Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Grobowiec - Lincoln Child

Na dnie mokradeł wokół Nilu zostaje zlokalizowany Grobowiec legendarnego faraona – Narmera – założyciela pierwszej dynastii władców Egiptu. Na stacji archeologicznej zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Czy rzeczywiście Grobowiec jest obłożony klątwą? A może tajemnicza trzecia komora kryje w sobie coś o wiele bardziej przerażającego, niż zapisano w starożytnych podaniach?

Opinie o ebooku Grobowiec - Lincoln Child

Fragment ebooka Grobowiec - Lincoln Child

O książce

Odkrycie Portera Stone’a – słynnego archeologa i poszukiwacza skarbów – może być przełomowe dla badań nad starożytnym Egiptem. Udaje mu się bowiem ustalić miejsce pochówku faraona Narmera, założyciela I egipskiej dynastii. Jedyną metodą na dotarcie do grobowca znajdującego się na nieprzebytych mokradłach w górnym biegu Nilu jest zbudowanie supernowoczesnej pływającej stacji archeologicznej.

Uczestników ekspedycji wkrótce zaczyna prześladować pech. Pożar, wybuchy, tajemnicze zjawy… Na szczęście w wyprawie bierze udział Jeremy Logan, specjalista od rozwiązywania zagadek historycznych, zarówno czysto naukowych, jak i tych, które z nauką mają niewiele wspólnego. Wszystko wskazuje na to, że tym razem chodzi o zjawiska paranormalne, a nad ekspedycją wisi klątwa faraona Namera.

Wydanie elektroniczne

LINCOLN CHILD

Amerykański pisarz, autor i współautor powieści sensacyjnych i horrorów. Po ukończeniu studiów pracował w wydawnictwie St. Martin’s Press jako redaktor, a od 1987 r. jako analityk w firmie ubezpieczeniowej MetLife. W 1988 r. nawiązał współpracę literacką z Douglasem Prestonem. Jej owocem było kilkanaście powieści m.in. przeniesiony na duży ekran Relikt i Kult. W 2002 r. ukazała się pierwsza samodzielna powieść Childa, Utopia, a wkrótce potem kolejne – Eden, Głębia, Terminalny mróz i Grobowiec.

www.prestonchild.com

Tego autora

EDENGŁĘBIAUTOPIATERMINALNY MRÓZGROBOWIEC

Z Douglasem PrestonemLABORATORIUMKRĄG CIEMNOŚCIKULT

Tytuł oryginału:THE THIRD GATE

Copyright © Lincoln Child 2012All rights reserved

This translation published by arrangement with Doubleday, an imprint of The Knopf Doubleday Publishing Group, division of Random House, Inc.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Jacek Manicki 2014

Redakcja: Magdalena Hildebrand

Zdjęcia na okładce: Waj/Shutterstock, LehaKoK/Shutterstock, Stephen McCluskey/Shutterstock, alirfan78/Shutterstock, stavklem/Shutterstock, Sandra Kemppainen/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Adam Bremer

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7985-068-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego.

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Dla Luchie

Prolog

Doktor nalał sobie w dyżurce kawy ze służbowego dzbanka, sięgnął po stojący na ladzie pojemnik ze śmietanką w proszku, zawahał się i zamiast śmietanką doprawił kawę odtłuszczonym mlekiem z lodówki. Mieszając kawę plastikową szpatułką, podszedł po wyblakłym linoleum do skupiska identycznych foteli. Zza drzwi dochodziły charakterystyczne dla szpitala odgłosy: turkot inwalidzkich wózków i noszy na kółkach, popiskiwanie aparatury medycznej i skrzeczenie szpitalnego interkomu.

Na dwóch z tych wytartych foteli wyciągał swe patykowate kończyny trzecioroczny rezydent Deguello. Normalka, pomyślał doktor — rezydent zasypiający na zawołanie czy to na stojąco, czy na leżąco, czy w jeszcze jakiejś innej niewygodnej pozycji. Kiedy siadał w fotelu obok, rezydent przestał pochrapywać i uchylił powiekę.

— Siemanko, panie doktorze — wymamrotał. — Która godzina?

Doktor zerknął na ścienny zegar nad szafkami.

— Dwudziesta druga czterdzieści pięć.

— O żeż ty! — wyjęczał Deguello. — Znaczy tylko dziesięć minut kimki zaliczyłem.

— Nie kwękaj — mruknął doktor, upijając łyczek kawy. — Noc dzisiaj spokojna jak rzadko.

Deguello zamknął oko.

— Dwa zawały. Jeden rozbity czerep. Jedno cesarskie cięcie. Dwie ofiary strzelaniny, w tym jedna w stanie krytycznym. Poparzenie trzeciego stopnia. Rana kłuta z penetracją nerki. Jedno złamanie proste i jedno z przemieszczeniem. Staruszek odwalający kitę na noszach. Przedawkowania koki, alkoholu, amfy… — tu urwał. — I to wszystko przez ostatnie półtorej godziny.

Doktor upił łyk kawy.

— Wiem, co mówię, nockę mamy dziś spokojną. Patrz na życie od tej jaśniejszej strony. Niewiele brakowało, a mógłbyś teraz zbierać na tacę podczas sumy.

— Myślę tak sobie i myślę — wymamrotał po chwili milczenia rezydent — i nijak pojąć nie mogę. Dlaczego pan to robi? Dlaczego co drugi piątek składa pan siebie w ofierze na ołtarzu urazówki. Ja, wiadomo, nie mam wyboru. Ale pan, taki wybitny anestezjolog?

Doktor dopił kawę i wrzucił pusty plastikowy kubek do kosza na śmieci.

— Trochę mniej dociekliwości wobec starszych i wybitniejszych, jeśli łaska. — Wstał z fotela. — No to pchamy dalej ten wózek.

Wyszedł z dyżurki i skręcił w kierunku stanowiska pielęgniarek na końcu korytarza. Względny spokój. I nagle coś ten spokój zburzyło. Na spotkanie wybiegła mu siostra oddziałowa.

— Wypadek samochodowy! — wołała już z daleka. — Jedna ofiara, zaraz tu będą! Zarezerwowałam już dwójkę.

Doktor skierował się natychmiast do wskazanego ambulatorium. W tym samym momencie rozsunęły się drzwi oddziału urazowego i zespół ratowników medycznych wtoczył nosze. Za nimi wbiegli dwaj policjanci. Po nerwowych ruchach tych ludzi, zaaferowanych minach, krwi na fartuchach i twarzach doktor zorientował się od razu, że to poważny przypadek.

— Kobieta, trzydzieści parę lat! — krzyknął jeden z ratowników. — Brak reakcji!

Doktor zamachał do nich, a do stojącego obok stażysty rzucił:

— Skocz po wózek chirurgiczny.

Stażysta kiwnął głową i oddalił się truchtem.

— I wezwij tutaj Deguella i Corbina! — zawołał za nim doktor.

Ratownicy wtaczali już nosze do ambulatorium numer dwa i ustawiali je przy stole.

— Głową do mnie — zakomenderowała pielęgniarka. — Uwaga na kołnierz usztywniający. Raz, dwa, iii trzy!

Pacjentka została przeniesiona na stół, odsunięto nosze. Doktorowi rzuciły się w oczy blada skóra, cynamonowe włosy, bluzka, wcześniej biała, teraz zakrwawiona. Rozpryski krwi na posadzce znaczyły trasę, którą wtaczano do ambulatorium nosze.

Coś go tknęło, poczuł jakiś nieokreślony niepokój.

— Staranował ją pijany kierowca — mruknął mu do ucha jeden z ratowników. — Mało nam po drodze nie zeszła.

Do ambulatorium wbiegli stażyści, za nimi Deguello.

— Znacie grupę krwi? — spytał doktor.

Ratownik kiwnął głową.

— Zero minus.

Zakotłowało się. Podłączano monitory, zawieszano butelki z kroplówkami, wtaczano wózki z aparaturą reanimacyjną.

— Dzwoń do banku krwi — rzucił doktor do stażysty. — Niech tu dają trzy jednostki… albo nie, cztery — skorygował, spoglądając na zakrwawione linoleum.

Do ambulatorium wbiegł Corbin.

Deguello podszedł do wezgłowia stołu i pochylił się nad nieprzytomną ofiarą.

— Wygląda mi na sinicę.

— Wytamponować — warknął doktor, wskazując na brzuch kobiety, obnażony już i cały we krwi. Zerwał szybko prowizoryczny opatrunek założony przez ratowników. Jego oczom ukazała się straszna, otwarta, obficie krwawiąca rana. Spojrzał znacząco na pielęgniarkę, pokazując palcem. Przyłożyła tampon. Kiedy go odjęła, obejrzał znowu ranę.

— Ciężki uraz jamy brzusznej — orzekł. — Możliwa odma opłucnowa. Nie obejdzie się bez nakłucia. — Obejrzał się na ratownika. — Jak, u licha, mogło do tego dojść? Samochód nie miał poduszki powietrznej?

— Ześliznęła się pod nią — wyjaśnił mężczyzna. — Deska rozdzielcza pękła na dwoje jak suchy patyk i pewnie kobieta o nią zahaczyła. Ranną musieli wycinać nożycami przez dach. Kurczę, strasznie to wyglądało. Ten pijany sukinsyn praktycznie zmiażdżył swoim SUV-em jej porsche.

Porsche. Znowu ten nieokreślony niepokój, tym razem silniejszy. Doktor wyprostował się, żeby spojrzeć na twarz kobiety, ale widok zasłaniał mu Deguello.

— Poważny uraz głowy — powiedział Deguello. — Trzeba będzie zrobić tomografię.

— Ciśnienie spada; teraz osiemdziesiąt na trzydzieści pięć! — zawołała pielęgniarka. — Puls siedemdziesiąt dziewięć.

— Kontynuować masaż serca! — zaordynował Deguello.

Wykrwawienie, silny wstrząs pourazowy: mieli najwyżej dwie minuty, żeby ją uratować. Weszła jeszcze jedna pielęgniarka i zaczęła zawieszać torebki z krwią na stojaku.

— To nie wystarczy — warknął doktor. — Ona za szybko się wykrwawia.

— Miligram epi — rzucił Corbin.

Pielęgniarka odwróciła się do wózka, chwyciła większą igłę i uniosła bezwładną rękę kobiety, żeby się w nią wkłuć. Kiedy to robiła, doktorowi rzuciła się w oczy dłoń — wąska i bardzo blada — a zaraz potem pierścionek na serdecznym palcu: platynowa obrączka ślubna z osadzonym w niej szafirem gwiaździstym w kolorze whiskey na czarnym tle. Bardzo droga, lankijska. Wiedział to, bo sam ją kupował.

— Zatrzymanie akcji serca! — krzyknęła pielęgniarka.

Doktor stał jak słup soli, sparaliżowany zgrozą i niedowierzaniem. Kiedy Deguello wyprostował się i odwrócił do jednego ze stażystów, zobaczył wreszcie twarz kobiety: włosy w nieładzie, pozlepiane, oczy szeroko otwarte, usta i nos przykryte maską respiratora.

— Jennifer — wychrypiał przez ściśniętą krtań.

— Zanikają funkcje życiowe! — krzyknęła pielęgniarka.

— Lido! — zawołał Corbin. — Lido! Cito!

I paraliż, jak ręką odjął, ustąpił.

— Defib! — wrzasnął doktor do pielęgniarki.

Podbiegła do stojącego w kącie wózka z defibrylatorem i przyciągnęła go do stołu.

— Ładowanie.

Podskoczył stażysta, wstrzyknął lidokainę, odstąpił. Doktor porwał drżącymi rękoma paletki. Nie może być. To jakiś senny koszmar. Obudzi się zaraz w dyżurce, w fotelu, obok pochrapującego z cicha Deguella.

— Naładowany! — zawołała pielęgniarka.

— Odsunąć się! — Doktor wychwycił we własnym głosie nutę desperacji. Kiedy wszyscy obecni cofnęli się na bezpieczną odległość, przyłożył paletki do obnażonej, zakrwawionej klatki piersiowej kobiety i włączył prąd. Ciało Jennifer wyprężyło się, wygięło w łuk i opadło z powrotem na stół.

— Brak tętna! — krzyknęła pielęgniarka obserwująca monitory.

— Przeładować! — rzucił.

Ponownie rozległo się basowe, natarczywe buczenie.

— Wstrząs hipowolemiczny — wymruczał Deguello. — Nie było szans.

Oni nie wiedzą, przemknęło przez myśl doktorowi. Niczego nie rozumieją. Poczuł, jak jedna z łez napływających mu do oczu zaczyna się toczyć po policzku.

— Przeładowany! — zameldowała pielęgniarka obsługująca defibrylator.

Przyłożył ponownie paletki. Ciało Jennifer znowu podskoczyło.

— Brak reakcji — zakomunikował beznamiętnie stojący obok stażysta.

— To już koniec — westchnął Corbin. — Odpuść sobie, Ethan.

Doktor nie posłuchał. Odrzucił paletki i przystąpił do ręcznego masażu serca. Czuł jej zimne ciało, które nie reagowało, przelewało się pod dłońmi jak zakalcowate ciasto.

— Źrenice nieruchome, rozszerzone — zameldowała pielęgniarka.

Ale doktor, jakby głuchy na te słowa, z jeszcze większym zaangażowaniem i desperacją kontynuował masaż.

W ambulatorium wrzącym dotąd aktywnością zaległa cisza.

— Zatrzymanie akcji serca — dorzuciła pielęgniarka.

— Daj spokój, Ethan — mruknął Corbin.

— Nie! — warknął doktor.

Rozpacz w jego głosie sprawiła, że wszyscy dziwnie nań spojrzeli.

— Co z tobą, Ethan? — spytał zaskoczony Corbin.

Doktor pokręcił tylko głową i się rozpłakał.

Obecni w salce albo patrzyli ze zdumieniem, albo zakłopotani odwracali wzrok. Tylko jeden stażysta otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Płaczący wciąż doktor wiedział, z czym zaraz wróci. Z czystym prześcieradłem do zakrycia zwłok.

1

TRZY LATA PÓŹNIEJ

Jeremy Logan urodził się i dorastał w Westport, obecnie wykładał na Uniwersytecie Yale, wydawało mu się więc, że dobrze zna Connecticut, swój ojczysty stan. Ale okolica, przez którą teraz jechał, była dla niego objawieniem. Kierując się wskazówkami przesłanymi mu e-mailem, za Groton skręcił na wschód, kawałek dalej na US1, a zaraz za Stonington w szosę odbiegającą od autostrady. Pędząc wzdłuż wybrzeża szarego Atlantyku, minął Wequetequock, przejechał przez most, chyba równie stary jak sama Nowa Anglia, i skręcił ostro w elegancko wyasfaltowaną, ale nieoznakowaną boczną drogę. Nie było przy niej ani jednego ze wszechobecnych minimarketów i moteli. Minął senną zatoczkę, gdzie kołysały się na kotwicy łodzie poławiaczy homarów, i wjechał do równie sennej osady czy raczej małej wioski ze sklepem wielobranżowym, warsztatem naprawy takielunku, kościółkiem episkopalnym, nad którym górowała przesadnie wysoka dzwonnica, oraz z krytymi szarym gontem domkami, każdy ogrodzony płotkiem z pomalowanych na biało sztachet. Żadnych klocowatych SUV-ów, żadnych tablic rejestracyjnych spoza stanu. Machali do niego ludzie siedzący na ławeczkach przed domami albo wyglądający przez okna. Kwietniowe słońce przygrzewało mocno, oceaniczne powietrze było czyste i rześkie. Tablica nad drzwiami budynku poczty informowała, że wioska nazywa się Pevensey Point i liczy 182 mieszkańców. Kojarzyła się Loganowi nieodparcie z Hermanem Melvillem1.

— Och, Karen — wymruczał — gdybyś wcześniej zobaczyła to miejsce, nie naciskałabyś tak wtedy na kupno letniskowego domku w Hyannis.

Jego żona zmarła przed laty na raka, lecz on nadal od czasu do czasu rozmawiał z nią na głos. Naturalnie były to najczęściej monologi, nie rozmowa. Z początku krył się z tym. Zanim zaczął, upewniał się, czy nikt go nie usłyszy. Ale potem — kiedy to, co traktował zrazu jako intelektualne hobby, przekształciło się w profesję — przestał się krygować. Teraz, zważywszy na to, czym się zawodowo zajmował, miał prawo uchodzić za nieszkodliwego dziwaka.

Zgodnie ze wskazówkami zawartymi w e-mailu trzy kilometry za wioską zobaczył wąską drogę odbiegającą od szosy w prawo. Skręcił w nią, przeciął lasek karłowatych sosen i wjechał między bure wydmy. Zaraz za wydmami jego oczom ukazał się metalowy most łączący stały ląd ze sporą, płaską wyspą omywaną przez wody cieśniny Fishers Island Sound. Nawet z tej odległości wypatrzył na wyspie kilkanaście zabudowań z czerwonobrązowego kamienia. Pośrodku stały, jeden przy drugim, trzy duże pięciopiętrowe bloki przypominające akademiki. Po drugiej stronie wyspy, przesłonięty częściowo przez budynki, ciągnął się pusty pas startowy, dalej był już ocean, a na horyzoncie majaczyła ciemnozielona krecha Rhode Island.

Logan pokonał ostatnie półtora kilometra dzielące go od wjazdu na most i zatrzymał się przy wartowni. Pokazał kartkę z wydrukiem e-maila strażnikowi, ten przebiegł wzrokiem treść, uśmiechnął się i podniósł szlaban. Na stylowej, ale nierzucającej się w oczy tablicy obok wartowni widniał napis CBPM.

Logan przejechał przez most i za pierwszym z brzegu budynkiem skręcił na zadziwiająco rozległy parking. Stało na nim co najmniej sto samochodów, a parking pomieściłby ich o wiele więcej. Logan wprowadził wóz na wolne miejsce, zgasił silnik i jeszcze raz przeczytał e-maila.

Jeremy!

Cieszę się, że jesteś zainteresowany. Kamień spadł mi z serca. Rad jestem również, że dysponujesz akurat wolnym czasem, bo jak już wcześniej wspomniałem, nie sposób przewidzieć, ile może potrwać rozwiązywanie tej zagadki. W każdym razie dostaniesz wynagrodzenie za minimum dwa tygodnie w zaproponowanej przez Ciebie wysokości. Żałuję, że nie mogę Ci w tej chwili podać bliższych szczegółów, ale Ty jesteś pewnie do tego przyzwyczajony. I muszę Ci powiedzieć, że nie mogę się doczekać, kiedy po tylu latach znów się zobaczymy.

Wskazówki, jak dotrzeć do Centrum, w załączniku. Czekam na Ciebie rano, osiemnastego. Gdzieś między dziesiątą a południem. I jeszcze jedno: kiedy już dołączysz do tego projektu, będziesz może miał trudności z dodzwonieniem się dokądkolwiek, załatw więc zawczasu, co masz do załatwienia. Do zobaczenia 18!

Pozdrowienia,E.R.

Logan spojrzał na zegarek; jedenasta trzydzieści. Przeniósł wzrok z powrotem na kartkę. Będziesz może miał trudności z dodzwonieniem się dokądkolwiek. Co to niby ma znaczyć? Czyżby maszty telefonii komórkowej kończyły się na malowniczej Prevensey Point? Tak czy inaczej on „był do tego przyzwyczajony”. Przyciągnął do siebie worek marynarski leżący na fotelu pasażera, wsunął do niego kartkę z wydrukiem e-maila i wysiadł.

Skromnie urządzona recepcja mieszcząca się w jednym z przypominających akademiki budynków skojarzyła się Loganowi ze szpitalną rejestracją: kilka niezajętych krzesełek, stoliki z czasopismami, parę olejnych obrazów na beżowych ścianach i biurko, a za nim kobieta po trzydziestce. W ścianę za jej plecami wpuszczone były litery CBPM, cokolwiek mogło się kryć pod tym akronimem.

Logan podał recepcjonistce swoje nazwisko. Spojrzała na niego z mieszaniną zaciekawienia i zakłopotania. Usiadł na krzesełku, przygotowując się na dłuższe oczekiwanie. Ledwie jednak zdążył sięgnąć po ostatni numer „Harvard Medical Review”, otworzyły się drzwi naprzeciwko recepcjonistki i do recepcji wmaszerował Ethan Rush.

— Witaj, Jeremy! — zawołał od progu, uśmiechając się i wyciągając rękę. — Miło cię widzieć.

— Cześć, Ethan — powiedział Logan i ścisnął mu dłoń. — Kopę lat.

Od czasu, kiedy odbywali wspólnie praktykę w szpitalu klinicznym imienia Johnsa Hopkinsa w Baltimore — on w ramach specjalizacji, Rush jako student ostatniego roku medycyny — tych lat upłynęło już chyba ze dwadzieścia, a Ethan jakby w ogóle się nie postarzał. No, może tylko te kurze łapki w kącikach oczu. Witając się z nim, Logan odniósł wrażenie, że w życiu tego człowieka zaszło coś szokującego, przełomowego, i że ogarnęła go na tym punkcie obsesja.

Doktor Rush rozejrzał się po recepcji.

— A gdzie twój bagaż?

— W samochodzie.

— Daj kluczyki, zaraz kogoś po niego poślę.

— Lotus Elan S czwórka.

— O, la la. — Rush zagwizdał. — Ten kabriolet? Z którego roku?

— Z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego.

— Dobry rocznik. Zaznaczę, żeby obchodzili się z nim jak z jajkiem.

Logan wręczył Rushowi kluczyki, które ten przekazał recepcjonistce, wydając jej szeptem jakieś instrukcje. Potem odwrócił się do Logana, wskazał głową drzwi i ruszył przodem.

Wjechali windą na ostatnie piętro i Rush poprowadził Logana długim korytarzem, w którym zalatywało środkami dezynfekcyjnymi i innymi chemikaliami. Skojarzenie ze szpitalem stawało się coraz silniejsze, ale gdzie w takim razie pacjenci? Tych kilka osób, które po drodze napotkali, ubranych było zwyczajnie i najwyraźniej nic im nie dolegało. Logan zerkał z zaciekawieniem w otwarte drzwi mijanych pomieszczeń. Salki konferencyjne, duża, pusta sala wykładowa na co najmniej stu słuchaczy, laboratoria naszpikowane aparaturą, biblioteka pełna papierowych czasopism oraz specjalistycznych czytników. Jego uwagę zwróciło też kilka z pozoru identycznych pokoi, każdy z jednym wąskim łóżkiem, od którego dziesiątki, jeśli nie setki kabli biegło do przyrządów monitorujących. Reszta drzwi była pozamykana, a małe okienka w nich zasłonięte od wewnątrz. Minęła ich grupka mężczyzn i kobiet w białych fartuchach laboratoryjnych. Zerknęli na Logana, kiwnęli głowami Rushowi.

Rush zatrzymał się przed drzwiami opatrzonymi tabliczką DYREKTOR, otworzył je i gestem ręki zaprosił Logana do środka. Przez zastawiony pełnymi książek półkami sekretariat, w którym siedziały dwie kobiety, przeszli do prywatnego gabinetu. Był urządzony ze smakiem i, w odróżnieniu od zagraconego sekretariatu, minimalistycznie. Na trzech ścianach wisiało kilka postmodernistycznych obrazów w zimnych odcieniach błękitów i szarości; czwarta ściana, cała ze szkła, przesłonięta była opuszczonymi żaluzjami.

Pośrodku stał wypolerowany na wysoki połysk stolik z drewna tekowego, a po obu jego stronach skórzane fotele. Rush zajął jeden i wskazał Loganowi drugi.

— Napijesz się czegoś? — zapytał. — Kawy, herbaty, mineralnej?

Logan pokręcił głową.

Rush założył nogę na nogę.

— Będę z tobą szczery, Jeremy — zaczął. — Nie miałem pewności, czy zgodzisz się podjąć tego zadania, zwłaszcza że tak ogólnikowo ci je nakreśliłem… no i chyba nie narzekasz ostatnio na brak zleceń.

— Nie miałeś pewności, pomimo honorarium, jakiego zażądałem?

— To prawda — przyznał z uśmiechem Rush — wysoko się wyceniłeś. Ale to zrozumiałe, zważywszy na powszechne zainteresowanie, jakie ostatnimi czasy wzbudza to, czym się zajmujesz. — Zawahał się. — Możesz mi przypomnieć, jak nazywasz swoją profesję?

— Jestem enigmatologiem.

— A, tak. Enigmatologia. — Rush spojrzał z zaciekawieniem na Logana. — I to prawda, że zdołałeś udokumentować istnienie potwora z Loch Ness?

— Z tym pytaniem musiałbyś się zwrócić do mojego klienta, Uniwersytetu Edynburskiego, który zlecił mi to zadanie.

— Nie omieszkam. — Rush zawiesił na chwilę głos. — A skoro już mowa o uniwersytetach, to jesteś teraz wykładowcą, prawda?

— Historii średniowiecza. Na Yale.

— I co myślą na Yale o twoim obecnym zajęciu?

— Rozgłos nigdy nie zaszkodzi. Przyciąga kandydatów na studia. — Logan rozejrzał się po gabinecie. Zdarzało mu się często, że nowi klienci wypytywali go o dotychczasowe dokonania. Odwlekali w ten sposób wyłuszczenie problemu, o którego rozwiązanie sami chcieliby się do niego zwrócić.

— Pamiętam te… dochodzenia, które jeszcze na studiach prowadziłeś w Peabody Institute i w Laboratorium Fizyki Stosowanej — powiedział Rush. — Kto by pomyślał, że z czasem zajmiesz się takimi sprawami zawodowo.

— Na pewno nie ja. — Logan poprawił się w fotelu. — Tak. Zechciej mi zdradzić, co się kryje pod tym akronimem CBPM, bo nigdzie tutaj nie widzę jego rozwinięcia.

— Staramy się nie wykładać kart na stół. Centrum Badań nad Powstawaniem z Martwych.

— Nad Powstawaniem z Martwych — powtórzył Logan.

Rush kiwnął głową.

— Założyłem CBPM przed dwoma laty.

Logan spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Ty założyłeś to Centrum?

Rush odetchnął głęboko, sposępniał.

— Widzisz, Jeremy, to było tak. Trochę ponad trzy lata temu miałem dyżur w szpitalu na urazówce i późnym wieczorem karetka przywiozła tam moją żonę Jennifer. Miała straszny wypadek i zupełnie nie reagowała. Próbowaliśmy wszystkiego — masaż serca, defibrylator — ale bez skutku. To był najgorszy moment mojego życia. Nie tylko nie byłem w stanie uratować żony… do moich obowiązków należało jeszcze potwierdzenie jej zgonu.

Logan pokręcił ze współczuciem głową.

— Ale ja tego nie zrobiłem. Nie potrafiłem się przemóc. Nie słuchając asystujących mi lekarzy, kontynuowałem reanimację. — Pochylił się. — I, Jeremy… ściągnąłem ją w końcu z powrotem. Przywróciłem do życia czternaście minut po ustaniu wszystkich funkcji mózgu.

— Jakim sposobem?

Rush rozłożył ręce.

— To był cud. Przynajmniej tak to wówczas wyglądało. Coś niesamowitego. Rewelacja, przełom. Ściągnąć ją znad krawędzi… — Zawiesił na chwilę głos. — Łuski opadły mi wtedy z oczu. Zwolniłem się z Rhode Island Hospital, porzuciłem praktykę anestezjologa i od tamtego czasu badam przypadki NDE2. No wiesz, doświadczeń śmierci, inaczej mówiąc, wrażenia osób, które niemal umarły albo znalazły się w stanie śmierci klinicznej i wróciły.

A więc to jest to przełomowe wydarzenie, przemknęło przez myśl Loganowi.

— Badania nad powstawaniem z martwych, powiadasz — wymruczał.

— Właśnie. Dokumentowanie rozmaitych przypadków, próba analizy i skodyfikowania tego zjawiska. Nie uwierzyłbyś, Jeremy, ile osób doświadczyło NDE i jak podobne do siebie są ich relacje. Człowiek powraca znad krawędzi odmieniony. Jak się pewnie domyślasz, przenosi się to również na jego bliskich. — Szerokim gestem ogarnął cały gabinet. — Bez problemu zebrałem fundusze na stworzenie tego Centrum, na to wszystko. Mnóstwo ludzi, którzy doświadczyli śmierci, pragnie się podzielić swoimi wrażeniami i dowiedzieć czegoś więcej o znaczeniu tego, co ich spotkało.

— Czym się tu konkretnie zajmujecie? — spytał Logan.

— Stanowimy małą społeczność lekarzy i naukowców, przy czym większość z nas ma krewnych lub znajomych, którzy „przeszli na tamtą stronę”. Zapraszamy tu na kilka tygodni lub miesięcy tych, którzy doświadczyli śmierci i przeżyli, żeby dokładnie udokumentować to, co im się przydarzyło, i poddać ich rozmaitym zestawom testów.

— Testów? — spytał Logan.

Rush kiwnął głową.

— Chociaż działamy dopiero od osiemnastu miesięcy, przeprowadziliśmy już sporo badań — i dokonaliśmy wielu odkryć.

— Ale, jak wspomniałeś, utrzymujecie wszystko w tajemnicy.

Rush się uśmiechnął.

— Wyobrażasz sobie reakcję poczciwych mieszkańców Pevensey Point dowiadujących się, kto i w jakim celu przejął dawną bazę szkoleniową Straży Przybrzeżnej o rzut beretem od ich wioski?

— Owszem, wyobrażam. — Zarzuciliby wam nieczyste praktyki, pomyślał Logan. Podejrzane konszachty z ludźmi, którzy zmartwychwstali. Zaczynał się już domyślać, po co go tutaj wezwano. — A konkretnie, co tu się dzieje takiego, w czym mógłbym wam pomóc?

Przez twarz Rusha przemknął cień zakłopotania.

— Och, źle mnie zrozumiałeś. Tutaj nic się nie dzieje.

Logan się zawahał.

— Masz rację… źle cię zrozumiałem. Ale w takim razie, po co mnie tu ściągnąłeś?

— Przepraszam, Jeremy, że mówię ogródkami. Więcej będę mógł ci wyjawić, kiedy znajdziemy się w powietrzu.

— W powietrzu? Nie rozumiem.

Rush wstał i podszedł do ściany naprzeciwko. Jednym zdecydowanym szarpnięciem rozsunął żaluzje. Przez szybę za nimi widać było pas startowy, który Logan zauważył już wcześniej, dojeżdżając do kompleksu Centrum. Ale wtedy był pusty, a teraz stał na nim smukły i połyskujący w promieniach południowego słońca learjet 85. Rush pokazał go palcem.

— Na pokładzie tej maszyny.

2

Samolotem leciało w sumie pięć osób: dwaj członkowie załogi, Logan, Rush oraz pracownik CBPM, który wchodził na pokład obładowany dwoma laptopami i kilkoma pękatymi teczkami, chyba z wynikami badań laboratoryjnych. Kiedy po starcie maszyna wyrównała lot, Ethan Rush przeprosił Logana i przeniósł się na ogon, gdzie siedział jego podwładny. Logan wygrzebał z worka marynarskiego ostatni numer „Nature” i zaczął go przeglądać, szukając doniesień o jakichś nowych odkryciach — albo anomaliach — które mogłyby go zawodowo zainteresować. Po jakimś czasie ogarnęła go senność. Odłożył czasopismo i przymknął oczy, żeby zdrzemnąć się kilka minut. Kiedy się obudził, na zewnątrz było już ciemno, a z fotela po drugiej stronie przejścia przyglądał mu się Rush.

— Gdzie jesteśmy? — spytał zdezorientowany.

— Dolatujemy do Heathrow. — Rush wskazał ruchem głowy siedzącego wciąż z tyłu pracownika. — Przepraszam za to, ale, podobnie jak ty, nie wiem, jak długo potrwa nasza eskapada, a są w Centrum sprawy, które nie mogą czekać do mojego powrotu.

— Nie ma sprawy. — Logan wyjrzał przez okno. Pod nimi, niczym ogromny roziskrzony żółty dywan, rozpościerały się światła Londynu. — To jest cel naszej podróży?

Rush pokręcił głową i się uśmiechnął.

— Wiesz, zaimponowałeś mi, wsiadając do samolotu bez dopytywania się, dokąd ani po co lecimy. Myślałem, że będziesz bardziej dociekliwy.

— W moim zawodzie często się podróżuje. Nie rozstaję się z paszportem.

— Tak, czytałem o tym w poświęconym ci artykule. Dlatego nie prosiłem, żebyś go ze sobą zabrał.

— W ciągu ostatnich sześciu miesięcy chyba z sześć razy wyjeżdżałem za granicę: Sri Lanka, Irlandia, Monako, Peru, Atlantic City.

— Atlantic City to nie zagranica — roześmiał się Rush.

— Dla mnie owszem.

Wylądowali i podkołowali do prywatnego hangaru, gdzie pracownik CBPM, obładowany dwoma laptopami i teczkami, wysiadł, żeby złapać komercyjny lot z powrotem do Nowego Jorku. W przerwie na tankowanie learjeta Rush z Loganem zjedli lekką kolację. Kiedy znaleźli się znowu w powietrzu, Rush z czarnym neseserem w ręku usiadł obok Logana.

— Pokażę ci pewne zdjęcie — powiedział. — Myślę, że wyjaśni potrzebę zachowania tajemnicy. — Odpiął zatrzaski nesesera, uchylił wieko. Pogrzebał na ślepo w walizeczce, wyciągnął numer „Fortune” i pokazał Loganowi okładkę.

Widniała na niej pociągła twarz mężczyzny po pięćdziesiątce. Gęste, przedwcześnie posiwiałe włosy z przedziałkiem pośrodku: osobliwie anachroniczne uczesanie ucznia angielskiej wiktoriańskiej szkoły publicznej — Eton, Harrow albo Rugby. Miękkie, niemal kobiece rysy twarzy kontrastowały mocno z ogorzałą od słońca i wiatru cerą. Mężczyzna nie uśmiechał się, ale w jego niebieskich oczach tliły się iskierki rozbawienia, tak jakby szykował w sekrecie jakąś psotę, która wprawi świat w konsternację.

Logan znał tego człowieka i, jak zapowiedział Rush, zrozumiał teraz, skąd ta cała tajemniczość. Był to H. Porter Stone, bez wątpienia najsłynniejszy — i zdecydowanie najbogatszy — łowca skarbów na świecie. Chociaż zdaniem Logana nazywanie go „łowcą skarbów” było chyba nietrafione i nie fair. Stone, absolwent archeologii, prowadził wykłady z tej dziedziny wiedzy na UCLA do czasu, kiedy odkrył dwa statki z hiszpańskiej floty skarbów, które w roku 1648, w drodze powrotnej z kolonii do Hiszpanii, zatonęły na wodach międzynarodowych. Statki te — wyładowane po brzegi złotem, srebrem i drogimi kamieniami — z dnia na dzień uczyniły Stone’a niewyobrażalnie bogatym, ale jednocześnie przysporzyły mu złej sławy. Tę złą sławę utrwaliły tylko kolejne odkrycia: inkaskiego mauzoleum i ukrytego w nim skarbu na górskiej przełęczy trzydzieści kilka kilometrów od Machu Picchu; potem kryjówki z ogromnym zbiorem rzeźbionych w steatycie figurek ptaków, zwierząt i ludzi pod wzgórzami w pierwotnych ruinach Wielkiego Zimbabwe. Odkrycia następowały jedno po drugim z niebywałą częstotliwością. Którą starożytną cywilizację ten człowiek złupi jako następną? — pytał nagłówek na całą szerokość okładki.

— Tam się udajemy? — spytał z niedowierzaniem Logan. — Szukać skarbów? Czy może brać udział w wykopaliskach archeologicznych?

Rush kiwnął głową.

— I jedno, i drugie. To nowe przedsięwzięcie Stone’a.

— To znaczy?

— Wkrótce się dowiesz. — Rush otworzył ponownie neseser i wsunął czasopismo pod cienki plik kartek papieru. Logan rzucił na nie okiem. Pierwsza z wierzchu pokryta była znakami przypominającymi hieroglify.

Rush zamknął walizkę.

— Mogę ci tylko zdradzić, że to ekspedycja największa z dotychczasowych. I najtajniejsza. Do zwyczajowej zasady unikania rozgłosu dochodzą tu pewne… niezwyczajne problemy logistyczne.

Logan skinął głową. Nie był ani trochę zaskoczony: ekspedycje Stone’a wzbudzały coraz większe zainteresowanie. Przyciągały uwagę zarówno mediów, jak również rozmaitej maści hochsztaplerów. Teraz, zamiast nadzorować prace osobiście, Stone kierował swoimi ekspedycjami à la distance, często z drugiego końca świata.

— Mam pytanie. Jaka w tym twoja rola? Przecież to nie ma nic wspólnego z badaniami prowadzonymi przez twoje Centrum. Ciała, na które być może natrafi Stone, będą zdecydowanie martwe. Martwe od dawien dawna.

— Jestem konsultantem medycznym tej ekspedycji. Ale nie tylko. — Rush zawahał się. — Słuchaj, nie chcę cię wprowadzać w błąd. Dowiesz się wszystkiego z pierwszej ręki, kiedy znajdziemy się na miejscu. Powiem ci tylko, że przed mniej więcej tygodniem na terenie tych wykopalisk zaczęło się dziać coś bardzo, hmmm, osobliwego. I tu wkraczasz ty.

— Okay. Teraz pytanie, na które będziesz mi może potrafił odpowiedzieć. W swoim gabinecie wspomniałeś, że przed założeniem Centrum byłeś anestezjologiem. Co w takim razie robiłeś na szpitalnym oddziale ratunkowym w dniu, w którym przywieziono tam twoją żonę? Przecież to nie twoja działka.

Rush spoważniał.

— Wciąż mnie o to pytano. Znaczy, przed wypadkiem Jennifer. Odpowiadałem zawsze wymijająco. A prawda jest taka, Jeremy, że specjalizowałem się w ratownictwie medycznym. Ale jakoś nigdy nie potrafiłem oswoić się ze śmiercią. — Pokręcił głową. — Ironia losu, nieprawdaż? Zgony z przyczyn naturalnych — na raka, na płuca, na zapalenie nerek — nie robiły jeszcze na mnie takiego wrażenia. Ale nagła, gwałtowna śmierć…

— Dla lekarza z oddziału ratunkowego to rzeczywiście utrapienie — przyznał Logan.

— Sam widzisz. Ten lęk przed śmiercią, a ściślej, przed obcowaniem z nią, sprawił, że zmieniłem specjalizację z ratownictwa medycznego na anestezjologię, ale ów lęk nadal mnie prześladował. Nie udawało mi się przed nim uciec. A przecież jako lekarz musiałem się jakoś oswoić z umieraniem. No i brałem co drugi tydzień dyżury w szpitalu na urazówce. To było jak noszenie włosienicy.

— Mitrydates się kłania — zauważył Logan.

— Kto taki?

— Mitrydates Szósty, król Pontu. Bał się panicznie, że zostanie otruty. Miał na tym punkcie obsesję, w związku z czym zażywał codziennie niewielkie, bezpieczne dawki rozmaitych trucizn, żeby się na nie uodpornić.

— Uodparniać się trucizną na truciznę — wymruczał Rush. — Fakt, to by do mnie nawet pasowało. W każdym razie po doświadczeniu z żoną porzuciłem praktykę lekarską, założyłem ten ośrodek i zamiast walczyć ze swoją awersją do śmierci, zająłem się badaniem ludzi, którzy wyrwali się z jej objęć.

— Mam pytanie. Po co zakładałeś własny ośrodek? Przecież istnieje już kilka organizacji studiujących przypadki doświadczania śmierci. Udziela się w nich wielu absolwentów wyższych uczelni.

— To prawda. Ale żadna z tych organizacji nie jest tak duża, scentralizowana i ukierunkowana jak CBPM. A do tego poszerzyliśmy zakres naszych zainteresowań.

To powiedziawszy, Rush przeprosił, zamknął oczy i odpłynął w sen. Logan spojrzał w ciemność za oknem samolotu. Wystarczył mu rzut oka na konstelacje rozsiane po bezchmurnym niebie i już wiedział, że lecą na wschód, ale konkretnie dokąd? Porter Stone rozsyłał swoje ekspedycje po całym świecie: Peru, Tybet, Kambodża, Maroko. Ten człowiek był jak król Midas — czego dotknął, zamieniało się w złoto. No i te kartki z hieroglifami w neseserze Rusha…

Logan nawet nie wiedział, kiedy zasnął.

Gdy się obudził, był już poranek. Przeciągnął się, poprawił w fotelu i wyjrzał znowu przez okno. Zobaczył w dole szeroką, mulistą rzekę z wąskimi pasmami zieleni ciągnącymi się wzdłuż brzegów. Dalej rozpościerał się pustynny krajobraz. I nagle zmartwiał. Na horyzoncie rysowała się charakterystyczna kamienna budowla w kształcie ostrosłupa: piramida.

— Wiedziałem — wyszeptał.

Siedzący po drugiej stronie przejścia Rush spojrzał na niego z zaciekawieniem.

— Jesteśmy w Egipcie — stwierdził Logan.

Rush skinął głową.

Logan poczuł dreszczyk podniecenia.

— Zawsze chciałem pracować w Egipcie.

Rush westchnął — ni to z rozbawieniem, ni z jakimś żalem.

— Przykro mi, doktorze Logan, ale muszę cię rozczarować — powiedział. — To nie będzie taki zwyczajny Egipt.

3

Logan był wcześniej w Kairze tylko raz, jako doktorant. Dokumentował wtedy ruchy wojsk fryzyjskich podczas piątej krucjaty. Kiedy jechali teraz z lotniska Cairo International do centrum, odnosił wrażenie, że drogą ekspresową pomykają nadal te same auta, które widział tutaj przed dwudziestu laty. Rozpędzone leciwe, poobijane fiaty i mercedesy z potłuczonymi reflektorami zajeżdżały sobie drogę albo wyprzedzały się poboczem. Mijali zdezelowane, pordzewiałe autobusy bez drzwi obwieszone winogronami pasażerów. Od czasu do czasu w tej rzece złomu na kółkach z ubiegłego wieku mignął najnowszy model jakiegoś europejskiego sedana wypolerowany na błysk i nieodmiennie czarny.

Logan z Rushem siedzieli z tyłu renaulta tylko trochę młodszego od reszty otaczającej ich rozklekotanej graciarni i w milczeniu wyglądali, każdy przez swoje okno. Bagaż Logana został w samolocie. Miejscowy kierowca z wprawą pokonał labirynt dróg dojazdowych do lotniska i zbliżali się już do Kairu, mijając blokowiska niemal identycznych, sześciopiętrowych betonowych budynków w musztardowym kolorze. Na balkonach suszyło się pranie; okna ocieniały płócienne markizy w przyprawiających o oczopląs wzorach i kolorach. Lasy talerzy anten satelitarnych porastały płaskie dachy, a między budynkami zwisała plątanina kabli. Nad tym wszystkim unosiła się jasnopomarańczowa mgiełka. Słońce prażyło niemiłosiernie. Logan wystawił głowę przez otwarte okno i wdychał zawiesiste, gęste od dieslowskich spalin powietrze.

— Czternaście milionów ludzi — odezwał się doktor Rush, wyglądając przez okno — stłoczonych na pięciuset kilometrach kwadratowych miasta.

— Skoro Egipt nie jest naszym miejscem przeznaczenia, to co tutaj robimy?

— To tylko krótki przystanek. Przed południem znowu będziemy w powietrzu.

W pobliżu centrum zjechali z drogi ekspresowej na ulice miasta, gdzie ruch był jeszcze większy. Każde skrzyżowanie przypominało Loganowi wjazd do tunelu Lincolna: dziesiątki samochodów starających się wcisnąć na jeden lub dwa pasy. Tłumy przechodniów z narażeniem zdrowia, a nawet życia, przedzierające się na drugą stronę ulicy między stojącymi w korku autami. Budynki w śródmieściu nie były wyższe od tych na peryferiach, ale ciekawsze pod względem architektury, dziwnie przypominały Rive Gauche3. Rzucało się w oczy, że wzmożono środki bezpieczeństwa: w budkach ustawionych na każdym skrzyżowaniu czuwali ubrani na czarno policjanci; przed hotelami i sklepami piętrzyły się zapory z betonowych bloków, mające chronić przed skutkami ewentualnych eksplozji samochodów pułapek. Minęli ambasadę USA, fortecę najeżoną gniazdami karabinów maszynowych kaliber 50.

Kilka minut później renault zjechał do krawężnika i się zatrzymał.

— No, jesteśmy na miejscu — oznajmił Rush, otwierając drzwiczki.

— Znaczy gdzie?

— Pod Muzeum Egipskim. — Rush wysiadł z samochodu.

Logan poszedł za jego przykładem i też wysiadł na zatłoczoną pieszymi i pojazdami ulicę. Spojrzał na okazałą fasadę z różowego kamienia budynku stojącego naprzeciwko wjazdu na plac. Tutaj też już był, prowadząc swoje doktoranckie badania. Dreszczyk podniecenia, który poczuł w samolocie, powrócił, ale tym razem był silniejszy.

Przecięli plac, opędzając się od sprzedawców pamiątek wciskających im podświetlane od środka piramidki i wielbłądziki na baterie. Uszy Logana atakował ze wszystkich stron trajkot prowadzonych po arabsku rozmów. Mijali właśnie posterunki ochrony przed głównym wejściem do muzeum, kiedy nagle ponad zgiełk ulicy wzbił się monotonny, wzmocniony przez megafon śpiew muezina z meczetu po drugiej stronie placu Tahrir, wzywającego wiernych do modlitwy. Logan zatrzymał się i słuchał. Po chwili śpiewne zawodzenie podchwycił muezin z innego meczetu, potem z następnego. Pieśń rozchodziła się po całym mieście niczym echo.

Rush pociągnął zasłuchanego Logana za łokieć. Weszli do środka.

Choć było jeszcze wcześnie, zabytkową budowlę wypełniały już tłumy spoconych zwiedzających, ale jej kamienne mury nie zdążyły się jeszcze nagrzać. Po wejściu z zalanego słońcem placu odnosiło się wrażenie, że jest tu ciemno, choć oko wykol. Ale w miarę jak wzrok przyzwyczajał się do nowych warunków, ciemność rozpraszała się do półmroku. Szli przez parter między wyeksponowanymi posążkami i kamiennymi tablicami. Pomimo wywieszek zakazujących dotykania eksponatów niektóre nosiły wyraźne ślady obmacywania, a hermetyczne gabloty, w których przechowywano te najwrażliwsze, były rozszczelnione. Szerokimi schodami na końcu galerii weszli na pierwsze piętro. Ciągnęły się tu rzędy kamiennych postumentów, na których spoczywały sarkofagi przywodzące na myśl strażników świata cieni. Pod ścianami stały przeszklone szafki z precjozami ze złota i fajansu pochodzącymi z grobów, zabezpieczone prostymi pieczęciami z ołowiu i drutu.

— Mógłbym rzucić okiem na artefakty z grobowca Ramzesa Trzeciego? — spytał Logan, wskazując na boczny korytarzyk. — To chyba tam. Czytałem niedawno w „Journal of Antiquarian Studies” o jakiejś alabastrowej kanopie, za pomocą której można było przywoływać…

Rush uśmiechnął się przepraszająco, popukał wymownie palcem w szkiełko zegarka i szedł dalej.

Kolejnymi schodami — węższymi i bez poręczy — wspięli się na drugie piętro. Było tu o wiele ciszej, a ekspozycja przeznaczona dla znawców: ryte stele, spłowiałe i murszejące fragmenty papirusów. Półmrok i ciemne kamienne ściany. Rush zatrzymał się i wyciągnął z kieszeni kartkę papieru z ręcznie nakreślonym planem piętra.

Logan zajrzał ciekawie do pomieszczenia za uchylonymi drzwiami. Zobaczył stosy papirusowych zwojów poukładanych na wysokich od podłogi do sufitu półkach, jak butelki wina w piwniczce sommeliera. W sąsiednim pomieszczeniu znajdowała się kolekcja masek starożytnych egipskich bogów: Seta, Ozyrysa, Tota. Sama liczba artefaktów i bezcennych skarbów, widok tylu antyków zgromadzonych w jednym miejscu wprost przytłaczały.

Skręcili za róg i Rush zatrzymał się przed zamkniętymi drewnianymi drzwiami. Archives III: Tanis — Sehel — Fayum informował napis ułożony z wyblakłych, ledwie czytelnych złotych liter. Rush zerknął na Logana, a potem obejrzał się przez ramię. Upewniwszy się, że na korytarzu nikogo nie ma, otworzył drzwi i wepchnął Logana do środka.

W pomieszczeniu było jeszcze ciemniej niż na korytarzu. Małe, zarośnięte brudem okienka pod wysokim sufitem prawie nie przepuszczały dziennego światła. Innego oświetlenia tu nie było. Wzdłuż wszystkich czterech ścian ciągnęły się rzędy półek zapchanych bez ładu i składu starymi czasopismami, rękopisami w okładkach, staroświeckimi, oprawnymi w skórę notatnikami i grubymi plikami papirusów zszytych rzemieniami wyschniętej skóry.

Logan przestąpił próg, Rush zamknął za nimi drzwi. W powietrzu unosił się intensywny zapach wosku i niszczejącego papieru. Logan znał dobrze takie miejsca, sam często w nich przesiadywał: izby rozrachunku z zamierzchłą przeszłością, kopalnie tajemnic, zagadek i osobliwych kronik czekających cierpliwie na ponowne odkrycie i wyświetlenie. Spędził już w takich pomieszczeniach mnóstwo czasu, choć znajdowały się one w murach średniowiecznych opactw, w kryptach katedralnych albo w niedostępnych dla ogółu strefach uniwersyteckich bibliotek. Zgromadzone tutaj artefakty, historie i opowieści spisane w większości w martwym języku były o wiele, wiele starsze.

Pośrodku pomieszczenia stał długi, wąski stół otoczony sześcioma krzesłami. Panujące tu ciemność i bezruch sugerowały zrazu, że są sami. Ale po chwili, kiedy oczy przywykły do mroku, Logan zobaczył człowieka w arabskiej szacie, siedzącego plecami do nich przy stole i pochylonego nad jakimś starożytnym zwojem. Nie drgnął nawet, kiedy wchodzili, teraz też się nie poruszał. Był pogrążony bez reszty w lekturze.

Rush stanął obok Logana i cicho odchrząknął.

Przez długą chwilę postać nadal trwała w bezruchu. Potem odwróciła się powoli w ich kierunku. Starzec — bo dla Logana nie ulegało wątpliwości, że to jakiś posunięty w latach uczony — nie próbował nawet nawiązać kontaktu wzrokowego; dawał jedynie do zrozumienia, że przyjął do wiadomości ich obecność. Miał na sobie tradycyjną, lekko wystrzępioną szatę, spłowiałe bawełniane spodnie i płócienną burkę z kapturem, który zakrywał częściowo prostą, czarno-białą kefiję. Obok starca, na podstawce z wypalanej gliny stała filiżanka tureckiej kawy.

Nie wiedzieć czemu, Logana zirytowała obecność tego człowieka. Rush przyprowadził go tu najwyraźniej po to, żeby skonsultować z nim treść jakiegoś dokumentu. A jak mają się do tego zabrać, skoro ten tu siedzi?

I nagle, ku zaskoczeniu Logana, starzec odsunął się z krzesłem od stołu i powoli wstał. Na nosie miał stare okulary do czytania o spękanych oprawkach i dawno nieprzecieranych szkłach. Poznaczoną bruzdami twarz ocieniał mu kaptur. Patrzył na nich przez te zapyziałe okulary.

— Przepraszam za spóźnienie — powiedział Rush.

Mężczyzna kiwnął głową.

— Nie szkodzi. Zainteresował mnie właśnie ten zwój.

Logan spoglądał zdezorientowany to na jednego, to na drugiego. Nieznajomy posługiwał się idealną angielszczyzną — amerykańską angielszczyzną, jeśli chodzi o ścisłość, z leciutką naleciałością bostońskiego akcentu.

Mężczyzna ściągnął powoli z głowy kaptur wraz z kefiją, odsłaniając bujną, starannie zaczesaną czuprynę śnieżnobiałych włosów. Zdjął okulary, złożył je i schował do kieszeni burki. Spojrzał znowu na Logana. Oczy miał błękitne jak woda w basenie kąpielowym w pierwszy słoneczny dzień letnich wakacji.

I do Logana nagle dotarło. Miał przed sobą Portera Stone’a.