Grudniowy sztorm - Iny Lorentz - ebook
Opis

"Prusy Wschodnie, 1875 rok. Piętnastoletnia Lora po śmierci rodziców mieszka u dziadka Wolfharda von Trettina. Oboje żyją w biedzie, dziewczyna nie przeczuwa więc, że dziadek ma odłożoną znaczną sumę pieniędzy, które po jego śmierci miały przypaść jej w spadku. Bratanek von Trettina chce zagarnąć te pieniądze i pozbyć się rywalki. Starszy pan dla ratowania wnuczki obmyśla śmiały plan: chce wysłać Lorę do Ameryki, aby chciwy krewny nie wyrządził jej krzywdy. Ale w drodze do Nowego Świata czyha na dziewczynę mnóstwo niebezpieczeństw. „Małżeństwo Lorentz jak zawsze przeprowadziło gruntowne badania, w których efektem jest barwna historia z czasów cesarstwa z początku XIX wieku”. Radio ZuSa „Znakomite!"" Neue Woche „Orzeźwiająca odmiana scenerii w sprawdzonym stylu Iny Lorentz”. Bild und Funk „Prawdziwa uczta dla czytelników uwielbiających powikłane historie miłosne i rozczytujących się w powieściach"".Loveletter Magazin"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 634

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

DEZEMBERSTURM

Copyright © 2009 Droemersche Verlagsanstalt Th. Knaur Nachf. GmbH & Co. KG, München

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Iwona Wyrwisz, Anna Just

ISBN: 978-83-7999-676-6

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ PIERWSZAŚmierć w płomieniach

I

Dziadek zacisnął palce na ramieniu Lory.

Jęknęła z bólu, uniosła głowę i zobaczyła nad sobą jego bladą, wykrzywioną gniewem twarz. Przestraszyła się, nie wiedząc, czym tak bardzo go rozgniewała. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że starzec patrzy ze skupieniem przez okno. Na zewnątrz rozciągał się las skąpany w poświacie zachodzącego słońca. Przecinała go wąska droga, prosta jak pod sznurek, której końca nie było widać. Za pół godziny należało spodziewać się zapadnięcia zmroku, ale na razie było wystarczająco jasno, żeby rozpoznać powóz freiherra1 von Trettina, aktualnego pana włości o tej samej nazwie. Ciągnięty przez cztery konie powóz zbliżał się do starej myśliwskiej chaty.

Starszy pan puścił ramię Lory równie niespodziewanie, jak je przedtem chwycił, odwrócił się i odszedł pospiesznie, kierując się do swego pokoju. Zaniepokojona dziewczyna ruszyła w ślad za nim. Zobaczyła, jak dziadek otwiera szafkę z bronią, wyciąga dubeltówkę i ładuje ją drżącymi rękoma.

– Dziadku, proszę, nie rób tego! – błagała, zapomniawszy ze strachu, że powinna zwracać się do niego, używając liczby mnogiej; kiedy indziej na pewno surowo by ją złajał, ale teraz popatrzył tylko na broń i odłożył ją z żalem do szafki.

– Masz rację, Loro! Szczura można zastrzelić, ale dla niego szkoda naboju. – Wrócił do okna i wyjrzał na zewnątrz. Powóz był coraz bliżej. Na czole staruszka pojawiła się głęboka bruzda. – Szubrawiec! – mruknął pod nosem. – Pewnie chce na własne oczy zobaczyć moją nędzę. Zaraz powiem temu niegodziwemu łachudrze, żeby poszedł do diabła!

Wolfhard Nikolaus von Trettin zaczął już w myślach składać zdania, które zamierzał przekazać swojemu bratankowi, gdy wtem jego spojrzenie padło na Lorę.

– Sądzę, że będzie lepiej, jeśli wrócisz do domu. Za chwilę czeka mnie tu niemiła rozmowa z Ottokarem. Zapewne padną w jej trakcie słowa nieodpowiednie dla uszu dziecka.

Lora chciała przypomnieć starszemu panu, że cztery tygodnie temu obchodziła piętnaste urodziny i że inne dziewczęta w jej wieku już same muszą zarabiać na chleb, ale widząc skamieniałą twarz staruszka, postanowiła zmienić strategię.

– Już późno, panie dziadku, nie dotrę tam przed nocą.

Staruszek prychnął gniewnie.

– Czy Elsie znowu naopowiadała ci tych strasznych historii o duchach błąkających się po lesie? To bzdury zrodzone w głowie tej głupiej gęsi.

– Nie, panie dziadku – zapewniła Lora. – O niczym mi nie opowiadała.

Zniecierpliwiony dał wnuczce lekkiego kuksańca.

– Nie chcę cię tu widzieć. Powóz Ottokara zaraz stanie pod domem. Nie chcę, żeby cię tu zobaczył.

Lora pomyślała, że mogłaby ukryć się przed nowym właścicielem Trettina gdzieś na strychu albo w piwnicy, ale znała dziadka i wiedziała, że nie można mu się sprzeciwiać. Dlatego dygnęła i wypadła przez tylne drzwi dokładnie w tym samym momencie, w którym gość wszedł do chaty frontowym wejściem. Mężczyzna wkroczył do pokoju dziadka na szeroko rozstawionych nogach.

Freiherr Ottokar von Trettin w ogóle nie przypominał wysokiego i mimo podeszłego wieku wciąż jeszcze postawnego stryja. Braki wzrostu nadrobił objętością w pasie i dlatego sprawiał wrażenie, że jest równie szeroki, co wysoki. Na jego pyzatej twarzy kwitły zdrowe rumieńce, małe oczka miał osadzone blisko siebie, a jego nos przypominał ziemniaka. Przerzedzone brązowe włosy nakrył cylindrem z przystrzyżonego futra bobrzego. Te i inne niedostatki urody próbował zrekompensować przesadnie wytwornym odzieniem. Surdut i spodnie z pewnością pochodziły z modnej pracowni krawieckiej. W porównaniu ze stryjem – ubranym w skromny garnitur z lodenu2 – bratanek wyglądał jak dobrze utuczony paw.

Na chudej twarzy starszego pana malowały się naprzemiennie obrzydzenie, nienawiść i gniew, ale Ottokar von Trettin zupełnie to ignorował.

Podszedł bliżej i dłoń, w której trzymał laskę, podniósł tak, że pozłacana gałka na jej końcu znalazła się tuż pod nosem stryja. Można było odnieść wrażenie, że gotów jest uderzyć starca.

– Muszę się z tobą rozmówić, stryju.

Chociaż próbował mówić spokojnie, po jego głosie można było poznać, że on też stara się trzymać gniew na wodzy.

– Czego jeszcze ode mnie chcesz, Ottokarze? – zapytał staruszek. – Ty i twoi przyjaciele pozbawiliście mnie już całego majątku, została mi jedynie ta nędzna chata. A może dranie wreszcie poszli po rozum do głowy i uznali, że Trettin wcale ci się nie należy?

Ottokar von Trettin tak się zdenerwował, że zaczął mówić falsetem:

– Trettin jest moją własnością! Miałem prawo żądać, żebyś mi go wydał. Przepisy rodowe mówią wyraźnie, że włości wedle zasady majoratu muszą zostać przekazane następcy wraz z całym nieuszczuplonym mieniem. Nie dostosowałeś się do tego, doprowadziłeś majątek do ruiny, aby mnie, swego spadkobiercę, pozbawić tego, co mi się prawnie należy.

Dwa miesiące temu młody freiherr na podstawie decyzji sądu wyeksmitował stryja z pałacu i przejął cały majątek, ale uważał, że powinien wyjaśnić jeszcze pewne kwestie.

Twarz starszego pana spochmurniała, zrobił krok w kierunku szafki z bronią, gdzie znajdowała się naładowana dubeltówka. Już wyciągał po nią dłoń, ale się zmitygował. Śmierć Ottokara nic by nie zmieniła. I tak nie odzyskałby majątku, który przeszedłby na żonę Ottokara i ich bezczelne dzieciaki. Poza tym nie chciał kalać nazwiska skandalem – gdyby zabił Ottokara, zostałby aresztowany i osadzony w Królewcu, a może nawet w Berlinie.

Ponieważ stryj się nie odezwał, Ottokar von Trettin uderzył laską w podłogę.

– Przejrzałem księgi i odkryłem, że ponosiłeś wydatki zupełnie nieproporcjonalne do przychodów. Poza tym obciążyłeś włości dużą hipoteką. Był już naprawdę najwyższy czas, żeby odebrać ci prawo dysponowania majątkiem.

– Okradłeś mnie, Ottokarze! Trettin był moją własnością i powinien nią być aż do mojej śmierci! – ryknął Wolfhard von Trettin, z trudem kryjąc obrzydzenie, jakim napawał go ten nażarty ropuch, który ze względu na prawo majoratu był jego spadkobiercą.

Ottokar zacisnął palce w pięść.

– Wydaje mi się, stryju, że mnie nie zrozumiałeś. Chcę wiedzieć, gdzie podziały się pieniądze, które zarobiłeś na Trettinie. Przy odpowiednim zarządzaniu majątek może być kopalnią złota!

Stary freiherr machnął ręką.

– Nigdy nie byłem jak ten chłop, co liczy na polu kłosy. Najwidoczniej ty taki jesteś. A że nie mam syna, to po co miałbym obracać w palcach każdy talar?

Ottokar zazgrzytał zębami.

– Przywłaszczyłeś sobie pieniądze, żeby przekazać je córce i temu łachmycie, jej mężowi. Przyznaj się! Odzyskam je, zobaczysz! One przynależą do Trettina!

– Powodzenia – zadrwił stary. – Ale możesz mi wierzyć, zawsze żyłem na wysokiej stopie i nie odmawiałem sobie żadnych przyjemności.

Ottokar nie mógł temu zaprzeczyć. Stryj znany był z ekscentrycznego trybu życia. Od lat strzępiono sobie na jego temat języki. Miejscowi notable wyrazili zadowolenie, że niedbałe zarządzanie Trettinem wreszcie się skończy.

Ale mimo wszystkich ekscesów starszego pana na koncie powinna być, jak uważał Ottokar, dużo większa kwota.

– Stryju, jeśli w ciągu miesiąca nie zwrócisz brakujących pieniędzy, to pozwę cię do sądu. Twoja córka i jej bachory nie mają do nich żadnych praw.

– Domyślam się, że chcesz odebrać mi nawet ten dom i kawałek lasu, który jeszcze posiadam. Ale nawet twoi przyjaciele prawnicy nie zdołają mi tego wydrzeć. Dom i las dostałem w spadku po teściu, one nie należą do majoratu.

Choć Ottokar von Trettin trzymał w ręce laskę, cofnął się z obawy, że stryj mógłby posunąć się do rękoczynów. Ale ponieważ starzec się nie ruszył, znów hardo zadarł głowę.

– Celowo udajesz, że nie wiesz, o co mi chodzi. Nic nie mówiłem o tej zrujnowanej chacie i kilku morgach lasu, znajdujących się, za pozwoleniem, w haniebnym stanie. Chodzi mi o pieniądze, które potajemnie zagarnąłeś, żeby przekazać córce. Ona nie dostanie z nich ani talara, przysięgam!

– Twój ojciec był głupcem, Ottokarze, i ty jesteś dokładnie taki sam. Żyłem zbyt wystawnie, żeby móc odłożyć jakieś pieniądze.

Wolfhard von Trettin uspokoił się i roześmiał siostrzeńcowi w nos. Ten poruszył szczękami jak krowa przeżuwająca trawę, a potem wrzasnął ze złością:

– W takim razie znów zobaczymy się w sądzie! Ale nie miej pretensji, jak sędzia zabierze ci ostatnią koszulę. Twoją córkę mógł spotkać lepszy los. Ale zamiast wyjść za mnie, wolała związać się z tym belfrem. Ten nędznik nigdy niczego się nie dorobi.

Staruszek przypomniał sobie ze zgrozą, jak natarczywie Ottokar starał się swego czasu o względy Leonory. Kilka razy trzeba było nawet interweniować, żeby powstrzymać nachalnego zalotnika. Do tej pory Wolfhard nie był pewien, czy córka naprawdę pokochała wiejskiego nauczyciela Clausa Huppacha, czy związała się z tym poczciwym jak baranek mężczyzną, by uniknąć dalszej namolności kuzyna. W każdym razie Leonora wmówiła ojcu, że może być szczęśliwa tylko w małżeństwie z Huppachem. Ponieważ, ku zdziwieniu Wolfharda, poza Ottokarem nikt więcej nie ubiegał się o jej rękę, z ciężkim sercem zgodził się wydać ją za mąż za nauczyciela.

Zdążył się już pogodzić, że ma takiego, a nie innego zięcia; radowała go nawet wesoła dziatwa rozrabiająca w domu nauczyciela, chociaż dzieciaki w obecności dziadka robiły się ciche jak myszki. Ponieważ wiedział już wcześniej, że Trettin jako majorat przejdzie w ręce obrzydliwego krewnego, robił, co tylko mógł, żeby Leonora i jej potomstwo miały zapewniony byt po jego śmierci. Nie odwiod­łyby go od tego żadne groźby Ottokara.

Dlatego spojrzał ironicznie na bratanka i rzekł:

– Rób, co chcesz. Ale obawiam się, że niewiele zdziałasz.

Ottokar prychnął gniewnie.

– Wiem, że masz pieniądze! W zeszłym roku wyrzuciłeś przecież w błoto dwa tysiące talarów, żeby spłacić długi Fridolina i uchronić go przed więzieniem.

– To były ostatnie moje pieniądze. Wolałem wydać je na Fridolina, niż trzymać tylko po to, żebyś mi je potem odebrał.

Ironia w głosie Wolfharda von Trettina sprawiła, że Ottokar zrobił się purpurowy na twarzy. Chciał wykrzyczeć starcowi swój gniew prosto w oczy, ale dobrze wiedział, że stryj tylko na to czeka. Staruszek chętnie odpłaciłby mu za to jakimiś obelgami. Dlatego młody freiherr pohamował się, zrobił kilka głębokich wdechów i jeszcze raz spokojnie spróbował przemówić staremu do rozumu:

– Lepiej by było, gdybyś te pieniądze spalił, zamiast marnować je na Fridolina. Ten człowiek jest zepsuty do szpiku kości! Mimo młodego wieku pije jak smok i zadaje się z kobietami o wątpliwej reputacji. Przynosi hańbę naszej rodzinie. Twoja dusza powinna boleć nad każdym wydanym na niego talarem.

– Ha! Za młodych lat ja też grałem w karty, piłem i zadawałem się z kobietami. I do dzisiaj tego nie żałuję – powiedział Wolfhard von Trettin i zaśmiał się bratankowi w twarz.

Ottokar zrozumiał, że nic nie zdziała ani dobrym słowem, ani groźbą. Rozeźlony pogroził starcowi laską.

– Jeszcze o mnie usłyszysz! – ryknął i bez słowa pożegnania wypadł z domu.

Wolfhard von Trettin zamknął za nim drzwi. Uznał, że dobrze zrobił, odesławszy Lorę do domu. Dziewczę na pewno przestraszyłoby się, słysząc tę kłótnię, i powtórzyłoby wszystko rodzicom. Starzec wolał, żeby o pewnych sprawach jego córka Leonora nie wiedziała.

II

Ottokar von Trettin wskoczył energicznie do powozu, opadł na siedzenie i laską uderzył kilka razy w dach.

– Ruszaj, Florinie, i nie szczędź bata. Chcę jak najszybciej znaleźć się w domu.

Stangret popędził konie i powóz szybko nabrał prędkości. Ottokar tymczasem powrócił w myślach do rozmowy ze stryjem. Ku własnemu niezadowoleniu uznał, że starszy pan znów odniósł zwycięstwo.

– On mnie jeszcze dobrze nie zna! W sądzie pokażę mu, do kogo należy ostatnie słowo – powiedział sam do siebie i pogroził pięścią w kierunku domku myśliwskiego.

Ale chata była już poza zasięgiem jego wzroku, ponieważ ciąg­nięty przez szybkie konie powóz pędził przez gęsty jodłowy las jak po szerokiej wybrukowanej alei. Szybko pokonali pół mili pruskiej3 i znaleźli się na drodze prowadzącej do Bladiau, a niebawem dotarli do wsi Trettin, gdzie skręcili w kierunku folwarku noszącego tę samą nazwę. Tymczasem zrobiło się już ciemno i Florin nie śmiał zanadto popędzać koni. Na drodze mogły leżeć gałęzie albo inne przedmioty. Gdyby jeden z koni się potknął i nabawił kontuzji, winą obarczono by oczywiście stangreta i to na nim skupiłby się gniew pana.

Tuż za wsią wyłoniły się z półmroku zarysy domu. Ottokar wyjrzał przez otwarte okno powozu. Na widok niskiej trzcinowej strzechy zazgrzytał zębami. Był to dom nauczyciela, w którym mieszkała jego kuzynka wraz z rodziną. W oknach nie dostrzegł żadnego świat­ła. Najwidoczniej mieszkańcy położyli się już spać.

– Stój! – krzyknął do stangreta.

Zapragnął obudzić Leonorę Huppach oraz jej durnego męża tylko po to, by im powiedzieć, że wsadzi stryja do więzienia, a nie zrezygnuje z przysługujących mu pieniędzy. Może uda mu się tak nastraszyć tych dwoje, że dobrowolnie powiedzą, gdzie starzec ukrył zdefraudowane pieniądze. Jeśli ich także pozwie do sądu i każe skazać jak złodziei, stracą prawo zamieszkania w domu nauczyciela i trafią na ulicę, co się im należy.

– Panie, powóz stoi – ponurym głosem oznajmił Florin, ponieważ Ottokar nie ruszał się z miejsca.

Stangret nie miał pojęcia, dlaczego jego pan kazał mu się zatrzymać właśnie tu, przed domem nauczyciela, w którym najwidoczniej wszyscy już spali. W pałacowej kuchni czekała solidna kolacja, a konie tęskniły za żłobem w stajni.

Florin z żalem stwierdził, że Ottokar von Trettin otworzył w końcu drzwiczki powozu i wysiadł. Freiherr kilka razy głęboko odetchnął, po czym skierował się w stronę krytego trzciną domu i podniósł laskę, żeby uderzyć gałką w drzwi. Zastanawiał się przy tym, co ma powiedzieć. W końcu się zawahał. Jeśli wygarnie tej hołocie całą prawdę, to tylko ich ostrzeże i da im możliwość ukrycia pieniędzy, które stryj wyprowadził z majątku. Zamyślony odszedł od drzwi i znalazł się przy małej obórce dla kóz, dobudowanej do budynku mieszkalnego. Wyciągnął cygarnicę, wyjął z niej cygaro i zapalił. Czuł, jak rośnie w nim gniew, ponieważ sprawy nie ułożyły się tego dnia tak, jak by sobie tego życzył.

Płonącą zapałkę upuścił na ziemię. Gdy ta po chwili zgasła, rozciągnął wargi w pełnym zadowolenia uśmiechu. Nie pozwoli, żeby Leonora wywinęła się zupełnie bezkarnie. Przypomniał sobie, jak minionej jesieni obserwował ją podczas sianokosów. Podszedł do stojącej w niewielkiej odległości szopy z sianem i otworzył drzwi. W nos buchnął mu ostry zapach suchej trawy. Kuzynka zmagazynowała wystarczająco dużo siana, żeby w chłodne dni, nieuniknione na tym obszarze, nie było konieczności wypędzania kóz na pastwisko, gdzie musiałyby pilnować ich dzieci.

W tym roku będziesz miała siano – pomyślał i roześmiał się złoś­liwie. Dmuchnął na cygaro, które się rozżarzyło, a on rzucił je do wnętrza szopy.

Nie zdążył nawet odejść, gdy sucha trawa zajęła się ogniem, a kilka sekund później w szopie pożar szalał już na dobre. Ottokar von Trettin był zaskoczony siłą ognia i nagle zdjął go lęk. Szybciej, niż można by się było spodziewać po jego tuszy, wskoczył do powozu i kazał stangretowi natychmiast ruszać.

Florin usłuchał i popędził konie. Jego pan tymczasem wystawił głowę przez okno powozu i patrzył na ogień, którego płomienie sięgały już ponad trzcinowy dach domu. Chłodne uderzenie wiatru przeniosło iskry z płonącej szopy na budynek mieszkalny. Trzcinowy dach natychmiast się zapalił. Coraz silniejsze powiewy wiatru rozniecały ogień, aż w końcu cały dom przypominał płonącą pochodnię.

Coś mówiło Ottokarowi, że powinien zatrzymać powóz i obudzić kuzynkę, żeby mogła wraz z rodziną w porę opuścić gorejący dom. Uderzył w dach powozu, żeby wydać odpowiednie polecenie, ale zamiast tego usłyszał własny głos:

– Szybciej, Florinie, szybciej! Chcę jak najszybciej znaleźć się w domu.

III

Idąc przez las, Lora była zła sama na siebie, że zdecydowała się pójść ścieżką na skróty, zamiast wybrać drogę wprawdzie dłuższą, ale łatwiejszą do pokonania w ciemnościach. Już dwa razy potknęła się o korzeń, którego nie dostrzegła w ciemnościach, a teraz na dodatek rozdarła jeszcze skraj sukienki. A była to jedna z jej dwóch eleganckich sukni, zakładanych tylko wtedy, gdy szła odwiedzić dziadka.

Odwiedzała starszego pana regularnie, wcześniej w pałacu, a teraz w małym i nieco podupadłym drewnianym domku myśliwskim, dokąd zmuszony był się przeprowadzić. Chata była jedyną nieruchomością, której staruszek pozostał właścicielem. Znajdowała się pośrodku rozległego lasu, sięgającego prawie do Trettina, ale tylko w niewielkiej części należącego do majątku. Najlepsze sukienki Lory nie pasowały do leśnej chaty, ale dziadek nalegał, żeby ubierała się i zachowywała jak dama z towarzystwa. Teraz żałowała zniszczonej sukni. Miała nadzieję, że zdoła w taki sposób zszyć rozdarcie, by nie było go widać.

Przypomniała sobie żonę poprzedniego pastora. To właśnie ona nauczyła ją szyć i haftować. Niestety, staruszka po śmierci męża przeniosła się do córki i zięcia mieszkających w Królewcu. Dziadek zabronił Lorze kontaktować się z rodziną nowego pastora, ponieważ duchowny służalczo chylił karku przed nowym właścicielem Trettina.

Znowu źle stąpnęła. Ostry ból w kostce wyrwał ją z zamyślenia. Szła dalej, kulejąc. Jeśli nie będzie uważać, to może zabłądzić w rozleg­łym lesie, a ten na dodatek w kilku miejscach przechodził w bagno. Poza tym na dziewczę w jej wieku czyhały jeszcze inne niebezpieczeństwa. Nie wierzyła natomiast w leśne duchy, którymi nastraszyć ją chciała służąca dziadka.

Gdy Lora odkryła pień buka trafionego ostatniego lata przez piorun, odetchnęła z ulgą. Była na właściwej drodze. Wkrótce korony drzew przerzedziły się i znów była w stanie dostrzec ziemię pod stopami. Mimo bólu w kostce przyspieszyła kroku. Miała nadzieję, że rodzice i rodzeństwo jeszcze nie śpią, choć pewnie leżą już w łóżkach. Miała zostać u dziadka przez kilka dni i dlatego nikt się jej w domu nie spodziewał. Znów rozgniewało ją to, że jako najstarsza z rodzeństwa nie miała klucza. Cóż więc ma począć? Będzie musiała obudzić rodziców. Ale jak ma im wyjaśnić swój nocny powrót? Nic nie przychodziło jej do głowy. Czuła, że nie powinna wspominać o wizycie Ottokara, by nie zdenerwować najbliższych. Ale nie chciała też, by pomyśleli, że dziadek odesłał ją do domu, bo go czymś rozgniewała.

Wtem zobaczyła przed sobą nad linią horyzontu jasne światło i usłyszała głośne spanikowane głosy. Ze strachu ścisnęło ją w gard­le. Zaczęła biec. Po chwili wypadła na drogę i zobaczyła przed sobą rodzinny dom – buchający jasnymi płomieniami niczym olbrzymi stos.

Ludzie biegali w tę i we w tę, gestykulując. Część z nich targała wiadra z wodą, usiłując ugasić pożar. Ale gorąco buchających płomieni było tak wielkie, że większość wody zamieniała się w parę, zanim dosięgła ognia.

Lora podbiegła bliżej, rozglądając się za rodzicami i rodzeństwem, ale widziała tylko mieszkańców wsi, którzy zgromadzili się przy domu nauczyciela i robili wrażenie równie struchlałych, co ona.

Jakaś kobieta spostrzegła ją. Krzyknęła, jakby zobaczyła ducha, ale potem spojrzała na las, w kierunku, gdzie znajdował się domek myśliwski starego pana von Trettina.

– Pewnie znowu byłaś u dziadka?

Dziewczyna skinęła głową i wskazała na dom, którego dach właś­nie się zapadł, a w niebo buchnęła chmura iskier.

– Mama i tata… Gdzie oni są? I gdzie są…?

Twarz właścicielki sklepu z towarami kolonialnymi zdradziła Lorze, co stało się z jej najbliższymi.

Jakiś mężczyzna podszedł do dziewczyny, objął ją i przytulił. Lora uniosła wzrok i rozpoznała starego Korda, głównego parobka w folwarku Trettin, który został zwolniony przez nowego pana za lojalność względem poprzedniego.

Wysoko buchające płomienie oświetliły wykrzywioną ze zgrozy twarz mężczyzny.

– Módl się do Boga, moje dziecko! Nic więcej nie da się już zrobić. Nikomu z twojej rodziny nie udało się wyjść z domu.

– Nie! Nie! Boże, mój Boże, nie możesz być aż tak okrutny!

Lora wyrwała się z objęć Korda i próbowała podbiec do płonącego domu.

Ludzie natychmiast ją chwycili i odciągnęli.

– W niczym już nie można im pomóc, moje drogie dziecko! – powtórzył Kord.

Właścicielka sklepu dodała:

– Dziękuj Bogu, że choć ciebie uratował, Loro! Wprawdzie odebrał ci rodziców i rodzeństwo, ale ocalił ci życie.

– Wolałabym zginąć razem z nimi – wykrztusiła Lora.

Staruszka Miena, której chatka stała po sąsiedzku, mruknęła coś pod nosem. Wprawdzie Kord zrozumiał tylko strzępy słów, ale miał wrażenie, że smagnięto go batem.

– Powtórz to, co powiedziałaś, Mieno!

– Córka starego pana von Trettina i jej rodzina mogliby jeszcze żyć. Gdy wybuchł pożar, wyjrzałam przez okno. Zobaczyłam, że nowy pan przejeżdża właśnie obok. Gdyby przystanął i zawołał, wszyscy zdołaliby się uratować. Ja pobiegłam wprawdzie na pomoc i krzyczałam, jak tylko mogłam, ale było już za późno.

– Co ty bredzisz? Nie gadaj więcej takich bredni, ty stara czarownico! – zabrzmiał z tyłu cierpki głos.

Ludzie spojrzeli za siebie. Zobaczywszy nadchodzącego pastora, pospiesznie się rozeszli. Nikt nie lubił tego człowieka. Jego poprzednik był uosobieniem dobroci i zawsze miał życzliwe słowo dla swoich parafian. Nowy pastor mówił zaś tylko uczonym językiem i w swej wyniosłości nawet nie próbował nauczyć się dialektu wiejskiego ludu. Poza tym był bliskim przyjacielem nowego pana na Trettinie, a ten od dwóch miesięcy, odkąd przejął majątek, zachowywał się jak sam cesarz Wilhelm, tak więc zdążyli go znienawidzić wszyscy chłopi i cała służba.

Widok łamiących się belek i wzbijających się w górę iskier przypomniał pastorowi, że w tej chwili obrona nowego właściciela majątku nie jest być może priorytetem.

– Co się stało? – zapytał stojącego obok Korda.

Staruszek wskazał ręką ogień.

– Wybuchł pożar. Poza Lorą spalili się wszyscy mieszkańcy domu.

Spojrzenie pastora powędrowało po ludziach i zatrzymało się na dziewczynie. Podszedł do niej i wypowiedział jakieś pobożne zdanie. Lora nie słyszała jego słów. Stała nieruchomo jak słup soli. Zgromadzeni ludzie czynili za plecami pastora pogardliwe gesty, nikt jednak nie odważył się czegokolwiek powiedzieć, bo pastor – poza panem von Trettinem – był najważniejszym człowiekiem w parafii, a już boleśnie doświadczyli, że duchowny powtarzał potem panu Ottokarowi ich pochopne skargi.

Stara Miena także położyła uszy po sobie. Jeśli pastor doniesie panu, co powiedziała, ten przepędzi ją z jej chatki i staruszka zamieszka w przytułku dla ubogich, gdzie nikt nie chciałby trafić z własnej woli.

Gdy mieszkańcy wsi stwierdzili, że nie zdołają niczego uratować, odwrócili się do zgliszczy plecami i ruszyli do swoich domów. Kord został, bo nie wiedział, co stanie się z Lorą. W tym stanie dziewczyna nie mogła wracać sama do domku myśliwskiego.

Pastor podjął decyzję za niego, przywołując Lorę kiwnięciem ręki.

– Tę noc spędzisz u mnie na plebanii, a jutro zawiozę cię do pałacu.

Do Lory zaczęło stopniowo docierać, jaką stratę poniosła tej nocy. Ogarnęła ją taka żałość, że nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Słowo „pałac” wdarło się jednak do jej świadomości. Uniosła ręce w obronnym geście.

– Nie chcę do pałacu! Nie mam nic wspólnego z nowym panem na Trettinie.

– Dziewczyna ma rację, wielebny pastorze – przytaknął Kord. – Po śmierci rodziców jedynym człowiekiem, który mógłby się o nią zatroszczyć, jest jej dziadek.

Pastor nie zaoponował.

– W takim razie dobrze, jutro rano zawiozę Lorę do starszego pana – oznajmił, chociaż wcale nie miał ochoty spotykać się z byłym właścicielem włości; starzec nie bawił się w ceregiele i potrafiłby zwyzywać pastora tak samo jak zwykłego stajennego.

Kord nie był pewien, czy nie powinien pójść do starszego pana i powiedzieć mu o nieszczęściu. Ale już po kilku krokach przystanął. Czuł, że nie dorósł do tego zadania. Powiedział sobie, że pastor jako człowiek wykształcony na pewno lepiej dobierze słowa.

IV

Lora spędziła noc w pokoju gościnnym na plebanii, ale następnego ranka nie była w stanie powiedzieć, czy udało jej się zasnąć, czy nie. Od żony pastora dostała o wiele za dużą koszulę nocną, która wisiała na niej jak worek i wlokła się po ziemi. Rankiem służąca przyniosła wody do umycia i oczyszczoną sukienkę, której rozerwany brzeg został zszyty kilkoma grubymi ściegami.

– Panienka się pospieszy, bo wielebny pastor chce panienkę niebawem zawieźć do dziadka. Śniadanie jest już na stole – ponaglała.

Śniadanie dla Lory było w tym momencie jakby częścią innego życia. Żołądek jej się ścisnął, nie czuła ani głodu, ani pragnienia. Przed oczami wciąż miała rozbuchane płomienie pochłaniające jej dom rodzinny. Nadal dręczyło ją to, że rodzicom i rodzeństwu nie udało się wydostać na zewnątrz.

Po głowie krążyły jej słowa starej Mieny, twierdzącej, że nowy pan von Trettin mógł ocalić jej rodzinę przed najgorszym. Dlaczego tak po prostu minął gorejący dom? Nie potrafiła tego zrozumieć. Nawet jeśli był skłócony z dziadkiem, to przyzwoitość nakazywała, by się zatrzymał i ostrzegł mieszkańców przed ogniem. Pomyślała, że może Ottokar po wizycie u dziadka ze złości nie zwracał uwagi na otoczenie i wcale nie zauważył pożaru. Ale nie mogła w to tak do końca uwierzyć. Przecież siedzący na koźle Florin musiał widzieć ogień i na pewno zwróciłby panu na to uwagę. A więc krewniak odjechał celowo…

– Loro! Nie grzeb się, chodź wreszcie do stołu – pastorowa zawołała ją z jadalni tonem tak wyniosłym, jakby nie zwracała się do gościa, tylko do leniwej służki.

Lora skuliła się, słysząc szorstki głos gospodyni. Poczuła się tak, jakby spadł na nią zimny deszcz. Szybko umyła dłonie i twarz, rozpuszczone włosy zaplotła z powrotem w warkocze i założyła sukienkę. Gdy chwilę później weszła do jadalni, pastor był już przy drzwiach prowadzących na dwór i rozmawiał z woźnicą, ale na widok Lory odwrócił się i stanął do niej przodem.

– Szybko coś zjedz! Chcę zaraz wyruszać w drogę.

Lora pokręciła z niechęcią głową.

– Nie dam rady niczego zjeść, wielebny pastorze.

Pastorowa, która wciąż jeszcze siedziała przy stole i przyglądała się dzieciom karmionym przez służącą, zmarszczyła brwi.

– Co za bzdura! Jedzenie dodaje sił, podtrzymuje na duchu i uśmierza ból.

Jesteś taka tłusta – pomyślała Lora – że na pewno nic cię nie boli. Pastorowa jeszcze w nocy nie ukrywała, że uważa pożar za znak od samego Boga, który postanowił ukarać wrogów nowego pana. Dlatego jej kondolencje były krótkie i pozbawione jakiegokolwiek współczucia. Lora zagryzła dolną wargę, żeby nie wykrzyczeć kobiecie prosto w oczy, co o niej sądzi. Rzuciła okiem na obfite śniadanie, składające się z białego chleba, połyskującego złotawo masła, dużego kawałka sera i tłustej wątrobianki. Poczuła, że ściska się jej gardło.

Szybko odwróciła się od stołu i spojrzała na pastora.

– Chciałabym już jechać do dziadka.

Pastor mruknął coś, co zabrzmiało, jakby zamierzał ją namówić, by dała się zawieźć do pałacu. Ale spojrzawszy na jej twarz, skinął w końcu głową.

– Dobrze, jedźmy.

Kiwnął na nią ręką, żeby szła za nim, i wyszedł z domu krytego trzciną, jak inne domy na wsi, ale wyższego niż dom nauczyciela i dużo lepiej urządzonego. Każdy natychmiast mógł się zorientować, że po panu von Trettinie pastor jest najważniejszą osobą we wsi. Jak na jego pozycję przystało, zachowywał się odpowiednio butnie.

Woźnica ruszył. Gdy powóz przejeżdżał przez wieś, prości robotnicy i parobcy zdejmowali czapki z głów, a większość kobiet dygała. Pastor prześlizgiwał się jednak wzrokiem po ludziach i wydymał pogardliwie usta.

Chociaż serce Lory ściskał ból po stracie rodziny, to rozgniewały ją wielkopańskie maniery duchownego. Jego poprzednik dla każdego miał dobre słowo, a uszy otwarte na problemy ludzi. Nowy pastor zachowywał się, jakby nie postrzegał w robotnikach i parobkach istot ludzkich. Dla niej także zabrakło mu słów pociechy. Powtarzał tylko, że zamiast jechać do dziadka, powinna udać się pod opiekę Ottokara i Malwiny von Trettinów. Dlatego ucieszyła się, gdy pojazd skręcił w jodłowy las, gdzie pachniało żywicą, podczas gdy we wsi wciąż jeszcze utrzymywał się w powietrzu fetor spalenizny. Ale bezpieczna poczuła się dopiero wtedy, gdy dojrzała przed sobą domek myśliwski.

Wolfhard Nikolaus von Trettin usłyszał nadjeżdżający powóz, wyszedł przed dom i na widok znienawidzonego pastora zmarszczył brwi. Ale jeszcze bardziej się zdziwił, zobaczywszy w powozie własną wnuczkę. Dziewczę było blade jak prześcieradło i patrzyło wzrokiem przypominającym spojrzenie umierającej sarny. Natychmiast zrozumiał, że stało się coś strasznego.

Pastor kazał woźnicy stanąć, po czym wysiadł z powozu, nie troszcząc się o Lorę.

– Szczęść Boże, panie von Trettin.

– Dzień dobry, pastorze – odpowiedział ten z całą arogancją pruskiego junkra i skrzyżował ręce na piersi.

Pastor postanowił zignorować nieuprzejmość starca i przybrał życzliwy wyraz twarzy.

– Mój drogi Trettinie, bardzo żałuję, że stoję tu przed wami i muszę przekazać wam tę okropną wiadomość. Bóg wszechmogący zaprag­nął wziąć do siebie waszą córkę, zięcia i wszystkie wnuczęta poza tą oto dziewczyną.

Dziadek Lory zastygł na moment, potem chwycił brutalnie pastora za poły płaszcza.

– Co ty mówisz, durniu?

– Mamusia, tatuś, Wolfi, Willi i Aneczka nie żyją! Wybuchł pożar i oni… – odezwała się Lora cienkim głosikiem, który szybko odmówił jej posłuszeństwa.

Wolfhard von Trettin wydał z siebie nieludzki krzyk.

– Moje dziecko… moje wnuki… nie żyją? A ten klecha mówi, że Bóg tak chciał?

– Nie grzeszcie! – zawołał pastor z naganą. – Wola Boga jest niezgłębiona i my, ludzie, nie możemy jej pojąć. Kto wie, jakie grzechy waszego rodu zostały odkupione tym ogniem!

Spojrzenie, którym pastor zmierzył dziadka Lory, nie pozostawiało wątpliwości, komu przypisywał te grzechy.

Stary freiherr poczuł, że wzbiera w nim gniew tak silny, iż przez moment zapomniał nawet o bólu po stracie córki, zięcia i wnuków.

– Co to za Bóg, o którym prawisz? Sprawiedliwy Bóg nie zabija niewinnych kobiet i dzieci, by pokarać ich za grzechy innych! Żadne z moich wnucząt nie uczyniło nigdy nic złego, co najwyżej ukradkiem łasuchowały podczas świąt Bożego Narodzenia! Dlaczego więc Bóg miałby zabierać je do siebie? W tym kraju jest dość grzeszników, którym wiedzie się dobrze, chociaż zasłużyli sobie, by pochłonęło ich piekło.

Spojrzenie Wolfharda von Trettina powędrowało w kierunku utraconych nie tak dawno włości.

Chcąc go uspokoić, pastor położył mu dłoń na ramieniu.

– Potraktujcie to jako ostrzeżenie od Boga, panie von Trettin, i podajcie swemu spadkobiercy rękę na zgodę. Wtedy Bóg wam podziękuje.

Stary spojrzał z wściekłością na duchownego, jakby ten postradał rozum.

– Co mam zrobić? Przygarnąć do piersi złodzieja, który odebrał mi moją własność? Tego nie może żądać ode mnie nawet sam Pan Bóg!

– Nowy ordynat mógł wszystkich uratować – odezwała się w tym momencie Lora. – Ale przejechał sobie po prostu obok płonącego domu. Nikogo nie obudził i nie ostrzegł.

Twarz dziadka zrobiła się w jednej sekundzie biała jak śnieg, a Lora dopiero teraz uświadomiła sobie, że wypowiedziała te słowa na głos.

Pastor spojrzał na nią pogardliwie.

– Nie słuchajcie głupiego gadania, panie von Trettin! Wasza wnuczka powtarza tylko brednie zasłyszane od starej wariatki. Gdyby pan Ottokar faktycznie przejeżdżał obok domu nauczyciela, to na pewno by się zatrzymał i wywołał ludzi z domu.

Wolfhard von Trettin przypomniał sobie wizytę bratanka, który poprzedniego dnia opuścił o zmroku domek myśliwski. Spojrzał smutno na Lorę. Dziewczyna szła pieszo, dlatego dotarła na miejsce, gdy dom nauczyciela stał już w płomieniach. Wtem starzec roześmiał się drwiąco.

– Nie jesteś pastorem, tylko sługą diabła. Ten szatan w złodziejski sposób zabrał mi moje włości! Dziecko mówi prawdę! Mój bratanek musiał ostatniej nocy przejeżdżać obok domu mojej córki. Nie ostrzegł jej, tym samym jest winny śmierci całej rodziny, zupełnie tak, jakby zabił ich własnymi rękoma.

Pastor spojrzał na starszego pana wzrokiem pełnym dezaprobaty.

– Pomiarkujcie się w gniewie! To grzech oskarżać czcigodnego człowieka.

Wolfhard von Trettin zaklął siarczyście, zacisnął dłonie i ruszył w kierunku pastora. Ten cofnął się i wskoczył energicznie do powozu.

– Ruszaj! – rozkazał woźnicy, który najwidoczniej bał się starego pana nie mniej niż pastor, bo pognał konie tak szybko, że powóz zaczął podskakiwać na nierównym podjeździe jak piłka.

Obrażony duchowny siedział na wyściełanym siedzeniu w tyle pojazdu i nawet nie obejrzał się za siebie. Za nimi rozległo się jeszcze jedno gniewne przekleństwo, które urwało się w środku słowa, i nastąpiła cisza, zakłócana tylko szumem wiatru w gałęziach drzew.

V

Stary freiherr zrobił jeszcze kilka kroków za odjeżdżającym powozem pastora. Nagle przystanął, odwrócił się przerażony i chwycił za czoło. Jego twarz przybrała odcień czerwonego burgundzkiego wina. Próbował jeszcze coś powiedzieć, ale wydał z siebie tylko gard­łowe dźwięki. Potem upadł bezwładnie na ziemię jak pusty worek.

– Dziadku, co z wami?

Lora podbiegła i pochyliła się nad nim. Z lękiem spojrzała na jego wywrócone oczy, w których widać było tylko białka. Staruszek oddychał świszcząco i nie reagował na jej pełne rozpaczy słowa, zawołała więc służącą:

– Elsie! Chodź tu szybko! Pomóż mi! Dziadek upadł na ziemię!

Struchlała spoglądała przez chwilę na drzwi domu, ale nie zauważyła tam żadnego ruchu. Przypomniała sobie wtedy, że Elsie nocuje u krewnych we wsi i że nieraz spóźniała się do domku myśliwskiego. Lecz o tej porze powinna już tu być, zajęta pracą.

– Elsie, gdzie jesteś? – wołała tak głośno, jak tylko była w stanie.

– Co się stało? – rozległ się rozgniewany głos.

Minęło jeszcze kilka minut, które w odczuciu Lory trwały tak długo jak całe lata, nim między drzewami pojawiła się figlarna służąca.

Elsie właśnie odgryzła kęs zeszłorocznego jabłka, gdy zobaczyła Lorę klęczącą przy panu von Trettinie.

– Czy on nie żyje? – zapytała.

Lora pokręciła gwałtownie głową.

– Nie, ale jest nieprzytomny. Tak się boję! Pomóż mi! Musimy przenieść go do domu i wezwać doktora Mütze.

Ale Elsie, zamiast podejść bliżej, cofnęła się. Twarz jej pobladła.

– Nie dotknę go, bo umrze nam na rękach.

Lora zrozumiała, że nie ma co oczekiwać pomocy ze strony służącej. Wstała.

– W takim razie przynajmniej zostań tutaj i czuwaj nad nim, a ja pobiegnę po lekarza. Jak wiesz, jestem od ciebie szybsza.

Elsie i na to nie mogła się zdobyć.

– Zostańcie przy nim, panienko! Ja pobiegnę po lekarza.

Nim Lora zdążyła coś powiedzieć, Elsie szybko się odwróciła i zniknęła między drzewami. Lora zacisnęła z bólu zęby.

Ponieważ doktor Mütze mieszkał w Heiligenbeilu, miejscowości odległej o prawie dwie pruskie mile, mijały godziny, a Lora siedziała obok dziadka i nie miała odwagi się ruszyć. Czy Bóg naprawdę jest taki okrutny, że zabierze jej ostatniego człowieka, któremu na niej zależało? Czy nie zadał jej minionej nocy tak wielkiego cierpienia, że większego już nie da rady znieść? Płakała i pragnęła, żeby to wszystko okazało się tylko złym snem, z którego niebawem się przebudzi. Ale nieprzytomny mężczyzna i twarda ziemia w miejscu, gdzie klęczała, świadczyły aż nadto dobitnie, że to wszystko jest rzeczywistością.

Gdy już utraciła wiarę w to, że nadejdzie pomoc, usłyszała tętent końskich kopyt i głos lekarza wzywającego woźnicę, by jechał szybciej. Wkrótce potem na plac przed domkiem myśliwskim zajechał powóz. Lora zobaczyła, że konie mają spienione pyski.

Doktor Mütze wyskoczył z powozu, podbiegł do chorego i zaczął go badać. Gdy podniósł wzrok, na jego szczupłej twarzy malowała się powaga.

– Przykro mi, moje dziecko, ale nie wygląda to dobrze. Twój dziadek miał atak apopleksji. Musimy spodziewać się najgorszego.

Lekarz chętnie przekazałby Lorze bardziej optymistyczną wiadomość, ale dziewczyna w ciągu ostatniej doby tyle wycierpiała, że nie chciał jej robić niepotrzebnych nadziei, które najprawdopodobniej okażą się płonne.

– Przywiąż gdzieś konie i pomóż mi przenieść pana von Trettina do domu – nakazał woźnicy.

Mężczyzna był przyzwyczajony asystować swemu panu i natychmiast pospieszył z pomocą. Razem przenieśli nieprzytomnego staruszka do sypialni i położyli go na łóżku.

– Przynieś świeżą koszulę nocną, a potem zaczekaj za drzwiami – poinstruował doktor Lorę.

Pobiegła do szafy z bielizną, wyjęła jedną z koszul nocnych, na których wyhaftowana była korona rangowa przysługująca freiherrom, a potem pobiegła do kuchni, gdzie blada Elsie siedziała przy stole i lamentowała.

– Jeśli pan umrze – szlochała – to co pocznę? W pałacu na pewno nie dadzą mi pracy, nowa pani już to zapowiedziała. Będę musiała pójść do miasta i…

Urwała i popatrzyła na Lorę z takim wyrzutem, jakby to ona była wszystkiemu winna.

– Dziadek nie umrze – uniosła się Lora.

Służąca machnęła pogardliwie ręką i zaczęła biadolić na nowo.

Minęła dłuższa chwila, nim w końcu doktor wyszedł z sypialni.

– Twój dziadek – zwrócił się do Lory, kręcąc głową, jakby sam nie mógł uwierzyć w to, co widział – jest wytrzymalszy niż kot. Ma chyba dziewięć żywotów. Przedtem nie postawiłbym nawet halerza, że uda mu się z tego wyjść, ale teraz odzyskał świadomość i grozi mi, bo chcę mu dać zastrzyk.

– Dziadek wyzdrowiał?

Lora zerwała się na równe nogi i chciała pobiec do starszego pana, ale doktor Mütze chwycił ją za ramię i przytrzymał.

– Powiedziałem, że odzyskał świadomość. Prawdopodobnie nigdy już nie wróci do zdrowia, chociaż w jego przypadku wszystko jest możliwe.

Lekarz, wciąż jeszcze zdumiony tym, że pacjent odzyskał przytomność, poprosił Lorę o ciepłą wodę do umycia rąk i ręcznik.

– Mogę do niego zajrzeć? – zapytała dziewczyna.

Doktor Mütze pokręcił głową.

– Lepiej zaczekaj, aż skończę. Proszę, spróbuj się uspokoić. Dostał ataku apopleksji i zapewne nie odzyska władzy w nogach. Lewą część ciała ma sparaliżowaną. Nie przestrasz się na widok jego twarzy, która może ci się wydać groteskową maską. – Potem położył dłoń na jej ramieniu i uśmiechnął się smutno. – Bardzo mi przykro, Loro, z powodu tego, co się stało z twoją rodziną. Obejrzeliśmy spalony dom i znaleźliśmy ciała. Łudziłem się, że ktoś w porę wybiegł na zewnątrz i w szoku błądzi po lesie, ale moja nadzieja okazała się jednak płonna.

Lora załamała ręce. Próbowała powstrzymać cisnące się jej do oczu łzy. W głębi serca czuła, że wszyscy zginęli. Jednocześnie miała wrażenie, że ze strachu o dziadka jej ból z powodu utraty rodziny zszedł na dalszy plan. Nie mogła się gdzieś zaszyć i rozpaczać za bliskimi. Zamiast tego będzie teraz musiała dniem i nocą zajmować się chorym. Jeśli dziadek umrze, nie będzie miała już nikogo na świecie, kto by ją kochał i chronił przed krewnym z pałacu.

– Głowa do góry, dziecko! Dla ciebie też kiedyś znowu zaświeci słońce – powiedział doktor Mütze, poklepał ją pocieszająco po plecach i wrócił do pacjenta.

Wolfhard von Trettin oparł prawą rękę na drewnianej gałce przy tylnej części łóżka i próbował się podnieść, chociaż lewa połowa ciała odmawiała mu posłuszeństwa.

– Nie wygłupiaj się, Nikas! Chcesz koniecznie jeszcze dziś wyciąg­nąć nogi? – zbeształ go lekarz.

Stary Trettin, którego przyjaciele nazywali Nikasem, ponieważ na drugie imię miał Nikolaus, pokręcił z trudem głową.

– Nie wolno mi umrzeć, nie teraz!

Słowa zabrzmiały wprawdzie niewyraźnie, ale ku swojemu zdumieniu lekarz zdołał je zrozumieć. Doskonale wiedział, co gnębi pacjenta, nie chciał z nim jednak wchodzić w dyskusję, lecz pomógł mu ułożyć się jak najwygodniej.

– Zrobię ci teraz zastrzyk. Po nim uśniesz i jeśli Bóg da, obudzisz się w lepszym stanie – oznajmił, wyjmując z walizeczki strzykawkę i napełniając ją jakimś płynem.

Trettin wyciągnął w kierunku lekarza sprawną prawą rękę. A ponieważ ten stał po jego lewej stronie, nie mógł go dosięgnąć. Prawie nadludzkim wysiłkiem choremu udało się w końcu wczepić palce w rękaw lekarza.

– Muszę z tobą porozmawiać, stary łapiduchu! Potem, jak zechcesz, będziesz mógł mnie uśpić. Ale najpierw posłuchaj, co chcę ci powiedzieć.

Nalegał tak usilnie, że doktor Mütze znieruchomiał, przerywając szykowanie zastrzyku.

– No dobrze, Nikas, dam ci kilka minut. Ale potem będziesz grzecznym chłopcem i bez marudzenia pozwolisz się ukłuć.

– Obiecuję! – Wolfhard von Trettin kiwnął głową i przyciągnął lekarza bliżej siebie. – To, co się przydarzyło mojej córce i rodzinie, nie było tylko złym snem, prawda?

Przejęty tragedią lekarz spuścił głowę.

– Niestety nie! Dzisiaj rano znaleźliśmy całą piątkę. Pastor załatwi trumny i zatroszczy się o należyty pochówek.

– Pastor? – Zdrowa połówka twarzy starszego pana wykrzywiła się gniewnie. – To przez tego szubrawca tutaj teraz leżę! Miał czelność powiedzieć mi prosto w oczy, że śmierć Leonory jest karą za moje grzechy i że powinienem się pogodzić z Ottokarem, chociaż ma on ich wszystkich na sumieniu.

– Słyszałem plotkę, że przejeżdżał obok płonącego domu i się nie zatrzymał. Pastor zabronił komukolwiek o tym wspominać. Powiedział, że pan Ottokar nie mógł być we wsi, bo pojechał do Królewca.

Doktor Mütze chciał jeszcze coś powiedzieć, ale chory przerwał mu, wydając z siebie gniewny pomruk.

– Ottokar musiał jechać przez wieś, bo był u mnie z wizytą. Pokłóciliśmy się jak zawsze i z zemsty nie ruszył ręką, żeby ratować moją córkę.

Lekarz spojrzał na przyjaciela z przerażeniem.

– To byłaby… to jest niegodziwość!

– Tak samo niegodziwe są twierdzenia pastora, który w ten sposób sam siebie czyni jego wspólnikiem! Nie chcę, żeby ten szubrawiec chował moich najbliższych! – wykrztusił zdenerwowany chory.

– Nie zdołasz mu w tym przeszkodzić. Na Boga, będziesz mógł mówić o szczęściu, jeśli za kilka tygodni dasz radę usiedzieć w wózku inwalidzkim i z tarasu oglądać zachód słońca.

Lekarz położył choremu dłoń na ramieniu, a w drugą rękę wziął strzykawkę.

Wolfhard von Trettin zamknął zdrowe oko i jęknął boleśnie.

– Niechże więc pochowa moją córkę, ale nie mnie, przysięgam! Prędzej wyprę się wiary.

– Nie możesz tego zrobić! Musisz myśleć o Lorze. Co za życie miałaby bez Boga?

– Masz rację! Muszę myśleć o Lorze. Boże, daj mi dość czasu, bym mógł zrobić to, co trzeba. Będziesz musiał mi pomóc, rozumiesz? Dziewczyna nie może trafić pod kuratelę Ottokara. Jego małżonka uczyniłaby z niej służącą. Lora jest moją wnuczką i ma prawo być odpowiednio traktowana. Obiecaj, że mi pomożesz.

– Pomogę – obiecał lekarz i przystawił do ręki Wolfharda strzykawkę.

Gdy wciskał powoli tłok, na twarzy pacjenta pojawił się gorzki uśmiech.

– Wywiedziemy Ottokara w pole, stary przyjacielu! Nie dostanie nagrody za śmierć mojej córki i wnucząt. Przysięgam!

Potem Wolfhard von Trettin popatrzył w zamyśleniu na lekarza i gdy otumaniający środek zaczął już działać, wypowiedział ostatnią prośbę:

– Nikt jednak nie może dowiedzieć się o moich planach, rozumiesz?

– Będę milczał – odpowiedział lekarz zdziwiony energią, którą przejawił chory.

Zarazem doskonale zdawał sobie sprawę, że musi zrobić wszystko, by pacjent się nie denerwował.

VI

Ottokar von Trettin opuścił pałac jeszcze tej samej nieszczęsnej nocy, żeby jak powiedział, wziąć udział w spotkaniu Towarzystwa Ziemiańskiego w Królewcu. Ale to, co się stało, nie dawało mu spokoju. Gdy po ponad dwóch tygodniach powrócił do Trettina, jego cera miała ziemisty wygląd, a oczy biegały mu niespokojnie.

Jego żona Malwina, szczupła istota średniego wzrostu, o niegdyś dość ładnych, ale teraz zbyt ostrych rysach twarzy, spojrzała na niego drwiąco.

– Wyglądasz jak uosobienie wyrzutów sumienia, mój drogi Ottokarze. Czy w Królewcu robiłeś rzeczy, o których byłoby lepiej, żebym nie wiedziała?

– Ależ oczywiście, że nie! – zdenerwował się Ottokar. – Chodzi o mojego stryja. Ziemianie, z którymi spotkałem się w Królewcu, dali mi wyraźnie do zrozumienia, że wytaczając przeciwko niemu kolejny proces, tylko bym ich do siebie zraził. Powiedzieli, że stryj został już wystarczająco ukarany, tracąc majątek i córkę.

– Zapominasz o ataku apopleksji, którego dostał w dniu twego wyjazdu – odpowiedziała kobieta, uśmiechając się z zadowoleniem.

Ottokar spojrzał na nią zaskoczony.

– A więc to prawda! – Pokiwał głową. – Wprawdzie o tym słyszałem, ale myślałem, że to tylko czcza gadanina.

– To fakt, twój wuj jest obłożnie chory i pewnie już nie wstanie z łóżka.

I choć głos Malwiny brzmiał prawie wesoło, jej mąż ze złości podniósł zaciśniętą w pięść dłoń.

– Skoro jest tak chory, jak twierdzisz, to i tak nie mogę go pozwać. W naszych kręgach krzywo by na to patrzono. Poza tym nawet nie wiemy, czy ten stary cap w ogóle jeszcze posiada pieniądze, które uszczknął z naszego majątku. Mogły się przecież spalić wraz z domem jego córki.

Malwina spojrzała na niego sceptycznie, jakby miała wątpliwości co do jego rozumu.

– Powinieneś lepiej znać stryja. On przecież, póki żyw, nie odda ani talara. Poza tym to człowiek starej daty. Na pewno nie ulokował pieniędzy w akcjach czy papierach wartościowych, lecz w złocie. W gruzach spalonego domu nie znaleziono jednak żadnego złota.

Ottokar von Trettin odetchnął.

– W takim razie jest jeszcze nadzieja, że uda się odzyskać pieniądze, które nieprawnie zagarnął. Ten stary łotr w ciągu tylu lat musiał odłożyć tysiące talarów. Ogarnia mnie szał, gdy tylko o tym pomyślę.

– A mnie ogarnia szał, gdy widzę, jaki jesteś małostkowy! – zawołała jego rozeźlona małżonka. – Gdybyś nie odjechał tak nagle ze strachu, że ktoś skojarzy cię z pożarem, mógłbyś w urzędach załatwić, żeby to ciebie ustanowiono opiekunem Lory.

– A na co mi to? – burknął ponuro Ottokar.

Twarz jego żony wykrzywiła się w grymasie pogardy.

– Jesteś głupszy, niż myślałam! Po śmierci matki i rodzeństwa Lora jest jedyną spadkobierczynią starego Wolfharda. Dlatego to jej będzie chciał przekazać zawłaszczone pieniądze.

Na te słowa Ottokar von Trettin odetchnął z ulgą.

– Masz rację, moja droga. Ten nieszczęsny wypadek obrócił całą sytuację na naszą korzyść. Teraz musimy tylko mieć oko na Lorę.

– Czy to faktycznie był wypadek? Twój stangret ostatnio wspomniał coś takiego… Lepiej, żeby ludzie tego nie wiedzieli – powiedziała Malwina, patrząc bacznie na męża.

– Florin jest głupcem! To był wypadek – odpowiedział Ottokar zanadto podniesionym głosem.

Kobieta wzruszyła tylko ramionami.

– W takim razie przypilnuj, żeby trzymał gębę na kłódkę. Niech nie gada rzeczy, które mogą cię postawić w złym świetle.

Freiherr skinął tylko głową, zastanawiając się, w jaki sposób miałby uciszyć stangreta: groźbą czy pieniędzmi. Jego żona miała tymczasem myśli zaprzątnięte całkiem innymi rzeczami.

– Musiałeś się przed sądem zobowiązać, że będziesz płacił stryjowi kwartalnie określoną sumę na utrzymanie. Jeśli mu nie zapłacisz, staruch będzie musiał sięgnąć po swoje oszczędności, a my mamy dość przyjaciół, którzy nas poinformują, jeśli będzie chciał sprzedać w banku papiery wartościowe albo upłynnić sztabki złota.

– A jeśli z powodu pieniędzy to on pozwie nas do sądu? – zapytał Ottokar.

Jego żona westchnęła, jakby ostatecznie straciła cierpliwość.

– W stanie, w jakim się znajduje, nikogo już nie pozwie!

VII

Opiekując się dziadkiem, Lora nie miała czasu na pielęgnowanie w sobie smutku po stracie rodziców i rodzeństwa. Staruszek narzekał na swój los i przeklinał Boga za nieszczęście, które go spotkało. Czasami leżał godzinami w łóżku, nic nie mówiąc, i wpatrywał się w drewniany sufit pokoju, potem poganiał wnuczkę i służącą, wydając im sprzeczne polecenia, tak że ledwo mogły spocząć.

Tego dnia był szczególnie nieznośny, dlatego Elsie dała drapaka zaraz po szybkim obiedzie, zjedzonym na stojąco. Oczywiście nie skończyła nawet zajęcia, które jej powierzono. Niedługo potem Lora wyjrzała przez okno i dostrzegła, że od strony wsi zbliża się jakiś pieszy.

Kto to może być? pomyślała.

Doktor Mütze przyjeżdżał zawsze powozem, a Korda, który regularnie odwiedzał swojego byłego pana, poznałaby z daleka. Ale ponieważ droga prowadziła prosto do ich chaty, to ów obcy człowiek bez wątpienia zamierzał do nich zajrzeć.

– Panie dziadku – zawołała do chorego – zaraz będziecie mieli gościa!

– Jeśli to pastor, to powiedz mu, żeby poszedł do diabła! – burknął starzec.

Lora położyła uszy po sobie i nie śmiała nic odpowiedzieć.

– Idź już i zobacz, kto to taki – dodał ponuro dziadek.

Dziewczyna posłusznie podeszła do drzwi wejściowych i wyjrzała przez nie na zewnątrz. Wędrowiec był już na tyle blisko, że rozpoznała go bez problemu.

– Wuj Fridolin! Co za niespodzianka!

Wybiegła młodemu mężczyźnie naprzeciw i chwyciła go za dłonie.

Fridolin von Trettin zatrzymał się i spojrzał na nią zdumiony. Pamiętał Lorę jako chudego, ruchliwego podlotka z długimi jasnymi warkoczami. Wprawdzie nadal była uczesana w warkocze, ale jej włosy połyskiwały teraz jak pole dojrzałej pszenicy. W dalszym ciągu robiła wrażenie bardzo szczupłej, ale to z powodu wzrostu. Sięgała mu teraz do nosa, a nie był bynajmniej niskim mężczyzną. Łagodne krągłości zdradzały jej budzącą się kobiecość, a twarz dziewczyny mimo smutku w wielkich brązowych oczach była miła i piękna.

Dziewczęta z lupanaru Hedy na pewno mogłyby pozazdrościć jej wyglądu i naturalnej elegancji – przeleciało mu przez myśl.

– Czy to naprawdę ty, Loro? Na Boga, jak szybko mija czas! Wyrosłaś na prawdziwą damę.

– Mam już piętnaście lat – odpowiedziała Lora, przyglądając się z zaciekawieniem ubranemu z wyszukaną elegancją krewnemu.

Fridolin miał na sobie lekki jasnoszary surdut, spodnie z identycznego materiału i cylinder w takim samym kolorze. Falbaniasta koszula połyskiwała w słońcu, a w fantazyjnie zawiązanym krawacie tkwiła złota szpilka.

Dostrzegł jej pełne podziwu spojrzenie i uśmiechnął się smutno.

– Właściwie powinienem przybrać żałobę, ale nie posiadam czarnego garnituru, a krawiec nie chciał mi udzielić kredytu.

Roześmiał się, jakby właśnie powiedział przedni dowcip, ale szybko z powrotem spoważniał i położył dłoń na ramieniu Lory.

– Wyrazy współczucia, maleńka. Na pewno bardzo przeżyłaś utratę rodziców. A do tego jeszcze stryj zachorował! Jak się teraz czuje?

– Lepiej, niż się tego spodziewał lekarz! Ale jest sparaliżowany i nie może opuszczać łoża – odpowiedziała Lora z troską w głosie.

– A kto się nim zajmuje? – pytał dalej Fridolin.

– Ja i Elsie. To znaczy, najczęściej ja.

– Elsie? Czy to nie ta służąca, która podczas mojej ostatniej wizyty w Trettinie zniszczyła mi mankiety?

Fridolin wzdrygnął się na to wspomnienie, a następnie poprosił Lorę, żeby zaprowadziła go do starszego pana.

Lora ruszyła przodem, otworzyła drzwi do pokoju chorego, a sama pospieszyła do kuchni, żeby przygotować jakąś przekąskę dla wuja.

Wolfhard von Trettin czekał już niecierpliwie na gościa. Zobaczywszy syna swego najmłodszego brata, uśmiechnął się.

– Na Boga, Fridolinie! Jakie wiatry przygnały cię tu, do Prus Wschodnich?

– Najpierw chciałbym się z wami przywitać, drogi stryju. A wracając do waszego pytania, byłbym chyba wyrodnym krewnym, gdybym nie przyjechał tu na wieść o śmierci Leonory i waszej chorobie.

Fridolin wziął krzesło z kąta pokoju, postawił obok łóżka i usiadł. Patrząc na stryja, nie potrafił ukryć szoku. Gdy ostatnio był w Trettinie, stary freiherr zarządzał majątkiem i prezentował się zdrowo i silnie jak dąb. Teraz przypominał cień samego siebie.

Młody mężczyzna chwycił spontanicznie dłonie starca.

– Czy mam wyzwać Ottokara na pojedynek i rozpłatać mu pierś, stryju?

Wolfhard von Trettin po raz pierwszy od wielu tygodni roześmiał się serdecznie.

– Zrobiłbyś to, Fridolinie, prawda? Ale na nic by się to nie zdało, bo żona Ottokara, która udaje wielką damę, a pochodzi z plebejskiej rodziny Lanitzkich, nadal siedziałaby na włościach wraz ze swoim pomiotem. Na Boga, czemu to nie ty jesteś synem mojego średniego brata? Wtedy do tego wszystkiego by nie doszło.

– Wtedy, stryju, jeszcze częściej prosiłbym was o wsparcie finansowe – zażartował młodzieniec.

Stary sapnął, ponieważ śmiech przychodził mu z trudem.

– Już bym ci pokazał, gdzie raki zimują. Oj, zmieniłbyś tryb życia. Ale powiedz, co u ciebie?

Po twarzy Fridolina przemknął cień.

– Jak widzicie po moim garniturze, który zupełnie nie pasuje do domu pogrążonego w żałobie, znów jestem goły. Na podróż tutaj wydałem ostatnie talary. Dlatego z Heiligenbeilu do Bladiau przyjechałem na chłopskim wozie z warzywami, a ostatni kawałek drogi przeszedłem pieszo.

– Chciałbym dać ci choć kilka talarów, ale Ottokar nie przekazuje mi pieniędzy, które powinien płacić zgodnie z wyrokiem sądu. Chyba łotr chce, bym jak najszybciej znalazł się w ziemi.

Wolfhard von Trettin spojrzał chmurnie w kierunku, gdzie znajdowały się jego dawne włości, i zacisnął dłoń w pięść.

Humor szybko mu się jednak poprawił. Mrugnął do bratanka prawym okiem.

– Tak łatwo się nie poddam. Muszę jeszcze załatwić jedną sprawę, potem mogę zrejterować. Lora nie może wpaść w ręce Ottokara i Malwiny. Ci dwoje odebraliby jej tych kilka fenigów, które mogę jej po sobie pozostawić, i uczyniliby z niej bezpłatną służącą.

– Chętnie bym wam pomógł, ale nie wiem nawet, czy jeszcze będę miał dach nad głową, gdy wrócę do Berlina, czy może gospodyni już mi wystawiła kufry za drzwi.

Fridolin wzruszył ramionami i odepchnął od siebie tę nieprzyjemną myśl, podczas gdy stryj patrzył na niego z lekką drwiną.

– Co by się stało, gdybyś spróbował znaleźć sobie jakieś odpowiednie źródło przychodów?

Fridolin uniósł ręce w komicznym geście rozpaczy.

– Chętnie bym to zrobił, ale nie nadaję się nawet na oficera. Poza tym nie mam pieniędzy, żeby wstąpić do odpowiedniego regimentu. Uprawa roli też nie jest dla mnie, nie mam ani własnej ziemi, ani ochoty przez cały dzień siedzieć w siodle i rugać spoconych parobków i dziewki. Jedno zajęcie mi tylko odpowiada. Ale nie mam ani odpowiednich koneksji, ani odpowiednich listów polecających.

– Co to takiego? – zapytał starzec.

– Pieniądze! Zapewne nie uwierzycie, ale wyśmienicie potrafię operować pieniędzmi, póki nie należą one do mnie. Ostatnio urzędnicy przyczepili się do pewnej znajomej za to, że się uchylała od płacenia podatków. Doprowadziłem do porządku jej księgi rachunkowe, a do tego wygospodarowałem zysk w wysokości prawie tysiąca talarów.

Starzec spojrzał na niego ze zdumieniem.

– Dlaczego zatem nie prowadzisz tych ksiąg dalej?

– Moja znajoma jest właścicielką, jak by to oględnie powiedzieć, pewnego niezbyt szacownego przybytku. Utraciłbym resztkę reputacji, gdybym jawnie dla niej pracował. – Fridolin westchnął i zamilkł, po czym pokręcił głową i dodał: – Stryju, nie wiecie nawet, jak bardzo nazwisko von Trettin ogranicza człowieka. Moja pozycja pozwala mi wydawać pieniądze w burdelu, ale nie pozwala w burdelu zarabiać. Ponieważ zamknięta jest przede mną większość mieszczańskich zawodów, zastanawiałem się, czy nie powinienem może wyjechać do Ameryki i tam spróbować szczęścia. Ale nie mam nawet dość pieniędzy, by wykupić miejsce na międzypokładzie, nie mówiąc już o kapitale, który pozwoliłby mi tam zacząć nowe życie.

Wolfhard von Trettin machnął niecierpliwie ręką.

– Czegóż miałbyś szukać w Ameryce? Jeszcze te dzikusy by cię tam zabiły.

Bratanek pokręcił energicznie głową.

– Te czasy dawno już minęły. Na wschodnim wybrzeżu Ameryki, ale też w głębi kontynentu, są miasta, które w niczym nie ustępują Królewcowi, czy nawet Berlinowi. Wielu emigrantom się tam poszczęściło. Ale jako von Trettin nie dostałem odpowiedniego wychowania, aby zaczynać tam karierę od pomywacza.

– Ameryka? Co za bzdura! – Starzec sapnął i spojrzał z niezadowoleniem na bratanka. – A więc prowadziłeś księgi burdelmamie? Mój Boże, jesteś gorszy nawet ode mnie, a to mnie, gdy byłem w twoim wieku, nazywano szalonym Nikasem.

Starszy pan na moment zatopił się we wspomnieniach, po czym opowiedział Fridolinowi kilka anegdotek z dawno minionych czasów. Obaj serdecznie się uśmiali z tych historyjek. W końcu starzec znów spoważniał i położył młodzieńcowi rękę na ramieniu.

– Mógłbyś wyświadczyć mi przysługę, Fridolinie?

– Każdą, o ile nie chodzi o pieniądze – odpowiedział bratanek pogodnym tonem.

– Nie chcę, żeby mnie chował ten luterański klecha, który się zhańbił, błogosławiąc Ottokara, gdy ten zajął Trettin. Ale ze względu na Lorę nie mogę się całkiem wyrzec chrześcijaństwa. Dlatego chciałbym, żebyś udał się do jakiegoś katolickiego katabasa, pierwszego lepszego, jakiego napotkasz na swej drodze, i żebyś przysłał go do mnie.

Fridolin zerwał się z krzesła i spojrzał na stryja z osłupieniem.

– Chcecie przejść na katolicyzm? I to teraz?

– To nie jest kwestia chcenia. Muszę! Poza tym pragnę z niebios, albo nawet z piekła, wszystko mi jedno, zobaczyć, jaką minę zrobi tutejszy pastor, gdy to konkurent będzie grzebał byłego pana na Trettinie.

Fridolin jęknął żałośnie.

– Ottokar pęknie, gdy się o tym dowie. Wielu znajomych ma mu za złe spory z wami o ziemię, niejeden zatem uzna, że odeszliście od wiary przez niego.

Starzec się roześmiał.

– Już choćby dlatego chcę to zrobić. A teraz jeszcze jedna rzecz: możesz mi podać z szafki tę grubą książkę w porysowanej okładce ze świńskiej skóry?

– Oczywiście.

Fridolin podszedł do regału. Musiał stanąć na palcach, żeby móc uchwycić grube tomisko. Z ciekawością otworzył księgę i popatrzył na nieczytelne odręczne pismo.

– Co to takiego? – zapytał zdziwiony.

– Kodeks rodu von Trettinów. Ponieważ Bóg w swej łasce, jak by powiedział pastor, dał mi jeszcze trochę czasu, chcę go wykorzystać, by odnaleźć w tej księdze coś, dzięki czemu mógłbym Ottokarowi pokrzyżować w jakiś sposób szyki.

Starzec poprosił bratanka o położenie księgi na małej szafce z ciemnego drewna, do której mógł sięgnąć prawą ręką. Potem zawołał Lorę.

– Dziewczyno, czy nie przyszło ci do głowy, że nasz gość może być głodny?

Lora przymknęła za sobą drzwi i skinęła głową.

– Ależ pomyślałam o tym, panie dziadku. Już wszystko stoi przygotowane dla pana Fridolina.

– Pana Fridolina? Wcześniej nazywałaś mnie Fridem, smarkulo – przypomniał jej młodzieniec, uśmiechając się życzliwie.

Starzec machnął ręką, jakby chciał przepędzić muchy.

– Zaprowadź Fridolina do kuchni, Loro. Niestety, w tym domu nie mamy jadalni.

Dziewczę dygnęło i zwróciło się do Fridolina:

– Czy zechciałbyś udać się ze mną do kuchni, Frido?

– Ależ oczywiście. Przechadzka przez las faktycznie zaostrzyła mi apetyt.

Gdy Lora i Fridolin odeszli, stary pan von Trettin otworzył kodeks rodzinny. Miał ograniczony zakres ruchów, więc radził sobie z trudem, ale z żelazną konsekwencją studiował księgę, ponieważ zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie groziło jego wnuczce ze strony Ottokara von Trettina. Chciał uczynić wszystko, co tylko możliwe, by ochronić ją przed tym człowiekiem.

VIII

Lora wstydziła się skromnej strawy, którą zmuszona była podać Fridolinowi. Przepraszała go więc za to wylewnie.

– Wuj Ottokar nie płaci już dziadkowi, a na dodatek zabronił sklepikarzom we wsi dawać nam cokolwiek na kredyt.

– Naprawdę powinienem wyzwać go na pojedynek – stwierdził Fridolin, chociaż wiedział, że to w żaden sposób nie zmieniłoby sytuacji mieszkańców domku myśliwskiego. Ponieważ był bardzo głodny, z apetytem zjadł ciemny chleb i wieprzową galaretę, po czym pochwalił Lorę: – Przepyszne, czegoś równie dobrego nie jadłem nawet w pałacu w Trettinie.

Lora spuściła głowę.

– Tylko tak mówisz.

– Nie, wcale nie! Galareta jest jedną z moich ulubionych potraw, a rzadko zdarzało mi się jeść taką dobrą jak ta. Czy to ty ją zrobiłaś?

Stremowana Lora skinęła głową.

– Tak, są rzeczy, które wolę zrobić sama, niż powierzać je Elsie.

– I słusznie! – Fridolin wsadził sobie z rozkoszą następny kęs do ust.

Na moment rozmowa ucichła. Fridolin opróżnił talerz, odłożył sztućce na bok i popatrzył z powagą na Lorę.

– Kiepsko ci się wiedzie, co? – powiedział. – Nie mam na myśli tylko pieniędzy, ale też tragedię, która przydarzyła się twojej rodzinie. Bardzo lubiłem Leonorę i jej męża, i oczywiście twoich braci i siostrę też. Jak człowiek pomyśli, co ich spotkało, może stracić wiarę w Boga i w świat!

Dziewczyna poczęła wyłamywać sobie palce.

– Jest mi naprawdę ciężko. Z tego wszystkiego nie mam nawet sił, by opłakiwać moich bliskich. Muszę pilnować, żebyśmy jakoś wiązali koniec z końcem. Na szczęście doktor Mütze nie bierze pieniędzy za leczenie dziadka, a do tego daje jeszcze nieodpłatnie lekarstwa. Gdyby nie to, byłoby znacznie gorzej.

– Znam tego lekarza. Jest dobrym przyjacielem stryja i z pewnością nie będzie mu żal tych kilku talarów. Ale co z tobą? Sukienka, którą masz na sobie, wygląda fatalnie.

Lora musiała się powstrzymywać, żeby na słowa Fridolina nie wybuchnąć płaczem.

– Wszystkie moje sukienki prócz tej, którą miałam wtedy na sobie, się spaliły. Ale w czasie żałoby nie wypada nosić jasnej sukni z koronkami. A poza tym nie nadawałaby się ona do pracy w domu. Dlatego Kord podarował mi sukienkę po swej zmarłej żonie. Porozcinałam materiał, odwróciłam na drugą stronę i dopasowałam do mojej figury. Sądzę, że wyszło mi całkiem nieźle.

Fridolin przyjrzał się sukni dokładniej i skinął głową.

– Jak na używaną i poprzerabianą sukienkę wygląda naprawdę znośnie. Myślałem, że jest nowa. Najwidoczniej odziedziczyłaś po matce talent do szycia. Pamiętam, jak nieraz cerowała mi spodnie i kaftaniki, gdy jako dziecko bywałem wraz z rodzicami w pałacu!

Fridolin zamyślił się na moment, wspominając tamte czasy, kiedy życie było o wiele łatwiejsze – i dla starszego pana, i dla niego samego. Szybko jednak powrócił do ponurej rzeczywistości. Bieda panująca w domku mocno nim wstrząsnęła. Znowu przeklął w duchu kuzyna, który rozsiadł się dumnie na włościach i bez trudu mógłby pomóc Lorze i stryjowi. Dziewczynie na pewno trudno jest żyć w tak nędznych warunkach, zwłaszcza teraz, po śmierci rodziców. Kierowany impulsem sięgnął po sakiewkę i wyciągnął z niej błyszczącego kuranta; moneta wyglądała jak nowa, chociaż nosił ją przy sobie jako amulet już od ponad pięciu lat. Do tej pory jakoś nie potrafił jej wydać, ale teraz włożył ją w dłoń Lory.

– Proszę, to dla ciebie! Musisz mi jednak obiecać, że wydasz to tylko na siebie. Przyrzekasz?

Lora popatrzyła na pieniądz wielkimi oczami. Jeszcze nigdy w życiu nie miała w rękach monety o takiej wartości, dlatego nie chciała jej przyjąć.

– Ależ Fridolinie, na pewno sam potrzebujesz pieniędzy – zaprotestowała.

Chociaż faktycznie tak było, Fridolin machnął tylko z uśmiechem ręką.

– Nie jest jeszcze ze mną tak źle.

W drodze powrotnej zamierzał w Heiligenbeilu albo Elblągu zastawić szpilkę do krawata, aby nie musieć pościć aż do Berlina. Mimo to ten mały gest współczucia wydał mu się zawstydzająco skromny.

IX

Fridolin bawił w domku myśliwskim przez trzy dni. I chociaż jego obecność dobrze wpływała na samopoczucie starszego pana, Lora stanęła wkrótce przed problemem, co ma zaserwować do jedzenia. Na dodatek Elsie wciąż narzekała, bo był początek miesiąca, a ona już drugi raz nie otrzymała wynagrodzenia. Lora tak się w końcu zdenerwowała, że poradziła marudnej dziewczynie, by ta wypowiedziała służbę i odeszła. Wprawdzie wtedy więcej roboty spad­łoby na Lorę, ale przynajmniej nie traciłaby tylu nerwów. Niestety, Elsie zdecydowała się jednak zostać. Nadal marudziła i obijała się jeszcze bardziej niż przedtem. Robiła słodkie oczy do Fridolina, bo spodziewała się, że dostanie od niego jakieś pieniądze. Dawała mu do zrozumienia, że nie miałaby nic przeciwko temu, by zabrał ją na spacer w jakiś cichy leśny zakątek. Fridolin został jednak w Berlinie sowicie nagrodzony przez wdzięczną burdelmamę i jej dziewczęta, dlatego nie wykazywał zainteresowania tą wiejską niezgułą, zwłaszcza że miał pustą sakiewkę.

W dzień odjazdu spożył wczesnym rankiem skromne śniadanie składające się z kawy z prażonych buraków, ciemnego chleba i konfitury z pigwy, a potem wszedł do pokoju starszego pana, żeby się z nim pożegnać.

Wolfhard von Trettin popatrzył z dumą na swego bratanka i pożałował, że ze względu na okoliczności nic nie może uczynić dla tego młodego mężczyzny. Chcąc pozbyć się Ottokara z majątku, rozważał nawet wydanie Lory za Fridolina. Dziewczyna skończy w kwietniu przyszłego roku szesnaście lat i tym samym będzie już mogła wyjść za mąż. Ale choć zasady dziedziczenia majątku zawierały po części dziwne klauzule, to nie pozwalały, by ordynat obszedł właściwego spadkobiercę, aranżując małżeństwo wnuczki z krewnym niższego stopnia.

Niechętnie wypuszczał bratanka. Docinał mu niezadowolony:

– I co? Zamierzasz odwiedzić też Ottokara?

Fridolin pokręcił ze śmiechem głową.

– Nie, z pewnością nie, stryju. Malwina i tak by mnie nie puściła nawet przez próg, bo uważa mnie za syna szatana i boi się, że mógłbym zarazić zepsuciem jej dzieci, a może nawet jej drętwego męża.

Odpowiedź przypadła Wolfhardowi von Trettinowi do gustu. Jego posępna twarz się wypogodziła i poklepał Fridolina po ramieniu.

– Masz rację, omijając Trettin. To już nie jest miejsce dla takiego radosnego chłopca jak ty. Ale nie chcę cię dłużej zatrzymywać. Droga do wsi jest długa, a nie możesz się spóźnić, bo chłop pojedzie z warzywami do Heiligenbeilu, a ty będziesz musiał iść pieszo na dworzec.

– Poradziłbym sobie – odpowiedział Fridolin pogodnie.

Podał dłoń starszemu panu, który uścisnął ją niespodziewanie mocno.

– Kto wie, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy, Fridolinie. Nie zapomnij, o co cię prosiłem. Bo jeśli me truchło stanie się łupem tutejszego pastora, będę cię przeklinać z samego piekła.

– A więc mówiliście na poważnie o przejściu na inną wiarę?

Staruszek skinął ponuro głową.

– Tak poważnie, jak rzadko kiedy w moim życiu! To może będzie ostatni figiel, jaki spłatam Ottokarowi. A teraz bywaj z Bogiem!

– Do widzenia, stryju.

Fridolin opuścił pokój, w którym zdawało mu się, że wyczuwa bliskość śmierci. Pożegnał się potem serdecznie z Lorą i powędrował w kierunku wsi.

Lora jeszcze długo patrzyła za swym krewnym i skarżyła się Bogu, że ten spadkobiercą dziadka uczynił Ottokara, a nie wesołego, miłego Fridolina. Nie miała jednak czasu długo się nad tym zastanawiać, bo z otwartego okna rozległ się głośny i gniewny głos Wolfharda:

– Loro, gdzie jesteś? Poduszka mnie uwiera.

Pobiegła do sypialni i poprawiła poduszkę. Mężczyzna chwycił ją nagle za nadgarstek.

– Czy doktor Mütze zamierza dzisiaj przyjechać? Jest przecież czwartek.

Lora pokiwała głową.

– Faktycznie, dzisiaj jest czwartek, panie dziadku. Ale dzisiaj doktor Mütze nie może przyjechać. Przecież ostatnio powiedział, że w tym tygodniu nie będzie pracował, bo planuje odwiedzić syna w Berlinie.

– Ach, rzeczywiście, przypominam sobie. A więc pojechał do Berlina. Co za miasto, powiadam ci, pełne życia i werwy! Jakże bym chciał jeszcze kiedyś je odwiedzić!

Wolfhard von Trettin zamilkł i zajął myśli tym, co przyjaciel miał tam dla niego załatwić. Ottokar i Malwina mylili się, sądząc, że stary freiherr potajemnie ulokował gdzieś większość majątku. Posiadał jednak sporą sumkę, którą chciał kiedyś pozostawić swojej córce, teraz zaś przeznaczył ją dla Lory. Starzec czuł w głębi duszy, że niebiosa nie dadzą mu dość czasu, żeby zdążył zapewnić dziewczęciu dobrą przyszłość.

Na zewnątrz rozległy się czyjeś nawoływania. Lora wybiegła z powrotem na dwór. Tam spotkała Korda, który tego dnia założył porządny surdut, ponieważ w jego mniemaniu nie godziło się przychodzić do byłego pana w codziennym ubraniu. Na plecach miał worek, ku zdziwieniu Lory coś się w nim poruszało.

Dawny parobek mrugnął do niej porozumiewawczo.

– Mam tu kilka królików, dostałem je wczoraj od starego przyjaciela. Gdy je zobaczyłem, pomyślałem, że będą na pewno dobrym posiłkiem dla twojego dziadka.

Otworzył worek, aby Lora mogła zajrzeć do środka.

Zobaczyła cztery małe czarno-białe króliczki i spojrzała ze zgrozą na Korda.

– Chcesz zabić te słodkie zwierzaczki?

Parobek pokręcił ze śmiechem głową.

– Oczywiście jeszcze nie teraz. Dopiero jak podrosną. Za kilka tygodni będzie z nich wspaniała pieczeń.

– Ale nie wiem, gdzie je trzymać!

Rozłożyła bezradnie ręce.

Kord zapewnił, że zbuduje dla nich klatkę.

– Możesz mi powiedzieć, gdzie znajdę narzędzia? – zapytał.

Lora skinęła głową i zaprowadziła go do przybudówki, w której leśniczy dziadka trzymał kiedyś piły, młotki i inne narzędzia. Kord wyszukał sobie, czego potrzebował, i zabrał się do pracy. Gdy po chwili rozległy się pierwsze uderzenia młotkiem, Lora usłyszała, że dziadek znowu ją woła, i pobiegła do niego.

– Co to za hałas na zewnątrz? – zapytał Wolfhard von Trettin ze złością.

– Kord przyniósł kilka królików i przygotowuje dla nich klatkę. Mówi, że będzie z nich dobra pieczeń, ale ja się właśnie zastanawiam, czy nie zacząć ich hodować i sprzedawać małe na targowisku w mieście. Na pewno zarobiliśmy dość pieniędzy, żeby u sklepowej we wsi kupić najbardziej niezbędne produkty, albo jeśli będzie się bała Ottokara, zrobić to w sklepie w Heiligenbeilu.

Spojrzała z pytaniem w oczach na dziadka.

Stary Trettin machnął z pogardą ręką.

– Jeszcze by tego brakowało, żeby moja wnuczka siedziała na targu jak jakaś handlara i zachwalała swoje towary. Lepiej, jak Kord zabije króliki i wrzuci je do najbliższego strumienia!

Zabrzmiało to tak kategorycznie, że Lora nie miała odwagi zaprotestować. Pożegnała się z myślą, że zasili budżet domowy pieniędzmi z hodowli królików, i pocieszyła się tym, że mięso zwierząt pomoże dziadkowi nabrać sił. Miała świadomość, że po jego śmierci zająłby się nią Ottokar. W Trettinie traktowano by ją z pogardą, niczym służącą. I musiałaby się cieszyć, gdyby w ramach zapłaty dostała raz w roku kawałek taniego materiału na sukienkę. Nie może do tego dopuścić! Już teraz śnią się jej z tego powodu koszmary. Nie wiedziała jednak, w jaki sposób mogłaby uniknąć znienawidzonego krewniaka i takiego losu.

Dziadek nie dał jej czasu na rozmyślania o przyszłości.

– Mówisz, że Kord zbija klatkę na króliki? Jak skończy, niech do mnie zajrzy. A ty idź do lasu na grzyby. Mam ochotę na pożywny gulasz z grzybami.

Lora miała już zaproponować, że pośle Elsie, ale przypomniała sobie, ile służąca ostatnio zebrała. Nie wystarczyłoby tego nawet dla samego starszego pana. Dlatego skinęła głową.

– Dobrze, panie dziadku. Cieszę się, że macie dzisiaj apetyt.

Odkąd Wolfhard von Trettin przeszedł udar, wcale go nie interesowało, co trafi na stół. Chciał jedynie, by opuściła dom, bo pragnął swobodnie porozmawiać z Kordem. Przyszło mu do głowy, że Elsie też powinna sobie pójść, kazał więc Lorze, żeby dała służącej wolne na resztę dnia.

Lora westchnęła, bo przez to cała dzisiejsza praca miała spocząć na niej. Najchętniej by zaprotestowała, ale nauczono ją, że głowie rodziny nie wolno się sprzeciwiać. Usłuchała więc i niedługo potem patrzyła w ślad za Elsie, która wesoło jak sarenka zbiegała drogą do wsi w nadziei, że uda jej się tam zarobić kilka fenigów. Lora uważała, że to raczej mało prawdopodobne. O ile się orientowała, ludzie ze wsi nie za bardzo przepadali za Elsie.

Lora tymczasem nie miała innego wyjścia, jak włożyć do koszyka nożyk i pójść na grzybobranie.

Gdy Kord skończył budować klatkę dla królików, wytarł sobie dłonie o spodnie i z czapką w ręce wszedł do chaty. Zapukał ostrożnie do sypialni starszego pana.

– Wejść! – rozległ się gderliwy głos.

Kord