Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 524 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Granatowa krew - Wiktor Hagen

Główny bohater Granatowej krwi - Robert Nemhauser - jest ojcem bliźniaków (Cyryla i Metodego), mężem, funkcjonariuszem stołecznej policji, który ze względów finansowych musi wieczorami pracować jako... kucharz. Nudę i rutynę jego pracy przerywa śledztwo związane ze śmiercią żony znanego prezentera telewizyjnego z czasów PRL-u. Dochodzi do dwóch kolejnych zabójstw, powiązanych z pierwszym. Poszlaki prowadzą na manowce, okoliczności popełnienia zbrodni są pełne absurdów. Robert, wraz ze swoim policyjnym partnerem Mariem, który jest jego zupełnym przeciwieństwem, zaczyna odkrywać klucz, według którego morderca wybiera swoje ofiary. Sprawę zaciemniają tajemnice przeszłości, walka o pieniądze i wpływy polityczne oraz machinacje światka mediów. Akcja kryminału Wiktora Hagena toczy się w Warszawie 2009 roku, lecz jej źródła tkwią w latach 70. Pełna jest szczegółów topograficznych, realiów ze świata władzy i medialnych elit oraz przebrzmiałych gwiazd. Autor osadził w miejskiej przestrzeni silnie zindywidualizowane i interesujące postacie, które wiążą relacje czy to małżeńskie, czy zawodowe oparte na przeciwieństwach. Połączył też atmosferę kryminału z humorem sytuacyjnym i językowym oraz grą z konwencjonalnym bohaterem powieści kryminalnej.

Opinie o ebooku Granatowa krew - Wiktor Hagen

Fragment ebooka Granatowa krew - Wiktor Hagen

Wiktor Hagen

GRANATOWA KREW

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Wydanie I

Warszawa 2010

WIKTOR HAGEN

URODZIŁ SIĘ NA POCZĄTKU LAT 70. W P0LSCCE. MATKA BYŁA POLKĄ, OJCIEC FRANCUZEM. PIERWSZE LATA ŻYCIA SPĘDZIŁ W KAIRZE I ALEPPO. MIESZKAŁ MA ZMIANĘ WE FRANCJI I W P0LSCE. STUDIOWAŁ ANTROPOLOGIĘ KULTURY NA UNIWERSYTECIE W AIX-EN-PROVENCE. PO UKOŃCZENIU STUDIÓW POMAGAŁ PRZYJACIELOWI PROWADZIĆ RESTAURACJĘ W PARYŻU. SPĘDZIŁ KILKA MIESIĘCY W INDIACH, KRĘCĄC FILMY DOKUMENTALNE I ROBIĄC ZDJĘCIA DLA P0LSKICH I ZAGRANICZNYCH PISM ILUSTR0WANYCH. JEST PASJONATEM GOTOWANIA W ROŻNYCH STYLACH ORAZ FOTOGRAFII. Z PRZEKONANIA ALTERGLOBALISTA, ZAPALONY PODRÓŻNIK I ZWOLENNIK DOMOWEGO CIEPŁA, NIEUSTANNIE STARA SIĘ POGODZIĆ TE SPRZECZNOŚCI. INTERESUJE SIĘ PSYCHOLOGIĄ, HISTORIĄ JEDZENIA, HISTORIĄ ZBRODNI, LUBI RÓWNIEŻ LITERATURĘ DZIECIĘCĄ. NA STAŁE MIESZKA W POLSCE. WSPÓŁCZESNY KRYMINAŁ WARSZAWSKI, GRANATOWA KREW, PIERWSZY TOM Z SERII O KOMISARZU NEMHAUSERZE, TO JEGO DEBIUT.

1

Tasak był ciężki, stary, zardzewiały na krawędziach. Ślady zakrzepłej krwi nakładały się na plamy rdzy na ostrzu. Przez cienką gumową rękawiczkę złapał za rękojeść i podszedł do kuchennego blatu. Szybko się rozejrzał i kilka razy uderzył w blat dość mocno, by zostały wyraźne ślady, ale nie na tyle, by tasak utkwił w drewnie. Cofnął się, popatrzył na swoje dzieło i zdecydował, że wystarczy. Obrócił się i ukucnął. Rozgiął palce leżącego na podłodze mężczyzny i włożył mu tasak w dłoń. Zacisnął zimne palce na trzonku, przytrzymał. Ciało zaczynało tężeć, palce były sztywne, nie chciały się zacisnąć. Musiał z całej siły je przytrzymać. Odczekał chwilę, wyjął nóż z bezwładnej ręki i położył pod wersalką. Potem sięgnął po stojącą w kącie miotłę, złamał ją na pół i położył obok kuchenki. Tak, teraz wyglądało na to, że kobieta się nią zasłaniała, kiedy rzucił się na nią z tasakiem.

Martwy mężczyzna miał rozczochrane siwiejące włosy, sporą nadwagę i był potwornie owłosiony. Włosy porastające klatkę piersiową przechodziły płynnie w niedogolony zarost na brodzie. Dziwne, że zwrócił na to uwagę, chyba po to, by nie dostrzegać plam krwi, no i nie widzieć twarzy.

Twarzy zabitego prawie nie dało się rozpoznać. Była zmieniona w krwawą miazgę; jeden z ciosów dosięgnął oka, które wylało się na skroń galaretowatą masą. Głowa trzymała się ciała chyba dzięki jakiejś czarodziejskiej sztuczce: zwisając na kilku strzępkach skóry. Trudno uwierzyć, że taki efekt dało się osiągnąć za pomocą zwykłego kuchennego noża. Dziwił się, że studiuje tę scenę jak jakąś martwą naturę, że nie robi mu się nawet niedobrze. Zastanawiał się, czy to przyzwyczajenie, czy wpływ tych wszystkich seriali policyjnych, zbyt często pokazujących krew i zwłoki.

Za drzwiami usłyszał jakieś głosy. Odsunął się pod ścianę i wyjrzał ostrożnie przez okno na ciemne podwórko studnię przedwojennej kamienicy. Przygarbiona staruszka układała kwiaty przy kapliczce Matki Boskiej, nie zwracając uwagi na narastające dźwięki policyjnych syren.

Wiedział, że musi się pospieszyć. Jeszcze raz objął wzrokiem całą scenę: obłażące liszajem ściany, plamy krwi na poczerniałych ze starości deskach podłogi, duży kuchenny nóż, ciało mężczyzny. Zdjął rękawiczki, zwinął i schował do kieszeni kurtki. Tak, był zadowolony, choć wiedział, że nie zapomni oczu dziewczynki. Trwającego przez chwilę błysku, który przebiegł przez jej twarz. Dopiero po chwili zorientował się, że to, co dostrzegł w jej oczach, to nie była rozpacz. To była ulga. Wszystko to zrobił dla niej, choć ona nigdy się o tym nie dowie.

2

Typowa sceneria morderstwa, pomyślał Nemhauser ponuro. Morderstwa, które było jasne od początku do końca, zanim jeszcze tu przyjechali. Było oczywiste, zanim się wydarzyło.

Jeszcze pół godziny temu siedział przy swoim biurku w komendzie i zastanawiał się, czy jednak nie posłuchać Pauli i nie odejść. Dać sobie spokój z jeżdżeniem do idiotycznych wezwań, rozwiązywaniem trywialnych zagadek i opisywaniem ich później absurdalnym, bezdusznym żargonem.

Ta kobieta, mówiąca nieskładnie zachrypniętym głosem, że już tyle razy dzwoniła na policję. Tego ranka też zadzwoniła. Godzinę temu, zawodząc do słuchawki, jakby nie rozumiejąc, że po drugiej stronie ktoś jest. Żaliła się, nie zwracając uwagi na pytania Nemhausera, który w końcu zamilkł i wysłuchał cierpliwie historii o tym, jak Grzegorz Promyk, jej mąż, jak zwykle wrócił pijany i jak zwykle zwymyślał ją i pobił. I ona jak zwykle zniosła to z pokorą. Ale kiedy zaczął się dobierać do ich córeczki, dziesięcioletniej Nikoli, nie wytrzymała i sięgnęła po nóż. Zadała mu – jak potem skrupulatnie wyliczyli technicy – trzydzieści siedem ciosów, prawie odcinając głowę. Płakała w słuchawkę, na przemian wzywając Matkę Boską i Jezusa, i pytając, co dalej. Starał się ją uspokoić, ale na niewiele się to zdało. Przyszło mu do głowy, że to dziwne, że zadzwoniła bezpośrednio do wydziału zabójstw. Każdy człowiek na jej miejscu wykręciłby przecież 997 i połączył się z dyspozytorem. Kiedy zajrzał do akt, zrozumiał, szybko przebiegał wzrokiem historię kolejnych daremnych interwencji i stało się dla niego jasne, że kobieta przez te wszystkie lata poznała komendę lepiej niż on.

A teraz patrzył na stygnące ciało. Z zamyślenia wyrwało go skrzypienie otwieranych drzwi.

– I co wydedukowałeś, Sherlocku? – zakpił jego partner Mario, zapalając kolejnego papierosa i przenosząc z gracją nad trupem swoje sto dziewięćdziesiąt centymetrów i prawie sto dwadzieścia kilo. Upuścił na leżącego zapalniczkę, schylił się i zręcznie wyłuskał ją z zakamarków zakrwawionej koszuli, wytarł dokładnie o spodnie zabitego, mniej zakrwawione niż koszula, i schował do kieszeni. Delikatnie poruszył głowę denata i klepnął go w policzek.

– No, bez urazy. Ty już się nigdzie nie wybierasz.

Nemhauser tylko wzruszył ramionami. Już dawno przestał reagować na docinki kolegów. Pogodził się z tym, że mimo lat pracy wciąż jest nowy i wciąż nie pasuje do tego świata. Absolwent historii wśród prawdziwych twardzieli. Przypomniał sobie, jak podjął decyzję o wstąpieniu do policji. Marzył, że zostanie drugą agentką Starling z Milczenia owiec – tak przynajmniej uważała Paula. Absolwent historii z długimi rudawymi włosami, które miały tendencję do zwijania się w loczki i które wiązał w kucyk, niestety zdecydowanie wyróżniał się spośród pracowników komendy stołecznej.

Czasami nachodziła go myśl, żeby obciąć się na zapałkę, upodobnić do reszty wydziału, ale Paula by mu tego nie wybaczyła. Jego loki bardzo jej się podobały, mówiła, że oddałaby wszystko za to, by jej włosy układały się w takie fale, ale jemu nie było do śmiechu. Policjant z lokami? Lepiej od razu powiesić sobie na plecach tarczę do rzutków. Kiedyś, w tajemnicy przed wszystkimi, usiłował je sobie prostować, ale szybko dał za wygraną, zrozumiawszy, że musiałby od tego zaczynać każdy dzień.

Był z Paulą dwanaście lat, od końca studiów. Na czwartym roku historii zafascynowała go drobna blondynka z lekko skośnymi oczami. Później dowiedział się, że te ciemne, kontrastujące z jasną cerą oczy odziedziczyła po praprababce, polskiej Tatarce spod Białegostoku. Wyznaczeni do organizowania międzywydziałowego wyjazdu w góry, pokłócili się już przy pierwszym spotkaniu, poszło o liczbę miejsc dla ich kierunków. Wpadli na siebie miesiąc później i Nemhauser zaprosił ją na pojednawczą kawę, podczas której pokłócili się jeszcze bardziej.

– Łączą nas francuskie filmy i twoje włosy – śmiała się potem Paula. – Bo o wszystko inne potrafimy się posprzeczać.

Nemhauser westchnął i zerknął na partnera. Jeszcze rok, dwa lata temu wściekałby się i wrzeszczał na Maria, że nie można palić na miejscu przestępstwa, że to zaburza ślady, że nie można zmieniać ułożenia zwłok. Teraz to olewał. W końcu wszystko, co się zdarzyło w tym mieszkaniu, było od początku do końca oczywiste i nawet cała paczka wypalonych papierosów nie mogła tego zmienić.

– Odwal się. – Uśmiechnął się miło do Maria i podszedł do kuchni.

Stefan, kolega z sąsiedniego biurka w wydziale śledczym, nastawił wodę i szukał herbaty. Kuchenne szafki były stare i podniszczone, każda inna. Wyglądały, jakby ktoś znalazł je na śmietniku i wyczyścił. Bardzo starannie wyczyścił, bo mimo zużycia wyglądały na zadbane. Pomyślał, że to zasługa Janiny Promyk i że pewnie naprawdę gdzieś je znalazła i przytargała, by stworzyć namiastkę domu.

Całe mieszkanie było czyste, ale nawet Idealnej Pani Domu z serialu emitowanego w telewizji nie udałoby się ukryć tego, że nieremontowane od lat. Niemalowane – farba złaziła całymi płatami. Niektóre klepki powypadały i w podłodze ziały dziury, ale mimo to była zamieciona i świeżo wypastowana. W pokoju stał stół, kilka krzeseł, wersalka poprzepalana papierosami i jedna nowość – błyszcząca meblościanka z królującym pośrodku nowym modelem telewizora Sony, na który Nemhausera nie byłoby stać. Pomyślał, że to prawdziwa zagadka, większa niż morderstwo, które miało tu miejsce.

Stefan znalazł wreszcie herbatę ekspresową Tesco i z powątpiewaniem przyglądał się wyszczerbionym kubkom.

– Myślisz, że mają tu cukier? – Mario grzebał w szufladach rozlatujących się szafek. – Ale syf – mruknął, przesunąwszy ręką po ścianie przy oknie, na której zalągł się grzyb. Wybrał najmniej ukruszony kubek i triumfalnie wskazał na cukier w kostkach.

– Ciekawe, kiedy przyjadą po sztywnego klienta. Mówiłem wam, jak kiedyś wezwali mnie do awantury? Dwóch braci pocięło się kosami. Jeden jakoś przeżył, za to drugi zupełnie nie. Tego żywego zabrała karetka. Zadzwonili do nas, że denat został. Przychodzę, sztywniak leży na stole, ale był sylwester, wszyscy na zabawach albo zabezpieczali imprezy, jak to na koniec roku. Dzwonię do centrali, kiedy, kurwa, będzie wsparcie, a oni mówią, że muszę poczekać ze dwie godziny. Ja na to, że za dwie godziny będzie Nowy Rok, a oni, że właśnie i że chcieli mi życzyć wszystkiego najlepszego. No i żeż, mówię im, to co, mam tak siedzieć ze sztywniakiem? I może jeszcze nalać mu lufę, jak stuknie północ?

– I co zrobiłeś? – zainteresował się Stefan.

– A co miałem robić. Zamknąłem denata na klucz. Przecież nigdzie nie pójdzie, nie?

Zachichotał i siorbnął herbaty z kubka z gąską Balbinką.

– I co? – zapytał Nemhauser.

Mario popatrzył ze zdziwieniem.

– Co „co”?

– Co się stało dalej. Wróciłeś tam?

– Pewnie, zdążyłem jeszcze wpaść ze starą do znajomych i zatańczyć. To było, zanim jeszcze puściła mnie w trąbę z tym mechanikiem. Ekipa przyjechała dopiero o trzeciej nad ranem. Ledwo się na nogach trzymali. I wiesz co? Denat dalej leżał tam, gdzie go zostawiłem. Nie był zabawowy.

– Ty, Mario, jak coś powiesz – zakwilił Stefan, trzymając się ze śmiechu za brzuch.

– A tego brata…? – drążył Nemhauser.

– Brata? Jak wytrzeźwiał, dostał zarzuty. Siedzi chyba do tej pory. Dwadzieścia lat dostał.

– Wiadomo dlaczego?

– Jezu, ty to jesteś upierdliwy. Dlaczego, dlaczego… Pan Bóg wie dlaczego, ja nie wiem. Bo to zły człowiek był.

– Ale Mario, poważnie.

– Chłopie, jest trup, jest sprawca. Obrączkujesz sprawcę. Sprawca się przyznaje, dostaje wyrok i wszystko. Nikt od ciebie nie wymaga, żebyś powiedział dlaczego. Normalnie mu odwaliło. Każdemu może odwalić. A my mamy posprzątać i…

– Wypełnić dokumenty. – Nemhauser pokiwał głową.

– Właśnie. – Mario poklepał go po plecach. – Dobry chłopak. Herbatki? Coś nie za bardzo tu grzeją. – Przesunął ręką po zardzewiałych żeberkowych kaloryferach, które Janina Promyk usiłowała oswoić, przykrywając narzutą w kwiatki. – Zimne jak chuj.

– Dzięki, nie mam nastroju – burknął Nemhauser. – Pójdę się przewietrzyć. Może przy okazji czegoś się dowiem.

– Jasne, panie komisarzu. – Mario mrugnął. – A nuż trafi pan na jakieś ważne poszlaki. – Ostatnie słowo wymówił, przesadnie wydłużając głoski.

Nemhauser wyszedł, nie zwróciwszy uwagi na zaczepki. Kątem oka dostrzegł, że drzwi naprzeciwko leciutko drgnęły. Załomotał w nie, a kiedy nikt się nie odezwał, walnął pięścią i wrzasnął: „Policja!”. Na początku pracy uważał, że to idiotyczne, a Mario kulił się ze śmiechu, gdy pukał i mówił uprzejmie: „Tu policja, bardzo proszę otworzyć drzwi”.

Nikt oczywiście nie otwierał. Nemhauser rozkładał wtedy ręce i zastanawiał się, czy mieszkańcy gdzieś wyszli. Mario brał zamach i walił w drzwi, rycząc: „Otwieraj, skurwielu!”, i uzyskiwał natychmiastowy efekt.

Nie miał pojęcia, co sprawiło, że lubili razem pracować. Mario wyglądał jak niedźwiedź i tak się zachowywał. Nemhauser lubił porozmawiać. Mario miał czterdzieści dwa lata, Nemhauser był sześć lat młodszy, ale wydawało się, że dzieli ich cała epoka, a Mario mógłby być jego ojcem. Mario nie znał się na komputerach, internecie, nie miał pojęcia, co to jest empetrójka, no i był kawalerem z odzysku, a Nemhauser miał żonę i dzieci. No i Mario miał wąsy. Nemhauser nie miał pojęcia, dlaczego Mario nosi te dziwaczne wąsy i długie płaszcze, w których wyglądał jak tajniak w przebraniu. Równie dobrze mógłby mieć na plecach napis „policja”. Kiedyś, uradowany, pokazał się Nemhauserowi w nowym ubraniu.

– Zobacz, zakupiłem coś innego. – Z dumą zaprezentował dżinsy marmurki i czarną skórzaną kurtkę. – I co? Teraz nie wyglądam na glinę?

Nemhauser stłumił śmiech i śmiertelnie poważnym tonem zapewnił, że teraz to absolutnie nie.

Drzwi uchyliły się nieco i wyjrzał zza nich przestraszony mężczyzna w średnim wieku z zaczesanymi do tyłu, wypomadowanymi włosami. W szarej niechlujnej marynarce i szarych spodniach, które kojarzyły się z roboczym kombinezonem, wyglądał, jakby wyszedł prosto z lat 50.

– Policja – powtórzył niepotrzebnie Nemhauser i dodał równie niepotrzebnie: – Pan tu mieszka?

– Tak, panie władzo. Ale ja naprawdę nic nie wiem.

– Nazwisko.

– Głębocki. Stanisław Głębocki. My jesteśmy spokojna rodzina i ja zawsze powtarzałem, że tego pijaka trzeba zamknąć. Hałasy w nocy, naprawdę jak tak można, ludzie spać nie mogą – mężczyzna mówił wyuczonymi zdaniami i Nemhauser pomyślał, że na pewno nie jest pierwszym policjantem, który zastukał do tych drzwi.

– Kiedy usłyszał pan hałas?

– Ja nic nie słyszałem. – Człowieczek wyraźnie kręcił. – Późno wróciłem do domu, chodził telewizor.

Nemhauser patrzył na niego beznamiętnie. Mężczyzna wił się pod jego spojrzeniem, na czoło wystąpiły mu kropelki potu.

– No dobrze, usłyszałem jakieś krzyki, ale wie pan, panie inspektorze, u nich to zawsze ktoś krzyczał. My jesteśmy spokojni ludzie, gdyby nie to, że on pił… Jak nie był napity, to zawsze się ukłonił, chociaż ostatnio to rzadko się zdarzało.

– Nie zainteresowało pana, co tam się dzieje? – zapytał zmęczonym głosem, choć z góry znał odpowiedź.

– Nie. Gdyby to człowiek za każdym razem się interesował… Myślałem, że popił sobie, to…

– To co? – wpadł mu w słowo Nemhauser.

– No, ja nie chcę mieć kłopotów, panie inspektorze. Krzyki słyszałem, ale tu codziennie jakieś krzyki słychać, człowiek się już przyzwyczaił. To Wola – wyrzucił z siebie, jakby to tłumaczyło zamazane ściany, wybite szyby na klatce schodowej i trupa w sąsiednim mieszkaniu. – Dopiero jak dziecko krzyczało… – nagle przerwał i spojrzał przerażony na Nemhausera.

– A! Więc dziecko krzyczało, a pan pewnie poszedł sprawdzić, co się dzieje, albo zadzwonił na policję, tak?

– Nie, to jest… chciałem wyjrzeć, ale… ale przestało krzyczeć, to pomyślałem, pomyślałem, że chyba… – mówił coraz wolniej.

– Zostaw tę gnidę. Lepiej daj ognia.

Nemhauser obejrzał się i zobaczył Maria szukającego zapalniczki.

– Tacy nigdy nic nie widzieli i nic nie zobaczą.

Człowieczek zrobił się jeszcze żałośniejszy.

– Żona zawsze mówi: „Po co się mieszać”…

– I się nie mieszasz. – Mario dobrotliwie kiwnął głową. – Bardzo ładnie. No to dalej się nie mieszaj i cię utłuką. A teraz spierdalaj.

Człowieczek popatrzył na niego przerażonym wzrokiem.

– Spierdalaj, mówię, dostaniesz wezwanie na komendę.

Drzwi błyskawicznie się zamknęły.

– A zeznania? – bąknął Nemhauser.

– Pieprzyć zeznania. – Mario machnął ręką. – Mogę ci napisać jego zeznania. Tego, co wygląda przez wizjer, też. – Mario wskazał drugie drzwi, za którymi coś zaszurało, jakby ktoś raptownie od nich odskoczył. – Nic nie widziałem, staram się nie interesować i nie wtrącać w nie swoje sprawy, ale owszem, to była kochająca się, normalna rodzina, chociaż fakt, facet lubił wypić, no ale kto nie lubi, panie oficerze.

– I tyle? – westchnął Nemhauser, znowu znając odpowiedź.

– I tyle – odparł Mario, przekraczając ponownie próg mieszkania. – Gówniana robota.

– Co z nią będzie? – mruknął bardziej do siebie niż do Maria Nemhauser.

– Z kim? – zdziwił się Mario.

– Z żoną tego tam – wskazał na drzwi, za którymi zostawili trupa.

– Jakby raz dźgnęła, dostałaby za nieumyślne zabójstwo w afekcie jakieś pięć lat, a może nawet zawiasy. Ale jak dźgała trzydzieści siedem razy? Dostanie piętnaście. Może wyjdzie po dziesięciu.

– Córka będzie miała dwadzieścia lat – szepnął Nemhauser. – Dom dziecka, rodziny zastępcze. Widziałem oczy tej małej, jak ją wyprowadzali.

– Co tam mruczysz?

– Nic, nic. – Machnął ręką.

– Chyba przyjechała ekipa. Zaraz będziemy się zmywać. Wypełnisz te papiery?

– Tak – mruknął Nemhauser. – Wiesz co, Mario? Tak mi się wydaje… On na nią szedł z tasakiem.

– Odwaliło ci? – Mario spojrzał zdziwiony. – Gadała, że zaczął macać córkę, a potem ją palnął z liścia, jak zwykle zresztą. O żadnym tasaku…

– Chodź, pokażę ci. – Zaciągnął Maria z powrotem do kuchni.

– Popatrz, to była obrona własna. Przekroczenie zasad obrony koniecznej, ale jednak. Zobacz, wszedł z tasakiem i rzucił się na nią. Zasłoniła się kijem od szczotki, on złamał szczotkę i uderzył tasakiem. Uchyliła się, trafił w blat. Wtedy złapała nóż, akurat leżał pod ręką, i wiadomo. Trafiła go. Ale mimo to on nadal zamierzał się na nią tasakiem, więc ona dźgała go i dźgała.

– Aha, łapię. – Mario uśmiechnął się przeciągle. – Już to widzę. Tylko gdzie ten tasak?

– O, tutaj – Nemhauser wskazał na tasak częściowo schowany pod wersalką. – Upadł i wypuścił go z ręki.

– No jasne! – ucieszył się Mario. – Tylko czy odciski palców.

– Podejrzewam, że na tasaku znajdziemy jego odciski palców – powiedział z przekonaniem Nemhauser. – Chociaż zastanawiam się, czy tasak powinien upaść tu, czy trochę bliżej ciała?

– Jak dla mnie, to tu. – Mario ostrożnie przemieścił tasak końcem ołówka. – I wszystko jasne. Facio wchodzi od przedpokoju, podnosi tasak i zamierza się na nią. Chce jej wbić to ustrojstwo w głowę. A ona go nożem, raz po raz. On jest ranny, ale wciąż nie rezygnuje, zamierza się znowu tasakiem. Ona znowu kluje nożem. On pada, a tasak leci w tę stronę. Jasna sprawa, obrona własna. Wciąż żyje, chce ją udusić, więc ona tnie i tnie, i tnie…

Za drzwiami zachrobotało i weszła ekipa techniczna. Mario i Nemhauser odsunęli się od ciała.

Technik pstrykał zdjęcia. Młoda lekarka, którą Nemhauser kiedyś już spotkał, coś notowała.

– Witam, pani doktor – powiedział, kiedy kobieta podniosła wzrok znad notesu.

Lekarka uśmiechnęła się, kiwnęła głową i wróciła do pisania. W krótkiej brązowej kurtce i dżinsach wyglądała bardziej na studentkę. Nemhauserowi zaschło w gardle. Poczuł, że powinien coś powiedzieć. Nie miał pojęcia co. Ogarnął wzrokiem pokój jeszcze raz, chrząknął i ruszył do drzwi.

– Nóż do steków – rzuciła lekarka.

– Słucham? – Zatrzymał się z ręką na klamce.

– Narzędzie zbrodni. Nóż do steków. Gdyby to było potrzebne.

– Dziękuję. – Detektyw skinął głową i zamknął za sobą drzwi. Zastanawiał się, skąd w tym mieszkaniu wziął się nóż do steków.

3

Zerknął na wyświetlacz komórki. Szlag by to trafił! Wcisnął przycisk i wymknął się na korytarz.

– Przecież prosiłem, żeby nie dzwonić przed siedemnastą – rzucił ze złością.

– Przepraszam, zupełnie zapomniałam. Nie byłam pewna, czy pamięta pan o jutrzejszym dyżurze.

– Doskonale pamiętam – uciął Nemhauser.

Wyłączył komórkę i wrócił do pokoju. Zdawało mu się, że nikt nie zauważył jego nieobecności. Odetchnął. Było już południe, spędzili niepostrzeżenie trzy godziny na miejscu przestępstwa, właściwie nie wiadomo po co. Żaden z przesłuchanych sąsiadów nie okazał się pomocny, żadnych nowych śladów nie było, sprawa była jasna.

Mario i Łysy wrócili do przerwanych wyścigów samochodowych w komputerze, a Stefan wystukiwał jednym palcem raport na maszynie do pisania. Wciąż nie potrafił przestawić się na komputer.

– Co tam, Kucyk? – zapytał Łysy, nie odwracając się. – Jakieś nowe informacje? Znaleźli może tego mordercę?

Mario tylko parsknął śmiechem. Nemhauser wzruszył ramionami. Rzucił okiem dookoła. Na panienkę wyciętą z „Catsa” nad biurkiem Łysego. Na jego tatuaż ze smokiem i drugi „Legia hooligans”. Tak, Łysy był tu na swoim miejscu. Wyglądał jak typowy kibol – w za dużej bluzie z kapturem, napakowany. Zresztą prawie wszyscy z jego sekcji na ulicy zostaliby wzięci raczej za bandytów niż za policjantów. Stefan wyglądał na starego, zgryźliwego urzędnika pocztowego, zdolnego do każdej malwersacji. Mario zawsze kojarzył się Nemhauserowi z atletą w śmiesznym pasiastym stroju, w jakich kiedyś paradowali cyrkowi siłacze. Potężny, z wąsami i ciemnymi oczami. Dalej za nim siedział Kufel; ze swoim piwnym brzuchem, z włosami zaczesanymi na pożyczkę, w spodniach w kratkę wyglądał jak aktor charakterystyczny z jakiejś kiepskiej niemej komedii z lat 2O.

Tylko Nemhauser tu nie pasował. Ze swoim kucykiem, okularami, wyglądem doktoranta z uniwersytetu. Często ostatnio zastanawiał się, czy nie powinien był zostać na uczelni. Ale czuł, że tu jest jego miejsce. A może sam się oszukiwał?

Na jego biurku piętrzył się stos papierów. Był absolutnie pewien, że dziewięćdziesiąt procent z nich było zbędnych. Trafiały tu wszystkie zrzuty. Jeśli ktoś musiał napisać dłuższy raport, przychodził właśnie tutaj.

– Machnij stronę albo dwie, Literat – prosili kumple.

Zgadzał się, bo choć nie przyznawał się do tego, zaczynał się niemiłosiernie nudzić.

Nie miał pojęcia, co tu właściwie robi, w tym obskurnym pokoiku pomalowanym do połowy ściany musztardową farbą olejną. (To po to, żeby nie było wiadomo, kiedy ktoś wyrzyga – poinformował go pierwszego dnia Mario, i Nemhauser do dziś nie był pewny, czy żartował, czy mówił poważnie.) Łapie przestępców? Walczy o sprawiedliwość? A może po prostu nie wyrósł z dziecięcych marzeń, by zostać szeryfem, supermanem czy słynnym detektywem – co zasugerowała mu matka, kiedy zawiadomił ją o swoim wyborze.

Paula, która wiele lat temu zaakceptowała jego decyzję i nawet była dumna, że ma męża idealistę, coraz częściej wspominała, że może powinien zmienić pracę, że się tu marnuje, że to bez sensu i przecież tak naprawdę nie tego chciał. Nie chciał być urzędnikiem przykurzonym pyłem z papierzysk. Irytował się wtedy, raz trzasnął drzwiami. Paula miała rację, chciał być agentką Starling walczącą z wyrafinowanym mordercą, zamiast tego z coraz większym znużeniem reagował na kolejne pijackie zabójstwa. Przyznawał to tylko przed sobą.

Naoglądałeś się, chłopie, amerykańskich seriali, pomyślał. Ostatni sprawiedliwy, dedukcja, inteligencja, demoniczni przestępcy, a on, detektyw, ostatni, któremu zależy.

I te przestępstwa. Oszukiwał się, że jest potrzebny. Jego babcia wykryłaby sprawców równie szybko. Przed tygodniem – trup mechanika w zamkniętym zakładzie samochodowym i krwawe ślady prowadzące do stróżówki, w której spał jego kumpel. Chrapał ciężko. Zasnął, nie wypuściwszy z ręki niemal pustej flaszki, a z drugiej ciężkiego klucza francuskiego ze śladami krwi. Nie obudził się, kiedy go aresztowali, a Mario wygłupiał się, odczytując pijanemu jego prawa i pytając: „Ale słyszał pan i rozumie pan? No to git”. Przenieśli bezwładne ciała: jedno do kostnicy, a drugie do izby wytrzeźwień, gdzie morderca spał dwa dni. Kiedy się obudził, przedstawili mu zarzuty, a ten zapłakał jak dziecko i przysięgał, że nic nie pamięta, a zabity był jego najlepszym kumplem. Nemhauser nawet mu wierzył, kiedy tamten ze łzami tłumaczył, że nie chciał zabić kolegi, ale po pijaku to w człowieka zwierzę wstępuje i po prostu nic nie pamięta, chociaż chętnie by pomógł panu władzy i wszystko opowiedział.

Wieczorem tamtego dnia Nemhauser ze zdumieniem oglądał w telewizji materiał, w którym przed kamerami wystąpił komisarz Albert Potocki.

– Komisarz Albert Potocki opowie nam, jak doszło do zatrzymania tego groźnego przestępcy – mizdrzyła się prezenterka, apetyczna blondynka w mini.

Albert chrząknął i przez kilka minut opowiadał, jak wytrwała praca wywiadowcza przyniosła efekty i społeczeństwo dzięki temu będzie bezpieczne. Przebitka pokazywała ślady krwi w warsztacie, a potem – Nemhauser przetarł oczy – komandosów przekradających się pod drzwiami, sfilmowanych w czasie innej akcji.

– Obawialiśmy się strzelaniny, na szczęście zaskoczony podejrzany nie zdążył stawić oporu – zakończył triumfalnie Potocki. – Chciałbym podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do zneutralizowania tego groźnego bandyty, i zapewnić widzów, że niebezpieczeństwo zniknęło.

– Byłeś tam? – zdziwiła się Paula, zerkając na ekran znad laptopa, na którym właśnie kończyła pisać pracę o związkach Polski i Ukrainy w polskim romantyzmie. – Nie mówiłeś, że było tak groźnie.

– Tak, ale pamiętam tylko pijanego śpiącego na podłodze. – Nemhauser roześmiał się gorzko. – Nie pamiętam za to Potockiego ani komandosów. Potocki przyjechał, kiedy było już po wszystkim.

Właściwie nie miał pretensji i nawet po cichu przyznał rację Mariowi, kiedy ten rzucił znad pijanego mordercy, smacznie śpiącego z zakrwawionym kluczem w ręce:

– Ty, Kucyk, ty chyba Discovery za bardzo się naoglądałeś, do kurwy nędzy. Tu nie ma pieprzonego Discovery, a my jesteśmy psy. Ty chcesz też być pies? Jak chcesz, to bądź wierny i szczekaj.

Przypomniał sobie, jak osiem lat temu złapali faceta, który ściągał haracze od właścicieli hurtowni. Wtedy po raz pierwszy wyciągnął broń i wyrecytował: „Policja, jesteś zatrzymany. Ręce do góry”. Więcej nie zdążył, bo facet wielki jak niedźwiedź rzucił w niego krzesłem i złapał za siekierę. Chwilę później na mężczyznę zwalił się Mario i tłukł go nogą, która odpadła od krzesła. Nemhauser usiłował Maria powstrzymać, pewny, że ten zabije bandziora.

– Pierdolnij go, kurwa, w łeb! – krzyknął tylko Mario.

Zanim Nemhauser zdążył zareagować, facet jakoś się wywinął, złapał za siekierę i zamierzył się na leżącego Maria. Na szczęście Mario był szybszy i wymierzył olbrzymowi potężnego kopniaka w jądra. Facet zwinął się i padł, wydając przedziwny, wysoki dźwięk, który Nemhauser miał do dzisiaj w uszach.

– Ha. Zawsze skutkuje. I co? Dobrze tak skurwielowi. – Mario łypnął na niego podbitym okiem i chyba zauważył zaskoczenie w oczach Nemhausera. – Myślisz, że jakbym go nie walnął, to co? Podniósłby łapki do góry i pokicał do więzienia? Miałbyś ten topór w głowie. Pieprzony Indianin.

Kopnął z rozmachem w bok zwijającego się z bólu na podłodze osiłka, a Nemhauser tym razem udał, że patrzy w inną stronę.

– Dzięki, Mario. – Klepnął partnera po ramieniu i obrócił się na pięcie, ponownie udając, że nie patrzy, kiedy ten kolejnym kopniakiem przewraca olbrzyma na brzuch i zakłada mu kajdanki tak ściśle, że przeguby rąk zaczynają od razu sinieć.

Otrząsnął się z zamyślenia. Uruchomił komputer i czekając, aż zaloguje się do sieci, włączył pasjansa.

– Jak wyjdzie, to wszystko będzie dobrze i zdążę z raportami – zamruczał.

Po minucie zaklął. „Nie masz więcej ruchów” – zawiadomił go komputer.

Wciąż zastanawiał się, jak zminimalizować w raporcie opis tych trzydziestu siedmiu ciosów i prawie odciętej głowy i położyć nacisk na konieczną obronę własną. Wszystko zepsują zdjęcia, przywołał z pamięci oko zmarłego i mimowolnie się wzdrygnął. Zawsze najtrudniej było mu zacząć. Przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z żoną.

– Na miłość boską, przecież na pewno mógłbyś robić co innego – westchnęła Paula, kiedy leżeli wieczorem w łóżku, a on opowiadał jej, jak mu minął dzień. – Zapytałabym Iwony, może by coś znalazła.

Nemhauser kręcił głową zirytowany.

– Bo chciałeś zawsze być szeryfem? – pytała żona. – O to ci chodzi? Latać po ulicy i łapać tych złych facetów?

– Bo szeryf jest potrzebny – zamruczał Nemhauser i odwrócił się na drugi bok.

Chociaż nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że bycie szeryfem oznacza fałszowanie dowodów i inscenizowanie zbrodni.

Zastanawiał się, czy opowiedzieć o tym Pauli, ale uznał, że nie. Zaczęłaby się martwić, znowu namawiać, żeby rzucił tę robotę. Sfałszował dowody zbrodni Janiny Promyk, bo lata pracy w policji nauczyły go, że Temida naprawdę jest ślepa i to, co brał za przenośnię, jest dokuczliwym kalectwem. Wiedział, że gdyby Janina Promyk nie zabiła męża nożem do steków, to Grzegorz Promyk stłukłby ją do nieprzytomności, a potem zabrał się za Nikolę. Że gdyby jakimś cudem udało jej się wcześniej zadzwonić na policję, to patrol przyjechałby za późno, a gdyby nawet był wcześniej, co najwyżej pouczyłby Promyka, żeby nie urządzał burd, a w najlepszym wypadku zamknął na czterdzieści osiem godzin. Potem Promyk by wrócił i znowu zaczął dobierać się do córki, która za kilka lat urodziłaby mu wnuka.

Tak, uważał, że matka Nikoli podjęła jedyną słuszną decyzję, a Grzegorza Promyka spotkało to, na co zasłużył. Nie chciał opowiadać o tym Pauli. Nie zrozumiałaby, dlaczego mówi, że trzeba przestrzegać prawa, i zaraz potem sam to prawo łamie. Właściwie sam tego nie rozumiał i zastanawiał się, co by zrobił, gdyby znalazł się na miejscu Janiny Promyk. Oczywiście to samo – i to go przerażało.

Przypomniała mu się twarz Nikoli, wyprowadzanej przez grubą panią z opieki społecznej z mieszkania, w którym na podłodze wciąż leżał trup jej ojca. Pamiętał ulgę w jej oczach.

Pomyślał, że dzięki temu będzie mógł zasnąć.

4

Następnego dnia jak zwykle zaspali i jak zwykle Nemhauser robił kilka rzeczy naraz, usiłując nie spóźnić się do pracy. Dopijał pospiesznie kawę i gorączkowo starał się sobie przypomnieć, czy wszystko zabrał.

– I pamiętaj: Cyryl jest lekko przeziębiony, nie zapomnij o szaliku – rzuciła Paula.

– Mhm – mruknął twierdząco, szukając kluczyków.

Wypchnął chłopaków za drzwi, okutał ich szalikami, nałożył czapki i jak zwykle w szaleńczym pędzie zbiegli po schodach. Przeszli przez pustą Franciszkańską, bo udało mu się znaleźć miejsce do parkowania dopiero na sąsiedniej Nowiniarskiej. Zapiął synów w fotelikach, wsiadł do swojego granatowego Bxa i poczekał, aż samochód się podniesie. Nadal cieszył się jak dziecko, kiedy po włączeniu silnika citroen, prawie leżący na asfalcie, zaczynał rosnąć. Kochał ten samochód, mimo że auto właśnie osiągnęło pełnoletność.

– No dobra, kurs przedszkole. – Gwizdnął i nastawił w magnetofonie Erę. Dojechał na Nowolipie w cztery minuty. Odruchowo zaparkował tam, gdzie zwykle, na kopercie dla śmieciarki, zabrał chłopaków, rozebrał ich i włożył im kapcie. Jednocześnie rozmyślał o górze czekających na niego w pracy papierów. Miał przed sobą dzień pisania, dzień „nic”, nazwany tak od chwili, kiedy Paula raz zapytała:

– Co dziś robiłeś.

– Nic – odparł.

A jednak nie była to prawda. Do szesnastej wyprodukował trzydzieści pięć stron raportu i zdecydował, że to na razie wystarczy.

Z ulgą wymknął się z pokoju. Zwykle on podrzucał dzieci do przedszkola, a Paula je odbierała, ale tym razem to on miał je zabrać. Wracał do domu, pogwizdując do wtóru Ameno. Mógłby właściwie zapomnieć o całym świecie. Jechał Nowiniarską i zastanawiał się, kiedy zniknęła jego ukochana cukiernia z dzieciństwa. Była jeszcze całkiem niedawno na Piwnej. Zachodził tam zawsze po szkole i starsza pani w białym fartuchu, wyglądająca jakby pracowała w laboratorium, podawała mu serce z piernika. Do dziś pamiętał ten boski smak. Zajrzał tam kilka miesięcy temu, na miejscu cukierni otwarto restaurację. Za drogą na jego kieszeń.

Wolne miejsce do parkowania znalazł dopiero w okolicach Ciasnej, odkąd sto metrów dalej wybudowano nowy gmach sądów, parkowanie stało się koszmarem. I pomyśleć, że kiedy się tu wprowadzali, niemal wszystkie miejsca parkingowe były wolne. Uśmiechnął się, przypominając sobie dziadka, który mawiał, że za jego czasów stał tu tylko jeden samochód. Starzejesz się, westchnął do siebie. Wypiął chłopców z fotelików i zamknął auto. Jęknął, kiedy zobaczył, że Metody z namysłem pochyla się nad kratką ściekową. Wyćwiczonym ruchem złapał go wpół. Mały wyrywał się ile sił.

– Zostaw, zostaw – zawodził.

– Ja też na ręce, na ręce. – Cyryl podskakiwał.

Wziął go pod drugie ramię i niósł synów wniebowziętych, dopóki nie zauważyli, że mogą się walić po głowach, co zaraz zaczęli robić.

– A przecież niektórzy mają trojaczki – powtórzył jak mantrę.

Zastanawiał się czasami, jak można opanować w pojedynkę trójkę czterolatków, i zawsze uznawał, że to niewykonalne. Dwójka czterolatków przerastała już możliwości jego i Pauli. Od września chłopaki chodziły do przedszkola, co oznaczało, że Paula ma wreszcie czas na swoje tłumaczenia i pisanie prac semestralnych na zamówienie, dzięki którym ratowała ich budżet.

Kiedy dochodzili do swojego bloku przy Franciszkańskiej, przyspieszył kroku. Czuł, że jeszcze chwila, a upuści któregoś na ziemię. Obaj wyrywali się i usiłowali napluć sobie w oczy.

Z irytacją spojrzał na nowiutki budynek, który w zeszłym roku stanął na rogu Franciszkańskiej i Bonifraterskiej. Odkąd pamiętał, była tu stacja obsługi pojazdów i stacja diagnostyczna, w której uprzejmy stary mechanik, pan Zdziś, wzdychając i kręcąc głową, kilka razy włączał i wyłączał komputer, żeby za czwartym albo piątym razem uzyskać wynik siły hamowania albo luzów w granicach normy i podbić badanie techniczne citroena na następny rok. Teraz na miejscu małej stacji wyrósł czteropiętrowy apartamentowiec, który zasłonił im widok na kościół garnizonowy, nowy budynek sądu i majestatyczną ambasadę Chin. Ściany apartamentowca natychmiast pokryły się namazanymi w nocy graffiti. Zarządca wynajął ochronę, ale to nic nie dało. Nemhauser zastanawiał się, kto tam mieszka. O cenach lokali krążyły legendy, ale lustrzane szyby nie zdradzały tajemnic budynku.

– Za to oni mogą nas obserwować bez końca – mruczała gniewnie Paula, wpatrując się w ścianę, która wyrosła im przed oczami.

On wolał ich blok. Szary, zwykły, jeden z pierwszych, jakie zbudowano po wojnie na zgliszczach Nowego Miasta, taki swojski, z sąsiadami, którzy znali się od lat aż za dobrze.

– Dzień dobry, panie Edwardzie – powitała go jak zwykle sąsiadka z parteru, niedowidząca harpia, która wciąż myliła go z jego ojcem i żyła nadal w latach 60. Nemhauser kilka razy poprawiał ją, tłumaczył, że Edward to ojciec, a on jest synem, tylko lata minęły i urósł. Harpia kiwała głową, ale patrzyła na niego nieufnie, jakby podejrzewając, że kłamie i tak naprawdę wciąż jest Edwardem, tylko że występującym incognito. Przy następnym spotkaniu znowu poufale kiwała głową i mówiła swoje: „Dzień dobry, panie Edwardzie, ze szkoły pan wraca?”. Tym razem Nemhauser nie zwrócił na to uwagi. Machinalnie kiwnął głową, ciągnąc Cyryla i Metodego przez drzwi.

Uznał, że nie jest gotowy, by ich zanieść na trzecie piętro. Kiedyś odebrał chłopców z przedszkola razem z Mariem, który wziął obu na barana i pędem zaniósł na górę. Byli zachwyceni i domagali się powtórki, a Mario został ulubionym wujkiem.

Właściwie nic w tym dziwnego – to przecież Mario wymyślił, jakie mają mieć imiona, kiedy on i Paula głowili się nad imionami odpowiednimi dla bliźniaków.

– Dwa zakapiory – zawyrokował, kiedy rzucił na nich okiem przez szpitalną szybę.

Mieli wtedy po dwa dni.

– Tak ich przecież nie nazwę – mruknął Nemhauser, patrząc z lekkim przerażeniem na dwa ryczące wniebogłosy zawiniątka.

– Jesteś glina, nie? – powiedział Mario.

– I co?

– To jakich znasz słynnych bliźniaków?

Nemhauser popatrzył na niego zdziwiony.

– No a dołek? – podpowiedział Mario. – A Cyryl i Metody? Kogo bały się wszystkie fiuty?

Nemhauser najpierw się obruszył. Jakie bliźniaki? Przecież to byli mnisi! A komenda na Pradze, na Cyryla i Metodego, owiana była od zawsze złą sławą. W sercu starej Pragi, zagłębiu jeszcze przedwojennych, a także całkiem współczesnych złodziei, gdzie kierowano najtwardszych lub przegranych policjantów. Albo też, co często się zdarzało: przegranych twardzieli. Dowcip z brodą od pokoleń chodził po Warszawie: ten Cyryl to jeszcze, ale te jego metody…

Mario jednak się przypiął do tego pomysłu, a ku zdumieniu Nemhausera imiona natychmiast spodobały się Pauli:

– Oryginalne, nieosłuchane, wschodnie. Super. Bierzemy – zadecydowała.

Nemhauser powtórzył kilka razy wyczyn Maria, jednak dziś nie miał ochoty tachać chłopaków. Naburmuszyli się, ale po chwili Metody walnął Cyryla w głowę i zaczął zwiewać na górę, a Cyryl z rykiem: „Zabiję cię!” gonił go po schodach.

– Uwaga na wazony – przypomniał, tak jakby go słyszeli.

Pobiegł za nimi, łapiąc chwiejące się wazony z suszonymi kwiatami, którymi dwie staruszki mieszkające naprzeciwko siebie na drugim piętrze obstawiły klatkę schodową. Znajomi, kiedy ich odwiedzali, zazdrościli im tych wazonów, ręcznie dzierganych makatek i oprawionych obrazów, jakie na klatce schodowej wieszała pani Zuza, emerytowana ilustratorka książek z parteru. Wszystko to sprawiało, że ich klatka schodowa nie miała w sobie nic z anonimowości i wyglądała jak wielka galeria kierująca się nie do końca jednolitym gustem.

W mieszkaniu zapędził chłopaków do ich pokoju. Otworzył lodówkę, ale po chwili namysłu sięgnął pod szafkę po buraczki. Barszcz to zawsze dobry wybór. Jedną ręką złapał komórkę i zadzwonił do Pauli:

– Będziesz punktualnie?

– Postaram się – powiedziała zagonionym głosem, który tak dobrze znał. – Dajesz sobie radę?

– Daję – uspokoił ją, rejestrując stukot w drugim pokoju.

– Coś się stało? – zapytała, wyłapawszy ten dźwięk wyćwiczonym matczynym uchem.

– Nie, kot chyba coś przewrócił – powiedział szybko. – Pamiętaj, że mam dziś dyżur.

– Dobra, trzymaj się – rzuciła jeszcze i rozłączyła się.

Zmarszczył czoło i zaczął przerzucać rzeczy w szufladzie. Dałby głowę, że nie dalej jak wczoraj widział tu przyprawy. Nie lubił płaskiego smaku polskiego barszczu i opracował przepis, który powalał na kolana wszystkich znajomych. Z laską cynamonu, kardamonem, garścią goździków i zatarem. To ostatnie znalazł w małym arabskim sklepiku i prawie się uzależnił. Tymianek i oregano z prażonym sezamem – takie proste, a takie dobre.

Szybko obrał buraki, pokroił i wrzucił do garnka; zajrzał do dzieci, zaniepokojony nagłą ciszą. Bliźniaki pracowicie wyjmowały kocie jedzenie z miski i ładowały na plastikową ciężarówkę. Zaniepokojony Brutus krążył dookoła, prychając ze złością i pomiaukując. Nemhauser skonfiskował ciężarówkę, włączył telewizor, posadził Cyryla z lewej strony kanapy, Metodego z prawej, a pośrodku postawił misia.

– Kto dotknie misia, przegrywa – ostrzegł.

Bardzo był dumny ze swojego wychowawczego wynalazku, który miał zapobiec tłuczeniu się po głowach.

– A co? – chciał wiedzieć Cyryl.

Od obowiązku odpowiedzi uchronił Nemhausera dzwonek telefonu.

– Gdzie ty się podziewasz?! Konsul chce raportu! – wrzasnął Mario.

– Będzie jutro. Mówił, że chce na jutro – rzucił Nemhauser, jednocześnie zalewając buraki wrzątkiem. Konsul, czyli inspektor Józef Wrześniak, uwielbiał dowiadywać się, co słychać u podwładnych, i dziwić się, że sprawa jeszcze nie jest załatwiona.

– No dobra, ale gdzie jesteś?

– Niektórzy mają rodziny – enigmatycznie odparł Nemhauser. – A co ze sprawą dziupli?

– Nie mówiłem ci? Jakaś paranoja. Właśnie zdałem protokół. Ona się nie przyznaje. Dalej mówi, że nie interesowało jej, co się tam dzieje, że nic nie wie.

– Może naprawdę się nie interesowała – odparł Nemhauser.

– Nie gadaj. Wynajmuje dom nieznanemu facetowi. Ten zwozi tam ze dwadzieścia samochodów. Wszystkie nowiutkie, same merce i najdroższe suvy, i stoją tam sobie jak w salonie samochodowym. Ona przyjeżdża, żeby coś tam załatwić, widzi wystawkę i nawet nie zapyta: „A po co panu dwadzieścia samochodów?”.

– Ty byś zapytał, ale nie każdy jest tobą. – Nemhauser uśmiechnął się.

– Przyskrzynię babę. Dostanie za współudział – zakończył Mario. – No co? Nie mam racji?

– Muszę lecieć – wykręcił się od odpowiedzi Nemhauser.

– Dobra, ale pogadaj z nią, jak to ty. Okej?

– W porządku – mruknął Nemhauser. – Jak to ja.

Odłożył słuchawkę z niesmakiem. Uważał, że Mario przyczepił się do tej kobiety. Fakt, zachowała się jak idiotka. Wynajęła dom facetowi, o którym wiedziała tylko tyle, że był sympatycznym blondynem, panem Rysiem, i zawsze prawił jej komplementy. Widział jednak, jak Mario ją przesłuchiwał.

– Jak ma na nazwisko ten Rysio? – pieklił się Mario.

Kobieta na to, że nie wie, nie pytała, po co się tyle pytać. Przecież zawsze w terminie płacił i zawsze tak ładnie potrafił zagadać.

– Pani bierze mnie za idiotę?! – ryczał Mario i walił pięścią w stół. – Nazwisko. Pytam: nazwisko.

– Przecież mówiłam już: Koterska – wyszeptała przerażona kobieta, a Nemhauser ledwo zdołał powstrzymać śmiech.

– Nie pani nazwisko! – ryczał Mario. – Wiem, kurwa, że Koterska! Nazwisko Rysia!

Nemhauser musiał wyjść, żeby nie parsknąć śmiechem i nie przerwać przesłuchania. Przez szybę widział, jak kobieta znowu płacze i zarzeka się, że nie ma pojęcia, ale Rysio mówił, że ma rodzinę w Lublinie, to może tam go trzeba szukać?

– Tato, znudziło nam się. – Cyryl ciągnął go za nogawkę. – Możemy iść do Kuby?

– Nie możecie – zgasił go Nemhauser.

Nie miał najmniejszej ochoty na wizytę u Kuby.

Kuba był kolegą z przedszkola, mieszkał na Andersa kilka minut piechotą od nich i był fajnym kumplem, ale miał mamę, która uwielbiała duże dekolty i według Pauli zastawiała sidła na wszystkich mężczyzn. Odmawiał temu rozumowaniu logiki aż do chwili, kiedy zaprosiła go do siebie, żeby chłopcy się pobawili, a potem usiadła tuż obok, położyła dłoń na jego udzie i poprosiła, żeby opowiedział jej, jak to jest być gliną, i zapytała, czy ma wielki pistolet. Uciekł wtedy jak niepyszny, wymawiając się tym, że chłopaki mają umówioną wizytę u lekarza. Do dziś pamiętał jej dekolt i drobne kropelki potu nad jej wargami. Zdawało mu się, czy nie miała na sobie bielizny?

– A może być dziś makaron? – wyrwał go z zamyślenia Metody.

– Nie może być. Będzie barszczyk.

– Błeeee, nie lubię – skrzywił się Cyryl.

– A ja lubię – nie zgodził się Metody.

– Dobra, dosyć! – Nemhauser wyjął z kieszeni baton i położył na szafie. – Ktoś chce?

Tak jak przypuszczał, chcieli obaj. Bliźniaki powinny być podobne, dlaczego więc zawsze jeden nie lubił tego, co uwielbiał drugi? Z wyjątkiem słodyczy, rzecz jasna.

– Dostanie ten, kto będzie cicho przez kwadrans.

– To długo? – zainteresowali się.

– Niedługo. – Włączył stoper. – Jak zadzwoni, to będzie koniec.

Zapadła cisza. Nemhauser z doświadczenia wiedział, że nie będzie długa. Zupa zaczęła się gotować, przykręcił gaz, otworzył laptop i szybko przejrzał dokumentację i swoje notatki. Przeczytał jeszcze raz raport, który mozolnie dziś pisał, i dołożył kilka szczegółów. Skończył, akurat kiedy Metody przyszedł ze skargą na Cyryla, który go popchnął. Cyryl twierdził, że było dokładnie odwrotnie.

Nemhauser westchnął. Kiedyś uważał, że wszyscy gliniarze powinni mieć dzieci. Co najmniej dwójkę. Kilkadziesiąt razy dziennie rozsądzał, który z bliźniaków kłamie. Nauczył się rozróżniać zmiany w sposobie mówienia i patrzenia i ze zdziwieniem zauważył, że mimo upływu czasu sposób kłamania prawie się nie zmienia.

Kilka tygodni wcześniej przesłuchiwał faceta podejrzanego o ciężkie pobicie kilku osób. W pewnym momencie mężczyzna zaczął się zaklinać na wszystko co święte, że nic nie zrobił.

– Panie komisarzu, tamten zaczął – przekonywał. – Pierwszy się na mnie rzucił, a ja się tylko broniłem i w obronie własnej go uderzyłem.

– Czym? – zainteresował się Nemhauser.

– Kijem bejsbolowym, co go miałem w kieszeni przypadkiem.

Nemhauser prawie parsknął śmiechem, przypominając sobie, że niemal identyczną rozmowę prowadził dwie godziny wcześniej i dotyczyła ona Grzesia z przedszkola, który według Metodego rzucił się na niego z samochodzikiem, a potem sam się tym samochodzikiem uderzył w głowę. Podobne było również naburmuszenie oskarżonego, kiedy Nemhauser pokręcił głową i powiedział, że nie wierzy w ani jedno słowo.

Wyjął talerze, wyrzucił obierki po burakach.

Kiedy Paula kwadrans później otwierała drzwi, zobaczyła, jak przykleja Cyrylowi plaster na nosie.

– Obiad na stole – rzucił i w przelocie cmoknął ją w policzek.

– Nie zostaniesz? – zapytała.

– Naprawdę muszę lecieć. – Uśmiechnął się smutno. – Spóźniłaś się.

Starał się, żeby nie brzmiało to jak wyrzut, ale nie bardzo mu wyszło.

– Wiem, chciałam być wcześniej, ale autobus utknął w jakimś koszmarnym korku. Ale mam już wszystko, czego potrzebowałam do tej pracy semestralnej.

Paula po urlopie wychowawczym bezskutecznie usiłowała znaleźć pracę. To ona ich utrzymywała, kiedy Nemhauser rozpoczynał pracę w policji. Wtedy zaczynała robić karierę w dużej firmie farmaceutycznej. Nemhauser chwilami skrycie tęsknił do czasów, kiedy byli wolni i bezdzietni i potrafili, ot tak, skoczyć na kilka dni do Paryża. Oczywiście nie za jego pensję. Sądzili, że dzieci nic nie zmienią w ich wygodnym życiu i że Paula wróci na swoje dawne stanowisko, gdzie trafiła trochę przez przypadek po studiach, ale gdzie nawet jej się podobało. Kilka tygodni przed końcem urlopu Paula wpadła do firmy dowiedzieć się, co nowego i kiedy ma wrócić. Starego dyrektora już nie było, nowy nie znalazł dla niej czasu. Któryś z zastępców rzucił w biegu, żeby poczekała, bo może sprawa się rozwiąże. Rzeczywiście, rozwiązała się. Następnego dnia po zakończeniu urlopu wychowawczego do drzwi zastukał kurier z wypowiedzeniem i żując gumę, zbył złość Pauli, mówiąc, że on przecież nie ma z tym nic wspólnego i spieszy się do następnego klienta.

W końcu znalazła na jakimś portalu ofertę pisania wypracowań, opracowań i bryków. To, co z początku było tylko ciekawostką, okazało się nowym, rozwijającym się rynkiem. Paula, po polonistyce i z dyplomem mba,nadawała się świetnie na ghostwritera. Nie mogła nadążyć z realizacją zamówień, które stale napływały i pewnie stanowiłyby niezłe źródło dochodu, gdyby nie to, że każde z nich traktowała bardzo poważnie.

– Kochanie, to po prostu jakieś wypracowanie – wzdychał Nemhauser, kiedy siedziała piąty dzień nad zleceniem. – Możesz napisać je po prostu z głowy. To znaczy – poprawił się szybko – tyle wiesz, że nie musisz czytać dziesięciu książek, żeby je napisać.

– Chcę, żeby to było porządnie zrobione – mruczała Paula znad laptopa.

Nemhausera martwiło jednak coś innego. Oszustwo.

– Przecież oni przedstawiają to jako własne prace – powiedział kiedyś przy kolacji, kiedy pochwaliła się, że skończyła tekst o poezji Reja i jej znaczeniu dla rozwoju języka polskiego oraz „Humor współczesny a dawny na podstawie fraszek Krasickiego i Teatrzyku Zielona Gęś Gałczyńskiego”.

– To… nielegalne – wydusił z siebie, choć to słowo zabrzmiało idiotycznie.

– Zapewne – skinęła głową i spojrzała na niego zalotnie spod grzywki. – Ale dzieci muszą jeść – przypomniała.

– Na razie nie umierają z głodu. Paula, to bez sensu. Nie śpisz po nocach, piszesz cały czas. Ile z tego masz? – Ugryzł się w język, żeby nie wypomnieć, że pisze jeden tekst w tygodniu i dostaje za niego jakieś grosze, sto albo dwieście złotych. I że te pieniądze nawet nie pokrywają tego, co muszą płacić pani Marcie, sąsiadce, która dorabia sobie do emerytury opieką nad dziećmi i wpada do nich w sytuacjach kryzysowych, żeby posiedzieć z Cyrylem i Metodym, kiedy on ma pilne śledztwo i nie może się nimi zająć.

– Tyle, żeby się dołożyć do wydatków – odparła. – A ty co? To nie jest trochę nielegalne, że policjant gotuje w knajpie?

– Przecież wiesz – westchnął.

– Tak, wiem. – Kiwnęła głową. – Może dostałbyś zezwolenie, gdybyś oficjalnie wystąpił z podaniem.

– Ale nie wystąpię, bo pozwolenia dostają ci, którzy dodatkową pracą przynoszą – jak to ujął pan inspektor – chwałę policji. Wątpię, czy pod to podpadam z moim gotowaniem.

– Nie próbował twojego barszczu – roześmiała się i poklepała go po policzku.

Poddał się.

Wychodził, w biegu wciągając na siebie kurtkę. Przez chwilę się wahał, czy wziąć samochód. Przejechać przez Nowolipki, ale zaraz potem utknąć w koszmarnym korku przy rondzie Babka? Nie, to bez sensu. Akurat nie padało, a temperatura podskoczyła do dwunastu stopni. Ewenement, jak na ten marzec, bo od dwóch tygodni trzymała zima, tyle że bez śniegu, za to z piekielnie zimnym deszczem zamarzającym na drodze.

Przeskakując po kilka stopni, zbiegł do piwnicy i wyciągnął rower. Zastanawiał się czasami, czy te piwnice – ceglane, wielkie, bardziej przypominające zamkowe podziemia niż lokatorskie skrytki w innych blokach – należały przed wojną do innych budynków. Kupił kilka miesięcy wcześniej na Allegro pocztówkę z początku xx wieku z ulicą Franciszkańską zabudowaną eleganckimi kamienicami. W miejscu, gdzie dzisiaj stał ich blok, na zdjęciu widniała duża kamienica z szyldem kuśnierza, o ile dobrze zinterpretował niewyraźny napis cyrylicą. Bawił się myślą, że może te piwnice są o wiele starsze i gdzieś w ich mrocznych zakamarkach czeka nieodkryty skarb.

To dziadek zaraził go pasją do policji. Jako mały chłopiec uwielbiał go odwiedzać i oglądać nieme świadectwa świetności. Zdjęcia przodowników policji, tomy starych akt, blachę z nazwiskiem. Kiedy był dzieckiem, wyobrażał sobie, że będzie, jak kiedyś dziadek, z ważną miną przechadzać się po ulicy, a wszyscy przechodnie będą mu się kłaniać.

Żałował, że nie zapytał dziadka o tyle rzeczy. Zwłaszcza jedna sprawa go nurtowała: dlaczego dziadek pozostał w policji po wybuchu wojny. Kiedyś wydawało mu się to oczywiste, dziś miał wątpliwości. Granatowa polska policja łapiąca morderców, ale też często wysługująca się Niemcom. Czyżby Fryderyk Nemhauser podpisał volkslistę?

Zerknął na zegarek i mocniej przycisnął pedały. Na rondzie Babka, przechrzczonym na rondo Zgrupowania ak „Radosław”, skręcił w Burakowską. Pamiętał awanturę, która rozegrała się, kiedy zaproponowano zmianę nazwy. Żal mu było siwych kombatantów „Radosława”, którzy na pewno zasługiwali na upamiętnienie, ale i tak używał starej nazwy, podobnie jak wszyscy, których znał.

Przychodził na rondo wiele lat temu z kumplami z podstawówki i pamiętał jeszcze budzący podziw cud techniki – wielopiętrowy garaż, chyba jedyny w Warszawie. Włazili tam i biegali betonowymi korytarzami, wyobrażając sobie, że na obcej planecie prowadzą wojnę z inną cywilizacją. Ze smutkiem przyjął wiadomość, że wielki garaż zginął w kontrolowanym wybuchu na początku lat 90. Teraz na miejscu garażu stał elegancki wieżowiec.

Obrzucił wzrokiem hotelik Czarny Kot po drugiej stronie ronda, budynek, który obrastał wciąż nowymi fantastycznymi przybudówkami i mansardami. Zdawało mu się, że co tydzień powstaje nowa wieżyczka albo balkonik.

Minął stoiska z kwiatami przy murze cmentarza Powązkowskiego i po kilku minutach zahamował przed odrapanym ceglanym budynkiem mieszczącym jedną z lepszych knajp w mieście. Tuż obok był modny sklep Red Onion, a wcześniej klub Piekarnia, w którym bawiła się cała warszawka. Ale uliczka wyglądała, jakby została żywcem przeniesiona z xix wieku. Mieszalnie farb, wytwórnia pędzli, jakiś wciśnięty między nie biedadomek. Gdyby nie łuna świateł Arkadii, gigantycznego centrum handlowego kilkaset metrów dalej, można by pomyśleć, że czas się zatrzymał.

Przypiął rower do rynny i spojrzał na szyld nad wejściem – „U Czarnego Tadka”. Tuż obok wisiał inny: „Usługi galwanizacyjne”, zostawiony przez sentyment. Potem wszedł tylnym wejściem.

– Cześć, Jasiu – rzucił do wysokiego, łysiejącego faceta w czarnych spodniach w kant, nieskazitelnie białej koszuli i fantazyjnej kamizelce w kwiaty. Jasiu rozpromienił się na jego widok i porzucił faktury, które jak zwykle usiłował wypełniać sam i jak zwykle wieczorem miał się poddać i odnieść je księgowemu.

– Słyszałem w radiu o tej historii na Woli. Bałem się, że się nie wyrwiesz – uśmiechnął się mężczyzna.

– Ja? Czy ja się kiedyś nie wyrwałem? – odparł Nemhauser i zniknął w kuchni.

Prawda była taka, że zawalił kilka razy, kiedy nie mógł się wyrwać, ale zwykle starał się nie spóźniać. W końcu miał pracę bliską ideału.

Gliniarz, który jest kucharzem?

Był kucharzem.

Uwielbiał gotować, a jego szefem był kumpel ze studiów, który prosił go, żeby nie rzucał tej roboty, i wybaczał mu wszelkie wpadki.

Kilka miesięcy temu, akurat przed świętami Bożego Narodzenia, Jasiu zadzwonił, błagając o pomoc. Kolejny kucharz odszedł, a właściwie Jasiu sam go wywalił, gdy odkrył, że szachruje i zaopatruje głównie własną spiżarnię.

– To już czwarty w ciągu sześciu miesięcy – wściekał się. – Co ja mam zrobić? Albo sami odchodzą, bo gdzie indziej dostają więcej, albo kradną. Poprzedni wynosił wina, a ten oszukiwał na wszystkim.

– Może płacisz za mało? – zapytał Nemhauser.

– Więcej nie mogę. – Jasiu, zmarnowany, klapnął na swój obrotowy fotel przy kasie. Pięć dych za godzinę, nie mogę więcej.

– Pięć dych? – powtórzył zdziwiony Nemhauser.

– No, olewają to. Przychodzi szczyl zaraz po szkole i woła, że za mniej niż dziesięć tysięcy nie będzie pracował. Ten ostatni zgodził się za piątkę za miesiąc, aż się zdziwiłem. Tyle że dwa razy tyle wynosił do domu. Przynajmniej gotować potrafił, bo ci inni… Było kilku takich, co i za dwójkę by się zgodzili zostać, ale jak mi ugotowali coś na próbę, to powiedziałem, że i za darmo ich nie wezmę.

– Powinienem był wybrać inny zawód. – Nemhauser zdumiony pokręcił głową.

– Słuchaj, a może ty pogotujesz? – Jaś spojrzał na niego z nadzieją. – Potrafisz, lubisz. Zapłacę dobrze. Tylko wieczorem, w weekend, okazjonalnie w tygodniu. Potem kogoś znajdę.

– Zwariowałeś! – zirytował się Nemhauser.

Zgodził się trzeciego dnia, po dziesiątym telefonie Jasia i tylko pod warunkiem, że to prowizorka na kilkanaście dni. I jak każda prowizorka – ta też okazała się trwała. Pieniądze z gotowania łatały rodzinny budżet, a on po miesiącu złapał się na tym, że uwielbia tę pracę, kocha ten dreszczyk emocji, który pojawia się, gdy schodzą się ludzie, zamówienia pojawiają się jedno za drugim, a on musi to wszystko opanować i wydać jednocześnie kilkanaście dań.

– Co to za emocje? U siebie w robocie masz emocje! – skwitował jego „przyznanie się do winy” Jasiu.

Jasiu uważał, że w roli komisarza Nemhauser dokonuje cudów i codziennie naraża życie. Nie był zainteresowany prawdą o wypełnianiu papierków. Tymczasem w porównaniu z prawidłowym pisaniem raportów przygotowanie naraz dwóch steków średnio wysmażonych, porcji placków i sałatki było dla Nemhausera prawdziwym wyzwaniem. Przestał więc dopytywać się Jasia, kiedy znajdzie kucharza z prawdziwego zdarzenia. Jaś też nie podejmował tematu.

Jana Krasickiego, od zawsze i przez wszystkich zwanego po prostu Jasiem, Nemhauser uważał za najlepszego przyjaciela zaraz po Mariu. Jasiu z dumą nosił długie wąsy i łysinę i nie przejmował się tym, że wyglądał na znacznie starszego od Nemhausera, mimo że studiowali na jednym roku. Nemhauser zawsze się zastanawiał, po jakie licho Jasiowi była ta historia. Jego rodzice prowadzili wielki zajazd i restaurację przy gierkówce za Częstochową i Jaś miał objąć rodzinny interes. Dyplom magistra historii nie był mu do niczego potrzebny. Niestety, Jasiu nienawidził gotowania, widział się raczej w roli naukowca, badacza dawnych dziejów, i od lat przymierzał się do naukowej dysertacji o ciemnych sprawach dawnej Warszawy. Ta praca miała mu przynieść sławę, pieniądze i wreszcie uwolnić od mozołu prowadzenia restauracji. Rodzicom nie podobała się pasja syna, ale poszli na kompromis. Pożyczyli mu, jak mówił, parę groszy na otwarcie knajpy w Warszawie, a w zamian dostali obietnicę, że za kilka lat wróci, ustatkuje się i przejmie zajazd, oraz drugą, bardziej zawoalowaną, że pomyśli o ożenku i płodzeniu wnuków. Nemhauser nie był przekonany, czy Jaś kiedykolwiek będzie skłonny wrócić do zajazdu i podawać golonkę kierowcom tirów – nawet jeśli oznaczałoby to zarabianie góry pieniędzy. A drugiej obietnicy Jaś nie mógłby dotrzymać z prostego powodu – zdecydowanie wolał chłopców, czego nie powiedział rodzicom, zawsze odkładał to na później, czekał na sprzyjający moment, który nigdy nie nadchodził. Niedwuznacznie dał to wiele lat temu, jeszcze na studiach, do zrozumienia Nemhauserowi, który z przerażeniem stwierdził, że jego najlepszy kumpel się w nim zadurzył. Potem odbyli długą rozmowę, podczas której Nemhauser wiele razy powtórzył, że niestety nie podziela uczuć Jasia, ale nadal chętnie będzie się z nim przyjaźnić, i Jaś to zaakceptował. To było dwanaście lat temu.

Nemhauser często mówił, że nie wie, jak będzie z pracą u Jasia, ale dobrze wiedział, że nigdy jej nie rzuci. Za kilka wieczorów w tygodniu zarabiał więcej niż na etacie w policji. Zanim zaczął gotować, ledwo zipali na jego policyjnej pensji. Bez Jasia, któremu imponowała jego kariera w policji, musiałby podjąć męską decyzję i znaleźć jakąś pracę za prawdziwe pieniądze. Musiał przyznać sam przed sobą, że sytuacja jest podejrzana. Policjant kucharzący na czarno po godzinach? Wątpił, czy udałoby mu się obronić swoje racje przed policyjną komisją dyscyplinarną. Lojalności Jasia był pewien, gorzej z innymi. Bał się, czy ktoś z gości lokalu nie skojarzy, gdzie ma swój pierwszy etat. Dlatego jak ognia unikał kamer i dziennikarzy pytających o wyniki śledztw, ale przecież mógł mignąć gdzieś w kadrze i ktoś to mógł zobaczyć.

Jasiu rozumiał sytuację i na początku współpracy przedstawił mu deal:

– Zatrudnię same Ukrainki, one nic nie rozumieją, prasy nie czytają, za to po polsku mówią, pomogą i zrobią, co chcesz, bez pytań.

Kiedy zobaczył, że Nemhauser dusi się ze śmiechu, nadął się i zakończył:

– No, na takie rzeczy to nie licz, zresztą bym ci nie życzył.

Nemhauser nie skarżył się na współpracowniczki.

Wszystkie trzy wyglądały tak samo i zlewały mu się w jedną Ukrainkę. Szybko zrozumiały zasady i świetnie mu się z nimi pracowało. W tygodniu karta ograniczała się do sandwiczów i zup, na które wpadali pracownicy biur. Nie przekraczało to możliwości Ukrainek. A w weekendy przychodził Nemhauser.

Oficjalnym szefem kuchni był oczywiście Jasiu. Miał papiery kucharza, ukończoną szkołę gastronomiczną i dobre chęci, ale to było wszystko. Gotował fatalnie. Kiedyś Nemhauser zapytał go, dlaczego skończył to technikum gastronomiczne, skoro tak nie lubi gotować i aż tak mu to nie idzie, a wtedy Jasiu z rozbrajającą szczerością odparł, że rodzice postawili to jako warunek studiów, a potem spadku.

Założył fartuch i rozejrzał się po kuchni.

– Co dzisiaj mamy? – zastanowił się szybko. – Wtorek. A więc placki ziemniaczane z grillowanymi warzywami.

Irina powiedziała, że na sali jest kilka osób. Jasiu donosił im drinki. Nemhauser wiedział jednak, że ruch zacznie się najwcześniej za godzinę.

– Do roboty! – Klasnął w dłonie.

Julia i Irina przygotowały już wielki gar ze startymi ziemniakami. To właśnie było cudowne. W domu musiał całą brudną robotę zrobić sam, a na dodatek posprzątać pobojowisko, gdy kończył, co nigdy mu nie wychodziło. Tutaj nie musiał się martwić drobiazgami. Zaczął dorzucać dodatki. Jajka, czosnek, imbir, cebulę, startą cukinię i garam masalę. Tak, to była tajemnica jego sukcesu. Jedyne takie placki w Warszawie – nie dość że z ręcznie tartych ziemniaków, to jeszcze doprawione wschodnimi przyprawami. Delikatnie, żeby nie przesadzić.

Jasiu nie narzekał na brak gości.

– Robimy kokosy – powtarzał.

Cztery placki z kilkoma grillowanymi warzywami sprzedawał za 25 złotych, a w weekendy i tak miał tłumy chętnych. Bezustannie powtarzał też, że Nemhauser marnuje się w policji i powinien na pełen etat pracować w gastronomii. Nemhauser nie wiedział, czy o popularności U Czarnego Tadka zadecydowała kuchnia, czy też zręcznie odtworzona atmosfera szemranego przedwojennego szynku. Sam zasugerował wywieszenie kopii starych listów gończych i ustawienie zdobytych na targu staroci przedwojennych flaszek po wódce i kieliszków, które teraz pyszniły się na starych drewnianych półkach, też z bazaru na Kole. A może to opowieści o patronie tego przybytku, Czarnym Tadku, legendarnym warszawskim nożowniku, które Jasiu serwował klientom? Nemhauser najbardziej lubił tę o pojedynku między policją a Czarnym Tadkiem. Niemal ze wzruszeniem słuchał historii przedwojennego łotra ściganego przez policję wiele lat. Za barem pyszniła się oprawiona strona z przedwojennego „Kuriera Warszawskiego” z nagłówkiem „Nożownik schwytany”.

Historia Czarnego Tadka zakończyła się pewnego lipcowego wieczoru 1929 roku, gdy przodownik policji Wincenty Rostowski zauważył Tadka pijącego w szynku, gdzie – jak donieśli szpicle – pracowała jego ukochana. Nie wezwał posiłków, chciał sam pojmać bandytę i przejść do historii. Skradał się z przygotowanym do strzału rewolwerem, ale zapomniał, że Czarny Tadek jest obdarzony fenomenalnym wręcz słuchem.

Nóż rzucony przez Tadka trafił policjanta w bark. Niestety, to że Tadek chybił, że nie wcelował jak zawsze w serce, zadecydowało o jego klęsce. Krwawiący przodownik wybiegł na ulicę, przeraźliwie gwiżdżąc. Czarny Tadek wymknął się tylnym wyjściem, ale tam już czekało dwóch tajnych wywiadowców. Jeden zginął od noża, nim zdążył zareagować, drugi, nim padł, postrzelił bandytę w nogę. Tadek, utykając, uciekał Powązkowską, a za nim zdążali policjanci. Trafił jeszcze dwóch. Kiedy go wreszcie otoczyli, nie miał już czym rzucać, i leżał w kałuży krwi, ciężko dysząc. Wachmistrz zaproponował, żeby się poddał, ale Tadek nadludzkim wysiłkiem wstał i rzucił się na niego z ostatnim nożem schowanym w trzewiku. Wachmistrz w obronie własnej musiał go zastrzelić.

Nemhauser nigdy nie uwierzył w tę wersję i Mario przyznał mu rację.

– Zabił im kumpli, to go rozwalili, a nóż podłożyli. Normalka. A co robić z takim? Pewnie by sobie wynajął prawnika i wyszedł po paru latach.

5

Był niewyspany i zły. Nienawidził poranków. Poranków, kiedy musiał walczyć z dziećmi, które nie miały zamiaru się ubierać, tylko oglądać bajki, i z Paulą, która chciała coś z nim ustalić, jakby to nie mogło poczekać. Poranków, kiedy nieprzytomny marzył, żeby wszyscy dali mu spokój. Poranków, kiedy półprzytomny wsiadał do samochodu. Nienawidził też kretynów, którzy stali przed skrzyżowaniem i chcieli skręcić w prawo, ale czekali na zielone światło. Trąbił na nich i przeganiał z drogi, wygrażając pięściami i wyzywając w duchu od palantów.

Nie miał pojęcia, jakim cudem udało mu się w końcu zapakować chłopaków do samochodu, podrzucić ich do przedszkola na Nowolipiu, przejechać przez absurdalnie zakorkowane rondo Babka i wrócić po Paulę, która musiała dotrzeć na Żoliborz i zapytała, czy może ją zawieźć. Po drodze zdążyli się jeszcze pokłócić o to, kiedy ona wreszcie zrobi prawo jazdy, bo on czuje się jak wielki autobus i za chwilę oszaleje.

Wpadł do pracy jak zwykle spóźniony. Gnał po dwa schodki, zastanawiając się, czy pałac Mostowskich, tak ładnie odmalowany z zewnątrz, kiedykolwiek zacznie wyglądać dobrze w środku. Doszedł do wniosku, że nie. W końcu od wewnątrz oglądali go tylko policjanci i zatrzymani. Ani dla jednych, ani dla drugich nie warto było wyrzucać tyle pieniędzy.

Wpadł do pokoju tylko po to, żeby rzucić plecak na swoje rozchybotane krzesło.

– Wiem, idę przecież – mruknął, kiedy Mario złapał go spojrzeniem.

Wyjął z plecaka teczkę z raportem i znowu przeskakując po dwa stopnie, pobiegł do gabinetu Konsula.

Na samym początku pracy zapytał Maria, skąd ta ksywa. Mario tylko się uśmiechnął i rzucił: „Sam zrozumiesz”.

Domyślił się od razu. Konsul miał wszelkie warunki, by pozować do popiersi rzymskich cezarów. Szlachetny profil, który mógłby zostać wybity na monecie, klasyczny nos, gęste włosy siwiejące na skroniach, jakich pozazdrościłby mu George Clooney. Z niewyjaśnionych przyczyn Konsul pragnął uchodzić za brytyjskiego arystokratę i nawet nieźle mu szło. W brązowej sztruksowej marynarce z łatami na łokciach, starannie dobranej kamizelce i wzorzystej apaszce wydawał się wyrwany z angielskiego klubu dla dżentelmenów. Dużo czasu upłynęło, zanim Nemhauser zorientował się, że pod wzbudzającą zaufanie powierzchownością kryje się bezwzględny gracz.

– A co myślałeś? Że dlaczego on wciąż jest szefem? Bo ma ładną marynarkę? – zdziwił się Mario.

Konsul budził przerażenie u podwładnych, chociaż nikt nigdy nie słyszał, by podniósł głos. Potrafił jednak zapewnić sobie posłuch, a po korytarzach krążyły legendy o jego wszechmocy. Nemhauser przychylał się do opinii, że te opowieści były w połowie wymyślane przez Konsula.

– Widzisz, chłopie, mnie martwi ta druga połowa – odparł Mario, kiedy Nemhauser podzielił się z nim swoimi wątpliwościami.

Opowiedział, że miał kumpla, Ryśka, który pracował z nim trzy lata, a teraz jest komendantem dwuosobowego posterunku w Suchej Woli.

– Za co poleciał? – zainteresował się Nemhauser.

– Chciał być za sprytny i obejść Konsula. Wymyślił, że pójdzie oczko wyżej i zgłosi, że ma naciski w śledztwie. Pamiętasz sprawę Floriana?

– Jasne. Zrobił się z tego niezły szum. Facet wyleciał samochodem z drogi i skasował przystanek. Chyba kilka osób było rannych, jedna zabita.

– Właśnie. A pamiętasz, co się z nim stało?

– Z tym Florianem? To był jakiś gówniarz.

– Ważny gówniarz, tata bywa na turniejach golfowych, jest prezesem Modern Banku. Zbigniew Florian. Kojarzysz gościa?

– Aha, chciał zamknąć sprawę?