Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 361 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gra pozorów - Joanna Opiat-Bojarska

NOWE, SENSACYJNE ROZDANIE JOANNY OPIAT-BOJARSKIEJ. REALIZM, EMOCJE I ZWROTY AKCJI - OTO WZÓR NA NAJLEPSZY KRYMINAŁ!

 

"Gra pozorów" to pierwsza z serii książek o psycholog Aleksandrze Wilk. Elektryzująca i bezwzględna rozgrywka, w której stawką jest życie.

Mogłoby się wydawać, że wiadomość o zaginięciu męża i jego śmierć to najgorsze, co spotkało Aleksandrę – psycholog i matkę dwójki dzieci. Okazuje się jednak, że to dopiero początek. Kobieta pada ofiarą porwania. Po uwolnieniu, mimo niebezpieczeństwa i wbrew zdrowemu rozsądkowi, postanawia na własną rękę rozwikłać zagadkę morderstwa. Zbierając nowe fakty, powoli wyciąga na światło dzienne bolesną prawdę. Lawina zdarzeń urasta do niespodziewanych rozmiarów, a przeszkodą w rozwiązaniu wszystkich tajemnic jest pamięć…

Dasz się wciągnąć w niebezpieczną grę, w której pytania tylko pozornie przynoszą odpowiedzi?

 

"Mało kto potrafi pisać w tak sugestywny i porywający sposób, jak Joanna Opiat-Bojarska." RYSZARD ĆWIRLEJ

Opinie o ebooku Gra pozorów - Joanna Opiat-Bojarska

Fragment ebooka Gra pozorów - Joanna Opiat-Bojarska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Joanna

OPIAT-BOJARSKA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Joanna Opiat-Bojarska, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Krzysztof Zadros

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

Fotografia na okładce: Dave Wall/Arcangel Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-354-2

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kłamstwo nie staje się prawdą tylko dlatego,

że wierzy w nie więcej osób.

 

Oscar Wilde

 

 

 

 

I

Poniedziałek

 

 

 

Niski głos drżał. Balansował. Pytał i oskarżał jednocześnie. Był stuprocentowo męski. Potężny, dominujący i brutalny.

– Czego jeszcze chcesz!? Nikomu nie powiem. Nawet już o tym zapomniałem – obiecywał i próbował przejąć kontrolę nad sytuacją. – Zostaw mnie. Nie… Nie rób tego.

Kolejne „nie” zostało zagłuszone przez odgłos uwalniającego się z magazynku pocisku. Kula trafiła w masywne udo. Rozerwała dżinsy. Na ich powierzchni pojawiła się ciemna plama.

Mężczyzna złapał się za nogę. Zbliżył twarz do krwawiącej rany, jakby nie wierzył w to, co się stało. Krew niespiesznie wypływała na zewnątrz.

Kiedy bodziec wzrokowy dotarł do mózgu, świadomość tego, co nastąpi uruchomiła reakcję obronną. Strach oraz ból. Mężczyzna z jękiem opadł na ziemię, ale mimo wszystko próbował negocjować z napastnikiem.

– Odłóż, proszę, pistolet. Jestem bezbronny. Widzisz? Mam uniesione ręce. Błagam. Przecież ja mam rodzinę, żonę, dzieci… Nie zabijaj mnie! Nieeee!

Zmysłowym, stworzonym do uwodzenia kobiet głosem nerwowo wyrzucał z siebie kolejne słowa. W odpowiedzi przyszedł kolejny pocisk uderzający w ciało z zawrotną prędkością.

Feliks Górny sięgnął po pilota i włączył pauzę. Wiedział, że ten pocisk będzie ostatni. Oglądał, a właściwie słuchał tego nagrania wielokrotnie. Za każdym razem liczył na to, że zauważy coś nowego. Coś, co pomoże mu odpowiedzieć na pytanie: co było dalej?

 

*

 

– Obudził mnie głos ptaszyny i powiedział, że dziś są twoje imieniny.

Aleksandra Wilk niechętnie uniosła powieki. Za oknem tańczyły wierzchołki drzew. Posłusznie poddawały się podmuchom wiatru. Niebo było ukryte za chmurami, a słońce ewidentnie lekceważyło swoje obowiązki – osiemnastego maja powinno radośnie informować Polaków o zbliżającym się lecie.

– Kochanie? – Aleksandra próbowała ustawić ostrość widzenia na obiekcie znajdującym się najbliżej niej.

– Wszystkiego najlepszego. Żeby się spełniły wszystkie twoje marzenia. – Kuba z dumą wręczył matce laurkę.

– Dziękuję. Jak miło, że pamiętałeś.

Przyjęła prezent. Przyjrzała mu się. Zarówno warstwa graficzna, jak i literacka były takie, jakich można by się było spodziewać po ośmiolatku. Serduszka wypełnione czerwienią świecowych kredek i kolorowe litery nakazywały jej życie w szczęściu i słodyczy.

– Ktoś ci pomagał?

Kuba pokręcił głową. Miał takie samo spojrzenie jak jego ojciec. Urocze, ale jednocześnie łobuzerskie.

– Kocham cię. Dziękuję. To co? Wstajemy?

Ponownie zaprzeczył.

W sumie nie spodziewała się innej reakcji. Nikt nie lubił poniedziałkowych poranków. Zaczynały się denerwującym brzmieniem budzika, który oznajmiał koniec weekendowego lenistwa. Z trybu braku pośpiechu trzeba się było nagle przełączyć na tryb błyskawicznego wykonywania obowiązków.

Aleksandra wyskoczyła z łóżka i pospieszając syna, pobiegła do kuchni.

– Z czym zrobić ci kanapki?

– Z nutellą.

Momentalnie pożałowała, że spytała. Jej syn był łasuchem. Gardził mięsem, wędlinami, ziemniakami i chlebem. Gdyby tylko mógł, zabrałby do szkoły słoik orzechowo-czekoladowego kremu, by na każdej przerwie osładzać sobie nim życie. Wybierałby zawartość słoika, oczywiście paluchami, tak jak Kubuś Puchatek, pomrukując przy tym z rozkoszy i złoszcząc się, kiedy palce dotkną dna.

– Nie ma mowy! – krzyknęła, patrząc na zegarek.

Z powodu braku czasu ograniczyła do trzech słów wykład dotyczący zdrowego odżywiania, szkodliwości węglowodanów, kaloryczności posiłków i odporności szkliwa zębów. Za godzinę powinna być w sądzie. Przedtem musiała się ubrać, odwieźć dzieci do szkoły i dotrzeć do centrum miasta.

Pierwsza czynność nie była zbyt trudna. Aleksandra otwierała szafę i nie musiała się zastanawiać, co na siebie włożyć. Rzeczy, z których nie korzystała na co dzień, były poupychane na wysokich półkach, reszta wisiała na wieszakach. Dwie pary jednakowych dżinsów i kilkanaście bluzek na różną pogodę: krótki rękaw na lato, bawełniane z długim na wiosnę i jesień, do tego jeden sweter rozpinany i jeden wciągany przez głowę z dekoltem w serek. Cechą łączącą wszystkie te ubrania był kolor. Czerń.

– Jaki ciepły rodzinny klimacik. – Weronika wyszła właśnie z łazienki. Wykrzywiała twarz w pogardliwym uśmiechu.

– Lol.[1]

Od jakiegoś czasu jej życie było beznadziejne. Matka i brat robili wszystko, by ją wkurzyć. Nauczycielki w gimnazjum wymagały rzeczy, które nigdy się jej nie przydadzą w dorosłym życiu. A ojciec… frajer opuścił w momencie, w którym najbardziej go potrzebowała. Matka zawsze ją sztorcowała, wymagała i marudziła. Ojciec Weronikę rozpieszczał, pocieszał a czasem nawet z powodu córki kłócił się z żoną.

Weronika wiedziała, że to głupie, ale chwilami myślała, że ojciec zrobił to specjalnie. Zniknął, bo chciał, żeby sama zaczęła dbać o swoje interesy. Dał się zabić na oczach całej Polski, bo uznał, że w ten sposób zahartuje córkę.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że miał rację. W ciągu kilku miesięcy Weronika wydoroślała. Z ukochanej córeczki tatusia stała się silną młodą kobietą.

– Wróć do łazienki i zmaż te kreski – zażądała Aleksandra. Na powiekach córki widniały dwie grube, czarne linie. – Zjedz śniadanie. Pospiesz się. Za kwadrans wychodzimy.

– Ale mamo! – Weronika była gotowa do walki. Przecież większość jej koleżanek podkreślała oczy makijażem. Dlaczego ona nie mogła tego robić? Dlatego, że jej matka nie dbała o siebie? Zazdrościła córce, że potrafi używać eye-linera?

– Powiedziałam i nie będę powtarzać. Od wczoraj nic się nie zmieniło.

Rzeczywiście. Od wczoraj nic się nie zmieniło. Aleksandra nadal toczyła wojnę ze swoimi dziećmi. Z Kubą o nutellę i wszelkiego rodzaju słodycze, a z Weroniką o czarne kreski na powiekach. To były batalie obliczone na wyczerpanie przeciwnika.

– Masz dopiero piętnaście lat. Nie będziesz chodzić do szkoły w makijażu. Rozumiem, że chciałabyś wyglądać piękniej, może bardziej kobieco, ale wierz mi, jeszcze się w życiu namalujesz.

– Kreski to nie makijaż! – zniecierpliwiony głos córki dotarł do Aleksandry, kiedy wciągała na siebie spodnie.

– Werka!

– Mamo, no! Zrozum mnie.

Aleksandra wiele rozumiała. Była też tolerancyjna i empatyczna. Wiedziała, że teoretycznie najlepiej byłoby teraz usiąść z córką na kanapie. Pogładzić ją po ręce. Wysłuchać jej argumentów, przedstawić swoje i starać się dociec, dlaczego malowanie się jest dla Weroniki tak ważne. Może bez czarnych kresek wydaje się sobie brzydka? Może ktoś powiedział jej, że ma brzydkie albo zbyt małe oczy? A może się zakochała lub chciała komuś spodobać? Istniało jeszcze kilkanaście innych „może”. Ale Aleksandra Wilk była w niedoczasie. Musiała jeszcze przygotować dzieciom kanapki do szkoły i rzucić okiem na opinię psychologiczną, której miała bronić dzisiaj w sądzie. Co prawda sama ją napisała, ale już jakiś czas temu. Musiała sobie więc odświeżyć temat.

 

*

 

Boże, czy te krople muszą tak hałasować? Uderzają w szybę, jakby chciały ją rozwalić. Zaraz, zaraz, gdzie ja jestem?

W samochodzie. To dlatego jest mi tak niewygodnie. Ścierpły mi nogi.

Samochód jest mój. Tapicerkę pokrywa znajoma warstwa kurzu. Sprzątnę tu kiedyś. Jak znajdę czas. Ooo, na siedzeniu pasażera leży moja torebka.

Tylko dlaczego tutaj siedzę? Gdzie jestem? Stare jednorodzinne domy, zadbana zieleń i samochody z poznańskimi blachami. Czy właśnie przyjechałam tu, czy stąd odjeżdżam?

Nie potrafię odpowiedzieć na ani jedno pytanie. Nie wiem, albo są zbyt trudne, albo dzieje się ze mną coś dziwnego.

Jak się nazywam? Ha, wiem. Aleksandra Wilk. Lat trzydzieści pięć. Akurat o tym mogłabym nie pamiętać. Starzeję się. Albo mam przepełniony twardy dysk, albo atakuje mnie Alzheimer. Nie wiem co gorsze.

Głowa mnie boli. Właściwie równo napierdala. Wezmę tabletkę, może jak ból zelżeje, to będzie mi łatwiej myśleć.

Boże, czemu ta torebka jest taka wielka, nigdy nie mogę znaleźć w niej tego, co akurat jest potrzebne. Ibuprom. No, w końcu. Łyknę i obiecuję sobie, że jutro umówię się do lekarza. Może mam guza mózgu? Albo tętniaka? To by tłumaczyło, dlaczego odczuwam taki silny ból.

Czuję, jak pod czaszką mi wszystko pulsuje. Mój mózg spuchł. Mięśnie zesztywniały. Bolą mnie nadgarstki. Dobra, dobra, bez wyliczanek… Boli mnie wszystko. Nawet paznokcie i włosy. Zaraz zacznie działać tabletka i będzie OK.

Przechodzi. Powoli. Nie wiem, co jest skuteczniejsze. Tabletka czy wizja czekającej mnie wizyty u lekarza. Najważniejsze, że w końcu mogę się skupić.

Powoli. Najpierw muszę zebrać dane. Siedzę w aucie. Zaparkowałam na poboczu. Jak się nazywa ta ulica? Nie widzę.

Kubuś, przecież o czternastej muszę odebrać go ze szkoły. W sumie mógłby już wracać sam. Ma osiem lat, a do domu kilkaset metrów osiedlową drogą. Ja w jego wieku biegałam samopas. No tak, ale to jest zupełnie inna sytuacja. On stracił ojca…

Która jest godzina? Świetnie, telefon jak zwykle rozładowany, zegarka jeszcze się nie dorobiłam. Gabriel chciał kupić mi w prezencie, ale przekonałam go, że to głupi pomysł. Po co zegarek na ręce, skoro mam w komórce. Logiczne? Dał się przekonać i odpuścił. Trzeba było brać, jak dawali. Tak naprawdę bałam się zegarka jako prezentu. Moja matka, królowa zabobonów, przez lata wbijała mi do głowy przesądy. Byłam na nie odporna, ale zapamiętałam, że od ukochanego nie przyjmuje się ani zegarka, ani butów. Podarowany zegarek będzie odmierzał czas do końca związku a w podarowanych butach odejdzie się od darczyńcy. Słowa matki do teraz brzmią mi w uszach.

Przesądy to pierdolenie… zegarka nie przyjęłam, a on i tak odszedł. Zostawił mnie samą.

Serce mi kołacze. To pewnie dlatego, że znowu o nim pomyślałam. Kiedyś mi pęknie.

Boże, kobieto, nie rozczulaj się nad sobą. Pomyśl o czymś konstruktywnym.

Obowiązki. Dzieci. Kuba. Godzina. Szkoła. Czy mam chociaż kluczyki od samochodu? Mam. Uruchomię silnik, włączę radio, usłyszę, która godzina, a później wyjdę na ulicę i spróbuję się zorientować, gdzie jestem.

Plan jest dobry, niech tylko przestanie mnie boleć głowa.

 

*

 

Aleksandra Wilk podążała szpitalnym korytarzem w kierunku drzwi z napisem: Oddział psychiatryczny dorosłych.

Nadal bolała ją głowa, ale przynajmniej odzyskała orientację. Po wyjściu z samochodu poszła przed siebie i szybko trafiła na skrzyżowanie. Sam widok starych drzew i jednorodzinnych domów niewiele jej mówił. Zauważyła jednak tablice z nazwami przecinających się ulic: Hoża i Miodowa.

Miodowa dochodziła do Szpitalnej, przy której, jak sama nazwa wskazywała, znajdował się szpital. To on rozjaśnił jej pamięć. Pracowała w nim na pół etatu i bardzo lubiła swoją pracę.

Kiedy weszła do środka, poczucie zagubienia i lęku ustąpiło. Uznała, że jej chwilowa dezorientacja była wywołana bólem głowy. Widocznie miała problem ze znalezieniem miejsca parkingowego. Skupiona na poszukiwaniu wolnych kilku metrów kwadratowych, zagubiła się w czasoprzestrzeni.

Wiszący w korytarzu zegar wskazywał dziesiątą. Od ósmej powinna być trybikiem w machinie sprawnie działającego oddziału psychiatrycznego.

– Pani doktor? – Pacjentka spod trójki stanęła w drzwiach. – Chciałam zapytać…

– Za chwilkę.

Aleksandra wbiegła do pokoju lekarskiego. Liczyła na to, że szybko się przebierze i rzuci w wir pracy, tak, by nikt nie zauważył jej spóźnienia.

– Ooo, znalazła się nasza zguba – głos psychiatry wyprowadził ją jednak z błędu.

– Zguba? – Aleksandra zarzuciła na bluzkę biały fartuch i spojrzała na Olgę Brzozowską.

Przyjaźniły się od lat. Razem pracowały, razem rozwiązywały problemy rodzinne. Wspierały się w chwilach zwątpienia i opychały ciastkami o każdej dogodnej porze.

– Zaginiona lekarka.

– Zaginiona?

Olga była w swoim fachu świetna. Zawodowo bez zarzutu. Prywatnie jednak miała jedną wadę. Wyolbrzymiała wszelkie aspekty rzeczywistości, zwłaszcza jeśli dotyczyły jej osobiście.

– Olga, o czym ty mówisz? Spóźniłam się jedynie…

– O tobie, kobieto. Miałyśmy razem świętować twoje imieniny!

– Moje imieniny? – Aleksandra szukała w pamięci. – A, tak – kiwnęła głową kiedy odnalazła wspomnienie laurki, którą dostała od Kuby.

– Tak, tak… No wiesz co? Chyba się na ciebie obrażę. Olałaś mnie. Ładnie to tak?

– Olga, o co ci chodzi?

– Świętowałaś sama, i to tak mocno, że straciłaś poczucie czasu!

Aleksandra nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się jedynie i odwróciła. Nie miała siły, by zastanawiać się, co przyjaciółka ma na myśli. Uznała oskarżenie za nieudany żart lub próbę nawiązania rozmowy. Nie miała teraz na to czasu.

Schyliła się, by podłączyć telefon komórkowy do tkwiącej w gniazdku ładowarki. Ból znów zaczął rozsadzać od środka jej głowę. Czuła, jakby mózg puchł i napierał coraz mocniej na kości czaszki. Bolała ją nawet skóra twarzy. Miała wrażenie, że jej głowa za chwilę eksploduje.

– Dobrze się czujesz? – Olga zauważyła grymas na twarzy przyjaciółki.

– Tak. Za szybko się schyliłam i coś mnie zabolało. Cholerstwo znowu się rozładowało. – Wskazała na komórkę, którą usiłowała reanimować.

– Skąd ja to znam?

Aleksandra odczekała kilka minut i wcisnęła przycisk włączający telefon. Ekran rozjaśnił się, a na jego środku pojawił się napis „HTC”. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, aż w końcu ukazał się ekran żądający wprowadzenia kodu PIN. Wpisała cztery jedynki, po czym dotknęła palcem prostokąta z napisem „OK”.

Jej oczom ukazała się kolorowa tapeta, godzina oraz data – dwudziesty piąty maja.

W drzwiach pokoju lekarskiego stanęła pielęgniarka.

– Pani doktor, jest pani proszona do ordynatora.

– Ja? – Olga, jak zwykle, wyrwała się pierwsza.

– Nie, pani doktor Wilk.

 

*

 

– Panie ordynatorze?

– Pani Aleksandro! Nareszcie! Co się z panią działo? – Profesor Jan Węglarz nie krył oburzenia.

Nigdy wcześniej nie spotkał się z taką sytuacją. Prezentował raczej ludzki sposób zarządzania oddziałem. Był wymagający, ale też umiał docenić ciężką pracę. Potrafił wczuć się w sytuację pracowników i, jeśli tylko istniała taka możliwość, starał się, by praca nie stała nikomu na przeszkodzie do osobistego szczęścia.

Z tego powodu po zamordowaniu męża Aleksandry Wilk udzielił jej miesięcznego urlopu, a później zgodził się na uelastycznienie jej czasu pracy. Cały etat zmniejszył do połowy, a godziny dopasował tak, by kobieta miała czas także na inne obowiązki. Musiała przecież zająć się nie tylko sobą, ale przede wszystkim dziećmi i wszystkimi sprawami, których nie dokończył jej mąż.

– Ale co pan ma na myśli?

Aleksandra po śmierci męża przeszła metamorfozę. Zakopała swoją kobiecość w głębokim dole. Zapomniała, co to makijaż i przestała zwracać uwagę na strój. Zawsze ubierała się tak samo. Ale nie można jej było niczego zarzucić. Była schludna, czysta i uczesana.

– Na litość boską, jak pani wygląda? – Profesor nie mógł powstrzymać się od komentarza.

Tym razem prezencja kobiety pozostawiała wiele do życzenia. Jej twarz była ziemistoblada, oczy jakby nieobecne, a rude kręcone włosy żyły swoim życiem. Dawno nie widziały grzebienia. Poplamione dżinsy błagały o pranie, a niezapięty fartuch lekarski zakrywał pogniecioną koszulkę.

– Przepraszam… – Speszona dotknęła włosów i chyba zorientowała się, że zapomniała ich uczesać. Sprawnym ruchem odgarnęła je z czoła, zebrała z tyłu głowy i zamotała, tworząc coś w rodzaju prowizorycznego koka.

– Przepraszam? – powtórzył powściągliwie profesor.

Nie wiedział, czy kobieta przeprasza go za swój wygląd, czy za lekceważenie zawodowych obowiązków. Nie był zbyt wrażliwy na zapachy, ale to, co docierało do jego nosa, nie było przyjemne. Przykra woń potęgowała wrażenie, że kobieta jest przemęczona, spocona i mocno niedzisiejsza.

– Przepraszam za spóźnienie.

– Spóźnienie? Pani Aleksandro! Nie było pani na oddziale przez siedem dni. To chyba wymyka się definicji spóźnienia.

– Siedem dni? – powtórzyła jak maszynka.

Pomyślał, że powinien przebadać ją pod kątem zażywania substancji odurzających. Nie była pijana, ale nie była też w pełni władz umysłowych. Postanowił odłożyć do jutra realizację tego pomysłu. Stwierdził, że dziś da jej kuksańca w bok i każe się wyspać.

– Proszę bez żartów. Pani Aleksandro, to zbyt poważna sprawa.

– Przecież…

– Pani Aleksandro, ja jestem tolerancyjny, ale… w ograniczonym zakresie. Rozumiem, przechodzi pani ciężki okres. Śmierć najbliższej osoby zawsze boli, jednak na miłość boską, pani Aleksandro, ile to jeszcze będzie trwać?

Słuchała go i kuliła się na krześle. Jak mała dziewczynka. Był pewien, że jego słowa trafiły w sedno i pomogą jej w końcu się otrząsnąć z traumy.

– Rok wystarczy! Dwanaście długich miesięcy. Obserwuję panią od początku. Przeszła pani przez wszystkie książkowe fazy żałoby. Teraz czas na powrót do życia. Czas się odciąć. Zdarzyło się. Trudno. Wszyscy pani współczuliśmy. Współczujemy nadal, ale to nie może być wymówką na zawsze. Pani Aleksandro, uprzedzam uczciwie, że jeśli takie nieodpowiedzialne zachowanie się powtórzy, będę zmuszony panią zwolnić.

– Rozumiem. Ma pan na myśli…

– Samowolne opuszczenie miejsca pracy. Ba, w ogóle się pani nie pojawiła na swoich dyżurach. Nie odbierała pani telefonów, nikt nie wiedział, gdzie pani jest. Nie wpłynął żaden wniosek o urlop ani zwolnienie lekarskie. Zostawiła nas pani w stanie całkowitej niewiedzy.

– Przepraszam.

Znowu przepraszała. Nie mówiła nic więcej. Jan Węglarz zaczynał wątpić w to, czy dobrze robił. Wilk nie była co prawda jego pacjentką, ale mimo wszystko oceniał ją przez pryzmat doświadczenia zawodowego.

Moralizatorski monolog nigdy nie przynosił zamierzonych efektów. Jego odbiorca wyłączał się i czekał tylko na zakończenie „sztywnej gadki”. Wszystkie mądre słowa omijały niezainteresowanego bokiem, niezależnie od tego, czy był pacjentem, czy osobą bliską.

Może powinien niezwłocznie odesłać Wilk do domu, z nakazem wykąpania się, wyspania i zresetowania? Jutro mogliby wrócić do rozmowy i przeprowadzić ją jak dwoje dorosłych, rozsądnych ludzi.

Spojrzał w kalendarz i przypomniał sobie, że we wtorek i w środę nie będzie go na oddziale. Nie miał dużego pola manewru. Musiał dokończyć udzielanie reprymendy dzisiaj.

– Pani Aleksandro… cały zespół miał przez panią problemy. Musieliśmy zmienić grafik, wszyscy się gimnastykowali, by szpital działał bez zarzutu. A potem jeszcze dzwonili do mnie z sądu! Z pretensjami! Do mnie! Miała pani zeznawać na rozprawie naszego pacjenta, ale nie dotarła pani na czas. Uroczy to eufemizm, prawda? Nie dotarła na czas. W ogóle tam pani nie dotarła. To wstyd dla naszej placówki. Nie chcę, by ktoś pomyślał, że jesteśmy nierzetelni. Bycie psychologiem zobowiązuje. Czy zdaje sobie pani sprawę, w jakiej sytuacji mnie pani postawiła? Nie tylko mnie, ale i cały zespół?!

– Panie profesorze, przepraszam. Postaram się naprawić, co zepsułam. Obiecuję też, że to się nie powtórzy.

Aleksandra Wilk patrzyła mu w oczy. Szczerze żałowała. Widział to.

Dokładnie taki efekt zamierzał osiągnąć. Zadowolony z siebie uznał, że sprawa jest zamknięta. Pracownica zrozumiała swój błąd i wyartykułowała solenne postanowienie poprawy. Wierzył jej.

– Obawiam się, że ani dyrekcji szpitala, ani sądowi nie wystarczy pani „przepraszam” – zrezygnował ze służbowego tonu. – Pani Aleksandro, co się z panią działo?

– Nie wiem, panie profesorze, nie wiem.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Oczywiście, nie musiała mu się spowiadać z życia prywatnego. Nie powinna go jednak okłamywać. W ostateczności mogła udzielić odpowiedzi wymijającej lub zbyć go stwierdzeniem, że to jej sprawa.

Wyszedł zza biurka i podszedł do pracownicy. Chciał poczuć jej zapach z bliska. Z premedytacją poszukiwał w nim alkoholowej nuty. Świeżej lub przetrawionej, tak dobrze mu znanej.

– Jest pani chora? Źle pani wygląda.

– Nie, wszystko w porządku. Przynajmniej na tyle, na ile może być.

– Wszystko w porządku? Śmiem wątpić. Ale dobrze. – Uspokojony, że nie znalazł tego, czego szukał, wrócił do biurka. – Może pani odejść.

– Dziękuję i jeszcze raz przepraszam.

– Pani Aleksandro, martwiliśmy się. Ktoś z pani bliskich zawiadomił policję. Przesłuchiwali mnie w sprawie pani zaginięcia. Wypytywali o kogoś, kto mógłby pani zrobić krzywdę… O konflikty na oddziale, o ewentualne pogróżki i o to, czy jest ktoś, dla kogo pani opinia psychologiczna mogła być ostatnim gwoździem do trumny.

 

*

 

Tydzień? Nie było mnie przez tydzień w pracy? To się nie dzieje naprawdę. Kiedyś gubiłam się w czasoprzestrzeni? Było mi to na rękę, ale przecież od lat panuję nad swoim życiem.

Jak to możliwe? Przez tydzień szukałam miejsca do parkowania? Wykluczone.

Boże, w pracy mogło mnie nie być najwyżej przez pięć dni, od poniedziałku do piątku, ale co z weekendem? Czy byłam w domu?

Muszę się jak najszybciej dodzwonić do Weroniki.

I co jej powiem? Cześć, mówi mama. Chciałam zapytać, kiedy się ostatnio widziałyśmy?

Nie, to głupi pomysł. Jeszcze pomyśli, że oszalałam.

Tak jak wtedy, kiedy miała siedem lat. Dowiedziała się, że jestem psychologiem i pracuję z ludźmi chorymi umysłowo. Była przerażona. Tłumaczyłam jej, że choroby umysłowe nie różnią się od grypy. Że przy odpowiednich lekach i pomocy lekarza wiele z nich można wyleczyć.

Mamo, a ty się nie zarazisz? Pytała o to w kółko. Zapamiętała skojarzenie z grypą, a ja przekonywałam ją, że jestem bezpieczna. Przecież nie można się zarazić depresją, schizofrenią czy zaburzeniami osobowości.

Nie powiedziałam jej wtedy o stereotypie dotyczącym studentów psychologii. Mówiło się, że wybierają taki kierunek studiów, bo sami potrzebują pomocy. Dowcipkowaliśmy na wykładach, że niczym się nie zarazimy od pacjentów, bo sami jesteśmy już mocno pokręceni.

Telefon do Weroniki odpada. Co teraz? Boże, a jeśli to prawda? Jeśli rzeczywiście zniknęłam na siedem dni, to co wtedy robiłam? Nie wiem. Głowa tak mnie napierdala, że nawet nie jestem w stanie się zastanowić.

Jeśli nie było mnie w szpitalu, to nie przyjmowałam również w prywatnej poradni. Cały tydzień? Jedna czwarta miesięcznych zarobków z poradni przeszła mi koło nosa. A pacjenci? Mam nadzieję, że się nie obrażą i nie zrezygnują z moich usług.

Dobra, po kolei. Najpierw szpital. W drodze po Kubę obdzwonię pacjentów z poradni. Przeproszę, i jakoś to będzie. Musi być. Jeśli stracę źródła dochodów, nie będę miała z czego zapłacić rachunków za mieszkanie, prąd, gaz…

Dobra, Olka, nie panikuj. Nieważne co się działo kiedyś, teraz wszystko jest w twoich rękach.

– Ruda zdzira przyszła!

Ooo, zauważyła mnie Wysocka. Stała pacjentka z chorobą afektywną sezonową. Trafia do nas dwa razy do roku, jak w zegarku. Jesienią z ciężką, zagrażającą jej życiu depresją, a w okresie wiosenno-letnim z epizodami silnej manii. Nie wiem, co gorsze.

Wysocka jest jak przywiązany do budy pies. Szczeka głośno, kiedy kogoś widzi, i atakuje, gdy uzna, że człowiek jest w zasięgu jego łańcucha.

Postaram się ją zgrabnie ominąć. Na dziś mi wystarczy ekstremalnych przeżyć. Wysocka kontynuuje poszukiwanie rozmówcy. W specyficzny sposób zaczepia pacjentkę leżącą na łóżku obok:

– Zośka, weź ty się tak głupio nie uśmiechaj. Zabiję cię, jeśli będziesz szczerzyć zęby!

Muszę dopytać pielęgniarki o zalecone leczenie. Jest zbyt pobudzona, by leżeć na jednej sali z innymi chorymi.

Ooo, zawibrował mi fartuch. Dwie krótkie wibracje, to na pewno SMS. Może od Weroniki? Nie będę jej musiała pytać o to, czy byłam w domu.

Nie. Wiadomość z internetowej bramki SMS od anonimowego nadawcy:

 

Dziękuję za upojny tydzień. Pamiętaj, to nasza tajemnica. Jeśli ją komuś zdradzisz, zabiję cię. XXX.

 

Co to za pierdolenie? Kto mi przysyła takie wiadomości? Ktoś sobie robi jaja.

– Pani doktor?

Boże, nie, nie teraz. Głowa mnie napierdziela. Niech nikt ode mnie niczego nie chce. Chociaż przez chwilę.

– Momencik – odpowiadam i biegnę do toalety.

Muszę pozbyć się treści żołądka. Nie chcę, ale czuję, że stoi już w moim gardle. Stoi i czeka.

Zawsze zadziwiała mnie muszla klozetowa oglądana z bliska. Taka z treścią żołądka. Mam wrażenie, że ostatnio często ją oglądam.

Co się dzieje? O co chodzi? Muszę sobie przypomnieć…

 

*

 

– Pani doktor? – pielęgniarka czekała na Aleksandrę przy drzwiach toalety.

– Tak, już jestem. Przepraszam, coś musiało mi zaszkodzić.

– W pokoju lekarskim czekają na panią mężczyźni.

– Jacy mężczyźni? – Aleksandra Wilk skuliła się.

– Policjanci.

– Dobrze, już idę.

Pielęgniarka odeszła, a Aleksandra walcząc z przerażeniem pokonywała szpitalny korytarz. Bała się tego, co za chwilę nastąpi. Przemknęła jej przez głowę myśl, że może powinna zajrzeć jeszcze do Wysockiej, zostać przez nią pobita i tym sposobem wymigać się od konieczności rozmowy z policją. Zyskałaby na czasie.

Nie była jednak przekonana, że czas jest jej sprzymierzeńcem.

Kiedy stanęła przed drzwiami prowadzącymi do pokoju lekarskiego, zagryzła usta i przypomniała sobie swoje policyjne perypetie. Mocno się napracowała, by otoczenie zapomniało o grzechach jej młodości. Sama starała się o nich nie pamiętać, ale w podbramkowych sytuacjach otwierała szufladę ze wspomnieniami. Czerpała z nich siłę. Skoro tyle przeżyła… to przeżyje także i tę rozmowę z policjantami.

Weszła zdecydowanie do pokoju i bez zbędnej zwłoki rozpoczęła konwersację. Chciała jak najszybciej ją skończyć. Nie oddalała się od drzwi, by w każdej chwili móc uciec. Zastosować wymówkę związaną z pracą, usłyszeć nieistniejące wołanie pielęgniarki lub pacjenta.

Podobno panowie mnie szukaliście.

 

*

 

– Witamy ponownie.

W takim samym składzie, ale w zupełnie innym pomieszczeniu, Aleksandra Wilk i policjanci spotykali się ponad dwanaście miesięcy temu. Wtedy była to komenda policji, a teraz szpital, miejsce pracy kobiety.

Lech Bielawski stał przy regale. Pojawienie się w pokoju lekarskim Aleksandry Wilk oderwało go od przeglądania encyklopedii leków. Odłożył książkę na półkę i podrapał się po czole. W takich chwilach, kiedy jego ręka stykała się ze skórą głowy, przypominał sobie o swoich zakolach.

Wciąż ich nie akceptował. Stan ten trwał niezmiennie od ponad dwudziestu lat. Pierwsze oznaki łysienia zauważył dzień przed swoimi osiemnastymi urodzinami. Był tak dumny z tego, że lada moment będzie dorosły, że wypadające włosy zinterpretował na swoją korzyść.

Pięć lat później każdego ranka spędzał dużo czasu przed lustrem. Usilnie starał się ułożyć grzywkę tak, by zakrywała dwa powiększające się łyse placki. Powtarzał sobie jak mantrę, że wypadające włosy to wina buzującego w nim testosteronu.

Po dziesięciu latach zwątpił w skuteczność coraz to nowszych specyfików na porost włosów i zaprzyjaźnił się z czapką bejsbolówką.

Mariusz Kujawa, partner Bielawskiego, siedział na sofie, która służyła lekarzom do ucinania sobie drzemki na nocnych dyżurach. Przyglądał się kobiecie spode łba. Prezentowała się dość kiepsko. Jak marna kopia samej siebie.

– Nie wiem, dlaczego pana kolega tak głupkowato się uśmiecha. – Aleksandra Wilk tonem pełnym pretensji zwróciła się do policjanta bez czapki.

Kujawa spojrzał na kolegę, ale nie zareagował. Po pierwsze, nie ruszały go niczyje kąśliwe uwagi. Po drugie, Bielawski rzeczywiście szczerzył kły w sposób zupełnie nieadekwatny do sytuacji. Po trzecie, Kujawa przyzwyczaił się do tego, że jego partner i żona mężczyzny, którego egzekucję emitowały wszystkie stacje telewizyjne, nie lubili się. Działali na siebie nawzajem jak płachta na byka. Bielawski był płachtą na Wilk, a Wilk na Bielawskiego.

– Doświadczam właśnie déjà vu – odezwał się niepytany Bielawski. – Rok temu zgłaszała pani zaginięcie męża.

– Cieszy mnie, że zdaje pan sobie sprawę z tego, ile czasu upłynęło od tamtego wydarzenia. Co zrobiliście? Pytam: co!? O przepraszam, zadawaliście mnie i moim bliskim głupie pytania, które w niczym wam nie pomogły. Przez rok nie odnaleźliście ani ciała mojego męża, ani jego mordercy!

Bielawski wzruszył ramionami.

– Śledztwo zostało zakończone.

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że taką odpowiedzią rozjuszy kobietę. Lubił jednak jej się przyglądać, gdy była wzburzona. Uwielbiał rude, niebieskookie kobiety, a ta miała coś jeszcze, co drażniło jego zmysły. Głos. Wyjątkowo niski i zmysłowy.

– Niewykryciem sprawcy zabójstwa! – zacytowała oficjalne pismo, które jakiś czas temu odebrała na poczcie. – Nie jest panu wstyd?

Wierciła spojrzeniem dziurę w jego głowie. Była tak zła, że gdyby tylko miała pod ręką coś ciężkiego, bez wahania wyprowadziłaby cios.

Z przyjemnością okaleczyłaby lub pozbawiłaby życia tę kanalię, która dysponując wszelkimi narzędziami, by wyjaśnić, dlaczego zabito jej męża, nie zrobiła tego. Mieć i nie wykorzystać? Według Aleksandry takie zachowanie powinno być karalne.

– Na szczęście pani się odnalazła. – Śmierdzący papierosami policjant postanowił zainterweniować i chociaż na chwilę odwrócić uwagę rozmówców od siebie. – Przyznam szczerze, że gdy wpłynęło do nas zawiadomienie o pani zaginięciu, bałem się, że powtórzy się scenariusz sprzed roku…

– Podziwiam wyobraźnię – burknęła, a po chwili dodała: – No chyba że to było myślenie życzeniowe pańskiego partnera.

Kujawa puścił uwagę mimo uszu. Miał czterdzieści lat a sztukę ignorowania niewygodnych słów trenował od dwudziestu pięciu. Mógł się nawet pochwalić kilkoma sukcesami. Wspominał o nich zawsze w towarzystwie kieliszka i wódki.

Największym było życie w jednym mieszkaniu z nieszczędzącą uwag i pretensji matką, bełkotał między jednym a drugim toastem, nie wytrzymała mojej obojętności i umarła w dwa tysiące piątym.

– Dobrze. – Kujawa powoli cedził słowa. – Proszę nam powiedzieć, co się z panią działo w ciągu ostatnich siedmiu dni.

Bielawski nadal uśmiechał się ironicznie, czekając na odpowiedź. Zamiast niej przez kilka minut słuchali odgłosów dochodzących z korytarza. Niezależnie od wydarzeń rozgrywających się w pokoju lekarskim, oddział psychiatryczny żył według swoich ściśle określonych schematów. Obchód, zajęcia grupowe, rozmowy indywidualne.

– Co się z panią działo?

Zniecierpliwiony Bielawski zaatakował Aleksandrę Wilk niewerbalnie. Zbliżył się do niej, naruszając jej przestrzeń osobistą.

– Nic.

– Nic?

– Odpoczywałam.

– Nie wygląda pani na wypoczętą – prowokował.

– Pan również – nie pozostała mu dłużna.

– Odpoczywała pani? – Kujawa niechętnie uniósł się z sofy.

Uznał, że musi pojawić się w zasięgu wzroku partnera. W przeciwnym razie stanie się świadkiem krwawej sceny, w której przesłuchiwana i policjant rzucą się sobie do gardeł.

– Tak po prostu odpoczywała? – Bielawski dawno przekroczył granicę, za którą zdenerwowanie staje się niebezpieczne. Przedrzeźniał kobietę.

Chyba na tym polega odpoczynek. – Wilk z piersią hardo wypiętą do przodu czekała na jego ruch. – To czas poświęcony na nicnierobienie.

Gdyby mnie uderzył, pomyślała, zrobiłabym obdukcję i wykorzystała ten fakt w mediach. Zgnoiłaby go i zrewanżowała się w ten sposób za jego bezczynność.

– Drodzy państwo, w taki sposób do niczego nie dojdziemy. – Kujawa wszedł między Lecha a Aleksandrę. Iskrzyło między nimi, a policjant nie mógł pozwolić, żeby wybuchnął pożar.

– Przez tydzień nie pojawiła się pani ani w miejscach pracy, ani w miejscu zamieszkania.

Kiwnęła głową. Policjant potwierdził jej najgorsze obawy. Zostawiła dzieci bez opieki na długie siedem dni.

– Gdzie zatem pani przebywała?

– A mogę liczyć na dyskrecję?

Taka odpowiedź zaskoczyła obu policjantów. Z twarzy Bielawskiego zniknął nawet ironiczny uśmiech.

– Oczywiście – przytaknęli niemal jednocześnie.

– Musiałam się urwać. Uciekłam. Głupio mi to przyznać, ale życie mnie przygniotło. Najpierw zniknął mój ukochany mąż. Budziłam się w nocy i nasłuchiwałam. Mimo wszystko. Przez trzy dni liczyłam, że wróci. Co ja mówię! Obiecywałam dzieciom, że ich ojciec wróci. Potem pojawił się ten film… – Aleksandrze było trudno nazywać rzeczy po imieniu, ale policjanci wiedzieli, że kobieta ma na myśli film zarejestrowany przez szpiegowską kamerę znalezioną w długopisie Gabriela Wilka. – Każda stacja telewizyjna emocjonowała się śmiercią mojego męża. Każdy reporter chciał o niej opowiedzieć, zapominając, że zabity mężczyzna był człowiekiem, miał bliskich, rodzinę, dzieci, żonę… Dla nas to roztrząsanie jego egzekucji było niezwykle bolesne. Kuba, mój syn, zaczął się moczyć nocami. Weronika przez osiemnaście dni się nie odzywała. A ja udawałam silną. Trzymałam się. Przyjmowałam kondolencje, wytrzymywałam te wszystkie współczujące spojrzenia… wysłuchiwałam coraz to nowszych pytań i spekulacji. Tydzień temu poczułam, że nie wytrzymam ani jednego dnia dłużej. Dusiłam się. Musiałam uciec, choć na chwilę wyrwać się z przytłaczającej mnie rzeczywistości.

– Rozumiem. – Kujawa pokiwał głową.

– Wątpię. – Aleksandra Wilk po swoim szczerym wyznaniu na powrót przybrała maskę kobiety walecznej. – Żeby to zrozumieć, nie wystarczy rozwinięta wyobraźnia. Trzeba to przeżyć. Przyznaję, przygniotła mnie rzeczywistość, żałoba, praca, dom… skumulowany stres, oczekiwania otoczenia. Wstydzę się tego, ale niestety, nie zmienia to faktu, że uciekłam.

– Powiadomiła pani kogoś o zamiarze wyjazdu? – Bielawski trzymał w ręku długopis. Przygotowany był do zanotowania personaliów.

– Pan mnie jak zwykle nie słucha! Nie wyjechałam. Uciekłam. Dostrzega pan subtelną różnicę? Ucieczka ma to do siebie, że nikomu się o niej nie mówi.

– Dorosła kobieta, matka, nie mówi nikomu o tym, że jej nie będzie. Dlaczego?

– Nie wiem. Może dlatego, że wtedy pojawiłyby się kolejne pytania. Co się dzieje? Dokąd jedziesz? Po co? Pojawiłyby się też osądy. Chciałam ich uniknąć.

Nie zapewniła pani opieki dzieciom – zauważył łagodnie Bielawski.

Niewiele go ruszało. Nie martwił się biegającymi samopas dziećmi, lecz szukał braków logiki w opowiadanej przez kobietę historii. Potrzebował czegoś, co mogłoby stanowić punkt zawieszenia, co ujawniłoby ewentualne kłamstwa.

– To prawda, kiepska ze mnie matka. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ale było mi łatwiej podjąć taką decyzję, bo wiedziałam, że szwagierka się nimi zaopiekuje. Zawsze im matkowała.

– Wyszła pani do pracy i przepadła.

– Tak. Jechałam na rozprawę sądową, ale niespodziewanie podjęłam decyzję o wagarach i wyjechałam z miasta.

– Gdzie pani spędziła te siedem dni?

– W niewielkim leśnym ośrodku. – Aleksandra zawahała się. Wiedziała, że nie ma dużego pola manewru.

– Ktoś może to potwierdzić?

– Nie sądzę. Unikałam ludzi. Jeszcze nie ma sezonu. Wszędzie jest pusto. Siedziałam w pokoju…

– Gdzie jest ten ośrodek?

– Jak się nazywa?

– Nie wiem, panowie, nie pamiętam. – Aleksandra skrzywiła się. Ból głowy znowu dał o sobie znać. Zignorował przyjętą dawkę ibupromu. – Nie mam pamięci do nazw. Panowie, przepraszam, ale już jest pierwsza. Muszę porozmawiać z pacjentką, a potem odebrać syna ze szkoły.

– A co ze sprawą pani zaginięcia? – spytał na odchodne Kujawa.

– Możecie ją zamknąć. To jakieś koszmarne nieporozumienie. Zamiast szukać morderców i złodziei, szukacie mnie, kobiety, która tylko na chwilę wyrwała się z domu…

 

*

 

Tego, co łączyło Mariusza Kujawę i Lecha Bielawskiego żaden z nich nie nazwałby przyjaźnią. Unikali wielkich słów, deklaracji i rozmów na prywatne tematy.

Znali się jednak od lat, byli w podobnym wieku, a pracę w policji rozpoczynali w tym samym czasie i w tej samej jednostce. Po dwóch ciężkich latach, w ciągu których nabierali doświadczenia, życie rozdzieliło ich, by po jakimś czasie ponownie wrzucić do jednego pokoju w wydziale kryminalnym.

Spędzali ze sobą dużo czasu. Obserwowali się wzajemnie i rozumieli bez słów. Mieli podobne priorytety, podejście do pracy i życia. Nie przepracowywali się, ale w miarę sumiennie wykonywali swe służbowe obowiązki.

Wiedzieli też, że zawsze mogą na siebie nawzajem liczyć. Nie tylko w pracy, ale również po niej. Jeśli któryś z nich miał problem, to szli na wódkę i razem milczeli. Milczące zrozumienie przynosiło im o wiele więcej satysfakcji niż rozmowy o problemach.

– Musisz się z nią tak droczyć? – Tym razem Kujawa nie mógł przemilczeć zachowania partnera.

– Ja z nią? Raczej ona ze mną.

– Mógłbyś sobie odpuścić.

– Nie panuję nad tym. Baba ma silne feromony. Tak mnie wkurwia, że…

– …idziesz na czołowe – dokończył za partnera Kujawa.

Na szczęście jego nic nie ruszało. Ani feromony, ani znaczące spojrzenia, ani wielkie cycki. Był świadomy swoich potrzeb seksualnych, ale w żaden sposób nie wiązał ich z kobietami. Po prostu od czasu do czasu musiał upuścić sobie trochę napięcia. Kobieta była do tego przydatna, ale nie niezbędna. Nie na tyle, by z jakąkolwiek wiązać się gordyjskim węzłem małżeńskim.

– Zmieniła się, nie?

– Kto?

– No, Aleksandra Wilk.

Bielawski pamiętał ich pierwsze spotkanie. Przepytywał ją na okoliczność zaginięcia męża. Była zdenerwowana, zagubiona i gotowa w każdej chwili ugryźć rękę, która chciała jej pomóc.

Przewracała niebieskimi oczami i opowiadała o cudownym Gabrielu, który pojawił się w jej życiu jak rycerz na białym koniu. Facet od lat prowadził firmę informatyczną o mocno ugruntowanej na rynku pozycji. Zarabiał konkretne pieniądze, a jego rodzina żyła jak pączki w maśle.

– Czy ja wiem? – Kujawa wzruszył ramionami. – Zapamiętałem ją jako zadbaną rudą babę, która z jakiegoś powodu nas nie lubi.

– A znasz kogoś, kto nas lubi?

– W sumie… nie. Nawet ja ciebie ledwo znoszę.

– I wzajemnie. Wracając do Wilkowej, to ładna była. Smutna, ale taka wymuskana. I te jej włosy, skręcone rude sprężynki. Lubisz rude?

– Czy ja wiem? Rude są wredne… i pyskate.

– E tam, co ty wiesz o dupach. Rude są dzikie!

– Nawet jeśli Wilkowa była dzika, to ta dzikość chyba w niej umarła. I w sumie nie ma się czemu dziwić.

Śledztwo w sprawie zaginięcia Gabriela Wilka dość szybko przyniosło nieoczekiwane efekty. Po sprawdzeniu miejsc, w których bywał i przepytaniu najbliższych współpracowników policjanci ustalili, że w dniu zaginięcia Gabriel umówił się na spotkanie z nowym klientem.

Nikt nie wiedział jakim. Firma Gabriela od lat funkcjonowała na rynku usług informatycznych i to właśnie dzięki kontaktom prezesa zyskiwano i utrzymywano strategicznych klientów.

Osoba zatrudniona na stanowisku przedstawiciela handlowego zajmowała się co prawda wyszukiwaniem nowych klientów, ale wyłącznie wśród małych i średnich przedsiębiorstw. Tylko prezesowi udawało się nawiązywać kontakty z klientami instytucjonalnymi, którzy stanowili źródło ponad osiemdziesięciu procent przychodów firmy.

W kalendarzu zaginionego kartka z szesnastego maja 2014 roku zawierała hasłowy spis czynności wykonanych przez Gabriela Wilka. „Zebranie”. „Rychu ZUS”. „Księgowa” itp. Godzina siedemnasta wyróżniała się jednak spośród innych. Została obramowana czerwonym kółkiem a dopisek: spotkanie, mimo że zwracał uwagę, nie przynosił żadnych konkretnych informacji.

Przyciśnięta do muru przez Kujawę sekretarka przyznała, że szef prosił ją po południu o sprawdzenie dojazdu do ulicy Żeglarskiej, domyślała się więc, że to tam zamierzał dotrzeć.

Policyjny patrol sprawdził wskazaną ulicę. Bez problemu znalazł na niej przepisowo zaparkowany samochód należący do Wilka. Podczas rozpytywania okolicznych mieszkańców ustalono, że jedna z kobiet widziała poszukiwanego mężczyznę. Wysiadł z samochodu, przeprowadził krótką rozmowę przez telefon komórkowy, a potem poszedł w dół ulicy, głośno klnąc.

– Powiem ci, że niewiele rzeczy mnie rusza… – Kujawa na każdym kroku lubił podkreślać swoją obojętność – …ale tamto miejsce, ogromna kałuża zaschniętej krwi i znalezione w długopisie nagranie…

Bielawski też pamiętał to miejsce. Wielka gimela na tyłach niezamieszkanej posesji. Blaszany garaż, betonowa podłoga, walające się wszędzie nikomu niepotrzebne rzeczy.

Policjanci przyjęli wtedy na potrzeby śledztwa założenie, że skoro Wilk zostawił samochód i szedł pieszo, to najpierw muszą przeszukać nieruchomości znajdujące się w najbliższej okolicy. Tak trafili do garażu, w którym znaleziono fragmenty skóry i krew Gabriela Wilka. Bardzo dużo krwi.

Najgorszy był ten film. Gdyby facet wiedział, że dzięki swojej obsesji nagrywania służbowych spotkań stanie się gwiazdą mediów! Egzekucja człowieka. Idealny materiał dla telewizji. Ludzie uwielbiają przyglądać się dramatom innych. A tu mieli dramat! Na twarzy Wilka, który umierał na wizji.

On umierał na wizji, a jego żona traciła chęci do życia w domowym zaciszu.

No i też pewnie dlatego tak wygląda… jak zjawa. Kopia samej siebie.

– A kiedyś była taka ładna.

– Ładna, nieładna… najważniejsze, że się odnalazła.

Kujawa nie miał ochoty kontynuować tej rozmowy. Zaginięcie Aleksandry Wilk było przedmiotem jednej z wielu spraw, które prowadził. Odnalazła się sama i to było powodem do jego radości. Mógł zamknąć sprawę i zająć się prowadzeniem innych.

Ludzie ciągle zgłaszali zaginięcia swoich bliskich. Ojców, mężów, dzieci, żon, matek. Męczyło go to. Wielokrotnie musiał podejmować czynności zmierzające do ustalenia miejsca pobytu osób, które mocno się napracowały, by uciec.

 

*

 

Szpital mam już załatwiony. Teraz czas na poradnię i życie rodzinne. Muszę jak najszybciej wszystko ogarnąć.

Dzwoniłam do Weroniki. Tak kontrolnie. Nie odebrała. Pewnie jeszcze ma lekcje. Spróbuję później. Teraz obdzwonię pacjentów.

Muszę wymyślić jakieś logiczne wytłumaczenie swojej nieobecności. Olga przyjęła, że się spiłam. W sumie to dobra wersja, ale tylko dla znajomych. Co powiem dzieciom i pacjentom? Nieplanowany wyjazd służbowy. Tak. To jest dobre. Konferencja. Szkolenie. Standardowa wymówka żonatych kochanków.

Boże, człowiek nie zdąży nawet wsiąść do samochodu, a już do niego wszyscy dzwonią.

– Halo!

Muszę pohamować zniecierpliwienie. Wyraźnie słychać je w moim głosie.

– Ooo, pani Aleksandro! Dzień dobry, w końcu panią złapałem. Dzwonię i dzwonię i już nadzieję straciłem. Właściwie dzwonię już z przyzwyczajenia, by posłuchać pani głosu nagranego na poczcie głosowej.

Świetnie, akurat tego mi teraz brakowało. Głowa nadal mnie boli, a ten męczy mnie swoim piskliwym głosem.

– Witam, panie Michale.

Ooo, to zabrzmiało nawet miło. Jak chcę, to potrafię.

– Musimy porozmawiać.

– Coś się stało?

I tylko niech mi nie mówi, że tak, ale nie pamięta co, bo go wyśmieję. Dzisiaj to ja wiodę prym w nieogarnianiu rzeczywistości.

Tak