Opis

Debiutancka powieść (?) Joanny Dziwak karmi się aluzją, przekrzywieniem, parodią, remiksem. Snując się od Nowego Jorku do Las Vegas i od Starbunia do festiwalu w Kołobrzegu, szkicowane grubymi kreskami postacie żyją w świecie zmemowanym, zlinkowanym, zalajkowanym i zhejtowanym, świecie z prefabrykatów, wykorzystującym podsłuchane i podczytane tekstowe wzorce – od Masłowskiej po Coelho. Nie jest to manifest pokoleniowy, nie jest to obnażanie duszy. To uncreative writing, celny rzut oka na czasy, kiedy do przymrużania oka podchodzi się z przymrużeniem oka.

• • •

„W dzieciństwie wzruszały mnie Ptaki ciernistych krzewów i myślałam. jak to jest kochać się z księdzem. Obecnie bliższy jest mi buddyzm. To jest, no wiesz... głębsze.”

– fragment książki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


JoannaDziwak
Gry losowe
Korporacja Ha!art

Joanna Dziwak

Gry losowe

Kraków 2014

Copyright © by Joanna Dziwak, 2014

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2014

ISBN 978-83-64057-46-5

Projekt okładki | Agnieszka Zgud

Redaktor serii | Piotr Marecki

Redakcja tomu | Adam Ladziński

Korekta | Dorota Bucka, Adam Ladziński, Karolina Orlecka, Ewelina Sasin

Wersja epub, mobi | Graphito studio graficzne, www.graphito.pl

Wydawnictwo i księgarnia

Korporacja Ha!art

pl. Szczepański 3a, 31-011 Kraków

tel. 12 426 46 03 (księgarnia), 12 422 25 28 (biuro)

e-mail: [email protected]

http://www.ha.art.pl/

Korporacja Ha!art pragnie gorąco podziękować portalowi wspieramkulture.pl oraz wszystkim ofiarodawcom. Ich zaangażowanie pomogło w powstaniu niniejszej książki

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Rozdział A

Szansa na lepsze życie została jednak zaprzepaszczona i Jo musiała opuścić Nowy Jork. Za ostatnie pieniądze, które w dodatku nie były jej pieniędzmi, kupiła bilet na samolot. Cały swój dobytek spakowała do jednej walizki w mniej niż pół godziny.

Dobytek, dobre sobie. Było to w rzeczywistości kilka sukienek i butów marnej jakości, lepszej jakości bielizna, kilka tomików ckliwej, depresyjnej poezji, trochę kosmetyków, żadnych pamiątek. Aspirynę i tabletki odchudzające wrzuciła do torebki i była gotowa do drogi.

Gówno prawda, wcale nie była gotowa. Przyjechała tu pół roku temu, żeby raz na zawsze zmienić swoje życie. Przyjechała tu za odkładane przez wiele miesięcy oszczędności, no dobra, przyjechała głównie za pieniądze pożyczone od kochanka i podarowane przez starą ciotkę. Przyjechała zrobić karierę, z szansonistki w podrzędnym lokalu w Las Vegas stać się Ettą James co najmniej. Udowodnić sobie, że jest czymś więcej niż dodatkiem do gry w kasynie i brandy. Pół roku chodzenia od klubu do klubu, a w końcu od baru do baru, by przekonać się, że świat jest pełen blondynek ze średnim głosem i nieproporcjonalnie dużymi ambicjami, piszących sentymentalne teksty o miłości po zachodzie słońca. Niektórym z nich znacznie lepiej wychodziło otwieranie ust w zupełnie innym celu niż śpiewanie – tym zazwyczaj się udawało, słyszała o takich przypadkach. „Kurwa mać” – powiedziała z przesadnym (nawet jak na kiepską szansonistkę) patosem, a przed oczami stanął jej obraz jednej z wielu nocy w Vegas, tłumu pijanych ludzi przekonanych, że są wyjątkowi, bo stać ich na bycie w tym miejscu, drogie ciuchy w złym guście i whisky po dziesięć dolarów za łyk. Każdy jeden uważał się ponadto za kogoś w rodzaju artysty na scenie życiem zwanej, należy dodać, pozostając w klimacie. Jasne, była jedną z nich. Śpiewała dla nich piosenki, których wcale nie słuchali, ale udawali, że doceniają jej talent, po to tylko, żeby skrócić sobie drogę do jej łóżka. W świetle klubu nocnego każdy wygląda dobrze.

Co innego, kiedy rano patrzy się w lustro. Pierwsze ślady życia szampanem i aspiryną dały się już zauważyć. Zdecydowanie brakowało jej już świeżości, która jeszcze parę lat temu była jej największym atutem. Pojawiły się młodsze dziewczyny, co z tego, że głupie, skoro nie o inteligencję w tym biznesie chodzi. Po tym, jak taka jedna zabrała Jo pracę tylko dlatego, że lepiej komponowała się z wystrojem lokalu, postanowiła ostatecznie zostawić Las Vegas i udać się w miejsce, gdzie panują nieco inne kryteria. Oglądając Thelmę i Louise zdecydowała o wyjeździe do Nowego Jorku. Teraz i już, za kilka dni. Pieniądze się pożyczy i odda, jak tylko Sony Music podpisze z nią kontrakt. Jeden telefon do starej przyjaciółki, która jakiś czas temu proponowała wspólne mieszkanie. Załatwione. Od tej pory będzie chodzić spać nie później niż o północy, pić rano mleko i umawiać się tylko z porządnymi facetami.

Ale jak zostało już powiedziane, Jo zaprzepaściła swoją szansę i musiała wrócić do Las Vegas z pustymi rękami. Siedząc w samolocie tanich linii lotniczych, myślała o tym, że nie ma do czego i do kogo wracać, a lista jej długów jest dłuższa niż lista przyjaciół, znacznie dłuższa. Kochanek Jo, z którym pozostawała w raczej luźnych relacjach od kilku lat, o ile nie zapił się na śmierć w jednym z barów, to pewnie zwariował, a najpewniej jedno i drugie. Myśl o tym specjalnie jej nie zmartwiła, słyszała od różnych osób, że pod jej nieobecność wydaje wszystkie wygrane w kasynie pieniądze na kurwy. Oczywiście, da się to jeszcze zrozumieć, problem w tym, że wykazuje przy tym kompletny brak poczucia estetyki, każdy potwór z otworem staje się godny wyszukanego drinka ze złotą palemką, obrzydliwość. Szczerze mówiąc, miała naiwną nadzieję, że nie dowie się o jej powrocie do miasta i ich drogi cudownym trafem więcej się nie przetną. Niestety, Vegas jest małe, a liczba wspólnych znajomych ogromna. Z drugiej strony był przecież jedną z nielicznych osób, na które zwykle mogła liczyć, więc gdyby potraktować jego picie na umór i seks z brzydkimi kobietami jako akty desperacji w obliczu świadomości przegranego życia, może wtedy dałby się lubić bardziej.

Gdyby tylko istniały inne opcje niż Vegas. Jasne, zawsze mogła wrócić do rodzinnego Homewood w Alabamie, tylko co tam robić? Hodować kukurydzę? Wszystkie koleżanki z dzieciństwa powychodziły za mąż i zamieniły się w inkubatory, produkując kolejne pokolenie wioskowych idiotów. Ich największym życiowym osiągnięciem, poza ukończeniem prowincjonalnych college’ów, jest możliwość spędzenia raz do roku wakacji na Florydzie, masakra.

Nowy Jork, Nowy Jork. Jeśli nie uda mi się tu, nie uda mi się nigdzie. Mogłaby parafrazować Sinatrę w typowym dla siebie, depresyjnym stylu. Chociaż łzy są aż nazbyt oczywistym rekwizytem ckliwych szansonistek, nie mogła ich powstrzymać, kiedy samolot startował. Walizkę małą w Nowym Jorku mam, dlatego wiem, że muszę wracać tam, bo spakowałam w nią radość całą, i szczęście, i ten czas najlepszy, jaki znam. Dość. Opieprzyła sama siebie i postanowiła raz na zawsze pozbyć się tomików z sentymentalną poezją dla pensjonarek.

Wracając pamięcią do świetlistych dni w Nowym Jorku, Jo nie mogła nie wspomnieć swojego kochanka N. Spotkali się zupełnie przypadkiem, N. przyjechał do miasta w przerwie między powrotem z jednej wojny a wyprawą na drugą, przewidując, że z tej drugiej może już nie wrócić.

Uznał, że jako Amerykanin, w dodatku oficer amerykańskiej armii, nie może umrzeć ze świadomością, że nigdy nie był w Nowym Jorku. Postanowił zatrzymać się na dwa tygodnie w hotelu, zaczepił Jo chwilę po przyjeździe i zapytał o drogę do tego hotelu, a ponieważ nie miała nic lepszego do roboty, odprowadziła go tam po prostu. Szczerze mówiąc – sama nie znała jej zbyt dobrze, więc gubili się trochę i pytali inne napotkane osoby, w międzyczasie wymieniając zdawkowe informacje na swój temat. N. był dobrze zbudowanym Murzynem, bardzo w typie Jo, tym bardziej, że od przyjazdu unikała męskiego towarzystwa. Unikała, mając na uwadze, że na dłuższą metę nigdy nie kończy się ono dobrze. „The next thing you know, they’re borrowing money from you, spending it on other dames and betting on horses. Then one morning you wake up, the guy’s gone, the sax’s gone”. I wcale nie miała w planie odpowiedzieć „ok”, kiedy N. u progu hotelu zaprosił ją na górę.

– Wpadnij na kawę – powiedział.

– Nie piję kawy – odpowiedziała Jo zgodnie z prawdą, bo nie piła nigdy kawy.

– To co pijesz?

– Niczego nie piję. Cokolwiek – odparła, walcząc ze sobą i z logiką wypowiedzi.

Tłumaczyła sobie, że jest już na tyle późno, że samotny powrót do domu mógłby być bardziej niebezpieczny niż zostanie na noc w tym – czystym i eleganckim, jak by nie było – hotelu. Tłumaczyła sobie, że nie ma na tyle pieniędzy, żeby kupić szampana, a z pewnością znajdzie go tu w barku. Tłumaczyła sobie wreszcie, że ten tu przed chwilą poznany facet wydaje się tak odległy, że choćby nawet miała go więcej nie zobaczyć, nie będzie to powód do łez i pisania rzewnych piosenek.

Nie zadawał zbyt dociekliwych pytań i nie mówił dużo o sobie, rozmowa z nim przypominała raczej wypełnianie ankiety. Mimo to nie czuło się napięcia, które zwykle powstaje między dwiema osobami raczej nie mającymi sobie wiele do powiedzenia. Wyjął z barku piwo i szampana-miniaturkę, podał go Jo. W milczeniu oglądali western, potem N. chciał się kochać, co zakomunikował po prostu próbą zdjęcia z niej sukienki. – Może następnym razem – powiedziała Jo, uznając przebieg wieczoru za zbyt tendencyjny. Wrócili więc do oglądania filmu, a potem zasnęli.

„Następny raz” miał miejsce parę dni później. N. zadzwonił, chociaż wcale na to nie czekała i bardzo chciała jednocześnie. Samotność w obcym mieście skłania tylko do pisania smutnych piosenek, a miłość mężczyzn spotykanych w nocnych klubach trwa krócej niż działanie drinków, które kupują dziewczynie, zanim pójdą z nią do łóżka. N. robił wrażenie kogoś zupełnie innego, choć ciężko powiedzieć, jaki naprawdę był. Jak powiedział, każdy dzień zaczynał od dwóch godzin na siłowni, co stanowiło znaczącą przeszkodę dla prowadzenia bujnego nocnego życia. Zadzwonił w każdym razie w niedzielę i zaprosił Jo na kolację. W kwestii wyboru miejsca zdawał się, jak powiedział, na nią, pod warunkiem że będzie tam dobra chińszczyzna i nie będzie rasistów. Jak się niebawem okazało, podejście N. do rasizmu było na granicy paranoi – wszędzie widział niechętne komentarze, a z przypadkowo usłyszanych słów wnioskował obraźliwe komentarze pod swoim adresem. Poza tym jednak jego stosunek do rzeczywistości nie był emocjonalny; nie mówił w ogóle o przeszłości ani o przyszłości dalszej niż kilka najbliższych godzin; nie wierzył w Boga ani w nic, co duchowe; wierzył w ekonomię, dobre jedzenie i swoje odbicie w lustrze.

Jo nie zdawała sobie sprawy, że scenariusz tego wieczora jest jeszcze bardziej sztampowy niż ostatnim razem, a może po prostu miała to gdzieś i sam fakt, że doszło do drugiej randki uważała za sukces. W każdym razie poszli do łóżka w trakcie oglądania teleturnieju, po kolacji, która wcale nie była romantyczna. Seks jak seks. Doceniała fakt, że nie jest pijana, cała reszta była raczej rozczarowaniem. Jak niemal każdy facet z dużym penisem, N. wychodził chyba z założenia, że nie musi specjalnie pomagać naturze, czytaj: szczególnie się starać, i sam fakt, że położy się na kobiecie, powinien być dla niej powodem do satysfakcji. Krótko mówiąc: pójście do łóżka nie zmieniło w ich znajomości wiele więcej niż wspólne oglądanie teleturnieju, do której to czynności wrócili chwilę po jego orgazmie i jej braku orgazmu.

Przez następne dwa tygodnie N. i Jo widywali się prawie codziennie, trudno powiedzieć jednak, jakie potrzeby poza zapełnieniem wolnego czasu zaspokajali w ten sposób. Dla facetów takich jak N. nie pisze się smutnych, sentymentalnych piosenek, pewnie dlatego że on sam nie wiedział nic o byciu sentymentalnym. Pokazała mu miasto, pozował z powagą do fotografii na tle zabytków, a często też dość absurdalnych miejsc, budząc tym konsternację Jo, za każdym razem dbał też o to, żeby na zdjęciu wyjść jak najlepiej. Przystojny był, ale jaki z tego w gruncie rzeczy pożytek. Spędzając z nim czas, miała jednak poczucie porządnego prowadzenia się, z dala od zatłoczonych, zadymionych sal w knajpach, alkoholu w nadmiarze, aspiryny i ludzi zniszczonych przez wszystko powyższe. Nie opowiedziała mu, czym się naprawdę zajmuje, a on nie dopytywał. Bycie szansonistką wydałoby mu się z całą pewnością mało poważne i nie stałoby się ekscytującym tematem do rozmowy. Nieekscytujące rozmowy były zresztą główną częścią tej znajomości, a wspólne oglądanie westernów i zwiedzanie najbardziej oczywistych punktów miasta, z przerwą na jedzenie chińszczyzny, stanowiły resztę. Wypowiadane zdania raczej stwierdzały stan rzeczy, niż cokolwiek drążyły, a mimo to udało się wytworzyć poczucie niejasnej bliskości.

Tego dnia, kiedy Jo pomyślała, że w gruncie rzeczy mogłaby napisać o N. jakąś smutną, ckliwą piosenkę, on powiedział, że musi wyjechać. Nie okazując żalu, odprowadziła go na pociąg z pełną świadomością, że widzą się po raz ostatni w życiu.

Rozdział B

O wiele przyjemniejsze jest natomiast śpiewanie piosenek, których nie jest się (niezbyt rozumną) autorką i (jeszcze gorszą) bohaterką, tak jak przyjemniej generalnie byłoby żyć jakimś innym życiem niż to, które zostało ci przydzielone i bezlitośnie opatrzone twoim imieniem i nazwiskiem.

Kiedy wracasz w nocy do miejsca, które bardzo umownie można nazwać domem, kiedy wracasz tam przez miasto, którego jedynym trwałym stanem jest upojenie alkoholowe, czujesz, że lepiej odnalazłabyś się w innej melodii, innym rytmie i zdecydowanie innym tekście. Że chętnie zamieniłabyś męczącą głębię na optymistyczny refren.

Pojawia się pytanie, jak daleko można zajść w tej wymianie, gdy okoliczności są jej tak bardzo przeciwne. Oto sprzedawca nocnego jedzenia z rozpadającej się budy pragnie zaproponować Jo swój numer telefonu, a w dalszej perspektywie spotkanie. Imigrant mówiący bezokolicznikami, piewca bezpośredniości w kontaktach z kobietami, posiadacz żony oraz sieci kochanek, poszukujący kolejnych, w czym nie onieśmiela go nawet fakt, że wygląda gorzej niż kebab, który sprzedaje. Jo nie może sobie pozwolić na bycie uprzejmą, urażona propozycją odchodzi w ciemną noc, która to, podła świnia, nie ma jej do zaoferowania nic lepszego niż poszkodowanego na ciele i umyśle faceta.

Tandetny blask świateł i światełek, miasto mimo pory najwyższej nie chce zmówić wieczornego paciorka i pójść grzecznie spać, woli trwać tak sobie i jak brzydka kurwa czekać na ewentualnych frajerów z całym wątpliwym dobrodziejstwem na wierzchu. Ktoś rzyga wszystkimi pieniędzmi, jakie tego wieczora zainwestował w alkohol, ktoś inny robi mu zdjęcie, jakaś kobieta, chcąc poczuć się jak Anita Ekberg w La dolce vita, włazi do fontanny i nie zdaje sobie przy tym sprawy, że zarówno fontanna, jak i ona sama to tanie kopie oryginałów i całe to miasto jest zbiorem kopii innych miast. Sfrustrowane tą wiedzą, miasto musi chodzić ciągle pijane i, paradoksalnie, jest to jedyne, co ma naprawdę własne.

Jo dotarła wreszcie do domu, odczuła w związku z tym coś w rodzaju radości – nie ma to jak posłuchać sobie Betty Davis i wypić drinka przed snem, fantazjując, że jest się Betty Davis. Nie mogła się zdecydować, czy lepiej być Betty Davis, żoną Milesa Davisa, czy Betty Davis, kochanką Jimiego Hendrixa. Obie opcje były na swój sposób atrakcyjne, ale czy nie najlepiej być Betty Davis śpiewającą Anti Love Song? „No, I don’t wanna love you, ’cause I know how you are”, zero bezsensownej ckliwości, zachodów słońca i łez produkowanych w nierozsądnych ilościach, zero listów, na które nigdy nie przychodzi odpowiedź. Z tej pięknej wizji wyrwał Jo ryk sąsiada zza ściany rutynowo grożącego żonie, że tym razem naprawdę ją zabije. Co wieczór wybiera inny sposób, lecz pozostaje konsekwentny w jednym: proces uśmiercania ogranicza wyłącznie do narracji. Ma też stałą porę i są to oczywiście godziny nocne – przez cały dzień zdąży się nazbierać wystarczająca ilość powodów, by chcieć kobietę udusić / zadźgać / wypchnąć z okna. Prawdopodobnie kiedyś ona również czekała na list, który nigdy nie przyszedł, czytała smutne wiersze i używała w nadmiarze słowa „pustka”. Potem zdecydowała się z dwóch nieszczęść wybrać, w jej mniemaniu, mniejsze i podporządkować swoje życie apodyktycznemu mężowi i jego narracji, tracąc tym samym szanse na własną narrację, zyskując za to poczucie bycia potrzebną, choćby była to potrzeba uduszenia. Emocje, jakie wzbudzała w swoim mężu, kombinowała psychologicznie Jo, cieszyły tę kobietę, ponieważ były wyrazem jego zaangażowania w związek i zainteresowania nią samą. Mając w pamięci obojętność tego, który nigdy nie odpisał na list, wolała zdecydowanie obecną wersję. Jo by nie wolała, prędzej sama wypchnęłaby go z okna, poza tym – czy takie życie może być materiałem na jakąkolwiek piosenkę? Pamiętny list zniechęcił kobietę do wszelkiej twórczości i inicjatywy w takim stopniu, że oczywiście nie miała tego typu dylematów. Jo je ma i w związku z tym przez chwilę czuje się lepiej; kwestia wymiany głębi na optymistyczny refren odchodzi w zapomnienie. Mężczyzna za ścianą kolejny raz osiąga cel i uśmierca żonę, za oknem wstaje nowy dzień, to znaczy sztuczne światło na parę godzin zostaje zastąpione prawdziwym.

Całe to miasto, gdzie każda ulica jest jeszcze bardziej przygnębiająca niż ta, którą się właśnie minęło. Miasto jak ciąg skojarzeń. Pustka schowana za dekoracjami, brak emocji schowany za przesadnym okazywaniem emocji. Jo w samym centrum tego, próbując nie myśleć za dużo, idzie na spotkanie z Drugą Jo.

Druga Jo jest jej przyjaciółką, jednym z nielicznych jasnych punktów tego bezsensownego hałasu. Druga Jo nie jest żadną tam niby-artystką, w przeciwieństwie do niby-artystek jest przede wszystkim człowiekiem i zajmuje się ludzkimi rzeczami; w przeciwieństwie do niby-artystek, które zawsze chcą „czegoś więcej”. Jest również barmanką. Jo idzie więc odwiedzić Drugą Jo w jej miejscu pracy – dawniej popularnym, a dziś raczej podupadłym barze, gdzie bez przerwy lecą dwie te same płyty. Można więc mieć pewność, że każda wizyta tam będzie mniej więcej podobna, co daje stałym bywalcom poczucie bezpieczeństwa i ciągłości w czasie. Jest wczesna godzina, siódma wieczorem, więc stali bywalcy w większości nie zdążyli jeszcze wstać z łóżka i doczołgać się do tego miejsca, z którego zaledwie kilka godzin wcześniej wyszli. Dobrze, że ich nie ma, pomyślała Jo, będzie można porozmawiać z Drugą Jo. I oto przechodzi przez próg, słyszy znaną na pamięć piosenkę śpiewaną przez mężczyznę. „I look like a farmer but I’m a lover” dociera do jej uszu. Mówi „cześć” do Drugiej Jo i zajmuje miejsce przy barze. Druga Jo wyraźnie w złej formie odpowiada „cześć” i zajmuje miejsce po drugiej stronie baru.

– To co zwykle? – pyta Druga Jo.

– To co zwykle – odpowiada pierwsza Jo.

– To koniec – mówi Druga Jo, nie przygotowując tego co zwykle.

Jo nie bardzo rozumie.

– Nie bardzo rozumiem.

– Odszedł z siedemnastolatką – oznajmia Druga Jo, nalewając alkoholu ponad miarę. – Najpierw dla mnie – wypija szklankę dżinu. – Powiedział, że jej wiek mu bardziej odpowiada. Jej poczucie humoru. Jej ogólnie wygląd i sytuacja.

– Pierdol to – mówi Jo. – Poproszę drinka.

Druga Jo przygotowuje dżin z tonikiem, więc przychodzi pora na krótką dygresję. Przez ostatnie trzy lata była w bliskim związku z niespecjalnie utalentowanym muzykiem, który prawdopodobnie nigdzie poza Vegas nie miałby szans na zaprezentowanie szerszej publiczności swojego braku talentu. Ponieważ jednak mówimy o miejscu, gdzie karty rozdaje szczęście (lub brak szczęścia), a nie talent, narzeczony Drugiej Jo zdołał się nawet dorobić czegoś na kształt wielbicielek. Były to dziewczęta niespecjalnie wybredne, głównie w wieku pacholęcym, biegające za wszystkim, co ma gitarę lub choćby harmonijkę ustną. Narzeczony Jo miał gitarę. Spędzał z nią w klubach całe noce, rozglądając się za młodym, niespecjalnie wybrednym dziewczęciem, które przypomni mu swym kształtem tę ukochaną – bez wzajemności – gitarę. Jak się okazało, poszukiwania zakończyły się sukcesem.

– Pierdol to – powtarza Jo.

– Wiem – zgadza się Druga Jo. – Kazałam mu się wyprowadzić. To znaczy sama go wyprowadziłam. Powiedział, że to nawet lepiej.

– To nawet lepiej – przytakuje Jo. – Niech spierdala.

– Siedemnaście lat – mówi Druga Jo, patrząc w puste dno szklanki.

– Ma kompleksy.

– Powiedział, że jestem zaborcza i nie pozwalam mu się realizować.

– Realizuje się na dość ciekawe sposoby. Pierdol to.

– Wiem – przytakuje po raz kolejny Druga Jo.

Zapanowała cisza symbolizująca wyczerpanie tematu. To dobry moment na przygotowanie kolejnych drinków. Mężczyzna z głośników śpiewa Ring of Fire. Do baru zaczynają schodzić się inni ludzie. Jako pierwszy wchodzi Harry: drobny, sfrustrowany bankier, który zapewne właśnie skończył pracę i postanowił zamiast do domu wrócić do miejsca, gdzie ktokolwiek na niego czeka. Harry jest z pewnością najinteligentniejszym spośród upijających się tu nieszczęśników, jest chyba też najbardziej niespełnionym. Zwyczajność jego codziennego życia nie przystaje do tego, co ma w głowie. A w głowie ma dużo ciekawych rzeczy.

– Masz ze sobą jakieś książki z wierszami? Jedno piwo poproszę – mówi z typową dla siebie nadpobudliwością najpierw do Jo, a potem do Drugiej Jo.

– Nie, wszystkie wyrzuciłam – odpowiada Jo. – Te wiersze źle robią moim tekstom piosenek.

– I tak jesteś grafomanką – śmieje się Harry i tylko on jeden wie, ile w tym szczerości.

– Dwa dolary, Harry – mówi Druga Jo, już wyraźnie w lepszym humorze. – Trafiłeś wczoraj do domu?

Zamiast odpowiedzieć, Harry zeskakuje nerwowo z barowego stołka i całym sobą wyraża prośbę o przyciszenie muzyki. Odbiera telefon.

– Cześć, mamusiu – mówi do słuchawki. – Tak, mamusiu. Oglądam telewizję po pracy, w zasadzie jestem już w drodze do łóżka. Papa, mamusiu. Zadzwonię jutro.

Harry jeszcze bardziej nerwowo wskakuje na porzucony przed chwilą stołek i dla odzyskania równowagi za pomocą kilku łyków wypija całe piwo.

– Mamusia – oświadcza obu Jo, które patrzą na niego skonsternowane, a to oświadczenie tylko powiększa ich konsternację.

Harry, żeby wydostać się z tej niewygodnej dla siebie sytuacji, bierze torebkę Jo i z mimo wszystko sympatyczną bezczelnością wydobywa z niej jakąś książkę z wierszami. Chce czytać na głos. Chce sobie poszydzić. Jo próbuje mu odebrać książkę, nie robiąc mu przy okazji w żaden sposób krzywdy, bo Harry jest taki drobny, taki delikatny. Harry przechyla się przez bar i jednak czyta. Druga Jo nalewa piwo i drinki coraz liczniej zbierającym się nieszczęśnikom, bo w międzyczasie wskazówki zegara zdążyły się dość znacznie przesunąć. Nalewa również dla siebie, Jo i Harry’ego, wznosi toast:

– Za moją wolność!

– Za wolność – przytakują Jo i Harry.

Jakby dla potwierdzenia znaczenia tej wartości do baru wchodzi dziewczyna, o której Jo mówi od razu: – Ona na pewno jest w związku.

Niby przyszła sama, ale widać, że czuje się z tym niepewnie, nie przywykła, żeby chodzić gdziekolwiek sama. Mogłaby wyglądać lepiej, gdyby jej cała uwaga nie skupiała się na tym, żeby spełniać kryteria jednej tylko osoby. Tymczasem wygląda szaro, smutno i tak, jakby całą wolność miała już za sobą. Równie dobrze mogłaby nosić burkę. Zamawia małe piwo, ponieważ chłopcy z reguły nie lubią, jak ich dziewczyny zachowują się zbyt swobodnie.

Tymczasem Druga Jo jest żywym potwierdzeniem zasady, że nic nie dodaje tyle urody, co wywikłanie się z nieudanego związku. Mimo niezbyt sprzyjających warunków zewnętrznych, dymu, ścisku i późnej już godziny, Druga Jo promienieje.

Facet, który przed chwilą wszedł do baru i właśnie zamawia drinka, próbuje dyskretnie wysępić od niej numer telefonu. Zrażony niepowodzeniem odchodzi do stolika, gdzie jego dziewczyna, pamiętając o tym, żeby nie być zbyt łapczywą, pije małe piwo.

Harry zasypia z głową na książce z wierszami.

Jo mówi „pa, pa” i idzie do domu.

Rozdział C

Jo mówi „pa, pa” i idzie do domu. Nie czeka ją jednak spokojna noc, dobrze wie, że pójście do domu nie jest żadnym rozwiązaniem, choć chwilowo ze wszystkich rozwiązań wydaje się najrozsądniejszym. Jo jednak ma dość chwilowości. Odkąd pamięta, wszystko jest „na chwilę”, tymczasowo i do momentu, kiedy nie wymyśli się czegoś lepszego, pieprzyć takie życie.

Gdyby chociaż miała jakiś cel, cokolwiek na co się czeka. Już nie obchodzi jej kariera, bo w tym mieście „kariera” ma wymiar jedynie absurdalny, to miasto żyje właśnie chwilowością i wszystkim, co najbardziej powierzchowne, maszyny do gier mają bardziej skomplikowane życie wewnętrzne niż tutejsi ludzie.

A jeśli chodzi o maszyny do gier, po drodze do domu Jo postanawia zahaczyć jeszcze o jedno miejsce, decyzja jest zupełnie spontaniczna i nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Jo zahacza o lokal, w którym zagra sobie jeszcze na owocowej maszynie do gier. Może wygra, może przegra, z większym prawdopodobieństwem tego drugiego. W lokalu – nie jest to żadne kasyno – pełno ludzi i gwarno, ale owocowa maszyna stoi nieoblegana. Leci akurat piosenka Winner Takes It All, tandetna piosenka o smutku rozstań, ociekająca lukrem disco z lat siedemdziesiątych. Zagłuszana zresztą przez śmiechy i rozmowy, wcale nie mniej głupie. Jo kupuje sobie konsekwentnie dżin z tonikiem i spieszy wrzucić monetę. Ma do zainwestowania pięć dolarów – i ani centa więcej. Jakiś dziad we flanelowej koszuli przysuwa się na niebezpieczną odległość, zadaje niezrozumiałe pytania w języku pijanych ludzi, wygląda na nieszczęśliwego, więc zaraz pewnie zacznie standardową historię o swoim przegranym życiu, okrutnej żonie, co uciekła z mleczarzem, zabierając cały ich wspólny majątek z wyjątkiem opóźnionego w rozwoju dziecka. Tyle że Jo nie obchodzą historie niczyich porażek, sama ma dość własnych, dzisiaj natomiast chciałaby coś wygrać. – Nie przeszkadzaj – mówi do dziada, zegar z kukułką wybija trzecią w nocy, dziad przyzwyczajony do uczucia odrzucenia odpełza bez słowa w kierunku baru. Okrutny barman katuje nadal disco z lat siedemdziesiątych, zapewne wtedy po raz ostatni uprawiał niepłatny seks, jeszcze zanim imidż kierowcy rozlatującej się ciężarówki ostatecznie odebrał mu wszelkie szanse poderwania kobiety z pełnym uzębieniem i bez pamiątek w postaci chorób wenerycznych z najbardziej egzotycznych zakątków świata. Oto Bee Gees i Saturday Night Fever, żadne tam Saturday dzisiaj, a zwykła środa, ale co to za różnica w tym mieście. Jo wrzuca kolejną monetę, kumpel dziada we flanelowej koszuli, dziad w jeansowej koszuli, podchodzi do niej i pyta: – Kupić ci drinka z palemką, słonko? Daj spokój, i tak nic nie wygrasz. I w chwili kiedy wypowiada te słowa, limonki na ekranie układają się w spójną całość i Jo wygrywa pięćdziesiąt dolarów. Dziad, widząc to, ma problem z reakcją, po chwili dostaje czkawki i odchodzi dość chyba zmieszany. Jo dopija swój dżin, odbiera swoją wygraną i wesoła, och, jaka wesoła, wychodzi.

Radość dość szybko jednak mija, kiedy okazuje się, że te pięćdziesiąt dolarów w żaden sposób nie rozwiązuje żadnego z jej problemów. Bo co można za pięćdziesiąt dolarów? Kupić sobie sukienkę. Zapłacić rachunek za prąd. Upić się. Żadne z tych rozwiązań nie jest jednak w stanie poprawić humoru Jo na dłuższą metę. Jedyne, co w tym momencie mogłoby poprawić jej humor, to znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Albo przynajmniej wystarczająco daleko. Gdzieś, gdzie drogie perfumy nie muszą ciągle znosić konkurencji taniego tytoniu. Gdzie dżin z tonikiem nie jest jedyną opcją na przetrwanie wieczoru. Gdzie stare dziady mają na tyle przyzwoitości, że nie oferują dziewczynie drinków z palemką i swojego towarzystwa. A ponieważ pięćdziesiąt dolarów to za mało, by kupić bilet do Nowego Jorku, Jo postanawia pojechać do domu, do Homewood w stanie Alabama.

Żadne tam czekanie i przemyśliwanie. Istotą decyzji jest szybkość jej realizacji, decyzja została już podjęta. Podekscytowana nagłym pomysłem, niosącym perspektywę odmiany, bierze taksówkę, aby jak najszybciej móc się spakować i wyruszyć w podróż. Już biegnie po schodach, nucąc Midnight Train to Georgia