Granat poproszę - Olga Rudnicka - ebook
lub
Opis

Kiedy wszystko wali się na głowę, można zrobić tylko jedno – wziąć sprawy w swoje ręce!

Emilia Przecinek – ma trzydzieści dziewięć lat, sto pięćdziesiąt sześć i pół centymetra wzrostu oraz prawie dziesięć kilogramów nadwagi. Jest znaną autorką powieści romantycznych, a także matką dwojga nastoletnich dzieci i przykładną małżonką Cezarego, który postanawia zostać szczęśliwym mężem innej kobiety. Nie dość, że młodszej, to jeszcze wyższej, co szczególnie boli Emilię. 

Los nie sprzyja przyszłej rozwódce. Bank domaga się spłaty kredytu, kochanka męża zostaje znaleziona martwa, a rodzina, mimo że daje Emilii niepodważalne alibi, zdaje się nie wierzyć w jej niewinność. Jej reputacja zawodowa zaczyna się walić, a w dodatku mąż jest poszukiwany za defraudację. To zdecydowanie dużo za dużo jak na jedną małą kobietkę. 

Czyżby?

Olga Rudnicka (ur. 1988) – znana autorka powieści sensacyjnych „Natalii 5”, „Cichy wielbiciel”, „Były sobie świnki trzy” i wielu, wielu innych. Miłośniczka zwierząt, natury i dobrego jedzenia. Kocha jazdę konną i dobrą książkę. Nigdy nie polubi kawy i hipokryzji. Zawsze będzie podążać za swoimi marzeniami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 387

Popularność


Copyright © Olga Rudnicka, 2016

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce

© PelageyaKlubnikina/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-784-6

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Siedząca przy oknie kobieta zastanawiała się, jak to się dzieje, że jedyną częścią ciała człowieka, która z wiekiem się nie zużywa, jest dupa. I nie, nie miała na myśli nic zdrożnego. Zdaniem Emilii Przecinek, lat trzydzieści dziewięć, wzrostu sto pięćdziesiąt sześć i pół centymetra, człowiek średnio raz w tygodniu dostaje od życia kopniaka w dupę i nadal na niej siedzi.

Może to nie kwestia zużywalności, lecz regeneracji, myślała. Może dupa działa jak wątroba. Fenomen regeneracji wątroby został przez fachową literaturę szczegółowo opisany wzdłuż, wszerz, a nawet w poprzek, a dupa w literaturze pomijana jest wstydliwym milczeniem.

Emilia na ogół nie miała skłonności do tego typu dywagacji. Nie interesowała jej numerologia, kosmologia ani natura czarnych dziur. Swój kreatywny umysł zwracała ku istotniejszym kwestiom, takim jak wychowanie dzieci, powstrzymanie się od zabójstwa własnej matki, ukończenie książki w terminie. Wszakże dzisiejszy poranek zmusił ją do refleksji innego rodzaju.

Wstała dość późno, około dziewiątej, ale była to wina Pelagii, która do późnej nocy wspominała swoją młodość. Pelagia, rzecz jasna, nie istnieje. To babcia Filomeny, jej głównej bohaterki romantycznej, która ma spory problem z wyborem mężczyzny swojego życia. Oczywiście Filomena też nie istnieje. Co nie zmienia faktu, że Emilia przez pół nocy użerała się z dwiema zmyślonymi kobietami jak z przysłowiowymi przekupami. Babci Pelasi usta się nie zamykały, Filomena próbowała wyłowić z tego coś użytecznego, a Emilia ledwo nadążała z zapisywaniem ludowych mądrości.

Dochodziła dziesiąta, a tyłek Emilii zarobił już całą serię ciosów od losu. Pisarka zastanawiała się, jak to jest, że to, co nazywamy losem, to tak naprawdę grupa otaczających cię osób, które za wszelką cenę próbują wpędzić cię do grobu.

W łazience znalazła test ciążowy. Ona sama testu nie kupowała i nie używała, bo z doświadczenia wiedziała, że aby zajść w ciążę, trzeba sypiać z jakimś mężczyzną, na przykład z własnym mężem. Z cudzym też można, chociaż się nie powinno. Rzecz w tym, że Emilia nie sypiała z żadnym mężem – ani własnym, ani cudzym, ani bezpańskim. Jedyną kobietą w tym domu poza samą Emilią była Kropka, jej szesnastoletnia córka, która nie miała męża, a nawet chłopaka. Przynajmniej do dziś tak właśnie sądziła jej matka.

Wynik testu na szczęście był negatywny, jednak o samej konieczności jego wykonania trzeba porozmawiać z córką.

Emilia nadal była w fazie oszołomienia, gdy zadzwonił do niej przebywający w delegacji małżonek, by ją poinformować o trzech rzeczach. Po pierwsze – delegacje, na które jakoby jeździł od roku, nie miały miejsca. Po drugie – owe rzekome delegacje spędzał ze wspaniałą kobietą, która miała lat dwadzieścia osiem i sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Tego ostatniego mógł teraźniejszej małżonce oszczędzić. Po trzecie – uważał, że honor nakazuje mu ożenić się z przyszłą matką swojego dziecka, która wprawdzie chwilowo dziecka się nie spodziewa, ale Cezary miał nadzieję to zmienić. Fakt, iż najpierw należałoby rozwieść się z obecną żoną, pokrył pełnym wyczekiwania milczeniem. Emilia również milczała, a po chwili się rozłączyła. Uznała, że ma do przemyślenia pilniejsze sprawy niż życie seksualne swojej córki.

Telefon od wychowawczyni syna z informacją, że pan dyrektor chciałby porozmawiać o relegacji jej krnąbrnej latorośli ze szkoły, już jakoś nie wyprowadził Emilii z równowagi. Przyjęła wiadomość raczej obojętnie i oświadczyła, że oddzwoni, jak tylko porozmawia z dzieckiem o zaistniałej sytuacji.

Kiedy telefon zadzwonił po raz trzeci, po prostu podniosła go do ucha. Uznała, że jak się nie przedstawi, może los ją oszczędzi.

– Emilko, przejrzałam te dwa rozdziały, które mi przesłałaś. Są zajebiste. To będzie hit! – entuzjazmowała się jej agentka, Wieśka, lat czterdzieści osiem, wzrost sto sześćdziesiąt dziewięć. – Bohaterka jest przecudowna! Ale babcia Pelagia musi zniknąć.

– Dlaczego? – zdumiała się niebotycznie autorka kolejnej powieści romantycznej, którą zamierzała stworzyć. Babcia Pelagia stanowiła oparcie całej rodziny. Nie może tak po prostu umrzeć. – Przecież ona ma dopiero siedemdziesiąt dwa lata! – zaprotestowała.

– Emilko, babcia Pelagia nie istnieje. Nie musisz jej zabijać. Po prostu ją wykasuj.

– Ale dlaczego? – zapytała bezradnie.

– Jest niekompatybilna z oczekiwaniami naszych czytelników – wyjaśniła krótko Wieśka.

Emilia rozłączyła się bez słowa. Niekompatybilna. Ciekawe sformułowanie. Zdaje się, że ona sama była niekompatybilna ze swoim mężem, Cezarym Przecinkiem, lat czterdzieści dwa, sto osiemdziesiąt pięć wzrostu.

Emilia miała wiele wad. Niektóre były irytujące dla otoczenia. Choćby ten nawyk charakteryzowania otaczających ją osób w centymetrach. Do tego mierzyła wszystkich wzdłuż, a nie wszerz, czego efektem było dziesięć kilogramów nadwagi, do której zwykle nie przywiązywała wagi. Ale jej mąż podchodził do tego zagadnienia inaczej i wymienił ją na kogoś o niższym wskaźniku BMI, pomyślała, schodząc z wagi, na którą weszła w rozterce, sama nie wiedząc po co. W tej chwili nadwaga nie była największym problemem do rozwiązania.

Czy dziesięć kilogramów nadwagi dla kogoś przy moim wzroście to jeszcze nadwaga czy już otyłość? – zapytała samą siebie w lustrze.

Lustro na szczęście było zaparowane, nie widziała więc siebie zbyt dokładnie. Może i dobrze. Agentka wmawiała jej, że kobiety w średnim wieku powinny się z nią utożsamiać, dlatego ma wyglądać jak zwykła kobieta, a nie Miss Filipin.

Co Wieśka mogła wiedzieć o zwykłych kobietach, zżymała się w duchu Emilia. Agentka miała czterdzieści osiem lat, a wyglądała na dziesięć mniej. Jej facet zaś skończył trzydzieści pięć i pisarka podejrzewała, że niedługo zostanie wymieniony na kolejny model, młodszy, nie starszy.

Może i dla niej nadszedł czas zmiany?

Przetarła lustro, ale tylko część pokazującą twarz.

Twarz nie była zła. Zmarszczki nie za bardzo widać, jak to u pyzatych często bywa. Podbródek jej nie wisiał, skóra na szyi wyglądała na napiętą. Nie wiadomo, co będzie, jak schudnie. Bo Emilia postanowiła wreszcie zrzucić nadmiar kilogramów. Już nie dla męża, lecz dla siebie. Nie miała zamiaru stać się godną politowania porzuconą żoną przed czterdziestką, otyłą, z włosami jak strąki i nieregularnie depilowanymi brwiami. Postanowiła natomiast zostać singielką z odzysku. Z tego, co zdołała zaobserwować w mediach, różnica między tymi dwoma typami kobiet liczy się w kilogramach.

Podświadomie zdawała sobie sprawę, że przygnieciona ogromem nieszczęścia, jakie na nią spadło, szuka tematów zastępczych, jak ma to w zwyczaju nasz rząd, który za każdym razem, gdy dzieje się coś, z czym sobie nie radzi, natychmiast dobiera się do macicy kobiety, majstrując przy ustawie aborcyjnej, by odwrócić uwagę społeczeństwa od problemów gospodarczych.

Owinęła się ręcznikiem i pomaszerowała do kuchni. Wyjęła z zamrażalnika resztkę lodów. Ostatni raz, pomyślała, sięgając po łyżkę. Przecież nie wyrzucę, usprawiedliwiała się, biorąc do ręki pojemnik ze śmietaną w sprayu. Wyrwała kartkę z kalendarza i zaczęła sporządzać listę rzeczy do zrobienia.

1. Pamiętać o terminie!

Cokolwiek by się działo, wydawca musi dostać nową powieść na czas. W przeciwnym wypadku niesłowna autorka już nigdy nie zobaczy na oczy żadnej zaliczki.

2. Znaleźć prawnika.

Na rozwodach kompletnie się nie znała. Wszystkie jej bohaterki na końcu książki szczęśliwie wychodziły za mąż.

3. Schudnąć.

Zdrowe żywienie nie było jej mocną stroną. Trzeba będzie pogadać z Kropką. Jest nastolatką, o odchudzaniu wie wszystko. O antykoncepcji mniej, bo inaczej nie potrzebowałaby testu ciążowego.

4. Powiadomić dzieci o rozwodzie.

Hm… Może powinna poprosić kogoś o pomoc? Jakiegoś psychologa? Kto wie, jak dzieci to przyjmą? A jeśli zaczną pić i ćpać? Seks już uprawiają. Przynajmniej jedno z nich.

5. Mieszkanie.

No właśnie, co z mieszkaniem? Mieszkanie było wspólne. Tak samo jak kredyt, który w dalszym ciągu spłacali. Ups… Ogarnęło ją złe przeczucie. Bardzo, bardzo złe. Emilia na ogół wierzyła swojej intuicji, choć ta w sprawie Cezarego była równie ślepa, jak jej posiadaczka. Przynajmniej obie miały nauczkę. Idealny mąż nie istnieje.

6. Lista jest za krótka?

Emilia miała świadomość, że czeka ją o wiele więcej wyzwań i spraw do załatwienia. Ale o tym, że zostanie rozwódką, dowiedziała się zaledwie przed godziną. Nie mogła oczekiwać od siebie większej inwencji tak od razu. Nie w tych okolicznościach.

7. Zrobić obiad.

Vita manet. Życie trwa. Tak, musi się zachowywać naturalnie, żeby dzieci nie straciły poczucia bezpieczeństwa. Domowy obiad to podstawa.

Emilia postanowiła rozpocząć realizację zadań od końca. Mianowicie od obiadu. Zrobiła więc to, co zwykła czynić w podobnych sytuacjach. Otworzyła szufladę i wyjęła plik ulotek z pobliskich pizzerii. Już miała zacząć je przeglądać w poszukiwaniu czegoś, na co będzie miała ochotę, gdy przyszedł jej do głowy jeszcze jeden punkt do listy.

8. Dowiedzieć się, kim jest ta kobieta.

Ale czy ktoś, kto kupuje buty w sklepach z obuwiem dla dzieci, może rywalizować z kimś o wzroście modelki? Nie może. Westchnęła ciężko i nad kropką zrobiła wykrzyknik ze znakiem zapytania. Dawid pokonał Goliata. Może i jej się uda. Tylko po co? Oszołomiona Emilia uprzytomniła sobie, że wprawdzie jest porzuconą żoną nie dłużej niż godzinę, ale męża właściwie już nie chciała. Resztek zbierać nie będzie. Ani po swoim małżeństwie, ani po innej kobiecie. Jednakże nie byłaby sobą, gdyby zostawiła sprawy własnemu biegowi.

Musi poznać ową niszczycielkę cudzego szczęścia, tego Conana Barbarzyńcę w spódnicy i piętnastocentymetrowych szpilkach, których ona sama nie mogła nosić, bo wyglądała jak mała dziewczynka w butach własnej matki. Na pewno jest blondynką, pomyślała, patrząc z goryczą na obracający się w mikrofalówce talerz.

Kropeczek ze zgrozą spoglądał na pobojowisko w kuchni. Na stole stała na pół opróżniona butelka whisky, na podłodze walała się pusta butelka po coli. Pudełko po pizzy wystawało z kosza na śmieci, stojącego pod ścianą. Wolał nie wnikać, jak się tam znalazł, powinien być w kuchennej szafce pod zlewozmywakiem. Z otwartej lodówki buchało chłodem, z przewróconej butelki z ke­tchupem wyciekał sos, tworząc gęstą plamę na jasnych płytkach. Wszędzie leżały porozrzucane zdjęcia, niektóre pocięte. Matki nie było.

Rozgardiasz nie wyglądał na włamanie, lecz normalny zdecydowanie nie był. Matka za bardzo nie kochała porządku, ale takiego syfu to nawet ona by nie zdzierżyła. Dlatego nie wchodziła do jego pokoju, nie chcąc narażać na szwank swojego poczucia estetyki ani zmysłu powonienia.

– Co tu się stało? – Zdumiona Kropka stanęła jak wryta w progu.

– Pojęcia nie mam – odparł Kropeczek, nazywany tak przez przyjaciółki Kropki. Jego siostra naprawdę miała na imię Krystyna, ale gdy skończyła cztery lata, sama siebie nazwała Kropką i tak już pozostało.

Kropeczek, który na chrzcie otrzymał imię Klemens, po dziadku, ksywkę przyjął z mieszanymi uczuciami. Nadal nie wiedział, czy lepiej być Kropeczkiem czy Klemensem, dlatego używał drugiego imienia – Stanisław. Bycie Stasiem też nie rozwiązywało jego życiowego problemu, ale jak się ma wyrodnych rodziców, którzy niewinne dziec­ko obarczają takim brzemieniem, to ksywka „Kropeczek” nie jest najgorszą rzeczą, jaka może się człowiekowi przydarzyć.

– Gdzie matka?

Wzruszył ramionami, głośno nie komentując głupoty pytania. Weszli do domu razem, bałagan w kuchni dostrzegł trzydzieści sekund wcześniej niż siostra. Skąd, do cholery, miał wiedzieć coś więcej niż ona? Ślepa przecież nie była. Miała przed oczami dokładnie ten sam widok, co brat.

– Jak zwykle – burknęła, przechodząc z kuchni do pokoju.

Rano, gdy wychodzili z domu, została na miejscu mama. Jeśli nie włamał się tu jakiś popapraniec, który pożarł pizzę i wypił ojcu whisky, to sprawczynią obecnego chaosu musiała być matka. Kropka miała nadzieję, że to nie jest wstęp do kolejnej książki. Ostatnia bohaterka została wdową w bardzo młodym wieku. Nieszczęśliwą wdową.

Kropka miała już prawie szesnaście lat i w swoim mniemaniu wiedziała co nieco o życiu. W niektórych przypadkach wdowieństwo mogło być szczęśliwym darem losu. Jeśli dziadek Alojz był takim łajdakiem, jak opowiadała babcia Adela, to była ona przykładem na potwierdzenie tezy, że wdowieństwo może być początkiem nowego, lepszego życia.

Nieszczęśliwa wdowa o jakimś dziwnym imieniu, wymyślona przez matkę, pogrążyła się w depresji tak głębokiej, że jej kreatorka, czyli prywatna matka Kropki, przez tydzień krążyła po mieszkaniu ze spuchniętymi oczami, czerwonym nosem i paczkami chusteczek higienicznych w kieszeniach szlafroka, którego nie zdejmowała od rana do wieczora. Jeśli to kolejna kobieca postać, jakaś nieszczęśnica porzucona przez męża i z tęsknoty nadużywająca alkoholu, to czeka ich ciężki okres.

– Ja smerdolę, jak by powiedziała Lisey – zaklęła, gdy wreszcie znalazła szanowną rodzicielkę.

Jako wielbicielka twórczości Stephena Kinga Kropka lubiła od czasu do czasu zacytować słowa niektórych z jego bohaterów. Doskonale podkreślały istotę sytuacji i oddawały jej, Kropki, stan emocjonalny, bez potrzeby uciekania się do wulgaryzmów, które dziewczynę zdecydowanie raziły, zarówno we własnych ustach, jak i w cudzych. Widok rodzonej matki, klęczącej przy łóżku z twarzą wciśniętą w poduszkę, rozrzuconymi po bokach rękami i strużką śliny spływającą z ust, nie był tym, z czym większość nastolatków miała na co dzień do czynienia.

– Co jest? – W wejściu do sypialni zmaterializował się Kropeczek. – Żyje?! – zaniepokoił się, gdy zobaczył, w jakim stanie znajduje się rodzicielka.

– Jest pijana – powiedziała ze zgrozą Kropka.

– Przecież ona nie pije.

– Tym razem jakoś jej się udało – zauważyła z przekąsem siostra.

– Wychlała ojcu whisky? – Kropeczek w dalszym ciągu trwał w stanie oszołomienia.

– Pożarła pizzę, wypiła whisky, wytrąbiła colę… – Dziewczyna kolejno wyliczała przewinienia matki. – Trzeba dzwonić po babcię – zadecydowała.

– Którą? – Kropeczek domagał się uściślenia.

Pokazywanie rodzicielki w tym stanie jej matce mogło skutkować bezterminowym szlabanem. Babcia Adela wypominałaby to córce do końca życia. Babcia skończyła siedemdziesiąt dwa lata, więc zapewne potrwałoby to krócej niż wypominanie im obojgu donosicielstwa przez rodzoną matkę, która miała dopiero trzydzieści dziewięć lat i na tamten świat zdecydowanie się nie wybierała. Babcia Jadzia zaś była matką ich ojca, a mimo że obie miały całkiem dobre relacje, donoszenie teściowej na synową mogło się źle skończyć.

– Hm…

Kropka nie była głupia. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że którąkolwiek babcię wybiorą, to ich spokojne życie stanie pod znakiem zapytania, gdy tylko matka dojdzie do siebie i dowie się, co zrobili. Babcia Adela kochała się wtrącać. Jeśli do niej zadzwonią, potraktuje to jako zaproszenie do komenderowania ich życiem, a ojciec tego nie zdzierży. Babcia Jadzia była zdecydowanie lepszym wyborem. Uwielbiała Emilię. Oczywiście nie stało się tak od razu. Babcia Jadzia była jędzowata i na synową upatrzyła sobie Jolkę spod piętnastki, jak jej się zdarzało wspominać przy każdej okazji. Wybrankę syna pokochała miłością prawdziwą i jedyną w swoim rodzaju dopiero po sukcesie pierwszej książki Emilii. Dotarło do niej wtedy, że lepiej mówić, iż synowa jest sławną pisarką niż agentką ubezpieczeniową. Agentów mamy w kraju na pęczki i nikt nie przeprowadza z nimi wywiadów w telewizji.

Odkąd Emilia stała się numerem jeden dla swojej teściowej, ich życie rodzinne uległo zdecydowanej poprawie. Mama przestała obgryzać paznokcie przed każdą wizytą babci Jadzi i ścierać kurz nawet tam, gdzie go nie było. Po sukcesie Emilii jej teściowa również swojego syna zaczęła traktować z pewną pobłażliwością, nie uważając go już za totalnego nieudacznika, który zmarnował jej życie podobnie jak jego ojciec, czyli dziadek Jan. Wnuki go nie znały, albowiem uciekł od swojej żony, gdy jego syn miał cztery latka.

To, że jej jedynak był dobrym prawnikiem, jakoś Jadwidze umykało. Zwłaszcza że nie był adwokatem, notariuszem ani radcą prawnym. Nie miał własnej kancelarii. Pracował w towarzystwie ubezpieczeniowym, a jego zajęcie polegało głównie na tym, by znaleźć dziurę w całym i nie wypłacić odszkodowania.

– Nie mam pojęcia – powiedziała bezradnie Kropka. – Może pomysł z babcią wcale nie jest taki dobry?

– A Wieśka? – zaproponował Kropeczek, równie bezradny jak siostra.

Przez moment żałował, że jego rodzina jest całkiem normalna – nie licząc stanów emocjonalnych matki, gdy tę ogarnęła twórcza wena – i brak mu wiedzy, jak postępować z pijanym rodzicem.

– Wieśka – przytaknęła z entuzjazmem Kropeczka.

Agentka była zachwycona tym faktem.

– Emilka jest pijana? – zapytała z pełną niedowierzania euforią.

– Aha – potwierdziła Kropeczka, u której stan matki zaczynał wywoływać uczucie niesmaku.

– Ale tak trochę czy na maksa?

– Totalnie ubzdryngolona – poinformowała ją chłodno Kropeczka, tym razem czując do tamtej niesmak. Entuzjazm Wieśki był dla dziewczyny absolutnie niezrozumiały.

– Zrób zdjęcie! Zaraz będę! – poleciła jej agentka. – Z daleka i zbliżenie. Postaraj się uchwycić twarz i… Szlag! – zaklęła nagle. – Nic nie rób!

– To co mam robić? – Widząc minę brata, wzruszyła ramionami i przewróciła oczami.

– Nic nie rób. Zaraz u was będę. Zapomnij o zdjęciach! Nie rób ich pod żadnym pozorem, rozumiesz?!

– Rozumiem. – Wprawdzie Kropeczka kompletnie nic nie rozumiała, ale posłusznie obiecała jeszcze raz, że żadnych fotografii nie będzie, a potem się rozłączyła.

– Wieśka już jedzie. To wariatka – poinformowała brata. – Przysięgam, że zostanę księgową. Najnudniejszą na świecie. Pójdę do pracy w urzędzie skarbowym. Nigdy nie będę artystką – zarzekała się. – Artyści są walnięci.

– Może i są walnięci, ale artystą nie zostaje się ot tak. Trzeba mieć talent.

Kropka spojrzała na niego krzywo, po czym wskazała palcem pochrapującą matkę i powiedziała:

– Talent właśnie czeka na wsparcie.

– O co chodzi z tymi fotografiami? – Brat przypomniał sobie krótką odpowiedź siostry. – Chce mieć zdjęcie na pamiątkę?

– Najpierw chce, potem nie chce. Nic z tego nie rozumiem. Mówiłam ci, artyści! – westchnęła.

Wieśka pędziła przez miasto z szybkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Nie odważyła się przekroczyć dozwolonej prędkości o więcej niż dziesięć kilometrów. Nie po tym, jak zmieniły się przepisy i prócz wlepiania mandatów mogli zabierać prawo jazdy. Miała nadzieję, że dzieciaki nie zrobiły żadnych fotografii, które potem chciałyby wrzucić na fejsa. Gdyby nie botoks, plułaby sobie w brodę, że sama podsunęła im pomysł uwiecznienia matki. Późniejszy zakaz mógł nie podziałać. Zadziałała automatycznie, w myśl zasady, że nieważne, co o tobie mówią i piszą, ważne, że to robią. Dopiero po chwili dotarło do niej, że długo pracowały na wizerunek normalnej kobiety, by czytelniczki mogły się z nią utożsamiać. Widok pijanej autorki raczej by zniechęcił fanki Emilii do kupowania jej książek.

Gdyby Emilia była odważniejsza i bardziej wyzwolona, grono jej czytelniczek z pewnością by się powiększyło. Ale co zrobić, jeśli pisarka swoim bohaterom w noc poślubną zawsze gasi światło?

– Gdzie ona jest? – zażądała odpowiedzi, gdy tylko wtargnęła do dwupoziomowego mieszkania, które Przecinkowie mieli spłacać jeszcze ze dwadzieścia lat.

– Tam. – Kropeczka wskazała palcem drzwi pokoju, nie odrywając wzroku od śnieżnobiałej garsonki agentki matki.

Złote dodatki i szpilki na niebotycznie wysokim obcasie wprawiły nastolatkę w pełne zdumienia uznanie. Ona sama nosiła najwyżej koturny. Może do takich szpilek trzeba dorosnąć? Piętnaście centymetrów jak nic, a tamta nawet się nie chwiała, gdy biegła do sypialni.

– Matko Boska! – wykrzyknęła Wieśka ze zgrozą, a była ateistką.

Jej oczom ukazał się tyłek Emilii w szarych dresach i gołe stopy, które aż prosiły się o pedikiur. Dziwne posapywanie połączone z poświstywaniem musiało być chrapaniem. Wieśka sama miała ten problem, ale czegoś tak obrzydliwego jeszcze nie słyszała. Podeszła bliżej i skrzywiła się z niesmakiem. Strużka śliny wypływająca z ust jej ulubionej autorki co pewien czas zamieniała się w bańkę, która pękała z ohydnym plaśnięciem. Plaśnięcia, rzecz jasna, nie było słychać, ale Wieśka słyszała je równie dobrze, jak stukot odnóży pająków, których się śmiertelnie bała.

– To moja wina – powiedziała, z trudem wydobywając z siebie głos. – Ale kto by przypuszczał, że Emilka tak to przeżyje? – Pociągnęła nosem.

– Jak to twoja wina? – zdenerwował się Kropeczek. – Matka przez ciebie tak się schlała?

– Myślę, że jest w żałobie, lecz pozbycie się babci Pelagii było konieczne. – Chusteczką higieniczną z balsamem, która nie podrażniała skóry, wydobytą z maleńkiej złotej torebki na łańcuszku, otarła kącik oka, gdzie pojawiła się łza współczucia.

Na co dzień Wieśka była twardą kobietą, ale swoich niektórych klientów kochała jak własne dzieci. Przynajmniej sądziła, że gdyby miała dzieci, to właśnie tak by je kochała. Wyznaczałaby im granice, wprowadzała dyscyplinę – dla ich dobra, oczywiście, gdyby jednak powinęła im się noga, traktowałaby każde niepowodzenie z pełną zrozumienia pobłażliwością.

– Kazałaś jej zabić jakąś staruszkę? – Kropeczek aż się zachłysnął.

– Ty idioto! – skarciła go Kropka. – Pewnie chodzi o postać w książce!

– Łapiesz, o co biega, mała – pochwaliła ją Wieśka. – Nie mam nic do babci Pelagii, jednak ludzie nie lubią, kiedy im się przypomina o starości. Myślą, że zawsze będą młodzi i silni, a życie ciągle będzie im dawać nieskończenie wiele szans na szczęście. Babcia Pelagia musiała odejść. Za to Filomena, jej wnuczka, to prawdziwy strzał w dziesiątkę.

– Super. Matka jest w żałobie. Nie mogłaś kazać jej odmłodzić babci Pelagii ze trzydzieści lat albo prowadzić powieść dwuwątkowo? Młodość babci Pelagii przeplatać z Filomeną? – Kropka była zła. Mama tak bardzo identyfikowała się z postaciami, że cud, iż nie miała rozszczepienia osobowości.

– Oklepane. – Wieśka machnęła ręką. – Trzeba coś z nią zrobić. – Wypiłowanym, szponiastym paznokciem wskazała na pogrążoną w pijackim śnie autorkę. Nie zdążyła powiedzieć co, albowiem przerwał jej marsz Radetzkiego wydobywający się z brzucha Kropeczka.

– No co? – obruszył się, gdy obie spojrzały na niego z wyrzutem. – Głodny jestem.

– Zamów pizzę – poleciła mu siostra.

– Nie mam kasy.

– To poszukaj w torebce matki. Zawsze ma jakieś zaskórniaki – poradziła. – Zjesz z nami? – zapytała uprzejmie Wieśkę.

Agentka spojrzała na nią ze zgrozą.

– Pizzę?! Ty wiesz, ile to pustych kalorii?

– Zamów tylko dla nas – zdecydowała Kropka, nie wdając się w dyskusję dotyczącą kalorii. Była młoda, jej kalorie same się spalały. Nie ma co dobijać Wieśki wyjaśnieniami. Nie w tym wieku. Wieku też nie należy wypominać, bo jest im potrzebna. – To co robimy? – Wróciła do przyczyny, dla której ściągnęli tu agentkę.

– Czekamy – zadecydowała Wieśka.

– Na co?

– Aż się obudzi. Myślę, że poczuje się lepiej, jak odeśpi. Potem się nią zaopiekujemy. Będzie miała kaca jak jasna cholera. Babcia Pelagia nie może się równać z bólem głowy, jaki czeka waszą matkę.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI