Wydawca: Egmont Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 308 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gra o miłość. Kroniki rodu Lacey - Ewe Edwards

Mercy Hart jest córką jednego z najbogatszych i zarazem najbardziej pobożnych londyńskich kupców. Kit Turner to aktor i nieślubny syn zmarłego hrabiego Dorset. Zrządzenie losu sprawia, że ich drogi się przecinają. Ich uczucie napotyka jednak liczne przeszkody. Dziewczyna musi zdecydować, czy pójdzie za porywem serca, czy skaże siebie i ukochanego na męki niespełnionej miłości.

Opinie o ebooku Gra o miłość. Kroniki rodu Lacey - Ewe Edwards

Fragment ebooka Gra o miłość. Kroniki rodu Lacey - Ewe Edwards

Tytuł oryginału: The Rogue’s Princess

Original English language edition first published by

Penguin Books Ltd., London

Text copyright © Eve Edwards 2011

The author has asserted her moral rights

All rights reserved

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2013

Redakcja: Anna Jutta-Walenko

Korekta: Agnieszka Trzeszkowska, Anna Sidorek

Projekt okładki i stron tytułowych:

Katarzyna Borkowska, kb-design@o2.pl

Zdjęcie na okładce: © Malgorzata Maj/arcangel-images.com

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Agnieszka Betlejewska

Przygotowanie pliku e-booka: Anita Pilewska

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. +48 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0159-3

Skład i łamanie: GJ-studio Grażyna Janecka

Dedykuję Liz Clark, z podziękowaniem

za lata przyjaźni i z wyrazami podziwu za jej

wyjątkową znajomość angielskiego purytanizmu!

Prolog

6 kwietnia 1580

Kiedy zadrżała ziemia, Mercy Hart wiedziała, że to jej wina. Bóg zesłał kataklizm na Londyn, ponieważ nie dość pilnie słuchała religijnych nauk swego ojca. A tyle razy ją pouczano, że dobre chrześcijańskie dziecko ma kierować myśli do nieba, bo inaczej diabeł znajdzie wejście do jego duszy! Od dnia, w którym matka odstawiła ją od piersi, kazano jej słuchać nakazów Kościoła i być im posłuszną. A czy słuchała? Nie. Zamiast tego, zakrywszy twarz dłońmi, zerkała przez palce za okno, obserwując mewy, krążące nad masztami statków zakotwiczonych w Rotherhithe, i zastanawiała się, kiedy wreszcie będzie kolacja.

Dom zadygotał i pył posypał się na ich głowy jak pokutny popiół w Środę Popielcową. Zastawa w kredensie zabrzęczała, a potem wypadła na podłogę i roztrzaskała się z hukiem – przywodząc na myśl przeklęte dusze, spadające w bezdenną otchłań piekła. Za oknami, na zatłoczonym Moście Londyńskim, ludzie zaczęli krzyczeć przeraźliwie i błagać Boga o zmiłowanie, aż wydawało się, że jej imię niesie się echem do niebios, jakby to ją oskarżano o klęskę1. Mercy, ogarnięta przerażeniem, kurczowo przylgnęła do swojej starszej siostry Faith2 w nadziei, że ona przynajmniej jest bez grzechu i Pan w swej niezmierzonej mądrości nie pozwoli, aby dach zwalił im się na głowy. Dla pewności pospiesznie wymamrotała modlitwę, przypominając Najwyższemu, że Faith modli się zawsze w należnej pokorze, mając wzrok spuszczony i myśli skupione na świętych sprawach. Poleciła też uwadze Pana ich brata Edwina, który klęczał obok, z dłońmi złożonymi przy piersi w modlitewnym geście, w kamiennym bezruchu, niczym figura na sarkofagu. Dzień w dzień ćwiczył tę modlitwę, świadom, że przyjdzie czas, kiedy zastąpi ojca i sam będzie przewodził rodzinnym modłom. Mercy gotowa była się założyć o swój najlepszy batystowy fartuszek, że ani on, ani jej siostra nie pozwalali sobie w takich chwilach odbiegać myślami ku kolacji czy nowym strojom i nie zerkali na kociaka bawiącego się motkiem wełny, podczas gdy ona miała w głowie taki mętlik, że nie mogła na niczym się skupić.

O, gwiazdy na niebiesiech! „Wybacz mi, Panie, że moje myśli błądzą” – podjęła Mercy, lecz w popłochu cofnęła te słowa, mając nadzieję, że Najwyższy nie zauważył jej kolejnego grzechu. Postanowiła sobie solennie, że będzie trzymać język na wodzy, dopóki nie pogłębi jak należy swojej wiary.

– O, Panie, uchroń nas przed grozą tej nocy – zaintonował jej ojciec, a głos nawet mu nie zadrżał, choć świat wokół chwiał się w posadach. Dla niego Sąd Ostateczny mógłby nadejść choćby i teraz, bo zawsze starał się być gotowy. W domu podłogi były zamiecione, a pochodnia wiary gorzała jasnym płomieniem. I nie było pod jego dachem panien, które w swojej nieroztropności mogłyby przespać moment pojawienia się Oblubieńca. – Czuwaj nad swoim wiernym ludem i zachowaj go! – wykrzyknął.

Kasztanowe kędziory, które wianuszkiem okalały łysy czubek jego głowy, rozbłysły niebiańskim blaskiem, jak aureola na zakazanych kościelnych obrazach3.

Ach, nie mogła także myśleć o heretykach! Jej grzechy mnożyły się jak króliki! Zaiste, była okropnym dzieckiem – właśnie takim jak owe nierozsądne panny z biblijnej przypowieści, które przespały swoje wesele.

Po kolejnym wstrząsie młoda podkuchenna z krzykiem rzuciła się w ramiona starszej sługi.

– Na rany Chrystusa, zginiemy tu wszyscy! – jęknęła.

Ojciec Mercy podniósł głos o ton wyżej, aby przekrzyczeć jej lamenty.

– Kiedy góry upadną, a morza się podniosą, ty, o Panie, ocalisz sprawiedliwych!

Mercy ledwie panowała nad sobą, by także nie wpaść w panikę; na szczęście siostra trzymała ją mocno, dając jej poczucie bezpieczeństwa. Legary podłogi trzeszczały niczym wiązania statku zmagającego się z naporem sztormu.

– Twój gniew poruszył ziemię, która nosi grzeszników. Zlituj się nad nami, błagamy cię, Panie!

Bóg musiał wysłuchać Johna Harta, najwierniejszego ze swoich sług, gdyż wstrząsy nagle ustały i nad Londynem zapadła dziwna, martwa cisza. Cicho było nawet przed ich domem, jednym z najbardziej okazałych budynków, stojących na tłocznym zwykle i gwarnym Moście Londyńskim4. Mercy omal nie zemdlała z nagłej ulgi.

– Dzięki niech będą Panu! – zakrzyknął Hart, w upojeniu wznosząc ramiona ku sufitowi. – Jeszcze ten raz postanowił cofnąć karzącą rękę, dając nam czas, abyśmy naprawili swoje grzechy. Dzieci, całym sercem podziękujcie Mu za tę łaskę. Zaiste, kochający jest nasz Bóg!

Na moście ludzie zaczęli wiwatować. Mercy zacisnęła powieki i wyszeptala żarliwe słowa podzięki, płynące prosto ze szczerej duszy dziesięciolatki.

– Będę dobra – obiecała. – Będę przykładała się do modlitwy i czytania Pisma. Nie pozwolę moim myślom błądzić ku tak przyziemnym rzeczom jak niebieskie sukienki z jedwabnym obszyciem, łakocie, a już zwłaszcza marce­pany, ani nie będę wybiegała na ulice, aby posłuchać mu­zykantów, jak z tej cudownej kapeli, którą napotkałam wczoraj pod bramami miasta. Nie, nie, już nigdy! Ocali­łeś Londyn, aby Mercy Hart mogła pokazać, jak Cię kocha. – Zerknęła na uduchowioną twarz siostry i spostrzegła, że w całym tym zamęcie spod jej czepka nie wymknął się ani jeden zbłąkany lok. Za to kasztanowe kędziory Mercy znów były w nieładzie. – Mam nadzieję, że uda mi się nie zawieść Cię tym razem – dodała szczerze.

Trzęsienie ziemi zachwiało teatrem w momencie, kiedy aktorzy kłaniali się publiczności po przedstawieniu Kupieckiej córki. Widzowie, zamiast klaskać, z krzykiem runęli do wyjścia, tratując się nawzajem i skacząc po ławkach. Po chwili znikli wszyscy jak jesienne liście wywiane porywem wichury. Kolista widownia elżbietańskiego teatru była niczym ten pusty orzech, którego owocu nie dane zostało aktorom posmakować.

Kit Turner, przerażony niespotykanym zjawiskiem, już chciał uciec ze sceny, kiedy ciężka dłoń opadła mu na ramię. Należała do Jamesa Burbage’a, jednego ze współwłaścicieli trupy teatralnej. Ten krępy mężczyzna o włosach koloru miedzi i brązowych oczach prezentował się raczej niepozornie – dopóki nie stanął na scenie. Dzięki niezwyk­łemu talentowi aktorskiemu potrafił tak samo dobrze wcielić się w króla jak w szewca. A jednak, choć miał artystyczną duszę, trzymał teatralne bractwo w ryzach jak generał, wspomagany przez swego równie zdolnego syna Richarda, który zarazem był jego zastępcą i wspólnikiem.

– Zostań tu, Kit. Nie znajdziesz bezpieczniejszego miejsca – rzekł Burbage.

Kit nerwowo przełknął ślinę i za radą zwierzchnika przykucnął, zakrywając głowę rękami. Wokół szalały siły piekielne i filary podpierające scenę trzeszczały niepokojąco, lecz gwiazdy, wymalowane na płóciennym firmamencie, pozostały na swoich miejscach i niebo nie zwaliło mu się na głowę. Po chwili wszystko ucichło. Pan Burbage miał rację. Kit, dumny, że udało mu się wytrwać na posterunku, wyprostował się i zgarnąwszy poły scenicznej szaty, ruszył za kulisy śladem pozostałych aktorów.

Tam dopiero, z dala od sceny, dali upust swoim prawdziwym odczuciom.

– Święci pańscy, co to było? – zapytał Tom Saxon, jeden z młodych aktorów. – Całe życie przesunęło mi się przed oczami, jak... jak karty księgi, które przewraca wiatr!

Richard Appleyard, starszy aktor, ze względu na wiek grający ojców bądź szacownych mężów stanu, zarechotał i lekko pacnął Toma w ucho.

– Krótka musiała to być lektura, co, koguciku? Nie masz więcej niż czternaście lat, więc życie nie zdążyło napisać wiele rozdziałów.

– Przeżyliśmy trzęsienie ziemi, panowie – wyjaśnił Richard Burbage, zdejmując kostium. Wyglądał jak młodsza kopia swojego ojca; był podobnej postury i miał takie samo okrągłe oblicze, bystre i tryskające humorem. – Uczeni mężowie powiedzieliby nam, iż takie wstrząsy mają naturalne, acz dotąd niepoznane przyczyny.

– Jakkolwiek... – ojciec Richarda wystąpił do przodu, wskazując gestem na Kita – ...można by też powiedzieć, że świat urządził burzliwą owację najmłodszemu członkowi naszej trupy, panu Christopherowi Turnerowi, za jego fantastyczny debiut w roli kupieckiej córki.

Mężczyźni roześmiali się i zaczęli klaskać. Zręczne posunięcie zwierzchnika odsunęło ich myśli od grozy Natury, kierując je ku tematom, o których mogliby rozprawiać bez końca. Tylko Saxon miał kwaśną minę. Pożerała go zazdrość o nowy nabytek trupy – smarkacza, który wyrugował go z pozycji najmłodszego aktora i sprzątnął sprzed nosa najbardziej lukratywne kobiece role. Walnie przyczynił się do tego młodzieńczy trądzik, który obsypał twarz Toma, czyniąc go mało przekonującym w rolach gładkolicych niewiast.

Kiedy wszyscy ochłonęli i wróciła zwykła teatralna atmosfera, Saxon dopadł Kita w kącie i wycedził:

– Ładnyś jak panienka, z tymi twoimi czarnymi lokami i wielkimi oczami. Uważaj tylko, jak zaczną ci pakować łapy pod spódnice!

Kit, wysoki smukły dwunastolatek, nie był mięczakiem i umiał radzić sobie z zaczepkami. Nie wdając się w jałowe słowne potyczki, zaserwował Tomowi fangę w brzuch, po czym jak gdyby nigdy nic zaczął zdejmować kostium. Czuł na sobie dociekliwe spojrzenie starszego Burbage’a, który przyglądał im się z daleka, usiłując dociec, dlaczego drugi z jego najmłodszych aktorów nagle zgiął się wpół i nie może złapać oddechu.

Kostiumy starannie poskładano i włożono do kufrów, ale zespół czekał jeszcze na odprawę. Pan Burbage uprzedził, aby nikt nie spóźnił się na próbę nazajutrz o dziesiątej, upomniał aktorów, którzy dotąd nie nauczyli się tekstu nowej sztuki, i jak zwykle pouczył młodzików, żeby trzymali się z dala od szynków i złego towarzystwa. W przeciwieństwie do innych, którzy znali te uwagi na pamięć, Kit chłonął każde słowo spływające z ust pryncypała z takim samym respektem jak niedzielne kazanie – a nawet z większym. Teatr był dla niego niczym nowiutka moneta, która nie wytarła się jeszcze po przejściu przez wiele rąk. Do niedawna Kit pobierał nauki w gimnazjum w Maidenhead, lecz po śmierci ojca, hrabiego Dorset, finansowe źródełko wyschło. Za życia hrabia niewiele uwagi poświęcał nieślubnemu synowi, łożąc jedynie na jego edukację – ale i ten przejaw ojcowskiej troski skończył się wraz z kresem jego żywota. Mimo to Kitowi udało się utrzymać w szkole przez kolejny rok dzięki drobnym posługom, jakie wypełniał dla swojego preceptora. Ciągle miał nadzieję, że ktoś sobie o nim przypomni; jednak mijały miesiące, a ród Laceyów, do którego wszak należał, zdawał się nie zauważać istnienia krewniaka.

Tak trwało, dopóki w mieście nie zjawiły się kolorowe wozy trupy aktorskiej, przywożąc muzykę i piękne słowa. Ich świat był zupełnie inny niż ten, który znał Kit – pełen śmiechu, zadziorności, dowcipu i pasji. Oglądając występy Burbage’ów, chłopiec zrozumiał, że to właśnie pragnie robić w życiu. Używszy swojej sztuki retorycznej, którą posiadł w szkole, gdzie w kółko przerabiało się Horacego i Cycerona, bystry dzieciak wprosił się do aktorskiej kompanii. Pomógł mu młody wiek – był jeszcze przed mutacją, a najmłodszy członek zespołu właśnie zaczął ją przechodzić i stracił swój anielski głos. Kit zastąpił go więc w rolach kobiecych, które zwykle przydzielano chłopcom w tym wieku. W teatrze elżbietańskim zabraniano bowiem kobietom grania. Wygadany młodzik o dźwięcznym, wysokim głosie tak zachwycił Burbage’a seniora, że zaangażował go do zespołu – zrazu jako chłopca do wszystkiego, ale szybko dał mu szansę zadebiutowania na scenie. Kit wiedział, że taka okazja zdarza się tylko raz, i nie wahał się ani chwili. Wyzwanie było niemałe, zważywszy na to, że teatr był jedynym, który posiadał licencję królowej na wystawianie sztuk, a gaże wypłacał najważniejszy człowiek w królestwie, lord Leicester. Z tego tytułu członkowie trupy z dumą – choć raczej na wyrost – uważali się za ludzi dworu.

Po odprawie aktorzy rozeszli się, a Burbage z synem udali się na spotkanie z lordem cenzorem – urzędnikiem dworu, który zajmował się doborem sztuk i wydawał zgodę na ich wystawianie. Kit, w obawie przed rzezimieszkami, jakich pełno było na londyńskich ulicach, włożył zarobione pieniądze do buta i sprawdził, czy nóż u pasa łatwo wychodzi z pochwy. Miał kwaterę przy Throgmorton Street, co oznaczało dobry kwadrans marszu bocznym wyboistym traktem, a zatem musiał się mieć na baczności. Teatr znajdował się za północnymi murami miasta, na terenach, gdzie swoje śmierdzące warsztaty mieli garbarze, i w odleg­łości strzału z łuku od Bedlam – azylu dla umysłowo chorych. Pan Burbage zwykł był mawiać z dużą dozą ironii, że te tereny są ściekiem, do którego Londyn wyrzuca niepożądanych mieszkańców: wariatów, śmierdzieli i komediantów. Kit nie rozumiał jeszcze wówczas, dlaczego aktorzy są w tak małym poważaniu; dla niego byli najszlachetniejszą elitą.

Wyszedł z budynku tylnym wyjściem i zdziwił się, ujrzawszy na ulicy tłum demonstrantów. Snadź zgromadzili się samorzutnie zaraz po trzęsieniu ziemi, gdyż wielu niosło zrobione naprędce z desek tablice, na których wypisano węglem, koślawymi literami: „Ziemia się trzęsie – Bóg nienawidzi komediantów” oraz: „Zbawienie albo scena”. Zdążyli już dopaść pana Appleyarda; na czele pochodu prowadził go czerwony na gębie kaznodzieja jednej z najbardziej fanatycznych parafii w okręgu Bishopsgate. Kit dawno wypracował sobie zasadę, że należy unikać podobnych jemu inkwizytorskich typów, nienawidzących wyrzutków takich jak on. Ci kapłani musieli najwidoczniej stać na końcu kolejki, kiedy Bóg rozdzielał mleko dobroci ludzkiej.

– Wy, aktorzyny, jesteście hańbą plamiącą oblicze Boga! – darł się ów człowiek boży, przekrzykując gwizdy i okrzyki tłumu. – Wasze sztuki ściągnęły Jego gniew na to miasto!

Appleyard – poczciwina o okrągłej twarzy, który dał się lubić każdemu, był zaskoczony tak poważnymi oskarżeniami. Chciał załagodzić sytuację uśmiechem, ale wyczuł, że wściekły tłum nie ulegnie jego dobrodusznemu wdziękowi. Błagalnie wzniósł ramiona.

– Dobrzy ludzie, uspokójcie się. Bóg nie zajmuje się jakimiś nędznymi sztukami, bo musi rządzić całą Naturą. Rozejdźcie się w pokoju, proszę was!

Kaznodzieja nie dał się tak łatwo uciszyć.

– Śmiesz wykładać mi słowo boże, stary koźle? Odgrywasz sprośności na scenie, a potem rozprawiasz o zamysłach boskich, jakbyś je znał? Pokajaj się, zanim diabli zaciągną cię do piekła!

Appleyard wzruszył ramionami, widząc, że apele o rozsądek nic tu nie zdziałają.

– W takim razie pozwól mi odejść i przemyśleć me liczne grzechy w zaciszu własnego domu.

Fanatyk zawahał się, zbity z tropu tą pokorną prośbą. Grzesznik pokajał się zbyt łatwo, pozbawiając go okazji widowiskowego wymierzenia sprawiedliwości. Porzucił więc niedoszłą ofiarę i zaczął rozglądać się za inną, by na nowo rozniecić bojowy zapał swoich wyznawców. Na nieszczęście jego wzrok padł na Kita.

– Spójrzcie, bracia, na tego młodzika, którego już zdążyli wpędzić w zepsucie! – zawołał z nowym żarem, celując kościstym palcem w pierś chłopca. – Przebierają go w kobiece suknie i każą mu się mizdrzyć jak jakiejś kurtyzanie!

– Zostaw mnie! – Kit wyrwał mu się z wściekłością. Nigdy się nie mizdrzył! Grał swoją rolę najbardziej prawdziwie, jak potrafił, dodając postaci ducha i godności. W kupieckiej córce nie było nic z zepsucia; ta bystra potomkini Ewy była postacią z krwi i kości, a widownia potrafiła to docenić. – Idę o zakład, że nie widziałeś sztuki, więc jakim prawem ją osądzasz, panie?

Kaznodzieja mściwie wykręcił mu ucho.

– Ach, słuchajcie, bracia! Patrzcie, jak chce się wyłgać ta męska dziwka! Nie widziałem sztuki? Nie trzeba wąchać siarki, aby wiedzieć, że piekło jest tutaj!

– Zabierz łapy! Nie jestem dziwką!

Kit miotał się, wypatrując drogi ucieczki w tłumie, ale mężczyźni otoczyli go ciasnym kręgiem. Wiedząc, jak nieobliczalny bywa londyński motłoch, zaczął się coraz bardziej niepokoić. Poczerwieniałe z wściekłości twarze, pochylone nad nim, zlewały się w przerażający wir ust otwartych do wrzasku i oczu twardych jak kamienie. Byli niczym tłum polnych strachów, które ożyły i napierały na niego jak w sennym koszmarze. Biedak czuł się jak nieszczęsna wrona, której farmer zaraz ukręci łeb, a truchło wystawi na polu, by odstraszało inne ptaki.

– W dniu, który Bóg wybrał, aby ostrzec nas trzęsieniem ziemi, ta nędzna kreatura ośmiela się mnie obrażać! – Kaznodzieja chwycił chłopca za włosy i obracał nim, pokazując go zebranym. – Czy jest dla niego za późno? Czy na zawsze zboczył ze ścieżki prawości?

– Panie, dosyć tego! – Appleyard usiłował przepchać się ku niemu, by ratować Kita, lecz utknął w zbitej masie ludzkich ciał. – Zlituj się i puść to dziecko.

– Co?! Mam go puścić i pozwolić, aby zapukał do bram piekła? – Fanatyk poderwał Kita w górę, aby wszyscy mogli go zobaczyć. – Ten chłopak nurza się w grzechu; zakładając spódnice i piszcząc jak dziewczyna, odwodzi porządnych mężczyzn od ich codziennych powinności! Każdy jego gest na scenie zachęca do nienaturalnych praktyk, zbyt grzesznych i ohydnych, by nazwać je głośno. Jego zwierzchnicy to stręczyciele, którzy dla niepoznaki mienią się aktorami. Musi zmyć z siebie grzechy i oczyścić się przed Bogiem!

Kit wzdrygnął się, przerażony takim ładunkiem czystej nienawiści, ale zacisnął zęby, nie zamierzając błagać o łaskę. Całe jego krótkie życie było ciągłą walką o własną dumę i honor, więc i tym razem nie mógł ulec – choć czuł się jak mysz w łapie kota, a gorący oddech fanatyka parzył mu kark.

– Oczyścić go! Oczyścić go! – skandował tłum, ogarnięty nastrojem upiornej zabawy.

Kaznodzieja umiejętnie wygrywał ich uczucia, jak szczurołap hipnotyzujący szczury fletem.

Mężczyźni zawlekli Kita do poidła dla koni, stojącego przed gospodą, i cisnęli do wody. Zakrztusił się, a woda wokół niego zrobiła się burobrunatna, kiedy ubranie, zafarbowane tanim barwnikiem, puściło kolor. Kaznodzieja brutalnym ruchem wepchnął go głębiej.

– Zmyj jego grzechy, o Panie! – zagrzmiał. Takiego przedstawienia potrzebował! Chwycił Kita za włosy i wyszarpnął jego głowę z wody. – Pokajasz się teraz?

Kit kurczowo łapał oddech, ale milczał.

– Nadal broni się przed światłem – oznajmił radośnie fanatyk.

Liczne ręce znów wepchnęły chłopaka pod wodę, ale tym razem przytrzymały dłużej. Kiedy zwolniły chwyt, wynurzył się, kaszląc i rozpaczliwie walcząc o oddech.

– Diabeł go wzywa, patrzcie, jak wije się w ogniu piekielnym!

Kit walczył o życie, czując, że nie przetrwa kolejnego podtopienia. Drapał, wił się i wierzgał, lecz oprawcy byli bezlitośni. Dla lepszego efektu obrócili go twarzą w dół. Słyszał stłumione przez wodę głosy, czuł, jak silne ręce dociskają go do dna. W oczach mu pociemniało, jakby wsysał go czarny tunel.

– Oto boży sąd nad grzesznikiem! – zakrzyknął kaznodzieja.

Kit, wyjęty z wody, leżał nieruchomo i oprawca się stropił. Był zawiedziony, gdyż liczył na wielki finał z kajającym się grzesznikiem, obiecującym poprawę. Widok zmaltretowanego, milczącego chłopca nie wróżył mu aplauzu. W tłumie dały się wręcz słyszeć wrogie szepty i pomruki.

– Ożeż! Co zrobiłeś temu chłopakowi? – Nowy głos wdarł się w półprzytomne myśli Kita. – Do diabła, człowieku, zabiłeś dzieciaka!

– Nie, nie, panie stajenny, on tylko udaje. – Kaznodzieja wyprostował się i wygładził szatę, pragnąc odzyskać szacunek wyznawców. Jako doświadczony mówca wiedział, kiedy uwaga słuchaczy słabnie i temat przestaje ich porywać. To był właśnie ów moment. – I nie używaj przy mnie bezbożnego języka!

– Bezbożnego? Zaraz ci pokażę, kto tu jest bezbożny! – Potężny mężczyzna zakasał rękawy.

– Nie, nie, panie stajenny, nie trzeba tu... twojej pomocy! – Fanatyk, przerażony, że oskarżą go o morderstwo, zwiał jak niepyszny, a z nim jego wyznawcy.

– Krzyżyk na drogę, podła gnido – mruknął wybawca Kita, klękając w błocie obok chłopca.

Przełożył go przez kolano i palnął w plecy, aż huknęło. Kit wypluł wodę, zakaszlał i łapiąc powietrze, potoczył wokół nieprzytomnym wzrokiem.

– W porządku, mały? – zapytał mężczyzna.

Jego wesołe brązowe oczy kontrastowały z twarzą oprycha. Nos był skrzywiony, jakby jego właściciel zderzył się z końskim kopytem.

– Dzięki.

Kit chwiejnie podniósł się na klęczki, ale nie starczyło mu sił, by wstać. Usiadł więc, oparty plecami o poidło. Jego ukochana kamizelka była w ruinie.

– Niech zaraza pochłonie purytanów! Parszywe pijawki! – pomstował stajenny, pomagając Kitowi się podnieść. – Chcą zamalować świat na czarno i wyssać z niego całą radość.

U boku Kita pojawił się pan Appleyard.

– Uratowałeś nam chłopaka!

– Ano, mało brakowało, a byłoby po nim. On jest od Burbage’a?

– Tak. Dziś pierwszy raz stanął na scenie.

– A to zuch! Po mojemu ten młodzik daleko zajdzie.

– Jak się czujesz, Kit? – Appleyard niezgrabnie poklepał chłopca po ramieniu. – Wybacz, że nie zdołałem w porę wyrwać cię z tłumu. Dwaj szaleńcy wzięli mnie za kark i odciągnęli – tłumaczył się.

Kit objął się ramionami, drżąc w chłodnym wieczornym powietrzu.

– Nie mam żalu, panie. Nie dałbyś im rady, a jeszcze i ciebie by poturbowali.

– Prawda, ale mógłbym przynajmniej spróbować. Nie czułbym się teraz takim tchórzem. Sam powiedz, człowiek gra bohaterów na scenie, a potem zachowuje się jak baba! – Appleyard nadal z niepokojem zerkał na boki, bojąc się, że kaznodzieja wróci z posiłkami, aby dokończyć dzieła.

– Odprowadzę go do domu – zaoferował się stajenny.

– Wielkie dzięki, John. Będę zobowiązany. Obawiam się, że kiepską byłbym dla niego ochroną w tych ciemnych zaułkach, zwłaszcza teraz kiedy pospólstwo zamieniło się w szalone kozły, które chcą nas wziąć na rogi!

John opiekuńczym gestem ujął chłopca za ramię.

– Chodź, mały, razem będzie nam raźniej. Mnie nie musisz się obawiać. Jak ktoś znów do ciebie podskoczy, wezmę go pod but.

To przypomniało Kitowi o jego skarbie. Poruszył palcem w bucie i z ulgą stwierdził, że pieniądze nadal tam są.

– Dzięki, panie.

– Wracaj z Bogiem, Kit, zanim te upiory znów się zjawią. – Appleyard pomachał im na pożegnanie i pospieszył do domu.

Stajenny dostarczył chłopca gospodyni jak kota wyłowionego z Tamizy. Kit od razu pobiegł do pokoju, żeby się przebrać. Na szczęście nie było jeszcze żadnego z czeladników, z którymi dzielił izbę, więc nie musiał wysłuchiwać drwiących uwag. Pomiatali nim wszyscy – od pomocnika trumniarza po rzeźnickiego praktykanta – a jednocześnie zazdrościli mu zajęcia. Byli zmienni jak wiatry – łagodni niczym ciepła bryza, gdy załatwił im darmowe wejście na nową sztukę, a znów potem chłodni i kąśliwi jak lodowaty powiew z północy, gdy zżerała ich zazdrość. Zrobiło się jeszcze gorzej, kiedy został pełnoprawnym członkiem trupy teatralnej. Biedny Kit, szarpany sprzecznymi porywami ich nastrojów, kręcił się jak kurek na dzwonnicy kościoła Bowe.

Gospodyni powiesiła jego mokre rzeczy nad ogniem w kuchni. Obiecała, że spróbuje coś zrobić z kamizelką, z której spełzł barwnik, lecz Kit nie wierzył, że jej się to uda. Szła na dół po skrzypiących wąskich schodach, utyskując dobrotliwie na niesfornych chłopaków i ich bójki. Poczciwy John oszczędził mu upokarzających wyjaśnień i opowiedział kobiecie jakąś zmyśloną bajeczkę.

Kit został wreszcie sam. Z ponurą miną wpełznął do łóżka i skulił się w pościeli, wstrząsany dreszczami. Był na tym świecie sam jak palec i nie żałował, że przeniósł się do Londynu i dołączył do teatru, choć ściągnęło to na niego tak okrutną karę. Na scenie mógł wcielać się w księżniczki, królowe i inne ważne postacie. Potem, kiedy dorośnie, będzie dostawał role królów, wojowników i bohaterów, o których najbardziej marzył. Potrzebował takiej ucieczki, gdyż poza sceną był nikim – Kitem Turnerem, hrabiowskim bękartem, zapomnianym przez rodzinę. Jedyna osoba, która go kochała – matka – odeszła, kiedy miał siedem lat.

Wyciągnął sobie drzazgę z palca i wyssał rankę, zastanawiając się, co by powiedziała mama, widząc go tutaj. Miała egzotyczną urodę, która wyróżniała ją spośród pospolitych kobiet z Berkshire. Wierzyła w dobry los i wiązała z synem wielkie nadzieje. Liczyła, że ojciec załatwi mu godne zajęcie, jak choćby żołnierza czy prawnika. Kiedy koledzy w szkole dokuczali mu z powodu nieprawego pochodzenia, mówiła: „Zaczekaj, synku, co powiedzą, kiedy tata zabierze cię do siebie. Będziesz dzielił preceptorów z młodymi szlachcicami!”.

Ale ojciec zapomniał o synu z nieprawego łoża, a matka Kita umarła, rodząc kolejnego hrabiowskiego bękarta. Dziecko przeżyło ją zaledwie o parę godzin. Kit nie potrafił zatrzeć w myślach jej obrazu i niezmiennie miał do niej żal, że została kochanką szlachcica. Nie zdążył zapytać, dlaczego w ogóle się z nim związała, choć domyślał się, że musiała marzyć o awansie społecznym. Nie, wina leżała po stronie ojca, który zaniedbał spłodzonego przez siebie syna.

Kit hardo wpatrywał się w gęstniejącą w pokoju ciemność, zbuntowany przeciwko wieczornej modlitwie, zbrzydzony całym tym religijnym szaleństwem, które skazało go na kaźń w końskim poidle. Nie wierzył, że Bóg mógłby zesłać na miasto trzęsienie ziemi tylko dlatego, że Christopher Turner odnalazł wreszcie swoje miejsce w świecie. A jeśli rzeczywiście tak się stało, to nie był prawdziwym Bogiem i Kit odrzucał go, tak jak odrzucał swego ojca i całą rodzinę. Gorzkie doświadczenia nauczyły chłopaka, że jeśli ktoś chce odwrócić się od niego, należy uprzedzić cios i wyrzec się tego kogoś zawczasu.

1Mercy (ang.) – łaska, zmiłowanie (wszystkie przypisy tłumacza).

2Faith (ang.) – wiara.

3 Akcja książki dzieje się w czasach, kiedy w Anglii utrwalał się purytanizm – ruch religijno-społeczny, mający na celu „oczyszczenie” Kościoła anglikańskiego z pozostałości po katolicyzmie. Purytanie sprzeciwiali się ozdobom i rytuałom w kościołach. Wyznawali absolutne zwierzchnictwo Boga nad sprawami ludzkimi i starali się podporządkować swe życie nakazom Pisma Świętego. Propagowali surowy tryb życia, oparty głównie na pracy, modlitwie i studiowaniu Biblii. Kolorowe ubiory, alkohol i wszelkie rozrywki, takie jak hazard czy widowiska teatralne, potępiano jako niemoralne. W języku potocznym purytanizm to skrajne trzymanie się zasad, w szczególności moralnych.

4 W tych czasach Most Londyński był zabudowany domami.

Rozdział 1

1586

Czy jesteś zupełnie pewna, że nie ma nic zdrożnego w uroczystości na cześć znajomego kupca, którą urządza twój ojciec? – zapytała Mercy swoją przyjaciółkę od serca, Ann Belknap.

Dziewczęta siedziały w pokoju Mercy, przyglądając się łodziom pokonującym niebezpiecznie wąskie przejście pomiędzy filarami mostu.

Córka złotnika, dziewczyna o włosach koloru wyrobów swego ojca i jasnym spojrzeniu szaroniebieskich oczu, stłumiła uśmiech. Ann musiała traktować obyczajowe zastrzeżenia Mercy z należną powagą. Surowy ojciec przyjaciółki kazał się córce spowiadać z najmniejszych moralnych uchybień, jakby była dłużniczką, a on wierzycielem, grożącym karą za niewywiązywanie się ze spłat.

– Nie, Mercy, zapewniam cię, że przyjaciele mojego ojca są szanowanymi, przyzwoitymi ludźmi, podobnie jak ich małżonki. Proszę, abyś dotrzymała mi towarzystwa w czasie proszonej kolacji, a nie potańcówki z diabłem na schodach katedry Świętego Pawła. Nie zamierzam podstępnie wodzić cię na pokuszenie!

Mercy zaczerwieniła się na samą myśl o pokusach, lecz nie mogła powstrzymać chichotu. Kiedy były same, Ann pozwalała sobie na większą szczerość niż zwykle i mówiła bardzo odważne rzeczy. Mercy uwielbiała ją za to i cieszyła się, słysząc, jak wypowiada te same niepokorne myśli, które kłębiły się i w jej głowie. Dawno już porzuciła dziecinne przekonanie, że przed laty ściągnęła na Londyn trzęsienie ziemi. Dziś wstydziła się, że mogła uwierzyć w taką głu­potę. A jednak, pomimo buntowniczego nastawienia, nie mogła się wyzbyć wpojonego jej przez purytańskiego ojca przekonania, że wszystko zawdzięcza Bogu i ma żyć zgodnie z przykazaniami Pana oraz Johna Harta, Jego wiernego sługi.

Czy na pewno może przyjąć zaproszenie przyjaciółki? Zanim zdążyła rozstrzygnąć tę kwestię, usłyszała własne słowa:

– Zatem z przyjemnością przyjdę, Ann. Dziękuję za zaproszenie.

– Ach, jakże się cieszę! Tylko będziesz musiała zostać u nas na noc, bo nie zdążysz wrócić, nim straże ogłoszą ciszę nocną. – Ann musnęła palcami skromną suknię Mercy. – I pozwól, abym cię ubrała. Mam kaftan pięknego koloru, który będzie na ciebie pasował, i dwa cudne nowiutkie gorsety, prosto od krawca. Pożyczę ci jeden. – Garderoba Ann, córki jednego z najbogatszych mieszczan w Londynie, była zasobniejsza niż niejednej damy dworu. Hojnie szafowała ojcowskimi pieniędzmi i zapewne od razu zamówiła dodatkowy gorset z myślą o przyjaciółce. – Mój ojciec nie zgodzi się, żebyś przyszła na wesołą uroczystość ubrana jak wdowa w żałobie – dodała.

Mercy miała narastające poczucie, że zgodziła się na coś w ciemno, nie wiedząc, co ją czeka.

– Czy mówiłam ci, że pan Fletcher poprosił ojca o rękę Catherine? – zapytała Ann, po czym w nagłym odruchu wychyliła się przez okno i rzuciła w wodę słomkę, przyglądając się, jak nurt porywa ją i niesie pomiędzy filary mostu.

– Nie. I co? – Mercy podeszła do przyjaciółki, wdychając rześki powiew bryzy, ciągnący od morza.

– I nic, musiał się obejść smakiem. Żadnej z nas ojciec nie wyda za kogoś, kto nie jest przynajmniej członkiem cechu. Catherine ulżyło, bo Fletcherowi z ust śmierdziało cebulą.

Poryw wiatru szarpnął niedbale przypiętą kryzą Mercy, aż parę szpilek wyrwało się i wpadło do wody. Przytrzymała koronki, żeby i one nie uleciały.

– Czekaj, pomogę ci! – Anne cmoknęła z przyganą. – Przy twoim talencie do obchodzenia się ze szpilkami możesz być zaraz skłuta jak tyłki gapiów na strzelnicy w Finnsbury Fields, kiedy strzela ślepy łucznik.

– Dzięki. Jestem strasznie niechlujna, chociaż się staram – przyznała Mercy, pokazując gestem pokój, który dzieliła z siostrą.

Rzeczywiście, pościel na jej łóżku była skotłowana, podczas gdy Faith zasłała swoje porządnie i równo. Podobnie było z ubraniami: z kufra Mercy wylewały się skłębione suknie, a kufer Faith przeszedłby gładko każdą wojskową inspekcję.

– Czegoś tu nie rozumiem – powiedziała Ann, zabierając się do przypinania kryzy. – Ani twoja siostra, ani brat nie noszą takich burych i zgrzebnych strojów jak ty. A przecież twój ojciec ma największe magazyny zamorskich tkanin w całym Londynie! Wczoraj widziałam Faith w przepięknej spódnicy, a dzisiaj ma białe koronkowe rękawy. Dlaczego robisz z siebie taką szarą myszkę?

Mercy milczała. Nie chciała tłumaczyć, że chodzi o sprawy pomiędzy nią a Bogiem, z obawy, że Ann ją wyśmieje. Już dawno pogodziła się z faktem, że jest gorszą siostrą i musi żyć w cieniu nieskazitelnej Faith.

– Moja droga... – Ann odchyliła głowę Mercy, żeby przypiąć ostatnią szpilkę. – Głupio robisz, marnując swoją pozycję, kiedy mogłabyś korzystać z ojcowskich dóbr. Czasami wydaje mi się, że nie chcesz być kobietą.

Mercy tylko mruknęła coś niewyraźnie.

– Przyznasz, że strojenie się w piękne rzeczy jest przywilejem naszej płci. Bóg mi świadkiem, jednym z niewielu.

Mercy wygładziła fałdy skromnej sukni. W duchu zgadzała się, że jest bura i okropna, ale w dzieciństwie zawarła układ z Bogiem i zamierzała go dotrzymać.

– Mnie to nie przeszkadza – odparła.

Ann zgarnęła parę drobiazgów Mercy, pakując je do swej skórzanej torby.

– Nieprawda, przeszkadza ci. Przecież widzę, jak spoglądasz na mój pomarańczowy kaftan. Bo ty, Mercy Hart, na siłę starasz się być grzeczną dziewczynką. Tymczasem siedzi w tobie wesoła trzpiotka, która chciałaby się wyrwać na wolność.

– Ann, proszę! Zgodziłam się przyjść do ciebie i to wystarczy.

Ann wcisnęła jeszcze do torby nocną koszulę i czystą zmianę bielizny.

– W takim razie uciekamy stąd. Kolacja jest o siódmej.