Grając w miłość - Abbi Glines - ebook
Opis

Kolejna powieść bestsellerowej autorki Abbi Glines!

Grant postanawia zakończyć romans z Nan. Wtedy na jego drodze pojawia się Harlow, dla której traci głowę. Jednak pewna tragedia zmienia mężczyznę, który wpada w wir imprez i alkoholu, zapominając o swojej miłości. Czy opamięta się na czas i nie będzie zbyt późno by ratować gasnące uczucie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Abbi Glines 2014

Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Tytuł oryginalny: Take a Chance

Tłumaczenie: Agata Żbikowska

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Aleksandra Tykarska

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Borkowska

Zdjęcie na okładce: Asia Images/Getty Images

Redaktor prowadząca: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2015

ISBN 978-83-7642-603-7

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Mojemu wujkowi Geraldowi. Dziękuję ci za te wszystkie lata, kiedy zabierałeś nas na plażę, i za lizaki, które zawsze trzymałeś w misce przy drzwiach, gdy przychodziłam cię odwiedzać. A także za wiarę we mnie. Byłeś nieokrzesany i zgryźliwy, ale miałeś wielkie serce. Będę za tobą tęsknić i nigdy cię nie zapomnę.

Prolog

GRANT

Co ja tu ro­bi­łem? O co mi, kur­wa, cho­dzi­ło? Czy było mi aż tak źle? Na­praw­dę? W prze­szło­ści po­tra­fi­łem po pro­stu otrzą­snąć się i iść da­lej. Pie­przy­łem się z Nan­net­te to­wa­rzy­sko przez lata, ale te­raz za­czę­ła pra­gnąć ode mnie cze­goś wię­cej. I po­do­ba­ło mi się to. W ja­kiś spo­sób uda­ło jej się spra­wić, że za­czę­ło mi na niej za­le­żeć. Chcia­łem, żeby mnie po­trze­bo­wa­ła – by­łem aż tak ża­ło­sny. Oj­ciec rzad­ko do mnie dzwo­nił. Mat­ka już daw­no temu uzna­ła, że za­miast syna woli fran­cu­skich mo­de­li.

Mia­łem prze­rą­ba­ne.

Nad­szedł czas, że­bym so­bie od­pu­ścił. Nan po­trze­bo­wa­ła mnie przez ja­kiś czas, gdy czu­ła, że tra­ci swo­je­go bra­ta, Ru­sha, a wraz z nim po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Wszyst­ko przez to, że za­czął nowe ży­cie, miał żonę i dziec­ko. Wpraw­dzie po­wi­tał­by ją z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, ale ona mu­sia­ła za­cho­wy­wać się jak ję­dza. A wy­star­czy­ło tyl­ko za­ak­cep­to­wać żonę Ru­sha, Bla­ire. I to wszyst­ko. Była tak cho­ler­nie upar­ta, że nie chcia­ła tego zro­bić.

Wpa­dła wte­dy w moje ra­mio­na, a ja jak głu­piec otwo­rzy­łem je przed nią. Wy­szedł z tego je­den wiel­ki dra­mat i te­raz mia­łem lek­ko zła­ma­ne ser­ce. Wpraw­dzie Nan wca­le nie ro­ści­ła so­bie do nie­go praw – w każ­dym ra­zie nie do ca­ło­ści – ale uda­ło jej się tra­fić mnie w miej­sce, któ­re­go nikt wcze­śniej nie do­tknął. Po­trze­bo­wa­ła mnie. Nikt inny mnie nie po­trze­bo­wał. To była moja sła­bość.

Nie wie­rzy­cie? Oto sie­dzę w domu ojca Nan, cze­ka­jąc na nią. Znów jej od­bi­ja­ło, a Rush po­sta­no­wił, że wię­cej nie bę­dzie jej ra­to­wał. Od­wie­sił na ko­łek swo­ją we­wnętrz­ną pe­le­ry­nę Su­per­ma­na i zde­cy­do­wał, że nie bę­dzie zno­wu la­tał za sio­strą. Ale ja tego chcia­łem. Cho­ciaż to cho­re, pra­gną­łem być jej bo­ha­te­rem. Kur­na, by­łem mię­cza­kiem.

– Pij, mło­dy. Tego ci te­raz, kur­wa, trze­ba. – Kiro, oj­ciec Nan, wci­snął mi w ręce opróż­nio­ną do po­ło­wy bu­tel­kę te­qu­ili. Był wo­ka­li­stą naj­bar­dziej zna­nej ka­pe­li roc­ko­wej na świe­cie. Slac­ker De­mon grał już dwa­dzie­ścia lat, ale pio­sen­ki ze­spo­łu nie­zmien­nie szy­bo­wa­ły na pierw­sze miej­sca list prze­bo­jów za każ­dym ra­zem, gdy na­gra­li pły­tę.

Chcia­łem od­mó­wić, ale szyb­ko zmie­ni­łem zda­nie. Miał ra­cję. Po­trze­bo­wa­łem się na­pić. Prze­chy­la­jąc bu­tel­kę, sta­ra­łem się nie my­śleć, cze­go wcze­śniej Kiro do­ty­kał usta­mi.

– Je­steś mą­drym chło­pa­kiem, Grant. Nie mogę zro­zu­mieć, po co pa­ku­jesz się w to gów­no z Nan. – Rock­man padł na skó­rza­ną bia­łą ka­na­pę. Miał na so­bie parę ob­ci­słych czar­nych je­an­sów i srebr­ną ko­szu­lę z roz­pię­ty­mi gu­zi­ka­mi. Jego klat­ka pier­sio­wa i ra­mio­na były po­kry­te ta­tu­aża­mi. Ko­bie­ty wciąż za nim sza­la­ły. Nie był przy­stoj­ny – na al­ko­ho­lo­wo-nar­ko­ty­ko­wej die­cie strasz­nie wy­chudł. On po pro­stu był sobą. To się dla nich naj­bar­dziej li­czy­ło.

– Nie chcesz mnie po­słu­chać? Do dia­bła, to moja cór­ka, a na­wet ja za nią nie na­dą­żam. Prze­klę­ta wa­riat­ka, zu­peł­nie jak jej ma­muś­ka – mruk­nął i za­cią­gnął się jo­in­tem.

– Już wy­star­czy, tato. – Z ko­ry­ta­rza do­szedł nas me­lo­dyj­ny głos, któ­ry ostat­nio bar­dzo czę­sto za­kra­dał się w moje sny.

– O, jest i moja có­ru­sia. Wy­szła z po­ko­ju, żeby nas od­wie­dzić. – Kiro uśmiech­nął się do tej cór­ki, któ­rą na­praw­dę ko­chał i któ­rej nie po­rzu­cił. Har­low Man­ning była obłęd­nie pięk­na. W ogó­le nie wy­glą­da­ła na cór­kę gwiaz­do­ra, tyl­ko na nie­win­ną, słod­ką pa­ste­recz­kę. Mia­ła dłu­gie, czar­ne wło­sy i oczy, któ­re spra­wia­ły, że czło­wiek za­po­mi­nał, jak się na­zy­wa.

– Za­sta­na­wia­łam się, czy chcesz zjeść ko­la­cję w domu, czy na mie­ście. – We­szła do po­ko­ju, ce­lo­wo mnie igno­ru­jąc. To tyl­ko spra­wi­ło, że się uśmiech­ną­łem.

Nie lu­bi­ła mnie. Po­zna­łem ją na przy­ję­ciu za­rę­czy­no­wym Ru­sha i Bla­ire, a po­tem roz­ma­wia­li­śmy na we­se­lu. Żad­ne z tych spo­tkań nie skoń­czy­ło się do­brze.

– Chy­ba wyj­dę. Mu­szę tro­chę po­im­pre­zo­wać. Za dłu­go sie­dzia­łem w domu.

– Aha, do­brze. – Przy­się­gam, że jej mięk­ki głos wpra­wiał mnie w stan upo­je­nia.

Kiro spo­chmur­niał.

– Cią­gle tyl­ko sie­dzisz w po­ko­ju z no­sem w książ­kach. Nie czu­jesz się sa­mot­na, ma­lut­ka?

Nie mo­głem ode­rwać wzro­ku od Har­low. Rzad­ko przy­cho­dzi­ła na dół, gdy ich od­wie­dza­łem. Nan była dla niej pod­ła. Na­wet ro­zu­mia­łem, dla­cze­go Nan­net­te nie lubi przy­rod­niej sio­stry. Zże­ra­ła ją za­zdrość. Cho­ciaż to prze­cież nie wina Har­low, że Kiro ją ko­chał, a Nan miał w głę­bo­kim po­wa­ża­niu. Gdy Har­low wcho­dzi­ła do po­ko­ju, od razu ro­bi­ło się ja­śniej. Mia­ła w so­bie ja­kiś nie­wy­tłu­ma­czal­ny spo­kój. Chcia­ło się do niej po­dejść i pró­bo­wać go tro­chę wchło­nąć. Ko­muś tak ego­istycz­ne­mu jak Kiro ła­two mu­sia­ło być ją uwiel­biać. Nan z ko­lei ro­bi­ła wszyst­ko, żeby na­wet nor­mal­ni lu­dzie mie­li pro­blem z po­ko­cha­niem jej. A co do­pie­ro taki Kiro Man­ning.

– Nie, nic mi nie jest. Gdy­byś zo­stał w domu, po­cze­ka­ła­bym i zja­dła z tobą. Ale w ta­kim ra­zie po pro­stu zjem so­bie ka­nap­ki w po­ko­ju.

Kiro po­krę­cił gło­wą.

– Nie po­do­ba mi się to. Spę­dzasz tam za dużo cza­su. Nie czy­taj już dzi­siaj wię­cej. Gran­to­wi przy­da­ło­by się to­wa­rzy­stwo. To do­bry chło­pak. Cze­ka na Nan. Po­ga­daj­cie so­bie. Mo­że­cie zjeść ko­la­cję ra­zem.

Har­low ze­sztyw­nia­ła i w koń­cu po­pa­trzy­ła w moją stro­nę, ale tyl­ko na mo­ment.

– Nie są­dzę.

– No weź, nie bądź snob­ką. Grant to przy­ja­ciel ro­dzi­ny. Brat Ru­sha. Zjedz z nim ko­la­cję.

Dziew­czy­na jesz­cze bar­dziej się spię­ła. Od­wró­ci­ła się, żeby nie mu­sieć na­wią­zy­wać ze mną kon­tak­tu wzro­ko­we­go.

– Nie jest bra­tem Ru­sha. Gdy­by nim był, fakt, że sy­pia z Nan, stał­by się jesz­cze bar­dziej obrzy­dli­wy.

Kiro za­śmiał się tak, jak gdy­by Har­low była naj­za­baw­niej­szą oso­bą na świe­cie. Naj­wy­raź­niej był dum­ny z jej żar­li­wo­ści.

– Mój ko­ciak ma pa­zu­ry, cho­ciaż po­ka­zu­je je tyl­ko przy to­bie. Sy­pia­nie z wred­ną sio­strą naj­wy­raź­niej spra­wi­ło, że Har­low umie­ści­ła cię na li­ście swo­ich wro­gów. A to ci do­pie­ro! – Wy­glą­dał na sza­le­nie uba­wio­ne­go, gdy po raz ko­lej­ny po­rząd­nie za­cią­gnął się jo­in­tem.

Mnie to nie ba­wi­ło. Nie po­do­ba­ło mi się, że Har­low mnie nie­na­wi­dzi. Nie by­łem jed­nak pe­wien, jak to, do cho­le­ry, zmie­nić. Nie mo­głem olać Nan. Gdy­by znów ktoś ją od­rzu­cił, za­ła­ma­ła­by się. Cho­ciaż ta dziw­ka do­kład­nie na to za­słu­gi­wa­ła. Nie chcia­łem wie­dzieć, z któ­rym z człon­ków boys­ban­du obec­nie sy­pia. Naj­wy­raź­niej po­my­li­łem się w sto­sun­ku do tych chło­pa­ków. Nie sy­pia­li ze sobą. Wszy­scy pie­przy­li Nan.

– Mi­łe­go wie­czo­ru, tato – po­wie­dzia­ła Har­low, po czym wy­szła z po­ko­ju, za­nim oj­ciec zdą­żył ją po­now­nie po­pro­sić, żeby ze mną zo­sta­ła.

Kiro oparł gło­wę o ka­na­pę i za­mknął oczy.

– Szko­da, że tak cię nie­na­wi­dzi. Jest na­praw­dę wy­jąt­ko­wa. Wcze­śniej zna­łem tyl­ko jed­ną taką dziew­czy­nę – jej mat­kę. Skra­dła moje ser­ce. Mia­łem świ­ra na jej punk­cie. Wiel­bi­łem zie­mię, po któ­rej stą­pa­ła. Dla niej rzu­cił­bym to wszyst­ko. Pla­no­wa­łem to zresz­tą. Chcia­łem wi­dzieć ją w swo­im łóż­ku co­dzien­nie rano. Ma­rzy­łem o tym, żeby móc pa­trzeć na nią i na na­szą có­recz­kę ze świa­do­mo­ścią, że są moje. Ale Bóg pra­gnął jej bar­dziej. Za­brał mi ją, kur­wa. Ni­g­dy mu tego nie wy­ba­czę. Ni­g­dy.

Nie pierw­szy raz sły­sza­łem, jak roz­pły­wa się nad mat­ką Har­low. Za­wsze to ro­bił, gdy był na haju. My­ślał wte­dy tyl­ko o niej. Nie za­zna­łem tego ro­dza­ju mi­ło­ści i ba­łem się jej. Chy­ba nie chciał­bym prze­żyć cze­goś po­dob­ne­go. Kiro ni­g­dy się po tym do koń­ca nie po­zbie­rał. Po­zna­łem go, gdy by­łem jesz­cze dziec­kiem, a mój oj­ciec po­ślu­bił mat­kę Ru­sha. Mój nowy przy­rod­ni brat po­pro­sił ojca, De­ana Fin­laya, per­ku­si­stę Slac­ker De­mon, żeby za­brał mnie z nimi na week­end.

By­łem pod wra­że­niem. To był pierw­szy z wie­lu wspól­nych week­en­dów. Kiro za­wsze opo­wia­dał o swo­jej uko­cha­nej i prze­kli­nał Boga, któ­ry ją za­brał. Na­wet kie­dy by­łem dziec­kiem, fa­scy­no­wa­ło mnie to. Ni­g­dy nie spo­tka­łem się z tego ro­dza­ju od­da­niem.

Cho­ciaż mał­żeń­stwo ojca z mat­ką Ru­sha, Geo­r­gian­ną, nie trwa­ło dłu­go, po­zo­sta­łem bli­sko z przy­szy­wa­nym bra­tem. Jego tata wciąż cza­sem za­bie­rał mnie do sie­bie. Do­ra­sta­łem, oso­bi­ście zna­jąc naj­sław­niej­szy ze­spół roc­ko­wy na świe­cie.

– Nan jej nie zno­si. Jak, do cho­le­ry, moż­na nie­na­wi­dzić Har­low? Jest na to zbyt słod­ka. Ni­g­dy nie skrzyw­dzi­ła sio­stry, a mimo to Nan jest dla niej pod­ła jak żmi­ja. Bied­na Har­low sta­ra się trzy­mać od niej z da­le­ka. Wku­rza mnie, że moja dziew­czyn­ka jest taka bez­bron­na. Po­win­na mieć tro­chę wię­cej jaj. Po­trze­bu­je przy­ja­cie­la. – Kiro zga­sił jo­in­ta w po­piel­nicz­ce i spoj­rzał na mnie. – Za­przy­jaź­nij się z nią, mło­dy. Zro­bisz jej przy­słu­gę.

Chcia­łem być dla Har­low Man­ning kimś wię­cej niż tyl­ko przy­ja­cie­lem. Nie­raz pró­bo­wa­łem wy­wo­łać na jej twa­rzy ten po­wa­la­ją­cy uśmiech, ale Har­low le­d­wie mnie za­uwa­ża­ła. Do­pro­wa­dza­ło mnie to do sza­łu.

– Nie je­stem pe­wien, czy mógł­bym przy­jaź­nić się jed­no­cze­śnie z nią i Nan.

Kiro zmarsz­czył czo­ło i po­chy­lił się w moją stro­nę.

– Na tym świe­cie są trzy ro­dza­je ko­biet. Jed­ne ze­drą z cie­bie ostat­nią ko­szu­lę i zo­sta­wią cię z ni­czym. Dru­gie chcą się tyl­ko za­ba­wić. I trze­cie, dzię­ki któ­rym ży­cie na­bie­ra sen­su. Tyl­ko one… wła­ści­we ko­bie­ty to ta­kie, któ­re bio­rą tyle, ile same dają, a ty ni­g­dy nie masz dość. Gdy je stra­cisz, prze­sta­jesz być sobą.

Jego prze­krwio­ne oczy pod­po­wia­da­ły mi, że nie po­prze­stał dzi­siaj na wy­pa­le­niu jo­in­ta. Ale na­wet, gdy był na haju, mó­wił z sen­sem. Je­że­li na tym świe­cie ktoś znał się na ko­bie­tach, to wła­śnie Kiro Man­ning.

– By­łem z ko­bie­ta­mi każ­de­go ro­dza­ju. Ża­łu­ję, że nie trzy­ma­łem się z da­le­ka od tych pierw­szych. Te­raz je­stem w sta­nie znieść je­dy­nie te, któ­re chcą za­ba­wy. Ale wła­ści­wa ko­bie­ta… Ni­g­dy już nie będę taki sam. Nie od­dał­bym ani jed­nej mi­nu­ty, któ­rą spę­dzi­łem z mamą Har­low.

Prze­cze­sał dło­nią po­czo­chra­ne wło­sy.

– Nan­net­te to ko­bie­ta pierw­sze­go ro­dza­ju. Uwa­żaj na nią. Zro­bi cię w chu­ja i odej­dzie ze śmie­chem na ustach.

HARLOW

Trzy mie­sią­ce póź­niej

Tyl­ko dzie­więć mie­się­cy. Dzie­więć mie­się­cy… Wy­trzy­mam tyle. Ukry­ję się w swo­im po­ko­ju i będę wy­cho­dzić tyl­ko wte­dy, kie­dy jej nie bę­dzie. Wkrót­ce za­cznie się szko­ła i będę mo­gła cho­dzić na za­ję­cia. Po­tem tata wró­ci do domu i wy­ja­dę stąd. Dam radę. Mu­szę. Tata nie po­zo­sta­wił mi wy­bo­ru.

W domu pa­no­wa­ła ci­sza. Koło dru­giej nad ra­nem obu­dzi­ły mnie gło­śne jęki Nan upra­wia­ją­cej seks z ja­kimś idio­tą. Mu­sia­łam za­ło­żyć słu­chaw­ki i włą­czyć ulu­bio­ną play­li­stę. W koń­cu uda­ło mi się zno­wu za­snąć. Po­nie­waż w uszach pul­so­wa­ła mi mu­zy­ka, po prze­bu­dze­niu nie by­łam pew­na, czy w domu jest ktoś poza mną. Było po dzie­sią­tej i ni­ko­go nie sły­sza­łam, więc nie­mal na pew­no by­łam sama. Poza tym Nan ra­czej nie po­zwa­la­ła ni­ko­mu spać do póź­na.

Pie­przy­ła się z nimi i wy­wa­la­ła ich za drzwi.

Od­rzu­ci­łam koł­drę i przy­gła­dzi­łam rę­ka­mi wło­sy przed wyj­ściem na ko­ry­tarz. Do mo­ich uszu nie do­bie­gał ża­den dźwięk. By­łam bez­piecz­na. Mo­głam iść coś zjeść. Gdy wczo­raj wró­ci­łam do domu, Nan nie było, ale mu­sia­ła za­uwa­żyć na pod­jeź­dzie mój sa­mo­chód. Na lot­ni­sku cze­ka­ło na mnie auto, któ­re za­ła­twił oj­ciec.

Zna­la­złam wła­ści­wy dom, po­je­cha­łam po za­ku­py, a po po­wro­cie wy­pa­ko­wa­łam je ra­zem ze swo­im ba­ga­żem. Tata ku­pił tę wil­lę dla Nan, pod wa­run­kiem że będę miesz­kać z nią przez dzie­więć mie­się­cy, pod­czas gdy on bę­dzie w tra­sie ze Slac­ker De­mon. Nan chcia­ła za­miesz­kać w Ro­se­ma­ry Be­ach na Flo­ry­dzie, więc oj­ciec po­sta­rał się o praw­dzi­wą re­zy­den­cję. Za­wsze miał skłon­no­ści do prze­sa­dy. W każ­dym ra­zie ko­rzy­sta­łam na tym. Mo­głam się ła­two przed nią scho­wać. Nie­ste­ty, kuch­nia była tyl­ko jed­na.

Po­szłam ko­ry­ta­rzem w stro­nę pro­wa­dzą­cych przez dwa pię­tra spi­ral­nych scho­dów. Moje bose sto­py nie ro­bi­ły ha­ła­su na twar­dych de­skach pod­ło­gi. Otwo­rzy­łam lo­dów­kę, żeby wy­jąć z niej ku­pio­ne dzień wcze­śniej eko­lo­gicz­ne mle­ko, gdy w domu roz­legł się dźwięk za­my­ka­nych drzwi.

Za­mar­łam. Wło­żyć mle­ko z po­wro­tem do lo­dów­ki i się scho­wać? Nie by­łam jesz­cze go­to­wa na spo­tka­nie z Nan. Wcze­śniej mu­sia­łam się na­pić kawy. Jed­nak kro­ki na scho­dach były cięż­kie, czy­li to nie była ona. Zde­ner­wo­wa­łam się jesz­cze bar­dziej. Nie mia­łam rów­nież ocho­ty na roz­mo­wę z ob­cym męż­czy­zną. By­łam tyl­ko w pi­ża­mie – mia­łam na so­bie ró­żo­we sa­ty­no­we szor­ty w krop­ki i ko­szul­kę od kom­ple­tu. Ro­zej­rza­łam się za miej­scem, w któ­rym mo­gła­bym się scho­wać, ale za­nim zdą­ży­łam ob­my­ślić plan dzia­ła­nia, kro­ki roz­le­gły się na par­te­rze.

Utknę­łam… Je­dy­ne, co mo­głam zro­bić, to scho­wać się za wy­spą ku­chen­ną i po­cze­kać, aż so­bie pój­dzie. A może nie szedł tu­taj? Drzwi wej­ścio­we były za kuch­nią, ale bli­żej scho­dów znaj­do­wa­ło się tyl­ne wyj­ście. Od­sta­wi­łam mle­ko na blat i cze­ka­łam. Kro­ki uci­chły. Te­raz le­d­wo je było sły­chać. Nad­sta­wi­łam uszu, pró­bu­jąc oce­nić, w któ­rą stro­nę się kie­ro­wa­ły.

Gdy zda­łam so­bie spra­wę, że idą­cy męż­czy­zna jest po pro­stu bosy, było już za póź­no. Zde­cy­do­wa­nie zmie­rzał w moją stro­nę.

Do kuch­ni wszedł Grant. Miał na so­bie je­dy­nie parę czar­nych bok­se­rek. Za­trzy­mał się, kie­dy mnie zo­ba­czył. Sta­li­śmy tak w ci­szy, ga­piąc się na sie­bie na­wza­jem. Gdy zro­zu­mia­łam, że to on obu­dził mnie wczo­raj w nocy, żo­łą­dek pod­je­chał mi do gar­dła. Nie chcia­łam wy­obra­żać go so­bie w łóż­ku z Nan.

Ta myśl po­dzia­ła­ła na mnie jak ku­beł zim­nej wody. Grant sy­piał z moją przy­rod­nią sio­strą. Wszyst­kie jego sło­wa były kłam­stwem. Obie­cał mi coś, o co wca­le nie pro­si­łam, ale ni­g­dy nie za­mie­rzał tej obiet­ni­cy do­trzy­mać.

– Har­low? – spy­tał za­spa­nym gło­sem. Nie spał przez więk­szość nocy. Nic dziw­ne­go, że był wy­czer­pa­ny.

Nie od­po­wie­dzia­łam. Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. Zu­peł­nie nie spo­dzie­wa­łam się go w Ro­se­ma­ry Be­ach. Ale był tu… w łóż­ku Nan.

By­łam idiot­ką.

Trzy mie­sią­ce temu

Pu­ka­nie do drzwi prze­rwa­ło mi lek­tu­rę ulu­bio­nej sce­ny z książ­ki, któ­rą czy­ta­łam co naj­mniej dzie­sięć razy. Zde­ner­wo­wa­na odło­ży­łam czyt­nik.

– Tak?

Drzwi otwo­rzy­ły się po­wo­li i do środ­ka we­tknął gło­wę nie­do­rzecz­nie przy­stoj­ny Grant Car­ter. Jego dłu­gie wło­sy skrę­ca­ły się na koń­cach i uro­czo pod­wi­ja­ły za usza­mi. Każ­da dziew­czy­na chcia­ła­by ba­wić się nimi go­dzi­na­mi. Czę­sto za­sta­na­wia­łam się, czy były tak mięk­kie, na ja­kie wy­glą­da­ły. Oczy mu roz­bły­sły, jak gdy­by do­kład­nie wie­dział, o czym my­ślę. Zmu­si­łam się, żeby spoj­rzeć na nie­go groź­nie. Ni­g­dy nie pa­trzy­łam na ni­ko­go wil­kiem. To była dla mnie no­wość. Pa­trzy­łam tak tyl­ko na nie­go.

Tak na­praw­dę nie za­cho­wy­wa­łam się uczci­wie. Nie lu­bi­łam go dla za­sa­dy. Za­wsze był dla mnie bar­dzo miły, ale przez to, że zwią­zał się z Nan, tra­cił w mo­ich oczach. Z męż­czy­zna­mi, któ­rzy lu­bi­li Nan, coś mu­sia­ło być nie tak.

– Za­mó­wi­łem chińsz­czy­znę. Może masz ocho­tę? Sta­now­czo prze­ce­ni­łem swo­je moż­li­wo­ści.

Cięż­ko było nie pa­trzeć w jego nie­bie­skie oczy. Mia­łam do nich sła­bość, od­kąd spoj­rza­łam w nie po raz pierw­szy. To było jesz­cze, za­nim się do­wie­dzia­łam, że Grant uma­wia się z Nan.

– Nie je­stem głod­na – od­par­łam, mo­dląc się, żeby żo­łą­dek nie zdra­dził mnie bul­go­ta­niem. Pla­no­wa­łam przy­go­to­wać so­bie coś do je­dze­nia, ale książ­ka po­chło­nę­ła mnie bez resz­ty. Spo­tka­nia z Gran­tem spra­wia­ły, że ucie­ka­łam w hi­sto­rie, w któ­rych męż­czyź­ni wy­glą­da­ją­cy jak on za­ko­chi­wa­li się w dziew­czy­nach po­dob­nych do mnie. Nie do Nan.

– Nie wie­rzę ci. – Po­pchnął drzwi i wszedł do po­ko­ju z tacą, na któ­rej sta­ły pu­deł­ka z ulu­bio­nej chiń­skiej knaj­py mo­je­go taty. – Zjedz ze mną. Wpraw­dzie spo­ty­ka­łem się z Nan, ale to nie spra­wia, że je­stem ska­żo­ny. Za­cho­wu­jesz się, jak­bym był na coś cho­ry. Przy­znam, że jest mi przy­kro z tego po­wo­du.

Na­praw­dę? Ra­ni­łam jego uczu­cia? Zu­peł­nie tego nie chcia­łam. My­śla­łam, że go to nie ob­cho­dzi. Zresz­tą prze­cież uciekł tam­tej nocy, kie­dy się po­zna­li­śmy i kie­dy pró­bo­wał mnie po­de­rwać. Okrop­nie prze­kli­nał, gdy od­krył, kim je­stem.

– „Spo­ty­ka­łem”? – spy­ta­łam zdu­mio­na. – Prze­cież cze­kasz na nią. Nie wy­da­je mi się, żeby uży­cie cza­su prze­szłe­go było wła­ści­we – ode­zwa­łam się ni­czym na­uczy­ciel­ka.

Grant się ro­ze­śmiał. Od­sta­wił tacę na sto­lik noc­ny i usiadł koło mnie na łóż­ku.

– Jest moją przy­ja­ciół­ką. Chcę wie­dzieć, co się z nią dzie­je. Nie spo­ty­ka­my się. Poza tym wła­śnie się do­wie­dzia­łem, że wró­ci­ła do Ro­se­ma­ry.

Ach, więc to tak. Coś po­dob­ne­go. Był jej przy­ja­cie­lem. Kto nor­mal­ny chciał­by się z nią przy­jaź­nić? Na pew­no nikt, kogo znam.

– Sy­pia z człon­ka­mi Na­ked Ma­ra­thon. Z pew­no­ścią wi­dzia­łeś ją w ma­ga­zy­nach plot­kar­skich, jak wisi ucze­pio­na ra­mie­nia Sel­ler­sa. W ze­szłym ty­go­dniu było o niej gło­śno z po­wo­du ro­man­su z Mo­onem. Wszy­scy ga­da­li, że przez nią ze­spół się roz­pad­nie. Ale oczy­wi­ście nic z tego.

Grant otwo­rzył pu­deł­ko z kur­cza­kiem w so­sie słod­ko-kwa­śnym i wsa­dził do środ­ka dwie pa­łecz­ki.

– Kur­czak w so­sie słod­ko-kwa­śnym czy mio­do­wym? Wy­bie­raj.

Wzię­łam pierw­sze opa­ko­wa­nie.

– Wolę ten. Dzię­ku­ję – od­po­wie­dzia­łam.

Uśmiech­nął się sze­rzej. My­ślał, że wy­bio­rę mio­do­wy.

– To do­brze, mia­łem ocho­tę na mio­do­we­go. – Pu­ścił do mnie oko. Ku mo­jej iry­ta­cji po­czu­łam mo­ty­le w brzu­chu. Jesz­cze mi tego bra­ko­wa­ło. Nie za­mie­rza­łam spo­ufa­lać się z Gran­tem.

– Nie ob­cho­dzi mnie, z kim się pie­przy Nan. Mię­dzy nami wszyst­ko skoń­czo­ne. Spraw­dzam tyl­ko, co u niej. Upew­niam się, czy znów jej nie od­bi­ło. Ale wró­ci­ła do domu, więc wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

Po co to ro­bił? Czym Nan za­słu­ży­ła so­bie na jego tro­skę?

– To miło z two­jej stro­ny – pod­su­mo­wa­łam, bo co wię­cej mo­gła­bym do­dać? Spró­bo­wa­łam kur­cza­ka.

– Masz mi to za złe, praw­da? – Ob­ser­wo­wał mnie tak ba­daw­czo, że po­czu­łam się nie­kom­for­to­wo.

– Mo­żesz się opie­ko­wać, kim chcesz, Grant. Ja tyl­ko jem z tobą chińsz­czy­znę. Nie­waż­ne, co my­ślę – od­rze­kłam, po czym we­pchnę­łam do ust ko­lej­ną por­cję mię­sa.

Grant zmarsz­czył czo­ło, a po chwi­li uśmiech­nął się lek­ko.

– Mam wra­że­nie, że za każ­dym ra­zem, gdy na sie­bie wpa­da­my, gra­my w tę samą grę. Ale ja nie lu­bię gie­rek. Zu­peł­nie mnie nie krę­cą, słon­ko. Po­wiem to pro­sto z mo­stu. – Od­sta­wił na bok je­dze­nie i usiadł tak, że jego twarz zna­la­zła się na­prze­ciw mo­jej. Ser­ce tłu­kło mi się w pier­si. Pró­bo­wa­łam się uspo­ko­ić. Co on wy­pra­wiał? Czy po­win­nam za­pro­te­sto­wać, je­śli zbli­ży się jesz­cze bar­dziej? Ze mną nikt ni­g­dy nie flir­to­wał. Nikt nie przy­cho­dził do mo­je­go po­ko­ju. By­łam dzi­wacz­ną, eks­cen­trycz­ną cór­ką Kiro. Prze­cież Grant mu­siał o tym wie­dzieć.

– Nie chcę, że­byś mnie nie­na­wi­dzi­ła – oznaj­mił.

Nie nie­na­wi­dzi­łam go. Po­krę­ci­łam gło­wą.

– Wca­le tak nie jest.

– A wła­śnie, że jest. Nie przy­wy­kłem do tego, że lu­dzie mnie nie­na­wi­dzą. Zwłasz­cza pięk­ne dziew­czy­ny. – Po­ka­zał zęby w uśmie­chu.

Na­zwał mnie pięk­ną. Na­praw­dę tak uwa­żał? Może po pro­stu było mu mnie żal, bo by­łam spo­łecz­nie nie­przy­sto­so­wa­na.

– Har­low, nie wiesz, że twój wi­dok za­pie­ra dech w pier­siach? Moż­na się uza­leż­nić od sa­me­go pa­trze­nia na cie­bie.

O rany.

– Nie mu­sisz od­po­wia­dać. Wy­star­czy spoj­rzeć na cie­bie, taką za­gu­bio­ną i spe­szo­ną. Nie masz po­ję­cia, jaka je­steś nie­sa­mo­wi­ta. A szko­da. – Się­gnął do mo­ich wło­sów i owi­nął so­bie ko­smyk wo­kół pal­ca. – Na­praw­dę szko­da.

Chy­ba prze­sta­łam od­dy­chać. Cała ze­sztyw­nia­łam. Nie mo­głam się po­ru­szyć. Grant mnie do­ty­kał. Cho­ciaż tyl­ko gła­skał moje wło­sy, było to ta­kie przy­jem­ne. Opu­ści­łam wzrok – de­li­kat­nie prze­su­wał kciu­kiem po ko­smy­kach.

– Są jak je­dwab – wy­szep­tał. Jak gdy­by nie chciał, żeby kto­kol­wiek go usły­szał.

Po pro­stu na nie­go pa­trzy­łam. Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć.

– Har­low. – Przy­su­nął się do mnie. Czu­łam na skó­rze jego cie­pły od­dech.

– Tak? – wy­krztu­si­łam.

– My­ślę o to­bie. Śnię o to­bie – mruk­nął pro­sto w moje ucho. Drgnę­łam. Dło­nie na pu­deł­ku z chińsz­czy­zną się roz­luź­ni­ły. Boże, że­bym tyl­ko nie wy­sy­pa­ła na sie­bie je­dze­nia!

– Je­steś dla mnie zbyt słod­ka, ale trud­no. – Po­ca­ło­wał mnie tuż koło ucha. – Nie chcę, że­byś mnie nie­na­wi­dzi­ła. Wy­bacz mi, że by­łem z Nan. To już skoń­czo­ne.

Wspo­mnie­nie Nan wy­rwa­ło mnie z transu. Po­de­rwa­łam się z łóż­ka i prze­szłam na dru­gi ko­niec po­ko­ju. Wy­star­cza­ją­co da­le­ko, żeby po­czuć się bez­piecz­nie.

Nie spoj­rza­łam na Gran­ta. Sta­nę­łam od­wró­co­na do nie­go ple­ca­mi i za­czę­łam wy­glą­dać przez okno. Mia­łam na­dzie­ję, że po pro­stu so­bie pój­dzie. Po­licz­ki mi pło­nę­ły. Po­zwo­li­łam mu po­ca­ło­wać się w szy­ję. Co ja so­bie my­śla­łam?

– Nie po­wi­nie­nem był wy­po­wia­dać jej imie­nia. – Wie­dział już, że po­niósł po­raż­kę. Był spo­strze­gaw­czy. – Po­wiedz, co mam zro­bić, że­byś uwie­rzy­ła, że nie chcę Nan? By­łem sła­by i od­bi­ło mi, a ona to wy­ko­rzy­sta­ła. Uda­wa­łem twar­dzie­la, a ona aku­rat się na­pa­to­czy­ła. Po­peł­ni­łem błąd.

Chciał, że­bym mu wy­ba­czy­ła. Tak samo jak ja pra­gnę­łam za­po­mnieć o Nan. Grant mi się po­do­bał. Nie… Ma­rzy­łam o nim. Od mo­men­tu, gdy po­zna­łam go na przy­ję­ciu we­sel­nym Ru­sha i Bla­ire, za­jął sta­łe miej­sce w mo­ich noc­nych fan­ta­zjach, cho­ciaż ba­łam się mu za­ufać. Lu­bi­łam na nie­go pa­trzeć i słu­chać jego gło­su. Po­do­bał mi się jego za­pach i śmiech. Uro­czo uno­sił ką­ci­ki ust, gdy był czymś roz­ba­wio­ny. Miał sek­sow­ne ta­tu­aże, wi­docz­ne spod koł­nie­rzy­ka ko­szul­ki. Pra­gnę­łam zo­ba­czyć je w ca­ło­ści.

– Dasz mi szan­sę? Nie je­stem taki jak Nan i chcę ci to udo­wod­nić. Po­tra­fię być na­praw­dę do­brym przy­ja­cie­lem. Mu­sisz tyl­ko tro­chę mi od­pu­ścić.

Za­zwy­czaj po­tra­fi­łam wy­ba­czać. Bab­cia mnie tego na­uczy­ła. Wy­cho­wa­ła mnie na oso­bę życz­li­wą i za­wsze przy­po­mi­na­ła, że każ­dy za­słu­gu­je na dru­gą szan­sę. Pew­ne­go dnia sama mogę jej po­trze­bo­wać.

Od­wró­ci­łam się i spoj­rza­łam na Gran­ta. Wciąż sie­dział na moim łóż­ku. Ciem­no­nie­bie­ski T-shirt cia­sno opi­nał jego ra­mio­na i uwy­dat­niał mię­śnie klat­ki pier­sio­wej. Pod­kre­ślał tak­że ko­lor jego oczu. Jak mo­głam mu nie ufać?

– Chcia­ła­bym, że­by­śmy się za­przy­jaź­ni­li. – Tyl­ko tyle mia­łam do po­wie­dze­nia.

Na jego twa­rzy po­ja­wił się zu­chwa­ły uśmie­szek.

– Na­praw­dę? Wy­ba­czysz mi?

Ski­nę­łam gło­wą i zro­bi­łam krok w stro­nę łóż­ka.

– Tak. Ale… nie rób… nie rób tego wię­cej – po­wie­dzia­łam, do­ty­ka­jąc ręką twa­rzy. Wciąż prze­cho­dzi­ły mnie ciar­ki po jego po­ca­łun­ku.

Grant wes­tchnął zre­zy­gno­wa­ny i ski­nął gło­wą.

– To bę­dzie trud­ne, ale zga­dzam się. Do­pó­ki sama nie ze­chcesz… – Za­milkł i po­kle­pał miej­sce na łóż­ku, na któ­rym wcze­śniej sie­dzia­łam. Usa­do­wi­łam się znów koło nie­go. Grant po­chy­lił się do przo­du. – Har­low…

Pach­niał tak mę­sko i sek­sow­nie. Mia­łam ocho­tę się za­cią­gnąć.

– Tak? – spy­ta­łam, ma­jąc na­dzie­ję, że nie bę­dzie mnie znów do­ty­kał. Tra­ci­łam wte­dy gło­wę.

– Kie­dyś mnie o to po­pro­sisz.

Otwo­rzy­łam usta, żeby się sprze­ci­wić, ale za­nim zdą­ży­łam to zro­bić, Grant we­tknął w nie ka­wa­łek kur­cza­ka w so­sie mio­do­wym.

– Nie pro­te­stuj. Mu­siał­bym wte­dy po­wie­dzieć: „a nie mó­wi­łem?”. A bar­dzo nie lu­bię trium­fo­wać nad in­ny­mi. Tym bar­dziej że wolę cię roz­ba­wić, niż roz­zło­ścić.

Uda­ło mi się prze­łknąć kur­cza­ka, za­nim wy­buch­nę­łam nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem. On na­praw­dę był uro­czy. Szko­da, że ni­g­dy nic z tego nie bę­dzie. Nie mo­gła­bym mu tego zro­bić. Grant nie znał praw­dy, a ja nie za­mie­rza­łam mu jej zdra­dzać. Każ­dy, kto po­znał moją ta­jem­ni­cę, za­czy­nał wi­dzieć mnie w in­nym świe­tle. Nie mo­głam znieść my­śli, że rów­nież Grant mógł­by źle mnie oce­nić.

GRANT

Te­raz

Nie wi­dzia­łem jej od nocy, gdy zgi­nął Jace. Tam­te­go wie­czo­ru… ode­bra­łem jej cno­tę. Była dzie­wi­cą. Nie spo­dzie­wa­łem się tego. Dla mnie to też był w pew­nym sen­sie pierw­szy raz. Jesz­cze ni­g­dy nie spa­łem z dzie­wi­cą. Ogrom­nie mnie to po­ru­szy­ło – bar­dziej niż się spo­dzie­wa­łem. Wie­dzia­łem, że nie je­stem go­to­wy na sta­ły zwią­zek, ale i tak ro­ści­łem so­bie do niej pra­wa. Za­sta­na­wia­łem się czę­sto, czy na­stęp­ne­go dnia bym nie uciekł, na­wet gdy­by Tripp nie za­dzwo­nił.

I oto w koń­cu sta­ną­łem z nią twa­rzą w twarz. Ani jej oj­ciec, ani nikt inny nie mógł mi te­raz za­bro­nić z nią po­roz­ma­wiać.

– Wczo­raj w nocy. To by­łeś ty – stwier­dzi­ła.

Rany, co ona mia­ła na so­bie! Mia­łem ocho­tę kląć i wa­lić pię­ścią w ścia­nę. Ni­g­dy nie by­łem agre­syw­ny. Nie­ła­two wy­trą­cić mnie z rów­no­wa­gi, ale te­raz nie­wie­le bra­ko­wa­ło. Har­low była tu po­przed­nie­go wie­czo­ru. Sły­sza­ła mnie i Nan. Ja­sna cho­le­ra!

– Nie za­dzwo­ni­łeś. Nie wie­dzia­łam… – Urwa­ła i po­krę­ci­ła gło­wą. Nie po­tra­fi­łem zna­leźć od­po­wied­nich słów. Może nie ist­nia­ły. Dla mo­je­go za­cho­wa­nia nie było wy­tłu­ma­cze­nia, któ­re mo­gła­by po­jąć. Wsta­wi­ła mle­ko z po­wro­tem do lo­dów­ki i za­mknę­ła drzwi. Opu­ści­ła gło­wę i nie pod­nio­sła jej aż do chwi­li, gdy mi­nę­ła blat i ru­szy­ła w stro­nę drzwi. Nie mo­głem po­zwo­lić jej odejść. Mu­sia­łem się wy­tłu­ma­czyć. Dzwo­ni­łem, do cho­le­ry! Gdy pró­bo­wa­łem ją zła­pać pod do­mo­wym nu­me­rem, ni­g­dy nie po­zwo­li­li mi z nią po­roz­ma­wiać. A ko­mór­ki nie od­bie­ra­ła. Mimo wszyst­ko nie za­słu­gi­wa­ła na to. Kur­wa, za­ufa­ła mi, od­da­ła coś tak war­to­ścio­we­go, jak swo­ją nie­win­ność.

– Wy­glą­da na to, że te­raz ja mogę po­wie­dzieć: „a nie mó­wi­łam?” – szep­nę­ła, za­nim wy­szła. Po­czu­łem się tak, jak­by ktoś wrzu­cił mi na bar­ki stos ka­mie­ni. Za­ci­sną­łem dło­nie w pię­ści i za­mkną­łem oczy. Co ja zro­bi­łem? Dla­cze­go? Po­zwo­li­łem Nan spie­przyć so­bie ży­cie.

Dla­cze­go wczo­raj tyle wy­pi­łem? Gdy­bym był trzeź­wy, na pew­no bym tu nie przy­szedł. A Har­low… Har­low… Co ona tu ro­bi­ła? Od­wró­ci­łem się i spoj­rza­łem na scho­dy. Gdzieś na gó­rze za­mknę­ły się drzwi. Har­low nie krzy­cza­ła, nie trza­snę­ła nimi. To nie w jej sty­lu. Każ­da inna ko­bie­ta za­czę­ła­by prze­kli­nać i pew­nie by mnie spo­licz­ko­wa­ła, po­pę­dzi­ła­by po scho­dach jak bu­rza i wal­nę­ła drzwia­mi. Ale nie Har­low. Przez to czu­łem się jesz­cze go­rzej. O ile to w ogó­le moż­li­we.

Dwa mie­sią­ce i trzy i pół ty­go­dnia wcze­śniej

Har­low wy­szła z domu. Wy­glą­da­ła bar­dzo nie­pew­nie. Dwa­dzie­ścia mi­nut za­ję­ło mi prze­ko­na­nie jej, żeby ze mną po­pły­wa­ła. Wy­krę­ca­ła się na wszel­kie moż­li­we spo­so­by. Ale ja po­tra­fi­łem być bar­dzo prze­ko­nu­ją­cy, gdy cze­goś chcia­łem. Nie wi­dać było ko­stiu­mu ką­pie­lo­we­go, któ­ry wło­ży­ła – zbyt wiel­ka ko­szul­ka z wi­ze­run­kiem ze­spo­łu Slac­ker De­mon cał­ko­wi­cie go przy­kry­ła. Cze­ka­łem na nią pół go­dzi­ny. By­łem już o krok od pój­ścia na górę i wy­cią­gnię­cia jej siłą z po­ko­ju. Przy­je­cha­łem do Los An­ge­les rap­tem kil­ka go­dzin wcze­śniej. Nie mo­głem wy­trzy­mać w Ro­se­ma­ry. Je­dy­ne, o czym po­tra­fi­łem my­śleć, to słod­ki uśmiech Har­low. Pra­gną­łem zna­leźć się jak naj­bli­żej niej.

– Na­resz­cie. Już my­śla­łem, że będę mu­siał pły­wać sam. – Wsta­łem z le­ża­ka, na któ­rym na nią cze­ka­łem.

Har­low się za­ru­mie­ni­ła.

– Prze­pra­szam, że tak dłu­go mi to za­ję­ło.

Prze­pro­si­ny były zbęd­ne. Ża­den męż­czy­zna nie umiał­by się na nią wku­rzyć. To było po pro­stu nie­moż­li­we. Była tak słod­ka i sek­sow­na, a jed­no­cze­śnie kom­plet­nie nie­win­na. W gło­wie mia­łem siecz­kę. Jak to moż­li­we, że była tak cno­tli­wa? Prze­cież stu­dio­wa­ła. Mu­sia­ła chy­ba cho­dzić na ja­kieś rand­ki? W li­ceum chło­pa­ki na pew­no sza­le­li na jej punk­cie.

– Naj­waż­niej­sze, że już je­steś. Chodź­my po­pły­wać. Strasz­ny dziś upał.

Har­low chwy­ci­ła za brzeg ko­szul­ki. Po­wi­nie­nem za­nur­ko­wać i nie pa­trzeć, jak się roz­bie­ra. Tego wy­ma­ga­ła uprzej­mość. Jed­nak nie by­łem w sta­nie od­wró­cić wzro­ku. Śle­dzi­łem każ­dy jej ruch.

By­li­śmy… Nie wie­dzia­łem, jak to wła­ści­wie okre­ślić. To był naj­dziw­niej­szy zwią­zek – o ile w ogó­le moż­na go tak na­zwać – w ja­kim kie­dy­kol­wiek by­łem. Har­low każ­de­go dnia do­pusz­cza­ła mnie bli­żej, ale wciąż mia­ła się na bacz­no­ści. Moje usta już ani razu nie do­tknę­ły jej skó­ry.

Nie mo­głem ode­rwać wzro­ku od jej dłu­gich nóg. Unio­sła T-shirt i zo­ba­czy­łem pro­sty, jed­no­czę­ścio­wy ko­stium ką­pie­lo­wy z nie­wiel­kim de­kol­tem. Nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio wi­dzia­łem dziew­czy­nę w moim wie­ku w jed­no­czę­ścio­wym stro­ju ką­pie­lo­wym. Do tego bia­łym. Ja­sna cho­le­ra. Po­czu­łem, że tward­nie­ję, gdy mój wzrok wę­dro­wał od jej nóg po drob­ne ka­mycz­ki jej sut­ków, od­zna­cza­ją­ce się pod ma­te­ria­łem ko­stiu­mu.

Od­wró­ci­łem się i za­nur­ko­wa­łem, żeby jej nie wy­stra­szyć. Prze­pły­ną­łem całą dłu­gość ba­se­nu, za­nim się wy­nu­rzy­łem i spoj­rza­łem na nią. Wcho­dzi­ła po­wo­li do wody. Cho­le­ra, była po pro­stu ide­al­na. Pod­nio­sła wzrok i uśmiech­nę­ła się do mnie. Do­brze, że znaj­do­wa­łem się w wo­dzie i nie wi­dzia­ła, jak re­agu­ję na wi­dok jej cia­ła.

Gdy wresz­cie zna­la­zła się na tyle głę­bo­ko, że woda przy­kry­ła jej ra­mio­na, roz­luź­ni­ła się. Krę­po­wa­ła się przy mnie. Wi­dzia­łem to wy­raź­nie, cho­ciaż nie ro­zu­mia­łem przy­czy­ny. Jej cia­ło było dla mnie jak wy­zwa­nie. Chcia­łem, aby mi je po­ka­zy­wa­ła, żeby spra­wia­ło jej to przy­jem­ność i by ro­bi­ła to z wła­snej woli.

– Chodź, ślicz­not­ko. Na głę­bo­ką wodę – za­żar­to­wa­łem. Na jej twa­rzy po­ja­wił się gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Nie lu­bi­ła, gdy na­zy­wa­łem ją ślicz­not­ką. To mnie tyl­ko za­chę­ca­ło.

– Jesz­cze się uto­pię. – Prze­chy­li­ła gło­wę na bok i unio­sła brew.

Ro­ze­śmia­łem się w du­chu. Ni­g­dy nie spo­tka­łem ko­bie­ty, któ­ra by­ła­by tak za­baw­na.

– Bo­isz się?

Tym ra­zem ścią­gnę­ła brwi, któ­re nie­mal się złą­czy­ły, a ja za­śmia­łem się jesz­cze bar­dziej. Naj­lep­szym spo­so­bem na zmu­sze­nie Har­low, by coś zro­bi­ła, było pod­pusz­cze­nie jej. Przyj­mo­wa­ła każ­dy za­kład i każ­de wy­zwa­nie. Była w niej ukry­ta siła. Nie spo­dzie­wał się tego nikt, kto ją sła­bo znał.

– Oho, wi­dzę, że już się na­krę­casz, ślicz­not­ko. No chodź, złap mnie!

Har­low mruk­nę­ła sfru­stro­wa­na.

– Prze­stań tak do mnie mó­wić.

– Ani mi się śni.

– Osza­le­ję przez cie­bie.

Zbli­ży­łem się do niej.

– Więk­szość dziew­czyn prze­ze mnie sza­le­je, dzie­cin­ko. Taki już je­stem. A one to lu­bią.

Uśmiech­nę­ła się de­li­kat­nie, ale da­lej sta­ra­ła się uda­wać na­dą­sa­ną.

– Niby dla­cze­go mia­ły­by to lu­bić?

Za­trzy­ma­łem się kil­ka cen­ty­me­trów od niej.

– Prze­cież wiesz. Je­stem taki sek­sow­ny, że nie są w sta­nie beze mnie wy­trzy­mać.

Tym ra­zem Har­low się ro­ze­śmia­ła.

– Do­praw­dy? O ile do­brze pa­mię­tam, to ty cią­gle do mnie przy­ła­zisz. Kto tu nie po­tra­fi wy­trzy­mać bez kogo?

Nie­ste­ty, mia­ła ra­cję. Wła­śnie przy­le­cia­łem z Flo­ry­dy tyl­ko po to, żeby się z nią zo­ba­czyć. Wy­cią­gną­łem dłoń i mu­sną­łem jej usta.

– Do­brze, może rze­czy­wi­ście nie po­tra­fię bez cie­bie wy­trzy­mać, ale za każ­dym ra­zem otwie­rasz mi drzwi, ślicz­not­ko.

Wes­tchnę­ła.

– I tu mnie masz.

– Sama wi­dzisz, jaki je­stem sek­sow­ny i znie­wa­la­ją­cy.

Otwo­rzy­ła usta, ale w koń­cu nic nie po­wie­dzia­ła.

– Po­sta­no­wi­łaś się ze mną nie kłó­cić? – Sta­ną­łem tak bli­sko, że na­sze cia­ła nie­omal się do­ty­ka­ły. Je­den ruch i jej pier­si otar­ły­by się o moją klat­kę pier­sio­wą.

– Co ro­bisz? – spy­ta­ła. Od­dy­cha­ła szyb­ko i pa­trzy­ła na mnie w spo­sób, któ­ry przy­wo­dził na myśl wy­stra­szo­ne zwie­rzę.

– Pod­cho­dzę do cie­bie. Chcę być co­raz bli­żej.

Har­low wzię­ła głę­bo­ki wdech. Spoj­rza­ła na na­sze cia­ła i znów pod­nio­sła wzrok na mnie.

– Nie wy­da­je mi się, żeby przy­ja­cie­le ro­bi­li ta­kie rze­czy – stwier­dzi­ła.

Przy­cią­gną­łem ją do sie­bie, ła­piąc moc­no za bio­dra.

– To praw­da. Ale przy­ja­cie­le nie wy­wo­łu­ją ta­kich my­śli. Po­wiedz, że cię nie po­cią­gam. Po­wiedz, że nie pra­gniesz mnie do­tknąć, zbli­żyć się do mnie.

Gdy­by za­pro­te­sto­wa­ła, od­su­nął­bym się. Nie by­ło­by to ła­twe, ale zro­bił­bym to. Dał­bym jej dy­stans, któ­re­go po­trze­bo­wa­ła. Po pro­stu mu­sia­łem usły­szeć, że mnie nie chce. Ja nie pra­gną­łem ni­cze­go poza nią.

– Nie je­stem pew­na… Nie są­dzę… Nie­waż­ne, cze­go pra­gnę. Ty i Nan…

– Nie ma już „mnie i Nan”. Nic ta­kie­go nie ist­nie­je. Ale „my” je­ste­śmy. Mo­żesz nie chcieć tego do­strzec, ale to ni­cze­go nie zmie­nia.

– Je­stem zu­peł­nie inna niż moja sio­stra.

– My­ślisz, że o tym nie wiem? Cho­le­ra, dziew­czy­no, gdy­byś przy­po­mi­na­ła Nan, nie by­ło­by mnie tu­taj. Skoń­czy­łem z nią. Ona jest jak tru­ci­zna. Je­steś jej cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem.

Cia­ło Har­low po­wo­li roz­luź­ni­ło się pod moim do­ty­kiem. Za­czą­łem de­li­kat­nie ry­so­wać kciu­ka­mi małe okrę­gi na jej bio­drach.

– Więk­szość chło­pa­ków zwra­ca na mnie uwa­gę tyl­ko z po­wo­du ojca. Dla­te­go trzy­mam się na dy­stans. Nie chcę być ni­czy­im tro­feum.

Po­czu­łem w ser­cu głę­bo­ki ból, kie­dy tak się od­sło­ni­ła. Cho­le­ra. Z Ru­shem było po­dob­nie, ale on nie był dziew­czy­ną. Miał to wszyst­ko w no­sie. Nie szu­kał oso­by, któ­ra pra­gnę­ła­by go dla nie­go sa­me­go. Przy­naj­mniej do­pó­ki nie spo­tkał Bla­ire. Wku­rzy­łem się na myśl, że ktoś mógł­by wy­ko­rzy­stać słod­ką Har­low, żeby zna­leźć się bli­żej jej ojca. Chęt­nie do­rwał­bym każ­de­go dra­nia, któ­ry ją skrzyw­dził.

Unio­słem jej pod­bró­dek tak, że spoj­rza­ła mi w oczy. Chcia­łem, żeby zro­zu­mia­ła, że mó­wię po­waż­nie, i żeby mi uwie­rzy­ła.

– Ni­g­dy w ży­ciu nie wy­ko­rzy­stał­bym cię, by zna­leźć się bli­żej two­je­go ojca. Znam Kiro całe ży­cie. Rush to mój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Nie po­cią­ga mnie styl ży­cia człon­ków Slac­ker De­mon, a oni sami mnie nie fa­scy­nu­ją. Tu cho­dzi tyl­ko o cie­bie. Pra­gnę cię. Ni­ko­go wię­cej, Har­low.

W jej du­żych, piw­nych oczach po­ja­wi­ły się łzy. Za­mru­ga­ła gwał­to­wa­nie. Czy nikt wcze­śniej nie po­wie­dział jej nic po­dob­ne­go?

– Po­ca­łu­jesz mnie te­raz? – wy­szep­ta­ła.

Cho­le­ra. Po­czu­łem się jak za cza­sów li­ceum i mo­jej pierw­szej mi­ło­ści. Trzy pro­ste sło­wa, a ręce mi za­drża­ły. Nie spo­dzie­wa­łem się, że o to po­pro­si. Nie za­mie­rza­łem też cze­kać, bo jesz­cze by się roz­my­śli­ła. Gdy na­sze usta się ze­tknę­ły, po­czu­łem wszech­ogar­nia­ją­cą roz­kosz. Sma­ko­wa­ła tak słod­ko. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go za­czą­łem na­zy­wać ją słod­ką dziew­czy­ną.

Po­li­za­łem jej dol­ną war­gę. Chcia­łem się nią na­sy­cić, za­nim za­to­pię się w niej głę­bo­ko. Na­pa­wa­łem się cie­płem jej…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

Chcia­łam na­pi­sać o Gran­cie od mo­men­tu, w któ­rym Bla­ire wy­ce­lo­wa­ła do nie­go z pi­sto­le­tu w pierw­szym aka­pi­cie O krok za da­le­ko. W chwi­li sła­bo­ści wy­obra­zi­łam so­bie na­wet Gran­ta jako chło­pa­ka Bla­ire. Te­raz jed­nak bar­dzo się cie­szę, że da­łam szan­sę temu gnoj­ko­wi, Ru­sho­wi. Gdy stwo­rzy­łam hi­sto­rię Har­low, zro­zu­mia­łam, że prze­zna­cze­niem Gran­ta było cze­ka­nie wła­śnie na nią.

Przede wszyst­kim chcę po­dzię­ko­wać mo­jej agent­ce, Jane Dys­tel, któ­ra jest po pro­stu fan­ta­stycz­na. Pod­ję­cie de­cy­zji o współ­pra­cy z nią było jed­ną z mą­drzej­szych rze­czy, ja­kie kie­dy­kol­wiek zro­bi­łam. Dzię­ku­ję ci, Jane, za po­moc w na­wi­go­wa­niu po wzbu­rzo­nych wo­dach świa­ta wy­daw­nictw. Je­steś praw­dzi­wą twar­dziel­ką.

Po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się rów­nież ge­nial­nej Jhan­te­igh Ku­pi­hea. Nie mo­gła­bym ży­czyć so­bie lep­szej re­dak­tor­ki. Jhan­te­igh za­wsze my­śli po­zy­tyw­nie i robi wszyst­ko, aby moje książ­ki były tak do­bre, jak to tyl­ko moż­li­we. Dzię­ki to­bie, Jhan­te­igh, roz­po­czę­łam nowe ży­cie w Atrii i cie­szę się, że mogę dla was pra­co­wać. Dzię­ku­ję też resz­cie ze­spo­łu pra­cow­ni­ków Atrii: Ju­dith Curr za to, że dała mnie i moim po­wie­ściom szan­sę, Arie­le Fred­man i Va­le­rie Ven­nix za do­sko­na­łe po­my­sły mar­ke­tin­go­we oraz za to, że są rów­nie fan­ta­stycz­ne, co ge­nial­ne.

Je­stem wdzięcz­na Col­le­en Ho­over, Ja­mie McGu­ire i Tam­ma­rze Web­ber, któ­re słu­cha­ją mnie i ro­zu­mie­ją le­piej niż kto­kol­wiek inny. Ich wspar­cie było naj­więk­sze. Dzię­ku­ję wam za to.

Gra­jąc w mi­łość jest dla mnie jak dziec­ko. Po­ko­cha­łam Gran­ta i Har­low, jesz­cze za­nim za­czę­łam o nich pi­sać. Gdy­by nie oso­by, któ­re prze­czy­ta­ły tę książ­kę jako pierw­sze i nie bały się być ze mną szcze­re, nie by­ła­bym z niej tak za­do­wo­lo­na. Na­ta­sha To­mic zwró­ci­ła uwa­gę na bra­ku­ją­ce rze­czy i mia­ła ab­so­lut­ną ra­cję. Jej uwa­gi były ni­czym wi­sien­ka na tor­cie dla ca­łej hi­sto­rii i je­stem za nie bar­dzo wdzięcz­na. Dzię­ku­ję Au­tumn Hull i Na­ta­shy To­mic za to, że za­wsze były mo­imi wier­ny­mi czy­tel­nicz­ka­mi i ni­g­dy nie owi­ja­ły w ba­weł­nę.

Na koń­cu, ale oczy­wi­ście nie mniej go­rą­co, skła­dam po­dzię­ko­wa­nia mo­jej ro­dzi­nie. Bez jej wspar­cia nie by­ło­by mnie tu­taj.

Mój mąż Ke­ith za­wsze pil­nu­je, że­bym mia­ła za­pas kawy i żeby ktoś za­dbał o na­sze po­cie­chy, gdy mu­szę od­ciąć się od świa­ta ze wzglę­du na go­nią­ce mnie ter­mi­ny.

Tro­je mo­ich dzie­ci trak­tu­je mnie z ol­brzy­mią wy­ro­zu­mia­ło­ścią, cho­ciaż gdy w koń­cu wy­cho­dzę ze swej pi­sar­skiej ja­ski­ni, ocze­ku­je ode mnie peł­nej uwa­gi… i oczy­wi­ście ją do­sta­je.

Ro­dzi­ce z ko­lei wspie­ra­li mnie od po­cząt­ku dro­gi, na­wet gdy po­sta­no­wi­łam pi­sać bar­dziej pi­kant­ne hi­sto­rie. A przy­ja­cie­le nie znie­na­wi­dzi­li mnie za to, że nie je­stem w sta­nie spo­tkać się z nimi przez kil­ka ty­go­dni z rzę­du, po­nie­waż po­chła­nia mnie pi­sa­nie. Wszy­scy są moją naj­waż­niej­szą gru­pą wspar­cia i bar­dzo ich ko­cham.

Wresz­cie pra­gnę po­dzię­ko­wać moim czy­tel­ni­kom. Ni­g­dy nie spo­dzie­wa­łam się, że bę­dzie was aż tylu. Cie­szę się, że czy­ta­cie moje książ­ki, że je lu­bi­cie i opo­wia­da­cie o nich in­nym. Bez was zwy­czaj­nie nie uda­ło­by mi się za­ist­nieć.