Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gra pozorów - Barbara Dunlop

 

Jared Ryder jest człowiekiem sukcesu. Dużo poświęca pracy, ale jego prawdziwą pasją są konie. Na swoim ranczu w Montanie spędza każdą wolną chwilę, a jego hodowla zdobywa kolejne nagrody. Jared jednak nie szuka rozgłosu - konsekwentnie unika dziennikarzy i odrzuca propozycje wywiadu. Pewnego dnia na jego ranczu pojawia się piękna młoda kobieta, Melissa Warner, i prosi o pracę. Mimo że nie ma doświadczenia, Ryder postanawia dać jej szansę. Niebawem ulega urokowi Melissy, nie zdając sobie sprawy, że nie jest ona osobą, za którą się podaje…

Opinie o ebooku Gra pozorów - Barbara Dunlop

Fragment ebooka Gra pozorów - Barbara Dunlop

Barbara Dunlop

Gra pozorów

Tłumaczyła Magdalena

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wszyscy zgromadzeni w boksach redakcji magazynu „Biznes Wietrznego Miasta” rozprawiali o wpadce dziennikarza, Brandona Langarda. W swoich staraniach o awans obiecał naczelnemu wywiad z Jaredem Ryderem.

Melissa Warner i pozostali pracownicy z szóstego piętra śledzili jego klęskę z zainteresowaniem, przemieszanym z przerażeniem. Drzwi do gabinetu naczelnego były zamknięte, ale przez okienko widać było, że Seth Strickland krzyczy. Ział ogniem, na twarzy był purpurowy. Brandon siedział skulony, ze spuszczoną głową.

– Mają już zrobioną okładkę – powiadomiła Melissę scenicznym szeptem Susan Alaric, fotografka siedząca przy sąsiednim biurku.

– Brandon przysięgał, że wszystko uzgodnił – odpowiedziała Melissa, przypominając sobie przechwałki kolegi z ubiegłego tygodnia.

– Skromny to on nie jest. – Susan wzniosła oczy do nieba.

– Byłam pewna, że mu się uda – przyznała Melissa. Brandon bywał nieznośny, ale był też bardzo ambitny i pracowity. I tak jak wszyscy redaktorzy „Biznesu” wiedział, że rzetelny artykuł na temat jednego z najbardziej nieuchwytnych przedsiębiorców i rozchwytywanych kawalerów w Chicago będzie przepustką do awansu.

Już tylko to, że Jared Ryder zarobił fortunę na rynku nieruchomości, wystarczało, by napisać o nim w „Biznesie Wietrznego Miasta”. A to, że był spełnieniem marzeń połowy żeńskiej populacji Chicago, mogło się przyczynić do wzrostu sprzedaży pisma.

Seth ożywił się jeszcze bardziej, gestykulował rękami, okrążając swoje zagracone biurko, aż stanął przed Brandonem twarzą w twarz. Przez drzwi dochodziły jedynie pojedyncze słowa: „niekompetentny”, „nierzetelny”, „lekkomyślny”.

– Och, to musiało boleć. – Skuliła się Susan.

Melissa poczuła coś w rodzaju współczucia dla Brandona, ale potem przypomniała sobie, jak podsłuchiwał jej rozmowę z organizacją „Kobiety w biznesie” w zeszłym miesiącu i przedstawił jej pomysł na artykuł jako własny.

Miał u niej dług i był najwyższy czas, by go odzyskała.

Dobrze by mu zrobiło, gdyby wykolegowała go z tego artykułu. Seth z pewnością potrzebował wywiadu z Jaredem Ryderem, a Melissa zrobiłaby wszystko dla awansu.

Przez szybę widać było, że Seth przestał mówić. Oddychał ciężko, miał ponury wyraz twarzy. Gdy Brandon wychodził z gabinetu, Melissa postanowiła wykorzystać swoją szansę.

Susan spojrzała zachęcająco.

– Zrób to – uśmiechnęła się błagalnie. – No proszę, zrób to.

Melissa czuła, jak jej serce zaczyna bić mocniej. Z trudem przełknęła ślinę, starając się nie myśleć o tym, jakie konsekwencje dla jej kariery może mieć porażka. Jeżeli obieca zrobić wywiad i zawiedzie, będzie miała znacznie poważniejsze kłopoty niż Brandon.

Zdusiła jednak swój strach i ruszyła w stronę gabinetu. Po drodze towarzyszyły jej spojrzenia wszystkich kolegów i koleżanek. Melissa weszła przez otwarte drzwi.

– Czego? – warknął szef, nie podnosząc nawet wzroku i grzebiąc w stercie papierów na biurku.

Przeszła jeszcze parę kroków i zamknęła za sobą drzwi.

Zrobił się purpurowy na twarzy aż po zanikającą linię włosów. Nad krzaczastymi brwiami pojawiły się krople potu. Jego biała koszula była wymiętoszona, a rękawy podwinięte. Rozwiązany krawat dyndał w dwóch częściach nad dużym brzuchem.

– Ja mogę zrobić ten wywiad – powiedziała od razu bez zbędnego wstępu.

– Jaki wywiad?

– Wywiad z Jaredem Ryderem.

– Nie. Nie możesz.

– Mogę – powiedziała stanowczym tonem, którego nauczyła się przy konfrontacjach z pięcioma starszymi braćmi. – I zrobię to. Na kiedy ma być gotowy?

– Ryder dzisiaj rano wyjechał z Chicago.

– Nie ma problemu. Dokąd pojechał?

Seth wpatrywał się w nią, nie odpowiadając.

– Wdeptał Langarda w ziemię.

– Nie jestem Langardem.

– Nie jesteś – przyznał Seth tonem, który mówił jej, że nigdy nie będzie tak dobra, jak Brandon Langard. Potem podniósł telefon i zaczął wybierać numer.

– Daj mi szansę – nalegała Melissa. – Co ci szkodzi?

– Nie mamy już czasu.

– Tydzień – powiedziała. – Daj mi tydzień.

– Czy jest tam gdzieś Everett? – powiedział do telefonu Seth.

Everett był wydawcą „Biznesu”, głównym szefem, tym, który zatwierdzał ostateczny kształt wydania.

– Możemy przynajmniej o tym porozmawiać? – naciskała.

– Nie ma o czym. Ryder uciekł do Montany.

Ta informacja zaskoczyła ją.

– Co Jared Ryder robi w Montanie?

Z pewnością nie buduje tam kolejnego wieżowca.

– Zaszył się w swojej posiadłości. – Seth dostrzegł jej zaskoczenie i uniósł brwi ze zdziwienia. – Nie wiedziałaś, że ma ranczo? To podstawa całego imperium Ryderów. Jak masz zamiar mi pomagać, jeżeli nie wiedziałaś nawet tego?

– Po prostu chcę to zrobić – powiedziała Melissa z determinacją w głosie. To, że nie wiedziała, że Jared jest kowbojem, nie oznaczało jeszcze, że nie może zrobić z nim wywiadu. – Polecę do Montany.

– Nienawidzi dziennikarzy. Szczerze nie znosi „Biznesu”. Poszczuje cię pewnie swoimi... – nagle uwaga Setha skupiła się na telefonie – Everett?

– Zrobię to – powiedziała Melissa, czując, jak powoli ucieka jej wielka szansa.

– Mam sprawę – powiedział tymczasem Seth do Everetta.

– Dostanę się na ranczo – wtrąciła się. – Dostanę się tam incognito i przywiozę ten materiał.

Seth skoncentrował się na rozmowie telefonicznej.

– Chodzi o wywiad z Jaredem Ryderem – powiedział i zamilkł, znów robiąc się purpurowy na twarzy, podczas gdy Everett najwyraźniej okazywał swoje niezadowolenie.

– Czy kiedykolwiek cię w czymś zawiodłam? – ciągnęła dalej Melissa.

Nigdy. Ale nigdy też nie porywała się na coś tak dużego, sama odpowiedziała na swoje pytanie.

– Tak, wiem, że tak było – mówił Seth do słuchawki.

– Proszę – powiedziała Melissa, nachylając się w jego stronę.

Seth był cały spięty.

– Langard był najlepszy, ja...

Everett najwyraźniej znów przypuścił atak, a Melissa poszukiwała w głowie nowych argumentów.

– Dorastałam wśród koni – wypaliła. Biegał po polu naprzeciwko jej domu na przedmieściu. Nazywała go Midnight. – Spróbuję... – Seth pokazał jej, żeby była cicho – ...dostać jakąś pracę na ranczu.

Seth zasłonił dłonią słuchawkę.

– Czy wiesz, z kim rozmawiam?

Nieśmiało przytaknęła.

– Wyjdź.

– Ale...

– Już.

Melissa zacisnęła usta. Spojrzenie Setha lśniło ostrzegawczo w ciemności, gdy wracał do rozmowy z Everettem.

– Na okładkę damy artykuł o Cooperze.

Wycofała się. Usłyszała jeszcze Setha, który mówił:

– Już wołam fotografa.

Podobnie jak Brandon przed zaledwie paroma minutami, ona również unikała kontaktu wzrokowego, wracając do swojego biurka.

– Susan – Seth zawołał za jej plecami.

Rzucając pełne współczucia spojrzenie w stronę Melissy, Susan odsunęła krzesło, wstała i ruszyła w stronę gabinetu wydawcy.

– Na okładce ma być Lorne Cooper – powiedziała Susan po powrocie.

Melissa kiwnęła głową z rezygnacją.

– Król sprzętu sportowego.

– Artykuł jest już napisany, trzeba tylko uzupełnić parę szczegółów.

Melissa przysunęła się bliżej do komputera i nacisnęła spację.

– Został napisany przez R.J. Holmesa – zauważyła z żalem. R.J. był jednym z najmłodszych stażem dziennikarzy w redakcji i już wygrywał z nią wyścig o artykuł na okładkę.

– Seth nie był chyba zbyt wyrozumiały dla Brandona.

– Dla mnie też nie.

Na komputerze Melissy ukazała się strona wyszukiwarki.

– A co ty przygotowałaś?

– Myers Corporation i fuzja Briggsów.

Susan nie odpowiedziała.

– Wiem – przyznała Melissa. – Oni są jeszcze nudniejsi od Coopera.

Nie każda historia na okładkę mogła dać jej awans. Tylko ta jedna dawała szansę na najlepszą pozycję wśród dziennikarzy redakcyjnych.

W oknie przeglądarki wpisała „Jared Ryder”. W sekundę ukazała się lista odnośników, między innymi do głównej strony Ryder International, przemówienia Jareda z ostatniego spotkania w Izbie Handlu, informacji o nowej siedzibie jego firmy, a także do strony internetowej jego rancza.

Z ciekawości otworzyła tę ostatnią stronę.

Jej oczom ukazała się zielona panorama drzew, łąk i wzgórz. Turkusowe niebo z bladoniebieskim paskiem, na którego tle rysował się dwupiętrowy dom z czerwonym dachem, z zagrodą i budynkami gospodarczymi.

Więc tak wyglądała Montana, pomyślała Melissa.

Na dole strony widniał rządek zdjęć. „Prawdziwe piękno” – głosił napis przy jednym z nich. „W otoczeniu dzikiej przyrody” – mówił inny. „Na południe od Parku Narodowego Glacier”.

Tymczasem Susan wyłączyła swój komputer i wstała, zarzucając na ramię trzy aparaty.

– Muszę wziąć się do roboty.

– Baw się dobrze – powiedziała Melissa, klikając na zdjęcie polnych kwiatów.

Susan uśmiechnęła się ironicznie, zamykając biodrem szufladę biurka.

– Z pewnością będę... Dzisiaj zdjęcia portretowe, potem piątkowa gala. Zamierzam załapać się na przejażdżkę motorem przed niedzielnym wyścigiem.

– Zamknij się – jęknęła Melissa.

Ona miała spędzić cały tydzień w dusznym, zatłoczonym biurze, wertując protokoły z posiedzeń rady miasta i wyłapując zezwolenia, rozbieżności, finansowo-polityczne ciekawostki – wszystko, z czego można by stworzyć jakiś ciekawy artykuł.

– Co to? – spytała Susan, zerkając na ekran jej komputera.

– Montana – odpowiedziała. – Byłabym tam, gdyby Seth miał choć odrobinę serca. Albo rozumu.

Wyświetliła mapę okolicy. Najbliższe lotnisko znajdowało się w Missoula.

– Nie moje klimaty – powiedziała szczerze Susan.

– Moje też nie – przyznała Melissa, wiążąc swoje proste blond włosy w węzeł na karku, by choć trochę umożliwić słabej klimatyzacji schłodzenie rozpalonej głowy. – Ale poleciałabym tam natychmiast, żeby spotkać się z Jaredem Ryderem.

– Więc zrób to – powiedziała.

– Tak, akurat...

– Dlaczego nie?

Melissa odwróciła się twarzą w jej stronę.

– Bo Seth mnie uziemił.

Susan wzruszyła ramionami.

– Powiedz mu, że pracujesz nad papierami z ratusza w domu, a potem wsiadaj w samolot.

No nie, ten pomysł rzeczywiście był genialny, pomyślała ironicznie Melissa.

– Mam okłamać szefa?

– Wybaczy ci, jeżeli zrobisz dla niego artykuł. – Na ustach Susan odmalował się konspiracyjny uśmieszek. – Wierz mi.

Melissa przestała upinać włosy. Ten pomysł był wariacki. Susan nachyliła się i zniżyła głos.

– Jeżeli ty nie napiszesz tego artykułu, zrobi to ktoś inny.

– Przynajmniej nie będzie to Brandon.

– Ale efekt ten sam.

– Jeżeli polecę do Montany, może mnie wyrzucić.

– Może też cię awansować – uściśliła Susan.

– Łatwo ci mówić.

Susan poprawiła aparaty na ramieniu i włożyła czapeczkę.

– Jak chcesz. Ale bez ryzyka nie ma nagrody. Najwięcej zarobiłam, gdy opisałam, jak ci wandale wypuścili lwy w parku Lincolna.

– To było szalone – przypomniała jej Melissa. Susan musiała uciekać przed rozwścieczonym lwem na drzewo, zanim strażnikowi udało się go uśpić.

Poklepała Melissę po ramieniu.

– Mówię ci, że jeżeli nie pokonasz Brandona w wyścigu o awans, to będzie znaczyło, że nie postarałaś się wystarczająco.

Powiedziawszy to, Susan mrugnęła porozumiewawczo i oddaliła się.

Melissa znów spojrzała na zdjęcia z rancza w Montanie, a później skierowała wzrok w stronę obszernego boksu z oknem, przeznaczonego dla nowego redaktora prowadzącego.

Wyobraziła sobie minę Setha, gdy przynosi mu artykuł. Wyobraziła sobie twarz Brandona, gdy dowiaduje się o jej wyczynie. Pomyślała też o swoim nazwisku na okładce „Biznesu”. Potem wyobraziła sobie siebie na podium, odbierającą w styczniu nagrodę dla najbardziej aktywnej kobiety w kręgach biznesowych. Mogłaby wtedy założyć czarno-złotą suknię i ten naszyjnik, który kupiła ostatnio w pracowni artystycznej.

I co ty na to, Brandonie Langard? – zapytała w myślach, wyobrażając sobie swój sukces.

Jej życie mogłoby być wspaniałe. Musiała jedynie dostać się na ranczo Rydera.

Jared Ryder siedział zrelaksowany w siodle i prowadził swojego konia Tango po drewnianym mostku prosto do miejsca, gdzie mieszkała jego siostra Stephanie. Całe zaplecze dla jej konia, na którym ćwiczyła skoki, wybudowano na ziemi należącej do Ryderów. Gdy mijali dziesiątki koni pasących się na łąkach lub kręcących się w zagrodach porozrzucanych po całym terenie, uszy Tanga naprężyły się, a całe jego ciało aż drżało z podniecenia.

Jared był równie podekscytowany. Z jednej strony instynkt podpowiadał mu, żeby w tym tygodniu trzymać się od rancza z daleka, ale Stephanie go potrzebowała. Poza tym, Chicago i tak przeżywało teraz swoje problemy.

Ryder International podpisało właśnie z ratuszem długoterminową umowę wynajmu powierzchni w swoim nowo budowanym biurowcu na Washington Street. Z jakiegoś powodu burmistrz zmusił Jareda do udziału w imprezach charytatywnych i do otwarcia galerii. Zaczął na tyle często pojawiać się w towarzystwie, że zaczęły interesować się nim tabloidy. A to budziło w nim frustrację i złość.

Był biznesmenem, a nie politykiem czy celebrytą. Jego życie prywatne nie powinno nikogo interesować, a reporter z „Biznesu Wietrznego Miasta”, czatujący na niego pod bramą, to już zdecydowanie za wiele.

Na razie musiał zmierzyć się z sytuacją w domu rodzinnym. Wjechał przez główną bramę na teren ośrodka jeździeckiego i jego oczom ukazała się grupka jeźdźców na koniach. Jego obecność wyraźnie wywołała wśród nich poruszenie. Jeden z nich oddzielił się od grupy i ruszył w jego stronę, wzbijając tumany kurzu. Jared i Tango obserwowali, jak koń i jeździec zbliżają się do nich, mijając budynki gospodarcze, drzewa i zagrody.

– Powrót syna marnotrawnego – usłyszał w końcu śpiewny głos swojej dwudziestodwuletniej siostry, Stephanie, która w wielkim obłoku kurzu zatrzymała tuż przy nim swoją klacz. Spod toczka patrzyła na niego jej uśmiechnięta i piegowata twarz. Na długich nogach nosiła obcisłe bryczesy i lśniące brązowe buty do konnej jazdy. Kasztanowe włosy związała w koński ogon.

– Wydaje mi się, że mylisz mnie z Royce’em – powiedział Jared, przyglądając się jej uważnie. Być może nie wiedziała o tym wszystkim, o czym on wiedział, ale wszystkich ich dotknęła śmierć dziadka trzy miesiące temu.

Zatrzymał Tango, który patrzył podejrzliwie na klacz Stephanie.

– Royce przynajmniej przyjechał na moje zawody – zauważyła, unosząc się w strzemionach. – Był i oglądał moje zwycięstwo w zeszłym tygodniu w Spruce Meadows.

– To dlatego, że on zamieszkał w samolocie – bronił się Jared. Jego brat, Royce, wciąż krążył pomiędzy Nowym Jorkiem, Londynem i Rzymem, kontrolując firmy, które składają się na imperium Ryder International.

– Ja natomiast spędzam czas w sali posiedzeń zarządu – dokończył.

– Biedactwo – drażniła się z nim Stephanie. Uśmiechnęła się, ale Jared dostrzegł smutek ukryty za zasłoną jej srebrzystoniebieskich oczu. Stephanie miała zaledwie dwa lata, kiedy zmarli ich rodzice, a ich wychowaniem zajął się dziadek.

– Gratulacje – powiedział przyjaźnie, starając się zdusić swój gniew i skupić na jej potrzebach. Kiedy stracili rodziców, miał piętnaście lat i lubił myśleć, że w jakiś sposób pomógł w jej wychowywaniu. Był ogromnie dumny z jej osiągnięć, zarówno jako zawodniczki, jak i trenerki.

– Dzięki.

Pochyliła się, żeby poklepać po karku Rosie-Jo, szarą czempionkę rasy hanowerskiej, ale Jared zobaczył jej szelmowskie spojrzenie.

– Chcesz zobaczyć nasze trofeum?

– Pewnie – odparł. Będą mieli jeszcze mnóstwo czasu, żeby porozmawiać o dziadku.

– Mamy jeszcze parę godzin przed spotkaniem – nabrała głęboko powietrza i wyprostowała się gwałtownie, żeby odegnać smutek, i ustawiła swojego konia równolegle do Jareda.

Ruszyli wspólnie w stronę dwupiętrowego domu z niebieskim dachem. Dzisiaj miało odbyć się coroczne spotkanie Fundacji Genevieve – organizacji nazwanej imieniem ich matki. Każdego roku starali się organizować je możliwie blisko rocznicy śmierci rodziców. Myśląc o nich, Jared znów poczuł buzujący w nim gniew. Musiał go jednak zdławić – być mężczyzną. Nie było powodu rozczarowywać młodszego rodzeństwa.

– Widziałam cię w gazecie z Chicago w zeszłym tygodniu – zagaiła Stephanie, gdy przejechali przez rzekę.

– To było zdjęcie burmistrza – poprawił ją Jared. Robił wówczas, co mógł, żeby schować się za tym postawnym facetem.

– Wymienili cię w opisie.

– Nie mają o czym pisać – powiedział, przypominając sobie światła fleszy przed galerią i dziennikarzy wykrzykujących głupawe pytania, gdy pomagał Nadine wsiąść do limuzyny.

Twarz Stephanie zdradzała teraz zaciekawienie.

– A kim była ta kobieta?

– Kim był kto? – powtórzył, udając, że nie wie, o kogo pyta siostra.

Wychowywała się w domu zdominowanym przez mężczyzn i odkąd skończyła siedem lat, robiła wszystko, by któryś z jej braci ożenił się z jakąś miłą dziewczyną.

– Ta seksbomba na zdjęciu obok ciebie.

– Poszedłem z nią na przyjęcie – odpowiedział, pozostawiając jednak w powietrzu pewną niejasność.

Stephanie spojrzała na niego zniecierpliwiona.

– No i...?

Zmusił ją do jeszcze jednej chwili niepewności.

– Nazywa się Nadine Romsey. Muszę cię rozczarować, niestety nie jest seksbombą. Jest prawniczką i pracuje dla Comcoe Newsome.

Stephanie była coraz bardziej zainteresowana.

– Uroda i inteligencja? To musi być coś poważnego.

– To były rozmowy biznesowe. Burmistrz zaprosił mnie na przyjęcie i byli tam ludzie, z którymi Nadine chciała porozmawiać.

Stephanie wydęła usta.

– Ale jest ładna.

– A ty jesteś nieuleczalną romantyczką.

– Zabierzesz ją jeszcze gdzieś?

– Tylko, jeżeli będzie chciała dostać się na jakieś inne przyjęcie.

Podziwiał Nadine, ale nie miał w stosunku do niej żadnych osobistych planów.

Stephanie była sfrustrowana.

– Spisujesz ją na straty już po pierwszej randce? Wiesz, nigdy nie zdobędziesz kobiety, jeżeli nie postarasz się i...

– Staram się dwadzieścia cztery godziny na dobę, siostrzyczko.

Zatoczył ręką koło, wskazując na całą okolicę.

– Myślisz, że skąd mamy to wszystko?

Stephanie zadarła podbródek.

– Centrum Jeździectwa Ryderów zarobiło w zeszłym roku milion dolarów.

Jared parsknął śmiechem.

– Ale wydałaś cztery miliony.

– Dostarczyliśmy też wielu pomysłów marketingowych i poprawiliśmy wizerunek firmy. A to jest bezcenne! – odparła z uśmiechem.

– Ćwiczyłaś to, prawda?

– Powinieneś się ożenić, Jared. Musisz znaleźć kogoś młodego, kto lubi się bawić. I, najlepiej, kto kocha konie – powiedziała, przymuszając klacz do szybszej jazdy.

Jared pokręcił głową. Mając na głowie rewelacje, które wypowiedział na łożu śmierci jego dziadek, burmistrza i media oraz przestrogi księgowego Ryder International, że firma zbyt szybko się rozrasta, nie miał już ani odrobiny energii na jakikolwiek romans.

Kiedy wjeżdżał za Stephanie przez otwarte drzwi do stajni, coś przykuło jego uwagę. Odwrócił się gwałtownie i utkwił wzrok w jasnowłosej zielonookiej piękności, która stała przy drzwiach. Była ubrana w dżinsy i śnieżnobiałą koszulkę, w rękach trzymała widły. Szybko odwróciła wzrok, ale jego radar zadziałał. Co to było?

Przyglądał się jeszcze chwilę. To był makijaż. Wprawdzie subtelny, ale z pewnością była umalowana. Poza tym był przekonany, że jej jasne pasemka były raczej dziełem stylisty niż słonecznej pogody. Jej biała koszulka była idealnie wyprasowana, a widły trzymała gołymi rękami, bez rękawic.

– Kim ona jest? – spytał siostrę.

Stephanie odwróciła się i popatrzyła w tę samą stronę.

– Dlaczego pytasz? Uważasz, że jest ładna?

Każdy mógł to stwierdzić, ale nie o to mu chodziło.

– Wydaje mi się, że ona jest kompletnie zielona – powiedział.

– Nazywa się Melissa... jakoś tam. Chyba Webster. Mam cię przedstawić? – W oczach Stephanie znów pojawił się łobuzerski błysk.

– Przestań. Chcę natomiast – mówił, tracąc cierpliwość – żebyś zatrudniała doświadczonych pracowników. Ładujemy w to miejsce wystarczająco dużo pieniędzy.

– Potrzebowała pracy – powiedziała Stephanie. – Jest z Indiany.

Nie miał pojęcia, dlaczego, do diabła, wspomniała o Indianie. Patrzył teraz, jak kobieta próbuje nieporadnie zebrać widłami gnój ze sterty i nałożyć na taczkę.

– Czy gdyby poprosiła o milion dolarów, dałabyś jej?

– Nie prosiła o milion dolarów. Jest w drodze do Seattle. Potrzebuje pieniędzy na bilet.

– Zatrudniasz robotników sezonowych?

– Ona tylko czyści stajnię, Jared, nie podpisuje umów w naszej firmie.

– Ja nie obawiam się o jakieś przekręty. Martwią mnie koszty zatrudniania mało wydajnych pracowników.

Niepokoiło go coś jeszcze. Dlaczego tak zadbana kobieta miałaby podejmować się pracy przy czyszczeniu stajni, żeby zarobić na bilet autobusowy?

Mogła przed czymś albo przed kimś uciekać. To wydawało się bardziej prawdopodobne. Może przed byłym chłopakiem? Czyjąś rozwścieczoną żoną? Miał nadzieję, że nie przed FBI albo policją stanową. Przyjrzał się jej delikatnym rysom, próbując dociec, czy mogłaby popełnić przestępstwo. Właśnie nabrała kolejną kupę gnoju, a jej nieprzywykłe do pracy ręce ślizgały się po trzonku wideł.

– Będzie miała odciski – pomyślał na głos.

– Chcesz jej dać rękawice? – spytała Stephanie.

– Lepiej niech ktoś to zrobi – stwierdził. Bez względu na to, czy była zwykłym włóczęgą, czy ukrywającym się przestępcą, jeśli mieli ją zatrudnić, to powinni upewnić się, że nie zrobi sobie krzywdy.

– Hej, Melissa – zawołała Stephanie.

Kobieta przerwała i spojrzała w jej stronę.

– Weź sobie rękawice ze schowka.

Melissa popatrzyła nierozumiejącym wzrokiem na swoje dłonie.

– Ona nic nie rozumie – powiedział Jared, a na jego twarzy odmalowało się niespodziewane współczucie. Może uciekała przed wkurzonym chłopakiem? Szybko jednak powściągnął te myśli. To nie jego interes.

– Jesteś pewien, że nie chcesz, żeby cię przedstawić? – spytała słodko Stephanie.

Jared skierował Tango w stronę domu.

– Pokażesz mi w końcu to trofeum?

– Nie możesz mieć do mnie pretensji, że staram się...

– Mogę.

Zanim jednak ruszyli, Jared obejrzał się ostatni raz przez ramię. Dziewczyna próbowała właśnie założyć sztywne skórzane rękawice, a widły oparła o ramię. Te wyślizgnęły się jednak i upadły na drewnianą podłogę. Dźwięk spłoszył konia, który ją potrącił. Potknęła się o widły i wylądowała pupą na ziemi.

Ich spojrzenia znów się spotkały. Ona była wściekła, a on zadziwiony. Odwrócił się, ale całą pozostałą drogę do domu miał przed oczami błysk zielonych oczu.