Grom z jasnego nieba i inne opowiadania - Elizabeth McCracken - ebook
lub
Opis

To cudownie ekscentryczny, poruszający i orzeźwiający zbiór opowieści.

Opowiadania Elizabeth McCracken to dziewięć mocnych, intensywnych historii, zaprawionych charakterystycznym humorem, empatią oraz lirycznym stylem. Czytelnik prowadzony jest pośród kruchej przestrzeni pomiędzy miłością a samotnością. W uniwersum McCracken ból w sercu zawsze przeplata się z zaczarowanymi chwilami radości, które przypominają nam o cudzie życia. Śmiech dziecka, papuga mówiąca z okropnym francuskim akcentem to przebłyski ciepła na tle dotkliwych wydarzeń. Śmierć, kalectwo, niepokojące myśli czy przemoc - to tylko niektóre tematy, które porusza McCracken. Choć nie rozpieszcza czytelnika, podsuwając mu szczęśliwe i oczywiste zakończenia, nie sposób oderwać się od  tej hipnotyzującej lektury.

Oszałamiająco piękna... Genialnie poruszająca... Stale migocze w niej czysta radość i zdumiewająca magia, a cięty humor działa jak sygnał SOS – wołanie pomocy, kiedy toniesz w mgle zagubienia. – "Los Angeles Time"

Piękny twór upleciony z humoru, empatii oraz unikatowej i magicznej mocy malowania słowem jest jest namacalnym dowodem na to, że proza Elizabeth McCracken powinna być uznana za wyśmienitą. – "The New York Times Reviews"

 

Elizabeth McCracken – amerykańska autorka, która urodziła się w 1966 roku w Bostonie. Jest żoną pisarza Edwarda Careya, z którym ma dwójkę dzieci. Przed ich urodzeniem poroniła. To traumatyczne wydarzenie było inspiracją do przelewania emocji na papier. Obecnie mieszka i tworzy w Nowym Jorku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 254

Popularność


Edwardowi z każdego powodu

Coś cudownego

Tuż na zachód od Bostonu, tuż na północ od autostrady, duch Missy Goodby śpi skulony pod drucianym płotem przy ślepej uliczce Winter Terrace, ubrany w parę ogrodniczek z ektoplazmy. Ten głuchy dźwięk to Missy stukająca plastikową halloweenową dynią o kolano; ten błysk światła w rogu ciemnego ganku to odbicie księżyca na okularach, które nosiła, żeby skorygować leniwe oko. Późnym wieczorem, gdy spacerujesz z psem i nagle zaczynasz czuć zimno, tracisz pewność siebie i nabierasz przekonania, że świat jest ci nieprzyjazny – to też Missy Goodby, sycząca tak, jak wtedy, gdy żyła i miała sześć lat: „Nienawidzę cię, cuchniesz, śmierdzisz, dzidzia”.

Dzieci z sąsiedztwa pamiętają Missy. Gryzła, gdy była zła, i szczypała bez powodu. Nie żal im jej ducha. Pamiętają pogrzeb, na który musieli iść, gdy umarła, pamiętają, jak jej matka rzuciła się na trumnę, zawodząc, pamiętają, jak pomyśleli, że żartuje, więc roześmiali się głośno, ale ich uciszono. W opowieści dzieciaków z okolicy trumnę opuszczono do ziemi, a rozpaczająca matka Missy Goodby zeskoczyła na dół i potem trzeba ją było wyciągać z grobu niczym chwast. Każdy w końcu wierzy w lepszą wersję jakiejś historii. Tak naprawdę Joyce Goodby tylko klepnęła trumnę podczas pogrzebu. Klepnęła ją, dwa małe klapsy, nic poważnego. Wiedziała, że błaganiem nigdy nie zdoła córki do niczego skłonić, nie dlatego, że była martwa, tylko dlatego, że była uparta. Zawsze tak było, że im bardziej się Missy prosiło, tym większa była szansa, że zrobi coś okropnego. Joyce Goodby dała klapsa trumnie, odwróciła się i poszła, nasłuchując za sobą kroków. Przeszła całą drogę do domu, a tam zdjęła buty, czarne czółenka z przetartymi szarymi kamykami przy palcach. „Skończyłam z wami” – powiedziała im.

Dusza jest płynna, ulatnia się powoli. Ciało to wiadro i łatwo ją z niego wychlapać. Gdy jesteś smutny, przytłoczony, masz złamane serce albo jakąś obsesję, przyjaciele powiedzą ci, żebyś wyluzował. Ale tak naprawdę chcą, żebyś wyschnął. Lecz to nie jest kwestia woli. Pomóc mogą tylko czas i światło.

A zresztą po co?

Lepiej siedzieć w ciemnościach i pielęgnować wilgoć. Zasłonić okna, wyłączyć radio. Unikać gazet, telewizji, w ogóle przebywania na zewnątrz, każdego miejsca, w którym zbierają się małe dziewczynki, choć świat produkuje je w błyskawicznym tempie, choć wydaje się, że teraz żyje na świecie więcej małych dziewczynek niż jakichkolwiek innych ludzi. Albo mężczyzn w średnim wieku w źle dopasowanych spodniach, albo niemowlaków, albo młodych kobiet o szerokich, współczujących, zmarszczonych czołach. Kogokolwiek nie straciłeś, jest ich więcej, tylko że nie tych twoich. Kichnij. Poczuj swędzenie. Wciągnij gwałtownie powietrze. Zamknij okna. Wymień pościel, a potem materace. Wygrzeb rtęć ze swoich zębów. Kup szczotki do szorowania powietrza.

Ale nawet wtedy zapach proszku do prania z prześcieradeł wpadnie ci do nozdrzy. Chili, które gotuje twój dobry syn, odwiedzi cię w sypialni. Pot z jego ubrań, gdy wbiega do domu po lekcjach, odór z jego wielkich, krzykliwych butów, okropny zapach baterii włożonych do pilota od telewizora, spaliny samochodu, plastikowe włoski na twojej szczoteczce do zębów, słonawy smak sody oczyszczonej, gdy rezygnujesz z pasty. Uczyń swój dom tak bezpiecznym i szczelnym jak to możliwe. Filtruj powietrze, gotuj wodę: wysypka zostaje, świst się pogarsza.

To, na co jesteś uczulona, przechodzi przez ściany.

Dzieci z sąsiedztwa nie pamiętają, jak Joyce wyglądała dawniej, gdy regularnie przejeżdżała Winter Terrace; zapomniały jej kręconych czarnych włosów, kolczyków w kształcie księżyca i gwiazdki, aksamitnych legginsów. Minęło pięć lat. Teraz, gdy odcięła się od świata, wiedzą o niej wszystko. Nie obcina już ani nie farbuje swoich włosów w kolorze rtęci, tylko skręca je jak ręcznik i przypina do głowy. Papierowa maska na jej nosie i ustach sprawia, że oczy wydają się wielkie. Nosi ubrania z organicznej bawełny i lnu; jakiś wariat mógłby wręcz uznać je za jadalne. Ona i jej syn, Gerry, wyglądali podobnie, para piegowatych, serdecznych ludzi. Ale już nie. Jej piegi umarły z braku światła. Brwi ma gęste, a rzęsy cienkie. Wydaje się zrobiona z mydła i wełny stalowej.

Coś jest nie tak w tej okolicy, mówi swojemu synowi, przez to Missy zachorowała na chłoniaka i przez to ona sama czuje się źle.

Oczywiście, że jest czarownicą. Starsze dzieci mówią to młodszym, a te, które mieszkają przy ulicy – tym zza rogu. Wiedźma z Winter Terrace, tak ją nazywają, jakby była jakąś siedemnastowieczną legendą. Zjada dzieci. Zabija je. Zabiła swoją własną córkę milion lat temu.

Jakiś patykowaty chudzielec, który nawet nie jest z tej ulicy, opowiada Santosowi i Johnny’emu Mackersom o wiedźmie i o duchu. Mackersowie dopiero co wprowadzili się na Winter Terrace. Santos ma dziewięć lat, kręcone włosy i dziwny akcent, bo od niemal dziesięciu lat cierpi na zespół przewlekłego spływania wydzieliny po tylnej ścianie gardła. Johnny to pięcioletni twardziel, prawdziwy postrach przedszkola, którego po kryjomu stworzył Santos. Santos kradnie ojcu papierosy i zapala je Johnny’emu. Nauczył Johnny’ego wszystkich przekleństw, jakie zna, nauczył go, jak się bić, wszystko to w nadziei, że ich matka będzie kochać Johnny’ego trochę mniej, a jego trochę więcej. Ale to nie działa. Już są znani na ulicy, na której stopa Johnny’ego Mackersa nigdy jeszcze nie postała. Jeździ swoim trójkołowym rowerkiem wszędzie: w górę i w dół ulicy i w głąb przylegającego do domu garażu. Wjeżdża nim prosto w druciany płot.

– Jesteś pierdolonym wariatem – stwierdza Santos. – Pierdolonym wariatem. – On sam nie lubi tego słowa, ale inaczej Johnny się nie nauczy.

– Tam przy płocie jest Kraina Duchów – mówi z drugiej strony chuderlak. – Tam łapią się wszystkie duchy i właśnie dlatego nazywają to ślepym zaułkiem.

– Nieprawda – mówi Santos.

– Właśnie, że prawda – odpowiada chuderlak. – Duch zmarłej dziewczynki. A do tego jeszcze wiedźma. – Spluwa, żeby wyjść na twardziela, ale za mało ćwiczył: ślini się tylko, a potem zażenowany odchodzi.

Johnny Mackers jest smagły, ciemnowłosy i wygląda jak Włoch, podobnie jak ich matka; Santos odziedziczył irlandzki wygląd po ojcu. Lubi zamykać gdzieś Johnny’ego. Sprawdził już wszystkie zamknięcia w ich nowym domu. Strych, piwnicę, szafę z lustrami w pokoju rodziców: każdy zamek brzmi inaczej, klucz, zasuwka, klamka, gałka, haczyk. Cieszy się z historii o duchu, bo będzie miał czym straszyć Johnny’ego. „Martwa dziewczynka chce cię pocałować. Już tu idzie. Zrób dzióbek”. Ale martwa dziewczynka nie jest zainteresowana i Johnny Mackers to wie. Dzieciaki z okolicy kłamią, gdy mówią, że ją widzą. Martwa dziewczynka nie patrzy, jak Santos wpycha Johnny’ego do szafy w przedpokoju. Martwa dziewczynka nie widzi palców w szparze pod drzwiami ani stopy, która je depcze. Nie widzi, jak pani Mackers otwiera drzwi godzinę później i mówi: „Co ty tam robisz, na litość boską? Do szału mnie doprowadzasz tym ciągłym chowaniem się. Lepiej idź pojeździć na rowerze. I to już”. Martwa dziewczynka nie śpi na zewnątrz, nigdy. Po co miałaby to robić? Jest ze swoją matką, która – sprzątając kuchnię (ma tak bystry wzrok, że widzi pojedyncze drobinki kurzu, pojedyncze bakterie przemykające po blacie) – słyszy przypominający ucieranie w moździerzu dźwięk plastikowego koła zgrzytającego po kratce kanalizacyjnej, dźwięk, który z pewnością mógłby oznaczać coś więcej niż ponurego, czarnowłosego chłopca przejeżdżającego z jednego końca ulicy na drugi.

***

Inne dziecko mogłoby się zmienić w innego ducha, takiego, którego widzą tylko małe dzieci, takiego, który pomaga znaleźć zgubione piłki, takiego, który domaga się słodyczy. Mogłoby odwiedzać Johnny’ego Mackersa późnym wieczorem, gdy obmyśla plan, jak zabić swojego brata Santosa. Mogłoby nastraszyć samego Santosa. Mogłoby czegoś dokonać.

Ale ona woli wąchać skórę matki. Najlepsze miejsce na skórze Joyce to zagłębienie tuż pod kością policzkową i tuż nad kością szczęki: trzeba się zbliżyć, trzeba niemal wejść Joyce pod nos, żeby je znaleźć. Czasami Missy przeszkadza i tamuje matce oddech. Ale nie ma takiego zamiaru. Gryzące, szczypiące dziecko gryzie i szczypie, wzdłuż ramion matki, wzdłuż jej bladego brzucha.

– Zobacz – mówi Joyce do swojego syna i pokazuje mu swoje przedramiona, które są pokryte dziwnymi rozmazanymi sentencjami wyrażonymi wysypką.

Gerry Goodby miał dwanaście lat, gdy umarła jego młodsza siostra. Teraz ma siedemnaście lat, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu i gra w drużynie lacrosse. Obserwował, jak jego matka zamienia się z normalnej kobiety w jakąś nieskalaną warzywną substancję, bladą, chudą, świetlistą. „Co zamierzasz?” – pyta jego ojciec. Chodzi mu o college. Przez ostatnie pięć lat Gerry i ojciec odbywali w kółko tę samą rozmowę w dwóch wersjach na zmianę. „Chcę zamieszkać z tobą” – mówił Gerry, a jego ojciec odpowiadał: „Wiesz, że to niemożliwe, wiesz, że matka cię potrzebuje”. Albo ojciec stwierdzał: „To szaleństwo, ona jest szalona, przeprowadź się do mnie” a Gerry odpowiadał: „Wiesz, że to niemożliwe”.

To on zamknął pokój Missy. Rok po jej śmierci, gdy matka rzęziła, płakała i liniała na kanapie. Dała mu wskazówki. „Niczego nie dotykaj. Po prostu zamknij”. Przybił do framug matę ogrodową, a potem pomalował ją lateksową farbą. Matka czuła się lepiej przez niecały miesiąc.

Czasem zatrzymuje się na korytarzu i dotyka zapadniętej ściany w miejscu, gdzie były drzwi do pokoju Missy. Ma wrażenie, jakby był projekcją na ścianie i czekał na resztę filmu. „To nie do zniesienia” – myśli. Zawsze uważał, że to wyrażenie należące do świata dorosłych, jak „kredyt hipoteczny”.

Missy alergen, Missy trucizna. Jest w tym domu wszędzie, choćby ich matka nie wiadomo ile szorowała, zamiatała, czyściła i paliła. Jest w cegłach. W nowej pościeli, w ekologicznym płynie do czyszczenia. Wczepia się, unosi i pragnie – tak jak pragną duchy tak jak pragnie woda, i chce, czasem daremnie, a czasem nie – żeby ten dom nie był tak bardzo zamknięty. Unosi się codziennie do sufitu i zbiera tam, skapuje na dół, próbuje ponownie. Na zewnątrz jest świat czystej skóry, który czeka, by ją zapisała.

– Umarłabym bez ciebie – mówi pewnego ranka Joyce Goodby swojemu synowi. On wie, że to prawda, tak samo jak wie, że jest jedyną osobą, którą to obchodzi. Czasem myśli, że to nie byłaby zła wymiana, śmierć matki za jego wolność. Każdy by zrozumiał. Ale teraz pora iść do szkoły. Nie umrze w trakcie lekcji; przynajmniej do tej pory nie umarła.

Po drugiej stronie ulicy Santos zamyka Johnny’ego Mackersa w starym kufrze na strychu, zamiast odprowadzić go do przedszkola. A potem, uwolniony, winny, postanawia sam pójść na wagary. Idzie na róg i wsiada do autobusu, który ma na czole wypisane: CENTRUM PRZEZ PIKE. Ma akurat tyle drobnych, żeby zapłacić za przejazd. Autobus jest pełen ludzi. Jakiś mężczyzna w szarej wiatrówce wstaje.

– Hej – mówi. – Usiądź sobie tutaj, chłopczyku. – Santos siada.

Świat toczy się dalej. I będzie się toczyć. W każdej chwili możesz wyjrzeć przez okno i spojrzeć na sąsiadów. Gruba para, która mieszka obok, kłóci się, a potem przytula się na misia. Nastoletni chłopcy grają w koszykówkę bez koszulek. Starsza pani z domu obok czeka na pielęgniarkę; jej posokowiec drzemie na słońcu jak jakaś celebrytka, z łapą na nosie. Masz ochotę schować swoje pięści pod te stare, dobre, wielkie psie uszy, płowe i rozgrzane słońcem. Chcesz pocieszyć starszą panią, podrażnić się z grubą parą, popatrzeć – tylko popatrzeć – na tych półnagich, beztroskich chłopców. „Musisz wyjść z domu” – twierdzi twoja rodzina. „Już pora. Pora powrócić do świata”. Ale ty nigdy tego świata nie opuściłaś. Jesteś przepełniona czułością, troską o każdą żyjącą istotę, ale nic nie możesz zrobić – ani dla sąsiadów z naprzeciwka, ani dla ludzi przy sąsiedniej ulicy, ani tych za rogiem, ani jadących autostradą dwie przecznice stąd, ani tych w mieście, ani w całym kraju, ani w całym świecie, na zachodzie, na wschodzie, na północy i na południu. Jesteś tak pechowa, że nie chcesz się nawet otrzeć o kogoś, kto nie jest.

Nie pójdziesz na spotkanie żadnej grupy. Nie zaczniesz czytać książki. Nie interesują cię cudze historie, nie gdy twoja własna historia zajmuje ci cały czas. Kiedy nadeszła tragedia, przyjaciele mówili: „To takie smutne. Co za straszliwy pech” – i widać było, że w to wierzą. Co się zmieniło? Jesteś tak samo smutna i nieszczęśliwa, jak wtedy, gdy to się stało. To nadal jest takie smutne. To nadal jest straszliwy pech.

Martwi żyją dalej w najzwyklejszy sposób. Widnieją w książkach telefonicznych. Dostają pocztę. Ich peruki tkwią na plastikowych głowach z tyłu szafy. Łóżka mają pościelone. A ich buty wszędzie się walają.

Farba na drzwiach wciąż się lepi. Głupio nawet tu być. Joyce zarzeka się, że czuje przez matę zapach ognioodpornej deski zagłówka łóżka, pachnących naklejek na biurku, starego błyszczyka do ust, płynu do kąpieli w buteleczkach w kształcie zwierzątek ustawionych na komodzie, niewymienionego materaca, kurzu. Sukienki z Bloomingdale’s, która była jej, ale potem Missy, z materiału w drobne paseczki. Meksykańskiej skaczącej fasoli kupionej w sklepie z gadżetami dla żartownisiów jeszcze przed diagnozą, cztery małe ciemne ziarenka w plastikowym woreczku z przezroczystą górą i niebieskim dołem, który zamyka się jak starodawne portmonetki. Ogrzewało się je w dłoni, a one budziły się, zaczynały wiercić i podskakiwać: robaki, które w nich mieszkały, spały w zimnie, ale obijały się o ścianki, gdy temperatura rosła.

– Robaki? – zapytała wtedy Missy. Cały jej nos pokrywała koronka piegów, różowych na obwódkach. – A jak się je karmi?

– Nie karmi się – powiedziała Joyce.

– W takim razie umrą z głodu!

Joyce naprędce wymyśliła historyjkę: robak nie jest robakiem, tylko duszą. Jest jej dobrze tam, gdzie przebywa, jest wieczna, a gdy fasolka przestaje się ruszać, to znaczy tylko, że dusza przeniosła się, żeby poszukać sobie innego domu.

– Z powrotem do Meksyku? – zapytała Missy, a Joyce odpowiedziała:

– Pewnie, czemu nie.

(Kto wie? Może to dlatego te robaki budzą się, jak jest ciepło – myślą sobie: „Nareszcie jesteśmy z powrotem w domu w Oaxaca”). Wtedy reinkarnacja była niosącą pociechę bajeczką. W bajkach ludzie zawsze rodzą się ponownie jako zwierzęta, żaby, wędrowne łabędzie.

A teraz Joyce czuje, że świat zadrżał, i myśli: „Meksykańska skacząca fasola”. Nie potrafi się zdecydować, czy dom jest fasolką, a ona robakiem, czy też fasolką jest jej ciało, a robakiem jej dusza.

Ani to, ani to: ktoś otworzył zewnętrzne drzwi na werandzie i głośno je za sobą zatrzasnął. I wtedy rozległ się dzwonek.

Johnny Mackers uciekł. Kopniakami wyswobodził się z kufra, z którym jego prababka przypłynęła kiedyś z Irlandii, nadal pełnego serwetek i obrusów, które wydawały jej się niezbędne w nowym życiu. Opowiedziała kiedyś Johnny’emu historię o małpie należącej do bogatej rodziny, dla której pracowała, i chociaż wiedział, że ta małpa umarła w domu tamtej bogatej rodziny, był przekonany, że kufer cuchnie małpą, a także elementem każdej historii, którą opowiedziała mu prababcia: whisky, naftą, pożarami domów, poparzoną dziecięcą rączką smarowaną masłem, końskim potem, cytrynowymi drażetkami, wewnętrzną stroną drewnianej sztucznej szczęki. Okazało się, że kufer zrobiony jest z kartonu obłożonego spróchniałą dębiną i tanią cyną. Kopiąc, rozbił jedną ściankę na kawałki i wyczołgał się na zewnątrz. Zdemolowany kufer przeraził go. Wyglądało to tak, jakby skopał swoją własną prababkę, zanim zdołała wsiąść na statek, popłynąć do Bostonu, spotkać w parku rozrywki swojego przyszłego męża i mieć z nim dzieci.

Dzwoni do drzwi raz i drugi. W zeszłym roku w starej okolicy pomagał Santosowi sprzedawać miętówki na zbiórkę dobroczynną; trzeba zadzwonić, policzyć powoli do dziesięciu i zadzwonić jeszcze tylko jeden raz. Liczy do dziesięciu, ale szybko, więc powtarza liczenie raz za razem. Żeby powstrzymać się od ciągłego dzwonienia, wodzi palcem po wygrawerowanym przy dzwonku napisie. Nie wie, co znaczy „akwizytor” i że sam nim jest. Powietrze na werandzie jest duszne. Szybko je przełyka. Drzwi domu się otwierają.

– Proszę pani – mówi – chce pani kupić kamień?

Kamienie w ręku Johnny’ego Mackersa są delikatnie porysowane kredkami. Znalazł je tydzień temu, gdy był z ojcem na plaży Revere: tam były obmyte wodą i sprawiały wrażenie antycznych i cennych. Jak wyschły, okazały się szare i po prostu stare. Kobieta, która otworzyła drzwi, to oczywiście wiedźma, matka zmarłej dziewczynki. Przyszedł do niej jako pierwszej ze wszystkich sąsiadów, bo może potrafi spełniać życzenia, a Johnny jedno życzenie ma. Gdy nadejdzie odpowiednia chwila, poprosi: chciałby, żeby jego brat umarł. Jest najczystszą osobą, jaką kiedykolwiek widział, a mimo to nie do końca białą. Wszystko w niej jest jakieś rozmazane, jak ziemia pod powierzchnią lodowiska do hokeja.

Zrobi dla niej wszystko. To też od razu wie. Tak trzeba, jeśli się chce, żeby życzenie się spełniło.

Chłopiec ma pajęczyny we włosach, ale ona tego nie czuje. Nie czuje dymu papierosowego ani niteczek z wykładziny, ani oblepiającego go osadu typowych imigranckich rozczarowań z kufra, ani rdzawego rozcięcia na kostce, które powinno zostać opatrzone. Czuje tylko pot małego dziecka z odrobiną słodkiego, mdłego sosu pomidorowego. Keczup, a może spaghetti z puszki.

– Wejdź – mówi. – Poszukam portfela.

Gdy chłopiec jest już w środku, nie wie, co robić. Sadza go przy kuchennym stole i proponuje talerz domowych ciasteczek piegusków. Zjada jedno. Wolałby coś czekoladowego i ze sklepu, ale jego matka lubi takie ciastka, pełne ziaren sezamu, a on wie, że jedzenie ich to dobry uczynek. Jednym palcem wyciąga mu pajęczynę z włosów. Chłopiec sięga po kolejne ciasteczko i pociera policzek wierzchem dłoni.

– Przydałaby ci się kąpiel – mówi.

– Okej – odpowiada.

Zaraz, Joyce. Nie możesz tak sobie wykąpać cudzego dziecka. Nie możesz zaprosić do domu nieznajomego chłopca, zabrać go na górę i powiedzieć: „Hop siup. Ściągaj ubranie. I do wanny”.

Łazienka jest żółto-różowa. Johnny Mackers przypuszcza, że jego niespodziewane posłuszeństwo to jakiś rodzaj higienicznego uroku. Nigdy nie staje taki nagi przed swoją matką: jego mama lubi go podszczypywać. „Tylko troszkę!” – mówi i szczypie go w kolano albo w brzuch, albo gdziekolwiek. Santos ma rację, ich matka bardziej kocha jego. A jego niechęć do całusów i przytulania sprawia, że tylko szczypie i łaskocze, niczym podstępny złodziej. „Tylko tyci, tyci!” – mówi, gdy widzi jakąkolwiek część jego ciała, którą można uszczypnąć.

– Bąbelki? – pyta Joyce, a on kiwa głową. Ale nie ma płynu do kąpieli. Więc wlewa do wanny całą butelkę szamponu.

A więc to prawda, co mówią dzieci z sąsiedztwa. Ona naprawdę porywa dzieci.

Nie jest obrzezany. Wygląda jak włoska rzeźba ze snu, kolorowe putto z kąta kościoła. Wanna jest pordzewiała, różowa, ma przesuwaną szybę, która wygląda tak, jakby składała się z miliona odcisków palców. Bąbelki unoszą się wkrótce niczym pieniste ramiona, którymi ktoś wzrusza, rozdzielone tam, gdzie wlewa się woda z kranu.

Migdałowe mydło jest popękane jak stary ząb. Chłopiec wchodzi do wanny.

– Ostrożnie – mówi Joyce, gdy chwyta się prowadnicy szklanych drzwi. Kiedy Missy się urodziła, Joyce poczuła ulgę: kochała męża i syna, ale uważała, że z dziewczynką jest inaczej. Może miało to naukowe podstawy, jakby nowiutkie dziewczęce organy przemawiały do jej autorskich narządów, przekazując informacje niczym radio. Obcego małego chłopca łatwiej pokochać niż obcą małą dziewczynkę. Woda spływająca po brudnych włosach odsłania jego uszy, ich rozmiar i kąt. Namydla je i myśli o Missy w wannie, pięknych, długich włosach spiętych w węzeł na karku, dużych uszach, półkolistym miejscu, w którym przylegają do głowy. O łuku u podstawy jej czaszki.

– Masz bardzo małe uszy – mówi Joyce.

– Wiem – odpowiada chłopiec.

Namydla mu łopatki, które przesuwają się pod ciemną skórą, i jest zdumiona, widząc, że jest cały, dobrze odżywiony, może nawet bardzo kochany.

(Oczywiście, że tak. Nawet w tym momencie jego matka woła jego imię na sąsiedniej ulicy. Zaraz zadzwoni na policję).

– Jak masz na imię? – pyta Joyce.

Wzrusza ramionami.

– Nie wiem.

– Nie wiesz, jak masz na imię?

Ponownie wzrusza ramionami. Patrzy na swoje wypełnione pianą dłonie. A potem mówi:

– Johnny.

– A nazwisko?

– Lion – odpowiada. Schyla twarz ku pokrytej pianą wodzie, wkłada do niej głowę i robi bąbelki.

Gdy się wynurza, ona mówi z uśmiechem:

– Masz brudne ubrania. Musisz się przebrać w czyste. Gdzie byłeś?

– W kufrze.

– W kufrze?

– W takiej starej walizce – odpowiada. Wali w szklane drzwi od prysznica, bo nudzą go te pytania.

Jest już po lekcjach. Pani Mackers, sprytna podszczypywaczka, jest już z powrotem na Winter Terrace, rozpytując dzieciaki z okolicy, czy nie widziały Johnny’ego, małego chłopca, małego chłopca na trójkołowym rowerku. Nie wie też, gdzie jest Santos, ale Santos jest wystarczająco duży, żeby o siebie zadbać (choć tu się myli – Santos jest w tym momencie w okropnych tarapatach, oddalony o wiele mil właśnie ją przywołuje). Ostatni nastolatek, którego pyta, jest tak piegowaty, że aż jej go żal – moment przerwy w panice.

Nie, Gerry Goodby nie widział małego chłopca.

Patrzy w okno Missy; zawsze w nie spogląda, gdy wraca do domu, z kijem od lacrosse zarzuconym na ramię niczym strzelba. Nie pomyślał, żeby zaciągnąć rolety na sam dół, zanim zamknął jej pokój, i ciągle go to martwi. Widać krawędź komody, która zachodzi na okno, pociemniałą tęczową naklejkę i sam czubek pyska wielkiego konia na biegunach o imieniu Blaze, który umiał powiedzieć sześć różnych zdań, jak się go pociągnęło za sznurek na szyi. Blaze był najpierw koniem Gerry’ego. Wydawało się niesprawiedliwe, że musiał tak zniknąć. Gerry wie, że pewnego dnia będą zmuszeni sprzedać ten dom, a nowi właściciele odkryją grobowiec sześcioletniej faraonki. Zupełnie jakby zamurowali Missy, zamiast pochować ją na cmentarzu, jakby – niczym w historiach o duchach – miał pewnego dnia ujrzeć jej twarz patrzącą na niego z okna i wołającą bezgłośnie: „Dlaczego?”. Gerry – w myślach – zawsze odpowiadał: „To nie twoja wina, nie miałaś pojęcia, jaka jesteś groźna”.

Ale tym razem widzi, jak w oknie coś się pojawia, a potem znika, a potem znowu się pojawia: bujany koń ukazuje swój profil, to samo wyrzeźbione w drewnie oko raz po raz.

I nie tylko to: drzwi wejściowe są otwarte.

Mata została rozcięta od góry do dołu. Za nią widać stare drzwi z mosiężną gałką, wciąż jaśniejące po tych wszystkich latach w ciemności. Za drzwiami jest pokój Missy.

– Hej – mówi jego matka. Siedzi na łóżku, gładząc parę jasnożółtych ogrodniczek, które leżą na jej kolanach. Obok rozłożony jest cały zestaw: majteczki marki Lollipop, o których Missy ułożyła kiedyś piosenkę, granatowy golf, podkoszulek z malutką różyczką z przodu. Cały pokój jest w kurzu. To dziwny rodzaj kurzu, sadza i stary dom, nie ma w nim nic ludzkiego. Ale i tak w porównaniu z resztą domu ten pokój to kraina Oz. Kołdra w różową kratkę. Ściany różowe z ciemnoróżowym dekoracyjnym paskiem. Lalki wszelkiej narodowości ułożone wzdłuż ściany, jakby dopiero co wydobyto je z gruzów po trzęsieniu ziemi. Szorstkość poliestrowych poszewek czuć samym wzrokiem. Głęboko wciąga powietrze. Nie pozostał nawet ślad owocowego zapachu Missy.

Lecz jego matka jakby tego nie zauważyła. Na jej policzki wystąpiły rumieńce – słyszał to wyrażenie, ale nigdy tego nie widział.

– Zobacz – mówi i wskazuje ręką.

Chłopiec. Wpadł przez komin albo jest zabawką Missy, która ożyła. Jak inaczej wyjaśnić jego obecność tutaj: brązowego, nagiego, tuż obok bujanego konia, z którego właśnie zszedł, z szarym ręcznikiem na głowie. Dwoma rękami ciągnie sznurek, który uruchamia głos Blaze’a, ale Blaze miał udar i nie może mówić, jęczy tylko przepraszająco, zanim chłopiec przerwie mu kolejnym pociągnięciem. Przez na wpół zaciągnięte rolety policyjne światła barwią Winter Terrace: na niebiesko, mniej niebiesko, znowu bardziej niebiesko.

Na zewnątrz dzieciaki z sąsiedztwa siedzą na krawężniku, ze stopami na ulicy, czekając, aż policja każe im się rozejść. Nie ma tego małego, co pali, tego, który tak lubi przeklinać. Dzieci układają swoją historię. „Kiedy ostatni raz go pani widziała?” – pyta policjant, ale prawda jest taka, że kobieta, która jeszcze nie płacze, odzyska swojego syna. To znaczy odzyska jednego ze swoich synów: ten, którego jeszcze jej nie brakuje, zniknie na dobre, na zawsze, i do jutra rana stanie się ulubieńcem matki, a do jutrzejszego popołudnia policja wypyta o niego każdego mieszkańca ulicy, a dzieci z okolicy będą udawać, że pamiętają Santosa, choć nawet nie kojarzą jego imienia. On też przejdzie do legendy.

W pokoju Missy Goodby Gerry słucha matki: patrzy na małego chłopca. Zastanawia się, jak przemycić go z powrotem do domu. Zastanawia się, jak zatrzymać go na zawsze.

Dom

Ogłoszenie powinno było brzmieć: Do wynajęcia nora z sześcioma pomieszczeniami, butelka syropu klonowego Mrs. Butterworth’s w salonie, zapiaszczone prześcieradła, utrzymujący się zaduch.

Albo: Poszukiwany naiwny najemca małego domu, niezbędne zamiłowanie do obtłuczonego fajansu, reprodukcji abstrakcjonistów z lat sześćdziesiątych i poobgryzanych przez myszy książek o Georgii O’Keeffe.

Albo: Rudera dostępna od czerwca.

Tymczasem ogłoszenie na stronie internetowej college’u określało dom pod numerem 55 przy Bayberry Street jako stary, z charakterem, słoneczny, umeblowany, uroczy, przy cichej uliczce tuż obok uczelni i niedaleko od oceanu. Duży ganek; osobne studio. Idealny dla młodego małżeństwa, takiego jak Stony Badower i Pamela Graff, on – trzydziestodziewięciolatek, rudy, łagodny, z długimi kończynami i dużym nosem, rzadki okaz, możliwe, że wymarły gatunek; ona – jasnowłosa Niemka, delikatna, uczuciowa i porywcza. Wyglądała jak pucołowata łobuziara z niemieckiej książki dla dzieci, która właśnie obcięła sobie warkocze nożem i rozglądała się, do czego jeszcze można by go użyć. Miała taki wyraz twarzy, jakby prosiła się o nauczkę. Jak wiele uczuciowych osób, nie potrafiła dogadać się z członkami własnej rodziny. Stony nie miał okazji ich poznać.

– Ameryka – powiedziała tego miesiąca. – W porządku. Twoja kolej. Pokaż mi Amerykę.

Przez trzy lata narzeczeństwa i małżeństwa przeprowadzali się co kilka miesięcy. Berlin, Paryż, Galway, okolice Odense, okolice Edynburga, Rzym, a teraz mieszkali w przerobionej na dom kamiennej stodole w Normandii, która w zimne dni cuchnęła krowimi plackami, a w gorące zgubionymi przez dzieci turystów kredkami. Wkrótce będzie lato, a stodoła zrobi się koszmarnie droga i pełna Anglików. Nadeszła pora na Maine, gdzie Stony miał rozpocząć dwuletni kontrakt polegający na skatalogowaniu zbioru podziemnych publikacji z lat sześćdziesiątych: druki na papierze ryżowym, patyczkach od lodów i serwetkach. Teraz wypadła jego kolej, by poszukać kolejnego miejsca do życia.

– Rozpakujemy moje rzeczy z przechowalni – oznajmił. – Trochę ich mam.

– Tak, kochanie – powiedziała. – Ja też.

– Ty masz torbę na ramię. I ubrania. I solniczkę w kształcie kaczki z odłamanym dziobem.

Zagdakała pretensjonalnie, dumna i szczęśliwa z posiadania powleczonej metalicznym szkliwem kaczki o imieniu Trudy. „Jedyny eksponat w muzeum. Jak umrę, ludzie nic nie będą o mnie wiedzieć”. To była opinia specjalisty. Była kustoszem muzealnym. W Normandii pomagała zorganizować wystawę w kamiennym domu, który należał do żydowskiej rodziny deportowanej podczas wojny. W Paryżu – atelier pomniejszego artysty, który przez wiele lat był kochankiem znanej poetki; w Danii – muzeum w dawnym przytułku. Jej specjalnością była atmosfera niedawnego odejścia: wiadomo było od razu, że z mieszkańcami stało się coś strasznego, ale wciąż miało się nadzieję, że to da się jeszcze odwrócić. Kładła stare okulary na biurku, wsuwała odpowiednie buty pod łóżka i nie pozwalała odkurzać. Zbyt czyste miejsca są martwe. W Rzymie stworzyła wystawę z przedmiotów osobistych Ezry Pounda: obgryzionych ołówków, szklanek, kości do gry, książek z oślimi uszami. Tylko ulotka napomykała o znamienitości. W muzeum Hansa Christiana Andersena w Odense, gdzie znaleźli się jako zwykli turyści, roztkliwiała się nad górną częścią protezy dentystycznej Andersena i długością sznura, który woził ze sobą na wypadek pożaru w hotelu.

– Więcej można wywnioskować ze sztucznej szczęki niż ze stosu pamiętników – powiedziała wtedy. – Szczęki nie kłamią. – Ona sama wyrzucała wszystko. Nie chciała, żeby ktokolwiek wystawił choćby najdrobniejszą jej część.

Stony oznajmił z powagą:

– Nie chcę już nigdy pić ze szklanek z Ikei. Ani spać na prześcieradłach z Ikei. Ani – co najistotniejsze – smażyć na patelniach z Ikei. Twój mąż jest posiadaczem naprawdę drogich patelni. Co ty na to?

– Jestem pod wrażeniem, a ty jesteś burżujem.

– Wynajem na rok – odparł.

– Przerażające – odpowiedziała Pamela, uśmiechając się swoimi pięknymi, krzywymi, nieamerykańskimi zębami, a potem dodała: – Może będzie nas stać na dziecko.

Wtedy jeszcze żyła, mimochodem. Za dwa miesiące będzie według lekarzy żyć cudem, a później będzie żyć w zasadniczo stałym stanie przejściowym. Czy też zupełnie niestałym: będzie żyć technicznie. Teraz paradowała wokół stodoły w biustonoszu, jak zwykle trochę za małym, i w majtkach, jak zwykle trochę za dużych, chociaż była kobietą o małych piersiach i dużej pupie. Okulary w czerwonych oprawkach ledwo się trzymały. „Mam chude uszy” – zawsze powtarzała. I między innymi dlatego do siebie pasowali: byli ludźmi z pchlego targu, złożonymi z dziwnych elementów. Ona utykała. Utykało się nawet, wymawiając jej imię, bo akcent padał na drugą sylabę. Przez pierwszy miesiąc znajomości był przekonany, że ma na imię Camilla i nigdy nie nauczył się wypowiadać jej imienia na głos bez powtórzenia go najpierw w myślach: „pa-MILL-a, pa-MILL-a”, podobnie jak przed zbudowaniem zdania po niemiecku musiał w pierwszej kolejności zebrać słówka i odpowiednio rozłożyć czasowniki. Tak naprawdę robił to samo ze zdaniami w języku angielskim, gdy rozmawiał z Pamelą, kiedy jeszcze żyła.

Napisał maila do kobiety, która wystawiła dom na wynajem – nie była właścicielką, tylko reprezentowała właścicieli – i po miesiącu wykłócania się (nie przysłała obiecanych zdjęć; był trzeci w kolejce, po watasze studentów oraz gromadzie chętnych letników; gdyby właściciele wynajęli dom na lato, zarobiliby o wiele więcej pieniędzy) zdołał namówić ją na roczny wynajem, począwszy od 1 czerwca.

Utykanie, jak się okazało, było skutkiem udaru, którego Pamela doznała tuż pod dwudziestce i o którym nigdy mu nie wspomniała. Kolejny dosięgnął ją w normandzkim gospodarstwie dwa tygodnie przed wyprowadzką; upadając, uderzyła głową o metalowy regał z Ikei. Francuski Stony’ego był na tyle dobry, że potrafił zapytać lekarzy, jak bardzo jest źle, ale nie na tyle dobry, żeby mógł zrozumieć odpowiedź. To Pamela mówiła w obcych językach; on gotował obiady; a ona oznajmiała, że są pyszne. W szpitalu jej język był bezrobotny, leżał opuchnięty w ustach, a ją karmiono przez rurkę. Ktoś założył jej okulary, żeby bardziej przypominała siebie. Pielęgniarka przychodziła co godzinę, żeby je poprawić. Robili to tak, jakby te okulary były dziełem sztuki, a cała Pamela ścianą w galerii – płasko ułożone, delikatne dłonie, obawiające się siły grawitacji. On siedział na plastikowym zielonym krzesełku i przysypiał. Pewnej nocy obudził się, gdy była tam ostatnia pielęgniarka, która poprawiła okulary, a potem zmieniła pościel. Odwróciła się do Stony’ego. Ostatni strzępek francuskiego, jaki mu został, wyciekł dołem jego brzucha.

– Nie? – zapytał.

Pielęgniarka przypominała małego brązowego królika. Nawet usta miała brązowe. Zachwiała się na boki, jakby nie mogła się zdecydować, czy lepiej, żeby szalony mąż złapał ją i zjadł od razu, czy też powinien ją najpierw trochę pogonić. A potem wzruszyła ramionami.

Gdy ktoś umiera, nie wolno wzruszać ramionami. Wrócił na farmę, żeby spakować rzeczy. Najpierw swoją walizkę, ogromną, z zielonego nylonu, z marudnymi, zacinającymi się suwakami. A potem Pameli, beżową, na ramię, podłużną i poprzeszywaną paskami niczym kratownica z połowy XIX wieku. Musiał opuścić Francję jak najszybciej. Wepchnął do torby za małe biustonosze i za duże majtki, jej ulubione mokasyny z czarnej, popękanej lakierowanej skóry, stos haftowanych chusteczek. On sam potrzebował walizki, torby na komputer i mnóstwa plastikowych worków, żeby przenieść się z miejsca na miejsce, zbierał pamiątki jak wpisy o szczepieniach, ale wszystkie rzeczy Pameli mieściły się w żeglarskiej torbie. Nie udało mu się znaleźć kaczki; pamiętał słowa przemiłej, wyznającej buddyzm gospodyni z Edynburga, gdy przepraszał za zniszczenie dużej włoskiej misy malowanej w śliwki: „Mamy takie powiedzenie: I tak już było pęknięte”. Do dziś nie był pewien, czy „my” oznaczało buddystów, czy Szkotów. Zostawi gospodyni liścik w sprawie kaczki, ale oczywiście utrata kaczki go nie zniszczy.

Torba ważyła tyle co kamienie w kieszeni samobójcy. Stony wysłał maila do swojego nowego szefa, dobrodusznego archiwisty, i zapytał, czy mógłby załatwić za niego sprawę z domem – on przyjedzie, z pewnością przyjedzie, ale na jesień. Moja żona nie żyje – napisał nieprzyjemną, klarowną angielszczyzną. Płakał już, wiele godzin, ale nagle zrozumiał, co go dopiero czeka – okres życia bez ironicznego śmiechu czy radości. Wsadził torbę do szafy, żeby zajęła się nią francuska gospodyni. Popioły z kostnicy wróciły w urnie, razem z certyfikatem wyjaśniającym, czym są, do okazania celnikom. Zabrał je ze sobą do Anglii, dokąd pojechał na lato, żeby pić.

Niewłaścicielka domu była niską, lekko pomarszczoną kobietą z blond kucykiem, w czapce baseballowej i w błyszczącym, szeleszczącym czarnym dresie, wyraźnie sugerującym, że gdzieś tam jest mąż ubrany w identyczny strój. Pomachała do niego z nieszczególnie dużego ganku. W ostatnich miesiącach słała mu radosne maile o szykowaniu dla niego ślicznego domku, przewozie mebli, urządzaniu kuchni, co sprowadzało się właściwie do jednego pytania: na co ty człowieku wydawałeś kasę przez całe życie?

Książki, dzieła sztuki, przybory kuchenne. Och, jeszcze kolekcja oryginalnych, za to bezużytecznych stolików. I to wszystko. Czy upchną jakoś stoliki, książki, garnki, patelnie, obrazy? Oczywiście – odpisała. Wybrał ten dom, bo nie był do końca umeblowany: nawet wcześniej – wymawiał to słowo teraz jako spondej, akcentując obie sylaby – zamierzał połączyć się na nowo ze swoimi książkami, dziełami sztuki, talerzami, biurkiem lekarskim, stołem obiadowym, przeróżnymi szafkami na fiszki, bocznym stolikiem zrobionym ze starej skrzynki po serze. Nie chciał żyć pośród cudzego życia, a domy na wynajem zwykle są w pełni umeblowane. Człowiek czuł się jak nastolatek, którego obciążono zbyt dużą odpowiedzialnością. Z rodzicami krzywiącymi się na samo przestawienie mebli, na samo ułożenie łopatek w kuchennej szufladzie.

To nie był dom w stylu wiktoriańskim, jak z jakichś powodów zakładał, ale zwykły dom z drewna pomalowany na błękit przypominający pastę do zębów. Zdumiewające, jak śmierć zamienia drobne rozczarowania w niemal teatralne zniewagi.

– Halo! – Kobieta pośpieszyła w jego kierunku. – Jestem Carly. No, to pan jest. Nareszcie! Wydaje mi się, że wieki minęły, odkąd zaczęliśmy rozmawiać o tym domu!

Ganek się łuszczył i był cały obstawiony krzesełkami turystycznymi.

– Cieszę się, że udało się znaleźć letników – powiedział Stony.

Carly pokiwała głową.

– Tak. Ostatni wyprowadził się dziś rano.

– Ach – dodał Stony, choć omawiali to w mailach w zeszłym tygodniu. Przez swój uprzejmy sposób bycia, jako wiecznego najemcy, niepotrzebnie sugerował pomocne rozwiązania i powiedział, że przyjedzie czwartego, zamiast trzeciego, żeby miała więcej czasu na zorganizowanie sprzątania.

– To salon – powiedziała. Poszedł za nią. Drobną, szeleszczącą Carly, z włosami przykrytymi chłopięcą czapką. Poczuł się jak zbliżający się do emerytury chart prowadzony przez dżokeja: wielki nos, krowie oczy, starający się zachowywać grzecznie pomimo całego rozedrgania. Może skończyć na farmie albo zginąć, w zależności od tego, gdzie ona skręci.

Nie dżokej, oczywiście, w charcich wyścigach nie ma dżokejów.