Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 512

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Groby niewinnych - Peter Robinson

„Doskonała robota. Banks i jego asystentka Susan Gay są dobrym towarzystwem, zwroty akcji są częste i zaskakujące”. People Szesnastoletnia Debora Harrison wracała do domu ze szkoły. Megan, jej przyjaciółka, twierdzi, że widziała niewyraźną postać mężczyzny za Deborą, gdy machały sobie na pożegnanie na moście, ale tamtego wieczoru mgła była tak gęsta, że nie może mieć pewności. Niedługo potem ciało Debory zostaje znalezione na cmentarzu. Zbrodnia napełnia strachem dzielnicę Marii Panny, bogatą enklawę Eastvale, a ponieważ Debora jest córką prominentnego przedsiębiorcy, ambitny nowy komendant Jeremiah „Jimmy” Riddle naciska na nadkomisarza Alana Banksa i jego zespół, żeby jak najszybciej złapali sprawcę. Społeczność oddycha z ulgą i zmienia się w tłum żądny linczu, kiedy policja zatrzymuje podejrzanego. Jednak Banks dalej bada niewyjaśnione wątki związane z wplątanymi w sprawę osobami: pastorem, który jest oskarżony o napastowanie seksualne podwładnego i kłamie w kwestii alibi na czas morderstwa, zdradzającą go żoną, nauczycielem kryjącym mroczną tajemnicę, mściwą byłą dziewczyną oskarżonego, nastoletnim chuliganem grożącym aktami przemocy Deborze i jej rodzinie. Z każdą nową informacją wyłania się inny obraz zbrodni…

Opinie o ebooku Groby niewinnych - Peter Robinson

Fragment ebooka Groby niewinnych - Peter Robinson

Tytuł oryginału:

INNOCENT GRAVES

Copyright © 1996 by Peter Robinson

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Szara Sowa

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Iwona Wyrwisz, Barbara Meisner

ISBN: 978-83-7999-645-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

http://www.soniadraga.pl

http://www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Sheili

Rozdział 1

I

W wieczór, kiedy to wszystko się zaczęło, gęsta mgła otuliła miasteczko Eastvale. Na rynku wkradała się w rowki pomiędzy brukiem, tłumiła śmiech dobiegający z pubu Queen’s Arms i światło padające przez czerwone i pomarańczowe szyby, ocierała się i lizała zimne szkło w zasłoniętych oknach i wdzierała się przez malutkie szczeliny pod drzwiami.

Mgła wydawała się najgęstsza na cmentarzu przy kościele Marii Panny, gdzie piękna kobieta z długimi rudymi włosami wędrowała boso pijana, pod niebezpiecznym kątem trzymając w dłoni pełny kieliszek pinot noir.

Szła zygzakiem, omijając rozłożyste cisy z wygiętymi gałęziami i pokryte plamami porostów kamienie. Czasami myślała, że widzi duchy, szare, przezroczyste kształty przemykające pomiędzy grobami, ale nie czuła strachu.

Dotarła do mauzoleum Inchcliffe’ów.

Majaczyło przed nią we mgle, potężne i wspaniałe: klasyczne linie wykute w marmurze, zarośnięte chwastami stopnie prowadzące do ciężkich drewnianych drzwi.

Kobieta przyszła tu na spotkanie z aniołem. Lubiła go. Oczy miał utkwione w niebie, jakby ziemskie sprawy były bez znaczenia, dłonie złożone do modlitwy. Chociaż wyrzeźbiono go z marmuru, kobieta często wyobrażała sobie, że jest bezcielesny i jej dłoń przeszłaby przez niego na wylot.

Zachwiała się lekko, uniosła kieliszek, przypijając do anioła, i wlała w siebie resztkę wina. Pod stopami czuła zimną wilgotną ziemię i trawę.

– Witaj, Gabrielu – powiedziała nieco bełkotliwie. – Przykro mi, znowu zgrzeszyłam. – Czknęła, przykładając rękę do ust. – Wybacz, ale po prostu nie umiem…

Wtedy coś zobaczyła, czarno-biały kształt wystający zza mauzoleum. Zaciekawiona, zmrużyła oczy i niepewnym krokiem podeszła. Dopiero kiedy od tej rzeczy dzielił ją metr, uświadomiła sobie, że to czarny but i biała skarpeta. Okrywające stopę.

Cofnęła się z ręką na ustach, potem poszła na tyły grobowca. W mroku widziała tylko blade nogi, jasne włosy, otwarty tornister i rdzawoczerwony mundurek Szkoły Marii Panny dla Dziewcząt.

Krzyknęła i upuściła kieliszek. Rozbił się na kamieniu.

Później Rebecca Charters, żona pastora w kościele Marii Panny, padła na kolana na potłuczone szkło i zaczęła wymiotować.

II

Mgła ma smak popiołów, pomyślał główny inspektor Alan Banks, stawiając kołnierz płaszcza i śpiesznie idąc asfaltową ścieżką w kierunku słabego, stłumionego światła. A może ponosiła go wyobraźnia. Chociaż jeszcze nie widział ciała, już czuł znajomy ucisk w żołądku, który zawsze wywoływało morderstwo.

Kiedy znalazł się na miejscu zbrodni, tuż przy wąskiej żwirowanej ścieżce koło zarośli, przez płócienny ekran zobaczył zamazaną sylwetkę doktora Glendenninga, pochylającego się nad niewyraźnym kształtem leżącym na ziemi.

Mgła kompletnie pomieszała zwykły porządek pojawiania się na miejscu zbrodni. Banks brał udział w zebraniu wyższych rangą oficerów w Northallerton, kiedy dostał wezwanie, i w rezultacie przybył niemal ostatni. Wyprzedzili go Peter Darby, policyjny fotograf, oraz inspektor Barry Stott, bardziej znany jako „Uszatek”, z powodów jasnych dla wszystkich, którzy choć raz go widzieli. Stott, niedawno awansowany i przeniesiony z Salford, czasowo zastępował sierżanta, który pojechał do Scotland Yardu, gdzie został członkiem specjalnej jednostki komputerowej.

Banks wziął głęboki wdech i wszedł za zasłonę. Doktor Glendenning podniósł wzrok; dym z papierosa zwisającego mu z ust niemal całkowicie zlewał się z otaczającą ich mgłą.

– Ach, Banks… – powiedział ze śpiewnym edynburskim akcentem, po czym wolno pokręcił głową.

Banks spojrzał na ciało. Przez wszystkie lata pracy w Eastvale nie musiał radzić sobie z tego rodzaju zbrodnią. Jasne, w Londynie widywał gorsze, co po części było powodem, dla którego opuścił stolicę i przeniósł się na północ. Najwyraźniej jednak nie można było przed nimi uciec. Nigdzie. George Orwell miał rację, mówiąc o upadku angielskiego morderstwa, Banks miał przed sobą potwierdzenie jego zdania.

Dziewczyna, przypuszczalnie piętnasto-, szesnastoletnia, leżała na plecach w wysokiej trawie za wielkim wiktoriańskim mauzoleum, na którym stał marmurowy pomnik anioła. Anioł był do niej odwrócony plecami, Banks we mgle dostrzegał ułamane pióra skrzydeł.

Ofiara wpatrywała się w mgłę, długie jasne włosy otaczały jej głowę jak aureola, twarz miała czerwonawofioletowy odcień. Pod okiem była niewielka rana, na szyi odbarwienia. Strumyczek krwi w kształcie wielkiej łzy ciekł z prawej dziurki nosa.

Rdzawoczerwony szkolny blezer leżał zwinięty na ziemi, biała bluzka była rozdarta, stanik zdjęty – na oko sądząc, dość gwałtownie.

Banks poczuł impuls, żeby przykryć dziewczynę. W swojej pracy widział o wiele więcej niż powinien oglądać człowiek, i tego rodzaju drobiazgi czasami działały na niego silniej niż krew i wnętrzności. Dziewczyna wyglądała tak niewinnie, a tak brutalnie pogwałcono jej ciało. Potrafił sobie wyobrazić jej wstyd, że tak ją obnażono, rumieniec i pośpiech, z którym próbowałaby się okryć, gdyby żyła. Ale teraz już się nie będzie wstydzić.

Sprawca zadarł jej spódnicę, odsłaniając uda i łono. Długie nogi były rozłożone pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Białe skarpetki zwinęły się wokół kostek. Na stopach miała błyszczące czarne buciki z boku zapinane na klamry.

Obok niej leżał otwarty tornister, pasek z jednej strony wypadł z metalowego kółka. Banks długopisem odwrócił klapę, na której przeczytał starannie wypisany atramentem adres:

Panna Debora Catherine Harrison

Hawthorn Close 28

Eastvale

North Yorkshire

Anglia

Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej

Unia Europejska

Ziemia

Układ Słoneczny

Droga Mleczna

Wszechświat

Uśmiechnął się smutno do siebie. To był przejaw typowej nastoletniej beztroski, w szkole sam też takie rzeczy robił.

Hawthorn Close oznaczało pieniądze, podobnie jak szkoła Marii Panny. Była to część miasta z wielkimi, w większości wolno stojącymi domami, z których każdy miał spory ogród, długi podjazd i boisko do krokieta w cieniu miedzianych buków. Jeśli człowiek chciał tam mieszkać, musiał zarabiać dość, żeby w najgorszym razie zatrudniać ogrodnika. Szkoła także wymagała pieniędzy – około tysiąca dwustu funtów na semestr. Banks to sprawdził zaraz po przeprowadzce, ale szybko się przekonał, że nie stać go na posłanie tam córki Tracy.

Od jednego z techników wyprosił kilka torebek na dowody, po czym trzymając tornister za krawędzie, przełożył do nich zawartość. W środku znalazł tylko dwie książki do ćwiczeń podpisane na okładce „Debora Catherine Harrison”, przenośne szachy, kilka kosmetyków i trzy luźne tampony w celofanowym opakowaniu. Dlaczego jednak tornister był otwarty? Zapięcie wydawało się mocne, Banks wątpił, by otworzyło się w czasie szarpaniny. Czy ktoś czegoś w nim szukał?

Glendenning polecił jednemu z podwładnych pobranie wymazów z ust, odbytu i pochwy oraz wyczesanie włosów łonowych. Jęknął i wstał.

– Robię się za stary, Banks – powiedział, masując sobie kolana. – Za stary na takie rzeczy. – Głową wskazał ciało. Wysoki i białowłosy, miał poplamione nikotyną wąsy; Banks przypuszczał, że pewnie dobiegał sześćdziesiątki.

Odeszli, teraz namiot zasłaniał im widok na ofiarę. Co pewien czas flesz aparatu Petera Darby’ego błyskał, tworząc we mgle efekt stroboskopowy. Banks przyjął od Glendenninga papierosa marki Senior Service. Zwykle palił silk cuty z filtrem, ale w ostatnich kilku miesiącach drastycznie ograniczył palenie i nawet nie nosił przy sobie papierosów. Ha, pomyślał, podczas gdy Glendenning podsunął mu złotą zapalniczkę z inicjałami, łatwo było się ograniczać w leniwe lato, bez dochodzenia w sprawie morderstwa. Teraz był listopad, tuż koło niego leżały zwłoki. Zaciągnął się i zakaszlał.

– Powinieneś się zbadać, chłopcze – powiedział Glendenning. – Ten kaszel może oznaczać raka.

– To nic takiego. Zaczyna mi się robić zimno, i tyle.

– Tak… Nie przypuszczam, że wywlokłeś mnie na tę parszywą noc, żeby rozmawiać o swoim zdrowiu, mam rację?

– Masz. Co o tym sądzisz?

– Na razie niewiele wiem, ale sądząc po kolorze skóry i śladach na szyi, powiedziałbym, że asfiksja spowodowana zadzierzgnięciem.

– Jakiś ślad po pasku?

– To nieoficjalne, ale pasek tornistra ładnie pasuje.

– A czas śmierci?

– Och, dajże spokój, chłopcze.

– W przybliżeniu?

– Nie więcej niż dwie, trzy godziny temu. Ale nie powołuj się na mnie w tej kwestii.

Banks spojrzał na zegarek. Ósma. Co oznaczało, że przypuszczalnie zginęła pomiędzy piątą a szóstą. Nie w drodze ze szkoły do domu. W każdym razie nie zaraz po szkole.

– Zamordowano ją tutaj?

– Tak. Niemal na pewno. Plamy opadowe są całkowicie zgodne z pozycją ciała.

– Znaleźliście resztę jej bielizny?

Glendenning pokręcił głową.

– Tylko stanik.

– Kiedy weźmiesz ją na stół?

– Jutro z samego rana. Przyjdziesz?

Banks przełknął; mgła drapała go w gardle.

– Za skarby świata bym tego nie przegapił.

– Dobrze. Zarezerwuję dla ciebie najlepsze miejsce. Jadę do domu. Możecie przewieźć ją do kostnicy.

Glendenning odwrócił się i zniknął we mgle.

Banks przez chwilę stał sam, usiłując zapomnieć o dziewczynie, którą widział tak okrutnie upozowaną, i desperacko próbując nie zobaczyć na jej miejscu Tracy. Starannie zgasił papierosa na ścianie mauzoleum Inchcliffe’ów i schował niedopałek do kieszeni. Nie ma sensu zostawiać na miejscu zbrodni fałszywych tropów.

Kilka metrów dalej zauważył na trawie jasną plamę. Podszedł i kucnął, żeby lepiej się przyjrzeć. Plama wyglądała i cuchnęła jak wymioty. Dostrzegał także nóżkę i fragmenty kieliszka do wina, który najwyraźniej rozbił się o kamienny murek otaczający grób. Ostrożnie podniósł odłamek, trzymając go kciukiem i palcem wskazującym. Był poplamiony krwią albo winem, Banks nie potrafił tego rozstrzygnąć.

W zasięgu słuchu dostrzegł inspektora Stotta i zawołał go.

– Wiesz coś o tym?

Stott popatrzył na szkło i wymiociny.

– Rebecca Charters. Kobieta, która odkryła ciało – powiedział. – Trochę dziwna. Mieszka na plebanii. Jest z nią posterunkowa Kemp.

– Dobra, później z nią porozmawiam. – Banks wskazał mauzoleum. – Ktoś zajrzał do środka?

– Jeszcze nie. Wysłałem posterunkowego Aikena, żeby sprawdził, czy pastor ma klucz.

Banks kiwnął głową.

– Barry, ktoś musi przekazać wiadomość rodzicom dziewczyny.

– A ponieważ jestem nowy…

– Nie to miałem na myśli. Jeśli nie czujesz się dobrze w tej roli, poślę kogoś innego. Bo trzeba to załatwić.

– Przepraszam. – Stott zdjął okulary i przetarł je białą chusteczką. – Jestem trochę… – Machnął dłonią w kierunku ciała. – Oczywiście pojadę.

– Na pewno?

– Jasne.

– Dobrze. Niedługo tam do was dołączę. Zanim wyjedziesz, wezwij posterunkową Gay i sierżanta Hatchleya. Niewykluczone, że trzeba będzie wywlec Jima z pubu Oak.

Stott uniósł brwi. Banks dostrzegł lekki wyraz niesmaku na wzmiankę o sierżancie Hatchleyu. Cóż, pomyślał, to mój krzyż.

– I wyślij na ulice tylu funkcjonariuszy, ilu się da. Chcę, żeby od razu przepytano mieszkańców domów w tej okolicy. Zapowiada się długa, pracowita noc, ale nie możemy zwlekać. Ludzie szybko zapominają. Poza tym jutro zlecą się sępy.

– Sępy?

– Prasa, telewizja, gapie. Będzie niezły cyrk, Barry. Przygotuj się.

Stott kiwnął głową. Wrócił posterunkowy Aiken z kluczem do grobowca. Banks pożyczył latarkę od jednego z techników, po czym obaj ze Stottem ostrożnie zeszli po zarośniętych zielskiem schodach.

Po krótkich zmaganiach z kluczem ciężkie drewniane drzwi ustąpiły. Mężczyźni znaleźli się w mroku z umarłymi: sześć solidnych trumien spoczywało na krzyżakach. Kilka macek mgły zsunęło się za nimi i owinęło wokół ich stóp.

W małym grobowcu nie unosił się zapach śmierci, tylko pleśni i ziemi. Na szczęście ostatnio nie chowano tu nowych Inchcliffe’ów; rodzina opuściła Eastvale pięćdziesiąt lat temu.

Na pierwszy rzut oka Banks widział tylko pajęczyny, które wydawały się stworzone z samego powietrza. Lekko zadrżał i skierował latarkę na podłogę. W kącie najbardziej oddalonym od wejścia leżały dwie puste butelki po wódce i stos niedopałków. Trudno było stwierdzić, od jak dawna tu są, ale z całą pewnością nie liczyły pół wieku.

Poza tym nie znaleźli nic interesującego i Banks z wielką ulgą opuścił mauzoleum; po jego wnętrzu powietrze, choć gęste od mgły, było czyste jak kryształ. Poprosił techników, żeby spakowali puste butelki i niedopałki, a także gruntownie przeszukali mauzoleum.

– Musimy przygotować na posterunku pokój przeznaczony dla tego dochodzenia – powiedział, znowu zwracając się do Stotta – i zostawić wóz koło miejsca zbrodni; to ludziom ułatwi przekazanie nam informacji. Funkcjonariusz od dowodów, linie telefoniczne, personel cywilny i tak dalej. Niech Susan Gay się tym zajmie. I trzeba poinformować komendanta – dodał z przygnębieniem.

Aktualnie Banks był najwyższym stopniem funkcjonariuszem w wydziale kryminalnym w Eastvale, jako że nadinspektor Gristhorpe złamał sobie nogę, naprawiając kamienne ogrodzenie. Formalnie rzecz biorąc, śledztwo w sprawie morderstwa powinien prowadzić główny nadinspektor Jack Wormsley z regionalnej komendy North Yorkshire w Northallerton, Banks jednak wiedział z doświadczenia, żeby od Jacka Wormsleya nie oczekiwać niczego więcej poza telefonem od czasu do czasu; jak głosiły plotki, był za blisko ukończenia modelu Tadż Mahal, żeby zaprzątać sobie głowę jakimś morderstwem. Banks wiedział, że jeśli już, to utrudnień mógł się spodziewać ze strony nowego głównego komendanta Jeremiaha „Jimmy’ego” Riddle’a, młodego wilka wyznającego agresywną szkołę policyjnego zarządzania, w myśl której podwładni powinni czuć na karku oddech przełożonego.

– Musimy też dokładnie przeszukać cmentarz – ciągnął Banks – ale będzie lepiej, jak zrobimy to w dzień, bo może w nocy mgła nieco opadnie. Tak czy owak trzeba się upewnić, że cmentarz jest zabezpieczony. – Banks się rozejrzał. – Ile tu jest bram?

– Dwie. Jedna z North Market Street, druga z Kendal Road, zaraz obok mostu.

– Więc to nie będzie trudne. Mur jest wysoki, wygląda na to, że powstrzyma ewentualnych intruzów, ale na wszelki wypadek wyślemy dwóch ludzi do patrolowania ogrodzenia. Nie potrzebujemy jakiegoś nieustraszonego fotoreportera zalewającego poranną prasę zdjęciami z miejsca zbrodni. Można wejść na cmentarz od strony rzeki?

Stott pokręcił głową.

– Tam mur też jest wysoki i ma potłuczone szkło na wierzchu.

– Uroczy zakątek, co?

– Jak rozumiem, dochodziło do aktów wandalizmu.

Banks wysilił wzrok, przez mgłę patrząc na światła plebanii. Wyglądały jak pozbawione ciał oczy.

– Ty jesteś człowiekiem kościoła, co, Barry?

– Owszem. Ale chodzę do Świętego Cuthberta, nie tutaj.

Banks głową wskazał plebanię.

– Wiesz, kto tu jest pastorem?

– Ojciec Daniel Charters.

Banks uniósł brwi.

– Tak myślałem. Nie znam wszystkich szczegółów, ale to o nim ostatnio mówili w wiadomościach?

– Tak – odparł Stott przez zaciśnięte zęby.

– Interesujące – powiedział Banks. – Bardzo interesujące. – Ruszył w stronę plebanii.

III

Kobieta, która otworzyła tylne drzwi w odpowiedzi na pukanie Banksa, miała trzydzieści kilka lat, połyskliwą kaskadę rudych włosów spadających na ramiona, oliwkową cerę, wielkie orzechowe oczy i najpełniejsze, najbardziej zmysłowe usta, jakie w życiu widział. Na jej twarzy malowały się oszołomienie i dezorientacja.

– Jestem Rebecca Charters – powiedziała, ściskając jego dłoń. – Proszę, niech pan wejdzie.

Banks ruszył za nią korytarzem. Była wysoka, ubrana w ciężki czarny szal zarzucony na ramiona i luźną niebieską spódnicę, która spływała z krzywizny bioder niemal do kamiennej podłogi. Stopy miała bose i brudne, ze źdźbłami trawy przyklejonymi do kostek i podeszew. Na prawej stopie koło ścięgna Achillesa była świeża rana. Kiedy szła, kołysała biodrami bardziej niż spodziewałby się po żonie pastora. To wytwór jego wyobraźni czy rzeczywiście nieco chwiejnie stawiała kroki?

Zaprowadziła go do wysokiego salonu z nijaką tapetą w paski. Posterunkowa Kemp stała przy drzwiach; Banks powiedział jej, że może iść.

Aksamitne zasłony barwy butelkowej zieleni zasłaniały wykuszowe okno. Dokładnie naprzeciwko drzwi znajdował się pusty kominek wykładany kafelkami; leżał przed nim ogromny kłąb brązowo-białej sierści, który Banks uznał za psa. Miał nadzieję, że cokolwiek to jest, pozostanie na miejscu. To nie znaczy, że nie lubił psów, ale nie znosił, jak go obwąchiwały, śliniąc się przy tym. O wiele bardziej wolał koty. Podobała mu się ich arogancja, niezależność, skłonność do złośliwostek i sprawiłby sobie jednego, gdyby jego żona Sandra nie była na nie uczulona.

Jedynym źródłem ciepła był mały biały grzejnik pod ścianą w głębi. Banks ucieszył się, że nie zdjął płaszcza.

Stolik do kawy otaczał trzyczęściowy komplet wypoczynkowy, obity zniszczonym brązowym sztruksem; w jednym z foteli siedział mężczyzna z krzaczastymi, niemal zrośniętymi czarnymi brwiami, zmarszczonym czołem, pociągłą bladą twarzą i wystającymi kość­mi policzkowymi. Miał zgnębioną minę udręczonego młodego księdza ze starego filmu.

Kiedy Banks wszedł, mężczyzna wstał; przypominał jakieś wielkie zwierzę z długimi kończynami, które podnosi się z legowiska. Wyciągnął szczupłą dłoń.

– Jestem Daniel Charters. Napije się pan kawy?

Ściskając mu rękę, Banks zauważył dzbanek na stole, i kiwnął głową.

– Bardzo chętnie. Czarną, bez cukru.

Banks usiadł na sofie, Rebecca Charters obok niego. Na stoliku stała także pusta butelka po pinot noir z Sainsbury.

Kiedy Daniel Charters zajmował się kawą, gospodyni podeszła do szafki ze szklanymi drzwiami, wyjęła butelkę i kieliszek do brandy, po czym nalała sobie szczodrą porcję. Banks zauważył, że mąż gniewnie na nią spojrzał, ale ona go zignorowała. Kawa była dobra. Upił łyk i niemal od razu poczuł, jak drapanie w gardle nieco ustępuje.

– Zdaję sobie sprawę, że to był dla pani wielki szok – zaczął – ale czy mogłaby pani odpowiedzieć na kilka pytań?

Rebecca potaknęła.

– Świetnie. Od razu zgłosiła pani znalezienie zwłok?

– Niemal natychmiast. Kiedy zobaczyłam ten kształt, zorientowałam się, czym jest, najpierw… zrobiło mi się niedobrze. Potem pobiegłam do domu i zadzwoniłam na policję.

– Co pani robiła na cmentarzu o takiej porze, w taki ponury wieczór?

– Poszłam do anioła.

Mówiła cicho i Banks nie uwierzył w to, co usłyszał.

– Co takiego?

– Mówiłam, że poszłam do anioła. – Jej wielkie wilgotne oczy z czerwonymi obwódkami od płaczu patrzyły na niego buntowniczo. – Co w tym złego? Lubię cmentarze. W każdym razie lubiłam.

– A szkło?

– Miałam kieliszek wina. Upuściłam go, potem upadłam. Niech pan patrzy. – Uniosła spódnicę do kolan. Oba były zabandażowane, ale krew przesiąkała przez gazę.

– Nie powinna pani pójść do lekarza?

Rebecca pokręciła głową.

– Nic mi nie jest.

– Poruszyła pani ciało?

– Nie. Niczego nie dotykałam. Nie zbliżałam się do niego.

– Rozpoznała pani ofiarę?

– Tylko że jest ze szkoły Marii Panny.

– Znała pani Deborę Catherinę Harrison?

Rebecca przycisnęła dłoń do ust i potaknęła. Przez chwilę Banks myślał, że znowu będzie wymiotowała. Jej mąż się nie poruszył, ale z jego miny Banks wywnioskował, że jemu też to nazwisko nie jest obce.

– To ona? – zapytała Rebecca.

– Tak podejrzewamy. Muszę prosić, żeby państwo nikomu o tym nie mówili, dopóki nie potwierdzimy tożsamości.

– Oczywiście. Biedna Debora.

– Więc znała ją pani?

– Śpiewała w chórze – powiedział Daniel Charters. – Szkołę i kościół łączą bliskie więzi. Nie mają własnej kaplicy, na nabożeństwa przychodzą do nas. Wiele dziewcząt śpiewa w chórze.

– Przychodzi państwu do głowy wyjaśnienie, co mogła robić na cmentarzu około piątej, szóstej po południu?

– Szła skrótem ze szkoły do domu – wyjaśniła Rebecca.

– Ale lekcje kończą się o wpół do czwartej.

Rebecca wzruszyła ramionami.

– Mają kluby, zrzeszenia, różne zajęcia. Będzie pan musiał zapytać doktor Green, dyrektorkę szkoły. – Znowu napiła się brandy. Pies przed kominkiem ani drgnął. Banks pomyślał, że może jest martwy, ale potem dostrzegł lekkie poruszenia sierści przy oddechu. Pewnie jest stary. Banks też się tak czuł.

– Czy któreś z państwa coś widziało albo słyszało dzisiaj po południu?

Daniel pokręcił głową.

– Wydawało mi się, że słyszałam – powiedziała Rebecca. – Kiedy w kuchni otwierałam wino. To brzmiało jak zduszony krzyk albo coś w tym rodzaju.

– Co pani zrobiła?

– Podeszłam do okna. Oczywiście w tej mgle nic nie zobaczyłam. Postałam kilka minut i kiedy nic więcej nie usłyszałam, uznałam, że to musiał być ptak albo jakieś małe zwierzę.

– Pamięta pani, o której to było?

– Około szóstej, może kilka minut po. W telewizji zaczęły się wiadomości lokalne.

– Słyszała pani krzyk, a mimo to czterdzieści pięć minut później wyszła pani sama na mroczny, zasnuty mgłą cmentarz?

Rebecca rzuciła spojrzenie na pustą butelkę po winie.

– Do tego czasu już o tym zapomniałam. Poza tym, jak mówiłam, uznałam, że to zwierzę.

Banks zwrócił się do Daniela Chartersa.

– A pan coś słyszał?

– Był w swoim gabinecie do chwili, kiedy wróciłam z krzykiem po odkryciu ciała – wyjaśniła Rebecca. – Gabinet jest po drugiej stronie domu. Tam żadne odgłosy z cmentarza nie dochodzą.

– Panie Charters?

Daniel Charters kiwnął głową.

– Tak było. Pracowałem nad kazaniem. Obawiam się, że żona ma rację. Nic nie słyszałem.

– Czy któreś z państwa widziało ostatnio nieznajomych włóczących się po okolicy?

Oboje pokręcili głowami.

– Ktoś niedawno wchodził do mauzoleum Inchcliffe’ów?

Charters zmarszczył brwi.

– Nie. O ile się orientuję, nikt tam nie był od pół wieku. Dałem klucz jednemu z pańskich ludzi.

– Gdzie pan zwykle przechowuje klucz?

– W kościele. Na haczyku w zakrystii.

– Więc wszyscy mają do niego dostęp?

– Tak. Ale nie rozumiem…

– Ktoś tam był. Znaleźliśmy butelki po wódce i niedopałki. Przychodzi panu ktoś na myśl?

– Nie potrafię… – Charters urwał i zbladł. – Chyba że…

– Chyba że co, panie Charters? – Banks napił się kawy.

– Jak przypuszczalnie pan wie, od dwóch miesięcy ciążą na mnie podejrzenia. Zna pan szczegóły?

Banks wzruszył ramionami.

– Tylko mgliście.

– Cała ta sprawa jest mglista. Chodzi o to, że zatrudniliśmy chorwackiego uchodźcę jako kościelnego. Okazało się, że to był błąd. Pił, był gwałtowny i straszył ludzi.

– A dokładnie?

– Gapił się na dziewczyny, wykonywał lubieżne gesty. Jedna widziała, jak oddawał mocz na grób. – Charters pokręcił głową. – Tego rodzaju rzeczy. O ile się orientujemy, nigdy żadnej nie tknął, ale niektóre skarżyły się doktor Green. Przeprowadziłem z nią długą rozmowę i postanowiłem się go pozbyć, a on od razu zwrócił się do władz kościelnych i oskarżył mnie, że go zwolniłem, bo nie chciał ze mną uprawiać seksu.

– Uwierzyli mu?

– To bez znaczenia, w co uwierzyli – odparł Charters, rzucając gorzkie spojrzenie na żonę. – W chwili gdy oskarżenie padło, tryby zaczęły się obracać, trzeba było przeprowadzić dochodzenie. A oskarżony momentalnie zostaje zepchnięty do defensywy. Powinien pan wiedzieć, jak to działa, inspektorze.

– Jak w przypadku „kiedy pan przestał bić żonę”?

– Właśnie.

– I myśli pan, że to on był w mauzoleum?

– Nikt inny nie przychodzi mi do głowy. Co więcej, miał łatwiejszy dostęp do klucza niż inni. Jak pamiętam, najchętniej pił wódkę, bo był przekonany, że ludzie nie czują jej w jego oddechu.

– Co pani o tym myśli, pani Charters?

Rebecca pokręciła głową, odwróciła wzrok i napiła się brandy.

– Jak pan widzi, moja żona jest prawdziwą opoką – skomentował Charters.

Banks postanowił, że zostawi to bez komentarza.

– Jak się nazywał ten kościelny?

– Ive Jelačić.

– Jak to się pisze?

Charters przeliterował, pamiętając o znakach diakrytycznych. Banks notował.

– Jak on wygląda?

– Wysoki, mniej więcej mojego wzrostu, solidnej budowy. Ma czarne włosy, które zawsze wymagają strzyżenia, ciemną cerę, lekko zakrzywiony nos. – Charters wzruszył ramionami. – Nie wiem, co jeszcze mógłbym dodać.

– Gdzie teraz jest?

– W Leeds.

– Groził panu albo niepokoił pana, odkąd go pan wyrzucił?

– Tak. Przyjeżdżał tu dwukrotnie.

– Dlaczego?

– Proponował mi układ. Sugerował, że wycofa oskarżenie, jeśli dam mu pieniądze.

– Ile?

Charters prychnął.

– Obawiam się, że więcej niż mógłbym mu zapłacić.

– A jak uzasadniłby wycofanie oskarżenia?

– Powiedziałby, że źle zinterpretował mój gest. Różnice kulturowe. Kazałem mu się wynosić. Ten człowiek to kłamca i pijak, inspektorze. Co za różnica?

– Niewykluczone, że ogromna – odparł wolno Banks – skoro znany był z niepokojenia uczennic i miał do pana pretensje. Zna pan jego adres?

Charters podszedł do kredensu i otworzył szufladę.

– Powinienem go mieć – mruknął, przeglądając stos kopert. – W tej sprawie było mnóstwo listów. A, tu jest.

Banks spojrzał na adres. Dzielnica Burmantofts w Leeds, ale ulicy nie kojarzył.

– Pozwoli pan, że skorzystam z telefonu?

– Niech się pan nie krępuje – odparł Charters. – W moim gabinecie po drugiej stronie holu jest wewnętrzny aparat, jeśli zależy panu na prywatności.

Banks wszedł do gabinetu i usiadł za biurkiem. Wrażenie zrobił na nim panujący tu porządek: żadnych rozrzuconych papierów, obgryzionych ołówków, otwartych książek położonych okładkami do góry, karteczek z pilnymi notatkami ani gumek, jak zwykle wyglądało jego biurko, kiedy nad czymś pracował. Nawet linijka leżała równolegle do bibuły. Schludny człowiek z wielebnego Chartersa. Do tego stopnia pedantyczny, że uporządkował biurko po tym, jak jego żona wpadła z krzykiem, że na cmentarzu popełniono morderstwo?

Banks zajrzał do notatnika i zadzwonił pod domowy numer inspektora Kena Blackstone’a. Blackstone, dobry przyjaciel, pracował w wydziale śledczym policji West Yorkshire dla okręgu Millgarth w Leeds. Banks wyjaśnił, co się stało, i zapytał, czy Blackstone mógłby wysłać funkcjonariuszy pod adres, który podał mu Charters. Po pierwsze, chciał się dowiedzieć, czy Jelačić jest w domu, a po drugie, czy ma alibi na ten wieczór. Blackstone odparł, że nie ma problemu, i rozłączyli się.

Kiedy wrócił do salonu, nie ulegało wątpliwości, że przerwał małżonkom prowadzoną przyciszonymi głosami kłótnię. Zauważył, że Rebecca dolała sobie brandy.

Banks nie miał dalszych pytań, wypił więc resztę letniej kawy i ruszył na cmentarz.

IV

Zaraz po wyjściu Banksa Daniel Charters z niesmakiem spojrzał na pustą butelkę po winie i drugą, niemal opróżnioną z brandy, po czym przeniósł wzrok na Rebeccę.

– Pytałem, dlaczego to zrobiłaś. Na Boga, dlaczego go okłamałaś?

– Wiesz dlaczego.

Daniel pochylił się na krześle, złożone dłonie wsuwając między kolana.

– Nie wiem. Nie dałaś mi nawet szansy na odpowiedź. Uprzedziłaś mnie tym swoim głupim kłamstwem.

Rebecca napiła się brandy.

– Jakoś nie zauważyłam, żebyś się śpieszył ze sprostowaniem.

Daniel poczerwieniał.

– Wtedy już było za późno. Wyglądałoby podejrzanie.

– Podejrzanie? O, to dobre, Danielu. A według ciebie jak to wszystko wygląda?

Twarz Daniela ściągnęła się w wyrazie bólu.

– Myślisz, że to zrobiłem? Naprawdę wierzysz, że zabiłem tę dziewczynę? – Długim kościstym palcem wskazał w kierunku cmentarza. – Sądzisz, że przed tym mnie chronisz? Na to dajesz mi alibi?

Rebecca odwróciła się od niego.

– Nie bądź niemądry.

– Więc dlaczego skłamałaś?

– Żeby było łatwiej.

– Kłamstwa nigdy niczego nie ułatwiają.

Och, czyżby? – pomyślała Rebecca. Od razu widać, co wiesz.

– Mamy aż nadto problemów bez ciebie w roli podejrzanego o morderstwo – powiedziała, wzdychając głośno.

– Nie chcesz wiedzieć, gdzie byłem?

– Nie. Nie obchodzi mnie to.

– Ale skłamałaś dla mnie.

– Dla nas. Owszem. – Przeczesała dłonią włosy. – Posłuchaj, Danielu, na cmentarzu widziałam coś strasznego. Jestem zmęczona, rozdygotana i niedobrze mi. Nie mógłbyś po prostu zostawić mnie w spokoju?

Daniel chwilę milczał. Rebecca słyszała tykanie zegara na kominku. Ezekiel poruszył się i znowu głęboko zasnął.

– Uważasz, że to zrobiłem, prawda? – nalegał Daniel.

– Proszę cię, daj temu spokój. Wcale tak nie uważam, Danielu.

– Nie pytam o morderstwo, tylko o tę drugą sprawę.

– Nic takiego nie myślę. Mówiłam ci. Przecież stałam po twojej stronie, prawda? Myślisz, że nadal bym tu była, gdybym myślała, że to zrobiłeś?

– Tutaj? Ciebie tu nie ma. Nie ma cię tutaj, odkąd to się zdarzyło. Och, może jesteś fizycznie obecna w tym pokoju. Owszem, z tym się zgadzam. Ale tak naprawdę nie ma cię tutaj ze mną. Przez większość czasu jesteś wstawiona, przez resztę… Bóg wie gdzie.

– Jasne, a wszyscy wiemy, że z ciebie taki pieprzony święty, że odkąd zaczęły się nasze kłopoty, nie wziąłeś do ust nawet kropli. Cóż, może nie jestem taka silna jak ty, Danielu. Może my wszyscy nie jesteśmy aż tak cholernie pobożni. Niektórym z nas od czasu do czasu zdarza się okazać odrobinę ludzkiej słabości. Ale ty o tym nie wiesz, co?

Rebecca drżącą dłonią nalała brandy do kieliszka. Daniel wyciągnął rękę i wytrącił go z jej dłoni. Brandy chlusnęła na stolik i sofę, kieliszek spadł na dywan.

Rebecce odebrało mowę. Po raz pierwszy, odkąd go znała, Daniel zachował się tak gwałtownie.

Twarz miał purpurową i wykrzywioną, gęste ciemne brwi stykały się nad nosem.

– Masz wątpliwości, co? No, dalej. Powiedz to. Czekam.

Rebecca pochyliła się po kieliszek, po czym drżącą dłonią nalała sobie nową porcję. Tym razem Daniel nie zareagował.

– Odpowiedz. Tylko szczerze.

Rebecca pozwoliła, by milczenie się przedłużało, po czym upiła wielki łyk i tonem dziwki powiedziała:

– Wiesz, co mówią, prawda, słodziaku? Nie ma dymu bez ognia.

V

Banks zostawił samochód zaparkowany przy North Market Street, koło kościoła Marii Panny, i pieszo ruszył do Hawthorn Close. Na głównej ulicy mgła wydawała się mniej złowroga niż na mrocznym cmentarzu, chociaż umieszczone wysoko latarnie uliczne i migające lampy znaczące przejścia dla pieszych wyglądały jak marsjańskie machiny z Wojny światów.

Dlaczego Rebecca Charters skłamała dla męża? Bo skłamała, tego był pewien, nawet bez dowodu w postaci uporządkowanego biurka. Dawała mu alibi? Może jutro znowu ich odwiedzi. Kobieta bez dwóch zdań była dziwna. Poszła zobaczyć anioła, faktycznie!

Spojrzał na zegarek. Na szczęście dopiero minęła dziewiąta, nadal miał czas, żeby wpaść do sklepu na rogu Hawthorn Road i kupić paczkę silky cutów.

Przeszedłszy około dwustu metrów Hawthorn Road, skręcił w prawo w Hawthorn Close, krętą ulicę z wielkimi kamiennymi domami, gdzie tradycyjnie mieszkała szlachta Eastvale.

Znalazł numer 28, zgasił papierosa i ruszył żwirowym podjazdem. Przed frontowymi drzwiami stał zaparkowany jaguar z rejestracją „O”. Impulsywnie położył dłoń na masce. Nadal ciepława.

Drzwi otworzył z ponurą miną Barry Stott. Banks podziękował mu za odwalenie brudnej roboty i powiedział, że może wracać na posterunek i zająć się organizacją sali, a sam z holu wszedł do przestronnego białego pokoju z białym fortepianem. Jedynymi kolorowymi elementami były tureckie dywany i chyba oryginalny Chagall wiszący nad kominkiem w stylu Adamów, w którym strzelały iskry z płonącego grubego polana. W białej biblioteczce stała literatura klasyczna w wydaniach Folio Society, balkonowe drzwi z białymi framugami wychodziły na ciemny ogród.

W pokoju były trzy osoby, wszystkie siedziały i wyglądały na zaszokowane. Kobieta miała na sobie szarą spódnicę i błękitną jedwabną bluzkę, obie rzeczy takiej jakości, że z pewnością nie kupiła ich w Eastvale. Jej blond włosy były specjalnie zmierzwione i otaczały owalną twarz z bladą nieskazitelną cerą, jasnoniebieskimi oczami oraz ustami i nosem o pięknych proporcjach. Jednym słowem, była to elegancka i atrakcyjna kobieta.

Podniosła się i podpłynęła ku niemu jak w transie.

– Czy zaszła pomyłka? – zapytała. – Proszę, niech mi pan powie, że to pomyłka. – Mówiła ze słabym francuskim akcentem.

Zanim Banks zdążył się odezwać, jeden z mężczyzn ujął ją pod ramię i powiedział:

– Chodź, Sylvio, usiądź. – Zwrócił się do Banksa. – Jestem Geoffrey Harrison, ojciec Debory. Jak przypuszczam, nadzieja, że to jednak pomyłka, jest płonna?

Banks potaknął.

Geoffrey miał około stu osiemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, długie ręce i szerokie bary świetnego serwującego. Prawdę mówiąc, przypominał sławnego krykiecistę, ale Banks nie potrafił przypomnieć sobie nazwiska. Był ubrany w szare spodnie z ostrymi kantami i robiony na drutach zielony sweter na białej koszuli. Miał kręcone jasne włosy z pasmami siwizny nad uszami i mocno zarysowany podbródek z dołeczkiem, trochę jak Kirk Douglas. Wszystko w jego ruchach i postawie mówiło, że jest człowiekiem nawykłym do rządzenia. Banks ocenił, że gospodarz ma jakieś czterdzieści pięć lat, przypuszczalnie jest o dobre dziesięć starszy od żony.

Niespodziewanie to sobie uświadomił i poczuł się tak, jakby ktoś wylał mu na głowę wiadro zimnej wody. Chryste, powinien był od razu wiedzieć. Powinien był dodać dwa do dwóch. To przeklęte zimno pewnie mąci mu w myślach. Człowiek, który przed nim stoi, to sir Geoffrey Harrison. Sir. Chyba ze trzy lata temu dostał tytuł za zasługi dla przemysłu – coś związanego z nowoczesnymi komputerami, elektroniką, mikroczipami i tak dalej. A Debora Harrison była jego córką.

– Ma pan fotografię córki z ostatniego okresu, sir?

– Na kominku. Zrobiono ją latem.

Banks podszedł i przyjrzał się zdjęciu młodej dziewczyny pozującej na pokładzie jachtu. Przypuszczał, że to jej pierwsze bikini, a chociaż nadal nie miała figury, która dobrze by je wypełniała, wyglądała świetnie. Choć pewnie taka młodość, taka energia, taki potencjał we wszystkim wyglądałby dobrze.

Uśmiechnięta Debora trzymała jedną ręką maszt, drugą długie pasmo jasnych włosów, jakby wiatr zwiewał je na jej twarz. Mimo że dziewczyna na fotografii tryskała zdrowiem i energią, nie ulegało wątpliwości, że to ta sama, która teraz leży w kostnicy.

– Obawiam się, że nie zaszła pomyłka – powiedział Banks, spoglądając na sąsiednie zdjęcie. Przedstawiało stojących na czworokątnym dziedzińcu dwóch uśmiechniętych młodych mężczyzn w białych krykietowych strojach. Jednym z całą pewnością był sir Geoffrey, tym zaś, który przyjacielsko obejmował go ramieniem, z łatwością mógł być drugi mężczyzna w pokoju. Pozostał szczupły i przystojny, chociaż piaskowe włosy szybko się cofały nad wysokim czołem i przerzedzały na czubku głowy. Miał na sobie drogi swobodny ubiór – czarne sztruksowe spodnie i rdzawą bawełnianą koszulę – oraz wiszące na łańcuszku okulary w złotych oprawkach.

– Michael Clayton – powiedział, wstając i ściskając dłoń Banksa.

– Michael to mój wspólnik w interesach – wyjaśnił sir Geoffrey – a także najstarszy przyjaciel i ojciec chrzestny Debory.

– Mieszkam tuż za rogiem – powiedział Clayton. – Jak tylko Geoff się dowiedział… cóż, zadzwonili do mnie i przyszedłem. Ustaliliście już coś?

– Jeszcze na to za wcześnie – odparł Banks, po czym zwrócił się do sir Geoffreya i lady Harrison. – Orientują się państwo, czy Debora planowała gdzieś się wybrać po lekcjach?

Sir Geoffrey poświęcił sekundę na zebranie myśli, po czym powiedział:

– Tylko do klubu szachowego.

– Klub szachowy?

– Tak. Szkolny. Spotykają się w każdy poniedziałek.

– O której zwykle wraca do domu?

Sir Geoffrey spojrzał na żonę.

– Zwykle po szóstej – powiedziała lady Harrison. – Najczęściej kwadrans po. Czasami dwadzieścia, jeśli się guzdrze z koleżankami.

Banks zmarszczył czoło.

– Musiało być po ósmej, kiedy inspektor Stott przyszedł z tą złą wiadomością, państwo jednak nie zgłosili zaginięcia Debory. Nie martwiliście się państwo? Gdzie państwa zdaniem była?

Lady Harrison zaczęła płakać. Sir Geoffrey ścisnął jej dłoń.

– Dopiero wróciliśmy – wyjaśnił. – Ja byłem na biznesowym przyjęciu w hotelu Royal w Yorku i przez tę cholerną mgłę przyjechałem później. Sylvie była w klubie fitness. Debora ma klucz. W końcu to szesnastolatka.

– O której państwo wrócili?

– Około ósmej. W odstępie kilku minut. Myśleliśmy, że Debora już była i znowu wyszła, choć miała zwyczaj nas w takiej sytuacji uprzedzać, a już na pewno zrobiłaby to w taki wieczór jak dzisiaj. Nie było listu ani żadnych śladów świadczących o jej bytności. Debora nie jest… cóż, zwykle zostawia szkolny blezer na oparciu krzesła, jeśli rozumie pan, o co mi chodzi.

– Rozumiem. – Córka Banksa, Tracy, tak samo nie przykładała wagi do porządku.

– Martwiliśmy się, że może ją porwano. Mieliśmy dzwonić na policję, kiedy przyjechał inspektor Stott.

– Grożono państwu porwaniem?

– Nie, ale słyszy się o takich rzeczach.

– Czy córka mogła mieć przy sobie coś wartościowego? Gotówkę, karty kredytowe i tak dalej?

– Nie. Dlaczego pan pyta?

– Jej tornister był otwarty. Zastanawiałem się dlaczego.

Sir Geoffrey pokręcił głową.

Banks zwrócił się do Michaela Claytona.

– Widział pan dzisiaj wieczorem Deborę?

– Nie. Byłem w domu do telefonu Geoffa.

Sir Geoffrey i lady Harrison siedzieli na białej sofie zgarbieni, trzymając się za ręce jak nastolatki. Banks przycupnął w fotelu i pochylił się z dłońmi opartymi na kolanach.

– Inspektor Stott mówił, że Deborę znaleziono na cmentarzu przy kościele Marii Panny – powiedział sir Geoffrey. – To prawda?

Banks kiwnął głową.

Gniew wykrzywił twarz sir Geoffreya.

– Rozmawiał pan z tym cholernym proboszczem? Tym zboczeńcem?

– Danielem Chartersem?

– Właśnie. Wie pan, o co został oskarżony, prawda?

– O składanie homoseksualnych propozycji.

Sir Geoffrey potaknął.

– Tak jest. Na pańskim miejscu…

– Proszę, Geoffreyu. – Sylvie skubnęła go za rękaw. – Uspokój się. Pozwól inspektorowi mówić.

Sir Geoffrey przeczesał dłonią włosy.

– Tak, oczywiście. Przepraszam.

Skąd taka wrogość wobec Chartersa? – zastanawiał się Banks. Ale lepiej zostawić to na później. Sir Geoffrey jest zrozpaczony, nie należy go teraz naciskać.

– Czy mógłbym obejrzeć pokój Debory? – zapytał.

Sylvie wstała.

– Zaprowadzę pana.

Banks poszedł za nią szerokimi, wykładanymi białym chodnikiem schodami. Złapał się na refleksji, że utrzymanie porządku w tym domu musi być piekielną harówką. Sandra nigdy by się nie zgodziła na białe chodniki albo obicia. Nie przypuszczał jednak, by Harrisonowie osobiście sprzątali.

Sylvie otworzyła drzwi do pokoju córki, potem przeprosiła i wróciła na parter. Banks zapalił światło. Pokój był większy, ale panował tu taki sam bałagan jak u Tracy. Ubrania leżały na podłodze, na łóżku wznosił się kłąb pomiętej pościeli, otwarte drzwi szafy ujawniały długi rząd wieszaków z sukienkami, bluzkami, żakietami i dżinsami. Były drogie, Banks przekonał się o tym, kiedy sprawdził kilka metek z nazwiskami znanych projektantów.

Komputer stał na biurku pod oknem, leżały tam również płyty. Obok znajdowała się biblioteczka, wypełniona głównie podręcznikami z nauk ścisłych i informatyki oraz kilkoma romansami historycznymi. Banks przeszukał wszystkie szuflady, ale nie znalazł nic interesującego. Oczywiście pomogłoby mu, gdyby wiedział, czego szuka.

Na stole przy nogach łóżka stała miniwieża, mały kolorowy telewizor i odtwarzacz wideo, wszystkie z pilotami. Banks przejrzał płyty. W przeciwieństwie do Tracy, Debora lubiła surową, grunge’ową muzykę: Hole, Pearl Jam, Nirvana. Na ścianie obok wielkiego plakatu Kurta Cobaina wisiał mniejszy z Riverem Phoenixem.

Banks zamknął za sobą drzwi i zszedł po schodach. Z białego salonu dobiegały go płacz Sylvie i stłumiona rozmowa sir Geoffreya z Michaelem Claytonem. Nie rozróżniał słów; zobaczyli go przez otwarte drzwi i zaprosili do środka.

– Mam jeszcze jedno pytanie, sir Geoffreyu, jeśli można.

– Słucham.

– Czy pańska córka prowadziła pamiętnik? Wiem, że moja to robi. Odnoszę wrażenie, że pamiętniki są bardzo popularne wśród nastolatek.

Sir Geoffrey chwilę się zastanawiał.

– Tak, chyba tak – odparł w końcu. – Michael kupił jej pamiętnik na ostatnie Boże Narodzenie.

Clayton potaknął.

– Owszem. Oprawny w skórę, z jedną stroną na dzień.

Banks znowu zwrócił się do sir Geoffreya.

– Wie pan, gdzie go przechowywała?

– Niestety nie. Sylvie?

Pokręciła głową.

– Mówiła mi, że go zgubiła.

– Kiedy to było?

– Gdzieś na początku semestru. Od jakiegoś czasu go nie widziałam, więc ją zapytałam, czy przestała go prowadzić. Dlaczego pan pyta? Czy to ważne?

– Przypuszczalnie nie – odrzekł Banks. – Tylko że czasami to, czego nie znajdujemy, jest równie ważne jak to, co znajdujemy. Problem polega na tym, że dowiadujemy się o tym za późno. Nie będę już dzisiaj zajmował państwu czasu.

– Inspektor Stott mówił, że muszę zidentyfikować ciało – powiedział sir Geoffrey. – Poczyni pan stosowne ustalenia?

– Oczywiście. Proszę jeszcze raz przyjąć moje kondolencje.

Sir Geoffrey kiwnął głową, po czym odwrócił się do żony. Banks został odprawiony jak kamerdyner.

VI

Sprawy się nawarstwiały i w rezultacie było po drugiej w nocy, kiedy Banks zaparkował przed swoim domem granatowego cavaliera, którego w końcu kupił w miejsce zdezelowanej cortiny. Po Hawthron Close dobrze było wrócić do normalnego świata bliźniaczych domów z ogródkami wielkości znaczka pocztowego, z fiestami i astrami stojącymi na ulicy.

Zaraz od progu na palcach poszedł na piętro zajrzeć do Tracy. Wiedział, że to głupie, ale po zobaczeniu ciała Debory Harrison czuł potrzebę przekonania się, że jego córka żyje i oddycha.

Bursztynowa poświata latarni ulicznej wpadała przez okno i wydobywała z mroku niewyraźny zarys jej postaci. Co chwila dziewczyna przewracała się z boku na bok i cichutko wzdychała, jakby coś jej się śniło. Banks delikatnie zamknął drzwi i wrócił na dół, uważając, by ominąć trzeszczący trzeci stopień od góry. Pomimo późnej pory wcale nie był zmęczony.

Zapalił lampę i nalał sobie czystej whisky Laphroaig w nadziei, że wymaże z jego myśli obraz Debory Harrison leżącej z rozrzuconymi kończynami na cmentarzu.

Po pięciu minutach uznał, że poniósł klęskę. Muzyka będzie lepsza. „Muzyka z nagłymi zaklęciami może powstrzymać błądzące myśli i ukoić wzburzony umysł”, jak powiedział Congreve. Przecież nie obudzi Sandry ani Tracy, jeśli cicho włączy płytę z muzyką klasyczną?

Przejrzał swój szybko rosnący zbiór – miał wrażenie, że płyty rozmnażają się z dnia na dzień – i wybrał Cztery ostatnie pieśni Richarda Straussa.

W środku drugiej, Września, kiedy kryształowy sopran Gunduli Janowitz wznosił się wysoko, Banks dolał sobie whisky i zapalił papierosa.

Zdążył się trzy, cztery razy zaciągnąć, kiedy drzwi się otworzyły i Tracy wsunęła głowę do pokoju.

– Co ty tu robisz? – szepnął Banks.

Tracy przetarła oczy i weszła do środka. Miała na sobie długą, obszerną koszulę nocną z obrazkiem pandy na piersiach. Chociaż skończyła siedemnaście lat, wyglądała w niej jak mała dziewczynka.

– Wydawało mi się, że usłyszałam kogoś w moim pokoju – mruknęła. – Nie mogłam znowu zasnąć, więc przyszłam, żeby napić się mleka. Tato, ty znowu palisz!

Banks przyłożył palec do ust.

– Ciii! Mama. – Spojrzał na papierosa z poczuciem winy. – Rzeczywiście.

– Przecież obiecałeś.

– Nieprawda. – Banks zwiesił głowę ze wstydu. Nikt tak skutecznie jak nastoletnia córka nie potrafił wzbudzić w człowieku poczucia winy z powodu złych przyzwyczajeń, zwłaszcza że w szkole robiono im pranie mózgu całą tą antynikotynową propagandą.

– Obiecałeś. – Tracy podeszła do niego. – Coś się stało? Dlatego siedzisz tu w środku nocy, pijesz i palisz?

Przysiadła na oparciu sofy i przyglądała mu się z troską w zaspanych oczach, długie jasne włosy spadały jej na wąskie ramiona. Syn Banksa, Brian, który w Portsmouth studiował architekturę, był podobny do ojca, ale Tracy odziedziczyła wygląd po matce.

Przeszli długą drogę od gorzkich kłótni o jej pierwszego chłopaka, dawno porzuconego, i o zbyt wiele późnonocnych powrotów do domu latem. Teraz Tracy postanowiła, że w tym roku wcale nie będzie miała chłopaka, a całą energię poświęci nauce, żeby dzięki dobrym wynikom dostać się na uniwersytet, gdzie chciała studiować historię. Banks mógł tylko ją za to pochwalić. Kiedy patrzył na nią, kruchą i bezbronną, czuł, jak wzbiera w nim duma z niej i rośnie strach o nią.

– Nie – powiedział, wstając i głaszcząc ją po głowie. – Nic się nie stało. Jestem po prostu starym głupcem, który nie potrafi oduczyć się starych przyzwyczajeń, to wszystko. Zrobię nam kakao, co ty na to?

Tracy kiwnęła głową, ziewnęła i wyciągnęła ręce wysoko w powietrze.

Banks się uśmiechnął. Gundula Janowitz śpiewała wiersz Hermanna Hessego. Słuchał tych pieśni tak wiele razy, że znał przekład na pamięć:

Dzień mnie znużył

I dusza ma łaknie

Gwiaździstej nocy

By objąć ją

Niczym zmęczone dziecko.

Możesz to powtórzyć, pomyślał Banks. Wchodząc do kuchni, obejrzał się na Tracy. Mrużąc oczy, usiłowała odczytać tekst drobnym drukiem na okładce CD.

Niedługo się dowie, jaki los spotkał Deborę Harrison, pomyślał. Jutro całe miasto będzie o tym huczeć. Ale nie dzisiaj w nocy. Dzisiaj w nocy ojciec i córka będą się cieszyć spokojnym, niewinnym kubkiem kakao w bezpiecznym ciepłym domu dryfującym we mgle jak wyspa.

Rozdział 2

I

Komendant Jeremiah Riddle już krążył nerwowo, kiedy wcześnie rano Banks przyjechał do pracy. Łysa głowa lśniła niczym nowa piłeczka do krykieta świeżo wypolerowana na kroczu rzucającego, czarne oczy błyszczały jak gagaty, ogolona broda wystawała niczym dziób statku, mundur był wyprasowany, nigdzie ani śladu kurzu czy kłaczków, mak ostentacyjnie wpięty w klapę: wyglądał na czujnego, rozbudzonego i gotowego na wszystko.

Banks wcale tak nie wyglądał ani nawet się nie czuł, skoro o tym mowa. W sumie miał za sobą nie więcej niż trzy godziny niespokojnego snu, zwłaszcza że obudził go wczesny telefon Kena Blackstone’a. Chociaż mgła szybko zmieniała się w mżawkę, półtora kilometra do pracy przeszedł pieszo, żeby rozjaśnić sobie umysł. Nie był pewien, czy mu się udało. Nie pomagało też to, że katar się pogarszał, wypełniając mu głowę wilgotną watą.

– Ach, Banks, w samą porę, cholera – powiedział Riddle.

Banks zdjął słuchawki i wyłączył kasetę z nagraniami Jimiego Hendrixa, której słuchał. Szalone arpeggia Pali Gap nadal dzwoniły mu w uszach.

– I musisz paradować z tym cholerstwem w uszach? – ciągnął Riddle. – Nie wiesz, jak idiotycznie wyglądasz?

Banks potrafił rozpoznać pytanie retoryczne.

– Jak przypuszczam, wiesz, kim jest ojciec ofiary?

– To sir Geoffrey Harrison, sir. Wczoraj wieczorem z nim rozmawiałem.

– W takim razie zdajesz sobie sprawę, jakie to ważne. To… to… straszna tragedia. – Jimmy Riddle zawsze ma banały na pod­orędziu, pomyślał Banks. Riddle przesunął dłonią po głowie. – W tej sprawie wymagam stu procent, Banks. Nie. Dwustu procent. Rozumiesz? Żadnego migania się. Żadnego obijania.

Banks kiwnął głową.

– Tak jest, sir.

– Co z tym gościem z Bośni? Jurrasic, tak?

– Jelačić, sir. I jest Chorwatem.

– Nieważne. Myślisz, że to nasz człowiek?

– Z całą pewnością go przesłuchamy. Mam informację od Kena Blackstone’a, że Jelačić jest znany policji z Leeds. Picie i naruszanie porządku, jeden zarzut o bójkę w pubie. Dzisiaj w nocy wrócił do domu dopiero po drugiej. Mają jego odciski, więc będziemy mogli je porównać, jeśli Vic zdejmie coś z butelki po wódce.

– Dobrze. – Riddle się uśmiechnął. – Takich rzeczy lubię słuchać. Chcę szybkiego aresztowania, Banks. Sir Geoffrey to mój przyjaciel. Rozumiesz?

– Tak jest, sir.

– Świetnie. I nie narzucaj się rodzinie. Nie chcę, żebyś ich nagabywał w czasie żałoby. Czy to jasne?

– Tak, sir.

Riddle wygładził mundur, który tego nie potrzebował, i strzepnął wyimaginowany łupież z ramion. Pobożne życzenia, pomyślał Banks.

– Idę na konferencję prasową – oznajmił. – Powinienem wiedzieć o czymś, co pozwoli mi nie wyjść na skończonego idiotę?

Nic nie zdoła ci w tym przeszkodzić.

– Nie, sir – odparł. – Może jednak wpadnie pan do naszej sali i sprawdzi, czy nie pojawiły się nowe informacje.

– Już to zrobiłem. Za kogo mnie masz, cholernego głupka?

Banks pozwolił, by cisza się przedłużyła.

Riddle wciąż krążył, chociaż wyglądało na to, że na razie nie ma nic więcej do powiedzenia.

– Dobrze. Pamiętaj, co mówiłem, Banks. – Wycelował w niego palec. – Wyniki. Szybko.

Po odejściu Riddle’a Banks poczuł, że się odpręża i łatwiej mu się oddycha, jak wiktoriańskiej damie po zdjęciu gorsetu. Czytał artykuł o osobowościach typu A: rozpychanie się, ambicja, zarozumiałość, agresja, dla otoczenia piekielnie męczące.

Zapalił papierosa, przeczytał raport leżący na biurku i popatrzył na kalendarz „Dalesmana” wiszący na ścianie. Karta z listopadem przedstawiała wioskę Muker w Swaledale, grupę wapiennych budynków stłoczonych w dolinie pełnej stłumionych jesiennych kolorów. Podszedł do okna, przez które wpadało wczesnoporanne światło, sączące się przez pokrywę chmur barwy pomyj.

Rynek z normańskim kościołem po lewej, bankiem, sklepami i kafejkami naprzeciwko oraz pubem Queen’s Arms po prawej był studium w szarości, wyjątek stanowiła czerwona honda zaparkowana koło krzyża. Banks obserwował staruszkę z czarnym parasolem kuśtykającą po bruku. Porównał czas na swoim zegarku z czasem na zegarze na wieży kościelnej – za pięć ósma, czas pozbierać papiery i ruszyć na poranną odprawę.

Inspektor Stott już czekał, gotów od razu pójść do „Sali konferencyjnej”, nazywanej tak z powodu owalnego stołu wypolerowanego na wysoki połysk, dziesięciu krzeseł do kompletu oraz ciemnobordowej tapety nad boazerią.

Posterunkowa Susan Gay pojawiła się dziesięć minut później. Makijaż niemal ukrywał worki pod oczami, żel nadał krótkim kręconym włosom taki wygląd, jakby nadal były mokre po prysznicu, subtelne perfumy wniosły do pokoju powiew wiosny.

Sierżant Jim Hatchley, wielki i ciężki jak podstarzały rugbysta, przyszedł ostatni. Nie odświeżył się. Jego twarz wyglądała jak kula ciasta z wystającymi z niej kępkami zarostu, oczy miał przekrwione, słomiane włosy skołtunione, granatowy garnitur wymięty i wyświecony.

– Dobra – powiedział Banks, przerzucając papiery na stole – mamy dwie nowe informacje. Waham się przed nazwaniem ich tropami, ale nigdy nic nie wiadomo. Po pierwsze, jeden z naszych funkcjonariuszy znalazł brakującą bieliznę, kiedy przypilony przez naturę schował się za cis, żeby odsączyć kartofelki. Jest z resztą ubrania ofiary w kostnicy. Druga sprawa może mieć jeszcze większe znaczenie. Niektórzy z was pewnie wiedzą, że chorwacki uchodźca Ive Jelačić został niedawno wyrzucony z pracy przez Daniela Chartersa, proboszcza kościoła Marii Panny, po czym oskarżył go o napastowanie seksualne. Wygląda na to, że ten Jelačić to nieciekawy typek. Według policji z West Yorkshire wczoraj w nocy pana Jelačicia nie było w domu do po drugiej, co oznacza, że miał mnóstwo czasu na popełnienie morderstwa w Eastvale i powrót, nawet w tej mgle. Powiedział, że grał w karty z rodakami w domu przyjaciela.

Hatchley chrząknął.

– Ci obcokrajowcy zaczynają łgać, kiedy tylko nas zobaczą – stwierdził. – Zwłaszcza żeby wzajemnie się chronić.

– Policja z West Yorkshire już to sprawdza – ciągnął Banks – ale obawiam się, że sierżant Hatchley na swój niepowtarzalny sposób trafił w sedno. Dlatego potraktujemy to alibi ze sporą rezerwą. Inspektor Blackstone powiedział, że zatrzymają Jelačicia do naszego przyjazdu. Myślę, że pozwolimy mu się pocić jeszcze przez kilka godzin. Następna sprawa. Laboratorium na razie nic dla nas nie ma, ale z moich obserwacji poczynionych na miejscu zbrodni wynika, że mamy do czynienia z morderstwem z pobudek seksualnych. Sprawiało wrażenie zaaranżowanego. W tej chwili po prostu za mało wiemy. Istnieje kilka innych wątków, których nie możemy przeoczyć. – Wyliczył je na palcach. – Szkoła, rodzina, Jelačić, chłopcy ofiary i para na probostwie, to na przystawkę. Rebecca Charters okłamała mnie wczoraj wieczorem, kiedy zapytałem, gdzie był jej mąż w czasie popełnienia przestępstwa. Dała mu fałszywe alibi, a ja chciałbym się dowiedzieć, dlaczego go potrzebował, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę niedawny skandal, w który jest zamieszany. Musimy także dokładniej poznać Deborę Harrison. Nie tylko to, co wczoraj robiła, ale jej zainteresowania, zajęcia, życie seksualne, o ile takie miała, oraz przeszłość. Trzeba się dowiedzieć, co ją rajcowało, jaką była osobą. Jakieś pytania?

Wszyscy pokręcili głowami.

– Dobra. Barry, chciałbym, żebyście z sierżantem Hatchleyem najpierw przejrzeli kartoteki wszystkich znanych przestępców seksualnych w hrabstwie. Znacie procedurę. Jeśli coś wyda się wam prawdopodobne, sprawdźcie to. Później popytajcie w restauracjach i kafejkach w okolicy kościoła, w lokalach, które mogły być zamknięte po ósmej, dziewiątej wieczorem, kiedy wczoraj mundurowi chodzili od domu do domu. Nigdy nie wiadomo, nasz człowiek mógł wpaść na filiżankę herbaty w drodze na cmentarz.

Stott kiwnął głową.

– Chciałbym też, żebyście spróbowali dowiedzieć się wszystkiego o Jelačiciu od policji, urzędu imigracyjnego i tak dalej. Czy w ojczyźnie był notowany? Czy popełnił tam jakiekolwiek wykroczenie o podłożu seksualnym?

Stott notował.

– Susan, ty pójdziesz ze mną. Sprawdzimy kilka rzeczy bliżej domu. Na początek musimy się dowiedzieć, co dokładnie robiła wczoraj Debora, kto widział ją ostatni. Dobrze?

– Tak jest.

– Jeśli to wszystko, zabieramy się do roboty. Każdy regularnie składa raporty w sali odpraw.

Dostawszy zadania, po kolei wyszli. Tylko Susan Gay została. Napiła się kawy z mlekiem i ponownie usiadła.

– Dlaczego ja, sir? – zapytała.

– Słucham?

– Dlaczego ja z panem pracuję? Jestem tylko posterunkową. Według rangi to powinien…

– Susan, niezależnie od stopnia jesteś dobrym detektywem. Nieraz to udowodniłaś. Pomyśl o tym. Zabieranie Jima Hatchleya do szkoły dla dziewcząt, na probostwo i do domu sir Geoffreya Harrisona… To byłoby jak wpuszczenie byka do sklepu z porcelaną.

Usta Susan wygięły się w uśmiechu.

– Co dokładnie będziemy robić?

– Rozmawiać z rodziną, przyjaciółmi, nauczycielami. Spróbujemy się dowiedzieć, czy to jest mord z pobudek seksualnych, na jaki wygląda, czy ktoś po prostu miał powód, by chcieć śmierci Debory Harrison.

– Zamierza pan sprawdzić alibi jej rodziców?

Banks przez chwilę się namyślał, po czym odparł:

– Owszem. Prawdopodobnie.

– To się nie spodoba komendantowi, prawda?

– Co mu się nie spodoba?

– Wszystko. To, że będziemy wściubiać nosy w przeszłość rodziny Harrisonów.

– Może nie.

– Chodzi mi o to, że na posterunku wszyscy wiedzą, że oni należą do tej samej loży, sir. To znaczy komendant i sir Geoffrey.

– Naprawdę?

– Tak głosi plotka, sir.

– A ty martwisz się o karierę.

– No cóż, jak pan wie, zdałam egzamin na sierżanta. Czekam na awans. Chcę powiedzieć, że jestem całkowicie po pańskiej stronie, ale wolałabym nie robić sobie wrogów w nieodpowiednich miejscach, nie teraz.

Banks się uśmiechnął.

– Nie przejmuj się, to moje jaja leżą na rzeźnickim pieńku, nie twoje. Wszystko biorę na siebie. Masz na to moje słowo.

Susan odpowiedziała uśmiechem.

– Ha, po raz pierwszy to, że nie mam jaj, przynosi mi jakąś korzyść.

II

Obudziwszy się we wtorkowy ranek tuż po ósmej, Rebecca Charters poczuła dudniący ból za oczami, który zapowiadał kolejnego kaca.

Nie zawsze tak było, przypomniała sobie. Kiedy dwanaście lat temu wyszła za Daniela, był dynamicznym młodym duchownym. Kochała jego namiętną wiarę i oddanie tak samo jak jego poczucie humoru i radość z doznań zmysłowych. Akty fizyczne były zawsze dla obojga źródłem rozkoszy. Aż do niedawna.

Wstała, okryła się szlafrokiem i podeszła do okna. Przeprowadzili się tutaj sześć lat temu i wszyscy przyjaciele mówili, jak przygnębiająco i niezdrowo jest mieszkać na cmentarzu. Jak siostry Brontë, kochanie, powtarzali, i popatrz, co się z nimi stało.

Dla Rebekki jednak to wcale nie było przygnębiające. Wręcz przeciwnie, odnalazła dziwne ukojenie i spokój w rozważaniach o robakach z zapałem wykonujących swoją pracę tuż pod porośniętą zielenią powierzchnią. To nadawało sprawom odpowiednią perspektywę. Przypominało jej wiersz Marvella, który Patrick jej recytował na początku ich romansu, kiedy rzeczy mogły się potoczyć tak albo inaczej:

Cóż, kiedy za mną pędzi pogoń chyża –

Skrzydlaty rydwan czasu wciąż się zbliża;

A tam, przed nami, czekają jedynie

Nieogarnionej wieczności pustynie.

Uroda twoja w mrok grobu się schowa

I nie usłyszy krypta marmurowa

Echa mej piosnki; robak niszczyć zacznie

Dziewictwo, które chroniłaś tak bacznie;

Cała twa cnota prochem wnet się stanie,

Popiołem – całe moje pożądanie.

Chociaż przytulnym miejscem jest mogiła,

Wątpię, czy ktoś cię tam przytuli, miła.1

W ostatecznym rozrachunku to było łatwe uwiedzenie. Wiersz poskutkował. Marvell byłby z siebie dumny.

Rebecca rozsunęła zasłony. Pasma mgły wciąż wiły się wokół pni cisów i ciężkich szarych kamieni nagrobnych, choć teraz zaczęło mżyć. Z okna widziała policjantów w mundurach metodycznie i wedle planu przeszukujących teren otaczający kościół.

Debora Harrison. Często widywała, jak dziewczyna idzie na skróty przez kościelny dziedziniec; widywała ją także w kościele i na próbach chóru, zanim zaczęły się problemy.

Ojciec Debory, sir Geoffrey, opuścił Marię Pannę przy pierwszym znaku skandalu. Szkoła stanęła po stronie Daniela, ale sir Geoffrey, dla którego pozory były o wiele ważniejsze od prawdy, ostentacyjnie odwrócił się do nich plecami, zabierając ze sobą rodzinę i wielu innych zamożnych i wpływowych członków kongregacji. Maria Panna była najbogatszą parafią w Eastvale. Była. Teraz fundusze topniały w zastraszającym tempie.

Rebecca oparła czoło o chłodne szkło i patrzyła, jak jej oddech tworzy na nim mgiełkę. Złapała się na tym, że paznokciem wypisuje imię Patricka, i poczuła, jak w lędźwiach płonie jej tęsknota za nim. Nienawidziła siebie za te doznania. Patrick miał dopiero dwadzieścia sześć lat, dziesięć lat mniej niż ona, ale był taki żarliwy, taki namiętny, zawsze z taką ekscytacją mówił o życiu, poezji i miłości. Chociaż go potrzebowała, nienawidziła siebie za to; chociaż codziennie postanawiała, że z nim zerwie, nie pragnęła niczego poza całkowitym zatraceniem się w nim.

Patrick był ucieczką, jak picie; na tyle dobrze się znała, by dojść do tego wniosku. Ucieczką przed zatrutą atmosferą w Marii Pannie, od tego, czym stali się oboje z Danielem, a także, co przyznawała w najmroczniejszych chwilach, od swoich własnych obaw i podejrzeń.

A teraz to. Próbowała siebie przekonać, że to nie ma sensu. Wykluczone, żeby Daniel był mordercą. Dlaczego chciałby zabić istotę tak niewinną jak Debora Harrison? Nawet jeśli się obawiasz, że ktoś może być odpowiedzialny za jedno, to przecież nie oznacza jeszcze, że jest odpowiedzialny także za drugie, prawda?

Obserwując policjantów w pelerynach i kaloszach rozsuwająch wysoką trawę, musiała stawić czoło faktom: Daniel wrócił do domu dopiero po tym, jak poszła do anioła; wyszedł z domu, zanim wydawało się jej, że słyszy krzyk; nie miała pojęcia, gdzie był, a po powrocie buty miał ubłocone, z liśćmi i kamyczkami przyklejonymi do podeszew.

III

Kostnica mieściła się w szpitalu ogólnym, surowym wiktoriańskim budynku z wysokimi korytarzami, po których hulały przeciągi, i oddziałami, na których zdaniem Susan człowiek na sto procent zachoruje, jeśli jeszcze nie jest chory.

Wykładana białymi kafelkami sala sekcyjna została jednak niedawno zmodernizowana, jakby umarli jakimś sposobem zasługiwali na zdrowsze otoczenie niż żywi, pomyślała Susan. Klimatyzowana, a nie chłodzona wiatrem wpadającym przez okno, sala była wyposażona w dwa lśniące metalowe stoły z rynienkami i długą laboratoryjną ławę pod ścianą ze szklanymi szafkami zawierającymi słoje z próbkami. Susan nigdy nie odważyła się zapytać o dwa, których zawartość wyglądała jak ludzkie mózgi.

Asystenci doktora Glendenninga już wyjęli ciało Debory Harrison z plastikowego worka. Leżała teraz na stole ubrana tak jak na cmentarzu.

Była dziewiąta rano, radio nadawało audycję Wake up to Wogan.

– Musimy słuchać tego badziewia? – zapytał Banks.

– To jest normalne, Banks – odparł Glendenning. – I dlatego włączamy Wogana. W całym kraju miliony ludzi go teraz słuchają. Ludzi, którzy nie przygotowują się do rozcięcia ciała szesnastolatki. Podejrzewam, że wolałbyś jakiś snobistyczny koncert muzyki klasycznej, co? Nie mogę powiedzieć, że myśl o przeprowadzeniu sekcji przy akompaniamencie Enigma Variations Elgara jakoś wspaniale na mnie wpływa. – Wsadził papierosa w kącik ust i wciągnął rękawiczki chirurgiczne.

Susan się uśmiechnęła. Banks spojrzał na nią i wzruszył ramionami.

Dziewczyna na stole nie jest istotą ludzką, powtarzała sobie Susan. To tylko kawał martwego mięsa, jak u rzeźnika. Przypomniała sobie June Walker, córkę rzeźnika, z którą chodziła do szkoły w Sheffield, i otaczający ją specyficzny odór. Dziwne, od lat nie myślała o June Walker.

Odór – stęchły i intensywny, ale też słodkawy – unosił się w powietrzu, owszem, choć ukryty pod warstwami formaliny i dymu papierosowego, bo obaj, Glendenning i Banks, raz po raz zaciągali się gwałtownie. Nie miała o to do nich pretensji. Kiedyś widziała film w telewizji, w którym amerykańska policjantka smarowała skórę pod nosem jakąś maścią, mającą zamaskować odór rozkładającego się ciała. Susan nie ośmieliła się tego zrobić z obawy, że inni ją wyśmieją. W końcu to jest Yorkshire, nie Ameryka.

Mimo to, gdy patrzyła, jak Glendenning przecina ubranie dziewczyny, a potem je zdejmuje i przekazuje do wysuszenia, niemal pożałowała, że nie pali. Przecież łatwiej zmyć smród dymu niż śmierci – ten wydawał się utrzymywać w jej włosach i garderobie przez wiele dni.

Majtki Debory leżały w plastikowej torebce na ławie. Drogie, jedwabne i seksowne, zupełnie nie przypominały granatowych majtasów, „morderców namiętności”, które Susan nosiła w szkole. Może tego rodzaju rzeczy są de rigueur dla uczennic tej szkoły, pomyślała. Czy raczej Debora liczyła, że na kimś zrobi wrażenie? Nadal nie wiedzieli, czy miała chłopaka.

Obok majtek w osobnym worku leżał szkolny blezer, a dalej tornister. Vic Manson, ekspert od odcisków palców, przysłał go wcześnie rano z informacją, że znalazł wyraźne odciski na jednej z butelek po wódce, ale tylko zamazane częściowe na gładkiej skórze tornistra. Inspektor Stott przejrzał dokładnie kieszenie blezera; odkrył jedynie portmonetkę z sześcioma funtami i trzydziestoma trzema pensami, opakowanie po gumie do żucia, klucze do domu, wykorzystany bilet do kina i połowę rulonika dropsów miętowych.

Jeden z asystentów zrobił zdjęcia, po czym Glendenning zbadał twarz, notując punktowe wybroczyny w białkach oczu, na powiekach i policzkach. Następnie zajął się pręgą na szyi.

– Jak mówiłem wczoraj wieczorem, to wygląda jak czysty przypadek uduszenia przez zadzierzgnięcie. Popatrzcie tutaj.

Banks i Susan pochylili się nad ciałem. Susan usiłowała nie patrzeć w oczy zwłok. Glendenning wskazał przebarwioną pręgę na gardle.

– Ktokolwiek to zrobił, był dość silny. Widzicie, jak głęboko pasek wbił się w ciało? Powiedziałbym też, że gość był kilka dobrych centymetrów wyższy od ofiary. A jak na swój wiek była wysoka. Pięć stóp sześć cali. – Zwrócił się do Susan. – Czyli prawie sto sześćdziesiąt osiem centymetrów według młodszego pokolenia. Widzicie, że rana jest głębsza z dołu, co oznacza, że pasek ciągnięto do góry? – Odszedł od stołu i zademonstrował to na jednym z asystentów. – Widzicie? – Banks i Susan pokiwali głowami.

– Jesteś pewien, że użyto paska tornistra? – zapytał Banks.

Glendenning potaknął. Podniósł tornister.

– Na krawędzi pozostały ślady krwi w miejscu, gdzie pasek przeciął skórę. Oczywiście sprawdzamy grupę, ale idę o zakład, że macie narzędzie zbrodni.

Następnie zdjął plastikowe torebki okrywające dłonie ofiary. Łagodnie – Susan pomyślała, że niemal jak manikiurzystka – podnosił dłonie i przyglądał się uważnie paznokciom. Dość długie, nieogryzione do żywego mięsa jak moje, gdy miałam tyle lat, stwierdziła posterunkowa.

Przy środkowym palcu prawej dłoni Glendenning mruknął coś pod nosem, po czym z tacy wziął lśniące narzędzie, którym przesunął pod paznokciem, wołając do asystenta, by ten dał mu pelurową kopertę.

– Co to jest? – zapytał Banks. – Broniła się?

– Wygląda na to, że co najmniej raz solidnie drapnęła. Przy odrobinie szczęścia uzyskamy DNA.

Obejrzał pośpiesznie piersi i brzuch, wziął próbnik i zajął się okolicą łona. Susan odwróciła wzrok; nie chciała być świadkiem tego znieważenia i guzik ją obchodziło, co inni o niej powiedzą albo pomyślą.

Nie potrafiła jednak wyłączyć głosu Glendenninga.

– Hmm, interesujące. Brak oczywistych śladów penetracji. Żadnych siniaków, żadnych otarć. Obejrzyjmy plecy.

Przewrócił ciało; plasnęło o stół jak mięso o rzeźnicki pieniek. W ciszy, która nastąpiła, Susan słyszała głośne i szybkie walenie własnego serca.

– Nie. Nic – oznajmił wreszcie Glendenning. – W każdym razie nic widocznego na pierwszy rzut oka. Czekam na wyniki badania wymazów, ale stawiam funta przeciwko pensowi, że będą czyste.

Susan odwróciła się do mężczyzn.

– Więc jej nie zgwałcono?

– Nic na to nie wskazuje – odrzekł Glendenning. – Oczywiście nie będziemy wiedzieć na pewno, dopóki dokładnie nie zbadamy jej w środku. Żeby to zrobić… – Wziął do ręki wielki skalpel.

Pochylił się nad ciałem, by wykonać rozcięcie w kształcie litery Y od ramion do łona. Wprawnym ruchem nadgarstka ominął twardą tkankę pępka.

– Dobra – powiedział Banks, zwracając się do Susan. – Lepiej się zbierajmy.

Glendenning oderwał wzrok od rozciętych płatów i uniósł brwi.

– Nie zostaniecie na resztę przedstawienia?

– Nie mamy czasu. Nie chcemy się spóźnić do szkoły.

Glendenning spojrzał na ciało i pokręcił głową.

– Trudno mieć wam to za złe. Czasami żałuję, że wstałem z łóżka.

Kiedy wychodzili, zostawiając Glendenninga przy przeglądzie narządów wewnętrznych Debory Harrison, Susan czuła, że nigdy dotąd nie była tak wdzięczna Banksowi. Przysięgła sobie, że przy następnej bytności w Queen’s Arms postawi mu piwo, ale nie powie z jakiej okazji.