Grisza. Prawdziwe świadectwo wiary - Agnieszka Marynowska - ebook

Grisza. Prawdziwe świadectwo wiary ebook

Agnieszka Marynowska

0,0
9,90 zł

lub
Opis

Ze wstępu autorki:

Grzegorz (tak brzmi jego imię w języku polskim) w wieku 20 lat zmarł na jedną z najbardziej bolesnych chorób – raka kości. Był zwykłym, prostym chłopcem z Kazachstanu; wśród cierpień i wielu pokus, ściśle współpracując z łaską Bożą, pod kierownictwem i szczególną opieką przełożonych z seminarium, zrozumiał i przyjął swój krzyż jako szczególny dar od Boga, jako rodzaj misji, którą ma do spełnienia wobec ludzi, wobec całego Kościoła.
Opowiedział o tym podczas rozmowy, którą krótko przed jego śmiercią nagrałam na magnetofon. Przed nagraniem Grigorij pytał, w jakim celu będę to robiła. Kiedy odpowiedziałam, że chcę napisać o nim wspomnienie, aby doświadczenie jego życia i choroby mogło posłużyć innym ludziom, zgodził się chętnie na nagranie.
Próbuję więc pisać o Grigoriju – właśnie ze względu na tamtą rozmowę, której zapis dołączyłam do moich wspomnień. Wierząc, że misja, którą Bóg mu powierzył, nie skończyła się z chwilą śmierci, przekazuję jego doświadczenie w ręce Czytelnika, aby za łaską Bożą tą drogą spełniało swoje misyjne zadanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 74




Spis treści

Od Autora
Wstęp
Z Gri­go­ri­jem Ro­go­zhi­nem…
Nie­któ­re roz­mo­wy…
Po wyjeździe z Warszawy nie widziałam się więcej z Grigorijem…
Gri­go­rij zmarł w nie­dzie­lę…
Dzień po­grze­bu Gri­go­ri­ja…
Homilia ojca duchownego seminarium Redemptoris Mater
Mamy już 15 sierpnia 2003 roku…
Zakończenie
Przypisy

Od Autora

Gri­go­rij był uczest­ni­kiem wspól­no­ty Dro­gi Neo­ka­te­chu­me­nal­nej, któ­ra jest dro­gą pro­wa­dzą­cą do doj­rza­łej wia­ry po­przez od­kry­wa­nie na nowo chrztu świę­te­go. Do Ka­zach­sta­nu Dro­ga do­tar­ła w la­tach 1993–1994 dzię­ki gru­pie ka­te­chi­stów (pre­zbi­ter i kil­ka osób świec­kich), któ­rzy gło­si­li tam ka­te­che­zy dla do­ro­słych (ka­te­che­zy od­by­wa­ją się w ko­ście­le, za zgo­dą bi­sku­pa i pro­bosz­cza da­nej pa­ra­fii).

Ze wzglę­du na trud­ną sy­tu­ację Ko­ścio­ła na Wscho­dzie, po­ja­wi­ła się po­trze­ba stwo­rze­nia tam mi­sji ro­dzin, na któ­re wy­jeż­dża­ją zgła­sza­ją­ce się do tego za­da­nia ro­dzi­ny z Neo­ka­te­chu­me­na­tu. Żyją one wśród tam­tej­szych lu­dzi, słu­żąc im jako znak obec­no­ści Boga w ich ży­ciu. Po­nie­waż czę­sto jest im po­trzeb­na do­dat­ko­wa po­moc (cho­dzi na przy­kład o po­moc dzie­ciom w na­uce, a tak­że o wie­le in­nych prac), po­sy­ła­ne są tam przez na­szych ka­te­chi­stów sa­mot­ne ko­bie­ty, któ­re po dwie, jako wza­jem­ne so­cjusz­ki, peł­nią tam swo­je mi­syj­ne po­słu­gi.

Z upły­wem cza­su na te­re­nie wie­lu kra­jów, w któ­rych na­ro­dzi­ły się wspól­no­ty Dro­gi, po­wsta­ły tak­że mi­syj­ne se­mi­na­ria Re­demp­to­ris Ma­ter. Do ta­kie­go se­mi­na­rium w War­sza­wie zo­stał po­sła­ny Gri­go­rij; miał tam pod­jąć stu­dia, by móc po­tem wy­peł­niać swo­je po­wo­ła­nie.

Agnieszka

Wstęp

13 lip­ca 2009 roku mi­nę­ła szó­sta rocz­ni­ca śmier­ci Gri­go­ri­ja Ro­go­zhi­na – se­mi­na­rzy­sty war­szaw­skie­go mi­syj­ne­go se­mi­na­rium Re­demp­to­ris Ma­ter.

Grze­gorz (tak brzmi jego imię w ję­zy­ku pol­skim) w wie­ku 20 lat zmarł na jed­ną z naj­bar­dziej bo­le­snych cho­rób – raka ko­ści. Był zwy­kłym, pro­stym chłop­cem z Ka­zach­sta­nu; wśród cier­pień i wie­lu po­kus, ści­śle współ­pra­cu­jąc z ła­ską Bożą, pod kie­row­nic­twem i szcze­gól­ną opie­ką prze­ło­żo­nych z se­mi­na­rium, zro­zu­miał i przy­jął swój krzyż jako szcze­gól­ny dar od Boga, jako ro­dzaj mi­sji, któ­rą ma do speł­nie­nia wo­bec lu­dzi, wo­bec ca­łe­go Ko­ścio­ła.

Opo­wie­dział o tym pod­czas roz­mo­wy, któ­rą krót­ko przed jego śmier­cią na­gra­łam na ma­gne­to­fon. Przed na­gra­niem Gri­go­rij py­tał, w ja­kim celu będę to ro­bi­ła. Kie­dy od­po­wie­dzia­łam, że chcę na­pi­sać o nim wspo­mnie­nie, aby do­świad­cze­nie jego ży­cia i cho­ro­by mo­gło po­słu­żyć in­nym lu­dziom, zgo­dził się chęt­nie na na­gra­nie.

Pró­bu­ję więc pi­sać o Gri­go­ri­ju – wła­śnie ze wzglę­du na tam­tą roz­mo­wę, któ­rej za­pis do­łą­czy­łam do mo­ich wspo­mnień. Wie­rząc, że mi­sja, któ­rą Bóg mu po­wie­rzył, nie skoń­czy­ła się z chwi­lą śmier­ci, prze­ka­zu­ję jego do­świad­cze­nie w ręce Czy­tel­ni­ka, aby za ła­ską Bożą tą dro­gą speł­nia­ło swo­je mi­syj­ne za­da­nie.

„W do­brych za­wo­dach wy­stą­pi­łem, bieg ukoń­czy­łem, wia­ry ustrze­głem. Na osta­tek odło­żo­no dla mnie wie­niec spra­wie­dli­wo­ści, któ­ry w owym dniu odda Pan, spra­wie­dli­wy Sę­dzia, a nie tyl­ko mnie, ale wszyst­kim, któ­rzy umi­ło­wa­li po­ja­wie­nie się Jego”.

2 Tm 4, 7-8

Z Gri­go­ri­jem Ro­go­zhi­nem…

Z Gri­go­ri­jem Ro­go­zhi­nem ze­tknę­łam się pod­czas mo­je­go sze­ścio­let­nie­go po­by­tu na mi­sji w Ka­zach­sta­nie, w Ka­ra­gan­dzie. Po­zna­łam go tam przez jego ro­dzi­ców, z któ­ry­mi od 1997 roku kon­ty­nu­owa­łam Dro­gę w tej sa­mej wspól­no­cie neo­ka­te­chu­me­nal­nej, w pa­ra­fii św. Jó­ze­fa. W tym wy­so­kim i bar­dzo szczu­płym mło­dzień­cu o ciem­nych wło­sach moją uwa­gę przy­ku­ły oczy – jak­by ni­cze­go w so­bie nie kry­ły oprócz głę­bo­kie­go, przy­gnia­ta­ją­ce­go smut­ku i cier­pie­nia. Któ­re­goś dnia po­pro­si­łam jego mamę, Lubę, aby opo­wie­dzia­ła mi coś o ży­ciu swo­je­go syna. Chcia­łam się do­wie­dzieć, co na­praw­dę może być po­wo­dem jego cią­głe­go smut­ku.

Do­wie­dzia­łam się wte­dy, że dzie­ciń­stwo Gri­szy (tak na­zy­wa­li go naj­bliż­si) było pa­smem cho­rób i upo­ko­rzeń. Jego ży­cie było za­gro­żo­ne już od nie­mow­lęc­twa: kie­dy miał za­le­d­wie pół­to­ra mie­sią­ca, cięż­ko za­cho­ro­wał i wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że może stra­cić ży­cie. Ale Pan da­ro­wał mu je, nie po­zwa­la­jąc mu jesz­cze umie­rać. Na na­stęp­ną cho­ro­bę nie cze­kał dłu­go – miał nie­ca­łe czte­ry lat­ka, kie­dy za­ata­ko­wa­ła go sil­na żół­tacz­ka. Ale i tym ra­zem Pan przy­wró­cił mu zdro­wie. W wie­ku dzie­wię­ciu lat zno­wu za­cho­ro­wał i ko­niecz­na była ope­ra­cja uszu. Le­żąc w szpi­ta­lu na kil­ku­oso­bo­wej sali, do­świad­czał upo­ko­rzeń ze stro­ny ko­le­gów, któ­rzy do­ku­cza­li mu, bi­jąc go i za­bie­ra­jąc to, co przy­no­si­ła mu ro­dzi­na. Gri­sza zno­sił to cier­pli­wie, dłu­go ni­ko­mu o tym nie mó­wiąc. Nie­dłu­go po tym, jak wy­szedł ze szpi­ta­la, ko­le­dzy z po­dwór­ka rzu­ci­li mu kar­bi­dem w oczy. Skoń­czy­ło się tra­gicz­nie – kar­bid na ja­kiś czas uszko­dził mu wzrok. Po­now­nie więc do­świad­czał cier­pie­nia i sa­mot­no­ści.

Kie­dy wró­cił do szko­ły, ko­le­dzy na­dal go nie oszczę­dza­li. Prze­zy­wa­li go świę­tym Gri­szą, bo cier­pli­wie zno­sił za­da­wa­ne mu upo­ko­rze­nia.

Słu­cha­łam z prze­ję­ciem tej opo­wie­ści…

***

Do wspól­no­ty Gri­go­rij wszedł 26 grud­nia 1997 roku, jako czter­na­sto­let­ni chło­piec. W 1999 roku od­po­wie­dział na we­zwa­nie ka­te­chi­stów do pre­zbi­te­ra­tu i za­czął uczest­ni­czyć w cy­klu spo­tkań dla aspi­ran­tów do se­mi­na­rium, któ­re pro­wa­dził po­słu­gu­ją­cy wów­czas w pa­ra­fii pre­zbi­ter An­drzej Szczę­sny.

Po­nie­waż co­dzien­nie po­słu­gi­wa­łam na ple­ba­nii, mo­głam przy­glą­dać się na­szym chłop­com przy­cho­dzą­cym na spo­tka­nia przed­se­mi­na­ryj­ne. Gri­sza przy­cho­dził ci­chy, spo­koj­ny, ale z co­raz czę­ściej po­ja­wia­ją­cym się uśmie­chem na twa­rzy. Ta­kie­go go za­pa­mię­ta­łam z mo­je­go po­by­tu na mi­sji w Ka­ra­gan­dzie.

***

Po­tem był wrze­sień 2001 roku w Pol­sce. Po­je­cha­łam z moją kra­kow­ską wspól­no­tą do Pu­ław, na kon­wi­wen­cję roz­po­czy­na­ją­cą rok ewan­ge­li­za­cyj­ny. Nic nie wie­dzia­łam o na­szych mło­dych chło­pa­kach z Ka­ra­gan­dy. Już pierw­sze­go dnia kon­wi­wen­cji spo­tka­ła mnie nie­spo­dzian­ka – idąc ko­ry­ta­rzem zo­ba­czy­łam… Gri­go­ri­ja Ro­go­zhi­na. Sta­nął przede mną na­gle, jak­by wy­rósł spod zie­mi.

– Co tu­taj ro­bisz? – spy­ta­łam, nie bar­dzo poj­mu­jąc, o co cho­dzi.

– Wła­śnie zo­sta­łem przy­ję­ty do se­mi­na­rium! – wy­krzy­czał uszczę­śli­wio­ny.

Kie­dy tak stał wy­pro­sto­wa­ny, z ca­łej jego po­sta­wy wi­dać było, że jest szczę­śli­wy, a przede wszyst­kim to szczę­ście wi­dać było… w oczach. Pew­ność od­czy­ta­nia woli Bo­żej czy­ni­ła go bar­dziej do­ro­słym – na­wet ze­wnętrz­nie.

Pod ko­niec kon­wi­wen­cji za­uwa­ży­łam Gri­szę sa­mot­nie sie­dzą­ce­go na ław­ce pod drze­wem. Na jego twa­rzy ma­lo­wa­ło się stra­pie­nie. Kie­dy spy­ta­łam, o co cho­dzi, przy­znał, że źle się czu­je, do­dał jed­nak za­raz, że po­win­no mu przejść, bo to tyl­ko noga, któ­rą jesz­cze nie tak daw­no miał w gip­sie. Po­tem po­wie­dział, że wła­śnie wczo­raj na­pi­sał dłu­gi list do ro­dzi­ców. Opi­sał im, jak bar­dzo jest tu­taj szczę­śli­wy.

***

Po dwóch mie­sią­cach od tam­tej kon­wi­wen­cji do­wie­dzia­łam się, że Gri­sza jest śmier­tel­nie cho­ry… ma raka ko­ści. Była to dla nas wszyst­kich szo­ku­ją­ca wia­do­mość. Od tej chwi­li mo­dli­li­śmy się we wspól­no­tach za nie­go, po­le­ca­jąc Bogu jego ży­cie i cier­pie­nie.

***

Przez czte­ry ko­lej­ne mie­sią­ce do­cho­dzi­ły do Kra­ko­wa wia­do­mo­ści o po­gar­sza­ją­cym się sta­nie zdro­wia Gri­go­ri­ja, aż w koń­cu do­wie­dzie­li­śmy się, że jest w sta­nie cięż­kim i leży w szpi­ta­lu. I ostat­nia in­for­ma­cja z lu­te­go 2002 roku – że przy­jeż­dża­ją z Ka­zach­sta­nu jego ro­dzi­ce, Luba i Piotr, aby się nim opie­ko­wać.

***

Po­sta­no­wi­łam po­je­chać do War­sza­wy, gdzie uda­ło mi się przez kil­ka dni być z Ro­go­zhi­na­mi.

Już pierw­sze­go dnia po po­łu­dniu po­je­cha­li­śmy wszy­scy od­wie­dzić Gri­szę w kli­ni­ce on­ko­lo­gicz­nej. Le­żał na kil­ku­oso­bo­wej sali, z ludź­mi w róż­nym wie­ku i w róż­nych sta­diach cho­ro­by. Ude­rzy­ło mnie cier­pie­nie, któ­re zo­ba­czy­łam na jego wy­chu­dzo­nej twa­rzy, ale też i po­kój – to nie był już ten ni­ja­ki, za­mknię­ty w so­bie chło­piec z Ka­ra­gan­dy. To był do­świad­cza­ny przez Boga czło­wiek, któ­ry wraz z cier­pie­niem otrzy­mu­je też i ła­skę zro­zu­mie­nia, skąd to cier­pie­nie pły­nie i dla­cze­go Bóg mu je ofia­ro­wu­je.

Tego dnia i pod­czas na­szych ko­lej­nych od­wie­dzin Gri­sza, cho­ciaż bar­dzo cier­piał (bo­lał go cały krę­go­słup i zła­ma­na wcze­śniej noga), by­wał też i po­god­ny, cza­sa­mi na­wet po­tra­fił żar­to­wać na te­mat cho­ro­by czy swo­je­go po­by­tu w szpi­ta­lu. Wy­wo­żo­ny na wóz­ku na ko­ry­tarz opo­wia­dał o współ­cho­rych z sali, a przede wszyst­kim dzie­lił się z nami do­świad­cze­nia­mi ze swo­jej cho­ro­by. A kie­dy czuł się już bar­dzo źle (nie mógł dłu­go po­zo­sta­wać w po­zy­cji sie­dzą­cej), pro­sił ojca i ten od­wo­ził go z po­wro­tem do łóż­ka.

Ze szcze­gól­ną tro­ską od­no­sił się do swo­ich ro­dzi­ców, przy­po­mi­na­jąc im, aby nie usta­wa­li w mo­dli­twach nie tyl­ko za jego zdro­wie, ale i za ich wła­sne mał­żeń­stwo; aby pro­si­li Boga o jed­ność i mi­łość mię­dzy sobą. Pew­ne­go razu spy­tał ich, czy mo­dlą się na ró­żań­cu. Kie­dy od­po­wie­dzie­li, że nie mo­dlą się, po­nie­waż swo­je ró­żań­ce zo­sta­wi­li w domu, w Ka­zach­sta­nie, Gri­sza zga­nił ich i wprost na­ka­zał, aby za­raz je za­ku­pi­li i jak naj­szyb­ciej roz­po­czę­li mo­dli­twę.

– Prze­cież ró­ża­niec to naj­sku­tecz­niej­sza broń prze­ciw sza­ta­no­wi i jego po­ku­som. Czy nie wie­cie o tym? Le­piej, by­ście zo­sta­wi­li swo­je gło­wy tam w domu, niż za­po­mnie­li ró­żań­ców – po­wie­dział. Jesz­cze tego sa­me­go dnia po­słusz­nie je za­ku­pi­li i od­tąd ró­ża­niec stał się dla nich nie­od­łącz­ną mo­dli­twą w ich cier­pie­niu.

***

Każ­de­go dnia przy­cho­dzi­li do Gri­go­ri­ja bra­cia z se­mi­na­rium, aby wspól­nie z nim mo­dlić się nie­szpo­ra­mi… Wśród nich byli chłop­cy z Bra­zy­lii, Ko­lum­bii, Hon­du­ra­su, byli też Po­la­cy, Ro­sja­nie, Wło­si, Hisz­pa­nie… Jak­by cały świat zbie­rał się przy łóż­ku tego chłop­ca. Każ­de­go dnia była to naj­pięk­niej­sza i naj­waż­niej­sza chwi­la dla Gri­go­ri­ja, na któ­rą cze­kał już od sa­me­go rana. Chło­nął czy­ta­ne Sło­wo, słu­chał z ocza­mi utkwio­ny­mi w bra­ta prze­po­wia­da­ją­ce­go mu Do­brą No­wi­nę o Je­zu­sie Chry­stu­sie. Wte­dy na jego twa­rzy ma­lo­wa­ła się… na­dzie­ja. A ja w tych wy­da­rze­niach wi­dzia­łam Ko­ściół Świę­ty jako Mat­kę, praw­dzi­wie trosz­czą­cą się o swo­je dzie­ci.

***

Czas poza szpi­ta­lem spę­dza­łam z ro­dzi­ca­mi Gri­go­ri­ja. Dzie­ląc się swo­im do­świad­cze­niem, opo­wia­da­li, że kie­dy do­sta­li z se­mi­na­rium wia­do­mość o cho­ro­bie Gri­szy i pro­po­zy­cję przy­jaz­du do Pol­ski, nie po­tra­fi­li uwie­rzyć w to, co się sta­ło. Na­tych­miast jed­nak wy­bra­li się do Pol­ski, zo­sta­wia­jąc u ro­dzi­ny młod­szą cór­kę, Ma­ri­nę. Je­cha­li z za­mia­rem za­bra­nia Gri­szy ze sobą do Ka­ra­gan­dy. Mie­li na­dzie­ję, że z no­wy­mi wy­ni­ka­mi ba­dań, zro­bio­nych tu­taj, w Pol­sce, bę­dzie mógł w domu kon­ty­nu­ować le­cze­nie.

Tym­cza­sem Bóg miał zu­peł­nie inne pla­ny. Le­ka­rze stwier­dzi­li raka ko­ści w jed­nym z ostat­nich sta­diów roz­wo­ju i nie wy­ra­zi­li zgo­dy na żad­ną, a tym bar­dziej tak da­le­ką po­dróż. Da­wa­li Gri­szy dwa mie­sią­ce ży­cia i za­po­wia­da­li ko­niecz­ność am­pu­ta­cji sto­py…