Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 489 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Grób - Gaja Grzegorzewska

Błoto grobów, grzechy namiętności i przeszłość, od której nie da się uwolnić

Prywatna detektyw Julia Dobrowolska przyjmuje ryzykowne zlecenie od krakowskiego mafiosa, Waldemara Lindera. Ma zbadać, kto stoi za śmiercią jego córki, dobrze zapowiadającej się modelki. Linder nie wierzy w przyjętą przez policję wersję o samobójstwie.

Tymczasem z cmentarza Rakowickiego znikają zwłoki. Świadkiem makabrycznego rabunku jednego z grobów jest właśnie Julia. Śledztwo prowadzi jej były kochanek, inspektor Aaron Goldenthal. Ich drogi znów się przecinają. Wzajemna pomoc okazuje się śmiertelnie niebezpieczna dla obojga. Poszukiwani przestępcy są bardziej wpływowi i przebiegli, niż mogłoby się wydawać.

Do tego Julia musi się zmierzyć ze swoją mroczną przeszłością. Co dzieje się w tym mieście? I jaką osobistą tajemnicę skrywa piękna detektyw z blizną na twarzy?

Śmiała obyczajowo podróż po nieznanych labiryntach krakowskiego piekła

Opinie o ebooku Grób - Gaja Grzegorzewska

Fragment ebooka Grób - Gaja Grzegorzewska

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK
Korekta: EWELINA KOROSTYŃSKA, ANETA TKACZYK
Projekt okładki: JOANNA KARPOWICZ
Opracowanie okładki, stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI
Skład i łamanie: Infomarket
© Copyright by Gaja Grzegorzewska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016
Wydanie pierwsze:Wydawnictwo EMG, Kraków 2012
ISBN 978-83-08-05923-4
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

PACYFIK

– Ocean Spokojny jest niestały i niepewny jak dusza ludzka – powiedział bardziej do siebie niż do człowieka, z którym pił od kilku godzin w swojej ulubionej knajpie. Kompan podążył za jego wzrokiem. Tam, gdzie za dzikimi palmami, smaganymi mocniejszym dziś wiatrem, rozciągał się połyskujący w ciemności Ocean Spokojny.

W niewielkiej wiosce nad brzegiem oceanu nikt nie wiedział, kim jest mężczyzna, który kilka miesięcy wcześniej kupił starą zrujnowaną chatę, oddaloną nieco od innych zabudowań. Gdy przyjechał, był biały, jak wszyscy biali, po jakimś czasie zaczął wtapiać się w tłum. Z nikim nie próbował nawiązać bliższej znajomości. Nie był też nieuprzejmy czy gburowaty. Po prostu jeden z tych samotników, którzy przyjeżdżają na drugi koniec świata w poszukiwaniu nie wiadomo czego.

Niektórzy miejscowi mówili, że przyjechał z dalekiej Rosji. Ci, co widzieli rosyjskich turystów, twierdzili, że stamtąd właśnie musi pochodzić tajemniczy człowiek. Mówił po angielsku, a po jakimś czasie zaczął używać tutejszej mowy, którą z dnia na dzień posługiwał się coraz bieglej. Jakby planował tu zostać na zawsze. Starsi twierdzili jednak, że tacy jak on nigdzie nie zagrzeją dłużej miejsca, nawet jeśli jest to kawałek raju. Zawsze gdzieś ich gna, dalej i dalej, a wzburzony ocean na wyciągnięcie ręki wzmaga jedynie tę tęsknotę.

Podejmował się różnych prac, pomagał miejscowym przy połowie i innych zajęciach. Nic regularnego, nic na stałe, tylko ot, tak. Miał jakieś pieniądze, a jego potrzeby były skromne. Czasami w długie, parne wieczory odwiedzały go jakieś kobiety.

Zwykle jednak był sam.

Byli tacy, co mówili, że to pisarz, bo widywano go z notesem nad morzem albo na ganku domu przed otwartym komputerem. Inni mówili, że skądś kojarzą jego nazwisko. Nikt jednak nigdy nie widział, by coś pisał. Zwykle tylko siedział w bezruchu i patrzył przed siebie, jakby chciał wzrokiem przebić horyzont rozciągający się tam, gdzie kończyła się migocząca tafla Pacyfiku. Patrzył, palił i pił.

Jeszcze inni twierdzili, że to musi być przestępca albo dezerter, który zaszył się w tej głuszy, by nikt go nigdy nie odnalazł. Na potwierdzenie swoich przypuszczeń zwracali uwagę na liczne blizny na jego twarzy i ciele oraz brzydkie tatuaże i napisy w nieznanym języku. Jakby latami pływał po tych morzach, a w portach szedł do najgorszej nory, by tam oddać swoją skórę w ręce byle partacza. To te blizny i rysunki sprawiły, że początkowo miejscowi mu nie ufali i patrzyli podejrzliwie. Mógł przecież być niebezpieczny. Szybko jednak okazało się, że człowiek ten nie przejawia żadnych skłonności do agresywnych zachowań. Co więcej, mimo tego, z jaką tęsknotą spoglądał w stronę oceanu, był w nim taki spokój, że nikt nie miał ochoty mu przeszkadzać i wchodzić w jego świat, by nie zaburzyć tej harmonii.

Niekiedy zachodził do pobliskiej knajpy i pił z miejscowymi. Bywał wtedy wesoły. Dziewczęta go lubiły, ale również jakby się czegoś bały. Czegoś, co kryło się za ogorzałą, ponurą, pokrytą siatką blizn twarzą i oczami tak jasnymi, jakby przez całe życie ich kolor wypłukiwał ocean.

Przybysz potrafił dużo wypić, tak że nikt z miejscowych nie dotrzymywał mu kroku. Wtedy ci, co uważali, że to Rosjanin, na nowo przytaczali swoje argumenty. Chętnie stawiał kolejne kolejki i słuchał opowieści. Sam niewiele mówił. Może nie opanował jeszcze na tyle miejscowej mowy. Chyba jednak raczej nie było niczego, czym chciałby się dzielić. Bywało, że ktoś z młodszych, bardziej ciekawskich, zebrał się na odwagę i spytał, co on tu właściwie robi. Odpowiadał różnie, raczej wymijająco.

Tym razem wypił naprawdę sporo i jego kompan też zadał mu to pytanie. Mężczyzna uniósł swój kieliszek w geście toastu, po czym wychylił go jednym haustem i powiedział:

– Spełniam cudze marzenie.

W oddali Pacyfik z hukiem rozbijał się o piaszczysty brzeg. Ten, który pytał, nie wiedział, dlaczego te słowa przejęły go trwogą. Jakby znalazł się pośrodku bezkresnego oceanu. Łatwiej mu było teraz uwierzyć w inne słowa bardzo pijanego już przybysza, który bełkotał, unosząc kolejne kieliszki: wodna pustynia jest naprawdę pusta, a złowróżbne przeczucia przypuszczają szturm do strwożonego serca.

1.

Kraków. Pół roku wcześniej

Zegar wskazywał szesnastą trzydzieści. Aaron zabębnił palcami o poręcz wysłużonego fotela obitego brązowym skajem. Poręcz lepiła się, a skaj był poprzecierany w kilku miejscach. Rozłaził się i pruł, ukazując brudnożółte gąbkowe wnętrze, które przypominało wnętrzności wypatroszonego ścierwa. Wielu siedziało na tym paskudnym fotelu przed nim. Wyobraził sobie swoich kolegów, jak siedzą tu jeden po drugim i wydłubują gąbkę, zastanawiając się, co powiedzieć.

Oderwał obojętny wzrok od zegara i powoli rozejrzał się po pokoju urządzonym z braku innych możliwości w stylu późnego Gierka. Meblościanka, nosząca ślady wieloletniego używania, z półkami zapełnionymi porządnie poukładanymi aktami. Ściany niedawno pomalowano na dwa odcienie brzydkiej, smutnej, szpitalnej zieleni. Ciemniejszy, lakierowany dołem, i jaśniejszy, matowy górą. Pod zegarem któryś z dowcipnych kolegów już zdążył wydrapać napis „chuj ci w d...”. Jakby słowo „dupa” było mniej stosowne niż „chuj”. Usta Aarona delikatnie drgnęły. Przesunął spojrzenie na okno. Było małe i brudne. Na parapecie stała paprotka w plastikowej doniczce, w ziemię wbity był patyczek, na którym ktoś zawiązał czerwoną kokardkę. Może paprotka była prezentem. Bardziej prawdopodobne jednak, że dostawało się ją w standardzie wyposażenia. Też taką zastał w swoim pokoju pierwszego dnia pracy. Ktoś ją widocznie podlewał, bo przetrwała te kilka lat jego służby w Białym Domku. Niedawno Diana podczas swoich odwiedzin u męża wystawiła paproć za drzwi, a jej miejsce na parapecie zajęło drzewko bonsai w eleganckiej doniczce. Diana powiedziała, że takie drzewko przynosi szczęście.

Aaron zastanawiał się, co jest bardziej przygnębiające: szary, deszczowy zmierzch za oknem czy wnętrze pokoju. Chyba jednak wnętrze. Wszystko było tu jakieś przykre. Na przykład stojące pod oknem biurko, równie stare i brzydkie jak reszta mebli w pomieszczeniu. Lakier obłaził i kruszył się. Na biurku, obok starego komputera w idealnym porządku, jak żołnierze na apelu, stały różne przedmioty. Kubek na przybory do pisania, dziurkacz, zszywacz, pojemnik na pinezki, pieczątka, teczka na dokumenty, szklanka, tabliczka z imieniem i nazwiskiem: Jadwiga Boyer. I naturalnie duże pudełko chusteczek higienicznych. Chusteczki rozbawiły Aarona. Ciekawe, który z kolegów z nich korzystał? Czyimi ramionami wstrząsał szloch i kto, chowając zaczerwienioną od płaczu twarz w jednej dłoni, drugą sięgał po chusteczkę? Może jego szef? Albo niedawno przydzielony mu sierżant, którego praca w policji zdawała się napawać przerażeniem?

Poza tymi niezbędnymi drobiazgami na biurku nie stało nic. Nie było żadnych zdjęć w ramkach, żadnych osobistych akcentów. Aaron wiedział od kolegów, że kiedyś stało tu zdjęcie córeczki, ale już dawno zniknęło.

W końcu Aaron przeniósł wzrok na siedzącą za biurkiem kobietę. Szczupła, po pięćdziesiątce, miała ostrzyżone na pazia, srebrzyste włosy, drobną twarz ze spiczastą brodą, małymi ustami i przenikliwymi, ciemnymi oczami, ukrytymi za okularami w czarnej oprawce. Emanowała spokojem i cierpliwością. A siedzieli tak już dobre dwadzieścia minut. W dodatku Aaron spóźnił się na spotkanie i niczym tego spóźnienia nie usprawiedliwił.

Sięgnęła po szklankę z herbatą. Szklanka miała czerwony, plastikowy koszyczek. Kobieta napotkała spojrzenie Aarona i uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.

– Wie pan, dlaczego się pan tu znalazł, panie Goldenthal? – odezwała się lekko schrypniętym i wyjątkowo niskim głosem. Ktoś, kiedyś, wiele lat temu mógł uznać ten głos za seksowny.

– To standardowa procedura – odparł Aaron obojętnie. – Zabiłem człowieka na służbie, więc zostałem wysłany do psychologa, na wypadek gdyby zaczęło mi odbijać.

– Unikał pan tych spotkań, jak mógł. Uważa pan, że traci tu czas?

– To standardowa procedura – powtórzył Aaron. – Wykonuję swoje obowiązki.

Kobieta milczała. Uśmiechała się. Minęło kolejne pięć minut. Zwykle po tym czasie zaczynali mówić. O czymkolwiek. Czasami o tym, co zrobili. Czasami o kłopotach w pracy albo w domu. Zdarzały się wyznania naprawdę zaskakujące, wręcz szokujące. Mieli okazję się wygadać. A ona musiała ich słuchać, bo za to jej płacono.

A ten tu przystojniaczek milczał. Psycholożka już dawno chciała go bliżej poznać. Mijali się tyle razy na korytarzu. Fascynował ją w jakiś sposób. Ciekawa była, jaki człowiek kryje się za tą zimną, obojętną, nieprzystępną twarzą. Teraz miała okazję się dowiedzieć. Ale on nie miał ochoty się odzywać.

W końcu jednak zacznie mówić. Pewnie nie dziś i nie za tydzień. Ale w końcu zacznie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki