Grom - Agnieszka Kowalska-Bojar - ebook

Opis

Marlena nie miała w planach miłości spadającej niczym Grom z jasnego nieba. Bartek nie miał w planach kobiety, która oczekuje czegoś więcej niż szybki seks i kilka chwil ekstazy. Lecz wredne przeznaczenie skrzyżowało ich drogi, nie zważając na to, że dzieli ich dosłownie wszystko, a łączy jedynie rozkwitające uczucie. Uczucie, które ma niewielkie szanse, bo on to egoistyczne bydlę, mężczyzna żyjący chwilą i dniem dzisiejszym, samotnik z wyboru. Za to ona, to wzorowa córka bogatego adwokata, zaręczona z synem jego wspólnika, mężczyzną idealnym. Lecz pozory potrafią mylić, a przeznaczenie nie zawsze się zalicza wpadkę. Będzie lekko, erotycznie, krótko i wakacyjnie, z szumem morza w tle.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 133

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (604 oceny)
249
128
131
73
23
Sortuj według:
Calineczka88

Nie oderwiesz się od lektury

Dziwna ale fascynująca książka która za szybko się kończy 😉 czekam z niecierpliwością na kolejną część
00

Popularność




Grom

MOTYLOWA BIBLIOTECZKA

Grom

Agnieszka Kowalska-Bojar

www.motylewnosie.pl

Poznań 2020

Copyright © Agnieszka Kowalska-Bojar Wydanie I

Poznań 2020

Ebook pdf ISBN 978-83-66352-971

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie ikopiowanie całości lub części publikacji wjakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszepisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy totakże fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechnianiaza pomocą nośników elektronicznych.

Wydawnictwo:

motyleWnosie

[email protected]

Ebooka kupisz na stronie:

www.motylewnosie.pl

www.sklep.motylewnosie.pl

Sarbinowo. Z roku na rok coraz więcej ludzi, domków i coraz bardziej zatłoczona plaża. Jakby nie było już innych miejsc na tej planecie, pomyślała z wisielczym humorem, przyglądając się parze z dwójką pociech, które twardo negocjowały lody. Uśmiechnęła się, gdy dostrzegła ich wygraną.

– Lenka!

Odwróciła głowę w kierunku dwóch roześmianych dziewczyn, które właśnie pojawiły się za jej plecami.

– Ależ się schowałaś!

– Nie schowałam się. Miałam ochotę na dobrą kawę, a tylko tutaj taką serwują – wskazała na szyld restauracji. Zaraz później i ona szeroko się uśmiechnęła, bo za plecami koleżanek pojawiła się reszta towarzystwa.

Nad morze wybrali się jako trzy pary, trzy szczęśliwe, zakochane w sobie pary. Marcin i Wioletta, Klaudia i Tomek oraz Kacper i ona sama. Kacper, miłość jej życia, świeżo upieczony radca prawny, syn znanego w kraju adwokata.

Seksowny, inteligentny mężczyzna, z którym za dwa tygodnie miała stanąć na ślubnym kobiercu. Na samą myśl o tym jej serce przyspieszało, a w gardle dławiło wzruszenie. Nie potrafiła wyrazić słowami, jak bardzo była szczęśliwa i jak bardzo go kochała.

Na razie wybrali się na krótkie wakacje. Przyjechali na kilka dni do luksusowej posiadłości należącej do rodziców

Kacpra, umiejscowionej nad samym morzem w pobliżu Sarbinowa. Z zejściem na plażę, dużym ogrodem, kilkoma sypialniami i wszelkimi luksusami. Miejsce idealne, również ze względu na oddalenie od zaludnionego centrum pobliskich miejscowości.

– Gdzie Kacper? – spytała pozostałych mężczyzn.

– Został w pokoju, twierdził, że boli go głowa – wyjaśnił

Marcin, jego młodszy brat. – Lenka, chodź z nami, jemu nic nie będzie. Dostał tabletkę, prześpi się i wieczorem będzie jak nowo narodzony.

– Dobrze – westchnęła, chociaż najchętniej wsiadłaby w samochód i wróciła, aby pocieszyć ukochanego. – Ale nie za długo, zgoda?

Przysiedli się do stolika, który zajmowała. Gawędzili na błahe tematy, wybuchając śmiechem. Lecz po niecałej godzinie sytuacja uległa zmianie. Marcin i Wiola udali się na spacer promenadą. Klaudia i Tomek postanowili skorzystać z nieco wątpliwych uroków wesołego miasteczka, a Lena znów została sama. Z westchnieniem wstała, uregulowała rachunek, po czym zdecydowała się na spacer główną ulicą Sarbinowa. Tłok panowała nieziemski, bo większość zeszła już z plaży, żądna rozrywki oraz budkowych specjałów, lecz Lenie to nie przeszkadzało. Szła, rozglądając się na boki, bo niezbyt często miała okazję znaleźć się w takim miejscu. Na ogół wakacje spędzała w luksusowych hotelach, wznoszących się przy tropikalnych plażach. Tutaj trafiła trochę przez przypadek i od razu postanowiła to wykorzystać, robiąc to, co uwielbiała.

Czyli obserwować ludzi. Najbardziej wdzięczny temat do rozmyślań.

Od kiedy pamiętała, mówiono o niej „dziwna”. Nad imprezy przekładała wieczór w towarzystwie książki, nie paliła, nie upijała się i nie ćpała. Chociaż jej ojciec należał do

najzamożniejszej warstwy społecznej, nigdy nie epatowała bogactwem. I mimo swej urody, wcale nie przyciągała tłumów wielbicieli.

Kacper był pierwszym mężczyzną w jej życiu, a na dodatek zdobywał ją długo i wytrwale. Początkowo nieufna Lena, w końcu odważyła się zakochać. Chociaż długo nie dowierzała swemu szczęściu, bowiem wybranek był tak zwaną

„duszą towarzystwa”, adorowaną przez kobiety, podziwianą przez mężczyzn. Na pierwszy rzut oka totalnie do siebie nie pasowali. Ale Kacper od samego początku był pewien swej miłości.

– Marlenko, takich kobiet jak ty, nie ma zbyt wielu.

Jesteś cudowna! Cudownie kobieca, podniecająco niewinna.

Dla mnie idealna!

A ona z czasem uwierzyła w jego słowa, w spojrzenie pełne z trudem tłumionego żaru i podziwu.

Po drodze zaszalała, kupując watę cukrową. Miała jeszcze ochotę na pstrokaty latawiec, lecz ze względu na jego rozmiar, umieszczenie go w torebce nie wchodziło w rachubę.

Postanowiła, że zrobi to w drodze powrotnej i ruszyła przed siebie. Dotarła aż na sam koniec, gdzie nie było już ani tłumów, ani dużej ilości straganów czy budek z jedzeniem. Był

za to ogromny namiot z automatami i innymi maszynami służącymi rozrywce. Zaciekawiona zajrzała do środka, dostrzegając dwóch chłopców, którzy z dzikimi okrzykami urządzali właśnie wirtualne polowanie na dinozaury. Oblizała klejące się od waty palce, po czym sama postanowiła spróbować szczęścia. Wygrzebała z torebki dwie monety dwuzłotowe, podeszła do jednej z maszyn i wrzuciła dwójkę.

Nic się nie wydarzyło. Lena zniecierpliwionym ruchem puknęła maszynę, ale ta nadal migała jedynie światełkami.

– Niech będzie – mruknęła, poświęcając drugą z dwójek.

Niestety, to nie pomogło. Zirytowana dziewczyna rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu obsługi. Nie chodziło jej o samą kwotę, lecz raczej o brak kolejnych monet, które mogłaby wykorzystać chociażby na innej maszynie. Pod namiotem było dziwnie pusto, tylko ona i jakiś ojciec z synem. Na samym końcu dostrzegła stanowisko obsługi, obskurną przyczepę z krzywo zawieszoną tabliczką, a na niej napis „dziupla”. Chyba nora, pomyślała z niesmakiem Lena, podchodząc bliżej.

– Halo! Jest tu kto…

– Czego chcesz? – rozległ się głos za jej plecami.

Obróciła się rozzłoszczona i zamarła w bezruchu, z pierwszym słowem na ustach, którego nie zdążyła już wypowiedzieć.

Chłopak, nie, w zasadzie to był dojrzały mężczyzna, wysoki, ciemnowłosy i muskularny. Włosy związane z tyłu głowy w kucyk. Twarz miał surową, spojrzenie zielonych oczu ponure, nos zakrzywiony i ciemny ślad zarostu. Ale było w tej twarzy coś takiego, co nie pozwoliło Lenie oderwać od niej wzroku. Ubrany był niechlujnie, w białą, poplamioną koszulkę, ze śladami potu na przodzie oraz workowate spodnie moro. Do tego ciężkie buty, okulary na czubku głowy i potężny siniak pod prawym okiem, chociaż nie wyglądał na kogoś, kto dałby się pobić.

– Pytałem, czego chcesz? – warknął, mierząc ją wyjątkowo odpychającym spojrzeniem. Dopiero wtedy dostrzegła jak intensywna jest zieleń jego oczu, jak ciemne i długie rzęsy.

– Połknął mi dwójkę – wskazała winowajcę, odzyskując głos. Chociaż i tak brzmiał nieco piskliwie, nieswojo.

– Ten? Dobra – mruknął, po czym wymierzył mocnego kopniaka w biedną maszynę. Ta zabuczała i się uruchomiła. –

Korzystaj.

Potem odwrócił się na piecie i zniknął w „dziupli”. Ale

Marlena nie ruszyła się, nawet nie drgnęła. Patrzyła przed siebie, usiłując uspokoić rozszalałe serce, pozbyć się suchości w ustach i opanować drżące, miękkie kolana.

To było jak grom z błękitnego nieba. I to jaki grom!

Nigdy wcześniej tak się nie czuła, nigdy nie zareagowała w ten sposób na żadnego mężczyznę. Dlaczego akurat widok tego doprowadził ją do takiego stanu?

Powinna była sobie odpuścić i ruszyć w drogę powrotną, a ona tylko stała niczym słup soli, wpatrując się w miejsce, w którym zniknął. Myśli, splątane, chaotyczne, zalewały jej umysł, ale sprawcą największego zamętu było serce.

Nie mogła tak po prostu sobie pójść.

Zamknęła oczy i odetchnęła, biorąc się w garść. Po czym pokonała bezwład własnego ciała i podeszła do przyczepy.

– Przepraszam – odezwała się nieśmiało. Mężczyzna wyszedł ze środka, po czym oparł się ramieniem o futrynę i patrzył na nią z niechęcią.

– O co chodzi?

– Ja… – przełknęła ślinę. Niby proste pytanie, a nie umiała na nie odpowiedzieć. Oczywiście mogła skłamać, ale Lena nie lubiła kłamstw. Uważała, że nie tylko komplikują życie, ale są czymś niegodnym. Tak więc historyjka o skręconej nóżce odpadała.

– No dalej, mam robotę – zniecierpliwił się.

– Nie wiem, jak się na tym gra. – Wymyśliła coś, co jednocześnie było kłamstwem i prawdą.

– Ja pierdolę! – sapnął. – Dobra, chodź laska, pokażę ci.

Monetę już wrzuciłaś, prawda? Tu się naciska, tutaj też, a jak złapiesz cel, to strzelasz. Dotarło?

– Tak – odparła prawie że szeptem, czując, jak się rumieni.

– No, to dobrze. – I znów sobie poszedł, nie

zaszczyciwszy jej ani jednym spojrzeniem. A przecież należała do kobiet, które nie muszą zabiegać o męską uwagę.

Tymczasem ten tutaj traktował ją jak powietrze. Albo inaczej –

jak intruza.

Trudno, westchnęła. Zagrała, chociaż tak naprawdę straciła zapał. Ciemnowłosy przystojniak nie chciał zniknąć z jej myśli. Wciąż widziała jego twarz, oczy, szerokie ramiona, w których miałaby ochotę się schronić…

– Odbiło mi! – jęknęła Marlena. Jakie schronić? Przecież czekał na nią ukochany mężczyzna, narzeczony, przyszły mąż.

Połączyły ich nie tylko interesy ich ojców, ale i prawdziwe uczucie, prawdziwa miłość i pożądanie. Czego więc chciała od tego nieznajomego?

Seksu, szepnął złośliwy chochlik w jej głowie, a dziewczyna poczuła, jak na policzki wypełza zdradliwy rumieniec. Może dlatego, że upiorna wyobraźnia znów ruszyła galopem, ukazując gorące, pełne namiętności obrazy. Ona na łóżku, on na niej, męskie plecy prężące się w rytm każdego ruchu wąskich bioder. Muskularne ciało, doskonałe w każdym calu, jej nogi oplatające to ciało, przymknięte powieki i rozchylone usta.

Konwulsyjnie zacisnęła uda. Coś takiego przytrafiło jej się pierwszy raz w życiu. Żeby tak na jawie fantazjować o całkiem obcym człowieku. Nawet o przyszłym mężu nie miewała takich myśli.

– Stanowczo, odbiło mi – powiedziała ze zgrozą, aby zaraz później wybiec z namiotu. Nie chciała zostawać tutaj dłużej, nie chciała go więcej spotkać. Bez zastanowienia podążyła w kierunku auta, postanawiając wrócić do Kacpra.

Pozostali sobie poradzą, mając w końcu do dyspozycji samochód Marcina.

Nie miała daleko, ale kiedy była niecałe pół kilometra od

domu, silnik nagle zakrztusił się i zgasł. Auto potoczyło się jeszcze siłą rozpędu, a potem stanęło na środku drogi.

– Co się stało? – zaniepokojona Lena spojrzała na poziom paliwa, ale to nie było to. Pogapiła się jeszcze w deskę rozdzielczą, a w końcu postanowiła, że ten kawałek bez problemu pokona na własnych nogach. Potem pomyślała, że do domu wejdzie, nie czyniąc hałasu, uda się do sypialni i wtuli w ramiona ukochanego. Z pewnością nie spodziewał się jej tak wcześnie, bo całą grupą mieli wrócić dopiero w porze kolacji.

Drzwi nie były zamknięte. Ostrożnie zsunęła buty, odłożyła torebkę i powstrzymując śmiech, zakradła się na piętro. Stanęła przed sypialnią, po czym delikatnie nacisnęła klamkę.

– …wiem. Musisz być cierpliwa skarbie. Przecież wiesz, że mojemu ojcu strasznie zależy na tym małżeństwie. Nie kurwa, nie mogę zrezygnować, bo mnie ten stary pryk wydziedziczy – syczał do słuchawki Kacper, nerwowym krokiem przemierzając sypialnię. – Ożenię się, poudaję przykładnego małżonka, a potem przyjdzie czas na twój plan.

Wiem, wiem, kilka lat to dużo, ale może zrealizujemy go prędzej? Marlena to kretynka, słodka idiotka o mentalności ameby, a na dodatek beznadziejna w łóżku. Wiesz, że muszę wyobrażać sobie, iż to z tobą się kocham? Inaczej w życiu by mi nie stanął – dodał ze śmiechem. – Ja pierdolę! Och, nie, nie tak kochanie, nie bądź taki brutalny, ranisz mnie –

przedrzeźniał głos Leny, powtarzając jej słowa z niedawnej rozmowy, gdy usiłował ją przekonać do seksu analnego. –

Kristin! Wierz mi kochanie, gdybym miał inne wyjście, w życiu nie poślubiłbym tej cnotki niewydymki. Rzygać mi się chce, jak muszę skomleć o seks, o czymś ostrzejszym nie wspominając. No właśnie – westchnął. – Pamiętasz jak…

Więcej nie słuchała. Wycofała się, zatykając zwiniętą

pięścią usta. Zeszła na dół potem wyszła na taras, aby złapać odrobinę powietrza. Kątem oka dostrzegła skłębione chmury nadciągające od zachodu.

On mówił o niej?

Czyli miał kochankę.

Myśli jak szalone wirowały w głowie Leny, każda ostra niczym czubek noża, każda raniąca jej serce.

Niczego nie była w życiu tak pewna, jak Kacpra.

A on…

– Kochanie! – rozległ się radosny głos za jej plecami. –

Nie wiedziałem, że wróciliście. Nie było słychać podjeżdżającego samochodu.

– Zepsuł się – wyszeptała, zmartwiałymi wargami. Lecz nie zamierzała udawać, że nic się nie stało. Odwróciła się w jego stronę i spytała:

– Z kim rozmawiałeś? Wiem, że o mnie, ale z kim?

Tym krótkim pytaniem starła zadowolenie z jego twarzy.

– Takie tam biznesowe…

– Nie, to nie była rozmowa biznesowa.

– Kurwa! – wrzasnął, doskakując do niej i brutalnie zaciskając palce na szczupłych ramionach. Po czym gwałtownie nią potrząsnął. – Musiałaś podsłuchiwać dziwko?

Zabrakło jej słów. Nie dane było jej poznać takiego Kacpra. Zawsze był ułożony, o doskonałych manierach, zawsze elegancki i kulturalny, ją samą adorujący niczym księżniczkę.

– Oszalałeś? – wyjąkała.

– Nie! Wiesz, z kim rozmawiałem? Z kobietą, którą kocham. Ale ożenię się z tobą! – dodał z niezwykłą zaciętością.

– I ani słowa! Nie po to się kurwa męczyłem całe dwa lata, żebyś teraz pokrzyżowała moje plany.

– Nie! – zaprzeczyła ruchem głowy. Nawet teraz nie docierało do niej, co się stało. To wszystko było jak senny

koszmar, tak nieprawdopodobne, że aż karykaturalne. – Ja…

Uderzył ją. Niby lekko, ale upadła na podłogę.

– Posłuchaj córeczko tatusia – wysyczał, kucając obok zszokowanej Leny. – Wyjdziesz za mnie albo kurwa pożałujesz! Wyjdziesz, bo jeśli mnie ojciec pozbawi pieniędzy, to ja ciebie pozbawię wszystkiego. Wszystkiego, co dla ciebie cenne, rozumiesz?

– Kacper…

– I wiesz, co jest plusem tego wszystkiego? Wreszcie nie będę cię musiał posuwać – dodał ze wstrętem. – Jesteś tak beznadziejna w łóżku, że szkoda gadać. A teraz zbieraj dupę, idź na górę, bo za chwilę wróci reszta naszego towarzystwa i czas na ciąg dalszy show. Zrozumiałaś?

Skinęła głową, przerażona, oszołomiona. Nadal nie mogła zebrać myśli. Lecz gdy Kacper pogwizdując, zniknął we wnętrzu domu, zbiegła na plażę i potykając się w piasku, ruszyła pędem przed siebie. Byle jak najdalej od niego, od tego domu, od potworności, którą ją spotkała. Plaża, ze względu na niejakie oddalenie od Sarbinowa, ale także ze względu na nadciągającą burzę, prawie całkiem opustoszała. Lena była pewna, że zacznie ją gonić, ale mężczyzna nie miał takiego zamiaru. Sączył drinka, wpatrując się w kobiecą sylwetkę, poirytowany i zadowolony jednocześnie. Znał tę kobietę, wiedział, że stchórzy. Popłacze, pobiega, a potem wróci skruszona, przystając na jego warunki. Kochała go i powinien to wykorzystać, chociaż miał dość tych czułości, delikatności i subtelności. Wolał ostry, wręcz zwierzęcy seks i równie brutalne pieszczoty. Niestety, kochał też pieniądze i marzył o zostaniu spadkobiercą swego ojca. A ten postawił sprawę jasno

– albo ślub z córką wspólnika, albo pakuj walizki i wynocha.

Wobec powyższego nie pozostało mu nic innego jak zerwać z aktualną partnerką i zacząć podbój tej upośledzonej kretynki.

Tak, była piękna, piękna jak z obrazka. Miała też cudowne ciało, duże, jędrne piersi, krągłe biodra, zgrabne nogi.

Ciało bogini, twarz madonny ze starego płótna, idealną w swej harmonii. Kiedy pierwszy raz ją ujrzał, oszalał z zachwytu.

Niestety, poza wyglądem zewnętrznym nie miała mu nic innego do zaoferowania. Nie lubiła imprez, życia pod publikę, wystawności. Nie lubiła też takiego seksu, jaki preferował. Dla niego była zbyt mało wyrazista, zbyt spokojna i opanowana.

Wolał bardziej żywiołowe i ekspresyjne kobiety, wabiące go swoim ciałem, kuszące spojrzeniem, wyuzdane.

Z czasem stwierdził, że była totalnie beznadziejna.

Gdyby nie dzisiejsze zajście, nigdy w życiu nie domyśliłaby się oszustwa.

– Kurwa! – zaklął, gdy na drewnianym tarasie zabębniły pierwsze krople deszczu. – Gdzie to babsko polazło?

Kiedy zaczęło brakować jej tchu, zwolniła. Była tak oszołomiona, tak wstrząśnięta, że dopiero głośny huk pioruna wyrwał ją z odrętwienia.

Nie, to nie mogło być prawdą. Zasnęła i przyśnił się jej koszmar, okropny, wstrętny koszmar. Przecież Kacper ją kochał! Nie mógł być aż tak dobrym aktorem, aż tak kłamać!

Obejmując się ramionami, drżąc z zimna, szła przed siebie, nie patrząc, dokąd prowadzą ją nogi. Raz płakała, aby za chwilę histerycznie się roześmiać. W końcu przystanęła i ocierając deszcz spływający po czole, rozejrzała się dookoła.

I nagle jej wzrok padł na zamknięty teraz namiot z automatami. Zamknięty, bo na wejściu wywieszono tabliczkę

„nieczynne” oraz zgaszono wszystkie światła.

Już wiedziała, gdzie zaniosą ją uginające się nogi.

Deszcz wciąż padał z tą samą siłą, ale ona się tym nie przejmowała. Cicho łkając, drżąc z zimna, dotarła w końcu do celu. Nie miała pojęcia, czy go zastanie, czy w ogóle ją wpuści,

ale było jej wszystko jedno. Twarz pulsowała od uderzenia pięścią Kacpra, połamane serce krwawiło, a sama Lena nigdy w życiu nie czuła się tak paskudnie.

Jak on mógł? Jak mógł ją zdradzać, oszukiwać, okłamywać? No jak? Jeszcze dziś o poranku powitał ją śniadaniem podanym do łóżka, purpurową różą i czułym pocałunkiem. A teraz… Znów się rozpłakała, opierając o jedną ze ścian zdezelowanej przyczepy.

– Co do diabła? – Zadrżała, gdy znów usłyszała ten głos.

Głęboki, nieco szorstki, pełen z trudem tłumionej złości. – Co ty tu robisz?

Spojrzała na niego bezradnie, oczyma pełnymi łez.

– Ktoś cię pobił? – spytał, dotykając czerwonego śladu na prawym policzku, tuż przy skroni. – Cholera! Że też akurat teraz! – warknął, po czym bez namysłu, chwycił ją na ręce i wniósł do środka. Może wnętrze nie było zbyt piękne czy nowoczesne, ale za to ciepłe, rozświetlone złocistym blaskiem malutkiej lampki z abażurem. Trochę przeszkadzał jej zapach nikotyny, lecz była zbyt przygnębiona, aby przejmować się takim głupstwem.

Postawił ją na środku i spojrzał, marszcząc z niezadowoleniem brwi.

– Najpierw musimy zdjąć z ciebie te mokre łachy.

Skinęła tylko głową, wpatrując się w niego jak zahipnotyzowana. Tym razem miał na sobie czarną koszulkę i równie czarne spodnie. Wyglądał seksownie, tajemniczo i mrocznie. Zamiast okularów, papieros zatknięty za ucho.

Posłusznie uniosła w górę ramiona, żeby mógł zdjąć mokrą sukienkę.

– Jasny gwint! – Aż gwizdnął z podziwem. – Ale masz ciało mała!

I sięgnął do tyłu, tam, gdzie było zapięcie biustonosza.

Odsunęła się, krzyżując ramiona i pokręciła przecząco głową.

– Dobra, niech ci będzie. – Sięgnął po obszerną bluzę, którą pomógł jej założyć. – Siadaj tam, zaraz zrobię coś ciepłego do picia.

Posłusznie usiadła w nieco chybotliwym fotelu, lecz nie rozglądała się dookoła. Wzrok utkwiła w krzątającym się mężczyźnie.

– Proszę. Herbata z prądem – powiedział, kucając dokładnie obok siedzącej Leny. – Nic więcej nie mam.

– Wystarczyłaby sama herbata – wyszeptała.

– Ależ skąd! Upiję cię i wykorzystam – zażartował, nieoczekiwanie pozbywając się uprzedniej wrogości. Lecz Lenie nie było do żartów. Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, czując, jak napływają nowe łzy.

– Ej! – palcem starł pierwszą, która spłynęła po szczupłym policzku. – Przecież nie mówiłem serio. Co tu robisz?

– Nie miałam gdzie pójść.

– Więc przyszłaś do mnie? – uniósł z zaskoczeniem brwi.

– Dlaczego?

– Nie wiem – odparła bezradnie. – Po prostu przyszłam.

Milczał, ona również.

Śliczna była, pomyślał z niechęcią. Na pewno młodsza, bo wyglądała na jakieś dwadzieścia trzy, góra dwadzieścia pięć lat. Nie sposób było nie zwrócić na nią uwagi, lecz już od pierwszego spojrzenia wiedział, że to towar nie dla niego.

– A co się stało? – spytał, łagodniejąc.