sobą. Zapowiadała się przednia zabawa.

Panna Burnham wyczuła niezdecydowanie krewnej i postanowiła kuć żelazo, póki gorące.

− Nikt nas nie rozpozna – przekonywała z przejęciem. − Peleryny szczelne zakryją nasze suknie. Znalazłyśmy je z Doris Ann na strychu. Na szczęście, odkąd je przewietrzyłyśmy, prawie nie czuć od nich kamforą. I pomyśleć, że moi rodzice byli kiedyś na tyle młodzi, by je nosić. Całe wieki temu, jak sądzę. Aż trudno w to uwierzyć. Dobrze, że papa jest taki niski, a ty taka wysoka jak na kobietę. Dzięki temu jego płaszcz będzie na ciebie w sam raz. Słyszałam, że niektórzy zamiast nudnego domina i maseczki włożą prawdziwe kostiumy. Będą rycerze, pastereczki i inni przebierańcy. Kto wie, może spotkasz samego diabła, który skradanie ci pocałunek, gdy wybije północ? Czyż to nie ekscytujące?

− Żadna z nas nie pozwoli się nikomu całować – rzekła apodyktycznie Regina, odwracając głowę, tak aby Doris Ann mogła zawiązać jej z tyłu maskę. – A już na pewno nie jakiemuś czartowi z piekła rodem. Zostaniemy nie dłużej niż godzinę, a potem pokażemy się na recitalu u lady Montag. Na wypadek gdyby twoja lub moja matka przypadkiem ją spotkały. Powiemy, że spóźniłyśmy się z powodu jednego z naszych koni, który niespodziewanie okulał. Ponadto nie odstąpisz mnie ani na krok, zrozumiano? − Spojrzała groźnie na kuzynkę. – Będziemy się rozdzielać tylko na czas tańca. Nie mam ochoty znów cię szukać. Zgoda?

− Dobrze, już dobrze – odparła zajęta wkładaniem peleryny Miranda. – Zgadzam się, na co tylko zechcesz.

− I jeszcze jedno, moja droga. Jeśli zostaniemy przyłapane, powiem, że to wszystko twój pomysł i że najzwyczajniej w świecie mnie porwałaś.

− Ależ Reggie, nie zrobisz mi tego!

− Cóż, zastanowię się. Przypominam ci tylko, że podczas jednej z moich wizyt w Mentmore oskarżyłaś mnie o to, że wepchnęłam cię do stawu.

− Ha! Pamiętam to doskonale! – roześmiała się Randy. – Uwierzyli mnie, a nie tobie. To dlatego, że wyglądam tak słodko i niewinnie, ty natomiast… zresztą nieważne.

− Nieważne? O nie, tak łatwo się nie wywiniesz. Jak niby wyglądam? Mów.

Burnhamówna spuściła wzrok i splotła nerwowo palce.

− Mama powiada, że odrobinę… dekadencko, papa że egzotycznie, a Justin…

− Justin? A to dobre. Śmiało, cóż takiego mówi mój kuzyn idiota?

− No… twierdzi, że wyglądasz jakbyś była… gotowa. Nie patrz na mnie z takim wyrzutem. Pojęcia nie mam, co to właściwie znaczy, w każdym razie mama zabroniła mu przy mnie tak mówić. Lepiej dajmy już temu pokój i chodźmy. Skoro mamy tylko godzinę, wykorzystajmy ją jak najlepiej.

− Zdaje się, że mam kolejny powód, aby obwiniać o coś babcię Hackett – utyskiwała Regina, zawiązując pod szyją troczki płaszcza. − Niebawem trudno mi będzie zliczyć ułomności, które przekazała mi tak szczodrobliwie wraz ze swoją drobnomieszczańską krwią. – Okryła włosy kapturem i obejrzała się na kuzynkę. – Możemy ruszać. Teraz jestem… gotowa.

Jasne włosy Pucka spływały miękko na ramiona właściciela, zakrywając skutecznie tasiemki podtrzymujące maskę – maskę, którą wykonał dla Goodfellowa, zresztą według jego własnego projektu, właściciel najsłynniejszej paryskiej pracowni kostiumów teatralnych.

Pasowała jak ulał, niewątpliwie dzięki temu, że Robin dostarczył mistrzowi idealny odlew swojej twarzy. Zakrywała prawie całą jego fizis, to jest czoło, nos i policzki. Pozbawiona wszelkich ozdób, koronek i błyskotek, była surowa, a zarazem piękna w swej prostocie. Robiła oszałamiające wrażenie głównie za sprawą kunsztownego malowidła, którym ukraszono jej gładką powierzchnię. Za inspirację owego malowidła posłużyło koło świętej Katarzyny[5]. Z usytuowanej pomiędzy brwiami piasty rozchodziły się na boki długie szprychy, te z lewej strony pomalowane na złoto, te z prawej dla kontrastu hebanowo czarne.

Spod owej finezyjnej zasłony widać było jedynie szerokie usta, szczupły podbródek oraz parę roześmianych zielononiebieskich oczu. Efekt był iście piorunujący. Blackthorn przyciągał spojrzenia jak magnes przyciąga szpilki. Dokładnie tak, jak to sobie zaplanował.

Reszta jego odzienia została, rzecz jasna, także starannie dobrana. Od stóp do głów spowijała go głęboka czerń, od koronkowych mankietów począwszy, na kamizelce skończywszy. Podszyty złotymi nićmi, sięgający kolan surdut, uzupełniały szykowna laska z rękojeścią w kształcie złotego węża oraz fular z rubinem wielkości gołębiego jaja. Stroju dopełniał muszkieterski kapelusz z nieodzownym zawadiackim piórem.

Gdy jeszcze w Paryżu Puck przywdział ów wyszukany kostium po raz pierwszy, tamtejsza socjeta jednomyślnie oniemiała z zachwytu. Znaleźli się naturalnie i tacy, którzy okazywali swój podziw na głos. Zwłaszcza pewna urocza dama, lady de Balbec, przypomniał sobie z uśmiechem. Zaklinała go, aby nie zdejmował maski i nie nastawał na jej cnotę, choć sama pozbawiła go wcześniej calusieńkiej garderoby. Dalibóg, kobiety miewają czasem dość niedorzeczne pomysły i zapewne właśnie dlatego tak trudno się im oprzeć.

Rozejrzał się dookoła, choć dokładnie wiedział, czego się spodziewać. Uczestnicy maskarad zazwyczaj nie wykazywali się szczególną inwencją w kwestii doboru kostiumów. Tym razem nie było inaczej. Na sali roiło się od bezbarwnych domin, rogatych Belzebubów, dostojnych monarchów, smutnych arlekinów, mleczarek, pastereczek oraz błaznów. Nuda i kompletny brak fantazji, podsumował w duchu. Jakżeby inaczej. Cóż, przynajmniej natychmiast rzucał się w oczy i wzbudzał powszechne zainteresowanie. Prawdę mówiąc, tylko po to tutaj przyszedł. Po cóż innego miałby zawracać sobie głowę?

Wypatrzywszy w tłumie swoich „protektorów”, ruszył raźno w ich stronę. Baron Henry Sutton miał na sobie czarną pelerynę i czarną maskę, co dowodziło oczywistego braku polotu, zaś jego towarzysz, Richard Carstairs, wcielał się dziś w rolę nadwornego głupca.

Goodfellow zarzucił sobie na ramię połę płaszcza i skłonił się przed nimi, wymachując dwornie kapeluszem.

− Panowie, to dla mnie wielki zaszczyt…

− Oto i nasze ulubione dziecię grzechu – mruknął złośliwie baron. – Zaszczyt! A to dobre. Przeszedłeś samego siebie, Blackthorn. Cóż to za kuriozalne przebranie, do diaska?

− Raczy pan mieć na myśli mój wyrafinowany kostium? – odparł Robin, teatralnym gestem poprawiając mankiety. – Nazywam go „Grzechem nocy letniej”. Nie wiedzieć czemu, wszystko nieodmiennie kojarzy mi się z grzechem. Przypuszczam, że to z powodu niechlubnych okoliczności mego poczęcia.

− Słusznie prawi, Henry – stwierdził łaskawie Dickie. – Coś bez wątpienia jest na rzeczy. Wygląda dość złowieszczo. Możemy już się stąd zabierać? Te piekielne dzwoneczki u czapki, przyprawiają mnie o ból zębów. Tylko mi nie mów, że musimy go komuś przedstawić.

− Obawiam się, że to główny cel naszej dzisiejszej wizyty – odpowiedział Sutton, omiatając wzrokiem wypełnioną po brzegi salę.

Robin podążył za jego spojrzeniem. Pomieszczenie zostało podnajęte specjalnie na tę okazję. Nawet słynąca ze złej reputacji lady Fortesque nie odważyłaby się bowiem wydać takiego przyjęcia we własnym domu przy Portland Square. Trzeba przyznać, że niezwykle zmyślnie porozstawiała parawany i donice z ogromnymi palmami. Goście, których najdzie chętka na amory, bez trudu znajdą tu niejedną ustronną kanapę.

Przebrani za satyrów służący uwijali się jak w ukropie, roznosząc trunki. Cóż, alkohol z całą pewnością doda odwagi tym, którym nie wystarczy ukrywanie prawdziwego oblicza pod maską. O to chodziło w całej tej maskaradzie. Każdy chciał pozostać anonimowy.

− Zacznijmy od Henryka Tudora[6] – zarządził Henry, nachylając się do ucha Goodfellowa. – W rzeczywistości to wicehrabia Bradley. Nie musiał nawet wypychać sobie słomą kubraka, bo jak widzisz, własnego sadła ma pod dostatkiem. Idę za to o zakład, że aby pogrubić tyczkowate łydki, wypchał pończochy trocinami albo Bóg wie czym jeszcze. Jegomość ma bzika na punkcie koni, jeśli chcesz wiedzieć.

− W istocie to bardzo cenna informacja – stwierdził z kamienną powagą Puck. – Od dawna myślę o nowej stajni. Nie omieszkam zwrócić się do niego po poradę. Kim jest jego kompan?

− Och, to Will Browning – szepnął Richard. – Cieszy się niezwykłą popularnością, zwłaszcza wśród płci pięknej. Gdyby zaakceptował cię jako przyjaciela, mógłbyś przynajmniej pocieszyć się znajomością licznych cór Koryntu, ale nie łudziłbym się na twoim miejscu. Willy nie ma wprawdzie tytułu, lecz to wciąż za wysokie progi na twoje nogi, Blackthorn.

− Niezgorszy z niego awanturnik – dodał Henry. − Wciąż się z kimś strzela, ogrywa ludzi w karty albo skacze przez płoty, wykradając się ukradkiem z buduarów cudzych żon. Jego największą dumą jest jednakowoż niespotykana biegłość w sztuce fechtunku.

Robin przyjrzał się z uwagą smukłej, lecz atletycznej sylwetce nieznajomego.

− Fechtuje, powiadają panowie? Hm… interesujące… Może zatem zaproponuję mu małą przyjacielską potyczkę?

− Przednia myśl – zakpił baron. – Zamiast nam się naprzykrzać, będziesz przykuty do łóżka lizał rany. Ale dość już tego gadania, ruszajmy i miejmy to wreszcie z głowy.

W ciągu następnych dwudziestu minut Blackthorn został oficjalnie przedstawiony ni mniej, ni więcej niż dziesięciu dżentelmenom z „wytwornego” towarzystwa. Dwóch z nich ostentacyjnie go zignorowało, trzech innych uścisnęło mu dłoń, trzej kolejni, jako że służyli niegdyś z Beau, nie kryli zadowolenia ze spotkania z bratem dawnego towarzysza broni. Wicehrabia Bradley, jak się okazało, uczęszczał z ojcem Robina do Eton, nie miał więc nic przeciwko wspólnej wizycie w Tattersalls, największym domu aukcyjnym w Irlandii. Pan Browning z kolei przystał ochoczo na propozycję pojedynku szermierczego. Zmierzywszy Goodfellowa od stóp do głów, oznajmił bez żenady, że z największą przyjemnością porachuje mu kości.

Puck rzecz jasna nie uznał za stosowne poinformować biedaka o tym, że kształcił się w słynnej Académie d’Armes de Paris u niedoścignionego mistrza Moteta. Niektóre rzeczy lepiej trzymać w zanadrzu…

Nuda, pomyślał, z trudem powstrzymując ziewnięcie, po czym zerknął na Dickiego i Henry’ego.

− Nie wierzę, że tak znamienite osobistości jak wy, drodzy panowie, nie znają żadnych intrygujących dam… Nie proszę naturalnie, abyście przedstawiali mnie, niegodnego bękarta, swoim żonom czy siostrom, które tak czy owak, w żadnym razie nie zaszczyciłyby swoją obecnością tego szemranego zgromadzenia, ale czy nie znajdzie się tu choćby jedna łaskawa niewiasta, która ulituje się nade mną i zaprosi mnie na przyjęcie w swoim domu?

− Lady Fortesque – podsunął Richard, wlewając w siebie kolejny kieliszek złocistego trunku. – Ale ją już zapewne poznałeś. Jeśli się uważnie rozejrzymy, na pewno znajdziemy gdzieś Harriet Wilson, jej siostry oraz kilka innych znanych kokot. Są też pewno niektóre poślednie aktoreczki i śpiewaczki z Covent Garden. Jeżeli naszła cię ochota, żeby odrobinę pobaraszkować, powiadam ci, nie masz nic lepszego niż aktorka. Te najlepsze udają tak przekonująco, że człek gotów jest uwierzyć, iż rzeczywiście znajdują przyjemność w… − urwał gwałtownie, gdy przyjaciel bez ceregieli szturchnął go łokciem w żebro.

– No co? – stęknął Carstairs, masując obolały bok. − Że niby mówię nieprawdę?

− Matka Jacka jest aktorką, kapuściana głowo – rzekł z przyganą Henry, po czym zwrócił się do Goodfellowa: − Wybacz, Blackthorn. Mój zacny przyjaciel, zdaje się, zostawił rozum w domu. Co się zaś tyczy twego pytania, cóż, lady Fortesque najwyraźniej ograniczyła się do zaproszenia samych mężczyzn, po czym wystarała się o „odpowiednie” dla nich towarzystwo, jeśli wiesz, o co mi idzie. Ale to wyłącznie łatwa zdobycz, obawiam się, że żadnej innej tu dziś nie znajdziesz.

− W rzeczy samej – zgodził się Robin. – Zauważyłem, że panów jest znacznie więcej niż pań.

− Już za chwilę będzie o dwóch mniej – zripostował baron. – Ale jestem pewien, że wraz z porą zamknięcia teatrów liczba pań raptownie wzrośnie. Nietrudno odgadnąć, do jakiego finału zmierza ta impreza. Pozwól zatem, że się oddalimy. Wrodzona przyzwoitość nie pozwala nam bowiem przyglądać się ostentacyjnej rozpuście – z tymi słowy, Sutton skłonił się i rzucił na pożegnanie: − Bywaj, Blackthorn. Udanego wieczoru na łonie londyńskiej socjety w jej najnikczemniejszej odsłonie.

Goodfellow popatrzył za kompanami, gdy przeciskali się ku wyjściu.

Carstairs jak zwykle zamaszyście gestykulował, baron zaś objaśniał mu z anielską cierpliwością, na czym polegała niewybaczalna gafa, którą przed momentem popełnił. Puck uznał w duchu, że Dickie nadaje się wyłącznie do czarnej roboty. Podczas gdy Henry i Jack nie ustawali w wysiłkach, by „oczyścić społeczeństwo z niepożądanego elementu”, on mógł parać się jedynie staniem na czatach, powożeniem, ewentualnie kopaniem dołów. Bardziej skomplikowane tudzież wymagające myślenia zadania w jego wypadku nie wchodziły w rachubę. Biedny Richard…

Za to jego przyjaciel Henry to zupełnie inna historia… Trzeba przyznać, że baron niezwykle celnie podsumował wysiłki gospodyni dzisiejszego wieczoru. Nieuchronna pointa tej maskarady była tak oczywista, że aż banalna. Wypadałoby pójść w ślady znajomków i czym prędzej się ulotnić. Udział w anonimowej orgii zwyczajnie do niego nie przemawiał. Robin nigdy nie narzekał na brak damskiego towarzystwa. Nie musiał nawet szczególnie o nie zabiegać. Prawdopodobnie dlatego nie uznawał zasady „od przybytku głowa nie boli”. Nie miał najmniejszej ochoty zabawiać się z aktorkami. Doskonale wiedział, do czego prowadzi taki brak rozwagi.

Pogrążony w ponurych rozmyślaniach odwrócił się gwałtownie i wpadł z impetem na jednego z gości.

− Stokrotnie przepraszam – zaczął i uśmiechnął się szeroko, gdy spostrzegł, że niemal stratował jakąś młodą damę. – Witaj, piękna nieznajomo…

− Skąd niby pan wie, że jestem piękna? Przecież mam na sobie tę niedorzeczną maskę. Niczego spod niej nie widać.

Puck nie posiadał się ze zdumienia. Zaskoczyła go nie tylko zuchwała odpowiedź, lecz także nieskrywana niechęć, którą usłyszał w jej głosie. Odkąd skończył trzynaście lat, żadna kobieta, stara czy młoda, nie dała mu tak bezceremonialnej odprawy. Zapomniał o oszołomieniu, gdy zajrzał w niesamowicie przejrzyste błękitne źrenice okolone niewiarygodnie długimi rzęsami. Potem przesunął wzrok na usta elokwentnej rozmówczyni. Okazały się równie niesamowite jak oczy. Były wydatne i wyjątkowo ponętne. Nad lewym kącikiem górnej wargi miała uroczy brązowy pieprzyk, a właściwie znamię, które dodatkowo przydawało jej zmysłowości. Dziewczyna, którą natura obdarowała takimi wdziękami, musiała wiedzieć, jak robić z nich użytek.

Podszedł nieco bliżej i stwierdził, że jak na przedstawicielkę swojej płci, jest dość wysoka. Była też raczej szczupła, ale za to miała bajeczny biust. Nie zdołała tego ukryć nawet bezkształtna peleryna.

− Zatańczmy – szepnął jej wprost do ucha, po czym objął ją w talii i ucałował z galanterią jej prawą dłoń. Nie odsunęła się. Zamiast tego zerknęła odruchowo w stronę parkietu, na którym kilka par sposobiło się do walca.

− Nie, nie tam – rzekł stanowczo, obracając ją dookoła. – Jest pani nazbyt wyjątkowa, by pląsać pośród tak pospolitego tłumu – dodał i pociągnął ją w stronę skąpanego w świetle księżyca tarasu.

Jako że balkon okazał się pełen flirtujących par, zeszli po schodkach w głąb ogrodu.

Towarzyszka