Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 401 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gra w zabijanie - J.T. Ellison

„ Zagrajmy” – taką propozycję dostaje porucznik Taylor Jackson z wydziału zabójstw w Nashville. To zaproszenie do makabrycznej internetowej gry wymyślonej przez seryjnego mordercę. Uczestnicy wirtualnie zabijają wskazane przez niego osoby, a potem są oceniani. Część odpada, część przechodzi do dalszego etapu. Organizator gry równie łatwo skazuje na śmierć w realnym świecie. Działa według określonego schematu – kopiuje zbrodnie najbardziej znanych seryjnych morderców. Porucznik Jackson wie, że i ją już skazał na śmierć. Dlatego tym razem postanowiła złamać wszystkie zasady, odpłacić złem za zło. Sprawić, by morderca cierpiał równie mocno, jak jego ofiary.

Opinie o ebooku Gra w zabijanie - J.T. Ellison

Fragment ebooka Gra w zabijanie - J.T. Ellison

J.T. Ellison

Gra w zabijanie

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Dla Davida Achorda, który mnie zainspirował.

I dla mojego Randy’ego.

Istnieją trzy metody zdobywania mądrości: pierwsza to refleksja – ta jest najszlachetniejsza; druga to naśladownictwo – najłatwiejsza; zaś trzecia to doświadczenie – najbardziej gorzka.

Konfucjusz

Naśladowanie to samobójstwo.

Ralph Waldo Emerson

5 listopada

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Boston, stan Massachusetts

Godzina 20:12

Do: troy14@ncr.tr.com

Od: bostonboy@ncr.bb.com

Temat: Boston

Troyu,

wszystko gra.

BB

Cisza, słychać tylko bicie serca.

Wreszcie wróciła do domu, w tym tygodniu koniec z przesiadywaniem do późna w biurze. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek przyjdzie. Nawet rozbawiła go ulga, którą poczuł, kiedy zobaczył ją, jak wlokła się ulicą noga za nogą, zgarbiona pod ciężarem wełnianego płaszcza. Przejął się bardziej, niż sądził. W końcu to tylko gra. Rozkoszna gra.

Minęła samochód, nawet go nie zauważając. Jeszcze kilka kroków i znalazła się na wysokości swojego domu. Furtka z kutego żelaza była zepsuta i lekko uchylona. Pchnęła ją lewą ręką i zaczęła wspinać się po schodkach. Przyglądał się jej z pochyloną głową. Wyjęła klucz, otworzyła drzwi i weszła do środka. Nie obejrzała się, nawet przez moment nie pomyślała, że może grozić jej jakieś niebezpieczeństwo. Popełniła tysięczny błąd w tym tygodniu.

Postanowił, że odczeka jeszcze minutę, pozwoli jej wejść na górę. Sprawdził paczkę i elektroniczne urządzenie do kwitowania odbioru. Odliczał: jedna długa sekunda, dwie długie sekundy…

Kiedy dotarł do sześćdziesięciu, wysiadł z auta, podszedł do drzwi prowadzących do budynku, nacisnął biały przycisk i usłyszał przenikliwy dźwięk dzwonka. A po chwili rozległ się niewyraźny i brzękliwy kobiecy głos:

– Tak?

– Przesyłka dla June Earhart.

Wpuściła go, nie zadając więcej pytań. Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem. Pchnął je na taką szerokość, by zmieścił się wózek z paczką. Poprawił czapkę i nasunął nisko na czoło. Chciał ukryć twarz. W holu, co wcześniej sprawdził, zainstalowano kamery.

Pomyślał o celu. June wpadła mu w oko. Brązowe włosy i oczy, metr sześćdziesiąt siedem wzrostu, trochę za dużo tłuszczyku, ale tylko dlatego, że lubiła sobie podjeść i zaniedbywała ćwiczenia. Nie była leniwa, o nie, tylko… trochę puszysta.

Przez cały tydzień przyglądał się, co jadła na lunch. Poniedziałek – McDonald, wtorek – Subway, środa – dwie lukrowane oponki i przesłodzony owocowy smoothie w Dunkin’ Donuts, w czwartek nie wychodziła, ale dziś po południu poszła na podwójną kanapkę z salami, szynką i serem, a do tego zamówiła frytki. Ciekawe, pomyślał, czy pachnie cebulą, czy też okazała się na tyle rozsądna, żeby wziąć gumę do żucia albo chociaż tic taca? Postawiłby na to drugie, bo pewnie wstydziłaby się żuć gumę przy wszystkich.

Na lunch zawsze chodziła piechotą, po drodze mijała knajpkę, w której miała do wyboru kanapki z pity, i bar sałatkowy, w którym mogła zamówić świeży sok i warzywa, ale i tak wybierała tłuste, tuczące jedzenie. Wiedział, że robiła to, ponieważ z jednej strony bała się być sama, a z drugiej potrzebowała mechanizmu obronnego, którym przed samą sobą usprawiedliwiała swój status singielki. Wiedział, że co wieczór przesiadywała w byle jakim mieszkaniu, czytała czasopisma o jodze i fitnessie, marząc o gibkim, sprężystym ciele. Wiedziała, że gdyby je miała, gdyby się postarała, nie oparłby się jej żaden facet. To znaczy nie oparłby się ten asystent prawny z biura obok.

Ale ponieważ się bała, ograniczała się do marzeń i podstępnymi uczynkami kupowała sobie czas. Wiedział, że zamierza zapisać się na siłownię na początku roku. Była to jedna z pozycji na liście postanowień noworocznych, którą zmięła i wrzuciła do kosza w kuchni. Mógł się założyć, że co roku obiecywała sobie to samo. June należała do kobiet, które już w listopadzie przygotowują listę postanowień, ale nigdy ich nie realizują. Była marzycielką, singielką, która bez pytania wpuszcza nieznajomego do budynku, bo nie przychodzi jej na myśl, że mogłaby stać się ofiarą.

Lubił takie kobiety.

Wózek, który wlókł za sobą, tylko go spowalniał. W dodatku stukał na progach. Gdyby June nie zamówiła wina, wniósłby paczkę zwyczajnie, po schodach. Ale hałasujący wózek niestety pasował do dostawcy i nie budził podejrzeń. Ktoś taki, skupiony na pracy, nie mógł stanowić zagrożenia.

Pierwsze piętro, budynek bez windy. Stanął przed drzwiami mieszkania June. Poprawił czapkę, postawił wózek przed sobą i sprawdził przymocowaną do metalowej ramy drewnianą skrzynkę. Włożył rękę do kieszeni, sprawdził, że wszystko jest na miejscu. Przywołał na usta coś na kształt uśmiechu i zapukał.

June otworzyła. Zauważył, że nadal była lekko zdyszana po wspinaczce po schodach. Zdążyła zdjąć płaszcz, ale na szyi wciąż miała związany w ciasny węzeł szalik. Stojąc z nią twarzą w twarz, zamarł. Wyrwała go z osłupienia słowami:

– Trochę późno jak na dostawę.

Rozciągnął szeroki uśmiech i odparł:

– No tak, przepraszam, ale wie pani, mieliśmy małą obsuwę.

– Już myślałam, że nie dowieziecie. Proszę to tam postawić – powiedziała, pokazując pustą wnękę przed wejściem do kuchni. Był w tej wnęce zeszłego wieczoru i patrzył, jak June ogląda telewizję. Nie zorientowała się. Wymknął się, gdy zasnęła.

Wtoczył wózek do przedpokoju i ruszył w stronę wnęki. Sięgnął do kieszeni, dotknął klawiatury telefonu i nacisnął przycisk „połącz”. Telefon June zaczął dzwonić. Zawahała się, potem wzruszyła ramionami, zamknęła drzwi wejściowe i poszła do salonu odebrać telefon. Zaatakował, gdy odwróciła się do niego plecami. Błyskawicznym ruchem włożył jej szalik do ust, żeby nie krzyknęła, po czym zaniósł ją do sypialni. Przynajmniej będzie im wygodnie.

Wyrywała się, więc uderzył ją w ucho. Nie za mocno, chciał ją tylko ogłuszyć. Poskutkowało. Oczy June zaszły mgiełką, panika się rozmyła. Rozebrał ją i rzucił na łóżko. Potem sam zdjął ubranie, powoli i dokładnie złożył brązowe spodnie wzdłuż szwów, koszulę rękawami ze sobą, a potem na pół. Po wszystkim będzie musiał ubrać kierowcę, dlatego nie chciał, żeby na jego stroju zostały jakieś ślady. June była półprzytomna, ale świadoma. Kiedy założył prezerwatywę i wszedł w nią, próbowała krzyczeć i stawiała opór. Był jednak dużo większy i silniejszy od niej. Nie miała szans. Wierzgała, więc skończył znacznie szybciej, niżby chciał. Potem złapał luźne końce szalika i mocno zacisnął na szyi June, po raz drugi czując przetaczającą się przez ciało rozkoszną falę.

Kiedy oczy wyszły jej z orbit, zacisnął szalik jeszcze mocniej i z zaciekawieniem patrzył, jak na skórze June pojawiają się czerwone plamy, a białka oczu nabiegają krwią. Po trzech długich, nieznośnych i przyjemnych minutach jej ciało zwiotczało.

Szybko się umył. Wkrótce ktoś zwróci uwagę na zaparkowaną nieopodal furgonetkę firmy kurierskiej. Gdy zyskał pewność, że wszystko jest na swoim miejscu, poluzował szalik i zawiązał w kokardę, a na koniec pocałował June w czoło. Szkoda, pomyślał, że nie zdążyła się zapisać na siłownię. Powoli ubrał się i wyszedł z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi. Zdziwiło go, że zamknęły się prawie bezgłośnie, stając się milczącym strażnikiem martwej lokatorki.

Nocne powietrze było rześkie. Będzie padał śnieg, pomyślał. Postawił kołnierz i poszedł do samochodu, pchając przed sobą wózek. Miał szczęście, że prawdziwy kierowca furgonetki nosił jego rozmiar i uniform doskonale pasował. Wsiadł, ruszył i zaraz skręcił, wjeżdżając w pustą ślepą uliczkę. Przebrał się w soje ubranie, a następnie z pewnym mozołem ubrał kierowcę w brązowy uniform. Poklepał po głowie patrzącego martwym wzrokiem kuriera. Przypadkowa ofiara, ale konieczna.

Rozejrzał się. Uliczka była pusta, w domach po obu stronach nie paliły się żadne światła. Był pewien, że nikt go nie widział. Wysiadł z furgonetki i zaczął gwizdać melodię, którą właśnie sobie przypomniał: Strangers in the night… exchanging glances…

Jedna odfajkowana. Przed nim jeszcze wiele.

Nowy Jork

Godzina 22:12

Do: troy14@ncr.tr.com

Od: 44cal@ncr.ss.com

Temat: Nowy Jork

Troyu, witaj. Sprawy idą zgodnie z planem.

44

Szeleściło. Czuł, że schowanie broni do papierowej torby to nie najlepszy pomysł. Przy każdym kroku rozlegało się cholerne szsz, szsz, szsz, bo torba tarła o spodnie. Jak tu się skradać w takich warunkach? Ale przecież nie mógł wsadzić pistoletu za pasek i paradować z nim jak gdyby nigdy nic. To w końcu Nowy Jork, gliny na każdym rogu, wszędzie pełno pstrykających zdjęcia turystów.

Instrukcje mówiły wyraźnie: ma być papierowa torba, w niej broń, a wszystko schowane w kieszeni.

Pies kazał mi to zrobić. Pies kazał mi to zrobić.

W porządku. Wczuł się w swoją postać.

Zaczął padać drobny śnieg. Widział go, ale nie czuł. Na łysej głowie miał czarną wełnianą czapkę. Gdyby nie ona, zmarzłby na kość. Przeciął Houston Street i potruchtał, omijając kałużę, w stronę Washington Square Park. Szsz, szsz, szsz. Może uciszyłby ten irytujący szelest, gdyby włożył rękę do kieszeni? Nie, to by wyglądało dziwnie i podejrzanie, gdyby szedł z ręką schowaną głęboko w kieszeni luźnych spodni z obniżonym krokiem. Przypomniał sobie instrukcje:

„Nie zwracaj na siebie uwagi. Nie garb się, patrz w oczy przechodniom. Ludzie zapamiętują tych, którzy odwracają wzrok”.

Pies kazał mi to zrobić.

Spojrzał na przyszłe ofiary. Dwóch mężczyzn na zielonej ławce. Jeden blondyn, drugi brunet. Pochylają się do siebie. Nie wiedzą, co ich spotka. Serce zabiło mu mocniej. Wszystko szło zgodnie z planem. Za plecami swych żon, które sądziły, że małżonkowie wyciskają siódme poty na siłowni – albo rżną w karty, albo siedzą w kinie, albo poszli na późną kolację, albo utknęli na długim spotkaniu, albo stoją w koszmarnym korku – mężczyźni codziennie wieczorem spotykali się na tej oto ławeczce. Siadali, rozmawiali i oddawali się marzeniom. Czasem, pod wpływem impulsu, bardzo ryzykując, ocierali się o siebie udami albo muskali dłońmi. Raz na pewien – nie za długi i nie za krótki – czas przychodził dzień, na który czekali z niecierpliwością. Wchodzili wtedy pojedynczo do niewielkiego, zapuszczonego mieszkanka, wynajmowanego wyłącznie na potrzeby tych rzadkich schadzek, kiedy uprawiali pośpieszną, fizyczną miłość, po czym wracali do swojego życia. Nikt nie mógł się o tym dowiedzieć. I nikt nie wiedział.

Poza jedną osobą. Teraz już dwiema.

Pies kazał mi to zrobić.

Podszedł do cudzołożników, tych parszywych zboczeńców. Zatrzymał się w odległości metra od nich. Wyjął american spirita, zapalił, zaciągnął się głęboko i wypuścił dym nosem. Wiedział, że wygląda jak smok. Zrobił to raz jeszcze, ot, dla drobnej przyjemności.

Byli tak zajęci rozmową, że nawet na niego nie spojrzeli. Poczuł odrazę. Tak nie powinno być. Mężczyzn nie może łączyć… coś takiego. To dobrze, że byli zajęci sobą. Był zwyczajnym przechodniem, jakimś facetem, który zatrzymał się na papierosa. Dopalił american spirita, rozkoszując się gryzącym dymem, i rzucił peta w krzaki.

Rozejrzał się. Washington Square Park był dziwnie pusty. Zimno albo opatrzność. Siedzący mu na ramieniu anioł pisnął, jednak zignorował intruza, jak to robił już od sześciu tygodni. Nudził się i był gotów się zabawić.

Mężczyźni siedzieli pochyleni do siebie.

Pociągnął nosem, jakby nie potrafił się zdecydować, co dalej. Wyjął pistolet z kieszeni, tłumik cicho zakasłał i z ran trysnęła krew. Po dwa strzały w głowę. Ledwie do nich dotarło, co się dzieje, i już było po sprawie. Zmiął list i rzucił go na ciała. Grzesznicy na twardej, zimnej ławce opierali się o siebie, szary pot i czerwone mózgi mieszały się ze sobą, a krew powoli ściekała na cienką warstwę śniegu pod ławką. Przysiągłby, że odwracając się, usłyszał kapanie.

Pies kazał mi to zrobić.

Zdążył pokonać całą przecznicę, kiedy anioł na ramieniu poinformował go, że przestało szeleścić. Jasna cholera. Pomacał się po kieszeniach, ale znalazł w nich jedynie broń, papierosy i zapalniczkę. Papierowa torba musiała wypaść, kiedy wyciągał pistolet. Nie zwrócił na nią uwagi, bo skupił się na opętańczym wyciu anioła. Kurwa mać. Miał zostawić tylko list. Kurwa.

Wypadł ze swej roli. Poczuł narastającą panikę.

A anioł mówił:

Oddychaj, właśnie tak. Oddychaj i idź przed siebie. To tylko zwykła brązowa, papierowa torba. Nikt nie będzie w stanie jej zidentyfikować.

Zanotował w pamięci, żeby na wszelki wypadek zaraz po powrocie do domu wyrzucić paragon za paczkę toreb, którą kupił z myślą o dzisiejszym zadaniu. Zamierzał pozbyć się wszelkich śladów, które mogłyby doprowadzić do niego policję. Rozkaz to rozkaz, prawda?

Anioł się rozgadał:

Jebany pies. Jak można winić za cokolwiek psa? Trzeba być nieźle pierdolniętym, nie? Pies kazał mi to zrobić – akurat!

To nie był dobry anioł.

Za plecami usłyszał syreny. Poczuł, jak panika kamieniem ciąży w żołądku. Zbladł. Pomyślał, że musi biec. Uciec jak najprędzej. Już zrywał się do biegu, kiedy anioł wrzasnął mu do ucha:

Idź spokojnie, stary. Idź, nie biegnij.

Zatrzymał się i głęboko odetchnął. Przypomniał sobie zaskoczenie na twarzach mężczyzn. Wbił spojrzenie w okno baru akurat w chwili, kiedy ulicą pomknął radiowóz na sygnale, udając zainteresowanie tym, co za szybą. Ot, facet w drodze do domu zastanawia się, czy nie wpaść na drinka. Uśmiechnął się, widząc swoje zarośnięte odbicie.

To jednak był udany wieczór.

San Francisco, stan Kalifornia

Godzina 23:00

Do: troy14@ncr.tr.com

Od: crypto@ncr.zk.com

Temat: San Francisco

Troyu, idzie mi całkiem nieźle. Dam znać, jeśli coś się posypie.

ZK

Pociły mu się dłonie.

Walczył z mdłościami. Przełknął gulę narastającą w gardle. Rękawiczki piły i drapały, czuł, że go krępują. Zdjął je szybkim ruchem, ignorując rozkazy. Pod wpływem chłodnego powietrza po wilgotnej skórze przebiegły ciarki. Teraz lepiej. Włożył rękawiczki do tylnej kieszeni czarnych dżinsów. Mocniej i pewniej chwycił rękojeść pistoletu. Metal był śliski i niemal parzył dłoń. Od dawna wyobrażał sobie, jak będzie wyglądał ten moment. Teraz miał szansę, prawdziwą szansę za jednym zamachem zrealizować marzenia i zarobić trochę forsy. Wyrwać się z kieratu, w którym tyrał dzień za dniem. Pieprzona robota, z której go wywalili. Pieprzony dom, który zajął bank. Pieprzony samochód, który nadal musiał spłacać, choć nie było go już na to stać. Był bezdomny, goły jak święty turecki i cholernie chciał spróbować morderstwa. Pieniądze będą bardzo miłym dodatkiem do imprezy. Okazja nadarzyła się w idealnym momencie.

Jakieś dwadzieścia metrów dalej dwie postaci kotłowały się na przednim siedzeniu toyoty tercel. Z ciemnej kabiny dobiegała przytłumiona muzyka. Okna były zaparowane, nie dało się dostrzec żadnych szczegółów. Ale wiedział, że w środku znajduje się para nastolatków, która wybrała się na wieczorne baraszkowanie. Nieważne, jak się nazywają. Nieważne, co robią. Są rekwizytami. Złudzeniem.

Posuwał się naprzód, ostrożnie stąpając po żwirze. Droga była stara, zaniedbana i wyboista, ale ani jej stan, ani intensywna woń stojącej wody pobliskiego jeziora jakoś nie zniechęcały amatorów przytulanek. Zakątek – idealne miejsce, jeśli komuś zależało na odrobinie prywatności – nie bez powodu nazywano alejką zakochanych. Drogę oświetlał blask księżyca.

Jeszcze dziesięć metrów. Nudności powróciły ze zdwojoną siłą. Zatrzymał się i odetchnął głęboko przez usta. Próbował przekonać serce, by nieco zwolniło. Poczuł adrenalinę, płynęła w żyłach, krążyła w nim całym i paliła niczym jad.

Oto ta chwila, o której marzył od lat. Wreszcie!

Pamiętaj, po co tu jesteś, upomniał sam siebie. Pamiętaj, jaka jest stawka. Pomyśl o świetlanej przyszłości.

Teraz lepiej. Nerwy minęły, dał się porwać chwili.

Nadszedł czas.

Ostatnie metry pokonał wypełniony radosnym podnieceniem. Wyjął latarkę z kieszeni kurtki i włączył ją. Już wyraźnie słyszał jęki dziewczyny, widział jej drobne ciało. Podskakiwała, siedząc okrakiem na kochanku. W górę i w dół, w górę i w dół. Poczuł swędzenie w kroczu, takie samo, jakie go dopadało podczas oglądania pornosów. Uświadomił sobie, czym w istocie było nerwowe oczekiwanie na ten dzień: podnieceniem niemal seksualnym. Doszedł do wniosku, że bardzo mu się to podoba.

Zastukał latarką w okno od strony kierowcy.

Pisk. Zaskoczył ich. To dobrze. Przyłożył srebrną odznakę do szyby. Chłopak gwałtownie zbladł. Kilka szybkich ruchów – pewnie mieli alkohol albo prochy – i po chwili kierowca opuścił szybę. Z wnętrza wylała się muzyka, klasyczny kawałek do seksu. W oknie ukazała się wystraszona twarz chłopaka. Dziewczyna siedziała na miejscu pasażera i ukradkiem poprawiała spódnicę.

Chłopak odchrząknął. W ostrym świetle latarki wyraźnie było widać jego krwistoczerwone usta.

– O co chodzi, panie władzo? Jakiś problem?

– Skądże – odparł i nacisnął spust.

Trafił chłopaka tuż pod lewym okiem. Doskonale! Wbił spojrzenie w zgrabną dziurkę w policzku i zdziwił się ilością krwi, jaka popłynęła na fotel kierowcy. Zawahał się. Odgłos wystrzału był donośniejszy, niż się spodziewał, na pewno dużo głośniejszy niż na strzelnicy, gdzie przecież używało się słuchawek. Brzęczało mu w uszach, ale nie aż tak, żeby nie usłyszał krzyku. Ach tak, jeszcze dziewczyna.

Sprowadziła go na ziemię. Mocowała się z klamką, cholera, otworzyła drzwi. Szybko obszedł samochód od przodu. Dopadł ją, kiedy zerwała się do biegu. Płakała, wydawała z siebie paniczne, chaotyczne chrząknięcia. Obejrzała się przez ramię, a gdy zobaczyła, że się do niej zbliża, zaczęła biec tyłem i nagle wylądowała twardo na tyłku. Próbowała uciec, stopami zaczepiała o suche gałęzie i mieliła żwir. Wycelował i strzelił.

Pocisk trafił ją w pierś. Tępe „łup” i odrzuciło ją do tyłu. Upadła, plątanina rąk i nóg, ze wzrokiem utkwionym w niebo. Strzał prosto w serce. Umarła w ciągu minuty. Przez chwilę oddychała nierówno, spazmatycznie, dopóki nie uszło z niej całe życie. Zignorował zawodzący jęk dziewczyny i przyjrzał się krwi. Fascynująca ciecz – ta lepkość, ten kolor. Dotknął powiększającej się kałuży. Dłoń lśniła czerwienią.

Zorientował się, że ma potężną erekcję. Wyobraził sobie, że szkarłatną dłonią obejmuje stwardniały członek i porusza ręką. To wystarczyło.

Zaspokojony opanował oddech, schował broń do kieszeni i wyjął aparat fotograficzny. Pstryknął piętnaście zdjęć pod różnymi kątami i z różnej odległości, po czym wrócił do chłopca i zrobił to samo. Zerknął na zegarek. Minęła północ. Czas się zbierać.

Ruszył wydeptaną ścieżką prowadzącą do jeziora. Był zadowolony z nocnej wyprawy, myślami wybiegał już ku kolejnej. Po zdenerwowaniu nie został nawet ślad. Postanowił, że następnym razem użyje noża.

Nashville, stan Tennessee

Północ

Taylor Jackson zaczęła się budzić. Serce waliło jej w piersi. Rzadko miewała mocny i spokojny sen, ale tym razem naprawdę ją wzięło, bo czuła się, jakby pływała w gęstej szarej materii swego mózgu. Próbowała zmusić się do otwarcia oczu. Coś ją obudziło. Jakiś niedaleki i głośny dźwięk.

Sięgnęła pod poduszkę i poczuła zimną stal glocka. Starając się nie szeleścić pościelą, przysunęła broń do piersi, pewnie ujęła rękojeść i omiatając wzrokiem wypełniającą sypialnię ciemność, usiadła na łóżku.

Ponownie usłyszała ten dźwięk i przeszedł ją dreszcz. To sowa.

Padła na łóżko i schowała pistolet pod poduszkę. Położyła ręce na piersi i spróbowała uspokoić walące serce. Sufit wydawał się zawieszony niżej niż zwykle. Światło księżyca wędrowało po pomalowanej na jaskrawy kolor ścianie.

Kilka godzin wcześniej przyjaciółka, o ile Ariadne można było tak nazwać, powiedziała, że sowa jest totemem Taylor, jej duchem-przewodnikiem. I że pojawienie się sowy to dla niej znak. Nie to, żeby Taylor naprawdę wierzyła w całą tę abrakadabrę – pogańska kapłanka była mistrzynią przestróg i pokrętnych odpowiedzi – ale słysząc już trzecie wyraźne pohukiwanie, poczuła pełznący po niej strach.

Gdyby naprawdę dawała wiarę słowom Ariadne, musiałaby uznać ptasi koncert za znak.

Nie potrzebowała pohukiwań sowy, by wiedzieć, że nie jest i nie będzie dobrze. Minęło zaledwie czterdzieści osiem godzin od zdarzenia, w którym okoliczności zmusiły Taylor do zastrzelenia nastoletniego chłopca. Czas nie zaleczył rany. Czuła się gorzej niż tuż po strzelaninie.

Przekręciła się na drugi bok, starając się zapomnieć twarz chłopca.

– Myśl o czymś innym – poradziła Ariadne – to poczujesz się lepiej.

Nieprawda, wcale nie czuła się lepiej. W rzeczywistości wszystko zmierzało ku gorszemu. Wiedziała, co się stanie. Czuła to w kościach. Nie potrzebowała ani pohukiwania sów, ani podpowiedzi czarownicy, by przewidzieć nadchodzące kłopoty. Instynkt wysyłał jej silne sygnały ostrzegawcze.

Największy wróg Taylor postanowił wykonać ruch.

Spojrzała w sufit. Naśladowca, ten psychopatyczny sukinsyn, porwał Pete’a Fitzgeralda, sierżanta Fitza, jej bliskiego przyjaciela i wzór do naśladowania, przetrzymywał go i torturował, ale nie zabił. Umęczony Fitz miał być świadectwem siły Naśladowcy, jego władzy nad życiem i śmiercią. Doskonale zrozumiała, co drań chciał przez to powiedzieć:

– To samo mogę zrobić z tobą, Taylor, w dowolnym momencie, w dowolnym miejscu.

W starej przyczepie kempingowej w górach Karoliny Północnej zostawił prezent dla Taylor. Zadrwił ze zdolności pani porucznik i wysłał jej sygnał ostrzegawczy, karteczkę przyczepioną do wyłupionej gałki ocznej Fitza, a na niej wiadomość po hebrajsku: ayin tachat ayin, czyli „oko za oko”. Trudno o większą dosłowność.

Fitz przeżył, ale został okaleczony. Nie wiedziała, co jeszcze zrobił mu oprawca, ale wyobrażała sobie, że dużo gorsze rzeczy.

Wkrótce miała się dowiedzieć. Za kilka godzin poleci do Nags Head w Karolinie Północnej i sprowadzi sierżanta do domu.

Przewróciła się na drugi bok. Nogi zaplątały się w kołdrę, więc kopnięciem podrzuciła tkaninę i zaczekała, aż opadnie jak posłuszna chmura.

Znów wypełniła ją ciemność, a umysł pracował na najwyższych obrotach. Wróciło poczucie, że wszystko się rozpada. Ostatnie dwa dni należały do najgorszych w jej życiu. Dwa dni przeżywania całego zdarzenia sekunda po sekundzie: huk wystrzału, odrzut, pieczenie w nadgarstku po pierwszym strzale, drugim, trzecim, ogłuszające dzwonienie w uszach, szok i nienawiść w oczach chłopaka. Po raz tysięczny zadała sobie pytanie: „Czy mogłam postąpić inaczej?”. Jasne, że nie, odpowiedziała, przecież celował do mnie z pistoletu. Śmierć na życzenie, jak to się mówi. Policjant wyręcza człowieka w samobójstwie. Zdesperowany podejrzany nie ma odwagi sam odebrać sobie życia, więc zmusza policjanta, by go zastrzelił.

Wróciła myślami do Fitza, do jego bólu. Wyobraziła sobie, co czuje człowiek, któremu wyłupują oczy. Miała nadzieję, że Fitz był wtedy nieprzytomny. Poczuła gulę w gardle. Wystarczyła krótka rozmowa, by wytrącić ją z równowagi. Kiedy zadzwonił, by powiedzieć, że żyje, pominął szczegóły. Przekazał Taylor wiadomość od Naśladowcy. Szyderczą i niejasną. Tylko jedno słowo.

– Kazał ci powiedzieć: „Zagrajmy”.

Przewróciła się na drugi bok, rozbiła poduszkę pięścią i położyła głowę na miękkiej powierzchni. Strzelanina i ból Fitza nie były jedynymi przyczynami niepokoju.

Zagrajmy.

Naśladowca nie wykazał się przesadną subtelnością. Ktoś dzwonił do niej do domu. Kiedy wyjechała z miasta w ślad za kolejnym szaleńcem – zawsze był jakiś kolejny szaleniec, lista się wydłużała – ktoś zostawił pocisk i liścik w skrzynce na listy. Nieustannie miała poczucie, że jest obserwowana. Zniknięcie Fitza i jego uwolnienie też było zakamuflowaną wiadomością.

– Widzisz, Taylor, jaką mam władzę? – pytał w ten sposób Naśladowca. – Jeśli zechcę, mogę w każdej chwili dopaść twoich najbliższych.

Ale dla Naśladowcy nękanie przyjaciół Taylor już nie wystarczało.

Zagrajmy.

Żałowała, że Baldwin musiał wyjechać do Quantico. Nie było go od dwóch dni. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo go potrzebowała, do jakiego stopnia stała się zależna od jego chłodnej logiki, jak usilnie szukała pociechy przy jego boku. Niedawno musiała stawić czoło jednemu z największych wyzwań swego życia, podjęła je i poradziła sobie. A teraz brakowało jej Baldwina. Zobaczą się już jutro, pomyślała w nagłym przypływie radości. O ile jego pobyt w Quantico się nie przeciągnie. O ile jutro w ogóle nadejdzie.

Na zegarze siedemnaście minut po północy.

Westchnęła głęboko i wstała z łóżka. Włożyła czarne dresy i wsunęła z tyłu za pasek glocka kaliber 40. Był tak ciężki, że spodnie zaczęły się zsuwać. Poprawiła je, ściągnęła gumkę i zawiązała z przodu sznurek. Od razu lepiej.

Poszła korytarzem do pokoju, w którym stał jej ulubiony stół do bilardu. Włączyła starą podłużną lampę z zielonym kloszem, zalewając pomieszczenie nieziemskim, szmaragdowym blaskiem. Sięgnęła po pilota do telewizora. Odbiornik włączył się na kanale Fox News. Akurat leciał jeden z jej ulubionych programów, talk-show Red Eye. Zawsze dostarczał jej doskonałej rozrywki, zwłaszcza wstawka Halftime Report autorstwa Andy’ego Levy’ego. Skoro brak mi łez, niech się chociaż pośmieję, pomyślała.

Zdjęła pokrowiec ze stołu i zaczęła nieśpiesznie pocierać kij kredą, jednym uchem słuchając telewizora. Ustawiła bile, rozbiła je, wszystkie po kolei posłała do łuz, a potem zaczęła grę od początku.

O dziwo, sowa ją zaniepokoiła. Kto wie, może podświadomie postanowiła w końcu uwierzyć słowom czarownicy? Ariadne powiedziała, że podczas strzelaniny Taylor nie miała wyboru. Postąpiła słusznie, uratowała życie niewinnym ludziom. Przewidziała, że Fitz przeżyje, ale będzie ranny. Powtarzała, że losy Baldwina i Taylor są nierozerwalnie splecione, toteż Taylor może, a nawet powinna na nim polegać. Ariadne wkradła się do jej życia pod nieobecność Baldwina, zastąpiła go w roli powierniczki, dlatego Taylor nie została sama ze swoimi zmartwieniami. To pomagało, zwłaszcza kiedy nie mogła się pozbyć wrażenia, że wszystko dokoła się rozpada. Naśladowca wybierał się po nią i wiedziała, że tym razem nie zadowoli się przelotnym kontaktem.

Nie wiedziała jednak, dlaczego teraz. Ani czemu wybrał właśnie ją. Był dla niej zagrożeniem, akurat tyle wiedziała. Nie zważał na alarmy, ochronę, broń – potrzebował jej i zamierzał do niej dotrzeć.

Zagrajmy.

W złości rozbiła bile tak mocno, że jedna z nich przeskoczyła przez krawędź stołu i z głuchym łupnięciem spadła na podłogę. Podniosła ją i położyła na zielonym suknie.

Czy jestem na niego gotowa? – pytała samą siebie.

Wszystko po kolei.

Najpierw pojedzie do Karoliny Północnej po Fitza.

6 listopada

ROZDZIAŁ DRUGI

Outer Banks, wyspy barierowe u wybrzeży Karoliny Północnej

Dyskrecja była jedną z najważniejszych cech stewardesy pracującej na pokładzie niewielkiego odrzutowca, zatrudniało ją bowiem Federalne Biuro Śledcze, a podlegała bezpośrednio jego wicedyrektorowi. Widziała rzeczy niewidoczne dla zwykłych śmiertelników. Widziała, jak szef rozmawiał z możnymi i potężnymi ludźmi tego świata. Widziała, jak samolot przewoził osoby, które z różnych względów nie mogły podróżować zwykłymi środkami transportu. Widziała lecące nim kobiety, które straciły mężów, i matki, które straciły synów. Widziała naprawdę bardzo dużo, ale nigdy z nikim o tym nie rozmawiała.

Niemniej jednak szarooka, siedząca w środkowej części kabiny na szerokiej, skórzanej sofie kobieta, obok której stała nietknięta kryształowa szklanka z wodą, była pewnym zaskoczeniem. Stewardesę – na imię miała Cici – z początku oczarował sympatyczny uśmiech nieznajomej. Pozwoliła zahipnotyzować się oczom, z których jedno miało ciemniejszy odcień niż drugie. Zauroczył ją jej południowy akcent, to typowo teksańskie przeciąganie samogłosek. Zwróciła uwagę na blond włosy związane w doskonale niechlujny kok. Przeczesała palcami swoje przywiędłe loki i pomyślała, że chciałaby mieć takie mocne, puszyste włosy. Ułożyć je raz i mieć święty spokój.

Zazdrościła nieznajomej wzrostu – metr osiemdziesiąt dwa bez szpilek – i prezencji: twarzowego kaszmirowego golfu, czarnej skórzanej marynarki, dopasowanych dżinsów i czarnego płaszcza motocyklówki. Ze zdziwieniem dostrzegła przymocowane do paska kaburę i odznakę. Przecież ta kobieta w ogóle nie wyglądała na policjantkę! A jednak nią była, o czym Cici wiedziała, bo przeczytała listę pasażerów. Pani porucznik z Wydziału Zabójstw Policji w Nashville w stanie Tennessee.

Siedziała dziwnie nieruchomo, nie bawiła się niczym, nie zakładała nogi na nogę, nie bębniła palcami o skórzany podłokietnik. Trzymała dłonie luźno na podołku, głowę miała lekko zwróconą w stronę okna. Brak ruchu ze strony pasażerki krępował i niepokoił Cici, toteż chodziła po kabinie na palcach, żeby jej nie przeszkadzać.

Wiedziała również, że łączą ją bliskie stosunki z doktorem Johnem Baldwinem, ulubieńcem szefa Cici. Baldwin nie dość, że był zabójczo przystojny – za tymi zielonymi oczami skoczyłaby w ogień – to na dodatek emanował ciepłem, troskliwością, przenikliwością. Był serdecznym przyjacielem szefa, synem, którego ten nigdy nie miał. Wiedziała o tym, ponieważ Garrett Woods zwierzył jej się, kiedy jeszcze pijał wysokoprocentową wodę przez „o” z kreską.

Baldwin prowadził mężczyzn i kobiety na bój, walczył z siłami zła, usiłował powstrzymać falę zbrodni i rozlew krwi powodowany okrucieństwem złoczyńców. Jednocześnie był rozbrajająco uprzejmy, i to do tego stopnia, że zastanawiała się, czy to aby nie poza. Jak można wiecznie być takim opanowanym? Takim jak ta nieznajoma pasażerka. Cici oczywiście nie była profilerką, ale studiowała psychologię i często się zastanawiała, co kieruje doktorem Johnem Baldwinem. Stwierdziła, że jego grzeczność to tylko fasada, pozory. Za nią kłębiły się i wierciły demony. Poczucie winy, wstyd, nienawiść. Jak u każdego, prawda?

Czuła, że podobna walka rozgrywa się w duszy pani porucznik. Poczucie winy, wstyd, nienawiść. Lecz w tej szarej, ciemnej jak dno jeziora głębi kryło się coś jeszcze, i o ile Cici się nie myliła – mówię od razu, powtarzała w duchu, że żaden ze mnie ekspert – był nim strach.

Taylor poczuła, jak wysuwa się podwozie samolotu. Po chwili koła dotknęły chłodnego asfaltu. Maszyna łagodnie wylądowała, po czym zatrzymała się. Baldwin załatwił przelot z Nashville do Karoliny Północnej odrzutowcem swojego szefa. Taylor musiała przyznać, że przemieszczanie się takim środkiem transportu mogłoby wejść jej w nawyk.

Stewardesa otworzyła drzwi i grzecznie się pożegnała. Taylor nie żałowała, że lot się skończył. Stewardesa zachowywała się dziwnie, była blada, płochliwa jak sarna na łące i bacznie jej się przyglądała oczami niemal zupełnie pozbawionymi rzęs.

Taylor zeszła po schodkach na płytę lotniska. Z zaskoczeniem stwierdziła, że z sinoszarego nieba lecą drobne płatki śniegu. Czuła, że na głowie tworzy jej się biała skorupa. Potrząsnęła włosami i związała je w kucyk.

Baldwin już czekał. Kiedy ją zobaczył, jego ciemnozielone oczy zalśniły. Nie golił się od poniedziałku – od wyjazdu do Quantico – i wyglądał jak perfekcyjnie zaniedbany model, który uciekł z planu zdjęciowego reklamy. Przebudziło się w niej pożądanie, a czysta radość z przebywania w pobliżu Baldwina sprawiła, że usta ułożyły się w szeroki uśmiech. Odwzajemnił go, objął Taylor wpół i pocałował. Kiedy odkleili się od siebie, żeby zaczerpnąć tchu, odezwali się równocześnie:

– Jak lot?

– Jest Fitz?

Roześmieli się, po czym Taylor powiedziała:

– Ty pierwszy.

– Nie, nie ma go tutaj. Przesłuchują go agenci SBI, a po południu czeka go operacja. Przewiozą go do Duke.

– W Nashville też mamy chirurgów. Dlaczego nie możemy go zabrać do domu?

– Biuro chce go na razie zatrzymać pod swoją jurysdykcją. Zaangażowali w to trzy biura okręgowe. To dla nich duża, ważna sprawa, dlatego nie chcą wypuścić Fitza z rąk. Wiesz, jak jest. Poza tym chirurg z Duke należy do najlepszych w swoim fachu. Oczyści oczodół i umieści w nim tymczasowe wypełnienie, żeby nie dopuścić do opadnięcia mięśni ocznych. Na okres rekonwalescencji przewiozą Fitza do szpitala Uniwersytetu Vanderbilta. Widziałem się z nim, tyle że na krótko. Wiem, że się ucieszy, kiedy cię zobaczy.

Zobaczy mnie, pomyślała. Zobaczy… Przeszedł ją dreszcz.

– Biedne to oko. Bardzo go boli?

– Stan Fitza okazał się na tyle stabilny, że wypisano go z oddziału ratunkowego i zabrano na posterunek na przesłuchanie. Na pewno odpowiednio się nim zajęli. Wiesz, to twarda sztuka, nic mu nie będzie. Lekarze powiedzieli, że uszkodzenie jest do naprawienia. Za miesiąc dostanie protezę.

– Chcę z nim porozmawiać. Może jednak wolałby wrócić do Nashville? To powinien być jego wybór. Przecież nie mogą traktować go jak podejrzanego.

Ruszyli w stronę terminalu. Prywatne lądowisko w Duck miało niewielkie rozmiary, przyjmowało tylko małe odrzutowce i samoloty jednosilnikowe.

– A oprócz tego co nowego?

– Kapitan portu znalazł łódź Fitza. Okazuje się, że od tygodnia albo nawet dłużej stała zacumowana w przystani. Kapitan poszedł wyegzekwować opłatę portową od właściciela, ale gdy wszedł do środka i zobaczył mnóstwo krwi, zawiadomił policję w Nags Head. W łazience funkcjonariusze znaleźli martwą Susie. Miała liczne rany kłute.

Tylor zrobiło się niedobrze. Susie McDonald – najsłodsza kobieta, jaką od dłuższego czasu Fitz spotkał na swej drodze. Tylor ją polubiła, a Fitz pokochał. Musi być zdruzgotany.

– Biedna Susie. Fitz już wie?

– Tylko tyle, że Susie nie żyje. Żadnych szczegółów. Ale był tam, kiedy umierała, więc pewnie sam się domyśla. Fitz jest w zdumiewająco dobrym stanie, zważywszy na to, przez co przeszedł. Bez oka można żyć. Choć zapewne boli jak cholera. Zresztą sam ci opowie.

– Czy na przystani są kamery? Zarejestrowały osobę, która opuszczała łódź?

– Kamery są, ale jeszcze niczego nie znaleźliśmy, za wcześnie na to. Sam dopiero co przyleciałem.

Taylor przyglądała się pełnemu gracji tańcowi śnieżnych płatków. Sporo napadało. Prognozowano osiem centymetrów, to sporo, jak na tę porę roku i ten zakątek kraju.

– Naśladowca nie jest głupi – powiedziała. – Próbuje mnie wywabić, to jasne. Celowo skrzywdził Fitza. Wie, że po niego idę, a jeśli nie, wtedy on przyjdzie po mnie.

– Taylor…

– Poważnie. Koniec grzecznej Taylor. Chcę dorwać drania.

Baldwin głęboko westchnął.

– Właśnie dlatego odeślę cię do domu i przydzielę całodobową ochronę. Bo nie chcę, żeby on dorwał ciebie.

– Wiem, już mówiłeś. Nie potrzebuję nianiek.

Zatrzymał się przed drzwiami do terminalu, złapał Taylor za ramiona i obrócił w swoją stronę.

– Nie sprzeczaj się ze mną, koniec z żartami. To niedługo się skończy. Wiem, że ty też to czujesz. Musimy być ostrożni.

– Uspokój się, przecież jestem ostrożna. – Poklepała się po biodrze, po spoczywającym w kaburze glocku, a potem sięgnęła do przedniej kieszeni w spodniach i wyjęła pocisk dum-dum kaliber 40 ze strzelby winchester. – Widzisz? Noszę tę kulę, którą mi przysłał. Zamierzam mu ją odesłać.

Usta Baldwina drgnęły. Było widać, że walczy ze śmiechem.

– Co tam jest napisane? – spytał.

Podała mu pocisk. Na łusce krzywymi literami napisała hamsa, czyli „ręka Fatimy”. Była to nazwa bliskowschodniego symbolu chroniącego przed „złym okiem”. Oko na dłoni było dla niej jak amulet. Wiedziała, że to infantylne, ale umieszczenie napisu na naboju dało jej sporo satysfakcji.

– Zamierzam pokazać Naśladowcy, że całkiem dosłownie potraktowałam to jego „oko za oko”.

Baldwin tylko pokręcił głową i westchnął ciężko.

Pociągnęła go za rękę.

– No już, idziemy. Co się wydarzyło od twojego przesłuchania? Dowiedziałeś się czegoś?

Zawahał się i odparł:

– Nie teraz, porozmawiamy, kiedy zostaniemy sami.

Coś było nie tak. Mówił wymijająco, a kiedy szli obok siebie, czuła, że się od niej odsuwa. Przesłuchanie w Quantico miało charakter dyscyplinarny. Chodziło o jakąś sprawę z przeszłości Baldwina, nic więcej nie wiedziała. Ale nie dociekała, nie dopytywała się o szczegóły, bo próbowała uporać się z własnymi problemami. Być może popełniła błąd.

Zagryzła wargę i poszła za Baldwinem. Przeszli przez niewielki budynek terminalu i znaleźli się na parkingu. SBI, Stanowe Biuro Śledcze, przysłało auto. Od razu je rozpoznała: czarne, kanciaste pudło, już na pierwszy rzut oka przeznaczone do wożenia tajniaków. Pracowało na jałowym biegu, z rury wydechowej wydobywała się chmura spalin. Kierowca pomimo szarego nieba miał na nosie ciemne okulary. Na tylnym siedzeniu można się było ugotować. Baldwin poprosił agenta, żeby przykręcił ogrzewanie. Posłuchał, ruszył i powoli włączył się do ruchu. Drogi nie były oblodzone, ale padający śnieg sprawiał, że było dość ślisko.

Krajobraz za oknem wydawał się Taylor swojski i zarazem osobliwie egzotyczny. Ostatni raz była na Outer Banks jako mała dziewczynka. Zawsze przyjeżdżała tu latem. Jej oczom ukazał się hipnotyzujący widok – to śnieg pełzał po piasku. W myślach umieściła tę scenę na pocztówce i dopisała hasło: „Spędź zimę na plaży”. Pomyślała o wielkich ogniskach, radosnych, biegających po piachu psach i ubranych w grube wełniane swetry właścicielach stawiających czoło podmuchom zimnego wiatru. Bardziej to Północ niż Południe.

Z zaskoczeniem uznała tę wizję za pociągającą. Pochodziła z Nashville, a zatem nie cierpiała śniegu i jednocześnie uwielbiała go i cieszyła się z niego jak dziecko. Jeśli nie liczyć świątecznej burzy śnieżnej sprzed roku, w Nashville biały puch był bardziej anomalią niż normą. Lód, deszcz ze śniegiem – to owszem, ale nie puszyste wirujące płatki. One były czymś obcym.

Raczej by nie zniosła wiecznej zimy, ale śnieg w milczeniu padający na drobny piasek wydawał jej się całkiem na miejscu. Był niczym przebaczenie.

Baldwin wziął ją za rękę i lekko ścisnął, jakby czytał w jej myślach. Zawsze potrafił przedrzeć się przez skorupy i barwy ochronne i dotrzeć do dna duszy. Umiał to robić, bo był psychiatrą, ale w przypadku Taylor chodziło o coś więcej niż kolejną diagnozę. Baldwin czuł ból, którego doświadczała. Zdawał sobie sprawę, że ilekroć używała broni, kruszyła się kolejna cząstka jej duszy. Miała tylko nadzieję, że jeśli nadal będzie ją kochał, wówczas może, ale tylko może, uda mu się powstrzymać tę jej stopniową utratę człowieczeństwa.

– Spałaś? – spytał.

– Trochę – odparła z uśmiechem. – Chociaż nie dałam odpocząć stołowi do bilardu.

– Mogę ci coś przepisać. Ja albo Sam.

– Sam jest zajęta – odparła, umykając wzrokiem. – Ma dużo na głowie. Nie sądziła, że zajdzie w ciążę tak szybko po poprzedniej. To duże obciążenie dla niej i Simona.

– Znów się kłócicie?

– Nie. Ona… Po prostu nie chcę się faszerować prochami. – Bo jeśli zasnę kamiennym snem, a on po mnie przyjdzie, nie będę się mogła obronić, dodała w myślach.

Stosunki między nią a Sam Loughley były ostatnio napięte, ale nie chciała o tym rozmawiać z Baldwinem. Po co jeszcze bardziej go niepokoić. Poprztykanie się z najlepszą przyjaciółką to nic przyjemnego, a jeśli w dodatku musisz z nią pracować niemal każdego dnia, ponieważ jest szefem patologów w zakładzie medycyny sądowej, to już w ogóle. Znały się od przedszkola, kłóciły się mnóstwo razy, zawsze jednak w końcu się godziły. Teraz też tak będzie.

Zaczęło się, kiedy James „Memphis” Highsmythe ze Scotland Yardu, nowy współpracownik FBI z ramienia brytyjskiego pracodawcy, zaczął podrywać Taylor, a ona nieroztropnie podjęła grę. Sam natychmiast jej to wytknęła. Cała wina leżała po stronie Taylor, miała tę świadomość, ale sytuacja zaczęła ją męczyć. Nawet nie chciało jej się myśleć o Memphisie i była przekonana, że jeśli nie odwzajemni uczuć, to Memphisowi zadurzenie w koleżance szybko przejdzie. Kłótnia z Sam pokazała, że Taylor jednak nie wyrzuciła z pamięci ani Memphisa, ani tym bardziej pocałunku, choć wydawało jej się, że jest inaczej. Nie miała ochoty o tym rozmawiać. Nie teraz, kiedy wszystko wokół staje się niepewne.

Baldwin wziął ją za rękę.

– Już dobrze. Jak spotkanie z doktor Willig?

– Z Victorią? W porządku.

Wyczuł kłamstwo, ale powstrzymał się od komentarza. Po strzelaninie, po tych wszystkich trupach i odebranych niewinnych życiach, komendant Joan Huston, szefowa Taylor, przed ponownym dopuszczeniem do służby wysłała ją do psychologa. Regulamin tego wymagał po każdym użyciu broni palnej przez funkcjonariusza. Taylor spędziła u doktor Willig całe dziesięć minut. O tym też wolała nie mówić.

Popatrzyła na ocean, na fale rozbijające się o brzeg i utożsamiła się z nimi chyba trochę za mocno.

Baldwin zrozumiał, że to koniec rozmowy. Rozsiadł się wygodnie na skórzanym siedzeniu, sprawdził wiadomości na telefonie i zatopił się w myślach. Taylor cieszyła się, że przesłuchanie dobiegło końca. Nadal uczyła się, jak dzielić się swymi przemyśleniami z Baldwinem. Wystarczająco długo nie miała partnera, by przyzwyczaić się do emocjonalnej samowystarczalności, więc fakt, że miała u swego boku bratnią duszę, kogoś bliższego niż przyjaciele z dzieciństwa, czasem wprawiał ją w zakłopotanie. Nadal ukrywała prawdziwe uczucia, nadal nie wszystko wyjawiała Baldwinowi. Doktor Willig powiedziałaby, że to niezdrowe. Taylor była zaręczona z Baldwinem, wkrótce ostatnie bariery między nimi znikną. Na szczęście Baldwin był cierpliwym mężczyzną i wiedział, kiedy dać narzeczonej nieco przestrzeni.

Przez resztę drogi milczeli. Samochód skręcił na podjazd i zatrzymał się przed piętrowym posterunkiem policji w Nags Head. Dom cechowała swoboda typowa dla budowli w tym miasteczku. Dach składał się z szarych podniszczonych gontów wykończonych białymi listwami profilowymi, a całe piętro sprawiało wrażenie azylu na czas nieuniknionej powodzi w sezonie huraganów. Kierowca wysiadł, zapalił papierosa i bez słowa zniknął za rogiem.

Z budynku wyszedł mężczyzna i zaczął machać na powitanie. Był szczupły, miał brązowe włosy i oczy, miał na sobie stosowne do pogody drelichowe spodnie i jasnobrązowy wełniany sweter.

Wysiedli z auta i ruszyli mu na spotkanie. Uśmiechnął się do Taylor, spojrzał na nią z dołu i powiedział:

– O rany, wysoka jak brzoza…

Baldwin stłumił wybuch śmiechu. Gdyby za każdym razem, gdy ktoś skomentował jej wzrost, pobierała honorarium, byłaby bogatą kobietą.

– …ale nie głupia jak koza. Miło mi – odparła.

Podali sobie ręce.

– Steve Nadis, komendant posterunku. Jak samopoczucie?

– Porucznik Taylor Jackson, Nashville, Wydział Zabójstw. Dobrze, a pana?

– Też, też. Co prawda przeżywamy mały nalot obcych policjantów i agentów federalnych, ale wszystko gra. Wchodźcie, wchodźcie, zaparzę kawy. Zimno jak na Uralu, co? Śnieg spadł strasznie wcześnie, tutaj to nietypowa pogoda. Miło znów pana widzieć, doktorze Baldwin.

– Nawzajem, komendancie.

W środku posterunek wyglądał swojsko, więc Taylor od razu poczuła się jak u siebie. Kiedy przebywała w towarzystwie policjantów, działo się z nią coś takiego… po prostu nie potrafiła zaufać ludziom, którzy nie są stróżami prawa. Oczywiście, że również wśród nich spotykała durniów i drani, ale z reguły w obecności policjantów czuła się swobodnie – czuła się sobą – wiedziała bowiem, że ma do czynienia z ludźmi myślącymi podobnie jak ona. Między innymi dlatego w jej związku z Baldwinem wszystko układało się tak, jak powinno.

Minęli drewniane biurko i pracującego za szybą funkcjonariusza zagłębionego w papierach, a następnie labiryntem korytarzy dotarli do drzwi, na których wisiała odbiegająca wyglądem od oficjalnych standardów brązowo-biała tabliczka z napisem: „Szef”.

W korytarzu unosił się przynoszący ukojenie zapach świeżo zaparzonej kawy.

Nadis wskazał dwa krzesła naprzeciwko biurka.

– Wiem, że doktor B. lubi czarną. A pani, pani porucznik?

– A ja nie. Poproszę dużo śmietanki i cukru. – Nie przepadała za kawą, bo ta czasem urządzała jej rewolucję w żołądku, ale nie chciała być niegrzeczna. Poza tym było chłodno i czuła, że powinna wypić coś na rozgrzanie.

Nadis wyszedł, pogwizdując pod nosem, a Taylor uśmiechnęła się do Baldwina. Komendant posterunku w Nags Head skojarzył jej się z wesołym robaczkiem świętojańskim. Idealnie pasował na plażowego glinę. Już dawno zauważyła, że funkcjonariuszy pracujących w nietypowych warunkach cechuje nietypowa mentalność. Nie każdy nadaje się do mieszkania na plaży i nie każdy potrafiłby zapanować nad tutejszymi wolnymi duchami. Na przykład pani komendant, której podlegała, w takim wyluzowanym, relaksowym miasteczku jak Nags Head czułaby się jak ryba na lądzie.

Nadis przyniósł kawę, podał ją gościom, usiadł za biurkiem i przybrał poważny wyraz twarzy.

– U nas nieczęsto zdarzają się morderstwa. Mam czterech niezłych kryminalnych, ale zawiadomiłem SBI, bo wiedziałem, że biuro już wcześniej pracowało nad tą sprawą. Chyba nie macie mi tego za złe?

– Ależ skąd – zapewniła go Taylor. – Na pana miejscu zrobiłabym to samo. Proszę mi powiedzieć, czy macie… albo może oni mają jakieś tropy?

– Obawiam się, że nie. Jak już mówiłem doktorowi, zabezpieczyliśmy sporo śladów, ale teraz sprawę prowadzą stanowi. Wasz przyjaciel dużo przeszedł. To porządny facet, był świetnym gliną.

– Nadal jest. Myślę, że to zdarzenie nie zniechęci go do służby. – Zabrzmiało to ostrzej, niżby chciała.

Zrobiło jej się głupio, kiedy Nadis przepraszająco pokiwał głową.

– Oczywiście, że nadal jest. Proszę wybaczyć, nie to miałem na myśli.

Wzruszyła ramionami. Nie szkodzi, są ważniejsze sprawy.

– Jak to się stało, że odnalazł się w Nags Head?

– Natknęliśmy się na niego wczoraj wczesnym rankiem. Szedł poboczem w samym gatkach. Miał poranioną twarz. Nie potrafił powiedzieć, skąd się tu wziął.

– Przypuszczamy, że wypuścili go wkrótce po tym, jak zabili Susie – wtrącił Baldwin. – Kiedy kapitan portu natknął się na jego łódź, Susie nie żyła od co najmniej czterdziestu ośmiu godzin.

O Jezu, pomyślała Taylor.

Nadis zakołysał się na krześle.

– Parę dni temu w przyczepie niedaleko Asheville stanowi znaleźli oko. Należało do Fitza. To spory kawałek drogi, ponad siedem godzin jazdy samochodem, ale oprawca, czy też oprawcy Fitza mieli sporo czasu, żeby nam go podrzucić. Prawdopodobnie nafaszerowali go narkotykami.

– Albo przez cały ten czas był tutaj, w Nags Head, na łodzi. Oko znaleźli cztery dni temu. Być może sprawca zawiózł oko do Asheville tylko po to, żeby zmylić trop – powiedziała Taylor.

Nadis spojrzał na nią z uznaniem.

– To, co pani mówi, ma sens. Kiedy znaleźliśmy sierżanta Fitzgeralda, nie potrafił sklecić prostego zdania. Zawieźliśmy go do szpitala, gdzie go zbadano. Nie był w stanie powiedzieć, co się wydarzyło, powtarzał tylko swoje imię i numer odznaki. To oczywiste, był w szoku. Wiedzieliśmy, że jest poszukiwany, więc od razu zadzwoniliśmy do FBI. Potem przyleciał doktor Baldwin, a z samego rana zjawili się chłopcy z SBI. Na tę chwilę nic więcej nie wiemy.

– Dlaczego nie zatrzymaliście go w szpitalu?

– Spodziewałem się tego pytania. Otóż widzi pani, nasz szpital jest dość mały. Akurat wczoraj wieczorem mieliśmy przypadek ostrego zatrucia pokarmowego i było potrzebne wolne łóżko, a ponieważ stan Fitzgeralda był stabilny, więc przewieźliśmy go tutaj.

Taylor nie zdawała sobie sprawy, że nerwowo bębni palcami o kubek z kawą. Zorientowała się, dopiero kiedy Baldwin postawił swój na biurku komendanta.

– Porucznik Jackson chciałaby się zobaczyć z sierżantem. Czy to będzie możliwe?

– Myślę, że to dobry pomysł. – Nadis zerknął na zegarek. – Stanowi maglują go już od dwóch godzin. Sądzę, że przydałaby mu się przerwa. Ale muszę panią ostrzec, pani porucznik. Sierżant Fitzgerald sporo przeszedł, widział dużo nieprzyjemnych rzeczy, więc gdyby pani mogła…

– Szefie – powiedziała z naciskiem – Fitz jest dla mnie jak ojciec. Proszę mi wierzyć, że nie zamierzam go zamęczać. Po prostu chciałabym się z nim zobaczyć. Pozwoli pan?

– Okej. – Nadis wstał i dał znak, by poszli za nim. Korytarz, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność, prowadził do stalowych drzwi. Nadis wystukał kod i wyjaśnił: – To nasz pokój przesłuchań połączony z taką, nazwijmy to, izdebką wytrzeźwień, w której pozwalamy miejscowym ochlapusom odespać zakrapianą imprezę. Nie mamy więzienia z prawdziwego zdarzenia, tylko areszt. Najbliższy zakład karny znajduje się dwa kilometry stąd.

Drzwi się otworzyły i weszli do środka. Zobaczyli kobietę, która stała z założonymi rękami i wpatrywała się w przeszkloną ścianę. Miała około metra sześćdziesięciu wzrostu i bujne brązowe włosy. Widać było, że jest silna i wysportowana. Nosiła dobrze skrojony żakiet, z lewej strony pod pachą Taylor zauważyła wyraźnie odznaczający się kształt kabury.

Odwróciła się, zobaczyła gości i podeszła, żeby się przedstawić.

– Pani porucznik, prawda? Nazywam się Renee Sansom, pracuję w Stanowym Biurze Śledczym. Witam, doktorze Baldwin. Moi chłopcy rozmawiają z waszym człowiekiem. Chcecie go zobaczyć?

Taylor uścisnęła dłoń agentce Sansom i pokiwała głową.

– Tak, poprosimy.

– Dużo przeszedł – stwierdziła krótko, a następnie zastukała w grubą szybę.

Taylor doskonale wiedziała, że stoi przed lustrem weneckim, ale przyglądanie się Fitzowi, który nie mógł jej zobaczyć, wydawało jej się niestosowne.

Drzwi się otworzyły i z pokoju przesłuchań wyszło dwóch mężczyzn ubranych w identyczne granatowe garnitury i biało-czerwone krawaty w paski. Klony jak na rozkaz skinęły głową, a jeden z nich przytrzymał Taylor drzwi.

Odetchnęła głęboko i weszła do środka.

Fitz zmienił się, od kiedy widziała go po raz ostatni. Stracił na wadze i zaczął się garbić. Zwinął się i skurczył w sobie. Taylor wiedziała, że musi być wykończony. Bolało ją to.

Kiedy weszła, odwrócił się. Lewą stronę twarzy zasłaniał bandaż uciskowy, wokół którego rozlewała się żółta plama środka dezynfekującego na bazie jodyny. Gdy ją zobaczył, w tym jednym oku, które mu zostało, pojawił się błysk.

– Dobrze cię widzieć, malutka – powiedział łamiącym się głosem.

Rzuciła mu się na szyję i mocno go objęła.

Tytuł oryginału: So Close the Hand of Death

Pierwsze wydanie: Mira Books 2011

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie graficzne okładki: Kuba Magierowski

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

© 2011 by Mira Books

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2015

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgoda Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-0578-8

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com