Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 467 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gra o wszystko - Joanna Opiat-Bojarska

NAJBARDZIEJ POŻĄDANA POZYCJA ROKU!

 

Młoda kobieta zostaje odnaleziona martwa we własnym mieszkaniu. Obfite kształty ofiary i suto zastawiony stół rodzą wiele pytań, jednak policja uznaje jej śmierć za samobójstwo. Z dnia na dzień przybywa osób odbierających sobie życie w dziwnie zainscenizowanych okolicznościach. Na jaw wychodzą ich wstydliwe sekrety i perwersyjne upodobania...

W śledztwie pomaga Urszula Zimińska, profilerka z Łodzi. W kręgu osób bacznie obserwowanych przez poznańską policję główną podejrzaną jest… psycholog Aleksandra Wilk. Co łączy wszystkie ofiary i jaki to ma związek z Aleksandrą? Czy czyjeś fantazje mogą prowadzić do zbrodni?

TO GRA POZORÓW ZWANA UWODZENIEM. UWAŻAJ, CZEGO PRAGNIESZ, BO ZA GRZESZNE PRZYJEMNOŚCI TRZEBA BĘDZIE ZAPŁACIĆ WYSOKĄ CENĘ.

Opinie o ebooku Gra o wszystko - Joanna Opiat-Bojarska

Fragment ebooka Gra o wszystko - Joanna Opiat-Bojarska

Copyright © Joanna Opiat-Bojarska, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: Paulina Płatkowska

Skład: TYPO 2 Jolanta Ugorowska

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

eISBN 978-83-7976-725-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Nikt nie pożąda tego, co mogą mieć

wszyscy, kusi to, co zakazane.

OWIDIUSZ

I

Wtorek

Biały obrus. Świeczki. Sztućce. Szkło.

Jej oczy przyjęły to wszystko jako zapowiedź niezwykle udanego wieczoru. Żołądek przypominał o swoim istnieniu delikatnym ssaniem.

W takiej oprawie nie liczyło się nawet to, co będzie jadła. Katarzyna siedziała przy perfekcyjnie przygotowanym stole i zastanawiała się, jak powinna użyć tych wszystkich dziwnych sztućców. Po lewej stronie talerza leżały trzy widelce, po prawej kolejny, podejrzanie mały, łyżka do zupy, łyżeczka i trzy noże.

Stuprocentowo pewna była jedynie przeznaczenia widelczyka leżącego samotnie nad talerzem.

– Mam nadzieję, że spodoba się pani nasze menu degustacyjne. Na początek proponuję krewetki tygrysie z masłem klarowanym, oliwą, czosnkiem i natką pietruszki.

Na stole pojawił się talerz z krewetkami, po nim krem z pomidorów z oliwą bazyliową, a następnie sałatka z pieczonym kozim serem, suszonymi pomidorami i prażonymi orzechami włoskimi.

– Nie smakowało pani? – dopytywał dyskretnie kelner, wskazując na niedojedzone resztki sałatki.

– Wręcz przeciwnie. Wszystko jest przepyszne. I tak pięknie podane, że trudno się temu oprzeć. Ale wie pan, oczy chcą, a żołądek…

– Nalegam jednak, żeby zjadła pani to, co ma na talerzu.

– Chciałabym zostawić sobie jeszcze trochę miejsca na danie główne i deser.

– Spokojnie, jestem pewien, że znajdzie pani miejsce.

Kelner podszedł do niej z boku. Jedną rękę trzymał schowaną za siebie, drugą dotknął jej brzucha.

– Przytyło się pani od ostatniej wizyty u nas, prawda?

– Yyy… – zawahała się. Nie była pewna, czy powinna odpowiedzieć zgodnie z prawdą. – Rzeczywiście. – Kiwnęła głową. – Pięć kilogramów w miesiąc…

– No pięknie. Gratuluję. Jestem pod wrażeniem!

Zachwyt w oczach kelnera sprawił, że erotyczne napięcie, które czuła od chwili, w której spojrzała na zastawiony stół, wzrosło kilkukrotnie. Uwielbiała to uczucie. Nakręcała się zawsze, kiedy obserwowała, że jej krągłości budzą pożądanie mężczyzn. Że dodatkowe kilogramy stanowią afrodyzjak, a oponka wylewająca się spod obcisłej koszuli sprawia, że faceci z trudem opanowują swoje samcze instynkty.

Wiedziała, że gdyby nie konwencja restauracji, to kelner rzuciłby się na nią i zdarł z niej ubranie. Przyjemność płynąca z ugniatania nagiego brzucha jest przecież niewspółmiernie większa od dotykania go przez materiał.

Dopóki nie zaczęła tyć, nie wiedziała, że wielbicieli kobiet XXL jest aż tylu. Myślała, że przeważają fani rachitycznych modelek i niedojrzałych kształtów. Im była większa, tym mocniej docierało do niej, że stwierdzenie „kochanego ciała nigdy dość” to nie banalna uprzejmość, lecz prawidłowość. I że wielu mężczyzn na żony wybiera chudziny, ale rozkoszy szuka u prawdziwych kobiet. Takich z miękkimi biustami i konkretnych rozmiarów biodrami.

– Cudnie wygląda pani z tymi dodatkowymi kilogramami!

Nie mogła pozostać obojętna na takie komplementy. Dojadła sałatkę, patrząc w oczy kelnera.

– Dziękuję – szepnęła, odsuwając od siebie pusty talerz.

– A nie mówiłem, że się zmieści? W takim razie już biegnę po danie główne. Toskańskie pappardelle z polędwicą wołową, czerwonym pesto, liśćmi szpinaku i parmezanem, w delikatnym sosie śmietanowym. Na pewno się pani temu nie oprze.

Nie zamierzała. Lubiła się obżerać. Doprowadzać się do stanu, w którym nie miała siły ruszyć się z krzesła. Zamykała wtedy oczy i wręcz czuła, jak pokarmy, które dostarczyła właśnie organizmowi, przekształcają się w tłuszcz.

Pappardelle wyglądało obłędnie, chociaż jego ilość nie miała nic wspólnego z porcjami degustacyjnymi. W normalnej sytuacji taka porcja wystarczyłaby dla trzyosobowej rodziny.

– Proszę jej się nie przyglądać, tylko jeść – upomniał ją kelner.

Odpowiedziała mu uśmiechem i wpakowała do ust widelec pełen długich, szerokich wstążek. Kompozycja smaków sprawiła, że chciała doświadczyć jej jeszcze raz. A potem kolejny i kolejny, ale w pewnym momencie poczuła odruch wymiotny.

– Coś nie tak? – Kelner stał nad nią i obserwował każdy kęs.

– Nie, wszystko w porządku. Może zrobię sobie małą przerwę? Już nie mogę…

– Przykro mi, ale przerwa nie wchodzi w grę. Za kwadrans musi pani zwolnić stolik, a czeka na panią jeszcze deser i połowa pappardelli.

– To może od razu przejdźmy do deseru? – Odłożyła widelec.

– Wykluczone! Musi pani to zjeść. Nie chce pani zrobić przykrości kucharzowi, prawda? – Spojrzał na nią tak wymownie, że nie była w stanie odmówić.

– No… nie.

Była już pełna. Absolutnie pełna.

– Wygląda pani tak seksownie, gdy wciąga te pappardelle do ust. Powiem szczerze, że będę nalegał na częstsze pani wizyty u nas, bo ten widok niezwykle mnie podnieca.

Ją podniecało jego zaangażowanie. Zawinęła więc na widelec kolejne wstążki makaronu, ale zanim włożyła go do ust, postawiła sprawdzić, czy kelner może dać z siebie coś więcej.

– Ale ja już nie mogę. – Odłożyła widelec na talerz i dotknęła swojego brzucha. Świadomie dążyła do tego, by podkręcić jeszcze trochę i tak nieznośne do wytrzymania podniecenie. – Nie dam rady wmusić w siebie kolejnej porcji.

– To tylko pozory! Jestem przekonany, że da pani radę… Za kucharza, za mnie, za siebie, za miłość. Jeszcze cztery widelce, hm?

Zaprotestowała na tyle delikatnie, żeby go nie urazić. Chciała, żeby na nią napierał. Żeby zmuszał i domagał się posłuszeństwa. A nie, żeby odpuścił.

Wiedziała, że jest na granicy obżarstwa. Pochłonięte już dania dostarczyły jej dużo przyjemności, ale to, co było przed nią, miało sprawić, że przyjemność przejdzie w ekstazę.

– Dwa. Dwa widelce. Za mnie i za pana.

– I za miłość – dopowiedział.

Zrobiła, o co prosił. Kiedy włożyła do usta ostatnią, trzecią porcję makaronu, poczuła, że przekroczyła granicę. Jej brzuch był już tak pełny, jakby za chwilę miał pęknąć. Jednak nie martwiła się tym – przecież powoli doznawała spełnienia. Wrażenia potęgowało zaangażowanie kelnera.

– Tak nie może być! Za dużo zostało. Proszę zjeść jeszcze trochę.

– Nie mogę, naprawdę nie mogę. Przejdźmy do deseru.

Z nieukrywanym niezadowoleniem zabrał talerz i wrócił z kolejnym.

– Tort węgierski.

– Uwielbiam! – zareagowała entuzjastycznie, bo widok ciasta wykrzesał z niej nowe pokłady apetytu.

Krucha warstwa czekolady rozpadała się pod naporem jej zębów, biszkopt rozpływał w ustach, a kwaśna wiśnia nie tylko przyjemnie równoważyła słodki smak kremu, ale również pozostawiała w ustach posmak dobrego, mocnego alkoholu.

Pierwszy kęs sprawił, że zapragnęła kolejnego. Mniej więcej przy czwartym poczuła, że kolejny zakończy się wymiotami. Doskonale wiedziała, kiedy może przesuwać granicę, a kiedy dochodzi do muru.

– Na dziś wystarczy – spasowała.

– Nie zjadła pani wszystkiego.

– Wiem, ale nie jestem w stanie wcisnąć w siebie nic więcej.

– Nalegam! Tort węgierski najszybciej wchodzi w uda.

Próbowała. Wsunęła do ust kolejny kawałek słodkości, próbując sobie wyobrazić, jak tłusty krem przemieszcza się do ud i uwypukla cellulit, a następnie jak jakiś mężczyzna gładzi jej nogi, zachwycając się, że ma skórę z pluszu.

Niestety niewiele to dało. Odruch wymiotny był zbyt silny. Zatrzymała go, ale musiała wypluć tort.

– Jeśli miała pani to w ustach, to proszę to teraz zjeść.

– Przestań! Zabierz to ode mnie!

– Da pani radę!

– Nie, zabierz to! Już mi niedobrze, nie mogę na to patrzeć!

– Jeszcze jeden kęs…

– Przestań, proszę. Koniec zabawy. Możesz wyjść z roli.

– Przecież to nie jest zabawa.

– Stop. Proszę cię. Nie jesteśmy przecież w pieprzonej restauracji, tylko u mnie w domu. Przepraszam, jeśli zepsułam ci zabawę. Jeśli skończyłam za szybko… Następnym razem postaram się być bardziej głodna.

– Następnym razem?

– Tak. Obiecuję.

– Nie będzie następnego razu…

*

Urszula Zimińska zatrzymała się przed drzwiami, wzięła kilka głębokich oddechów i zapukała.

– Wejść! – głos Waldemara Baraniaka, naczelnika wydziału kryminalnego, brzmiał jak zwykle. Czyli odpychająco.

Był jej przełożonym, a ich relacje od czasu rozwiązania zagadki zabójstwa legendarnej aktorki znajdowały się na polu minowym oznaczonym napisem: „ROZEJM”. Każdy nierozważny ruch mógł doprowadzić do eksplozji.

Zdawała sobie sprawę, że musi być ostrożna. Nie tylko tutaj, w jego gabinecie, ale także poza komendą, gdzie próbowała znaleźć funkcjonariuszki mające pomóc jej pozbawić Baraniaka zajmowanego stanowiska. Poruszała się delikatnie i nie zostawiała za sobą śladów, ale wiedziała, że prowadzi niebezpieczną grę.

– Podobno miałam się stawić?

– Tak. – Oderwał wzrok od komputera i spojrzał na nią z wyższością.

– Mam dla ciebie, Zimińska, dobre wieści… Jedziesz do Poznania.

– Słucham?

– Zostałaś oddelegowana.

– Słucham?!

Przed rzuceniem się na Baraniaka powstrzymywała ją jedynie myśl, że nie powinna dać się sprowokować. Swędziały ją jednak ręce i język. Najchętniej odpowiedziałaby Baraniakowi tym samym. Zaserwowałaby mu pozorną uprzejmość, nieudolnie zakrywającą złośliwość. Zrobiłaby wszystko, żeby sprowokować go słownie, tylko po to, by ją dotknął. A później rozwaliłaby mu nos. Z przyjemnością i wielkim zaangażowaniem.

– Przyszedł rozkaz o oddelegowaniu.

– Rozumiem. I oczywiście nie ma to nic wspólnego z…

– Skończ! – przerwał jej. – Mówiłem już, że twoje zachowanie zrzuciłem na karb problemów hormonalnych. Dawno zapomniałem o tym, że próbowałaś mnie szantażować, więc dlaczego miałbym się na tobie mścić? Taki już jestem. – Zarechotał. – Wybaczam ludziom potknięcia. Możesz to przyjąć do wiadomości lub nie. Proponowałby jednak teraz skupić się na Poznaniu.

– Szczegóły, proszę.

– Pół roku w poznańskim wydziale kryminalnym. To nie jest kara, jak próbujesz sobie wmawiać, ale wyróżnienie. Jesteś im potrzebna. Musisz zająć się ważną sprawą, do której posiadasz najlepsze kwalifikacje.

– Rozumiem, że na całym kontynencie nie ma nikogo innego, kto mógłby to zrobić?

– Też mnie to dziwi, ale widocznie komendant wojewódzki uznał, że nie.

– Kiedy zaczynam?

– Jutro rano.

– Że co?!

Podał jej kartkę. Spojrzała na datę znajdującą się w prawym górnym rogu.

– Fuck, przecież ten rozkaz jest z listopada!

– Tak? Co za pech, musiał zapodziać się gdzieś na biurku mojej sekretarki…

Flaga z napisem: „ROZEJM” zniknęła z pola minowego, a triumfujący uśmiech Baraniaka informował, że zawieszenie broni było mu potrzebne tylko do tego, żeby zdążył dobrze przygotować się do wojny krótkiej, ale obliczonej na zniszczenie przeciwnika.

*

Renata Trzeciak czekała na osiemnastą trzydzieści. Chciała jak najszybciej opuścić szpital, stanąć na przystanku autobusowym wśród ludzi, którzy jej nie zauważają, rozpiąć kurtkę i pozwolić, żeby wraz ze spadkiem temperatury ciała opadło z niej napięcie.

– Cześć! – W pokoju pielęgniarek pojawiła się Alina.

Kobieta była opatulona szalikiem, czapkę miała naciągniętą po same brwi, a na kurtce i czapce widniały płatki śniegu.

– Cholera, jak sypie. Na mieście oczywiście wszystko stoi, jakby śnieg w grudniu był zaskoczeniem. I dla kierowców, i drogowców, ma się rozumieć.

– Nareszcie jesteś! – Renata poderwała się z krzesła.

Pojawienie się pielęgniarki z kolejnej zmiany oznaczało, że w końcu mogła zakończyć najgorszy dyżur w jej życiu.

Pracowała w szpitalu od ośmiu lat. Doznawała różnych upokorzeń, była obecna przy zgonach, wysłuchiwała obelg i starała się, żeby to wszystko po niej spływało. Dzisiaj coś jednak w niej pękło.

Kiedy nerwowo zbierała swoje rzeczy, spojrzała na pokój pielęgniarek. Zarówno sprzęty, ściany, jak i koleżanki po fachu budziły w niej odrazę.

– Ciekawe, czy śnieg utrzyma się do weekendu. Marzy mi się wyjście z dzieciakami na sanki. Słyszałam, że ten przystojny doktorek z kardiologii wyjechał na narty. – Malwina, samotna matka, nie spieszyła się ani do domu, ani do swoich dzieci. Siedziała na krześle, oglądała sobie paznokcie, demonstrując tym samym gotowość do plotkowania.

– To zdecyduj się, czy marzą ci się sanki, czy narty z doktorkiem.

– Oj, Alinka, Alinka, spójrz mi w oczy i powiedz, że gdyby cię zaprosił, tobyś odmówiła.

Renata nie chciała słuchać tych głupot. Przebrała się już, musiała tylko włożyć kurtkę i pożegnać się z koleżankami.

– Śpieszysz się? – zagadnęła ją Alina.

– A co cię to interesuje? – burknęła.

– Rany, wyluzuj! Tylko spytałam. Nie jestem twoim wrogiem. Co cię ugryzło?

Nie zdążyła zdecydować, czy wracać myślami do mijającego dnia, czy może dać sobie spokój. Alina już próbowała dopytać pozostałe pielęgniarki, o co chodzi.

– Mnie nie pytaj. – Malwina wzruszyła ramionami. – Ja dopiero przed chwilą przyszłam.

– Renata, co jest?

– Ciężki dzień.

– Oddziałowa?

– Nie. Wszystko jest bez sensu. – Renata skapitulowała, czując, jak do oczu napływają jej łzy. Nagromadzenie problemów w życiu prywatnym sprawiło, że przestała panować nad swoimi reakcjami. Tym razem jednak nie miała gdzie uciec. W pokoju siedziały koleżanki. Gdyby z niego wyszła, mogłaby natknąć się na spacerujących po korytarzu pacjentów lub ich bliskich. Nie chciała wzbudzać sensacji. Musiała opanować łzy.

– Renata?

– Co ci mam powiedzieć? – Spojrzała koleżance w prosto w oczy. – Jedna wielka masakra! Wszystko za sprawą tej cholernej baby z ósemki.

– W ósemce leży teraz ta „hrabina”, Ilona Drzewiecka – dopowiedziała Malwina.

– Aha, ta, co ze trzy miesiące była nieprzytomna. Co dziś wykombinowała?

– Znowu zrobiła jazdę.

– Bo? Nie dostała obiadu na czas?

– Nie. Oznajmiła mi, że chce rozmawiać z policją i to właśnie ja mam ją wezwać. Zaczęła się wydzierać, że mam to zrobić, czaisz?

– Ale po co policja? Żeby przeprowadzić dochodzenie w sprawie ciągłych opóźnień firmy cateringowej?

– Nie, żeby odpowiednie służby wyjaśniły, jak doszło do wypadku, który, cytuję, „na pewno nie był wypadkiem, lecz próbą jej zabójstwa”.

– Teraz chce zgłosić? Chociaż z tego, co pamiętam, jak przyjęto ją na oddział, to pojawiła się kwestia zawiadomienia policji o ewentualnym pobiciu, ale jakoś nikt się tym nie zajął. Może dlatego, że mąż pacjentki i ordynator nie w jedną partyjkę squasha grali…

Alina wyglądała na rozbawioną, jednak Renacie wcale nie było do śmiechu. Najpierw w miarę grzecznie, a później być może zbyt nerwowo starała się wybić pacjentce pomysł z głowy. Skutek był opłakany – nieporozumienie w błyskawicznym tempie urosło do rangi problemu, którym obarczony został ordynator. I nie był z tego powodu zadowolony.

– Co za debilka… Chyba też bym przychyliła się do wersji o zabójstwie. Nie uwierzę, że jest ktoś, w kim ta baba nie budzi morderczych instynktów. A tak w ogóle, to co ona się tak nagle obudziła? Od kiedy tu leży? Miała chyba wystarczająco dużo czasu, żeby zawiadomić policję.

– Od sierpnia. Pojawiła się u nas jako ofiara wypadku samochodowego, stan ciężki, długo była nieprzytomna. Od trzech tygodni dochodzi do siebie. Wszystko wskazuje na to, że lada dzień będzie mogła wyjść do domu.

– Może to ją właśnie przeraża, co? Powrót do domu. Domaga się uwagi? Nie przejmuj się.

– Łatwo ci powiedzieć. Nawet ordynator dostał zjebkę. Jak myślisz, na kim się wyżył? Na dodatek Filip się wyprowadził, matka obwinia mnie za to, że jestem starą panną, Drzewiecka za znęcanie się nad nią, a ordynator… Mam dość! – Głośno wypuściła powietrze przez usta i zakryła twarz dłońmi.

– Renata, przestań! To tylko głupia baba. Przecież ma telefon, mogła sama zadzwonić po policję.

– Tłumaczyła, że nie może, bo mogą ją szpiegować, podsłuchiwać i w ogóle. I że to, co się jej przydarzyło w sierpniu, to nie był wypadek. Że ktoś chciał ją zabić i ona nadal czuje się zagrożona.

Sygnał dźwiękowy przerwał im rozmowę, oznajmiając, że któryś z pacjentów potrzebuje pomocy. Malwina spojrzała na tablicę i jęknęła:

– O rany, to z ósemki. Pewnie znowu Drzewiecka. Która do niej pójdzie?

*

– Pani Aleksandro, widziała to pani? Na każdej wystawie sklepowej straszą te okropne bożonarodzeniowe dekoracje. Gwiazdory, bombki, choinki, prezenty. Do świąt jeszcze prawie dwadzieścia dni, a od co najmniej dwóch tygodni pandemia świątecznej radości zalewa świat!

Widziałam. Nie powiedziałabym jednak, że straszą. Nie mam do nich aż tak emocjonalnego stosunku. Chwilami jestem im nawet wdzięczna, bo pomagają mi się zorientować, że czas płynie, nawet jeśli próbuję go lekceważyć.

Właściwie każdą wolną chwilę spędzam w gabinecie. Klientów – na szczęście! – nie brakuje. Przychodzą i opowiadają o swoich problemach, dzięki czemu mnie łatwiej jest zapominać o swoich.

Lub chociaż próbować zapominać.

Jakich problemach? Chciałabym się roześmiać i stwierdzić, że nie mam żadnych problemów. Przecież psycholog nie ma prawa mieć problemów. Nie może mieć wątpliwości. Nie może nie radzić sobie z emocjami lub życiem. Bo teoretycznie wie o życiu wszystko. Teoretycznie. Zastosowanie wiedzy w praktyce jest trudne. To, że jestem psychologiem, nie oznacza, że jestem robotem do analizowania potrzebi emocji.

Problemy? Nadal mam dach nad głową, dzieci są zdrowe, mam za co żyć, a na koncie przybywa pieniędzy dzięki niemalże dwudziestogodzinnym dyżurom w gabinecie psychologicznym.

– Jaki jest pana stosunek do świąt?

Dopytuję, bo słyszę, że klient zamilkł. Jasnoniebieska jaskinia zwierzeń dobrze działa na tych wszystkich, którzy przychodzą dzielić się ze mną swoimi troskami. A może to ja na nich tak działam? Nieważne.

– Beznadziejny.

– Rozumiem. Beznadziejny. A gdyby miał pan powiedzieć coś więcej?

– Wkurzają mnie ci wszyscy ludzie, którzy próbują narzucić innym swoją radość i oczekiwanie. Wkurzają mnie ci, którzy ulegają tej świątecznej histerii. Dopasowują się do reszty, udając, że też czekają. Że jest na co.

– A nie ma?

– Mam czterdzieści pięć lat i za sobą co najmniej czterdzieści świąt Bożego Narodzenia, które pamiętam. Spyta pani, czy się różniły? Tak. Te z odległej przeszłości niosły ze sobą magię. Na coś się czekało, coś było niezwykłego w tych dniach. Rodzicie siedzieli przy stole, rozmawiali i się śmiali, a ja bawiłem się dopiero co rozpakowanymi zabawkami.

– Rozumiem. Jak się wtedy pan czuł?

– Jak… wybrany? Nie wiem, czy to dobre słowo. Czułem się wyróżniony. Bo Gwiazdor dokładnie wiedział, co chciałbym dostać i mi to dostarczył.

– Aż w końcu dotarło do pana, że Gwiazdor nie istnieje?

Podczas takich sesji zastanawiam się, czy literatura i filmy nie przynoszą ludziom więcej złego niż dobrego. Owszem, czasem dają nadzieję, rozśmieszają i podtrzymują na duchu. Ale z drugiej strony idealizują przyjaźń, miłość i inne kontakty międzyludzkie. Pokazują bajkową wizję świata. Narzucają myślenie, że jeśli nie jesteś szczęśliwy, to musisz zmienić całe swoje życie, bo prawdziwe szczęście gdzieś tam na ciebie czeka.

A później gabinety są pełne zagubionych klientów, którzy są przekonani, że muszą dokonać rewolucji w swoim życiu. Chcą rzucić pracę, zmienić partnera, wyjechać do Dubaju, by odnaleźć miłość lub sens życia. I są pod koniec terapii niezmiernie rozczarowani, że szczęście nie wymaga od nich odwagi i rewolucji, tylko cierpliwości, determinacji i poświęceń. Że czasem zmiana sposobu komunikacji z najbliższymi poprawia jakość naszego życia.

I chociaż brzmi to tak banalnie, to w praktyce okazuje się, że o wiele łatwiej byłoby trzasnąć drzwiami, sprzedać cały dobytek i polecieć do tego Dubaju, niż zmienić przyzwyczajenia. Swoje i swojego partnera. Łatwiej niż nauczyć się zauważać, że znowu wchodzi się na te same ślepe ścieżki komunikacji.

– Kiedy się dowiedziałem, że Gwiazdor nie istnieje? W szkole podstawowej, ale to nawet nie był ten moment, kiedy całkiem zniknęła magia. Bo wtedy jeszcze żyłem nadzieją, że magię da się odtworzyć. Że zbuduję swoją rodzinę, pojawią się dzieci i to dla nich będziemy z żoną każdego roku odgrywać to całe świąteczne przedstawienie.

– Pojawiły się dzieci i co dalej?

– I razem z nimi wielkie gówno. Bo przy organizacji świąt, tych wszystkich zakupach, towarzyszącej im gorączce, kolejkach w sklepach, jakby zbliżało się jakieś tornado i trzeba się obkupić się na cały miesiąc… Przy tych kłótniach w domu o sprzątanie, pomaganie, pakowanie prezentów. Przy tym wszystkim trudno o magię.

– Ale to jednak czas, kiedy można usiąść spokojnie i pobyć ze swoimi bliskimi.

– I w tym chyba tkwi problem, pani Aleksandro. Można. A nawet trzeba. Zatrzymać się przez chwilę. Doznać wyjątkowości tej chwili. Spostrzec, że ma się cudowne życie, wspaniałą kobietę u boku, mniej lub bardziej zdolne dzieci. I samochód przed blokiem.

– I myśli pan, że ludzie tak robią?

– Robią. – Roześmiał się głośno. – Siadają do stołu. Wpieprzają grzybową, karpia, popychają to wszystko makiełkami i mają nadzieję, że jakoś dotrwają do końca wigilijnej wieczerzy. W tych białych koszulkach ze zbyt ciasnymi kołnierzykami, z uśmiechami, które powodują ból mięśni twarzy. Gadają o pogodzie, polityce i sąsiadach, byleby tylko uniknąć tematów, które są zbyt osobiste. A potem kładą się spać, pocieszając się, że jeszcze tylko dwa dni świąt i będą mogli wrócić do pracy.

– Unikają bliskości. Jak pan myśli? Dlaczego?

– Nie wiem. Ale wiem, że muszę… Nie, nie muszę, po prostu chcę – poprawia się i patrzy na mnie z nadzieją – to zmienić.

Zauważam, że sama deklaracja przyniosła mu ulgę. Jego twarz rozluźnia się na chwilę. Niestety krótką. Zaraz po niej klient marszczy czoło i przemawia niskim, jakby nie swoim głosem:

– Po prostu mam dość życia w kłamstwie…

*

– Przestań! Proszę, nie wygłupiaj się.

Katarzyna miotała się jak zwierzę złapane w sidła. Próbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją. Krzykiem, uśmiechem, prośbą. Nie robiła między nimi żadnych przerw, przez co wszystkie wyrażane przez nią emocje zlewały się w jeden bełkot cuchnący strachem.

– Widzisz na mojej twarzy uśmiech?

– Nie.

– No właśnie.

Pozostało czekanie na ciąg dalszy. Kluczowe dla niego były odpowiedzi na pytania: jak daleko jest w stanie się posunąć, żeby przestał? Co zrobi, co powie, żeby go zadowolić? Na co się zgodzi, żeby tylko poczuł się spełniony i wyszedł?

– Nie patrz tak na mnie. Przerażasz mnie. Nie dociera do ciebie, że to koniec zabawy?

– Dla mnie to nie była zabawa.

– A co?

Nie odpowiadał. Wrzucił za to do blendera resztki tortu węgierskiego i pappardelli. Dolał odrobinę wody, wcisnął pokrywkę i uruchomił sprzęt. Silnik błyskawicznie wszedł na wysokie obroty, wydając z siebie złowieszczy warkot.

– Co robisz? Przestań! Słyszysz? Przestań! Idź już! Chcę żebyś sobie poszedł! To moje mieszkanie! Wynocha!

Nie reagował na jej krzyki. Działał systematycznie i zdecydowanie. Zaplanował sobie to wszystko szczegółowo. Rozpisał na kartce, nauczył się tego na pamięć, a teraz jedynie realizował. Punkt po punkcie.

Sięgnął do torby, wyjął zgłębnik, strzykawki i rękawiczki.

– Co robisz? Co to jest? Pracujesz w szpitalu? Na Boga, co ci się stało? Odezwij się do mnie w końcu. Przepraszam, jeśli zepsułam ci zabawę. Jeśli skończyłam za szybko… Jeśli będziesz chciał, to następnym razem pobawimy się w szpital, postaram się być bardziej głodna.

– Mówiłaś, że lubisz się obżerać. Że tuczenie siebie sprawia ci mnóstwo przyjemności…

– Tak, tak, wszystko się zgadza!

Podszedł do stołu i przez chwilę przyglądał się, jak zdenerwowana kobieta próbuje wstać. Próba uniesienia się z krzesła skończyła się jednak niepowodzeniem.

Była zbyt objedzona i gruba, żeby działać szybko.

To on miał przewagę. Działał według planu i kontrolował sytuację. Był szybszy.

Doskoczył więc do niej i docisnął jej obleśne ciało do krzesła.

– Nie skończyłaś jeszcze jeść – wycedził wściekle przez zęby.

Chciał, żeby w końcu zrozumiała, że on wie, co robi. I że skończy dopiero wtedy, gdy dotrze do ostatniego punktu swojego planu.

II

Środa

Posterunkowy Leon Lewicki otrzymał rozkaz pojawienia się w szpitalu w celu spisania zeznań Ilony Drzewieckiej i w sumie nie miał nic przeciwko temu. Wolał to niż siedzenie na komisariacie. I tak większość przyjmowanych przez niego zawiadomień o popełnieniu przestępstw dotyczyło zdarzeń, których sprawcy nigdy nie zostaną zatrzymani.

„Papier jest cierpliwy, wszystko przyjmie” – tak powtarzała mu matka, dziennikarka i wielbicielka wszelkiego rodzaju trunków. Pisał więc od dziecka. Oczywiście jego teksty nigdy nie zadowalały matki, ale cowieczorny rytuał rozpoczynający się od napisania słów „drogi pamiętniku” pomagał mu przetrwać w trudnych chwilach.

Wygadanie się – a raczej wypisanie – sprawiało, że kaliber problemów stopniowo się zmniejszał, aż w końcu stawał się na tyle mały, że Leon mógł ich nie zauważać.

Zrezygnował z prowadzenia pamiętnika, kiedy został policjantem. Nigdy nie odpowiedział sobie dlaczego. Być może był już na to zbyt dorosły? A może spisywanie żali zajęłoby mu większość każdego dnia? Może nie chciał już ich identyfikować i neutralizować, bo było ich zbyt dużo? Wolał udawać, że ich nie zauważa. Że tak właśnie wygląda dorosłe życie.

Żale zatrzymywał dla siebie, ale sam stał się chodzącym pamiętnikiem. Wysłuchiwał i spisywał utyskiwania okradzionych staruszek, pobitych nastolatków, oszukanych kobiet, oburzonych kierowców odholowanych pojazdów i innych osób ślepo wierzących w to, że policja im pomoże.

Chociaż nie. Nie wszyscy w to wierzyli. Stałym bywalcom komisariatu wystarczało to, że ich wysłuchał. Że poświęcił im czas i przeznaczył trochę papieru na uwiecznienie ich wersji wydarzeń.

– Pani Ilona Drzewiecka? – upewnił się.

Pielęgniarka, którą poprosił o pomoc, wskazała mu salę numer osiem oraz dodała, że Drzewiecka to „hrabina” leżąca pod oknem.

– Tak.

– Podobno chciała pani zawiadomić nas o popełnieniu przestępstwa.

– Tak, jestem jego ofiarą.

Leon wyjął notes i długopis, ale zanim zaczął notować, przyjrzał się kobiecie. Miała długie czarne włosy, piwne oczy i pełne pretensji spojrzenie. Ubrana była w satynową piżamę i na tle szpitalnych sprzętów prezentowała się zaskakująco… elegancko. Nie wyglądała na ofiarę, ale lata pracy w policji oduczyły Leona osądzania ludzi po wyglądzie.

– Co pani przez to rozumie?

– Do szpitala trafiłam w wyniku wypadku. Pamiętam, że tamtego feralnego dnia wracałam ze swojego salonu kosmetycznego do domu. Zanim doszłam do samochodu, ktoś mnie zaczepił.

– W jaki sposób? Zagadnął?

– Nie, złapał za ramię od tyłu. Odwróciłam się, ale nie widziałam twarzy napastnika, bo ten ktoś miał ją ukrytą pod maską. Zanim zdążyłam spytać, o co chodzi, dostałam kilka ciosów.

– W jaką część ciała?

Kobieta przewróciła oczami, jakby właśnie oszacowała iloraz jego inteligencji i stwierdziła, że wynik mieści się w kategorii „upośledzenie umysłowe”. Nic sobie jednak z tego nie robił. Był policjantem i musiał pytać nawet o najbardziej oczywiste rzeczy.

– W głowę, a potem w brzuch – odpowiedziała kobieta. – Spis moich obrażeń znajdzie pan w dokumentacji medycznej… To było kilka miesięcy temu. Pamiętam jedynie, że w pewnym momencie napastnik przestał mnie bić. Nie wiem dlaczego. Może kogoś usłyszał albo zobaczył? Byłam przytomna, ale obolała. Wstałam z chodnika i jakoś dotarłam do samochodu.

– Gdzie znajdował się samochód?

– Parkuję zawsze w małej uliczce, tuż obok salonu. To znaczy za rogiem. Wyszłam z „Paris” i nawet widziałam już swój samochód, wtedy właśnie nastąpiłatak.

– Napastnik uciekł? W którą stronę? Coś mówił? Ktoś mógł go widzieć?

– Nie pamiętam.

– Byli jacyś świadkowie?

– Nie wiem. Tamtego dnia siedziałam dłużej w salonie. Wyszłam długo po zamknięciu. Było już ciemno, a na ulicy ani żywej duszy.

– Dobrze. Wsiadła pani do samochodu?

– Tak, ale nie zdążyłam zamknąć drzwi. Ta sama osoba wsiadła do środka i znowu zaczęła mnie bić. Tym razem czymś ciężkim.

– Jakimś narzędziem?

– Proszę pana, gdybym wiedziała, czym mnie bił, powiedziałabym to! Skoro mówię, że czymś ciężkim, to znaczy, że czułam, że to nie pięści. Bolało dużo bardziej. Pewnie wtedy uszkodzono mi żebra.

Sposób artykulacji słów i pretensja w głosie sprawiły, że Leon zrozumiał, dlaczego pielęgniarka nazwała Drzewiecką „hrabiną”. Pacjentka zachowywała się raczej jak pełna pretensji szlachcianka, a nie ofiara pobicia.

– Zapamiętała pani jeszcze jakieś szczegóły zdarzenia?

– Nie. W samochodzie straciłam przytomność. Obudziłam się tutaj, w szpitalu.

– Kiedy doszło do zdarzenia?

– W sierpniu, nie pamiętam daty, proszę spytać lekarza lub pielęgniarek, od kiedy tu jestem.

– Czyli około czterech miesięcy temu, dość dawno.

– Mam nadzieję, że nie zbyt późno, żeby znaleźć napastnika?

Tym razem ton głosu Drzewieckiej zawierał w sobie nie tyle pretensję, co obietnicę, że jeśli okaże się, że winnego nie da pociągnąć się do odpowiedzialności, to ona odpowiedzialnością obarczy Leona. Nie za pobicie, lecz za zaniedbania, nieregulaminowe zachowanie lub cokolwiek innego. Liczba winnych według Drzewieckiej powinna się zgadzać.

– To się okaże. Rozumiem, że wie pani, kto to zrobił?

– Nie wiem. To znaczy nie mam stuprocentowej pewności, nie mam dowodów, ale to wy jesteście od tego. Tylko jedna osoba chciałaby się mnie pozbyć.

– Chętnie zanotuję jej imię i nazwisko.

– Aleksandra Wilk. Kobieta, która zajmuje moje mieszkanie. Dwa dni przed zdarzeniem byłam u niej i kazałam jej się wyprowadzić. Zdenerwowała się wtedy…

*

– Podkomisarz Urszula Zimińska, melduję się.

– Dzień dobry, komendant Rajmund Kuczma. Zaaklimatyzowała się pani już w Poznaniu?

Ula postanowiła zostawić pytanie przełożonego bez odpowiedzi. Nie było sensu odpowiadać pytaniem na pytanie. Kiedy miała się zaaklimatyzować, jeśli na zamknięcie swojego łódzkiego życia, spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i przeniesienie się do Poznania miała mniej niż dwadzieścia cztery godziny?

– Dotarłam do Poznania dopiero trzy godziny temu.

– Rozumiem, czyli przeprowadzka na ostatnią chwilę. W mieszkaniu służbowym wszystko jest tak jak należy?

– Oczywiście. – Wykrzywiła twarz w grzecznościowym uśmiechu.

Mieszkanie służbowe okazało się mikroskopijną kawalerką, zaprojektowaną w stylu tokijskim. Na dwudziestu metrach kwadratowych znajdowała się kuchnia, łazienka, sypialnia, salon i miejsce do pracy, a raczej ich tokijskie odpowiedniki. W łazience mogła jednocześnie korzystać z toalety i myć zęby nad zlewem, w przedpokoju zdejmować buty i przygotowywać obiad, a w sypialni leżeć na łóżku i dotykać laptop stojący na biurku. Jedynym plusem mieszkania była jego lokalizacja. Znajdowało się na ulicy Szylinga, niemalże naprzeciwko komendy.

– Gdyby coś było nie tak, proszę dać mi znać. Zależy mi na tym, żeby miała pani komfort pracy, dlatego oficjalnie informuję, że ma pani wsparcie moje i całego zespołu. A teraz, skoro uprzejmości mamy za sobą, przejdźmy do konkretów. Usiądźmy.

Komisarz Kuczma zajął miejsce za biurkiem, poprawił koszulę i przystąpił do przekazywania niezbędnych informacji. Urszula przysiadła na krześle z boku. Starała się nie uprzedzać do nowego przełożonego, ale w gabinecie Kuczmy czuła się niemal jak u Baraniaka.

– Sprowadziliśmy panią, żeby zajęła się pani utworzeniem komórki do badania zabójstw z archiwum. Cały Poznań czeka na policyjne Archiwum X z prawdziwego zdarzenia.

– Pozwolę sobie zaoponować. Ta nazwa kojarzy się raczej z agentem Mulderem i agentką Scully i sprawami niemożliwymi do wyjaśnienia na drodze konwencjonalnego rozumowania. Podejrzewam, że w Poznaniu, mimo że leży dość blisko Wylatowa, zabójstw nie dokonują kosmici? – Urszula zawiesiła głos, bacznie obserwując przełożonego. Skrzywił się, jakby właśnie przypomniał sobie, że właśnie tam znajdowały się słynne kręgi w zbożu, uchodzące za ślad lądowania UFO. – Przedmiotem zainteresowania komórki, którą mam zbudować, będą dawne zabójstwa, których dokonali ludzie, prawda? Zatem proponuję unikać sformułowania: „Archiwum X”. Jeśli już koniecznie chce pan używać jakiejś nazwy, lepsze będzie: „Archiwum Z”. „Z” jak zabójstwo.

– Archiwum Z? Podoba mi się. Mediom też się spodoba.

– Mediom?

– Tak. To punkt numer dwa na pani liście zadań. Na pewno widziała pani, jaką nagonkę rozpętano w telewizji. Śpiewka, że Poznań nie wie, jak zabrać się za sprawy archiwalne, stała się już nie do zniesienia. I dla mnie, i dla moich przełożonych.

– Poznań nie wie? – powtórzyła.

Nie miała jeszcze czasu, żeby sprawdzić w internecie opinie o poznańskiej policji. Wiedziała tylko, że praca z mediami patrzącymi na ręce jest wyjątkowo trudna dla każdego kryminalnego.

To już nie pole minowe, a jedno wielkie bagno. Stąpanie po nim wiąże się z tym, że każdy kolejny krok będzie powodował zapadanie się coraz głębiej pod powierzchnię.

– Czy gdybyśmy wiedzieli, to gościłbym panią w swoim gabinecie? I marnował czas na wprowadzenie pani w sprawy? Mogę jedynie powiedzieć, że próbowaliśmy kilku metod, ale efekty były marne. Nie mamy czasu na poruszanie się po omacku, bo nagonka powoli zmienia się w głęboki medialny kryzys, z którego musimy jak najszybciej wyjść. Pani, mam nadzieję, będzie naszym wsparciem.

– Podejrzewam, że lepiej w tej roli sprawdziłby się specjalista od piaru. Nigdy nie miałam medialnych umiejętności.

Urszula unikała kamer jak ognia. Nie chciała pojawiać się na szklanym ekranie, w mieszkaniach i domach Polaków. Miała ziemistą cerę, krótko ścięte włosy, nie malowała się, nie nakładała na twarz maseczek ani nie chodziła do kosmetyczek. Różniła się od innych kobiet. Nie była nikim, kogo warto byłoby oglądać.

Skupiała się na pracy. Ciągle myślała nad jakimiś sprawami. Przygotowywała profile psychologiczne. Analizowała akta. Typowała sprawców. Dawno straciła oznaki kobiecości i wcale jej to nie przeszkadzało.

– Dziennikarze wyciągnęli na światło dzienne sprawę sprzed blisko trzydziestu lat i wytykają błędy policji. A my na gwałt potrzebujemy sukcesu, czyli kogoś, kto rozwiąże sprawę. I tu właśnie zaczyna się pani rola. Akta czekają już na biurku. Liczę, że zajmie się pani tym niezwłocznie.

– I że niezwłocznie pojawi się przełom w sprawie? – zażartowała ponuro.

Twarz Kuczmy rozpromieniła się, a Urszula zyskała pewność, że Baraniak wiedział, co robi. Pewnie liczył na to, że złamie ją na tyle, by przestała stanowić dla niego zagrożenie.

– Widzę, że rozumiemy się bez słów. To bardzo dobrze wróży naszej współpracy!

– Nie byłabym taka pewna. Spraw z archiwum nie rozwiązuje się pod publiczkę.

Musiała zademonstrować swój sprzeciw. Nie była pierwszą lepszą policjantką, a profilerką, która uczestniczyła w rozwiązaniu wielu spraw z archiwum. Wiedziała, że czas, który upłynął od momentu zdarzenia do chwili ponownego wczytania się w sprawę, powodował, że praca nad nimi była nie tylko żmudna i trudna, ale często kończyła się fiaskiem.

– Niech się pani nie martwi publicznością.

– Nie jestem cudotwórcą. Nie gwarantuję, że…

– Stop! Wydałem pani rozkaz. Komendant powiedział, że potrzebujemy świeżego spojrzenia. Osoby spoza układów towarzyskich. Skutecznej i zdeterminowanej. Mamy więc panią. Skończmy zatem bezproduktywne rozmowy i niech każde z nas zajmie się swoją pracą.

W gabinecie powiadało chłodem. Urszula spojrzała na zegarek. W ciągu dziesięciu minut oboje zużyli wszystkie uprzejme uśmiechy i pokłady łagodności. Każdemu pozostała jedynie obojętna twarz służbisty.

– Zanim zajmę się aktami, proszę o podsumowanie: jakie są oczekiwania w stosunku do mnie?

– Po pierwsze zrewidowanie sprawy, która jest teraz na świeczniku. Po drugie uruchomienie komórki do spraw archiwalnych, w czym oczywiście zawiera się nie tylko rekrutacja odpowiednich osób, ale także ich przeszkolenie. Po trzecie pół roku to wystarczająco dużo czasu, żeby rozwiązać jeszcze kilka innych spraw z archiwum. Tak jak mówiłem, będzie miała pani pełne ręce roboty. Nie traćmy więc czasu.

*

Gabinet. Dom. Gabinet. Dom.

Noc. Dzień. Noc. Dzień. Noc.

Życie przecieka mi przez palce. Realizuję obowiązki, zapewniam byt rodzinie, zarabiam i planuję, że kiedyś zwolnię. Albo zatrzymam się, chociaż na chwilę.

Dzień. Miesiąc. Rok. Dwa… Czas mija niezmiernie szybko. Przybywa mi zmarszczek i pieniędzy na koncie. Tych drugich nie gromadzę z samej chęci posiadania.

Muszę być gotowa, jeśli nagle się okaże, że powraca problem mieszkania. Ilona na razie jest w szpitalu, ale kiedyś z niego wyjdzie i znowu zażąda, żebyśmy się wyprowadzili.

– Mamo, nie mam czystych skarpetek.

Kuba stoi w progu swojego pokoju i patrzy na mnie bezradnie, jakbyśmy mieli całą wieczność na wyjście z domu.

– Jak to nie masz?

– No nie mam.

– Kuba, spóźnimy się! Przyspiesz!

Za mniej niż pół godziny rozpoczynają się lekcje w szkole Kuby, a mój klient powinien pojawić się w gabinecie.

– Śpieszę się – mówi, nadal nie ruszając się z miejsca. – Mam iść bez skarpetek?

– W grudniu? Bez skarpetek?

Jak tornado wpadam do jego pokoju i biegnę do komody, omijając leżące na podłodze spodnie od piżamy, samochody i podręczniki.

– Kuba, czemu tu jest taki bałagan?! Nie dziwię się, że nie możesz tu niczego znaleźć! Kiedy ostatnio sprzątałeś?

– W sobotę. Mamo, skarpetki, nie skupiaj się na bałaganie, bo się spóźnimy.

Celna uwaga trafia mnie prosto w serce. Kuba ma spojrzenie swojego ojca i mój bystry umysł. Udusiłabym go, gdybym nie kochała.

– Nie ma w komodzie.

– Mówiłem.

– Ale za to mnóstwo leży na podłodze! Za łóżkiem, za biurkiem. Mówiłam ci przecież, że brudne trzeba wrzucać do pralki. Gdybyś je wrzucił, wyprałabym je i miałbyś czyste.

– Mamo!

Dyscyplinuje mnie dziewięcioletni chłopiec. Czasami myślę, że bez niego bym sobie nie poradziła.

– Trudno. Włóż skarpetki z wczoraj, może dzięki temu zapamiętasz, że brudy odkłada się w jedno konkretne miejsce, a nie tam, gdzie się stoi.

Ograniczam kazanie do minimum, chociaż nie jest to łatwe. Buzuje we mnie złość. Na te przeklęte skarpetki, na Kubę, na to, że muszę mu wszystko powtarzać milion razy. I na to, że jesteśmy sami.

Dobrze, że zainteresowanie pismaków po kolejnej, już prawdziwej, śmierci Gabriela opadło. W przeciwnym razie musiałabym czytać nagłówki „Wdowa Aleksandra Wilk nie radzi sobie z życiem rodzinnym” czy „Ukochany syn Aleksandry Wilk drugi dzień z rzędu chodzi w tych samych skarpetkach”.

– Lecimy? – Kuba znacznie przyspieszył, bo ma na sobie nie tylko skarpetki, ale i buty.

– Lecimy. Jak zwykle. – Staram się uśmiechnąć. Niech przynajmniej na koniec uświadczy łagodnej twarzy matki. – Oj, Kubuś, Kubuś, czy my kiedyś będziemy wychodzić z domu bez pośpiechu?

– Nie, mamo. Bo jesteśmy Wilkami i wszystko robimy na ostatnią chwilę.

*

Licealistka Anna Sukiennik nie mogła przestać myśleć. Miała kupić zgrzewkę mleka pełnotłustego. „3,2%” – tak miała zapisane na kartce. Niestety na sklepowych półkach znalazła jedynie kartony z napisem „1,5%”.

Wzięła więc te z niższą zawartością tłuszczu oraz inne produkty z listy, odstała swoje przy kasie i opuściła sklep, ale im bardziej oddalała się od Biedronki, tym większe miała wątpliwości.

Nie przepadała za mlekiem, ale jeśli już miałaby je wypić, to wolałaby te z najmniejszą zawartością tłuszczu. Zakupy z listy nie miały jednak służyć do wypełnienia domowej spiżarni, bo o to dbała jej mama, ale dla wypełnienia lodówki i szafek w mieszkaniu Katarzyny Hałki.

Dziewczyny poznały się podczas warsztatów makijażu w osiedlowym klubie. Siedziały wtedy obok siebie. Zaczęły rozmawiać o kosmetykach, a skończyły na kulturoznawstwie. Anna bardzo chciała je studiować, a Katarzyna była już na trzecim roku.

Zaznajomiły się na tyle, że Anna stała się częstym gościem Katarzyny. Odwiedzała ją regularnie i pożyczała kolejne książki. Czasem rozmawiały o życiu, czasem o problemach. Któregoś dnia Katarzyna przyznała się, że z jej tuszą trudno jest robić duże zakupy i dźwigać ciężkie siatki do domu.

– No nie! – zdenerwowała się Anna.

Motyw muzyczny z najpiękniejszego filmu o miłości rozbrzmiewał w kieszeni jej spodni, a ona nie miała wolnej ręki, żeby sięgnąć po telefon. Zatrzymała się i rozejrzała w poszukiwaniu ściany, o którą będzie mogła oprzeć siatki.

– Halo?

– Już myślałam, że nie odbierzesz.

– Żartujesz? Chciałam trochę posłuchać muzyczki ze „Zmierzchu”.

– Bella i Edward? Anka, nawet mi nie przypominaj tej idealnej pary, bo się popłaczę. Pokłóciłam się z Radkiem. Tym razem to naprawdę koniec. Mogę wpaść do ciebie?

– Pewnie że możesz, ale nie teraz. Nie ma mnie w domu.

– A gdzie jesteś? Ryczeć mi się chce.

– Idę z zakupami do klientki.

– A, no tak, dziś środa. Idziesz do grubej Kachy? Dobrze by jej zrobiło, gdyby sama wyszła po zakupy.

Anna nie zamierzała z tym dyskutować. Katarzyna była inna niż reszta znanych Annie ludzi. Chyba nie miała wielu znajomych. Podobnie jak Edward Cullen z filmu. On też był inny. Był wampirem.

Anna nie potępiała innych. Też chciałaby być inna, ale brakowało jej odwagi. Kiedy umówiła się z Katarzyną, że będzie jej robić zakupy w zamian za niewielkie kwoty, postanowiła, że uzbiera pieniądze na tatuaż. To on pokaże ludziom, że jest inna.

– Załatwię to szybko. Wpadaj, najwyżej chwilę poczekasz. Matka jest w domu, otworzy ci.

– To mnie zachęciłaś! – Przyjaciółka się roześmiała. – Wstrzymam się do czasu, aż skończysz, bo czekanie u ciebie… wybacz, nie należy do najbardziej komfortowych. Twoja matka znowu będzie wypytywała o szkołę, chłopaków i takie tam.

– No dobra. Uwinę się jak najszybciej. Spotkamy się pod klatką, dobra?

– Tylko szybko, proszę! Już mam łzy w oczach.

Anna schowała telefon do kieszeni. Złapała siatki i ruszyła przed siebie. Do pokonania miała krótką uliczkę i schody prowadzące na trzecie piętro.

Katarzyna mieszkała w niskim bloku i Anna podejrzewała, że sama czynność wdrapywania się po schodach kosztowała ją sporo. Jej samej wnoszenie ciężkich toreb z zakupami, które zapewniłyby przeżycie czteroosobowej rodziny, sprawiało odrobinę trudności, mimo że była szczupła, miała szesnaście lat i piątki z wuefu.

Kiedy dotarła przed drzwi, położyła część reklamówek na ziemi i zapukała.

Cisza.

Po chwili powtórzyła pukanie. Następnie nacisnęła dzwonek.

Katarzyna, wbrew oczekiwaniom, nie pojawiała się w drzwiach. Anna zerknęła na zegarek, była dziewiąta trzydzieści. Katarzyna powinna być u siebie.

Sięgnęła do torebki. Klucze do mieszkania leżały na samym dnie. Wrzuciła je tam dawno temu i ani razu z nich nie korzystała. Po chwili nacisnęła klamkę i weszła do środka.

– Kasiu, to ja! Przyniosłam zakupy! – zawołała głośno na wypadek, gdyby koleżanka spała lub zabawiała się w łóżku z jakimś facetem. Dla ostrożności uznała, że nie będzie zaglądać do sypialni. Sięgnęła po zakupy i weszła do salonu.

Jedno spojrzenie w prawo na ikeowski regał oddzielający część wypoczynkową od jadalni i aneksu kuchennego sprawiło, że Anna odetchnęła z ulgą.

– Kaśka! Wołam cię i wołam! Halo, słyszysz mnie?

Koleżanka siedziała przy stole, z głową opartą o blat. Obok stał kieliszek z resztką wina i butelka.

– Przyniosłam zakupy. Nie było mleka tłustego, kupiłam półtłuste, mam nadzieję, że mnie nie zabijesz z tego powodu…

Zgrzewka mleka trafiła do szafki, jajka do lodówki. Katarzyna wciąż milczała.

– To się zaprawiłaś, dziewczyno! – Anna uznała,że koleżanka wypiła zbyt dużo i zasnęła przy stole. – Kaśka, obudź się, leć pod prysznic i na zajęcia. Mówiłaś, że w środę nie możesz opuszczać wykładów z kultury konsumpcji, bo baba ma świetną pamięć do twarzy. Kaśka!

Ponieważ krzyk nie przynosił oczekiwanych rezultatów Anna zmieniła strategię. Podeszła do koleżanki i próbowała unieść jej głowę. Przez chwilę siłowała się z bezwładnym ciałem i dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że ciało Kaśki jest nienaturalnie sztywne i zimne.

Cofnęła się.

Odgarnęła włosy zasłaniające wcześniej twarz i zauważyła, że policzek koleżanki miał kolor zbliżony do odcienia skóry wampira Edwarda, bohatera „Zmierzchu”.

Ostrożnie przyłożyła rękę do grubej szyi, próbując znaleźć puls. Przyciskała skórę w kilku miejscach, ale w żadnym nie czuła charakterystycznego ruchu tętnic. Drżącymi rękoma wyjęła komórkę z kieszeni spodni i wybrała numer.

– No cześć. Nie… Nie czekaj na mnie. Kaśka chyba nie żyje.

*

Urszula przywitała się z funkcjonariuszami siedzącymi w pokoju i zajęła miejsce za biurkiem. Na szczęście nie było mikroskopijne, mogła więc okopać się za aktami, tak jak lubiła.

– Skąd cię przenieśli? – spytał mężczyzna siedzący przy biurku obok.

– Z Łodzi – odpowiedziała uprzejmie, po czym sięgnęła po stare akta, o których wspominał przełożony.

Nie chciała wdawać się w rozmowy ani tym bardziej opowiadać o sobie. Nie teraz. Najpierw musiała poczuć się bezpieczniej w nowym miejscu, obejrzeć, jak działają w nim tutejsi funkcjonariusze i rozgryźć łączące ich zależności.

W dniu 30.05.1987 roku około godziny dwudziestej rodzice Marysi W. zaniepokoili się tym, że ich córka nie wróciła jeszcze z kościoła. Trwał Biały Tydzień.

Pierwsze czytanie akt było raczej pobieżne. Spoglądała na wybrane akapity, po to, by nabrać wstępnego wyobrażenia o sprawie.

Ojciec Jerzy W. pojechał rowerem do oddalonego o sześć kilometrów kościoła w Skórzewie, by sprawdzić, czy msza się nie przedłużyła. Kościół był już pusty. Nie znalazł córki ani na przystanku autobusowym, ani w jego okolicach, ani po drodze. Kiedy wrócił do domu, dowiedział się od koleżanki córki, że ostatni raz widziała Marysię W. na przystanku autobusowym na ulicy Złotnickiej. To tam dzieci z osiedla Bajkowego dojeżdżające na Biały Tydzień wysiadły z autobusu. Jerzy W. pojechał na najbliższy posterunek milicji zgłosić zaginięcie córki.

– I jak? Myślisz, że da się to ugryźć?

– Możesz przypomnieć mi swoje imię?

– Starszy sierżant Tomasz Chmielewski.

– Mogę po prostu Tomasz?

– Pewnie.

– Tomasz. Jeśli coś mogę ugryźć, to tylko ciebie. Pokąsać. Dopiero do tego usiadłam, a ty już mnie prosisz o osądy.

– Mówili, że jesteś super…

– A nie mówili przypadkiem, że nie lubię tracić czasu na bezsensowne rozmowy?

Chmielewski burknął coś pod nosem, a Ula mogła wrócić do lektury akt.

Poszukiwania rozpoczęły się około godziny dwudziestej trzeciej, a zakończyły o drugiej trzydzieści w nocy. Dziewczynki nie odnaleziono. Zarządzono przerwę do piątej rano, potem ponownie przeszukiwano tereny, którymi mogła podążać w drodze z przystanku do domu. Około szóstej trzydzieści na terenie Lasku Marcelińskiego przylegającego do ulicy Leśnych Skrzatów ujawniono zwłoki Marysi W.

Ciało było ułożone w zagłębieniu, przysypane ziemią i gałęziami akacji. Pierwszą osobą, która zauważyła ciało, był Jerzy W., ojciec dziewczynki. Miejsce ujawnienia zwłok to las komunalny o powierzchni 230 hektarów, w którym znajdują się liczne ścieżki spacerowe, szlaki rowerowe, a także góra saneczkowa i staw. Zwłoki znajdowały się z dala od leśnej uliczki, a także w znacznej odległości (100 metrów) od najbliższej ulicy i około 450 metrów od stawu.

– Masz już wyniki sekcji zwłok – skrzeczący głos Tomasza co chwilę wyrywał Urszulę ze skupienia.

Podnosiła głowę i sprawdziła, co się dzieje. Pokoje kryminalnych wyglądały prawie tak samo w całej Polsce. Ten poznański był trochę większy od przeciętnego, wypełniony metalowymi szafami i wszechobecnym testosteronem.

Jeden z policjantów rozmawiał przez telefon, drugi jadł kanapkę, a trzeci droczył się z Tomaszem. Pochyliła głowę i wróciła do akt. Tym razem jednak nie skupiła się na tekście, ale na czarno-białych zdjęciach.

Ofiara przysypana ziemią.

Głowa zamordowanej tylko częściowo przyprószona.

Lewa ręka i palce stóp wystające z ziemi.

Kawałek białej tkaniny.

Biały pasek.

Najbliższa okolica.

– Fuck – wyrwało jej się.

Tomasz zareagował błyskawicznie.

– Co jest?

– Czarno-białe zdjęcia.

– Mogiła, nie?

Kiwnęła głową. Powinna przyzwyczaić się do zdjęć spraw z archiwum. Wszystkie były czarno-białe, nieostre i w tak niezadowalającej jakości, że bardziej frustrowały, niż pomagały.

Wróciła do lektury.

Zwłoki Marysi W. ułożone były w wykopanym zagłębieniu o wymiarach: długość sto centymetrów, szerokość czterdzieści centymetrów, głębokość piętnaście centymetrów. Leżały na wznak, zasypane ziemią, która tworzyła niewielki pagórek. Kopczyk przykryty był gałęziami akacji. Głowa ofiary była przekrzywiona na prawą stronę, powieki zamknięte, usta półotwarte. Lewa ręka dziewczynki nieco odwiedziona od ciała, powyżej nadgarstka widoczne było złamanie. Prawa ręka odchylona do boku i tyłu, a dłoń opierała się na prawym biodrze. Nogi były wyprostowane, stopy lekko nachodziły na siebie (prawa na lewą).

Spojrzała ponownie na pierwsze zdjęcie.

Pnie drzew, kopczyk ukrywający ciało. Na nim kilka gałęzi. Wystająca z boku dziecięcia dłoń. I ta twarz. Biała i obojętna, tylko z kilkoma ziarenkami ziemi.

Ten kontrast pomiędzy ukrytym ciałem i odkrytą twarzą budził w Urszuli emocje. Wiedziała, że to, co zastaje się na miejscu zabójstwa, jest efektem dynamicznej wymiany energii pomiędzy zabójcą a ofiarą.

Ukrycie zwłok w taki sposób mówiło coś albo o zabójcy, o jego stosunku do ofiary lub o łączącej ich więzi. Zakopanie ciała, przy jednoczesnym zachowaniu odsłoniętej twarzy dziewczynki, wymagało od zabójcy precyzji i uwagi.

– Fuck! – Jęknęła znowu. – Tomasz?

– Co jest?

– Daleko jest ten Lasek Marceliński? – Chciała poczuć przestrzeń wszystkimi zmysłami, zorientować się w odległościach od drogi, w otoczeniu i we wszystkim, co mogło mieć wpływ na zachowanie zabójcy.

Oczywiście zdawała sobie sprawę, że w osiemdziesiątym siódmym roku otoczenie mogło wyglądać trochę inaczej, ale chciała porównać zdjęcia z rzeczywistością.

– Kawałek. Mogę cię tam zawieźć, jeśli chcesz.

– Kawałek, czyli ile? Pięć minut? Dziesięć?

– A weźmiesz mnie do swojego zespołu?

– Pomyślę.

– To pomyśl. Tymczasem zbieraj się. Jedziesz ze mną. Mamy trupa, musimy to sprawdzić. Na Bukowskiej, stamtąd do Lasku jest jakieś dziesięć minut piechotą.

*

– Cześć, ciociu.

Głos Weroniki dodał Ilonie skrzydeł. Bardzo długo zastanawiała się, czy powinna zadzwonić do bratanicy. Domyślała się, że takim zachowaniem może zdenerwować jej matkę. Leżała jednak w szpitalu już od tak dawna, że brak obecności bliskich jej sercu ludzi zaczął doskwierać jej tak mocno, że chyba powoli wpadała w depresję.

– Witaj, moja ulubiona wilczyco!

Pacjentka siedząca na łóżku obok – zamiast zająć się krzyżówkami, które rozwiązywała od rana do wieczora – odłożyła gruby kajecik i spojrzała na Ilonę zdziwiona.

Ilona wstała z łóżka i wyszła z sali w poszukiwaniu odosobnienia. Na korytarzu nie było lepiej. Wszędzie kręcili się ludzie w zużytych pidżamach i wypłowiałych szlafrokach. Nie pasowała tu. Jej pidżama kosztowała ponad dwieście złotych, a szlafrok był z limitowanej serii.

Wpatrując się w zielono-mdłą podłogę, dotarła do toalety.

– Już jestem, przepraszam cię, Weroniczko. – Zamknęła się w kabinie i odetchnęła z ulgą, że w końcu będzie mogła porozmawiać swobodnie przez telefon.

Bez podsłuchiwania i dziwnych spojrzeń pacjentów. Nie miała przecież z czego się tłumaczyć. Tak, ona, Ilona Drzewiecka też miała rodzinę i ludzi, których kochała, chociaż wszyscy w szpitalu traktowali ją jak wredną zołzę.

– Dawno nie dzwoniłaś, ciociu.

– Dawno. Nie miałam możliwości. Tyle spraw… – zagalopowała się. Nie chciała okłamywać Weroniki. W ogóle nie chciała już kłamać.