Gracze - Renata Chaczko - ebook

Gracze ebook

Renata Chaczko

3,3

Opis

Seks namiętny, seks niebezpieczny

            Życie Marty wypełniają weekendowe imprezy, alkohol, przygody na jedną noc. Gdy poznaje Piotra, znanego aktora, jej historia na chwilę nabiera ciekawszych barw. Jednak przygodny seks przynosi więcej rozczarowań niż przyjemności.

    Piotr to bezczelny typ, który bezdusznie wykorzystuje kobiety, interesuje go jedynie zaspokajanie własnych potrzeb. W swoim mniemaniu prowadzi doskonałe życie, jednak to poczucie bezpieczeństwa burzy Felicja – kobieta, o której  marzył od dawna. Po wspólnej namiętnej nocy świat aktora staje na głowie.

    Ale Felicja również ma swoje zobowiązania.

    Tak rozpoczyna się sztafeta znajomości, której kierunek wyznacza niebezpieczny seks. Jej koniec będzie zaskakujący dla wszystkich uczestników...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 225

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (11 ocen)
3
2
3
1
2

Popularność




Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Dla Robberta

ROZDZIAŁ 1 MARTA

Bawię się zapalniczką. Nawet nie wiem skąd ją mam. Chyba na ostatniej imprezie wzięłam ją od tego kolesia, z którym później zabawialiśmy się w jego mieszkaniu. Jest srebrna i chyba z Holandii. Ma napis PLAYERS, a pod nim FOOD & DRINKS. „Y” to szklanka do drinków. Do cosmopolitana chyba. Z czerwoną wisienką. Fajnie ten napis wygląda z tą szklanką. Z tyłu zapalniczki jest napisane „playersamsterdam.nl”, pod nim „Kleine Gartmanplantsoen” i są jakieś cyfry. Chyba numer telefonu. Czyli to z jakiegoś klubu w Amsterdamie.

Kompletnie nie wiem, co oznacza ten napis. „Kleine” to chyba „mały”. Jest też latareczka. Jezu, te zapalniczki często mają jakiś gadżet. Ostatnio miałam nawet taką z długopisem. Długo zajęło mi rozkminianie, że to długopis. Myślałam, że to jakiś ćwiek do obrony czy coś w tym stylu. Ale ja głupia czasem jestem. Oglądam dokładnie zapalniczkę i dochodzę do wniosku, że jednak mam ją chyba od innego kolesia, z którym też się zresztą przespałam. Coś mi mówił, że był na weekend w Amsterdamie. Whatever. Sama już nie wiem. Zapalam ją i gaszę. Zapalam i znów gaszę. Aż wreszcie ta zabawa nudzi mi się i zapalam lufkę, którą pięć minut temu nabiłam jamajską marihuaną. Palę przy oknie, choć wiem, że to trochę bez sensu, bo jest przecież zamknięte.

Rozglądam się po pokoju hotelowym w poszukiwaniu laptopa. Pokój jest brzydki i bezosobowy. Stoi tu stary telewizor, który nie ma płaskiego ekranu i miliona cali. Łóżko jest wielkie i puste — zupełnie jak ten pokój. Zupełnie jak ja. Laptop jest tak mały, że spokojnie mógł się gdzieś tu zawieruszyć. I znając moje zdolności, jest ku temu szansa. Wreszcie zauważam białe tworzywo wystające spod równie białej kołdry. Kładę się do łóżka, gdzie zaciągam się jeszcze jednym buchem. Odkładam lufkę na szafkę nocną. Odpalam komputer i włączam RedTube’a. Mam zamiar masturbować się przy porządnym pornosie. Szukam czegoś naprawdę mocnego. Kategoria — „Gang bang”. Przerzucam strony w poszukiwaniu blondynki z czarnymi. Im więcej tych czarnych kutasów, tym lepiej. Im większe te kutasy — tym lepiej. Im bardziej czarne — tym lepiej. Znajduję blondynkę, którą rżnie ośmiu czarnuchów w białych skarpetkach. Blondynka ma cellulit i odrosty, mimo to po pięciu minutach filmu czuję, że jestem już mokra. Rękę wkładam do majtek. Palcem wskazującym zaczynam błądzić po łechtaczce. Pieszczę się. Jeden orgazm, drugi, trzeci…

Pół godziny później masturbacja mnie znudziła. Przerzucam się na YouTube’a i oglądam, jak zwykle, gdy jestem zjarana, teledyski Queen. Show must go on chyba z dziesięć razy powtarzam. Tak sobie w kółko puszczam. Czuję działanie marihuany. Czuję, jak mnie spowalnia. Dziwne myśli rodzą się w mojej głowie. Freddie Mercury to fajne ciacho. I szkoda, że zmarł na AIDS. No i że był gejem. Otwieram drugą kartę w wyszukiwarce i wchodzę w Wikipedię. Czytam biografię Freddie’go. Jest jednak tak długa, że już po pięciu minutach mi się nudzi… Chyba wszystko mnie dziś szybko nudzi. Przewijam stronę do końca, do interesującego mnie fragmentu — jego śmierci. Śmierć dzisiaj jest najważniejsza. Po nią przyjechałam do Wrocławia.

Próbuję sobie przypomnieć usta moich rodziców. I, za nic w świecie, nie jestem w stanie powiedzieć, czy mają wąskie czy pełne wargi? Po kimś, do cholery, musiałam odziedziczyć to maleństwo pod nosem, które aż śmiesznie nazwać wargą. Ja nie mam górnej wargi. Co jeszcze z defektów? Mogłabym być szczuplejsza tu i ówdzie. Uda, brzuch — najbardziej się ich brzydzę. Mogłabym też mieć inny nos. I ładniejsze włosy. Dłuższe. Z reszty raczej jestem zadowolona, ale tak bez rewelacji. Szału nie ma, żadna tam ze mnie piękność. Nad czym zresztą od zawsze ubolewam. Moi znajomi nie zaczynają opowiadać jakiejś historii o mnie od słów: „Marta, ta śliczna laska, która podoba się każdemu facetowi. Powinna być modelką, a nie pracować w PR”. Nie, tak z pewnością o mnie nie mówią. Tutaj raczej byłaby taka zapowiedź: „No Marta, ta ruda i zwariowana. Zawsze po pijaku wali głupie dowcipy. Ale w sumie dość śmieszne. Nie powinna pracować w PR, ale w kabarecie. Ewentualnie robić w cyrku”. I to jest smutne, bo doprawdy nie wiem w jakiej, kurwa, kolejce się ustawiłam przed zejściem na ziemię. Bo nie w kolejce po urodę. Po inteligencję w sumie też nie. I absolutnie nie po talent. Nie mam talentu w żadnej dziedzinie. Bo chyba nie można nazwać talentem doprowadzonego do perfekcji, sukcesywnego spieprzania wszystkich swoich związków, relacji z facetami, jak i ogólnie swojego życia. Na tym polu mam sporo imponujących osiągnięć. Bo niech pomyślę: za rok skończę trzydzieści lat. Nie mam oszczędności, jeśli nie liczyć odkładanej co roku kasy na wakacje. Zatem jeśli zwolnią mnie z pracy, to jestem w megaczarnej dupie. Żaden z moich związków nie trwał dłużej niż rok. A może osiem miesięcy? Każdy mój tydzień wygląda dokładnie tak samo. Pieprzony „dzień świra”. Od poniedziałku do piątku totalny zapieprz w pracy. A w weekend picie, melanż i kupa kasy zostawiona w jakimś hipsterskim barze. A ja niemal zawsze piję do oporu, tak że często obsikuję sobie gacie w jakimś obleśnym kiblu, gdy próbuję się wylać „na Małysza”. Nigdy w tych kiblach nie ma też papieru żeby się wytrzeć, więc pod koniec imprezy gacie tak mnie odparzają, że zaczynam trzeźwieć. Gacie cuchną i rano sztywnieją. Raz nawet latem obsikałam sobie buty, gdy sikałam w krzakach. Bo taka była kolejka do kibla!

Jeśli chodzi o znajomych, to mam ich pełno, ale nigdy nie rozmawiałam z tymi ludźmi na trzeźwo. Mam chyba z tysiąc znajomych na Facebooku, a mimo to pod koniec miesiąca nie ma nikogo, kto mógłby mi pożyczyć kasę. Teraz, jak tak sobie myślę o tym wszystkim, taka megaspalona w tym sterylnym, bezosobowym, pieprzonym pokoju hotelowym, to aż się cieszę, że postanowiłam się zabić. Moje życie jest niewiele warte. Pora się ogarnąć.

No, ale za chwilę myślę dlaczego postanowiłam się zabić? Czy tylko dlatego, że ten fiut zostawił mnie dla innej? Ale dlaczego? Jestem młoda, nawet nie mam trzydziestu lat. Jestem mądra. Mam fajną pracę. Duże cycki, kawał dupy. Niezupełnie brzydką mordę. Długie włosy. Faceci oglądają się za mną. A ten chuj się po prostu zakochał i zostawił mnie dla „miłości swojego życia”, którą zna od niespełna miesiąca. Widział dupę może z pięć razy i kończy dla niej swój pięciomiesięczny związek. Przecież mieliśmy razem zamieszkać. Zestarzeć się. I mieć dzieci. Miały imiona. I ulubione maskotki. On im to wszystko zabrał! Zabrał pieprzone misie moim dzieciom! Więc może naprawdę się zakochał? Ja go kochałam. I dalej kocham. Chyba.

Dlatego postanowiłam się zabić. Ale… właśnie żeby mój trup nie gnił w domu nadżarty przez mole ani jego widok nie sprawił makabrycznej „niespodzianki” nikomu z rodziny i znajomych, postanowiłam się zabić w hotelu. Chciałam podciąć sobie żyły w wannie. A tu jest, kurwa, prysznic. I teraz myślę, że to nieco głupi pomysł. Z lekka poroniony. Bo przecież czemu winna jakaś dziewucha, która znajdzie mnie w dziwacznej pozycji, sztywną, zimną i zapewne niebieską. Widziałam już taką oto scenę…. Wśród obsługi hotelowej dostałabym ksywę „Smerfetka”. Smerfetka z 629 — i nikt, kto zatrzyma się w tym pokoju, nigdy się nie dowie, że jakaś laska zabiła się w nim z rozpaczy. Że w ogóle ktoś się tu zabił… Ale ja już właściwie nie rozpaczam. Tylko jest mi smutno. I jestem zjarana. I chyba się prześpię.

Budzę się i jest już ciemno. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Nawet nie wiem, która jest godzina. Może jest wcześnie rano? Albo noc? Zresztą mam to w dupie. Czuję, że jeszcze jestem zjarana. I głodna. Pościel lepi się od moich soków. Czuję lekkie obrzydzenie, sama nie wiem do czego. Chyba do siebie. Postanawiam się jednak nie zabijać. Przynajmniej nie dziś. Może jutro? A może nigdy? W sumie, czemu tutaj? W tym pieprzonym pięciogwiazdkowym hotelu znajdującym się naprzeciwko pieprzonej „Panoramy Racławickiej”? Nie, no! Skoro już przyjechałam do tego pieprzonego Wrocławia, to chociaż coś tu porobię. Coś zobaczę. Patrzę na zegarek. Powoli zbliża się dwudziesta pierwsza. Jest pieprzony weekend. Pora na melanż. Decyduję się pójść na miasto.

Biorę długi prysznic. Kabina jest ogromna. Pomieściłaby tych ośmiu czarnych z pornola. Znów robi się przyjemnie. Nabieram ochoty na kolejny seansik masturbacyjny. Odkręcam końcówkę od prysznica i zaspokajam się ciepłym strumieniem wody. Jest mi naprawdę dobrze i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, nie wiem czemu, czuję się głupio szczęśliwa. Tak naprawdę szczęśliwa. I głupia.

Odpalam telewizor i szukam jakiegoś kanału z wiadomościami. Nie wiem co się dzieje na świecie. Szczerze powiedziawszy, to wisi mi polityka i globalne ocieplenie. Mam w dupie głodujące dzieci w Afryce. Mnie, też jest ciężko i zajebiście smutno, a nikt o tym nie mówi, nie trąbi w TV. Nawet w domu nie mam telewizora. Tylko by mnie ogłupiał. No, ale warto coś posłuchać, może czymś dziś zabłysnę na mieście. Czy słyszałeś o ostatniej tragedii w Peru? O trzęsieniu ziemi na Jamajce? Wtórnych wstrząsach Etny? Mogę tym zaimponować lub przynajmniej zacząć od tego konwersację. Leżę więc w swoim wielkim hotelowym łóżku, w śnieżnobiałym szlafroku, telewizor dudni, a ja zastanawiam się, co by tu zamówić do zjedzenia. Ceny — zabójcze. Za zwykłe śniadanie — kawa, francuskie rogaliki, dżem, nutella, sałatka owocowa i świeżo wyciskany sok — jedyne siedemdziesiąt złotych. Ceny z Marsa! Chyba ich porąbało. Podejmuję decyzję — jem na mieście.

Niestety, wyjazd w celu samobójstwa ma ten minus, że nie zabierasz ze sobą wyjściowej kiecki i szpilek. Trudno, dziś będą dżinsy, podkoszulek i conversy. Mogę zrobić za to mały make-up, bo na szczęście zabrałam ze sobą tusz do rzęs i puder. Pięć minut roboty i gotowe. Pora na miasto.

Najpierw jednak wpadam do Galerii Dominikańskiej — perfum, oczywiście, też nie wzięłam. Kilka psiknięć w Douglasie i już prawie czuję się jak człowiek. Jeszcze tylko muszę namierzyć jakiś kebab. Albo nie. Zjem po imprezie. Będę walić na pusty żołądek — tak jest oszczędniej i chyba sensowniej, zwłaszcza że zanim odważę się sama podejść i zagadać jakichś facetów, będę potrzebować co najmniej trzech browarów, a tak może dwa wystarczą. To kupię tylko fajki po drodze. Za cel wyznaczam sobie „Bezsenność”. Za starych dobrych studenckich czasów jeździło się po różnych miastach na imprezy. Pamiętam, że „Bezsenność” miała zajebisty klimat. Tego dzisiaj potrzebuję — bezsenności. Nie chcę spać. Chcę żyć, pić i tańczyć! Pytam kogoś, jak tam dojść. Mam kierować się na ulicę Ruską. To gdzieś koło kina „Helios”, trzy minuty od rynku. Dochodzę tam bez problemu. Na Ruskiej pełno jest różnych klubów i knajp. Jeden klub stoi obok drugiego. Znajduję drzwi z napisem „Bezsenność”, otwieram je i wchodzę schodami do góry. Pięć złotych wjazdu i zaczynamy zabawę. Let’s get this party started!

Jest dwudziesta druga piętnaście, więc w klubie nie ma jeszcze takiego ścisku. Zacznie się pewnie za jakąś godzinę. Siadam przy barze, gdzie jest jeszcze kilka wolnych miejsc. Klub jest dokładnie taki, jak go zapamiętałam. Kilka pomieszczeń, z czego jedno dla palaczy. I pomyśleć, że dawniej można było palić wszędzie! Dwa bary przylegające tyłem do siebie. Można obejść je w kółko. Cool. Mały parkiet, ale to nikomu nie przeszkadza. W każdym lokalu ludzie tańczą na sobie. Teraz pytanie — co pić? Piwo oczywiście. Na początek. Nigdy nie schodzę z cięższych alkoholi na lżejsze. No chyba że naprawdę chcę się upić. Kurde, zawsze tak naprawdę zaczynam i kończę na piwie. A pomiędzy dzieją się złe rzeczy…

Jedno piwo, drugie i jest dwudziesta trzecia. Ludzi jest prawie dwa razy więcej, niż gdy przyszłam. Szukam celu. Zawsze trzeba sobie upatrzeć jakiś cel. Potem nawiązać kontakt wzrokowy. Kontakt wzrokowy to podstawa. Bez niego nie ma szans. Jak kontakt wzrokowy jest, to wtedy się uśmiecham. I zazwyczaj facet podchodzi i zagaja. Niestety wokół sami studenci. Nic się nie zmieniło, odkąd byłam tu parę lat temu. Jest też nieco obcokrajowców i garstka moich rówieśników. To trochę żałosne… Mam prawie trzydzieści lat. W tym świecie jestem już bardzo stara. Bardzo… Może jednak to samobójstwo to wcale nie taki zły pomysł?

Głupio tak siedzieć i pić w samotności. Nawet nie mogę tu zapalić, a szkoda mi tego miejsca. Nie chcę gdzieś później sama stać w kącie. Wolę siedzieć przy barze, choć bardzo chce mi się palić. Więc myślę. O głupotach. O samobójstwie. Myślę o tym, bo mam wrażenie, że już nic ciekawego mnie w życiu nie spotka. Że zgniję w swojej pracy, której powoli serdecznie nienawidzę. Że nie spotkam już żadnego wartościowego faceta. A jak spotkam, jeśli w ogóle jakiegokolwiek faceta jeszcze spotkam, to i tak szybko spierdolę ten związek przez swoje schizy i jazdy. Poza tym, zawsze mam największą ochotę zabić się po wakacjach. A teraz jestem po wakacjach. Tyrasz prawie cały rok, by tylko przez dwa pieprzone tygodnie odpoczywać gdzieś na plaży w tropikach z książką. To mi uświadamia, jakie moje życie jest bezwartościowe. Czekasz cały rok na te pieprzone dwa tygodnie. I tak ma być już przez całe życie? Nic, tylko się zabić. A z drugiej strony, nawet jeśli spotkam faceta, to kupimy mieszkanie na kredyt, który będziemy spłacać aż do cholernej śmierci, będziemy mieć dzieci, psa, głośnych sąsiadów… Takie życie też będzie bez sensu. Będzie już takie… zaprogramowane. Świadomość, że każdy dzień do końca życia będzie wyglądać tak samo, jest bardzo męcząca. I przygnębiająca. Teraz już na pewno muszę zapalić. I zabić się.

Opuszczam swoje stanowisko i idę do sali dla palących. Jest tu megaścisk. Czekam dziesięć minut w kolejce po trzecie piwo. Picie na pusty żołądek to był jednak dobry pomysł. Efekt jest w porządku. Jestem już trochę zrobiona. Muszę tylko się bardziej skoncentrować i namierzyć cel.

— Przepraszam, to chyba właśnie pani wypadło. Odwracam się, bo ktoś mnie klepie po ramieniu.

Nie wierzę! Przede mną stoi ten aktor z serialu „Dupa dupa”. Czy jakoś tak. Podaje mi moją zapalniczkę.

— Dzięki. Nie zauważyłam, że mi wyleciała. — Odbieram zapalniczkę z jego ręki, która jest ciepła i nieco wilgotna, ale to nic dziwnego. Tu jest prawdziwa sauna!

— Może to jakaś ważna zapalniczka?

— Nie, to zwykła, nic nieznacząca zapalniczka.

— A tak w ogóle, jestem Piotrek.

— Cześć. Marta. — Czuję, jak automatycznie prostuje się mój kręgosłup i wypinają piersi. Czy mam udawać, że go nie znam, czy powiedzieć, że, oczywiście, kojarzę go z telewizji?

— Chyba jako jedyni w tym klubie nie mamy osiemnastu lat. — Uśmiecha się! Do mnie! O Boże!

— Wiem, byłam tu kiedyś za studenckich czasów. I nic się nie zmieniło. Poza moim wiekiem, oczywiście.

— Nie jesteś z Wrocławia?

— Nie, mieszkam w Warszawie.

— Ja też. Choć właściwie to pół na pół. Pół we Wrocławiu, a pół w Warszawie. W Warszawie to tylko z powodów zawodowych.

— No fakt. Chyba wszystko kręci się w Wawie? Seriale, filmy…

— Prawie, we Wrocławiu czasem też coś się zdarza. Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się. — Znów się uśmiecha!

— Ten o tancerzach?

— Ten też między innymi. To co cię sprowadza do Wrocławia, Marto?

— Samobójstwo — odpalam bez zastanowienia. Idiotka!

— Samobójstwo?! — Wyraz jego twarzy zmienia się. No to miło było gadać z tobą, wariatko. Nara! Ale, kurwa, spaliłam!

— Yyy, sprowadzało. Nieważne.

— Jesteś tu ze znajomymi?

— Sama.

— Ja siedzę z chłopakami z planu, ale wszyscy są już tak na maksa zrobieni, że impreza chyba powoli będzie się tu dla nas kończyć.

— Okej, to na razie.

— Chyba że masz ochotę zmienić lokal. Zaintrygowałaś mnie tym samobójstwem. — Znów się uśmiecha.

— Cóż, taka już ze mnie intrygująca dziewczyna. Sorry, ale co może być w tym intrygującego?

— Bo ja też o tym czasem myślę. Nie na serio, ale czasem mam wszystkiego naprawdę dość.

— Dobra, teraz to ja jestem zaintrygowana. Czego może mieć dość taki facet, jak ty? — Nakręciłam się już mega. Albo on, albo nikt inny tej nocy!

— Od czego mam zacząć, hmm… — Od tego uśmiechu już kręci mi się w głowie. Chyba się zakochuję! — Wyobraź sobie, że masz taki miesiąc, w którym budzisz się prawie codziennie w innym hotelu. Już nie wiesz, w jakim mieście jesteś, jaki jest dzień tygodnia, ani nawet która godzina. Nie masz na nic czasu. Nawet, za przeproszeniem, nie masz czasu porządnie się wysrać. Wszyscy oczekują od ciebie więcej, niż ci się wydaje, że jesteś w stanie z siebie dać. Ale wchodzisz na plan i jakimś cudownym sposobem zamieniasz się w kogoś innego i dajesz z siebie sto dziesięć procent. To jest zajebiste, ale kosztuje cię cholernie dużo energii. To cię powoli po prostu wypala.

— Wszystko ma swoje minusy. Ale z tego, co wiem, to masz teraz swoje pięć minut, tak? I chyba wtedy trzeba z tego korzystać, no nie?

— Tak i nie. Wiesz, kiedy będę miał wolne w najbliższym czasie? W marcu, czyli mam jeszcze kilka miesięcy totalnego „dnia świra”. A już teraz mam wrażenie, że jadę na rezerwie.

— Szczerze? I tak bym się z tobą z chęcią zamieniła… Dlatego przykro mi, ale nie jestem w stanie ci współczuć. — Wypijam spory łyk piwa.

— Napijemy się czegoś? „Wściekłe psy”?

— Czemu nie?

Piotrek bez trudu dostaje shoty bez kolejki. Zamawia sześć „wściekłych psów”. Czuję, że to będzie piękna i długa noc. Wypijamy po jednym od razu. Rozumiemy się bez słów. Patrzymy na siebie i od razu walimy na drugą nogę.

— Okej, to trochę nie fair, bo wiesz więcej o mnie niż ja o tobie. Gdzie pracujesz? — Wyciąga marlboro lighta, którego zapalam mu swoją zapalniczką.

— Pracuję w PR, czyli same nudy. Naprawdę nic ciekawego, o czym chciałabym mówić. Zresztą, nie ma o czym mówić.

— Zawsze chciałaś to robić?

— A ty zawsze chciałeś być aktorem?

— Tak.

Cholera, krępująca cisza… Myśl, myśl dziewczyno. Ratuj sytuację! Połechtaj jego ego!

— W sumie się nie dziwię. Masz wielki talent. Naprawdę.

— Dzięki. — I wracamy do gry! — No to kim chciałaś być, jak byłaś małą dziewczynką?

— Policjantką, projektantką mody i żoną milionera. No, ale skończyłam w PR. Więc to czyni mnie najgorszą dziwką, bo i klientom, i dziennikarzom muszę lizać dupę, a moja firma dyma mnie z każdej strony. Myślę więc o powrocie do opcji żony milionera.

— Popieram. — I dostałam najpiękniejszy uśmiech, bo wyrażający obietnicę czegoś więcej niż tylko rozmowy.

— Tylko muszę jakiegoś znaleźć. — Cokolwiek by było, śmieję się, choć to wcale nie do końca jest żart.

— Mogę ci coś powiedzieć? — Przysuwa się bliżej.

— Zauważyłem cię już, jak siedziałaś przy tamtym barze. Wyglądałaś tak… tak smutno. Jakbyś potrzebowała rozmowy.

— Ach, więc to jest rozmowa z litości? — Uśmiecham się niepewnie.

— I tak, i nie. — Jego oczy są bardzo zalotne, a źrenice rozszerzone. Cholera, czasem lecą na mnie tacy faceci, o których bym nie śniła. — Na pewno gdybyś nie była tak atrakcyjna, to w ogóle nie zwróciłbym na ciebie uwagi.

O kurde! Jestem atrakcyjna dla Piotrka Pawelskiego! Piotrek Pawelski leci na mnie! A jeszcze kilka godzin temu chciałam się zabić! Czy życie może być w tej chwili piękniejsze?

— Dzięki. Ale masz rację. Potrzebowałam rozmowy.

— Zawsze do usług. — Ukłonił się teatralnie. — To co, pijemy jeszcze po „wściekłym” i zmieniamy lokal?

Nie musiał kończyć zdania, a już zawartość kieliszka spływała po moim przełyku.

— To gdzie teraz, przewodniku?

— Do mnie.

— Do ciebie? Szybki jesteś.

— Nie, nie zrozum mnie źle. Reszta ekipy też idzie. Wszystkie imprezy kończą się u mnie. Zresztą bardzo rzadko melanżuję na mieście… Kumasz, paparazzi albo jakieś małolaty robiące mi fotki na Pudelka czy inne tego typu gówno.

— Okej. A już miałam nadzieję! — Śmieję się głośno. Czy wzięłam jakby co prezerwatywy? Tak! Mam jedną paczkę dureksów w torebce z poprzedniego piątku. Nie wykorzystałam, bo facet miał swoje gumki.

Bierzemy taksówkę, choć od klubu do Piotrka na piechotę jest jakieś dziesięć minut. Mieszka bardzo blisko centrum, koło fosy, między Dworcem Głównym PKP a Galerią Dominikańską. W taksówce jedzie z nami kierownik planu serialu, przy którym Piotrek teraz pracuje. I jakaś młoda, ładna aktorka, której nie kojarzę. Chyba jest dopiero po studiach. Reszta ekipy była już tak nawalona, że zdecydowali się wracać do domów.

Wygrzebujemy się z taksówki. Aktorka — Ania — jest już megazrobiona. Ledwo stoi na nogach. Bełkocze, że musi szybko do toalety. Piotrek mieszka na trzecim piętrze i ma fajne mieszkanie. Małe, ale przestronne. Wszystko urządzone jest bardzo nowocześnie i minimalistycznie. Wchodzimy do przedpokoju wyłożonego czarno-białą kostką, po prawej stronie jest łazienka, po lewej lustra. Z tą szachownicą na podłodze lustra dają niesamowity efekt. Ania wyprzedza mnie i szybko wchodzi do łazienki. Piotrek z tym drugim — Marcinem, tylko się śmieją. Z przedpokoju wchodzi się do kuchni połączonej z salonem. Nad salonem jest antresola, a na niej tylko wielki materac, chyba trzy na trzy metry. Oczywiście Piotrek mnie oprowadza. W salonie stoją dwie kanapy, dwa fotele i stolik. W rogu stoją dwie wielkie szafy. I to wszystko. Żadnych półek z książkami, żadnych CD czy DVD. Kuchnia jest nowoczesna i bardzo sterylna. Jedynie na lodówce jest pełno zdjęć kobiet — nagich albo topless. Dostrzegam tu zdjęcie rzygającej teraz w kiblu Ani. Ania w dwuznacznej pozie siedzi w prześwitującej bieliźnie. Dziwne jest to wszystko. Jedyny ślad kultury, jaki tu dostrzegam, to plakat z filmu Jima Jarmuscha Inaczej niż w raju. Widziałam kiedyś ten film. Pora zabłysnąć wiedzą filmową.

— Też lubię Inaczej niż w raju.

— Słucham? — Piotrek ma bardzo zdziwioną minę.

— Inaczej niż w raju. No, film Jima Jarmuscha.

— Co? — Dalej wygląda, jakby nie wiedział, o co mi chodzi. Pokazuję mu więc plakat.

— To plakat z tego filmu.

— Aha. Nie wiem, nie widziałem. Został po poprzednich lokatorach, mieszkam tu od niedawna. — Otwiera lodówkę. — To czego państwo chcą się napić?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 2PIOTREK

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 3FELICJA

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 4MAREK

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 5 SYLWIA

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 6PAWEŁ

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 7 WIKTORIA

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 8 DOMINIK

Dostępne w wersji pełnej.

EPILOG APOKALIPSA

Dostępne w wersji pełnej.

Karta redakcyjna

Copyright © Renata Chaczko 2012

All rights reserved

Redaktor

Agnieszka Bosacka

Projekt okładki

Maciej Szajkowski

Opracowanie graficzne i techniczne

Jarosław Szumski

Wydanie I

ISBN 978-83-7785-938-4

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

[email protected]

www.zysk.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com