Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 507 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Greta Garbo. Moja miłość - Ellen Mattson

A ja mówiłam, że była całkiem zwyczajną dziewczyną z Söder, że była wspaniała, inna niż wszyscy, tajemnicza, jak ptak z innego wymiaru, zimna i samotna gwiazda, że żyła dla swojej sztuki, że lubiła narty, uwielbiała śledzie i ziemniaki, że Hollywood ani trochę jej nie zmieniło, że była bezgranicznie melancholijna, że była ciepła, zimna, samotna, jak każdy, uwielbiała chodzić do wesołego miasteczka w Gröna Lund, że w jej oczach dało się dostrzec smutek całego świata, cokolwiek mówiłam, było prawdą, wierzyli mi we wszystko.

Nikt nie zna Grety Garbo tak dobrze jak Vendela Berg, dziewczyna, którą na tyle zainteresowała się wycofana i chorobliwie wstydliwa gwiazda, że zatrudniła ją jako sekretarkę i towarzyszkę w Hollywood. Vendela chroni Gretę przed ciekawskimi reporterami, pomaga jej wynajmować domy, w których znajdzie spokój, podpisywać kontrakty z wytwórnią filmową i inwestować pieniądze. Mieszkają, pracują i podróżują razem, razem rozmawiają o scenariuszu planowanego filmu o królowej Krystynie.

Kilka lat wokół lat trzydziestych, okresu największych sukcesów Grety Garbo. Ale ona, podobnie jak królowa Krystyna, okazała się więźniem własnej sławy. Marzyła o prywatności i chwili wytchnienia.

Opisując Gretę Garbo widzianą oczami Vendeli, Ellen Mattson stworzyła sugestywny i porywający portret podwójny dwóch młodych kobiet. Bliżej Garbo, ikony kina, nie był nikt inny.

 

Opinie o ebooku Greta Garbo. Moja miłość - Ellen Mattson

Fragment ebooka Greta Garbo. Moja miłość - Ellen Mattson

Tytuł oryginału: VINTERTRÄDET
Przekład: JUSTYNA CZECHOWSKA
Redaktor prowadzący: ADAM PLUSZKA
Redakcja: JOANNA ZIOŁO-WERSTLER
Korekta: ELŻBIETA JAROSZUK, ADAM PLUSZKA
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: ANNA POL
Łamanie, montaż: Agencja Poligraficzna Sławomir Zych
Zdjęcie na okładce © Hulton-Deutsch Collection / CORBIS / FotoChannels
Publikacja powstała dzięki dofinansowaniu Swedish Arts Council
Copyright © 2012 by Ellen Mattson Copyright © for the translation by Justyna Czechowska Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014
Wydanie pierwsze, Warszawa 2014
ISBN 978-83-63656-94-2
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

1

Zauważyli mnie piątego dnia podróży, gdy chowałam się za szalupą ratunkową. Słynny polarnik nadbiegł za piłką tenisową, a ja odruchowo ją zatrzymałam, wysuwając nogę. Na mój widok ryknął jak szalony. Wszyscy byli wyjątkowo zestresowani w jej towarzystwie. Drugi mężczyzna, o którym dowiedziałam się później, że jest konsulem w Winnipeg, a który siedział, paląc fajkę, i przyglądał się rozgrywce, również nadbiegł. Wyciągnęli mnie z ukrycia, niezbyt brutalnie, ale moja ręka wystrzeliła w górę i strąciła futrzaną czapkę konsula.

– Ona ma pod płaszczem aparat! – zawołał ostrzegawczo przez ramię.

Pokazałam im etui z paszportem i pieniędzmi na podróż, które zawsze nosiłam przyczepione na agrafkę pod bluzką, a potem z rozpędu także torebkę z kanapką, zamszowe rękawiczki, które zgniotłam w kieszeni, ołówek i brudną chustkę do nosa. Po chwili wszyscy poczuliśmy zażenowanie pomogli mi schować rzeczy do kieszeni i wyjaśnili, że to wina sposobu, w jaki noszę kapelusz, byli przekonani, że jestem z jakiejś gazety.

– Mieliśmy sporo kłopotów z reporterami w Göteborgu, zrobił się zator, gdy miss Brown wsiadała na statek, a potem znalazła jednego z nich w swojej kajucie. Przez kilka dni nie miała odwagi w ogóle wyjść na pokład. Jest bardzo wrażliwa...

Cała nasza trójka odwróciła się teraz w stronę kortu, skąd przyglądała się nam kobieta, trzymając papierosa w kąciku ust. Nagle rzuciła go na pokład, sądziłam, że odejdzie, ale ona ruszyła w naszą stronę, w każdym razie podeszła bliżej. Pochyliła się nad siatką, niemal wieszając się na niej. Ubrana była w beret, wełniany blezer, sportowe spodnie i grube skarpety odwinięte na krawędziach trzewików, ale dłonie miała nieosłonięte mimo zimnego wiatru.

– Dlaczego nosi pani w kieszeniach kanapki, skoro serwuje się tu sześć posiłków dziennie? – spytała, a ja, wiedząc już, że na walizkach jest napisane miss Harriet Brown, powiedziała mi o tym sprzątaczka, gdy dałam jej dwie korony z pieniędzy przeznaczonych na rozrywkę w podróży, odparłam:

– Wolę jeść na świeżym powietrzu. Najchętniej w samotności.

– Boi się pani stołówki?

– Jadam za tą szalupą, przyzwyczaiłam się.

Bardzo się starałam, żeby jej nie rozpoznać. Zamiast patrzeć na nią, schyliłam się po piłkę.

– Poczekaj chwilę. – Podniosła siatkę, żeby podejść bliżej. – Wydaje mi się, że jesteśmy jednakowego wzrostu, Harry – zwróciła się do konsula i poprosiła mnie, żebym się odwróciła, aby można było nas zmierzyć.

Gdy stanęłyśmy plecami do siebie, stwierdzono, że jesteśmy równego wzrostu, ale zauważyła, iż jestem za gruba, nawet wyłączając etui, które sterczało spod płaszcza. Nie była szczególnie niegrzeczna, ale wtedy nie mogłam o tym wiedzieć.

Jakaś kobieta w skórzanej pilotce i brązowym palcie podeszła do nas i wsunęła rękę pod ramię polarnika, patrzyła na mnie z zazdrością, kiedy nas mierzono. Gdy skończyliśmy, rozpięłam płaszcz, żeby pokazać grubo dziergany sweter, który mnie zniekształcał, na więcej się nie zgodziłam. Wiał lodowaty wiatr.

– Czy to nie aby jakiś mały intruz? – szepnęła kobieta w brązowym palcie. – Nie widziałam jej wcześniej w pierwszej klasie.

– Siedziałam raczej u siebie – odparłam, zapinając płaszcz. – Przepraszam, pójdę już.

– Miss Brown chce panią o coś spytać – zwrócił się do mnie konsul. Był to starszy pan, którego widywałam u nas w trzeciej klasie, jak przygląda się pasażerom tańczącym do akordeonu na rufie statku.

– Sama mogę mówić, Harry – wtrąciła sławna miss Brown, po czym zaproponowała mi filiżankę herbaty w swojej kajucie.

Zostawiwszy resztę towarzystwa, poszłyśmy na pokład B, gdzie miała luksusowy apartament z kanapą i widokiem na morze oraz własną łazienką. Na drzwiach przyczepiono wizytówkę, podobną zauważyłam na kufrze, który stał zamknięty przy ścianie. Zastanowiło mnie, jaki jest sens używania nazwiska Brown, skoro cały świat rozpoznaje jej twarz, ale może podobała jej się ta gra i lubiła wciągać do niej innych. Przypominało to trochę nowe szaty cesarza. Ale nie zamierzałam być dzieckiem, które go obnaży. Moja gospodyni zamieniła trzewiki na zniszczone skórzane kapcie, po czym wezwała stewarda, który zaraz przyniósł ogromną tacę z herbatą i ciastkami, a gdy odszedł, zamknęła drzwi na klucz. Przedstawiłyśmy się sobie.

– Brown.

– Berg.

– Harriet Brown, nie zapomnij. Ale możesz mówić do mnie Greta.

– Vendela, bardzo dziękuję – odparłam, potrząsając zimną dłoń, którą wysunęła w moją stronę.

– Ven-de-la – sylabizowała. – Zawsze uważałam, że to piękne imię.

Możliwe, że nasza rozmowa nie rozpoczęła się w ten sposób. Być może ona była mniej bezpośrednia, a ja bardziej uległa. Wydaje mi się, że wszystko trwało dużo dłużej, a my momentami siedziałyśmy w milczeniu, ale na statku cisza nigdy nie jest szczególnie krępująca, gdyż podróży nieustannie towarzyszy dźwięk silników wypełniający każdą pustkę. Śruby czuło się tu dużo wyraźniej niż u mnie na dolnym pokładzie, ale ona zdawała się tym niewzruszona, jadła piernik wielkimi kęsami, podczas gdy ja swój kawałek kruszyłam i rozglądałam się wokół, nie ruszając głową, bo nie wolno było mi zdradzić zainteresowania. Ciekawość to śmiertelny grzech.

Apartament błyszczał mahoniem, całą podłogę przykrywał niebieski dywan, koję ozdabiały mosiężne poręcze i haftowane zasłony. Na toaletce stał kryształowy wazon ze świeżymi tulipanami, ani śladu słoiczków z kremami czy flakoników z perfumami, żadnej biżuterii, nawet grzebienia. W tej wielkiej przestrzeni nie było ani jednej rzeczy, która sprawiała wrażenie prywatnej czy choćby interesującej, może z wyjątkiem starych skórzanych kapci, które zrzuciła ze stóp, gdy podciągała nogi pod siebie, siedząc w fotelu, oraz delikatnego zapachu lawendowego mydła. Na pokładzie „Kungsholmu” mieli niezwykle duże filiżanki do herbaty. Ukrywszy się za swoją, przyglądała mi się znad jej krawędzi, badała i obliczała, tak jak później sprawdzała paragony i domową książkę rachunkową, żeby nikt jej nie oszukał. Milczała, zawsze była w tym dobra, a ja odwróciłam się w stronę granatowozielonego morza, które lśniło groźnie pod zimnym niebem. Za kilka dni mieliśmy dotrzeć w rejony gór lodowych.

Miała wtedy dwadzieścia trzy lata i już była gotowa, zupełnie gotowa, doskonale ukształtowana do roli osoby, którą miała się stać. Niczego nie trzeba było zmieniać. I jeśli istniał jakikolwiek powód tego, że stałam za szalupą, to właśnie fakt, iż interesowała mnie jej doskonałość, całkowite ukształtowanie, gdyż ja byłam tylko bryłą gliny, której nikt jeszcze nie dotknął. Byłam pozbawiona kształtu, nie miałam konturów.

Jestem uderzająco inteligentna, przypomniałam sobie na pocieszenie, i ta myśl jak zwykle mnie uspokoiła.

Kiedy steward zabrał ze stolika tacę i postawił na nim popielniczkę, zaczęło się palenie. Zaproponowała mi papierosa ze srebrnej papierośnicy z napisem, którego nie zdążyłam przeczytać, bo zatrzasnęła mi ją przed nosem, gdy zauważyła, że czytam.

– Palę najchętniej własne – odparłam, wyciągając paczuszkę carmencitów, które kupiłam pierwszego dnia w kawiarni, by mieć na czym trenować, więc wypuszczałam z nich dymki, podczas gdy ona wypełniała kajutę ciężką virginią.

– Mnie nie oszukasz – zaczęła nagle niemal przyjacielskim tonem. – Widziałam cię wcześniej niż oni, już kilka dni temu. I nie tylko przy szalupie, stałaś to tu, to tam i mi się przyglądałaś. Raz byłaś nawet w holu, pamiętam cię wystraszoną. Kiedy byłam mała, stałam przed wejściem do Södra Teatern i czekałam na aktorów. Każdy ma prawo stać na chodniku. Nic mnie to nie kosztowało.

– Tu też nie kosztuje to zbyt dużo, od czasu do czasu korona dla stewarda, który zaniedba fakt, że otworzy się jakieś zakazane drzwi. Zresztą jest to zaraźliwe w obie strony. Wielu uważa, że w trzeciej klasie lepiej się bawimy.

– Ale ty zdajesz się tak nie myśleć?

– Mnie w ogóle mało co bawi.

– Mnie też – westchnęła. – Co z nami jest nie tak?

Może tego ostatniego zdania nie powiedziała.

Ponieważ nasza rozmowa rozkręcała się bardzo powoli, za oknami kajuty zdążył nastać wieczór. Nieskończona ciemność na górze i na dole wypełniona snami o lodowcach, falujących białych zjawach, za którymi podążało widmo zderzenia, zmiany kierunku, odgłos krzyku i wlewającej się wody. Krewni pocieszali mnie, że nie powinnam się bać, bo wszędzie jest pełno patroli, ale ja się nie bałam, przeciwnie, uważałam, że wreszcie rozległa skala tego, co było na zewnątrz, zaczynała odpowiadać olbrzymiej wewnętrznej potrzebie piękna, przestrzeni, niebezpieczeństwa. Pragnę piękna, przestrzeni, niebezpieczeństwa, myślałam, pociągając za krótkie rękawy swetra, które zbiegły się w praniu, tak że teraz ledwo przykrywały nadgarstki. Tania wełna, krewni niezbyt się na mnie wykosztowali.

Nasza zadziwiająca rozmowa ciągnęła się.

– Od razu zrozumiałam, że nie jesteś zwykłą łowczynią autografów – zapewniła mnie Greta. – Nie poprosisz mnie, jak wszyscy, o podpisane zdjęcie. Fotografie daję tylko przyjaciołom, a nie mam ich znów tak wielu, miałam tak naprawdę jednego przyjaciela, ale on nie żyje. Nie zdążyłam do domu na czas.

Gdy mówiła o zmarłym przyjacielu, jej głos obniżył się o pół oktawy, ale poza tym nie było w nim nic nadzwyczajnego. Ciemny tembr, stłumiony dźwięk z piersi, pojawił się dopiero z filmem dźwiękowym, kiedy był potrzebny. I z czasem stał się przyzwyczajeniem. Ale jej żal był raczej nieudawany, chociaż bardziej przypominał grymas niezadowolenia z braku obsługi, gdy po nią zadzwoniła. Chciała zamówić koktajle. Zbliżała się pora kolacji.

– Mam sobie pójść? – spytałam.

– Oczywiście, że nie, zjemy tutaj. Wszystkie posiłki jadam w kajucie, wtedy nie muszę się przebierać. Zleciłam uszycie dwóch sukni wieczorowych, które zabrałam na statek do Szwecji przed świętami, i wierz mi, że je włożyłam. Ale w tej podróży nie obchodzi mnie to, na statku nie ma nikogo, kim mogłabym się przejmować. No, może oprócz ciebie. Kiedy zobaczyłam cię po raz pierwszy, pomyślałam... Nie, nie powiem ci, co pomyślałam.

Tańczyła z księciem w tych sukniach wieczorowych, przypomniałam sobie, że widziałam zdjęcia w „Vecko-Journalen”. „Nasza gwiazda powracająca do domu czuje się wyśmienicie w towarzystwie księcia – pisał reporter – dobre samopoczucie było zresztą odwzajemnione, nie widziano żadnych skwaszonych min, a gdzież można by bawić się bardziej po królewsku niż w eleganckiej palarni na pokładzie «Kungsholmu», w jednej w najpiękniejszych sal pokładowych na świecie. Statek płynący na święta 1928 roku powraca z doprawdy drogocennym ładunkiem!”. Siedziała między księciem a jego adiutantem pod namalowaną panoramą Sztokholmu w sukni bez rękawów i z dużym dekoltem.

Ale teraz była wiosna, szara, zachmurzona wiosna, mokry śnieg i przejmujący wiatr, który towarzyszył nam aż od Nowego Portu w Göteborgu. Był 14 marca 1929 roku, a my siedziałyśmy w naszych wełnianych swetrach, popijając dość mocne trunki, podczas gdy „Kungsholm” podążał na zachód z szybkością siedemnastu węzłów. Zaczęło mi być trochę niedobrze od wszystkiego, od turbin, palenia, pierwszych drinków. Byłam w drodze do Nowego Jorku, pożegnałam się ze wszystkim, za niczym nie będę tęsknić, niczego nie będę żałować. Łzy napłynęły mi do oczu, ale obwiniłam za to papierosy, palenie wśród kobiet nie było jeszcze powszechne, w każdym razie nie ta wyrafinowana poza, której towarzyszy zaciągania się, aż w policzkach zrobią się dołki.

– Musisz coś zjeść – stwierdziła, otwierając lufcik. Potem na zmianę wystawiałyśmy przez nie głowy, by zaczerpnąć morskiego powietrza. – Mój przyjaciel zapisał mi w testamencie stół – powiedziała, gdy nastąpiła moja kolej na wzięcie oddechu. – Tylko to po nim zostało, wszystko inne mu zabrali. Tak traktuje się tam ludzi, którzy są lepsi od nich. A on był najwybitniejszym reżyserem na świecie. Teraz jest niczym, jestem tego pewna, człowiek umiera i... puf! Koniec. Nic. Nie ma go. Tylko jego stary stół. Pójdziemy do bagażowni go obejrzeć?

– Nie da rady – odparłam, wycofując głowę do środka. – Tam panuje ogromny bałagan, niczego nie znajdziemy. A zresztą i tak by nas nie wpuścili.

Nie byłam tego pewna, być może pozwoliliby wejść Grecie, gdyby poprosiła, ale nie chciałam ryzykować. Mogłoby się jej przypomnieć, że ja także należę do niższych poziomów okrętu, i po obejrzeniu stołu mogłaby mnie tam zostawić. Sama natomiast poszłaby na górę na kolację pod kryształową kopułą, którą widziałam na zdjęciach w biurze podróży, gdy rezerwowałam bilet. Ale kawę mieli wypić w palarni, ona i konsul, przy rzeźbionym piecu w najpiękniejszej sali pokładowej na świecie.

Pogodziła się z tym, że praktycznym komentarzem zamknęłam temat.

– Ja również nie polowałam na autografy – powiedziała, zamykając lufcik. – Mam na myśli wtedy, gdy stałam przed Södra Teatern. Chciałam czegoś innego, chciałam przyjrzeć się aktorom w rzeczywistości i zobaczyć, czy są tacy sami jak na scenie. Ale miałam zaledwie trzynaście lat, ma się wtedy prawo do robienia dziecinnych rzeczy.

– Nigdy nie oczekiwałam niczego prawdziwego, tego nie pokazuje w kinie. Zresztą rzadko tam bywam.

– Jesteś silną dziewczyną – zauważyła. – Od razu to zrozumiałam.

Nagle jej twarz przybrała tragiczny wyraz.

– Ależ oczywiście, że masz rację. To nie jest prawdziwe, nie jest dobre, to, co robię, jest gównem! Ale oni tylko tego chcą, bo gówno przynosi pieniądze. A ja jestem tam tylko dla pieniędzy. Kiedy zarobię wystarczająco dużo, wrócę do domu i kupię gospodarstwo nad Mälaren, a potem już nigdy moja noga nie postanie w tym kraju. W tym bezśnieżnym kraju. Tęskniłam za białym puchem, za śnieżnym Bożym Narodzeniem w Sztokholmie, cichymi ulicami, ludźmi spieszącymi z pakunkami do domów, a oni na mnie polowali, nie sądziłam, że Szwedzi potrafią się tak zachowywać. Wstydziłam się, gdy zmusili mnie do ukrycia się w sklepiku z cygarami, ekspedientka była tak miła, że pozwoliła mi wyślizgnąć się tylnym wyjściem, ale tam również byli reporterzy i mnóstwo uczennic z notesami na autografy. Nie wyszłam już z domu tego dnia.

Przerwała nagle, gdy wyciągnęłam rękę po ciastko, i rzuciła ostro:

– Musisz schudnąć. Powiem ci, jak to zrobić, wiem wszystko o odchudzaniu. No więc tego dnia nie wyszłam już z domu. Zawiodłam się na moich rodakach – ciągnęła – o których zawsze miałam dobre zdanie. Okazali się nie lepsi od tych, którzy całymi dniami sterczą przed studiem i czekają, aż coś się wydarzy, aż ktoś wyjdzie. Nauczcie się czegoś, mówię do nich w myślach. Popatrzcie na mnie, przecież niczego nie potrafię! Kiedy człowiek jest z dala od domu, ojczyzna staje się czymś wspaniałym, nie da się tego wytłumaczyć, ale należy to marzenie pielęgnować. Postaram się więc zapomnieć o tym, co się wydarzyło.

Czytałam o zamieszaniu podczas jej przyjazdu, ale ponieważ była to jej pierwsza wizyta w Szwecji, odkąd została gwiazdą Hollywood, nie było nic dziwnego w tym, że ludzie czekali na nią na stacji. Widziałam kronikę filmową, w której pokazano, jak policjanci na koniach powstrzymywali tłum gapiów, gdy ona przemykała do auta. Nie stało się nic nadzwyczajnego, auto odjechało, jakaś zawiedziona dziewczyna mówiła, że już nigdy nie obejrzy filmu z Gretą, jeden z dziennikarzy narzekał, że nie chciała odpowiedzieć na żadne pytanie, poza tym nie wydarzyło się nic strasznego. W Nowy Rok tańczyła z księciem w Grand Hotelu, o tym też przeczytałam w „Vecko-Journalen”, a potem wyjechała na wieś, w okolice Nyköpingu i Åre, by uprawiać sporty zimowe, więc raczej zażyła trochę śniegu.

To nieprawda, że rzadko chodziłam do kina, ale ponieważ robiłam to tylko po to, by uciec z domu, nie zaliczałam się do kinomanów, poza tym jestem zbyt nieczuła, by docenić to, co widzę na ekranie, mężczyzn pokazujących białka oczu, kobiety z wykręconymi desperacko dłońmi. W tygodniu, gdy krewni dyskutowali na temat mojej przyszłości, obejrzałam Symfonię zmysłów osiem razy i śmiałam się za każdym razem, gdy pod Felicitas von Rhaden załamywał się lód.

Była odpychająca w tej roli. Podobał mi się John Gilbert, gdy zapalał jej papierosa w scenie ogrodowej, ale ona była okropna z tym przeciągłym spojrzeniem, które wabiło mężczyzn, i buzią w kształcie dzióbka, którym wpijała się w ich usta, a sukienki miała wycięte tak, że odsłaniały pachy. Nie było to zbyt ładne, choć w rzeczywistości była piękna, właśnie dlatego stałam za szalupą, bo była taka piękna w butach narciarskich i z małą zamarzniętą kropelką zwisającą z nosa. Przypominało to oglądanie sławnego obrazu albo konia kłusującego po łące, widać było, że jest ona dziełem Boga, a jeśli ktoś nie wierzył w Boga, musiał wziąć pod uwagę jego ewentualne istnienie, patrząc na Gretę, której teraz zrobiło się ciepło, więc zdjęła skarpetki, pokazując, że także jej stopy są piękne, nawet pięty o długich równych liniach przechodzących w idealne podbicie.

Tak w ogóle piękni ludzie nie robili na mnie wrażenia, ale ona była jak przedmiot, zupełnie bezosobowa. To, czego zabrakło w jej filmach, znalazłam w rzeczywistości i było dla mnie nagrodą za to, że nigdy nie starałam się malować jej w jasnych barwach. Największym luksusem, na jaki mogłam sobie wtedy pozwolić, była stanowcza odmowa rozmarzania się; jakaś wróżka, ani bogata, ani piękna, pochyliła się nad moim dziecinnym łóżeczkiem i szepnęła: Nie możesz sprawić zawodu rzeczywistości. Tak też się stało, a teraz miss Harriet Brown siedziała uśmiechnięta naprzeciwko mnie i odezwała się:

– Skoro nie chcesz autografu ani wywiadu, to po co do mnie przychodzisz?

Mogłam jej powiedzieć, że chcę rzeczywistości, przestrzeni, niebezpieczeństwa, piękna, życia, które zostawiłoby we mnie jakiś ślad, ale zamiast tego powiedziałam jej o tym, czego nie chciałam robić, zajmować się księgowością w browarze wuja w Milwaukee. Wystukując rytm palcami o oparcie fotela, przyznała, że rozumie, po czym uniosła dłoń w geście, który mnie wyzwolił.

– Nie będziesz musiała tego robić. Pojedziesz ze mną do Los Angeles. Napiszę do twojego wuja.

W tym momencie rozległ się sygnał wzywający na kolację, a zaraz potem pukanie do drzwi, to przyjaciele Grety przyszli po nią. Dopiłam koktajl i wstałam, ale opadłam na krzesło oślepiona blaskiem żółtej lampy, który sprawiał, że wszystko w pokoju wydawało się rozmazane i trochę przekrzywione, i tak już zostałam. Greta natomiast z niemałym trudem poszła przez miodowe światło w stronę drzwi i coś do nich powiedziała. Wybuchłam śmiechem, bo mówiła, jakby usta miała wypchane watą. „Nie mam dziś siły”, tłumaczyła powoli i bełkotliwie, machając ręką w moją stronę. „Otóż to, ból głowy, potworny ból głowy”, krzyczała do szparki w drzwiach, a ja zanosiłam się śmiechem, tak że powoli zaczęłam zsuwać się na podłogę, ku bólowi głowy, który rósł i wypełniał pokój niczym coś, co można nadmuchać. Nagle stanęła nade mną, mogłam z bliska przyjrzeć się jej słynnym rzęsom, sztywnym jak druty w czarnej pokrywie tuszu. Wewnątrz tego promiennego wianuszka oczy były niebieskie i pospolite.

– Nie zrozumiałaś, że chciałam cię uciszyć? – syknęła, wsuwając dłonie pod moje pachy i próbując mnie posadzić na krześle. – Pierwszy raz pijesz alkohol? Ile ty w ogóle masz lat?

– We wrześniu skończę dwadzieścia – powiedziałam, kopiąc na wszystkie strony.

– Tyle co ja, gdy przyjechałam do Hollywood, też we wrześniu kończyłam dwadzieścia lat. Wtedy zaczyna się dorosłość. – Poprawiła mi kołnierzyk i lekko poklepała po ramieniu. – Wyglądasz na starszą.

– To z powodu przykrej sytuacji rodzinnej.

Zdążyłam zapomnieć, co powiedziała kilka minut wcześniej, ale cały czas miałam poczucie decydującej zmiany: zdarzyło się coś przyjemnego. Zamierzałam pomyśleć o tym później, ale najpierw chciałam zatrzymać zwariowane koło, które niemal przewróciło moje krzesło.

– Musisz coś zjeść – powtórzyła Greta i z kieszeni mojego płaszcza wyciągnęła kanapki.

Zmusiła mnie, bym jadła małymi kęsami. Jednocześnie zadzwoniła po kolację. Miałyśmy dostać bulion, stek ze szparagami, kaczkę i pudding. „I jeszcze szklankę mleka dla tej młodej damy”.

Miałyśmy też pić szampana, żeby coś uczcić, ale trochę później. Miałyśmy się przebrać, żeby sprawdzić, czy pasuje na mnie jej zielona suknia, i to od razu, zanim pojawiło się jedzenie, ale najpierw miałam napisać na kartce adres wuja, było to tak ważne, że natychmiast zaczęła szukać pióra, a na mnie spłynęło srebrne światło, choć może przestał mnie przygniatać mroczny ciężar, gdy przypomniałam sobie, że obiecała napisać do Milwaukee i zmienić kierunek mojej strasznej przyszłości, zastępując go czymś innym, czymś znaczenie radośniejszym. Wprawdzie nie użyła słowa „radosny”, ale w samym przebieraniu się przeczuwałam jakąś obietnicę, w otwieraniu kufra i szeleście sukien wieczorowych, znalazła tę zieloną, przytrzymała przede mną, a potem przed sobą, żebym zobaczyła, jak opada.

Mam spore luki w pamięci, jeśli chodzi o tamten wieczór, ale nie spowodowane dwoma drinkami, lecz niespodziewanymi wydarzeniami, które trudno mi było w pełni zrozumieć. Moje myśli umykały jedna po drugiej, by pobyć samotnie w ciemności. Gdy powróciły do oświetlonego apartamentu, nakryto do stołu, a ja miałam na sobie wąską suknię z zielonego jedwabiu, tylko odrobinę za ciasną, bo byłyśmy jednak dość podobnej budowy, proste, bez szczególnie wyraźnej talii. Miała bardziej płaskie piersi, ale powiedziała, że to nic nie szkodzi, nikt tego nie zauważy, bo najważniejsze jest wierzchnie okrycie. Moje myśli znów odpłynęły, a gdy wróciły, siedziałam przed kawałkiem mięsa na talerzu, a wokół szyi zawiązano mi serwetkę, żebym nie pobrudziła sukni tłuszczem.

– Jedz – rozkazała. – Jutro będziesz się odchudzać. Amerykanie nie znoszą grubych kobiet. Przez pierwszy miesiąc w Hollywood jadłam tylko szpinak. Nie znoszą grubych kobiet, kochają sport i mają świra na punkcie zębów. Mogę obejrzeć twoje zęby?

Zrobiłam, jak prosiła – rozsunęłam wargi.

– Hm. No, ale zawsze możesz trzymać buzię zamkniętą.

Jestem uderzająco inteligentna, pomyślałam i poczułam, jak przy zmianie pozycji sukienka uwiera mnie w uda.

– Wygląd jest ważny w tamtym świecie – ciągnęła. – Ale uważaj, człowiek szybko się starzeje.

Skuliłam się w sobie, wypiłam mleko i pozwoliłam oczom odpocząć w mojej ciemności, zimnej nordyckiej ciemności, podczas gdy ona opowiadała o gajach pomarańczowych, piaszczystych wydmach, plaży w Santa Monica. Na zakończenie pokazała swoje perfekcyjnie wyregulowane zęby, którymi wytwórnia filmowa zajęła się zaraz po pierwszych próbach. Jedwabna szpinakowozielona kurtyna opadła, być może przysnęłam między kaczką a deserem, aż uderzenie korka o sufit wybudziło mnie z letargu.

– Nie uważam, że szampan jest szczególnie smaczny – skwitowała, napełniając kieliszki – ale to rytuał, gdy się świętuje.

Mój głos, który podobnie jak myśli oddalił się nieco, powrócił, odchrząknęłam i światowym tonem spytałam:

– Co takiego świętujemy?

– Tego jeszcze nie wiem – odparła, mrużąc oczy z powodu dymu z papierosa.

Gdyby wtedy ktoś mnie o to zapytał, mogłabym zdradzić jej tajemnicę, tajemnicę jej twarzy: obie połówki były identyczne; nie miało znaczenia, z której strony się na nią patrzy czy ją fotografuje, zawsze widziało się tę samą twarz, regularną i bez rys, idealny owal był dopasowany do miary w oku obserwatora i wypełniał spojrzenie bez jakiegokolwiek oporu. Tak łatwo się na nią patrzyło.

Po chwili ściągnęła brwi tak, że na gładkim czole pojawiły się bruzdy, gdy się nie uśmiechała, kąciki ust opadły, a rowek w brodzie sprawiał, że wydała się chciwa i pozbawiona zasad. Ona jednak nadal była piękna, coś innego było jej tajemnicą, lecz nie potrafiłam tego nazwać.

Wzniosłyśmy cichy toast.

Trochę później powiedziała:

– Kiedy tylko cię zobaczyłam, wiedziałam, że urodziłaś się jesienią. Zawsze wyglądałaś na skwaszoną, gdy przyglądałaś się naszej grze, ale ja wiedziałam, że chcesz wziąć w niej udział. Stęskniona, gdy nikt nie patrzy, zła, gdy ktoś spostrzeże, a jeśli trzeba prosić, to lepiej dać spokój, to już lepiej bawić się samej.

Nie uważałam, że to specjalnie trafny opis, ale nie wiedziałam, co jej powiedzieć. W końcu rzuciłam:

– Shuffleboard wygląda na przyjemną grę.

– Jeśli chcesz, możesz zagrać z nami jutro – zaproponowała, wykonując przy tym gest, który otwierał wszystkie drzwi. – Zawiadomię ochmistrza, że jesteś moim gościem.

– Czy mam już zejść do swojej kajuty?

– Nie, jeszcze nie.

Czarna luka.

Ale w czerni wciąż docierał do mnie jej głos, ciemny i powoli opisujący przyszłość i moje miejsce w niej.

– Będziesz moją towarzyszką, potrzebuję towarzyszki, kogoś takiego jak ty, kto o nic nie prosi, ale chce mieć wszystko, na co spojrzy. Kto robi ostrożne miny, ale ma wielkie pragnienia i nie ma żadnych oczekiwań wobec ludzi. To dobrze, nie da się ciebie zawieść. Wypijmy za to – powiedziała, a ja zahuśtałam rzeką srebrnobiałego światła pełnego bąbelków; bardzo łatwo można było mnie zawieść, wystarczyłoby, że światło zniknie z lekkością karteczki leżącej na jej toaletce, karteczki, którą łatwo można zgubić, musiałam wstać i położyć ją w bardziej widocznym miejscu, ustawić na niej kryształowy wazon, by żaden podmuch jej nie zwiał, by żadna pokojówka przypadkiem nie wyrzuciła jej do kosza, karteczki z adresem mojego wuja, będącej kluczem do bramy, która teraz otwierała się przede mną, sprawiając, że spływało na mnie jeszcze jaśniejsze światło, bramy okolonej mahoniem.

Przeszłam na drugą stronę, do niewiarygodnego obrazu mnie stojącej tuż obok Grety, która pokazała się w lustrze za moimi plecami, chwyciła mnie mocno, trzymała wyprostowaną i tak blisko, że nasze twarze stykały się w lustrze, stałyśmy z przytulonymi policzkami, gdy gapiąc się w moje lustrzane oczy, mówiła do mnie niskim głosem, szepcząc, chociaż byłyśmy same w pokoju:

– Kiedy cię zobaczyłam, pomyślałam, pomyślałam: Przecież jesteśmy podobne.

2

Powstałam z niczego. Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, widzę zawsze tę samą pustą dziurę w drzwiach, z której wychodzę, i w tej samej sekundzie zaczynam istnieć, cała, gotowa. To, co kryje się w ciemności za moimi plecami, jest zupełnie nieistotne.

I nie mam nic do ukrycia, nic, czego można by się wstydzić. Gdyby to była baśń, zaczynałaby się tak: Pewnego razu była sobie dziewczynka, która nie miała ojca ani matki, nie miała siostry ani brata, ale to nie jest baśń, a ja nie jestem służącą w kuchni króla. Przeciwnie, wydano sporo pieniędzy, by zapewnić mi porządne wykształcenie w szkole handlowej, mieszkałam w pensjonacie ciotki w dzielnicy Majorna, wszyscy krewni się dokładali, pomagałam w pracach domowych tylko w soboty, nawet wtedy wykonując proste czynności jak lamowanie ręczników czy sprzątanie ze stołu w jadalni.

Pensjonat składający się z trzech połączonych mieszkań przy Karl Johansgatan rozciągał się przez szerokość całej kamienicy jak labirynt wyłożonych korkiem korytarzy i wielkich staroświeckich pokoi, w których pełno było rozkładanych otoman. W jadalni spożywano posiłki przy stołach nakrytych ceratą i w mlecznym blasku kulistych lamp, za to salon świecił zwykle pustkami, ponieważ goście bawili wieczorami gdzie indziej. Raz w miesiącu przychodzili krewni, nakrywałyśmy wówczas w prywatnym pokoju ciotki, gdzie wszyscy mieścili się wokół dębowego stołu, krewni mieli ponure twarze i z powagą wpatrywali się we mnie, jak siedziałam sama w fotelu. Od czasu do czasu wychodziłam do kuchni, by napełnić dzbanek kawą i poprosić służącą o ukrojenie kolejnych kawałków ciasta. A krewni jedli naprawdę dużo, ich wydłużone twarze były zaopatrzone w olbrzymie żuchwy i silne zęby, które przeżuwały, podczas gdy oni zastanawiali się nad moją przyszłością i ile będzie ona kosztować. Nie było mowy o niczym więcej niż jakiś dyplom, ale podstawowe pytanie brzmiało: kiedy, kiedy? Patrzyli na moje wyskubane brwi i łobuzersko odrzucone włosy, które dawno należało umyć, na bluzkę ciasno opinającą biust i rolujące się skarpetki. Siadałam z szeroko rozstawionymi nogami, chciałam wyglądać na klocowatą.

– Jest uderzająco inteligentna – powiedział ktoś, bo usłyszał to od dyrektora szkoły, ale dlaczego miałam takie brudne paznokcie?

– To od szorowania – odparłam.

Wówczas ciotka zaczęła się tłumaczyć, bo nie mogłam wykonywać żadnej ciężkiej pracy, tak wspólnie postanowiono. Byli miłymi ludźmi, naprawdę wszyscy byli dobrymi ludźmi, chcieli mojego dobra, a ja zostałam po prostu poproszona tego ranka o wytarcie kawałka podłogi, bo sama zresztą rozlałam tam mleko.

Kiedy nad tym rozprawiano, obserwowałam słońce, które zdążyło już obejść dookoła całą dzielnicę, a teraz rzucało blade promienie na stolik tak, że jeden z wujów wpadł na pomysł, byśmy wznieśli toast kieliszeczkiem nalewki na cześć wiosny. Ciotka stwierdziła, że jestem niespokojnym duchem, inna krewna uznała, że to wiek cielęcy, ale ze względu na moje pochodzenie należy mieć cierpliwość. Ktoś powiedział: „No, no...”, i wtedy ciotka wyciągnęła z narożnej szafki nalewkę pomarańczową. Obserwowałam promień słońca, który teraz zbladł, ochłodził się, po czym zaczął się cofać przez zasłonkę, aż zniknął nad rzeczką, musieliśmy w końcu zapalić lampę. Było to pewnego dnia na przednówku kilka lat temu, w sobotę podobną do tylu innych, a ponieważ wypadała sobota, na deser był kompot z suszu, to też się nie zmieniło. Nikt nie był dla mnie nieprzyjemny, nikt nie chciał dla mnie niczego złego, nikt nie podstawiał mi nogi ani mi się nie naprzykrzał, nikt nie dawał mi niczego, z czego nie miałabym pożytku. Pokoik, który zajmowałam, był zbyt mały, by go wynająć. Urządzono go niepotrzebnymi rzeczami, ale ja nie przywiązywałam wagi do tego, jak wygląda biurko, przy którym uczę się włoskiej księgowości. Nie miałam żadnych prywatnych przedmiotów, które mogłyby zmienić pokoik, ale też nie tęskniłam do zmieniania go, raczej do tego, by się z niego wydostać. Byłam mała, cicha, twarda jak młot. Mocno uderzałam, siedząc pochylona nad książkami.

3

Następnego dnia podczas spaceru po ogrodzie zimowym, w którym od czasu do czasu przystawałyśmy przy wielkich oknach, żeby popatrzeć na szare i gęste od zimna morze, opowiedziałam jej o pensjonacie. W zamian Greta zwierzyła mi się z demofobii, którą kilku amerykańskich lekarzy starało się wyleczyć, efekt ich starań był jednak odwrotny, bo to właśnie lęk sprawił, że uciekła i schowała się w sklepiku tytoniowym, a później z twarzą ukrytą w dłoniach wsiadła do oczekującego na stacji auta, mimo że ludzie na peronie czekali na nią z kwiatami. Nic nie mogła na to poradzić, w takich chwilach zamieniała się w małą łanię, a cały świat w myśliwego. Wiele razy uciekała. Dział reklamy denerwował się, że nie jest w stanie odpowiadać na pytania, jak inne gwiazdy, ale ona nie potrafiła się zmusić, by opowiedzieć obcym ludziom o swoich ulubionych daniach czy pokazać im prywatną łazienkę. Zresztą nie miała nic do pokazania, mieszkała w hotelach. W dziale reklamy wyrywano sobie włosy z głowy, że po trzech latach w Hollywood wciąż nie wynajęła eleganckiej willi z basenem i kortem tenisowym, gdzie mogłaby pozować na sportowo jak skandynawska dziewczyna o atletycznych kształtach, którą przecież była. Coś takiego powiedzieli.

– Ale nigdy nie przydarzyło mi się nic gorszego niż to w Sztokholmie. Żebym musiała się chować przed swoimi rodakami...

Wciąż nie mogła się otrząsnąć po incydencie w sklepie z tytoniem.

– Najgorsze jest to, że dział reklamy tak dużo wymyśla – stwierdziła i stanęła przy szybie oddzielającej ogród zimowy od pokładu, po którym można było spacerować. – Zdaje się, że mają większą fantazję niż ci, którzy piszą dla mnie scenariusze. Urodziłam się według nich w chatce leśniczego w Norrlandii, a odkryto mnie, gdy zwoływałam trzodę ze szczytu góry. A Nils Asther jest synem księcia z Orientu i ma największą kolekcję sreber na świecie. Ale już tydzień później mówią coś zupełnie innego, nagle jestem słynną pianistką, która porzuciła karierę, podczas gdy Nils jest biedakiem żyjącym w namiocie na plaży, a John Gilbert wyzwał go na pojedynek. I oczywiście wszyscy byliśmy sto razy zaręczeni, czasami ze sobą nawzajem, a czasami z którymś z europejskich książąt...

Po drugiej stronie szyby stał polarnik, kapitan Molin, i kobieta w brązowym palcie, jak się okazało, jego siostra. Pomachali nam, zachęcając, byśmy przespacerowały się z nimi, ale byłyśmy zbyt lekko ubrane, ich postawione kołnierze i naciągnięte ronda kapeluszy świadczyły o tym, że jest zimno.

– Ale nie mam zamiaru tego dłużej znosić – westchnęła Greta, uśmiechając się i jednocześnie machając przez szybę. – W wytwórni jeszcze nikt o tym nie wie, ale planuję zniknąć. No more interviews! Mam dość fotografów, którzy czyhają przed damską toaletą.

Zawróciła i ruszyłyśmy z powrotem wzdłuż równo przystrzyżonych drzewek pomarańczowych i małych skupisk wiklinowych mebli, gdzie siedzieli starsi panowie pogrążeni w lekturze gazety i popijali gorący bulion. Po chwili spacerowania w milczeniu zapytałam:

– I oni się na to zgodzą?

– Jeśli nie, to niech mnie wyrzucą. Zawsze mogę wrócić do domu. Zagrałam w ośmiu filmach i wszystkie były tak samo słabe. Najlepiej będzie, jeśli wrócę.

Usiadła w jednym z wiklinowych foteli, jednocześnie odganiając służącego, który podbiegł, gdy tylko ją zobaczył. Stanęłam w pewnej odległości od niej, bo nie wiedziałam, czy chodziło o to, żebym ja też zniknęła. Aby mieć cokolwiek do roboty, podniosłam kartę dań z sąsiedniego stolika i udałam, że ją studiuję.

– Nie jesteś chyba głodna? – zdziwiła się, bo nie było jeszcze jedenastej.

– Nie, zaciekawiło mnie, co jest do wyboru – skłamałam.

– Na początek potrzebuję domu. – Poklepała krzesło obok siebie, wskazując mi miejsce. – Chcę, żebyś mi w tym pomogła. Ma to być mały dom, którego nikt nie znajdzie, rozumiesz? Najlepiej w górach. To będzie twoje pierwsze zadanie.

Żałowałam, że nie mam przy sobie notesu i nie mogę tego zapisać, w ten sposób mogłabym jej pokazać, że poradzę sobie w tym nowym kraju ze wszystkim, co mi zleci.

– Stół musimy na razie zostawić w magazynie, to też twoje zadanie, musi to być miejsce godne zaufania, bez zacieków, stół mojego nieżyjącego przyjaciela jest najcenniejszą rzeczą, jaką posiadam.

– Dom i magazyn...

– I służba. Ale najpierw oczywiście dom.

Dom, magazyn, służba, pomyślałam, czując, że moja uderzająca inteligencja zawodzi w zapamiętaniu tych trzech słów. Między nimi rozpościerały się wielkie białe plamy i pochłaniały je częściowo.

– To szampan – zapewniła, gdy moja głowa nagle opadła do tyłu na oparcie krzesła, ale ja wiedziałam, że to lekkość nowego życia opróżniła ją z krwi i spowodowała zawroty.

Nic z tego nie było trudne, mogłam wynająć pośrednika mieszkaniowego i załatwić magazyn w trzech językach, używając trzystu sylab na minutę; trudność sprawiało coś innego, coś, co przypominało szarą metalową szafkę na dokumenty. Mój wuj szukał jakiegoś papierka w szarej metalowej szufladzie i powiedział coś do księgowej, którą nie byłam ja, bo mnie tam nie było, ja biegłam w słońcu za piłką tenisową albo dzwoniłam do biura pracy, szukając kucharki albo szofera, który znałby się choć trochę na ogrodnictwie.

– Ale muszą umieć milczeć – dodała Greta. – Masz zmusić ich, żeby na piśmie zadeklarowali lojalność, zagroź im sądem, jeśli coś zdradzą. Porządnie ich nastrasz. Żadnego opowiadania o mnie komukolwiek spoza domu, dopilnuj tego.

Jakaś dama w kapeluszu i futrzanym boa, która zerkała na nas od dłuższej chwili, układając pasjansa, teraz podniosła się i zaczęła szybko zbierać swoje rzeczy, a Greta, jakby właśnie na to czekała, również wstała. Podreptała przede mną w stronę drzwi na pokład, otworzyła je i zawołała: „Halo, halo!”, do panny Molin, która opalała się na jednej z ławek.

– Od zawietrznej jest cudownie – odkrzyknęła i odwróciła się tak, byśmy mogły zobaczyć, że rozpięła palto.

– Idzie? – szepnęła Greta, a ja odwróciłam się i zobaczyłam, że dama w boa zbliża się do nas.

– Tak, ale bardzo powoli.

– Biegnij do kajuty i przynieś mi płaszcz – rozkazała Greta, po czym zniknęła na pokładzie.

Tak oto wstąpiłam w rolę pomocnej przyjaciółki, która przez kolejne lata miała się sporo zmienić, ale w gruncie rzeczy pozostała taka sama.

Kilka dni później poznałam damę w futrzanym boa, gdy chciałam wypożyczyć książkę, a ona pisała w bibliotece list do córki w Sztokholmie. Pragnęła jedynie przywitać się z Gretą i zamienić z nią kilka słów, ale kiedy to zaproponowałam, Greta się wystraszyła.

– Przecież jej nie znam.

– Chce tylko podziękować.

– Ale za co? Niczego jej nie dałam.

– Owszem. Twierdzi, że niezapomniane chwile.

– Nie, nie chcę. To głupie, wstyd mi. A teraz sobie pójdę.

Zostałam sam na sam z damą, która musiała się tym zadowolić, więc zaprosiła mnie na kawę w ogrodzie zimowym, podczas gdy Greta ćwiczyła na skakance na pokładzie, gdzie widział ją jedynie oficer.

Ale to było później, gdy przepłynęliśmy obok Nowej Szkocji. Szóstego dnia podróży, zaopatrzona w klucz od Grety, zeszłam do jej apartamentu i zostałam tam tylko przez chwilę, która wystarczyła, by wetknąć głowę do łazienki i do szafy oraz zajrzeć pod poduszki, pod którymi leżała piżama w niebieskie pasy, potem szybko chwyciłam płaszcz i pospiesznie wróciłam na pokład. Stała razem z rodzeństwem Molinów przy barierce, podawali sobie lornetkę, a kiedy się przywitałam, także mnie wolno było popatrzeć na niewielki angielski parowiec otoczony wielką szarą wodą. Pilot i jego siostra mieli jasne miłe twarze, rozmawiali ze mną zupełnie inaczej niż dzień wcześniej, a może to tylko ja byłam kimś innym dzień wcześniej.

Panna Molin chwyciła mnie pod ramię, ruszyłyśmy spacerowym krokiem pośród tłumów, podczas gdy Greta i kapitan zostali przy barierce i wyglądali góry lodowej.

– Nasza przyjaciółka jest dziś zdenerwowana – rzekła moja towarzyszka, smarując się kremem Nivea, gdy znalazłyśmy dwa wolne leżaki.

– Zdenerwowana?

– Och tak, panna Berg zapomina, że znamy się już od tygodnia. Poznaliśmy się pierwszego wieczoru, podczas koktajlu wydanego przez kapitana w messie. Tylko niewielkie grono gości, inaczej by nie przyszła. Mój brat ma wygłosić wykład w Stanach o tym, jak uratowali Włochów przed krą, dlatego tam płyniemy. Wie pani, o tym, jak utknął ich balon. Ale dlaczego panna Berg podróżuje?

– Czy nie był to raczej statek powietrzny? – spytałam.

– Być może. Ale co za głupota wysłać Włochów na Ocean Arktyczny!

Steward pokładowy przyniósł koce, którymi otulił nam nogi. Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, mrużąc oczy do słońca.

– Tak, jest zdenerwowana – odezwała się panna Molin. – Pewnie na myśl o tych wszystkich dziennikarzach, którzy będą czekać w porcie, gdy dopłyniemy. A jeśli dowiedzieli się o królewskim skandalu? Zrobi się afera. Amerykanie uwielbiają koronowane głowy.

– Jaki znowu skandal? – zdziwiłam się, choć dobrze wiedziałam, o czym ona mówi.

– Aha, więc nie słyszała pani o tej historii? Dziwne, jak szybko o tym ucichło, dlatego wszyscy domyślili się, że król musiał być w to wmieszany. Najpierw napisano, że spotkali się na statku, gdy płynęła do Szwecji, by spędzić tam Boże Narodzenie, a potem to zdjęcie z kolacji noworocznej w Grand Hotelu, gdy książę nie mógł od niej oderwać oczu. No i te premiery teatralne i obiady w Saltsjöbaden, a potem nagle nic, wyjechała z miasta, ale wszyscy dobrze wiedzą, że to król ją tam wysłał. Nie chciał, żeby kręciła się po mieście, dopóki książę jest w domu.

– To wcale nie było tak – oburzyłam się. – Wyjechała na narty. Ona kocha sporty zimowe.

Nachyliłam się do jej ucha i szepnęłam, by ją wtajemniczyć:

– Sama mi to powiedziała.

– Że kocha sporty zimowe? O tym wiedzą wszyscy.

– No nie wiem... Może uznała, że on za bardzo się narzuca?

– No, ale do tego chyba jest przyzwyczajona – odparła panna Molin. – Cały czas ktoś się jej narzuca. Weźmy tylko tego strasznego Stillera, który pojechał za nią aż do Ameryki, albo Johna Gilberta, który oświadczał się jej wiele razy, chociaż ona nie chciała. Widziała pani Symfonię zmysłów? Ona była oczywiście wspaniała, ale on ma za długi nos. Wygląda, jakby obwąchiwał aktorki, z którymi gra. Potem pojawił się Nils Asther, a po nim książę, nie wspominając o wszystkich reżyserach. A zatem raczej zdążyła się nauczyć, jak trzymać ich na wodzy.

– Możliwe. Bardzo słabo ją znam.

Znów zapadła cisza, po czym, nie otwierając oczu, panna Molin spytała, czy nie jest już pora lunchu, a ponieważ nie miałam przy sobie zegarka, musiałam wstać i zapytać stewarda, który szedł w stronę rufy, by pochować leżaki. Powiedział, że pogoda się psuje. Gdy powtórzyłam to pannie Molin, wyglądała na wystraszoną; do lunchu została jeszcze godzina. Włożyła przyciemniane okulary; postanowiłam przy najbliższej okazji sprawić sobie podobne. Podniosłam głowę na nieskazitelnie błękitne niebo, zupełnie pozbawione jakichkolwiek oznak groźnej pogody. Pomyślałam, że wszystko się zmieniło, wszystko było nagle inne tylko dlatego, że gdy weszłam na pokład w Nowym Porcie, przystanęłam przy relingu, a gdy się odwróciłam, duże czarne auto właśnie przeciskało się przez tłum, a następnie wysiadła z niego kobieta w kapeluszu z opadającym rondem i zamaszystym krokiem pospiesznie weszła po pomoście. Od razu wiedziałam, kim jest, bo w ten sam sposób chodziła, gdy Felicitas von Rhaden wysiadła z pociągu w Symfonii zmysłów. To dlatego opalałam się teraz na leżaku pierwszej klasy, z odrobiną kremu Nivea panny Molin na policzkach. Nie jesteśmy do siebie podobne, pomyślałam, a poryw wiatru szarpnął kocem otulającym mi nogi. I wcale nie uważam, że jej filmy są tak złe, jak mówi.

Kołysanie statku mnie uśpiło, śniło mi się, że kierowałam dużym czarnym autem alejami Göteborga, a Greta siedziała z tyłu. Jednocześnie wiedziałam, że jestem na statku i że obok mnie leży panna Molin wydająca z siebie krótkie wilgotne dźwięki, a jej głowa prawie spoczęła na moim ramieniu. Była to kulminacja mojej radości z prowadzenia auta po schodach aż do wejścia do Galerii Sztuki, gdzie czekała na mnie zjawa, która wiedziała, że nic nigdy nie odbywa się w taki sposób, nikt nie zmieni człowiekowi życia, nawet jeśli może się tak wydawać przez krótką chwilę podczas wieczoru, gdy wypije się za dużo szampana.

Zmusiłam się, żeby się wybudzić, otworzyłam oczy lekko nieprzytomna i moje spojrzenie padło prosto na przyciemniane okulary panny Molin, które zsunęły się na czubek jej nosa. W momencie, gdy chciałam jej powiedzieć, że zbyt długo leży na słońcu, przypadkiem oparłam głowę o tył leżaka niczym o wielką miękką zaspę śnieżną i na powrót zapadłam w sen. Teraz frunęłam ponad sörmnländzkimi dworami wyposażonymi w turkusowe baseny, bo nawet we śnie nie potrafiłam wyobrazić sobie hacjendy, rancza czy renesansowego pałacu ze sztucznymi wodospadami, które można było wynająć w Hollywood. Trzymałam w dłoni notes, zapisywałam w nim coś, aż ktoś potrząsnął mnie za ramię.

– Uważam, że panienka Berg mogłaby lepiej pilnować czasu, teraz nie zdążę umalować się do lunchu.

– Jeszcze się nie zdecydowałam – krzyknęłam, rozglądając się za czymś, co blakło tak szybko, że zdążyło tylko mignąć, a było może domem do wynajęcia albo listem, który miałyśmy napisać do wujka, ogarnął mnie niepokój, co on powie, gdy go przeczyta. Albo po prostu myśl dotyczyła jedzenia, na statku człowiek cały czas jest głodny, więc sześć posiłków, którymi przechwalała się flota w broszurce reklamowej, okazało się koniecznością, chociaż naszymi jedynymi zajęciami było odpoczywanie i spacerowanie.

Słońce paliło w twarz, ale wiatr zrobił się ostry, więc marzłam mimo koca naciągniętego aż po szyję. Panna Molin zaplątała się w swój, więc musiałam jej pomóc się z niego wydostać.

– Już dzwonili – oznajmiła ze złością, po czym dodała: – Nie rozumiem, gdzie podział się mój brat.

Gdy drzemałyśmy, dookoła zrobiło się prawie pusto, steward zbierał koce, które wyglądały na porzucone w pośpiechu.

– Niedługo będzie mocno huśtało – zawołał.

Gdy okrążyłyśmy salon rufowy, okazało się, że pilot stoi w tym samym miejscu przy relingu, a Greta przysiadła na schodach i rozmawia z konsulem. Demonstrował jej aparat, ku mojemu zdziwieniu pozwoliła się sfotografować, opierając się o poręcz i trzymając w ustach jego fajkę. Rozległ się drugi dzwonek, weszliśmy do jadalni, gdzie przy ich stole, obok krzesła Grety, dostawiono jeszcze jedno. Tam miałam jadać do końca podróży, z wyjątkiem posiłków, które spożywałyśmy w jej apartamencie. Podano kurczaka i omlet z pieczarkami. Przycisnęłam ramiona do ciała, żeby nikt nie zauważył wielkich ciemnych plam pod pachami. Delikatnie rozkroiłam mięso, nie chciałam skrobać po talerzu, a po każdym kęsie wycierałam się serwetką w obawie, by sos nie został mi wokół ust.

Rozmowa toczyła się wokół nieruchomości, jedynego sposobu na bezpieczną lokatę kapitału. Niemiecki inżynier opowiadał, jak w najgorszych momentach inflacji biegł do domu, by zdążyć przekazać pensję gosposi przed zamknięciem sklepów spożywczych, bo jedna doba potrafiła zamienić pieniądze w śmieci. Teraz, straciwszy nadzieję w przyszłość ojczyzny, postarał się o posadę w amerykańskiej firmie. Przy naszym stole siedział również siwy profesor historii średniowiecznej z Berkeley i jego asystentka, dziewczyna niewiele starsza ode mnie, ale w odważnym obcisłym kostiumie i błyszczącym czarnym toczku na głowie przypominającym hełm. Podczas gdy profesor skupiał się na jedzeniu, jej ciemnoczerwone usta wyrażały opinie na temat światowej ekonomii. Radziła inwestowanie w środki trwałe przez najbliższe lata, gdyż handel papierami wartościowymi był nieprzewidywalny.

– Moim celem jest dom na szwedzkiej wsi – powiedziała Greta.

– Chce nas pani opuścić? – zapytał profesor, unosząc wzrok znad lodów czekoladowych.

– Gdy nadejdzie ten dzień, nikt już nie będzie za mną tęsknił, profesorze Bromley. W Hollywood człowiek starzeje się bardzo szybko, jeszcze tylko kilka lat, a potem koniec. Wtedy oddam się uprawie ziemi, będę starą panną w chustce na głowie i gumowcach.

– Taki scenariusz brzmi niewiarygodnie. – Konsul zrobił grymas, jakby poczuł się zraniony.

– Szwedzi nie potrafią żyć w Hollywood – stwierdziła. – Widziałam, jak wracają do domu jeden po drugim. Chcą łowić szczupaki i spacerować w deszczu. Mówię o tych, którzy robili ciekawe rzeczy i zarabiali naprawdę dobre pieniądze.

– Panna Brown chyba nie przepada za kalifornijskim klimatem? – rzuciła asystentka profesora. – A przecież uważa się go za największy atut.

– Słońce zawsze świeci – przyznała Greta. – A ludzie zawsze są uśmiechnięci.

– Keep smiling jest amerykańskim fenomenem – wyjaśniła asystentka. – Muszę przyznać, że wolę to niż wymuszone niezadowolenie, na które natrafia się wciąż w innych częściach świata. Na przykład w waszej stolicy konduktorom i szatniarzom przydałaby się odrobina radości.

– Widzieliśmy za to przepiękne malowidła w kościele w Harkebörka. – Profesor przerwał zły nastrój, staraliśmy się zidentyfikować rzeczone miejsce.

Kiedy przeszliśmy do palarni, niemiecki inżynier usiadł koło mnie, po czym spytał, co sądzę o średniowiecznej sztuce. Odpowiedzialam, że bardzo podobają mi się niektóre obrazy na ołtarzach, zwłaszcza te rozkładane, z wieloma postaciami. Stwierdził, że powinnam odwiedzić Berlin, gdzie w muzeach pełno jest takich dzieł. Odparłam na to, że przez najbliższe lata będę przebywać raczej w Ameryce.

– Ja również – westchnął. – Zostawić ojczyznę to haniebne. Czuję się, jakby popełniono wobec mnie jakąś zbrodnię, gdy muszę stamtąd uciekać. Moje życie podjęło nagle jakiś błędny trop.

– A ja wreszcie trafiłam na właściwy.

– Bardzo dobrze mówi pani po niemiecku, panno Berg – rzekł, zapalając papierosa żółtymi nerwowymi palcami.

– Wydaje mi się, że istnieją dwa rodzaje ludzi – dodałam, bo poczułam się zachęcona do kontynuowania rozmowy. – Niektórzy oglądają się za siebie, inni nie.

– To chyba zależy od tego, czy ktoś ma się za czym oglądać. Niektórzy nie mają nic wartego zapamiętania. Może do nich pani należy?

– Tak, w rzeczy samej.

– To wszystko wyjaśnia – skwitował obrażony. – Jest pani łatwiej.

Zostawiłam inżyniera, rozglądając się po najpiękniejszym okręcie oceanów świata, jak pisał pewien tygodnik. Przypominał pozłacaną szkatułkę małej dziewczynki. Przez złote szyby w długim rzędzie okien wpadało światło z pokładu spacerowego, odbijało się od złotego sufitu i złotych ścian, po czym sprawiało, że panorama miasta namalowana nad kominkiem kąpała się w purpurowym świetle zachodu. Obok kominka znajdował się fotel, w którym kilka miesięcy wcześniej Greta siedziała obok księcia, zastanawiałam się, czy palarnia przywoływała u niej to wspomnienie, ale nie, śmiała się z zapalniczki w kształcie srebrnego psa stojącego na tylnych łapach, którą pokazywał jej kapitan Molin. Gdy uniósł pokrywkę, pies otworzył pysk, Greta wyciągnęła rękę i w sekundę zapalniczka zmieniła właściciela, panna Molin obserwowała sytuację z otwartymi ustami. Kapitan wydał się nieco zdziwiony, że tak nagle stracił jeden ze swoich przedmiotów.

– Och, proszę mi pozwolić ją zatrzymać – poprosiła Greta, zamykając dłoń wokół pieska.

Zapadła cisza, którą po chwili przerwała panna Molin:

– Ja nie palę. Szwedzkie kobiety rzadko palą.

– Ja palę, odkąd byłam mała – rzekła Greta, chowając rękę w kieszeni.

– Niemki nie palą w żadnym wypadku – wtrącił inżynier, odwracając się z zaczerwienionymi oczami od swojej chmury dymu. – Nie noszą spodni, nie używają lakieru do paznokci i nie pokazują się same w lokalach. Mam oczywiście na myśli wykształcone kobiety.

– W Ameryce wykształcone kobiety palą całymi dniami – rzekł profesor. Przywołał gestem kelnera i poprosił o kawę do cygara. – Uważamy, że to całkiem naturalne.

– Stara Europa nie ma oczywiście nic o zaoferowania – powiedział inżynier nielogicznie i gwałtownie, drapiąc się przy tym za kołnierzem. Zdawał się z góry nienawidzić swojej nowej ojczyzny.

– Zostańmy przyjaciółmi, panie Fritzler – powiedziała Greta swoim pięknym niemieckim, niemal bez akcentu. – My, Europejczycy, musimy trzymać się razem, nawet jeśli różnimy się w poglądach na temat jakichś drobiazgów, inaczej ten wielki kraj nas wessie.

– Ale chyba o to właśnie chodzi – odparł – żeby zostać wessanym, przeżutym i wyplutym w nowej formie, jak wtyczka, która pasuje do każdego otworu.

– Ten młody człowiek ma sporo racji – wtrącił profesor. – Amerykańskie społeczeństwo żąda od nowych obywateli sporej dozy elastyczności, dopasowania do naszych wielkich idei.

– Ależ oczywiście, że on się myli, wuju – przerwała asystentka. – Jedną z naszych idei jest to, że każdy ma wolność wybrania własnej drogi.

– A rynek pracy, Hermione? Musisz przyznać, że wielkie przedsiębiorstwa oczekują od swoich pracowników dopasowania graniczącego z samozaparciem, a czasem nawet więcej.

– Chodzi o lojalność. To zupełnie co innego.

– Nie ma we mnie lojalności – rzekła Greta. – Moja firma nie miałaby ze mnie żadnego pożytku, gdybym była wtyczką podobną do innych. Zresztą nie mam pojęcia, jak się nią stać.

– Tego być może nie wie też pan Fritzler – stwierdziłam, bo zrobiło mi się szkoda Niemca, który był na dobrej drodze, by stać się wrogiem wszystkich, i którego wygląd nie pomagał mu w zdobywaniu przyjaciół, żółtawa cera i zmarszczka nad górną wargą sprawiały, że wszystko, co powiedział, brzmiało pogardliwie.

– Sądziłam, że tego właśnie uczy się w jego kraju – powiedziała asystentka. – Czyż nie jest pan z Prus?

– Nie, pochodzę z Bawarii.

– Wszystko jedno. Tam też pewnie maszerujecie w jednej kolumnie?

– Ludzi nie powinno się oceniać w kolumnie – zauważył profesor. – To również jedna z naszych wielkich amerykańskich idei.

Właśnie wtedy nadszedł kelner z kawą, inżynier Fritzler zaczął rozmawiać z Gretą przez stół o Göście Berlingu, o którym widział przedstawienie w sierpniu 1924 roku. Berlińczycy szaleli na jego punkcie.

– Przez pięć tygodni wypełniał widownię. I to przy trzech spektaklach dziennie.

– I pomyśleć, że to już tyle czasu – westchnęła Greta, wciąż bawiąc się pod stołem zapalniczką.

– Czy czeka na panią jakieś ciekawe zajęcie? – spytała asystentka, po czym zreflektowała się i nagle zawstydziła. – Najmocniej przepraszam, panno Brown, tak rzadko jada pani z nami, że chciałam wykorzystać ten moment i podpytać.

– Nie czytałam jeszcze scenariusza. Ale mam grać z Nilsem Astherem, dobrze nam się razem pracuje.

– Uwielbiam pana Asthera – wykrzyknęła asystentka. – Ma takie wspaniałe wąsy.

– Poznaliśmy się jeszcze w Sztokholmie – kontynuowała Greta – gdy byłam uczennicą szkoły teatralnej. Miałam siedemnaście lat...

Wszyscy przy stole siedzieliśmy jak zaczarowani, jakbyśmy bali się, że ją wystraszymy, że wydając jakikolwiek dźwięk, wybudzimy ją z niezwykłej u niej chęci mówienia o sobie.

– Nie ma zbyt wiele do opowiadania – zaśmiała się. – Zobaczyliśmy się po raz pierwszy przed tablicą ogłoszeń. A teraz oboje jesteśmy w Hollywood i marzymy o śledziach z ziemniakami.

Potem przez chwilę rozmowa toczyła się wokół różnych potraw, szwedzkich naleśników, które okazały się zadziwiająco cienkie w porównaniu z transatlantyckimi, a także gofrów – należących do ulubionych dań Grety, niestety trudnych do przygotowania w warunkach hotelowych. Panna Molin przerwała nam, ostro wbijając palce w oparcie fotela:

– Nie uważacie państwo, że mocno kołysze?

Wszyscy się podnieśli, żeby sprawdzić, ale nie kołysało bardziej niż zazwyczaj. Asystentka postanowiła mimo wszystko zejść do kajuty i odpocząć, konsul również ziewnął, a Greta oznajmiła, że idzie do siebie pisać listy.

Minęła raptem doba, odkąd znaleźli mnie za szalupą, ale zdążyłam przyzwyczaić się do chodzenia za nią wszędzie. Uznałam, że teraz daje mi wolne. Nagle zostałam sama w złotym pomieszczeniu, gdzie polana leżały gotowe do podpalenia w czarnym kominku, aksamitne fotele stały równiutko wokół wypolerowanych stołów, uzupełniono pojemniki z zapałkami, wszystko było przygotowane na wieczorne życie towarzyskie.

Greta wyjaśniła personelowi, że jestem jej gościem, zrozumiałam to po sposobie, w jaki steward stał przy drzwiach, wywijając ręcznikiem, gdy zbierałam rzeczy, a potem błyskawicznie znalazł się przy mnie, by odsunąć mi krzesło, gdy się podniosłam; teraz mogłam wchodzić do pierwszej klasy i wychodzić z niej, tak jak chciałam, bez dawania łapówki. Najpierw poszłam wzdłuż rufy i zajrzałam do baru i salonu gier, potem do olbrzymiego pokoju muzycznego, który był czymś w rodzaju sali kolumnowej z czerwonym fortepianem postawionym pośród palm. Podłogę w holu ułożono w szachownicę, umeblowanie miało egipskie detale, przechodziło się tędy do biblioteki, której ściany pokrywała świńska skóra i drewno orzechowe. Było tam pięknie, ale nieco ciężko, wystrój przypominał tort kawowy. Przeszłam w moich nie całkiem świeżo wypastowanych butach po grubym dywanie w odcieniu błękitu królewskiego aż do stojącego na posrebrzanym stoliku globusa, którym zakręciłam w poszukiwaniu mojego nowego domu nad Oceanem Spokojnym. Nawet w dużym pomniejszeniu miejsce to wyglądało tak pięknie, że postanowiłam na zawsze zostać na tym postrzępionym wybrzeżu.