Gra pozorów - Jim Butcher - ebook

Gra pozorów ebook

Jim Butcher

4,7

Opis

Poznajcie Harry’ego Dresdena, pierwszego (i jedynego) magicznego prywatnego detektywa działającego w Chicago. Okazuje się, że nasz „zwyczajny” świat jest pełen dziwacznych i zaczarowanych stworzeń, a większość z nich nie ma dobrych zamiarów wobec ludzi. Tutaj do akcji wkracza Harry.

Królowa Mab postanowiła spłacić jeden ze swoich długów, wykorzystując zdolności Harry’ego, który musi pomóc grupie złoczyńców dowodzonych przez jego znienawidzonego wroga, Nicodemusa Archleone, włamać się do skarbca w Nigdynigdy.

Problem w tym, że skarbiec należy do Hadesa, władcy Podziemnego Świata, a Dresden jest przekonany, że Nicodemus nie zamierza dopuścić, by ktokolwiek z jego drużyny przeżył to doświadczenie. Dresden zawsze słynął ze sprytu, ale tym razem będzie musiał obmyślić wyjątkowo skuteczną intrygę, by ujść z życiem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 579

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (224 oceny)
159
55
9
1
0
Sortuj według:
Polmisek

Nie oderwiesz się od lektury

Lepszy i lepszy!
00
uguball

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka. Autorzy którzy z każdą powieścią są coraz lepsi powinni być na rękach noszeni.
00

Popularność




ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

W mojej gło­wie sie­działa tyka­jąca bomba zega­rowa, a jedyna osoba, któ­rej mogłem powie­rzyć jej wydo­by­cie, nie poja­wiła się ani nie roz­ma­wiała ze mną od ponad roku.

To wystar­cza­jąco dużo czasu, by zacząć sta­wiać sobie pyta­nia. Kim jestem? Co zro­bi­łem ze swoim życiem?

Komu mogę zaufać?

To ostat­nie to grub­szy pro­blem, który nie daje ci spo­koju w chwi­lach zwąt­pie­nia. Cza­sami, kiedy budzisz się w nocy, zasta­na­wiasz się, czy obda­rzy­łeś zaufa­niem wła­ści­wych ludzi. A kiedy zosta­jesz sam, z jakie­go­kol­wiek powodu, ana­li­zu­jesz wszyst­kie naj­drob­niej­sze infor­ma­cje o danej oso­bie, szu­ka­jąc w pamięci detali, które mogłeś prze­oczyć.

Prze­peł­nia cię to stra­chem. Zaczy­nasz myśleć, że być może ostat­nio popeł­ni­łeś jakieś strasz­liwe błędy. Pra­gniesz dzia­łać, ale kiedy tkwisz na wyspie na środku jeziora Michi­gan, masz ogra­ni­czone moż­li­wo­ści roz­ła­do­wa­nia napię­cia.

Posta­wi­łem na zwy­cza­jowe roz­wią­za­nie. Gania­łem dłu­gimi tune­lami peł­nymi demo­nów, potwo­rów i kosz­ma­rów, ponie­waż to łatwiej­sze od ćwi­cze­nia na siłowni.

Tunele o ścia­nach z ziemi i kamie­nia były sze­ro­kie jak nie­które z pod­ziem­nych ulic pod Chi­cago i wiły się pośród cze­goś, co przy­po­mi­nało korze­nie, choć na tej głę­bo­ko­ści nie mogło być czę­ścią żad­nego drzewa. Co kilka metrów wzno­siły się kopce z lśnią­cych bla­do­zie­lo­nych krysz­ta­łów kwarcu. W ich wnę­trzu kryły się mroczne postaci. Nie­które miały roz­miary śred­niej wiel­ko­ści psa. Inne były wiel­kie jak domy.

Wła­śnie skoń­czy­łem poko­ny­wać jeden z olbrzy­mich kop­ców i bie­głem w stronę kolej­nego, pierw­szego w ciągu trzech wznie­sień o roz­mia­rach mojego świę­tej pamięci volks­wa­gena.

– Par­kour! – zawo­ła­łem i sko­czy­łem. Odbi­łem się dłońmi od szczytu kopca i prze­sa­dzi­łem go jed­nym susem. Wylą­do­wa­łem po dru­giej stro­nie, prze­to­czy­łem się przez ramię i zerwa­łem na nogi.

– Par­kour! – wykrzyk­ną­łem przed następ­nym kop­cem i prze­sko­czy­łem go, tym razem opie­ra­jąc się tylko na jed­nej dłoni i usta­wia­jąc ciało w pozio­mie. Po wylą­do­wa­niu nie zwol­ni­łem biegu.

– Par­kour! – wrza­sną­łem przed trze­cim kop­cem i prze­le­cia­łem nad nim po dłu­gim łuku głową naprzód.

Zamie­rza­łem wylą­do­wać na rękach, zwin­nie się prze­to­czyć i pomknąć dalej, ale nic z tego nie wyszło. Źle osza­co­wa­łem wyso­kość skoku, zacze­pi­łem stopą o jeden z krysz­ta­łów i runą­łem po dru­giej stro­nie wznie­sie­nia, ude­rza­jąc twa­rzą o piach.

Przez chwilę leża­łem na ziemi, odzy­sku­jąc oddech. Nie­spe­cjal­nie prze­ją­łem się upad­kiem. Zali­czy­łem ich już wiele. Prze­to­czy­łem się na plecy i stęk­ną­łem.

– Harry, masz zde­cy­do­wa­nie za dużo czasu.

Mój głos odbił się echem w tunelu, siód­mym z trzy­na­stu.

– Par­kour – odpo­wie­działo odle­głe echo.

Potrzą­sną­łem głową, pod­nio­słem się i powę­dro­wa­łem w stronę wyj­ścia. Spa­ce­ro­wa­nie tune­lami pod wyspą Demon­re­ach zawsze sta­no­wiło nie lada doświad­cze­nie. Kiedy bie­głem, szybko mija­łem kolejne kopce.

Kiedy sze­dłem, tkwiący w nich więź­nio­wie mieli czas, żeby do mnie prze­ma­wiać.

Speł­nię każde twoje pra­gnie­nie, zawo­dził jedwa­bi­sty głos w mojej gło­wie.

Krew i wła­dza, bogac­two i siła, mogę dać ci to wszystko, obie­cy­wał drugi.

Pew­nego dnia, śmier­tel­niku, będę wolny, a wtedy wyssę szpik z two­ich kości, wark­nął kolejny.

Skłoń przede mną głowę w stra­chu i gro­zie!

Znie­na­widź mnie, pozwól się pożreć, a wtedy speł­nię twoje marze­nia.

Uwol­nij mnie albo cię znisz­czę!

Zaśnij. Zaśnij. Śpij i wpuść mnie do swo­jego wnę­trza…

Krew­ból­śmierć­krew­mię­so­krew­ból­śmierć…

BLAR­GLE SLORG NOTH HAR­GHLE FTHAGN!

Sami wie­cie.

Nor­malka.

Omi­ną­łem nie­wielki kopiec – jego miesz­ka­niec ostat­nim razem prze­słał do mojego umy­słu obraz, za któ­rego sprawą przez dwie noce nie mogłem zmru­żyć oka – po czym prze­sze­dłem obok jed­nego z ostat­nich kop­ców na dro­dze do wyj­ścia.

Kiedy go mija­łem, miesz­ka­niec kopca wes­tchnął w myślach i prze­słał mi cha­rak­te­ry­styczny obraz czło­wieka prze­wra­ca­ją­cego oczami. Oho. Ktoś nowy.

Przy­sta­ną­łem i uważ­nie przyj­rza­łem się kop­cowi. Z zasady nie roz­ma­wia­łem z więź­niami. Jeśli ktoś był zamknięty w pod­zie­miach Demon­re­ach, musiał być istotą rodem z kosz­ma­rów, którą nie­wielu ludzi było w sta­nie zro­zu­mieć – nie­śmier­telną, dziką i w dodatku obłą­kaną, jak wście­kłe zwie­rzę, które naja­dło się sza­leju.

Ale… ja także byłem w zamknię­ciu od wielu mie­sięcy, uwię­ziony na tej wyspie i w jej pod­ziem­nych jaski­niach. Nie mia­łem wyboru. Coś tkwiło w mojej gło­wie i tylko wyspa mogła nad tym zapa­no­wać. Cza­sami ktoś mnie odwie­dzał, ale zimowe mie­siące były nie­bez­pieczne na jezio­rze Michi­gan, ze względu na pogodę i lód, a wio­sna dopiero zaczy­nała odmie­niać świat. Od dawna z nikim się nie widzia­łem.

Dla­tego przyj­rza­łem się kop­cowi, który miał wiel­kość trumny, i spy­ta­łem:

– O co cho­dzi?

Oczy­wi­ście o cie­bie, odpo­wie­dział wię­zień. Czy w ogóle masz poję­cie, co ozna­cza słowo zastój? Ozna­cza, że nic się nie dzieje. To, że tutaj sto­isz, cho­dzisz, a nawet, na Boga, mówisz do mnie, wywraca wszystko do góry nogami. To typowe dla takich nowi­cju­szy jak ty. Jak to się mówi? A tak. Pry­skaj stąd.

Unio­słem brwi. Jak dotąd każdy wię­zień, który pró­bo­wał się ze mną komu­ni­ko­wać, albo chciał się uwol­nić, albo bre­dził bez sensu. Ten gość brzmiał jak… Bry­tyj­czyk.

– Aha – odrze­kłem.

Nie sły­sza­łeś, Straż­niku? Pry­skaj.

Przez chwilę roz­wa­ża­łem, czy z czy­stej zło­śli­wo­ści nie potrak­to­wać jego prośby dosłow­nie, ale uzna­łem, że fizjo­lo­giczny humor nie przy­stoi Magowi Bia­łej Rady i Straż­ni­kowi Demon­re­ach, czym dowio­dłem, że nie mają racji wszy­scy ci, któ­rzy uwa­żają mnie za prze­ro­śnię­tego roz­wy­drzo­nego mło­kosa.

– Kim jesteś? – spy­ta­łem.

Długo mil­czał, a potem do mojej głowy wpły­nęła myśl pełna strasz­li­wego znu­że­nia i czy­sto emo­cjo­nal­nej roz­pa­czy, jakiej sam doświad­cza­łem tylko w naj­tra­gicz­niej­szych chwi­lach życia. Jed­nakże dla tej istoty taki ból nie był naj­gor­szym momen­tem, tylko cią­głym sta­nem. Kimś, kto musi tutaj być. Odejdź, chłop­cze.

Zalała mnie potężna fala nud­no­ści. Powie­trze nagle stało się zbyt jasne, deli­katny blask krysz­ta­łów był zbyt prze­szy­wa­jący. Cof­ną­łem się o kilka kro­ków od kopca i wtedy to okropne dozna­nie zelżało, ale przy­pływ emo­cji i tak wywo­łał u mnie gwał­towny ból głowy, przez który nie byłem w sta­nie utrzy­mać się na nogach.

Opa­dłem na jedno kolano i zaci­sną­łem zęby, żeby stłu­mić wrzask. Bóle głowy sta­wały się coraz dotkliw­sze i cho­ciaż przez całe życie musia­łem radzić sobie z cier­pie­niem, cho­ciaż dys­po­no­wa­łem potęgą Ryce­rza Zimy, już przed kil­koma tygo­dniami zaczęły roz­kła­dać mnie na łopatki.

Przez chwilę czu­łem tylko ból i przy­tła­cza­jące mdło­ści.

W końcu te odczu­cia powoli zaczęły słab­nąć, a kiedy pod­nio­słem wzrok, zoba­czy­łem nad sobą rosłą postać w mrocz­nej pele­ry­nie. Miała trzy albo trzy i pół metra wzro­stu i pro­por­cje musku­lar­nego czło­wieka, cho­ciaż tak naprawdę ni­gdy nie widzia­łem istoty pod pele­ryną. Postać wpa­try­wała się we mnie, a jej oczy miały postać dwóch punk­ci­ków zie­lo­nego, ogni­stego świa­tła lśnią­cych w głębi kap­tura.

– STRAŻ­NIKU – zagrzmiała. – CHWI­LOWO POWSTRZY­MA­ŁEM PASO­ŻYTA.

– Naj­wyż­szy czas, Alfre­dzie – szep­ną­łem.

Usia­dłem i przyj­rza­łem się sobie. Wyglą­dało na to, że dość długo leża­łem na ziemi. Pot na mojej skó­rze wysechł. Nie­do­brze. Przed­wieczny duch wyspy przez rok nie dopusz­czał, by ta rzecz w mojej gło­wie mnie zabiła. Jesz­cze kilka tygo­dni temu wystar­czyło, by się poja­wił i wypo­wie­dział jedno słowo, a ból zni­kał.

Tym razem trwało to ponad godzinę.

Cokol­wiek znaj­do­wało się w mojej gło­wie – jakie­goś rodzaju duchowa istota, która wyko­rzy­sty­wała mnie, by rosnąć w siłę – naj­wy­raź­niej przy­go­to­wy­wało się, by mnie uśmier­cić.

– ALFRE­DZIE? – powtó­rzył duch. – TO MA BYĆ MOJE NOWE IMIĘ?

– Pozo­stańmy przy Demon­re­ach – odrze­kłem.

Potężny duch przez chwilę się nad tym zasta­na­wiał.

– JESTEM WYSPĄ.

– Ow­szem – przy­zna­łem, pod­no­sząc się z ziemi. – Jej duchem. Jej genius loci.

– A ZARA­ZEM JESTEM ODRĘBNĄ ISTOTĄ. NACZY­NIEM.

Przyj­rza­łem się duchowi.

– Wiesz, że „Alfred” to żart, prawda?

Duch wbił we mnie wzrok. Nie­ist­nie­jący wiatr poru­szył skra­jem jego pele­ryny.

Zała­ma­łem ręce.

– No dobrze. Przyda ci się także imię. Niech będzie Alfred Demon­re­ach.

Oczy istoty na chwilę roz­bły­sły jaśniej i duch skło­nił głowę pod kap­tu­rem.

– ONA TU JEST.

Gwał­tow­nie pod­nio­słem głowę i szyb­ciej zabiło mi serce. W mojej gło­wie ode­zwały się ciche echa bólu. Czyżby wresz­cie odpo­wie­działa na moje wia­do­mo­ści?

– Molly?

– NIE NOWI­CJUSZKA. JEJ NOWA MATKA.

Poczu­łem, że moje ramiona i szyja sztyw­nieją.

– Mab – ode­zwa­łem się niskim, suro­wym gło­sem.

– TAK.

– Fan­ta­stycz­nie – szep­ną­łem.

Mab, Kró­lowa Powie­trza i Ciem­no­ści, Monar­chini Zimo­wego Dworu Sidhe, pani i nauczy­cielka wszyst­kich nie­go­dzi­wych miesz­kań­ców Kra­iny Elfów – moja sze­fowa – igno­ro­wała mnie od mie­sięcy. Wysy­ła­łem do niej coraz częst­sze wia­do­mo­ści, ale bez żad­nego odzewu. Do dzi­siaj.

Co się zmie­niło? Dla­czego poja­wiła się teraz, po tylu mie­sią­cach mil­cze­nia?

– Ponie­waż, głupku, cze­goś chce – mruk­ną­łem pod nosem. Zwró­ci­łem się w stronę Demon­re­ach. – W porządku, Alfre­dzie. Gdzie?

– NABRZEŻE.

Spryt­nie. Demon­re­ach, jak każde wię­zie­nie w histo­rii, rów­nie sku­tecz­nie powstrzy­my­wało gości przed dosta­niem się do środka, jak więź­niów przed ucieczką. Kiedy cho­lerny Kro­czący z Zewnę­trza poja­wił się ze swoją dru­żyną, żeby wyzwo­lić więź­niów, udało się go powstrzy­mać dzięki wysił­kom obroń­ców wyspy i kilku klu­czo­wych sojusz­ni­ków.

Przez ostatni rok pozna­wa­łem tajem­nice wyspy i jej sys­temy obronne, o któ­rych ist­nie­niu nawet nie wie­dzia­łem, a które mógł uru­cho­mić tylko Straż­nik. Gdyby Kro­czący spró­bo­wał ponow­nie, mógł­bym go zała­twić na wła­sną rękę. Nawet Mab, mimo całej swo­jej potęgi, powinna mieć się na bacz­no­ści, gdyby spró­bo­wała spra­wiać mi kło­poty na tere­nie Demon­re­ach.

Wła­śnie dla­tego stała na nabrzeżu.

Spo­dzie­wała się, że będę nie­za­do­wo­lony. Naj­wy­raź­niej cze­goś potrze­bo­wała.

Wie­dzia­łem z doświad­cze­nia, że kiedy Kró­lowa Powie­trza i Ciem­no­ści posta­na­wia, że cze­goś od cie­bie chce, naj­le­piej wczoł­gać się do jakiejś dziury i zasy­pać zie­mią.

Jed­nakże moja głowa lekko pul­so­wała bólem. W ciągu ostat­nich kilku lat bóle głowy stop­niowo sta­wały się coraz dotkliw­sze, ale dopiero nie­dawno odkry­łem ich przy­czynę – cier­pia­łem na przy­pa­dłość, która wyma­gała wyle­cze­nia, zanim coś, co zagnieź­dziło się w mojej łepe­ty­nie, posta­nowi się z niej wyrwać. Nie śmia­łem opu­ścić wyspy, dopóki nie wydo­brzeję, a jeśli Mab w końcu posta­nowiła odpo­wie­dzieć na moje wia­do­mo­ści, nie mia­łem innego wyj­ścia, jak się z nią spo­tkać.

Zapewne wła­śnie z tego powodu nie poja­wiła się wcze­śniej.

– Cho­lerne elfy i ich intrygi – mruk­ną­łem do sie­bie. Potem ruszy­łem do scho­dów, któ­rymi mogłem wydo­stać się ze Studni na powierzch­nię wyspy. – Trzy­maj się w pobliżu i uwa­żaj – pole­ci­łem duchowi.

– SPO­DZIE­WASZ SIĘ, ŻE ZECHCE CIĘ SKRZYW­DZIĆ?

– Być może – odrze­kłem, rusza­jąc po scho­dach. – Tak czy ina­czej, chodźmy.

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Mój brat i ja zbu­do­wa­li­śmy nabrzeże What­sup Dock przy jed­nej z trzech nie­wiel­kich plaż Demon­re­ach, tej poło­żo­nej naj­bli­żej luki w kamien­nych rafach ota­cza­ją­cych wyspę. Na wzgó­rzu nad plażą kie­dyś leżało mia­steczko, ale miesz­kańcy opu­ścili je jakieś sto lat temu, po tym jak mroczna ener­gia ota­cza­jąca ohydne istoty uwię­zione pod wyspą stop­niowo dopro­wa­dziła ich do sza­leń­stwa.

Po mia­steczku pozo­stały ruiny, czę­ściowo pochło­nięte przez las, jak zwłoki powoli poże­rane przez grzyb i mech. Cza­sami zasta­na­wia­łem się, jak długo będę w sta­nie pozo­sta­wać na wyspie, zanim ja też osza­leję.

Przy nabrzeżu zacu­mo­wał drogi jacht sil­ni­kowy, biały z mnó­stwem chro­mo­wa­nych ele­men­tów, który był tutaj rów­nie nie na miej­scu jak fer­rari w zagro­dzie dla bydła. Zoba­czy­łem dwóch majt­ków, ich mary­nar­skie stroje wyglą­dały jak kostiumy. Kanty były zbyt pro­sto zapra­so­wane, a ubra­nia za czy­ste i zbyt dokład­nie dopa­so­wane. Kiedy na nich patrzy­łem, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że są uzbro­jeni i wyszko­leni w zabi­ja­niu. Byli sidhe, wład­cami elfów, rosłymi, pięk­nymi i nie­bez­piecz­nymi. Nie robili na mnie wra­że­nia.

Głów­nie dla­tego, że nie byli tak uro­dziwi ani groźni jak kobieta, która stała na samym końcu nabrzeża, z czub­kami dro­gich butów odda­lo­nymi o kilka cen­ty­me­trów od brzegu Demon­re­ach. Kiedy wokół cie­bie krąży rekin, trudno przej­mo­wać się dwiema bara­ku­dami pły­wa­ją­cymi w pobliżu.

Mab, Kró­lowa Powie­trza i Ciem­no­ści, miała na sobie szyty na miarę biz­ne­sowy żakiet w kolo­rze papieru gaze­to­wego usma­ro­wa­nego węglem i mro­żo­nych bar­win­ków. Pod spód wło­żyła bluzkę, śnież­no­białą jak jej włosy, kunsz­tow­nie ufry­zo­wane w stylu z lat czter­dzie­stych. Na jej uszach i szyi lśniły ciem­no­zie­lone i ciem­no­nie­bie­skie opale, pasu­jące do zmie­nia­ją­cych się odcieni zim­nych, pozba­wio­nych wyrazu oczu. Była blada, piękna w spo­sób wymy­ka­jący się pro­stemu opi­sowi i prze­peł­niała mnie zdrową, racjo­nalną grozą.

Zsze­dłem na nabrzeże po sta­rych kamien­nych stop­niach wycię­tych w zbo­czu i zatrzy­ma­łem się na wycią­gnię­cie ręki od Mab. Nie ukło­ni­łem się, tylko ofi­cjal­nie ski­ną­łem głową. Na łodzi znaj­do­wali się także inni sidhe, któ­rzy byli świad­kami naszego spo­tka­nia. Już dawno odkry­łem, że cho­ciaż nie jestem w sta­nie ura­zić dumy Mab, nie tole­ruje ona braku sza­cunku dla swo­jego urzędu. Byłem pewien, że gdyby Rycerz Zimy otwar­cie prze­ciw­sta­wił się jej w obli­czu jej Dworu, sta­no­wi­łoby to dekla­ra­cję wojny, a mimo wszyst­kiego, co już wie­dzia­łem o wyspie, nie mia­łem zamiaru do tego dopro­wa­dzić.

– Moja Kró­lowo – ode­zwa­łem się przy­jem­nym gło­sem. – Jak twoje kno­wa­nia?

– Dosko­nale, mój Ryce­rzu – odpo­wie­działa. – Jak zwy­kle. Wejdź na pokład.

– Dla­czego? – spy­ta­łem.

Lekko skrzy­wiła usta, ale w jej oczach poja­wił się błysk zado­wo­le­nia.

– Jestem prze­wi­dy­walny, prawda? – doda­łem.

– Pod wie­loma wzglę­dami – odrze­kła. – Mam ci odpo­wie­dzieć dosłow­nie?

– Był­bym wdzięczny.

Mab poki­wała głową. Potem lekko się pochy­liła, jej spoj­rze­nie nabrało głębi i ode­zwała się gło­sem zim­niej­szym i surow­szym od zmro­żo­nego kamie­nia.

– Ponie­waż ci każę.

Prze­łkną­łem ślinę, a mój żołą­dek wywi­nął fikołka.

– Co się sta­nie, jeśli odmó­wię? – spy­ta­łem.

– Dasz mi wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że będziesz mi się opie­rał, jeśli spró­buję bez­po­śred­nio zmu­sić cię do wyko­ny­wa­nia moich roz­ka­zów – odrze­kła Mab. – Sta­niesz się wtedy dla mnie bez­u­ży­teczny, ale jako że chwi­lowo wola­ła­bym nie kło­po­tać się szko­le­niem zastęp­stwa, nie ponie­siesz żad­nych kon­se­kwen­cji.

Zamru­ga­łem zdzi­wiony.

– Żad­nych? Mógł­bym ci się prze­ciw­sta­wić, a ty byś po pro­stu… ode­szła?

– Ow­szem – potwier­dziła Mab i odwró­ciła się. – Umrzesz za trzy dni, a do tej pory już zdążę zna­leźć kogoś na twoje miej­sce.

– Eee, co takiego?

Mab umil­kła i obej­rzała się przez ramię.

– Paso­żyt w twoim wnę­trzu wydo­sta­nie się wtedy na zewnątrz. Z pew­no­ścią zauwa­ży­łeś, że ból staje się coraz bar­dziej dokucz­liwy.

Jesz­cze jak. Do tego cier­pie­nie się nawar­stwia.

– Psia­krew – wark­ną­łem na tyle cicho, by nie usły­szały mnie zbiry na pokła­dzie. – Wro­bi­łaś mnie.

Mab odwró­ciła się w moją stronę i posłała mi led­wie dostrze­galny uśmiech.

– Każ­dego prze­klę­tego dnia posy­ła­łem Toota i Lacunę do cie­bie i Molly. Żadne z nich nie dotarło, prawda?

– Są elfami – odrze­kła Mab. – A ja jestem Kró­lową Elfów.

– A moje wia­do­mo­ści do Molly?

– Kiedy się z tobą poże­gna­łam, mój Ryce­rzu, utka­łam sieci, które miały prze­chwy­cić wszyst­kie zaklę­cia opusz­cza­jące wyspę – wyja­śniła. – Wia­do­mo­ści, które wysła­łeś do niej za pośred­nic­twem swo­ich przy­ja­ciół, zostały zmie­nione zgod­nie z moimi potrze­bami. To bar­dzo uży­teczne, że nawet naj­drob­niej­sza doza nie­uf­no­ści może pro­wa­dzić do nie­zro­zu­mie­nia. Twoi przy­ja­ciele pró­bują cię odwie­dzić od kilku tygo­dni, ale lód na jezio­rze w tym roku wyjąt­kowo długo się utrzy­muje. Nie­stety.

Zazgrzy­ta­łem zębami.

– Wie­dzia­łaś, że potrze­bo­wa­łem jej pomocy.

– Wciąż tak jest – odparła lako­nicz­nie.

Trzy dni.

Na wszyst­kie dzwony pie­kieł.

– Nie przy­szło ci do głowy, żeby po pro­stu grzecz­nie popro­sić mnie o pomoc? – spy­ta­łem.

Unio­sła bladą brew.

– Nie jestem twoją klientką.

– Więc od razu prze­cho­dzisz do wymu­sze­nia?

– Nie mogę cię do niczego zmu­sić – odrze­kła rze­czo­wym tonem. – Dla­tego muszę się posta­rać, by wyrę­czyły mnie oko­licz­no­ści. Obez­wład­nia­jący ból nie pozwoli ci opu­ścić wyspy, a nie możesz posłać po pomoc, jeśli na to nie pozwolę. Koń­czy ci się czas, mój Ryce­rzu.

– Dla­czego? – spy­ta­łem przez zaci­śnięte zęby. – Dla­czego zapę­dzi­łaś mnie w kozi róg?

– Może dla­tego, że to konieczne. Może po to, żeby uchro­nić cię przed sobą samym. – W jej oczach bły­snęła odle­gła furia, niczym burza na hory­zon­cie. – A może po pro­stu dla­tego, że mogę. Osta­tecz­nie powody nie mają zna­cze­nia. Liczy się tylko to, co jest.

Kilka razy ode­tchną­łem, sta­ra­jąc się, by gniew nie pobrzmie­wał w moim gło­sie. Zwa­żyw­szy na to, czym się zaj­mo­wała, zma­ni­pu­lo­wa­nie mnie i gro­że­nie mi śmier­cią według jej stan­dar­dów mogło być grzeczną prośbą. Ale nie musia­łem być tym zachwy­cony.

Poza tym miała rację. Jeśli Mab powie­działa, że pozo­stały mi trzy dni życia, to nie żar­to­wała. Nie miała moż­li­wo­ści ani powodu, by wprost mnie okła­my­wać. A jeśli to była prawda, o czym nie­stety byłem prze­ko­nany, to miała mnie w gar­ści.

– Czego chcesz? – zapy­ta­łem. Zabrzmia­łem nie­mal grzecz­nie.

To pyta­nie wywo­łało na jej ustach uśmiech zado­wo­le­nia. Ski­nęła głową, jakby z uzna­niem.

– Chcia­ła­bym, żebyś wyko­nał dla mnie pewne zada­nie.

– Czy tak się składa, że muszę to zro­bić poza wyspą?

– Oczy­wi­ście.

Wska­za­łem pal­cem swoją skroń.

– W takim razie mamy pro­blem z obez­wład­nia­ją­cym bólem. Naj­pierw musisz mnie ule­czyć.

– Gdy­bym to zro­biła, ni­gdy byś się nie zgo­dził – odpo­wie­działa spo­koj­nie. – A wtedy musia­ła­bym cię kimś zastą­pić. Dla­tego, ze względu na swoje zdro­wie i bez­pie­czeń­stwo, zało­żysz to. – Wycią­gnęła w moją stronę otwartą dłoń.

Leżał na niej nie­wielki kamień, ciem­no­nie­bie­ski opal. Nachy­li­łem się i uważ­nie go obej­rza­łem. Był osa­dzony w srebr­nej wkrętce – kol­czyku.

– On powi­nien powstrzy­mać paso­żyta na wystar­cza­jąco długi czas – wyja­śniła. – Załóż go.

– Nie mam prze­kłu­tych uszu – zapro­te­sto­wa­łem.

Mab unio­sła brew.

– Jesteś Ryce­rzem Zimy czy małym mazga­jem?

Skrzy­wi­łem się.

– Podejdź tutaj i to powtórz.

Wtedy Mab spo­koj­nie zeszła na brzeg Demon­re­ach i sta­nęła przede mną, tak że nasze stopy nie­mal się sty­kały. Miała ponad metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i nie­mal nie musiała pod­no­sić ręki, żeby ująć w palce pła­tek mojego ucha.

– Zaraz – ode­zwa­łem się. – Chwi­leczkę.

Znie­ru­cho­miała.

– Lewe.

Prze­krzy­wiła głowę.

– Dla­czego?

– To… Cho­dzi o pewne zwy­czaje śmier­tel­ni­ków. Po pro­stu prze­kłuj lewe ucho.

Wypu­ściła powie­trze nosem. Potem pokrę­ciła głową i chwy­ciła mnie za dru­gie ucho. Poczu­łem gorące ukłu­cie bólu, a potem powolne pul­so­wa­nie nie­mal uwo­dzi­ciel­skiego chłodu, niczym dotyk jesien­nego wie­czor­nego powie­trza, gdy otwie­rasz okna w sypialni i śpisz jak kamień.

– Gotowe – powie­działa Mab, umiesz­cza­jąc kol­czyk na miej­scu. – Było tak trudno?

Posła­łem jej nie­przy­chylne spoj­rze­nie i dotkną­łem kamie­nia lewą dło­nią. Moje opuszki potwier­dziły to, o czym dono­siło ucho – opal był zimny w dotyku.

– Skoro już mam coś, co pozwoli mi bez­piecz­nie opu­ścić wyspę, mogę roz­ka­zać Alfre­dowi, by natych­miast wtrą­cił cię do celi, i samo­dziel­nie roz­wią­zać swoje pro­blemy. Co mnie może powstrzy­mać? – spy­ta­łem bar­dzo cicho.

– Ja – odrze­kła Mab. Na jej ustach poja­wił się bar­dzo deli­katny, bar­dzo chłodny uśmiech. Unio­sła palec, a ja zoba­czy­łem szkar­łatną kro­pelkę mojej krwi na jej bla­dej skó­rze. – Gdyby Mab znik­nęła, twój śmier­telny świat poniósłby sro­gie kon­se­kwen­cje. Cie­bie spo­tkałby jesz­cze gor­szy los, gdy­byś tego spró­bo­wał. Możesz spraw­dzić, magu. Chęt­nie to zoba­czę.

Przez chwilę roz­wa­ża­łem tę moż­li­wość. Tak bar­dzo się przede mną zabez­pie­czyła, że z pew­no­ścią chciała mnie nakło­nić do zro­bie­nia cze­goś paskud­nego. Ni­gdy nie chcia­łem słu­żyć Mab. Nie mogłaby być moją sze­fową, gdy­bym uwię­ził ją w krysz­tale kil­ka­dzie­siąt metrów pod wodami jeziora Michi­gan. Zresztą zasłu­żyła sobie na dłuż­szy pobyt w zamra­żarce. Mab była auten­tycz­nym zło­czyńcą.

Tylko że… była naszym zło­czyńcą. Cho­ciaż potra­fiła być okrutna i straszna, chro­niła świat przed isto­tami, które były jesz­cze gor­sze. Usu­nię­cie jej z tego układu mogło spo­wo­do­wać kata­strofę.

Zresztą bądź wobec sie­bie szczery, Dres­den. Boisz się. A gdy­byś spró­bo­wał ją zała­twić i nie tra­fił? Pamię­tasz, co się stało z ostat­nim gościem, który zdra­dził Mab? Ni­gdy jej nie poko­na­łeś. Nie byłeś nawet bli­sko.

Powstrzy­ma­łem drże­nie. Uzna­łaby to za oznakę sła­bo­ści, a tej nie należy oka­zy­wać elfom. Wypu­ści­łem powie­trze i ode­rwa­łem wzrok od jej lodo­wa­tych oczu.

Mab lekko skło­niła głowę w geście zwy­cię­stwa. Potem okrę­ciła się na pię­cie i wró­ciła na nabrzeże.

– Zabierz wszystko, czego potrze­bu­jesz. Wyru­szamy natych­miast.

ROZ­DZIAŁ TRZECI

Jacht Mab zabrał nas do przy­stani Bel­mont, gdzie nie­ty­powo cie­pły pora­nek sto­pił lód. Moje ucho od czasu do czasu pul­so­wało zim­nem, ale głowa nie bolała i kiedy zacu­mo­wa­li­śmy, prze­sko­czy­łem przez reling i wylą­do­wa­łem na molo z dużym mary­nar­skim wor­kiem w jed­nej i nową laską maga w dru­giej dłoni.

Mab z god­no­ścią zeszła po tra­pie i zmie­rzyła mnie wzro­kiem.

– Par­kour – wyja­śni­łem.

– Jeste­śmy umó­wieni – odrze­kła, mija­jąc mnie.

Cze­kała na nas limu­zyna, a w niej kolejni dwaj sidhe w kostiu­mach ochro­nia­rzy. Zawieźli nas Lake Shore Drive do cen­trum mia­sta, gdzie skrę­cili w stronę Chi­cago Loop i zatrzy­mali się przed Car­bide & Car­bon Buil­ding, potęż­nym gra­fi­to­wym gma­chem, który przy­po­mi­nał mi mono­lit z Ody­sei Kosmicz­nej 2001, nie licząc mosięż­nych zdo­bień. Zawsze uwa­ża­łem, że wygląda bar­dzo baro­kowo i cza­dowo, a potem otwarto w nim Hard Rock Hotel.

Przed budyn­kiem cze­kali dwaj kolejni sidhe w stro­jach ochro­nia­rzy, wysocy i nie­ludzko piękni. Nie­zau­wa­żal­nie wszy­scy zmie­nili się z nie­ska­zi­tel­nych modeli w zbi­rów o kwa­dra­to­wych szczę­kach, z krótko przy­strzy­żo­nymi wło­sami i słu­chaw­kami w uszach – urok, legen­darna moc ilu­zji elfów. Mab nie kło­po­tała się zmianą wyglądu, nie licząc zało­że­nia oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych od zna­nego pro­jek­tanta. Czte­rech osił­ków oto­czyło nas, gdy weszli­śmy do budynku, i razem poma­sze­ro­wa­li­śmy do cze­ka­ją­cej windy. Cyfry na wyświe­tla­czu wkrótce wska­zały ostat­nie pię­tro, a następ­nie prze­sko­czyły na kolejny poziom.

Drzwi otwo­rzyły się i zoba­czy­łem wnę­trze eks­tra­wa­ganc­kiego apar­ta­mentu. Z gło­śni­ków pły­nęła muzyka Mozarta, w takiej jako­ści, że przez chwilę szu­ka­łem wzro­kiem żywych muzy­ków. Za oknami, które się­gały od pod­łogi do znaj­du­ją­cego się ponad cztery metry wyżej sufitu, roz­cią­gał się widok na jezioro i wybrzeże na połu­dnie od hotelu. Posadzki wyko­nano z pole­ro­wa­nego twar­dego drewna. W pomiesz­cze­niu posa­dzono tro­pi­kalne drzewa, a także jaskrawe kwit­nące rośliny, które prze­pro­wa­dzały czynną napaść na zmysł węchu. Meble stały roz­siane po całym wnę­trzu, nie­które na pod­ło­dze, inne na plat­for­mach wzno­szą­cych się na róż­nych pozio­mach. Były tutaj także bar i nie­wielka scena z sys­te­mem nagło­śnie­nia, a schody po prze­ciw­nej stro­nie pod­da­sza pro­wa­dziły na wznie­sioną plat­formę, która, sądząc po łóżku, zapewne słu­żyła jako sypial­nia.

Za drzwiami windy cze­kała na nas kolejna piątka zbi­rów w czar­nych gar­ni­tu­rach i z dopa­so­wa­nymi kolo­ry­stycz­nie śru­tów­kami w dło­niach. Kiedy drzwi się otwo­rzyły, prze­ła­do­wali broń, ale w nas nie wyce­lo­wali.

– Kim pani jest? – ode­zwał się jeden z nich, znacz­nie młod­szy od pozo­sta­łych.

Mab wpa­try­wała się w nich inten­syw­nie zza oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Potem unio­sła brew, tak nie­znacz­nie, że żaden z pew­no­ścią tego nie zauwa­żył.

Stęk­ną­łem, poru­szy­łem dło­nią i szep­ną­łem „Infriga”.

Nie wło­ży­łem w zaklę­cie dużej mocy, ale to wystar­czyło, by wysłać wia­do­mość. Z nagłym chrzę­stem dolne dwie trze­cie ciał zbi­rów, ich buty, broń i trzy­ma­jące ją dło­nie, pokryły się grubą war­stwą szronu. Zasko­czeni męż­czyźni drgnęli i syk­nęli z nie­za­do­wo­le­niem, ale nie rzu­cili broni.

– Pani nie roz­ma­wia ze słu­gu­sami – ode­zwa­łem się. – Zresztą dobrze wie­cie, kim jest. Jeśli któ­ryś z was, tumany, ma choćby kawa­łek mózgu, niech natych­miast powia­domi waszego szefa, że ona tu jest, zanim poczuje się obra­żona.

Młody zbir, który się wcze­śniej ode­zwał, chwiej­nym kro­kiem ruszył w głąb pod­da­sza, omi­ja­jąc mur drzew i kwia­tów, pod­czas gdy pozo­stali sta­nęli naprze­ciwko nas, bez­na­miętni, ale wyraź­nie nie­pewni.

Mab popa­trzyła na mnie i zapy­tała szep­tem:

– Co to było?

– Nie zamie­rzam zabi­jać śmier­tel­ni­ków, tylko po to, żeby coś udo­wod­nić – odpo­wie­dzia­łem grzecz­nie.

– W tym samym celu byłeś gotów zabić jed­nego z moich sidhe.

– Gram w two­jej dru­ży­nie, ale nie pocho­dzę z two­jego mia­steczka – odrze­kłem.

Zer­k­nęła na mnie ponad kra­wę­dziami szkieł.

– Taka deli­kat­ność nie przy­stoi Ryce­rzowi Zimy.

– Nie cho­dzi o deli­kat­ność, Mab – odpar­łem.

– Nie – przy­znała. – Cho­dzi o sła­bość.

– No cóż, jestem tylko czło­wie­kiem – odrze­kłem, odwra­ca­jąc się.

Mab nie spusz­czała ze mnie wzroku, lodo­wa­tego i cięż­kiego jak śnieżna pokrywa.

– Na razie.

Wcale nie zadrża­łem. Po pro­stu cza­sami mie­wam skur­cze mię­śni. To wszystko.

Zbir potra­fiący mówić po ludzku wró­cił i pokło­nił się w pas przed Mab, sta­ra­jąc się nie nawią­zy­wać z nikim kon­taktu wzro­ko­wego.

– Wasza Wyso­kość. Zapra­szam dalej. Pani straż może tutaj zacze­kać, razem z tą czwórką, a ja panią do niego zapro­wa­dzę.

Mab nawet nie drgnęła w odpo­wie­dzi na jego słowa. Po pro­stu wyszła z windy, stu­ka­jąc obca­sami o posadzkę, ryt­micz­nie jak metro­nom, a my sta­ra­li­śmy się dotrzy­mać jej kroku.

Okrą­ży­li­śmy żywo­płot, za któ­rym wcze­śniej znik­nął zbir, i dotar­li­śmy do roz­bu­do­wa­nej plat­formy, na którą pro­wa­dziły trzy sze­ro­kie stop­nie. Całą kon­struk­cję ota­czała roślin­ność, upo­dab­nia­jąc ją do przy­tul­nej altanki. Usta­wiono na niej dro­gie meble do sie­dze­nia, two­rzące ide­alne warunki do roz­mowy, i wła­śnie tam cze­kała na nas osoba, z którą była umó­wiona Mab.

– Pro­szę pana – ode­zwał się zbir. – Jej Wyso­kość kró­lowa Mab oraz Rycerz Zimy.

– Któ­rego nie trzeba przed­sta­wiać – rzekł męż­czy­zna głę­bo­kim, dono­śnym gło­sem.

Roz­po­zna­łem go. Ten głos kie­dyś był łagodny i poto­czy­sty, ale teraz zabrzmiał nieco chra­pli­wie i szorstko, niczym jedwab śli­zga­jący się po żwi­rze.

Z jed­nego z foteli wstał męż­czy­zna śred­niego wzro­stu i prze­cięt­nej budowy ciała. Miał na sobie czarny jedwabny gar­ni­tur, czarną koszulę i zno­szony szary kra­wat. Miał ciemne włosy nazna­czone siwi­zną oraz ciemne oczy i poru­szał się z gra­cją węża. Na jego ustach gościł uśmiech, ale w oczach nie było weso­ło­ści, gdy obró­cił się w moją stronę.

– No pro­szę. Harry Dres­den.

– Nico­de­mus Archle­one. Sły­szę, że moje cię­cie przy­słu­żyło się two­jemu gło­sowi.

Coś nie­przy­jem­nego bły­snęło w głębi jego oczu, a głos stał się jesz­cze bar­dziej szorstki. Jed­nak uśmiech nie znik­nął.

– Od dawna nikt nie był tak bli­sko jak ty.

– Może zaczy­nasz robić błędy na sta­rość – odrze­kłem. – Zaczyna się od dro­bia­zgów. Na przy­kład zapo­mnia­łeś pozba­wić języka jed­nego ze swo­ich zbi­rów. Poczuje się wyklu­czony, jeśli tylko on będzie mógł mówić.

Nio­co­de­mus uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Już wcze­śniej spo­tka­łem jego bandę poplecz­ni­ków. Wszy­scy mieli wycięte języki.

Odwró­cił się w stronę Mab i zgiął wpół, bar­dziej ele­gancko niż kie­dy­kol­wiek byłem w sta­nie. To były maniery z innej epoki.

– Wasza Wyso­kość.

– Nico­de­mu­sie – odpo­wie­działa Mab lodo­wa­tym tonem. A potem, bar­dziej neu­tral­nym gło­sem, dodała: – Andu­rielu.

Nico­de­mus nawet nie drgnął, ale jego cho­lerny cień skło­nił głowę. Nie­ważne, ile razy widzia­łem takie akcje, wciąż przy­pra­wiały mnie o dresz­cze.

Nico­de­mus był Ryce­rzem Poczer­nia­łego Denara, a dokład­niej rzecz bio­rąc, był naj­waż­niej­szym z nich. Miał przy sobie jedną z trzy­dzie­stu srebr­nych monet, która zawie­rała esen­cję upa­dłego anioła Andu­riela. Z Dena­ria­nami lepiej nie zadzie­rać – cho­ciaż anioły nie mogły swo­bod­nie korzy­stać ze swo­jej mocy, gdyż pętała je więź z ich śmier­tel­nymi part­ne­rami, były rów­nie nie­bez­pieczne jak naj­gor­sze istoty kry­jące się w cie­niach, a kiedy łączyły siły z takimi sza­leń­cami jak Nico­de­mus, sta­wały się o wiele gor­sze. Z tego, co wie­dzia­łem, Nico­de­mus siał fer­ment od dwóch tysiąc­leci. Był bystry, bez­względny i twardy, a zabi­cie czło­wieka zna­czyło dla niego tyle samo co wyrzu­ce­nie pustej puszki po piwie.

Kie­dyś wygra­łem nasze star­cie. Jemu też raz się to udało. Żaden z nas nie był w sta­nie zabić dru­giego.

Na razie.

– Pro­szę o chwilę cier­pli­wo­ści – rzekł Nico­de­mus do Mab. – Zanim przej­dziemy dalej, jestem zmu­szony zająć się drobną kwe­stią doty­czącą wewnętrz­nego pro­to­kołu.

Przez uła­mek sekundy wyczu­wa­łem w powie­trzu atmos­ferę nie­za­do­wo­le­nia, aż w końcu Mab się ode­zwała.

– Oczy­wi­ście.

Nico­de­mus ponow­nie się ukło­nił, a potem odda­lił się o kilka kro­ków i zwró­cił w stronę zbira, który nas przy­pro­wa­dził. Przy­wo­łał go do sie­bie gestem.

– Podejdź, bra­cie Jor­da­nie.

Jor­dan sta­nął na bacz­ność, prze­łknął ślinę, a następ­nie pod­szedł sztyw­nym kro­kiem, przysta­nął dokład­nie przed Nico­de­mu­sem i ponow­nie wypro­sto­wał się jak struna.

– Prze­sze­dłeś próby Brac­twa – ode­zwał się Nico­de­mus cie­płym gło­sem. – Twoi towa­rzy­sze mają o tobie naj­wyż­sze mnie­ma­nie. Poza tym z nie­za­chwianą odwagą sta­wi­łeś czoło nie­bez­piecz­nemu wro­gowi. W mojej oce­nie wyka­za­łeś się lojal­no­ścią oraz odda­niem naszej spra­wie w stop­niu wykra­cza­ją­cym poza ramy jakiej­kol­wiek przy­sięgi. – Poło­żył dłoń na ramie­niu mło­dzieńca. – Masz jakieś ostat­nie słowa?

W oczach chło­paka zabły­sły emo­cje, a jego oddech przy­śpie­szył.

– Dzię­kuję, panie.

– Dobrze powie­dziane – szep­nął Nico­de­mus z uśmie­chem. – Deir­dre.

Druga osoba w altance wstała. Była to młoda kobieta w pro­stej czar­nej sukience. Miała szczu­płą, surową twarz i ciało obda­rzone nie­znacz­nie zary­so­wa­nymi, ele­ganc­kimi krą­gło­ściami, które przy­wo­dziły na myśl brzy­twę. Jej dłu­gie ciemne włosy paso­wały do czar­nych oczu, iden­tycz­nych jak u Nico­de­musa, a kiedy pode­szła do Jor­dana, posłała mu nie­mal sio­strzany uśmiech.

A potem się prze­mie­niła.

Naj­pierw mroczne kule jej oczu upodob­niły się do jam wypeł­nio­nych ogni­stym kar­ma­zy­no­wym bla­skiem. Druga para oczu, lśniąca zie­lono, otwo­rzyła się ponad pierw­szymi. Twarz kobiety się wykrzy­wiła, kości poru­szyły się pod skórą, która zafa­lo­wała, a następ­nie stę­żała i pociem­niała, przy­bie­ra­jąc brzydki fio­le­towy kolor świe­żego siniaka i gru­bie­jąc jak u zwie­rzę­cia. Suk­nia zami­go­tała i znik­nęła, uka­zu­jąc dotych­czas pod­kur­czone nogi, a znacz­nie wydłu­żone stopy wyglą­dały, jakby zgi­nały się w prze­ciwną stronę. Zmie­niły się także jej włosy – uro­sły, wysu­wa­jąc się z jej czaszki jak dzie­siątki wiją­cych się węży, po czym upodob­niły się do twar­dych, meta­licz­nych i czar­nych jak noc wstęg, które sze­le­ściły, poru­szały się i samo­ist­nie falo­wały.

W tym samym cza­sie cień Nico­de­musa urósł, cho­ciaż oświe­tle­nie w pomiesz­cze­niu nie ule­gło zmia­nie. Roz­cią­gnął się za jego ple­cami i roz­lał po ścia­nie, aż w końcu cał­ko­wi­cie objął tę część ogrom­nego pod­da­sza.

– Będzie­cie świad­kami prze­miany brata Jor­dana w giermka Jor­dana – ode­zwał się cicho.

Zie­lone oczy Deir­dre roz­bły­sły, gdy deli­kat­nie unio­sła zakoń­czone pazu­rami dło­nie do twa­rzy mło­dzieńca. Następ­nie zbli­żyła się i poca­ło­wała go roz­chy­lo­nymi ustami.

Mój żołą­dek wywi­nął koziołka. Nie dałem tego po sobie poznać.

Głowa Deidre drgnęła do przodu, a ciało Jor­dana zesztyw­niało. Zza pie­częci jej ust wyrwał się stłu­miony krzyk, który szybko się urwał. Zoba­czy­łem, jak Deir­dre zaci­ska zęby, a po chwili gwał­tow­nie szarp­nęła głową do tyłu, jak rekin wyry­wa­jący kęs z ofiary. Odchy­liła głowę do tyłu w strasz­li­wej eks­ta­zie, a ja zoba­czy­łem mię­dzy jej zębami zakrwa­wiony język Jor­dana.

Fon­tanna krwi try­snęła z ust mło­dzieńca. Wydał z sie­bie nie­ar­ty­ku­ło­wany dźwięk, a następ­nie zato­czył się i opadł na jedno kolano.

Deir­dre kil­ka­krot­nie szarp­nęła głową, jak mewa poże­ra­jąca rybę, wyda­jąc przy tym ciche odgłosy prze­ły­ka­nia. Potem zadrżała i powoli otwo­rzyła pło­nące oczy. Odwró­ciła się i pode­szła do Nico­de­musa z fio­le­to­wymi ustami poczer­nia­łymi od krwi.

– Gotowe, ojcze – wyszep­tała.

Nico­de­mus poca­ło­wał ją w usta, a fakt, że zro­bił to z języ­kiem, tym razem zaszo­ko­wał mnie jesz­cze bar­dziej niż wtedy, gdy zoba­czy­łem to po raz pierw­szy.

Po chwili ode­rwał się od ust Deir­dre.

– Powstań, giermku Jor­da­nie.

Mło­dzie­niec chwiej­nie dźwi­gnął się na nogi. Dolna połowa jego twa­rzy była zalana krwią, która ska­py­wała mu po bro­dzie i szyi.

– Przy­łóż do rany lód i idź do leka­rza, giermku – pole­cił Nico­de­mus. – Gra­tu­luję.

Oczy Jor­dana ponow­nie roz­bły­sły, a usta wykrzy­wił maka­bryczny uśmiech. Odwró­cił się i pośpiesz­nie odda­lił, zosta­wia­jąc za sobą krwawe ślady.

Skrę­cało mnie w żołądku. Pew­nego dnia będę musiał się nauczyć trzy­mać gębę na kłódkę. Nico­de­mus wła­śnie oka­le­czył chło­paka, tylko dla­tego, że pozwo­li­łem sobie na drobną zło­śli­wość. Zaci­sną­łem zęby i posta­no­wi­łem, że to, co się stało, będzie sta­no­wiło przy­po­mnie­nie, z jakim potwo­rem mam do czy­nie­nia.

– Już po wszyst­kim – ode­zwał się Nico­de­mus do Mab. – Prze­pra­szam za wszel­kie nie­do­god­no­ści.

– Dokoń­czymy nasze sprawy? – spy­tała Mab. – Mój czas jest cenny.

– Oczy­wi­ście – zgo­dził się Nico­de­mus. – Wiesz, dla­czego się z tobą skon­tak­to­wa­łem.

– Ow­szem – przy­znała Mab. – Andu­riel kie­dyś zaofe­ro­wał mi usługi swo­jego… wspól­nika. Teraz spła­cam ten dług, uży­cza­jąc ci swo­jego czło­wieka.

– Chwi­leczkę. Co takiego? – wtrą­ci­łem się.

– Dosko­nale – rzekł Nico­de­mus i podał Mab wizy­tówkę. – Spo­tkamy się tutaj w naszym skrom­nym gro­nie o świ­cie.

Mab się­gnęła po wizy­tówkę i poki­wała głową.

– Zgoda.

Chwy­ci­łem wizy­tówkę, zanim zdą­żyła ją przy­jąć.

– Wcale nie – rzu­ci­łem. – Nie zamie­rzam pra­co­wać z tym psy­cho­patą.

– Raczej socjo­patą – odrzekł Nico­de­mus. – Cho­ciaż ze wzglę­dów prak­tycz­nych te okre­śle­nia są sto­so­wane nie­mal wymien­nie.

– W każ­dym razie paskudny z cie­bie typ i ani tro­chę ci nie ufam – burk­ną­łem i odwró­ci­łem się do Mab. – Powiedz, że nie mówisz poważ­nie.

– Śmier­tel­nie poważ­nie – odparła suro­wym tonem. – Pój­dziesz z Archle­one i udzie­lisz mu wszel­kiej moż­li­wej pomocy, dopóki nie wypełni swo­jego zada­nia.

– Jakiego zada­nia? – spy­ta­łem ostro.

Mab na niego popa­trzyła.

Nico­de­mus posłał mi uśmiech.

– To nie­zbyt skom­pli­ko­wane, cho­ciaż trudne, nie prze­czę. Obra­bu­jemy skar­biec.

– Nie potrze­bu­jesz do tego niczy­jej pomocy – odpar­łem. – Możesz pora­dzić sobie z każ­dym skarb­cem na świe­cie.

– To prawda – przy­znał Nico­de­mus. – Ale ten skar­biec nie znaj­duje się tutaj, tylko w Pod­ziem­nym Świe­cie.

– W Pod­ziem­nym Świe­cie? – spy­ta­łem.

Mia­łem złe prze­czu­cia.

Nico­de­mus uśmiech­nął się bez emo­cji.

– Do kogo należy? – spy­ta­łem. – Czyj skar­biec zamie­rzasz obra­bo­wać?

– Przed­wiecz­nej istoty o ogrom­nej mocy – odpo­wie­dział szorst­kim gło­sem i uśmiech­nął się sze­rzej. – Być może znasz go pod imie­niem Hades, władca Pod­ziem­nego Świata.

– Hades – powtó­rzy­łem. – Ten Hades. Grecki bóg.

– Wła­śnie on.

Powoli prze­nio­słem wzrok na Mab.

Jej twarz była piękna i dosko­nała. Mały kol­czyk pod­trzy­mu­jący mnie przy życiu ryt­micz­nie pul­so­wał chło­dem.

– Aha – ode­zwa­łem się cicho. – Na wszyst­kie dzwony pie­kieł.

ROZ­DZIAŁ CZWARTY

Mój mózg zwięk­szył obroty.

Zosta­łem przy­party do muru, ale to nie było dla mnie nic nowego. Przez lata takie sytu­acje nauczyły mnie, że warto za wszelką cenę zyskać nieco prze­strzeni, czasu lub wspar­cia.

Zło­wi­łem nie­prze­jed­nane spoj­rze­nie Mab.

– Musimy posta­wić jeden waru­nek – stwier­dzi­łem.

Zmru­żyła oczy.

– Jaki waru­nek?

– Wspar­cie – odrze­kłem. – Chcę, żeby towa­rzy­szyła mi jesz­cze jedna para oczu. Ktoś, kogo sam wybiorę.

– Dla­czego?

– Ponie­waż Nico­de­mus to mor­der­czy mor­derca – wyja­śni­łem. – A jeśli wer­buje dru­żynę, zapewne będzie się skła­dała z takich samych drani. Chcę pomoc­nika, który zadba o to, żeby któ­ryś z nich nie strze­lił mi w plecy, gdy tylko popa­trzę w inną stronę. W końcu tylko wypo­ży­czasz Ryce­rza Zimy. Nie pozby­wasz się go.

Mab unio­sła brew.

– Cóż…

– Oba­wiam się, że to wyklu­czone – ode­zwał się Nico­de­mus. – Wszystko już zostało zapla­no­wane i nie ma miej­sca na dodat­kowe osoby.

Mab bar­dzo powoli odwró­ciła ku niemu głowę.

– O ile pamię­tam – odparła ark­tycz­nym tonem – kiedy sam uży­czy­łeś mi swo­ich usług, zabra­łeś ze sobą swój pomiot. Uwa­żam, że ten waru­nek zapew­nia syme­trię.

Nico­de­mus zmru­żył oczy. Wziął głę­boki wdech, a potem lekko skło­nił głowę.

– Nie mam peł­nej wła­dzy nad wszyst­kimi zaan­ga­żo­wa­nymi stro­nami. Nie mogę zagwa­ran­to­wać bez­pie­czeń­stwa ani two­jego Ryce­rza, ani jego… dodat­ko­wego pomoc­nika.

Mab nie­mal się uśmiech­nęła.

– A ja nie mogę zagwa­ran­to­wać two­jego bez­pie­czeń­stwa, Sir Archle­one, jeśli sprze­nie­wie­rzysz się warun­kom umowy zawar­tej w dobrej wie­rze. Pro­po­nuję rozejm do chwili wyko­na­nia zada­nia.

Nico­de­mus przez chwilę się nad tym zasta­na­wiał, aż wresz­cie ski­nął głową.

– Zgoda.

– A więc zała­twione – rze­kła Mab i wyjęła wizy­tówkę z mojej dłoni. – Idziemy, mój Ryce­rzu?

Wbi­łem wzrok w Nico­de­musa i jego córkę o zakrwa­wio­nych ustach. Włosy Deir­dre zgrzy­tały i sze­le­ściły, ocie­ra­jąc się o sie­bie jak dłu­gie, kręte paski bla­chy.

Za cho­lerę nie pomogę temu sza­leń­cowi.

To jed­nak nie był odpo­wiedni czas ani miej­sce na takie dekla­ra­cje.

– Tak – odpo­wie­dzia­łem przez zaci­śnięte zęby. – Dobrze.

Nawet na chwilę nie odwra­ca­jąc się ple­cami do Dena­rian, podą­ży­łem za Mab do windy.

***

Na dole budynku odwró­ci­łem się w stronę ochro­nia­rzy Mab.

– A teraz wyjdź­cie i przy­pro­wadź­cie samo­chód – pole­ci­łem, ale żaden z nich nawet nie drgnął. – W porządku. Zade­kla­ro­wa­li­ście w jakimś for­mu­la­rzu, co ma się stać z waszymi szcząt­kami, prawda?

Sidhe zamru­gali. Popa­trzyli na Mab.

Mab wpa­try­wała się przed sie­bie. Widy­wa­łem posągi, które sil­niej mani­fe­sto­wały swoje pra­gnie­nia.

Ochro­nia­rze wyszli.

Zacze­ka­łem, aż zamkną się za nimi drzwi windy, po czym poru­szy­łem pal­cem i szep­ną­łem „Hexus”, wkła­da­jąc w to nie­wielką dawkę siły woli. Śmier­telni mago­wie i tech­no­lo­gia to kiep­skie połą­cze­nie. Sama bli­skość kogoś uży­wa­ją­cego magii wystar­czy, by uszko­dzić więk­szość urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych. A kiedy mag rze­czy­wi­ście pró­buje znisz­czyć takie urzą­dze­nia, nie­wiele z nich może mu się oprzeć.

Panel kon­tro­lny windy zaiskrzył i poczer­niał. Żarówki zga­sły z trza­skiem, podob­nie jak świa­tła awa­ryjne, i wnę­trze windy nagle pogrą­żyło się w ciem­no­ści, którą prze­ła­my­wała tylko odro­bina dzien­nego świa­tła sączą­cego się pod drzwiami.

– Postra­da­łaś zmy­sły? – spy­ta­łem Mab.

Nie pod­no­sząc głosu.

W kabi­nie było wystar­cza­jąco dużo świa­tła, żebym zoba­czył błysk jej oczu, gdy na mnie popa­trzyła.

– Nie zamie­rzam poma­gać temu palan­towi – wark­ną­łem.

– Zro­bisz dokład­nie to, czego się od cie­bie wymaga.

– Nie zro­bię – odpar­łem. – Wiem, jak to działa. Cokol­wiek on robi, będą z tego same pro­blemy. Komuś sta­nie się krzywda, a ja nie będę w tym uczest­ni­czył. Nie pomogę mu.

– Naj­wy­raź­niej nie­zbyt uważ­nie mnie słu­cha­łeś – odpo­wie­działa Mab.

– Naj­wy­raź­niej nic nie rozu­miesz – odburk­ną­łem. – Są takie rze­czy, któ­rych po pro­stu się nie robi, Mab. Jedną z nich jest poma­ga­nie takiemu potwo­rowi w osią­gnię­ciu jego celów.

– Nawet jeśli odmowa będzie cię kosz­to­wała życie?

Wes­tchną­łem.

– Nie widzia­łaś, co się działo przez ostat­nie dwa lata? Masz jesz­cze jakieś wąt­pli­wo­ści, że wolę umrzeć niż stać się czę­ścią cze­goś takiego?

Jej zęby bły­snęły bielą w ciem­no­ści.

– A jed­nak tutaj jesteś.

– Naprawdę zamie­rzasz to prze­for­so­wać? – spy­ta­łem. – Już chcesz stra­cić swo­jego nowego lśnią­cego ryce­rzyka?

– Trudno mówić o stra­cie, jeśli nie chce wyko­ny­wać pro­stych pole­ceń – odparła Mab.

– Będę wyko­ny­wał pole­ce­nia. Już to robi­łem.

– Ow­szem, na swój nie­udolny spo­sób.

– Po pro­stu nie tym razem.

– Zro­bisz to, o co zosta­niesz popro­szony – odrze­kła Mab i zbli­żyła się do mnie o krok. – W prze­ciw­nym razie cze­kają cię kon­se­kwen­cje.

Prze­łkną­łem ślinę.

Ostatni Rycerz, który roz­gnie­wał Mab, bła­gał mnie, żebym go zabił. Bie­dak był za to wdzięczny.

– Jakie kon­se­kwen­cje? – spy­ta­łem.

– Paso­żyt – wyja­śniła Mab. – Kiedy cię zabije i z cie­bie wyj­dzie, odszuka wszyst­kich, któ­rych znasz. Wszyst­kich, któ­rych kochasz. Następ­nie doszczęt­nie ich znisz­czy – zaczy­na­jąc od pew­nego dziecka.

Moje ręce pokryły się gęsią skórką. Mówiła o Mag­gie. Mojej córce.

– Ona nie ma z tym nic wspól­nego – wyszep­ta­łem. – Jest chro­niona.

– Nie przed czymś takim – odpo­wie­działa obo­jęt­nym tonem. – Nie przed istotą stwo­rzoną z two­jej esen­cji, podob­nie jak ona. Twoja śmierć przy­woła na świat śmier­cio­no­śne stwo­rze­nie, mój Ryce­rzu, które będzie wie­działo wszystko to, co ty, o two­ich sojusz­ni­kach. Kochan­kach. Rodzi­nie.

– Tak się nie sta­nie – odrze­kłem. – Wrócę na wyspę. Poin­stru­uję Alfreda, żeby uwię­ził tę istotę, gdy tylko się uwolni.

Mab tym razem szcze­rze się uśmiech­nęła. Wyglą­dało to groź­niej od jej suro­wego spoj­rze­nia.

– Moje słod­kie dziecko. – Pokrę­ciła głową. – A dla­czego uwa­żasz, że pozwolę ci wró­cić?

Zaci­sną­łem pię­ści i zęby.

– Ty… ty suko.

Mab mnie spo­licz­ko­wała.

No dobrze, to nie do końca oddaje to, co się stało. Jej ręka się poru­szyła. Jej dłoń tra­fiła w mój lewy poli­czek, a po chwili prawa strona mojej czaszki trza­snęła o drzwi windy. Moja głowa odbiła się jak piłeczka ping­pon­gowa, nogi zro­biły się mięk­kie jak z gumy i przyj­rza­łem się z bli­ska mar­mu­ro­wej posadzce. Metal zabrzę­czał jak gong i wciąż wibro­wał dwie minuty póź­niej, kiedy powoli usia­dłem. A może to była moja głowa.

– Cenię twoje suge­stie, pyta­nia, myśli i argu­menty, mój Ryce­rzu – ode­zwała się Mab spo­koj­nym gło­sem. Z gra­cją prze­su­nęła jedną stopę i oparła czu­bek obcasa na moim gar­dle. Tylko lekko naci­snęła, ale ból był pie­kielny. – Ale jestem Mab, śmier­tel­niku. Nie masz prawa mnie osą­dzać. Rozu­miesz?

Nie mogłem się ode­zwać, ponie­waż jej obcas naci­skał moją krtań. Lekko kiw­ną­łem głową.

– Jeśli chcesz, możesz mi się sprze­ci­wić – cią­gnęła. – Nie mogę ci tego zabro­nić. Jeśli tylko jesteś gotowy zapła­cić za to cenę.

Cof­nęła stopę z mojego gar­dła.

Usia­dłem i roz­ma­so­wa­łem szyję.

– To nie­zbyt mądry spo­sób na pod­trzy­ma­nie zdro­wych rela­cji zawo­do­wych – wychry­pia­łem.

– Uwa­żasz mnie za głu­pią, mój Ryce­rzu? – spy­tała. – Zasta­nów się.

Zmie­rzy­łem ją wzro­kiem. Mówiła z cał­ko­wi­tym spo­ko­jem. Nie spo­dzie­wa­łem się tego po tym, co jej powie­dzia­łem, po moim sprze­ci­wie. Ni­gdy nie cofała się przed oka­zy­wa­niem obu­rze­nia, gdy czuła, że są ku temu powody. Taki ide­alny spo­kój… nie był dla niej nie­ty­powy, ale spo­dzie­wa­łem się, że znacz­nie bar­dziej się przej­mie. Mój bunt zagra­żał jej pla­nom, a to ni­gdy nie wpro­wa­dzało jej w dobry nastrój.

Chyba że…

Zamkną­łem oczy i powtó­rzy­łem w myślach jej słowa.

– Pole­ci­łaś mi, żebym poszedł z Archle­one i udzie­lił mu wszel­kiej moż­li­wej pomocy, dopóki nie wypełni swo­jego zada­nia – powie­dzia­łem powoli.

– Zga­dza się. A to zada­nie, jak sam stwier­dził, polega na usu­nię­ciu zawar­to­ści pew­nego skarbca. – Pochy­liła się, chwy­ciła mnie jedną ręką za koszulę i pod­nio­sła tak łatwo, jak­bym był pie­skiem chi­hu­ahua. – Nie powie­dzia­łam, co masz zro­bić potem.

Zamru­ga­łem. Kil­ka­krot­nie.

– Chcesz… – zaczą­łem i od razu urwa­łem. – Chcesz, żebym go oszu­kał?

– Ocze­kuję, że spła­cisz mój dług, wypeł­nia­jąc moje pole­ce­nia – odrze­kła Mab. – A potem… – W ciem­no­ści znów ujrza­łem jej chy­try uśmiech. – Potem masz być sobą.

– Cokol­wiek Nico­de­mus knuje tym razem… ty też chcesz go powstrzy­mać – wydy­sza­łem.

Lekko prze­krzy­wiła głowę.

– Dobrze wiesz, że nie usza­nuje rozejmu – doda­łem cicho. – W któ­rymś momen­cie spró­buje mnie zała­twić. Zdra­dzi mnie.

– Oczy­wi­ście – zgo­dziła się. – Dla­tego ocze­kuję od cie­bie jesz­cze sku­tecz­niej­szej i bar­dziej kre­atyw­nej zdrady.

– A zara­zem zamie­rzasz dotrzy­mać słowa i mu pomóc? – spy­ta­łem ostro.

Jej uśmiech stał się bar­dziej dra­pieżny.

– Czy nie na tym polega gra? – spy­tała. – Kiedy byłam młod­sza, uwiel­bia­łam takie wyzwa­nia.

– No tak – odrze­kłem. – Kur­czę. Dzięki.

– Kapry­śność nie przy­stoi Ryce­rzowi Zimy. – Odwró­ciła się w stronę drzwi windy, na któ­rych wid­niało potężne wgnie­ce­nie w kształ­cie łba maga, a one otwo­rzyły się ze zgrzy­tem sprze­ciwu. – Jeśli to dla mnie zro­bisz, zadbam o bez­pieczne usu­nię­cie paso­żyta.

– W dru­ży­nie Nico­de­musa jest jego córka i Bóg raczy wie­dzieć, kto jesz­cze – odrze­kłem. – Będę miał zwią­zane ręce i ocze­ku­jesz, że wyjdę z tego cało?

– Jeśli chcesz prze­żyć, jeśli zależy ci na życiu two­ich przy­ja­ciół i rodziny, zro­bisz coś wię­cej – rzu­ciła Mab, wycho­dząc z windy. – Nie tylko wyj­dziesz z tego cało, ale obe­drzesz ich żyw­cem ze skóry.

ROZ­DZIAŁ PIĄTY

– Trzeba przy­znać Mab, że w pew­nym sen­sie prosi cię o zro­bie­nie cze­goś, w czym jesteś dobry – zauwa­żyła Kar­rin Mur­phy.

Zamru­ga­łem.

– Co to ma niby zna­czyć?

– Masz ten­den­cję do wykrę­ca­nia się z ukła­dów, w które się wplą­tu­jesz, Harry – odrze­kła. – Robi­łeś to nie raz.

– Czyli nie powi­nie­nem się prze­ciw­sta­wiać? – spy­ta­łem ostro.

– Raczej powi­nie­neś się sku­pić na tym, żeby w ogóle nie pako­wać się w takie sytu­acje, ale to tylko opi­nia skrom­nej byłej poli­cjantki.

Sie­dzie­li­śmy w salo­nie Kar­rin, w małym domu z róża­nym ogro­dem, który odzie­dzi­czyła po babci. Popi­jała her­batę, a jej musku­larne ciało leni­wie spo­czy­wało zwi­nięte w kłę­bek na końcu kanapy. Sie­dzia­łem w fotelu naprze­ciwko niej. Mój wielki szary kocur, Mister, prę­żył się i mru­czał na moich kola­nach, gdy czo­chra­łem go po grzbie­cie.

– Dobrze się nim opie­ko­wa­łaś – zauwa­ży­łem. – Dzię­kuję.

– Lubię jego towa­rzy­stwo – odrze­kła. – Cho­ciaż nie jestem pewna, czy nie byłoby mu lepiej z tobą.

Zaczą­łem dra­pać Mistera za uszami, tak jak lubił naj­bar­dziej. Jego mru­cze­nie przy­po­mi­nało odgłos minia­tu­ro­wej moto­rówki. Nie zda­wa­łem sobie sprawy z tego, jak bar­dzo tęsk­nię za tym futrza­kiem, dopóki nie pod­biegł do mnie i nie przy­warł bokiem do mojej pisz­czeli. Mister ważył pra­wie pięt­na­ście kilo­gra­mów. Zasta­na­wia­łem się, jak drobna Kar­ren bro­niła się przed powa­le­niem na pod­łogę za każ­dym razem, gdy wylew­nie ją witał. Może sto­so­wała jakieś tech­niki aikido.

– Moż­liwe – odrze­kłem. – Już się… zado­mo­wi­łem. A na wyspie nie ma niczego wystar­cza­jąco dużego, by mu zagra­żać. Ale zimy są tam mroźne, a on się sta­rzeje.

– Wszy­scy się sta­rze­jemy – zauwa­żyła Kar­rin. – Zresztą tylko na niego popatrz.

Mister prze­wró­cił się na grzbiet i rado­śnie pod­gry­zał moje opuszki pal­ców oraz trą­cał łapami moje przed­ra­miona i dło­nie, nie wysu­wa­jąc pazu­rów. Ow­szem, był sta­rym kocu­rem, który nosił na ciele ślady licz­nych bitew, miał kikut ogona i nad­szarp­nięte ucho, ale jed­no­cze­śnie był cho­ler­nie uro­czy i nagle łzy sta­nęły mi w oczach.

– No tak – odrze­kłem. – W końcu jest moim kum­plem, prawda?

Nie­bie­skie oczy Kar­rin uśmiech­nęły się do mnie ponad kra­wę­dzią fili­żanki. Gdyby nie cha­rak­ter, byłaby jak dziecko. Zło­ci­sto­brą­zowe włosy, które chyba jesz­cze ni­gdy nie były tak dłu­gie, zwią­zała w kucyk. Miała na sobie spodnie do jogi, pod­ko­szu­lek bez ręka­wów i fla­ne­lową koszulę, a kiedy się u niej poja­wi­łem, wła­śnie ćwi­czyła sztuki walki.

– Oczy­wi­ście – zgo­dziła się. – Mógł­byś też podejść do tego od dru­giej strony.

– Co masz na myśli?

– Mógł­byś tutaj zamiesz­kać – wyja­śniła, po czym dodała, nieco zbyt pośpiesz­nie: – W Chi­cago. Naprawdę mógł­byś wró­cić do mia­sta.

Zmarsz­czy­łem czoło, nie prze­sta­jąc bawić się z kotem.

– Nie… Kiedy następny dzi­wo­ląg spali moje miesz­ka­nie, mogę nie mieć tyle szczę­ścia co ostat­nim razem.

– Ostat­nim razem skoń­czy­łeś ze zła­ma­nym krę­go­słu­pem i na usłu­gach potwora – przy­po­mniała Kar­rin.

– No wła­śnie. A tylko dzięki auten­tycz­nej boskiej inter­wen­cji nie zgi­nął żaden z moich sąsia­dów. – Pokrę­ci­łem głową. – Wyspa nie jest przy­jem­nym miej­scem, ale nikt nie będzie tam szu­kał kło­po­tów.

– Poza tobą – odrze­kła łagod­nie. – Boję się, co się z tobą sta­nie, jeśli zosta­niesz tam zbyt długo. Taka izo­la­cja ci nie służy, Harry.

– To konieczne – stwier­dzi­łem. – Bez­piecz­niej­sze dla mnie i wszyst­kich dookoła mnie.

– Co za bzdury – odparła bez zło­ści. – Po pro­stu się boisz.

– Żebyś wie­działa – przy­zna­łem. – Boję się, że jakiś dzi­wo­ląg o owa­dzich oczach zabije nie­win­nych ludzi, ponie­waż przy­pad­kiem znajdą się nie­da­leko mnie.

– Nie, wcale nie to cię prze­raża. – Mach­nęła ręką. – Nie chcesz, żeby to się stało, i będziesz z tym wal­czył, jeśli do tego doj­dzie, ale nie tego się boisz.

Zmarsz­czy­łem czoło, opusz­cza­jąc wzrok na Mistera.

– Naprawdę… nie mam ochoty o tym roz­ma­wiać.

– Pogódź się z tym – powie­działa Kar­rin, jesz­cze łagod­niej. – Harry, kiedy wam­piry porwały Mag­gie… zbu­rzyły twoje życie. Ode­brały ci wszystko, co zna­łeś. Twoje biuro. Twój dom. Nawet tam­tego bła­zeń­skiego sta­rego grata.

– Nie­bie­ski Chra­bąszcz wcale nie był bła­zeń­ski – sprze­ci­wi­łem się ostro. – To była machina spra­wie­dli­wo­ści.

Nie patrzy­łem na nią, ale sły­sza­łem w jej gło­sie weso­łość, a także coś, co mogło ucho­dzić za współ­czu­cie.

– Jesteś przy­wią­zany do swo­ich nawy­ków, Harry. A oni ode­brali ci wszyst­kie zna­jome miej­sca i przed­mioty. To cię zra­niło.

Coś mrocz­nego i wście­kłego poru­szyło się w moim wnę­trzu, gro­żąc wyrwa­niem się na wol­ność. Powstrzy­ma­łem to.

– Dla­tego idea for­tecy, zna­jo­mego miej­sca, któ­rego nikt nie może ci zabrać, tak bar­dzo do cie­bie prze­ma­wia – stwier­dziła Kar­rin. – Nawet jeśli to ozna­cza odcię­cie się od wszyst­kich.

– To nie tak – odpar­łem.

Cho­dziło o coś innego.

Ale czy na pewno?

– Poza tym jestem zado­wo­lony – doda­łem.

– Wcale nie – odrze­kła Kar­rin spo­koj­nie. – Daleko ci do zado­wo­le­nia. Musisz to sobie uświa­do­mić.

Futro Mistera było mięk­kie i bar­dzo cie­płe w dotyku. Jego łapy deli­kat­nie muskały moje dło­nie. Miał ostre zęby, któ­rymi deli­kat­nie kąsał mnie po nad­garst­kach. Już zapo­mnia­łem, jak wielką przy­jem­ność spra­wiały mi dotyk i bli­skość tego futrzaka.

Jak mogłem o tym zapo­mnieć?

(„Jestem tylko czło­wie­kiem”).

(„Na razie”).

Powoli pokrę­ci­łem głową.

– To… nie jest naj­lep­sza chwila na ana­li­zo­wa­nie moich uczuć.

– Wiem o tym – przy­znała. – Ale nie widzia­łam cię od mie­sięcy. A jeśli nie będę miała kolej­nej oka­zji? – Odsta­wiła fili­żankę na spodek. – Wiem, że masz zada­nie do wyko­na­nia, ale musisz zro­zu­mieć, że twoi przy­ja­ciele się o cie­bie mar­twią. To też jest ważne.

– Moi przy­ja­ciele – odrze­kłem. – Więc to… gru­powy pro­jekt?

Kar­rin przez chwilę mi się przy­glą­dała. Potem wstała i sta­nęła obok fotela. Przez kilka sekund się zasta­na­wiała, a następ­nie odgar­nęła mi włosy z oczu.

– Cho­dzi o mnie, Harry.

Poczu­łem, że zamy­kają mi się oczy. Przy­war­łem do ręki Kar­rin. Jej skóra była nie­zwy­kle gorąca w porów­na­niu z lodo­wa­tymi pal­cami Mab, które musnęły mnie wcze­śniej. Przez jakiś czas tak trwa­li­śmy, a gar­dłowe mru­cze­nie Mistera roz­brzmie­wało w pomiesz­cze­niu.

W dotyku dru­giego czło­wieka kryje się wielka moc. Nie­ustan­nie dajemy temu wyraz za pomocą drob­nych gestów. Nie bez powodu ludzie witają się uści­skiem dłoni, trzy­mają się za ręce, przy­bi­jają piątki czy zde­rzają się pię­ściami.

To ma swój począ­tek w naszych naj­wcze­śniej­szych wspo­mnie­niach, gdy przy­cho­dzimy na ten świat ośle­pieni świa­tłem i kolo­rami, ogłu­szeni cha­otycz­nym dźwię­kiem, mio­ta­jąc się w zaska­ku­jąco olbrzy­miej prze­strzeni bez żad­nych punk­tów orien­ta­cyj­nych, drżąc z zimna, tra­wieni gło­dem, w zro­zu­miały spo­sób prze­ra­żeni i oszo­ło­mieni. A co zmie­nia ten pier­wotny stan grozy?

Dotyk czy­ichś dłoni.

Dłoni, które ota­czają nas cie­płem i przy­tu­lają. Dłoni, które pro­wa­dzą nas do schro­nie­nia, wygody, poży­wie­nia. Dłoni, które nas pod­trzy­mują, doty­kają i pocie­szają pod­czas pierw­szego kry­zysu i kie­rują ku pierw­szemu schro­nie­niu przed cier­pie­niem. Pierw­szym, czego się uczymy, jest fakt, że czyjś dotyk może zła­go­dzić ból i wszystko napra­wić.

Oto praw­dziwa moc. Tak fun­da­men­talna, że więk­szość ludzi nie zdaje sobie sprawy z jej ist­nie­nia.

Opar­łem się głową o dłoń Kar­rin i ponow­nie zadrża­łem.

– W porządku – powie­dzia­łem cicho. – W porządku. To też jest ważne.

– Dobrze – odrze­kła. Jesz­cze przez chwilę trzy­mała palce w moich wło­sach, a potem cof­nęła rękę. Zabrała nasze fili­żanki i odnio­sła je do kuchni. – A więc dokąd się wybra­łeś po opusz­cze­niu hotelu?

– Słu­cham? – zdzi­wi­łem się.

Jej głos pły­nął do mnie z kuchni.

– Z tego, co mi mówi­łeś, wysze­dłeś od Nico­de­musa jakieś trzy godziny temu. Co robi­łeś od tam­tej pory?

– Eee… no tak.

Wró­ciła do pokoju i popa­trzyła na mnie z unie­sio­nymi zło­ci­stymi brwiami.

– A gdy­bym ci powie­dział, że musisz mi zaufać?

Zmarsz­czyła czoło i prze­krzy­wiła głowę, ale po chwili na jej ustach poja­wił się uśmiech.

– Szu­ka­łeś infor­ma­cji, prawda?

– Eee… Powiedzmy, że dopóki nie będę wie­dział wię­cej na temat tego, z czym muszę się zmie­rzyć, zamie­rzam być dużo bar­dziej dys­kretny niż zwy­kle.

Zmarsz­czyła czoło.

– Powiedz, że nie robisz tego, by mnie chro­nić.

– Sko­pa­ła­byś mi tyłek – odrze­kłem. – Robię to, żeby chro­nić sie­bie.

– Dzię­kuję – odpo­wie­działa. – Chyba.

– Nie dzię­kuj mi. Wciąż coś przed tobą ukry­wam. Ale uwa­żam, że to koniecz­ność.

– Czyli mam ci zaufać.

– Tak.

Roz­ło­żyła ręce.

– No dobrze. Więc jaki masz plan? Zakła­dam, że chcesz, abym zwer­bo­wała oddział wspar­cia i cze­kała na roz­wój wyda­rzeń, pod­czas gdy ty i Tho­mas będzie­cie się bawili ze zło­czyń­cami.

Pokrę­ci­łem głową.

– Nic z tych rze­czy. Chcę, żebyś poszła ze mną.

To na chwilę ode­brało jej mowę. Jej oczy lekko się roz­sze­rzyły.

– Z tobą. Kiedy będziesz napa­dał na grec­kiego boga.

– Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, to będzie wła­ma­nie – odrze­kłem. – Gdyby ktoś wyce­lo­wał spluwę w Hadesa, zasłu­gi­wałby na wszystko, co go spo­tka.

– Dla­czego ja? – spy­tała. – Tho­mas ma noże i nad­ludzką siłę.

– Nie potrze­buję noży ani nad­ludz­kiej siły – odpar­łem. – Jaka jest pierw­sza zasada bez­pie­czeń­stwa na ulicy?

– Czuj­ność – odpo­wie­działa natych­miast. – Nie­za­leż­nie od tego, jakim jesteś twar­dzie­lem, jeśli nie zoba­czysz, że zbli­żają się kło­poty, nie będziesz w sta­nie się obro­nić.

– Wła­śnie. Jesteś mi potrzebna, ponie­waż nie masz nad­ludz­kich zdol­no­ści. Ni­gdy ich nie mia­łaś. Ni­gdy na nich nie pole­ga­łaś. Potrze­buję dodat­ko­wej pary oczu. Muszę wie­dzieć, co się dzieje, mieć kogoś, kto będzie mnie pil­no­wał, zwra­cał uwagę na szcze­góły. Jako detek­tyw dostrze­głaś, że nad­przy­ro­dzone zja­wi­ska są praw­dziwe, pod­czas gdy wszy­scy inni sta­rali się je wytłu­ma­czyć. Sta­wia­łaś czoło naj­gor­szym wro­gom i prze­ży­łaś. Nie znam nikogo bar­dziej spo­strze­gaw­czego.

Kar­rin przez chwilę się nad tym zasta­na­wiała, a potem powoli poki­wała głową.

– I uwa­żasz… że jestem na tyle zwa­rio­wana, by się zgo­dzić?

– Potrze­buję cię – odrze­kłem.

Spo­chmur­niała.

– Idę po broń.

ROZ­DZIAŁ SZÓ­STY

Kar­rin zawio­zła nas pod adres z wizy­tówki swoim nowym samo­cho­dem, jed­nym z tych nie­wiel­kich japoń­skich SUV-ów, które tak lubią w Con­su­mer Reports. Dotar­li­śmy na miej­sce mniej wię­cej dzie­sięć minut przed zmierz­chem.

– Opusz­czona rzeź­nia – zauwa­żyła. – Ele­gancko.

– Myśla­łem, że zbu­rzono i prze­bu­do­wano dziel­nicę zagród dla bydła.

Kar­rin zapar­ko­wała i spraw­dziła pisto­let SIG, który trzy­mała w kabu­rze pod pachą.

– Pra­wie w cało­ści. Pozo­stało kilka ruin.

Ruiną, o którą cho­dziło, był długi dwu­pię­trowy budy­nek o pro­stej kan­cia­stej kon­struk­cji, cią­gnący się przez całą prze­cznicę. Był zapad­nięty, brudny, pokryty pla­mami i graf­fiti. Kosz­ma­rek, który zapewne stał tutaj od cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Na boku budynku wid­niał nie­mal nie­czy­telny napis: SPÓŁKA MIĘ­SNA SUL­LI­VANA. Wokół niego wzno­siły się odno­wione kamie­nice prze­zna­czone na biura, ale zauwa­ży­łem, że żadna z pra­cu­ją­cych w nich osób nie zde­cy­do­wała się zosta­wić auta od strony rzeźni.

Nie musia­łem wysia­dać z samo­chodu, by poczuć ener­gię ota­cza­jącą budy­nek – mroczną, złą aurę, która skła­nia ludzi i zwie­rzęta do omi­ja­nia pew­nych miejsc, pozor­nie bez powodu. Ruch uliczny bez­myśl­nie kłę­bił się po obrze­żach oko­licz­nych prze­cznic, naśla­du­jąc ruchy Browna. W każ­dym mie­ście są takie miej­sca, do któ­rych ludzie nie chcą się zapusz­czać. Nie ucie­kają z nich z wrza­skiem, ale tak się składa, że nikt ni­gdy nie znaj­duje powodu, by skrę­cić w daną ulicę albo na niej przy­sta­nąć. Nie bez powodu.

W takich miej­scach dzieją się złe rze­czy.

– Wcho­dzimy? – spy­ta­łem Kar­rin.

– Poob­ser­wujmy przez chwilę – odrze­kła. – Zoba­czymy, co się wyda­rzy.

– Jasne, pani obser­wa­torko.

– Wyobraź sobie, że wła­śnie kopię cię w kostkę – syk­nęła Kar­rin. – Nie zro­bię tego naprawdę, ponie­waż to poni­żej mojej god­no­ści.

– Od kiedy?

– Nie chcę, żeby prze­szły na mnie twoje chło­pac­kie zarazki – odparła, patrząc na ulicę. – Co chce zdo­być Nico­de­mus?

– Nie mam poję­cia – odpo­wie­dzia­łem. – A jeśli nawet powie, możemy bez­piecz­nie zało­żyć, że skła­mie.

– W takim razie odwróćmy to pyta­nie. Co takiego ma Hades?

– Otóż to. Moje źró­dła dono­szą, że jest kolek­cjo­ne­rem nad­przy­ro­dzo­nego świata. Sły­nie z tego. Dzieła sztuki, skarby, klej­noty, biżu­te­ria, antyki, ma wszystko.

– Nico­de­mus nie wygląda na ama­tora anty­ków.

Par­sk­ną­łem.

– To zależy. Są różne antyki. Stare monety. Stare mie­cze.

– Uwa­żasz, że może cho­dzić o jakiś magiczny arte­fakt?

– Tak, o coś kon­kret­nego – przy­zna­łem. – Wszystko inne mógłby zdo­być z innych źró­deł.

– A może chce coś osią­gnąć poprzez sam akt wła­ma­nia?

Wzru­szy­łem ramio­nami.

– Na przy­kład co? Nie licząc wku­rze­nia potęż­nego i pato­lo­gicz­nie mści­wego cho­ler­nego grec­kiego bóstwa. Ci goście trak­tują takie sprawy oso­bi­ście.

– No tak. A jeśli chce spra­wić, by wła­ma­nie wyglą­dało na robotę kogoś innego?

Stęk­ną­łem.

– Warto to roz­wa­żyć. Ale mam wra­że­nie, że ist­nieją na to prost­sze spo­soby niż wła­ma­nie do czy­jejś wer­sji pie­kła. – Zmarsz­czy­łem czoło. – Mogę cię o coś zapy­tać?

– Jasne.

– Zamie­rzasz zabrać ze sobą któ­ryś z mie­czy?

Kar­rin posia­dała dwa mie­cze, któ­rych ostrza wykuto z wyko­rzy­sta­niem gwoź­dzi z Krzyża (tak, tego Krzyża). Były to potężne tali­zmany, które dzier­żyli Ryce­rze Mie­cza, natu­ralni wro­go­wie Nico­de­musa i jego dru­żyny trzy­dzie­stu sza­leń­ców ze srebr­ni­kami (tak, tymi srebr­ni­kami).

Zmarsz­czyła czoło, nie prze­sta­jąc obser­wo­wać ulicy, i przez chwilę nie odpo­wia­dała. Kiedy wresz­cie się ode­zwała, mia­łem wra­że­nie, że sta­ran­nie dobiera słowa.

– Wiesz, że muszę ostroż­nie się z nimi obcho­dzić.

– To broń, a nie szklane figurki, Kar­rin – odrze­kłem. – Jaki jest sens posia­da­nia dwóch świę­tych mie­czy słu­żą­cych do walki ze złem, jeśli od czasu do czasu, no wiesz, nie wal­czysz nimi ze złem?

– Mie­cze są dziwne – odparła. – To naj­sku­tecz­niej­sze napę­dzane siłą mię­śni narzę­dzia do zabi­ja­nia. Ale zara­zem są deli­katne. Jeśli nie­wła­ści­wie się ich używa, pękają jak szkło.

– Dena­ria­nie są na polu bitwy – zauwa­ży­łem. – To prze­ciwko nim miały być uży­wane mie­cze.

– Miały być uży­wane prze­ciwko temu, co tkwi wewnątrz monet. Nato­miast osoby, które dzierżą monety, miały być oca­lone – odrze­kła ze współ­czu­ciem w gło­sie. – Wła­śnie dla­tego ich nie zabra­łam. Nie chcę oca­lić tych zwie­rząt, Harry. Poza tym nie wystar­czy użyć mie­czy prze­ciwko wła­ści­wemu wro­gowi. Trzeba ich użyć z wła­ści­wego powodu, w prze­ciw­nym razie można je stra­cić na zawsze. Nie zamie­rzam się do tego przy­czy­nić.

– Więc po pro­stu będą u cie­bie bez­czyn­nie leżały? – spy­ta­łem.

– Prze­każę je komuś, kto według mnie będzie je mądrze i dobrze wyko­rzy­sty­wał – odpo­wie­działa spo­koj­nie. – Ale tacy ludzie nie poja­wiają się każ­dego dnia. Bycie straż­ni­kiem mie­czy to poważne zada­nie, Harry. Prze­cież wiesz.

Wes­tchną­łem.

– Tak, wiem. Ale Nico­de­mus i jego córka są w tam­tym budynku i przy­da­łaby nam się każda prze­waga.

Kar­rin nagle się uśmiech­nęła. Prze­mie­niło to jej twarz, cho­ciaż oczy nie prze­stały lustro­wać oko­licy.

– Musisz mieć odro­binę wiary.

– Wiary?

– W to, że jeśli Rycerz Mie­cza ma się tutaj poja­wić, to tak się sta­nie. Sanya może w każ­dej chwili nadejść ulicą i wsiąść do naszego samo­chodu.

Skrzy­wi­łem się na tę myśl, cho­ciaż Kar­rin zapewne miała rację. Kiedy Rycerz Mie­cza ma zain­ter­we­nio­wać, zawsze się poja­wia, nie­za­leż­nie od tego, kto i co sta­nie mu na dro­dze. Widzia­łem to nie raz. Ale… jakaś część mnie nie chciała rezy­gno­wać z prze­wagi, jaką dałyby nam mie­cze.

Oczy­wi­ście wła­śnie na tym polega wiara – na odpusz­cze­niu i zaufa­niu Komuś Innemu.

Może mago­wie po pro­stu mają trud­no­ści z odda­wa­niem kon­troli. Zwłasz­cza gdy dys­po­nują tak wielką oso­bi­stą mocą. Kiedy ktoś już uzy­ska dostęp do pier­wot­nych potęg, które stwo­rzyły wszech­świat, nie jest mu łatwo wypu­ścić je z rąk. To by z pew­no­ścią tłu­ma­czyło, dla­czego pra­wie żaden ze zna­nych mi magów nie był choć odro­binę reli­gijny.

Poza tym to wyraź­nie poka­zy­wało, dla­czego ni­gdy, przeni­gdy nie mógł­bym zostać Ryce­rzem. Oczy­wi­ście nie licząc tego, że pra­co­wa­łem dla kró­lo­wej nie­go­dzi­wych elfów i wcho­dzi­łem w kon­szachty z takimi palan­tami jak Nico­de­mus.

Kar­rin zer­k­nęła we wsteczne lusterko i sku­piła wzrok.

– Samo­chód – powie­działa cicho.

Gdyby to był film szpie­gow­ski, spo­koj­nie obser­wo­wał­bym przy­by­szów w lusterku albo w spe­cjal­nych lustrza­nych oku­la­rach. Ale nie jestem szpie­giem, nie jestem spo­kojny i nie przy­wią­zuję zbyt­niej wagi do dys­kre­cji, więc okrę­ci­łem się na sie­dze­niu i wyj­rza­łem przez tylną szybę.

Biały sedan z naklejką wypo­ży­czalni na zde­rzaku pod­je­chał do kra­węż­nika w poło­wie prze­cznicy. Zadrżał przy tym, jakby jego sil­nik odma­wiał współ­pracy, mimo że auto było nowe. Zanim cał­ko­wi­cie się zatrzy­mało, drzwi od strony pasa­żera otwo­rzyły się i z samo­chodu wysia­dła kobieta.

Robiła osza­ła­mia­jące wra­że­nie – była smu­kła, miała pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i mocno krę­cone ciemne włosy się­ga­jące nie­mal do pasa. Nosiła ciemne oku­lary, jeansy oraz gruby, obci­sły szkar­łatny swe­ter, który wypeł­niała wyraź­niej niż więk­szość kobiet. Jej kow­bojki śmiało ude­rzały o asfalt, gdy prze­mie­rzała ulicę dłu­gimi kro­kami, kie­ru­jąc się do sta­rej rzeźni. Wysu­nęła do przodu ostry pod­bró­dek, mocno zaci­snęła usta i kro­czyła tak, jakby była pewna, że ma wolną drogę – a przy­naj­mniej powinna mieć.

– Nie­zła laska – zauwa­żyła Kar­rin neu­tral­nym tonem. – Czło­wiek?

Nie wyczu­wa­łem od niej żad­nych nad­przy­ro­dzo­nych wibra­cji, ale zagro­że­nie można roz­po­znać na wię­cej spo­so­bów.

– Nie jestem pewien – odrze­kłem. – Ale chyba wiem, kim ona jest.

– Kim?

– Czar­no­księż­ni­kiem.

– To mag, który zszedł na złą drogę, prawda?

– Tak. Kiedy byłem w Straży, roz­sy­łano pla­katy z podo­bi­znami poszu­ki­wa­nych czar­no­księż­ni­ków, żeby Straż­nicy mogli ich roz­po­znać. Nie polo­wa­łem na nich, ale rów­nież otrzy­my­wa­łem te prze­syłki.

– Dla­czego tego nie robi­łeś? – spy­tała. – Podobno są nie­bez­pieczni.

– Więk­szość z nich to nie­bez­pieczne dzieci – odpar­łem. – Dzie­ciaki, któ­rych nikt nie nauczył Praw Magii lub nawet im o nich nie powie­dział. – Wska­za­łem kobietę głową. – Ona nazywa się Han­nah Ascher. Ukry­wała się dłu­żej niż jaki­kol­wiek inny czar­no­księż­nik w naj­now­szej histo­rii. Myśle­li­śmy, że sześć lat temu zgi­nęła w poża­rze w… Austra­lii, jeśli się nie mylę.

– Ty kie­dyś uto­ną­łeś. Jak dużą pre­sję wywie­rała na tobie Rada, gdy już było po wszyst­kim?

– Masz rację – przy­zna­łem.

– Co ona prze­skro­bała? – spy­tała Kar­rin.

– Pier­wot­nie? Ascher spa­liła trzech męż­czyzn żyw­cem, od środka.

– Jezu.

– Zabiła jed­nego Straż­nika, jesz­cze zanim roz­po­czą­łem służbę. Trzech kolej­nych posłała do szpi­tala.

– Tych magów szko­lono, żeby polo­wali na czar­no­księż­ni­ków, a ona ich zała­twiła?

– Ow­szem. Pew­nie dla­tego teraz nie boi się tam wejść.

– My też się nie prze­stra­szymy – odrze­kła Kar­rin.

– Nie ma mowy – zgo­dzi­łem się.

– Wysiada kie­rowca.

Otwo­rzyły się drzwi po stro­nie kie­rowcy i auto opu­ścił łysy, masywny męż­czy­zna śred­niego wzro­stu ubrany w drogi czarny gar­ni­tur. Roz­po­zna­łem go, jesz­cze zanim zdjął oku­lary prze­ciw­sło­neczne i odsło­nił oczy przy­po­mi­na­jące małe zie­lone agaty. Kar­rin także go poznała i cicho wark­nęła. Scho­wał oku­lary do kie­szeni, popra­wił coś, zapewne broń, w kabu­rze pod pachą, a następ­nie pośpiesz­nie ruszył w ślad za Ascher, z wyra­zem roz­draż­nie­nia na twa­rzy o tępych rysach.

– Bin­der – powie­działa.

– Ernest Armand Tin­whi­stle – doda­łem. – Nic dziw­nego, że z takim głu­pa­wym nazwi­skiem zde­cy­do­wał się na przy­do­mek.

Cho­ciaż tak naprawdę to nie on go wybrał. Przy­do­mek Bin­der, czyli „Wią­żący”, nadali mu Straż­nicy, gdy odkryli, że jakimś cudem zdo­łał zwią­zać i zmu­sić do posłu­szeń­stwa cały klan istot z Nig­dy­nigdy. Potra­fił przy­wo­łać skromną hordę huma­no­idal­nych istot, które naj­wy­raź­niej nie odczu­wały bólu ani stra­chu i były gotowe bez waha­nia poświę­cić życie. Bin­der był jed­no­oso­bową armią, a ja powie­dzia­łem temu małemu palan­towi, że jeśli ponow­nie zoba­czę go w moim mie­ście, to go wykoń­czę. Kaza­łem mu się trzy­mać z dala, tym­cza­sem on wła­śnie się tutaj poja­wił.

Przez jakieś trzy sekundy nie mogłem myśleć o niczym wię­cej poza pozba­wie­niem go życia. Musiał­bym to zro­bić szybko, sprząt­nąć go, zanim zdoła przy­wo­łać swo­ich kum­pli, na przy­kład skrę­cić mu kark. Otwo­rzyć drzwi auta. Wysia­da­jąc, przy­wo­łać roz­błysk świa­tła, żeby go ośle­pić, skoro wła­śnie zdjął oku­lary. Kil­ka­na­ście szyb­kich kro­ków, potem chwyt za szczękę i tył głowy, gwał­towny ruch w górę i w bok, a następ­nie posta­wie­nie tar­czy, na wypa­dek gdyby jego mózg pozo­stał przy życiu na tyle długo, by rzu­cić na mnie śmier­cio­no­śną klą­twę.

– Harry – ode­zwała się Kar­rin cichym, suro­wym gło­sem.

Uświa­do­mi­łem sobie, że ciężko dyszę, a mój oddech zmie­nia się w szron, gdy moc Ryce­rza Zimy zaczęła przej­mo­wać kon­trolę nad moimi odru­chami zgod­nie z pier­wot­nym pra­gnie­niem obrony tery­to­rium przed intru­zem. Tem­pe­ra­tura w samo­cho­dzie spa­dła, zupeł­nie jakby Kar­rin pod­krę­ciła kli­ma­ty­za­cję. Woda skra­plała się na szy­bach.

Kiedy Zima zbu­dziła się we mnie, zamkną­łem oczy i ją powstrzy­ma­łem. Robi­łem to tak czę­sto w ciągu ostat­niego roku spę­dzo­nego na wyspie, że pra­wie weszło mi to w krew. Nie da się stłu­mić wyją­cego, pry­mi­tyw­nego pra­gnie­nia prze­mocy, które towa­rzy­szy mocy Zimy, za pomocą zwy­kłych tech­nik głę­bo­kiego oddy­cha­nia. Odkry­łem tylko jeden sku­teczny spo­sób. Musia­łem dopu­ścić do głosu swój racjo­nalny umysł. Dla­tego powtó­rzy­łem w myślach tabliczkę mno­że­nia i kilka pod­sta­wo­wych mate­ma­tycz­nych wzo­rów, co zajęło mi kilka sekund, a następ­nie prze­ciw­sta­wi­łem bez­li­to­sną logikę pra­gnie­niu zamor­do­wa­nia Bin­dera na ulicy.

– Po pierw­sze, świad­ko­wie – wyszep­ta­łem. – Cho­ciaż oko­lica jest opu­sto­szała, to wciąż Chi­cago i ktoś może zwró­cić na mnie uwagę. Po dru­gie, tam jest Ascher, która może sta­nąć po jego stro­nie i ude­rzyć na mnie od tyłu, zanim zdążę się obro­nić. Po trze­cie, jeśli facet okaże się na tyle zwinny, by nie dać się pochwy­cić, zaata­kują mnie z dwóch stron.

Gdzieś w moim wnę­trzu Zima wark­nęła i splu­nęła z roz­cza­ro­wa­niem, ale wyco­fała się i odpły­nęła z moich myśli. Cho­ciaż pozo­sta­wiła mnie zmę­czo­nym i osła­bio­nym, mój oddech i tem­pe­ra­tura ciała wró­ciły do normy.

Patrzy­łem, jak Bin­der ocię­ża­łym truch­tem doga­nia Ascher. Roz­ma­wia­jąc cicho, weszli do daw­nej rzeźni.

– Po czwarte, zabi­ja­nie ludzi jest złe – mruk­ną­łem pod nosem.

Zda­łem sobie sprawę, że Kar­rin na mnie patrzy. Zer­k­ną­łem na jej twarz. Trudno było cokol­wiek z niej wyczy­tać.

Dotknęła mojej dłoni.

– Harry? Wszystko w porządku?

Nie poru­szy­łem się ani nie odpo­wie­dzia­łem.

– Mab – rzu­ciła. – To o nią cho­dzi, prawda? Wła­śnie to ci zro­biła.

– Cho­dzi o Zimę – odrze­kłem. – To moc, ale… bar­dzo pry­mi­tywna. Bru­talna. Ona nie myśli. Jest czy­stym instynk­tem, uczu­ciami, emo­cjami. A kiedy jest w tobie i pozwo­lisz, żeby emo­cje prze­jęły nad tobą kon­trolę, ona…

– Upo­dab­nia cię do Lloyda Slate’a – prze­rwała mi Kar­rin. – Albo tam­tej suki Maeve.

Cof­ną­łem dłoń.

– Już mówi­łem, że to nie jest wła­ściwa chwila na roz­mowę o uczu­ciach.

Przy­pa­try­wała mi się przez kilka sekund.

– No cóż, to strasz­nie popie­przone.

Par­sk­ną­łem cichym śmie­chem, tak że łzy pra­wie sta­nęły mi w oczach, a nie­dawno roz­bu­dzona Zima znów drgnęła w moim wnę­trzu.

Odwa­ży­łem się spoj­rzeć Kar­rin w oczy.

– Nie chcę taki być – powie­dzia­łem.

– Więc się z tego wyplącz – odparła.

– Z tego można wyjść tylko nogami do przodu.

Pokrę­ciła głową.

– Nie wie­rzę w to. Zawsze ist­nieje jakieś wyj­ście. Spo­sób na polep­sze­nie sytu­acji.

O rany.

Chciał­bym w to wie­rzyć.

Na zewnątrz zacho­dziło słońce. Zachód słońca to nie tylko prze­su­nię­cie się gwiazdy poni­żej względ­nego hory­zontu pla­nety, ale także zmiana w nad­przy­ro­dzo­nej ener­gii. Nie wie­rzy­cie? Oddal­cie się kie­dyś od świa­teł cywi­li­za­cji i usiądź­cie samot­nie gdzieś, gdzie nie ma żad­nych budyn­ków, samo­cho­dów, tele­fo­nów ani tłu­mów. Usiądź­cie w ciszy i pocze­kaj­cie, aż zacznie robić się ciemno. Poczuj­cie, jak wydłu­żają się cie­nie. Poczuj­cie, jak istoty, które nie ujaw­niają się za dnia, poru­szają się i wycho­dzą z kry­jó­wek. Wła­śnie tak wasze ciało tłu­ma­czy tę ener­gię waszym zmy­słom. Dla maga takiego jak ja zachód słońca jest jak poje­dyn­cze ude­rze­nie w nie­wy­obra­żal­nie ogromny bęben.

W nocy z ukry­cia wycho­dzą mroczne istoty.

Nie mia­łem teraz czasu zasta­na­wiać się, na czym stoję. Mia­łem tylko trzy dni na oszu­ka­nie Nico­de­musa Archle­one i jego dru­żyny oraz usu­nię­cie tego cze­goś, co tkwi w mojej gło­wie, uni­ka­jąc przy tym śmierci, swo­jej i mojej przy­ja­ciółki. Musia­łem sku­pić się wła­śnie na tym.

Póź­niej będę się przej­mo­wał innymi spra­wami.

– Już czas – ode­zwa­łem się do Kar­rin i otwo­rzy­łem drzwi samo­chodu. – Chodźmy. Mamy robotę do wyko­na­nia.

ROZ­DZIAŁ SIÓDMY

Wysie­dli­śmy z nie­wiel­kiego SUV-a Kar­rin i ruszy­li­śmy w stronę budzą­cej nie­po­kój daw­nej rzeźni peł­nej groź­nych istot. Co dość dobrze pod­su­mo­wuje, jaki mia­łem dzień.

Cza­sami mam wra­że­nie, że każdy mój dzień tak wygląda.

Bez wyjąt­ków.

Z dru­giej strony nie jestem pewien, jak bym sobie pora­dził w innych oko­licz­no­ściach. W pew­nym momen­cie swo­jego życia musia­łem się z tym zmie­rzyć – doświad­cze­nie i skłon­no­ści pre­dys­po­nują mnie do sia­nia znisz­cze­nia.

– Szkoda – wes­tchnęła Kar­rin.

– Szkoda, że co?

– Że nie zdą­ży­li­śmy zabrać cię do fry­zjera. Sam się strzy­głeś? Może bez lustra?

Lekko spe­szony dotkną­łem swo­ich wło­sów.

– Poma­gał mi Gene­rał. Poza tym ja się nie cze­piam two­ich męskich bucio­rów.

– Mają sta­lowe oku­cia – odpo­wie­działa spo­koj­nie. – Na wypa­dek gdy­bym musiała kop­nąć w tyłek kogoś, kto nazwie je męskimi bucio­rami. Naprawdę pozwo­li­łeś, żeby Toot poma­gał ci w strzy­że­niu wło­sów?

– Na pewno nie mogłem pozwo­lić, żeby to zro­bił Alfred. Pew­nie zdarłby ze mnie włosy lodow­cem albo coś w tym stylu.

– Jaki Alfred?

– Demon­re­ach.

Kar­rin zadrżała.

– Aha, to coś.

– Nie jest taki zły – odrze­kłem. – Trudno go nazwać miłym towa­rzy­szem, ale nie jest okropny.

– Jest demo­nem, który wpę­dził całe mia­steczko w obłęd, żeby nikt go nie nie­po­koił.

– Mógłby zro­bić coś znacz­nie gor­szego – odpar­łem. – Jest jak wielki brzydki pies. Każdy poli­cjant wie, o czym mówię.

– Cie­szymy się, że jest w naszym domu pod­czas wła­ma­nia, ponie­waż dopro­wa­dza wła­my­wa­cza do obłędu i mia­sto może wyma­zać ten incy­dent z akt.

– Otóż to. A wtedy nikt nie pamięta o two­ich brzyd­kich męskich bucio­rach.

Dotar­li­śmy do drzwi. Oboje wie­dzie­li­śmy, dla­czego sobie dogry­zamy. Nie kie­ro­wała nami zło­śli­wość.

Bali­śmy się.