Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 447 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gosposia prawie do wszystkiego - Monika Szwaja

Świat otwiera przed nami nieograniczone możliwości – do takiego wniosku dochodzi bohaterka książki i ma rację. Aby jednak z nich skorzystać, trzeba być otwartym na ten świat, nie bać się zmian ani wyzwań, nie zasklepiać w utartych zwyczajach i poglądach. Trzeba iść do ludzi, nie zastanawiając się, co nam to da i czy aby ktoś nie zrobi nam krzywdy. No risk, no fun!

Czy prawie-doktorantka, literaturoznawczyni, może z własnej woli zostać gosposią pracującą „po domach”? I to nie w Ameryce, ale u nas, w Polsce? Czy można mieć radość z pracy? Czy można pokochać kogoś o pięćdziesiąt lat starszego od siebie? Albo o pięćdziesiąt lat młodszego? Czy trzeba tkwić w związku z osobą, która uczyniła nam krzywdę? Zakres naszej wolności jest szerszy niż czasami chcemy to przyznać. Książka ta nie powstałaby, gdyby nie kilkoro moich Czytelników, których spotkałam na trasie autorskiej lub w Internecie. Oni poszerzyli moją wiedzę i podarowali mi wiele radości. Chciałabym te wartości przekazać dalej. Monika Szwaja

Opinie o ebooku Gosposia prawie do wszystkiego - Monika Szwaja

Fragment ebooka Gosposia prawie do wszystkiego - Monika Szwaja

 

www.wydawnictwosol.pl

Copyright © Monika Szwaja 2007

www.monikaszwaja.pl

Redakcja:

Elżbieta Tyszkiewicz

Korekta:

Katarzyna Nowak

Okładka:

Leszek Żebrowski

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62404-66-4

Wydawca:

Wydawnictwo SOLMonika Szwaja • Mariusz Krzyżanowski05-600 Grójec, Duży Dół 2awydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub i Redakcja techniczna:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteauxatelier@duchateaux.pl

Powiastkę tę chciałabym zadedykować moim Czytelnikom, których miałam szczęście spotkać osobiście lub internetowo, a bez których „Gosposia” może nigdy by nie powstała:

Panu Rafałowi Zielińskiemu – powinnam napisać: pamięci Pana Rafała, ale wierzę, że gdzieś tam z góry zagląda mi w klawiaturę komputera i tak jak się umawialiśmy, pomaga wymyślać postać pewnego starszego pana...

Pani Magdzie Kulus, osobie niezwykłego charakteru i uroku (koniecznie zajrzyjcie na stronę www.blondyniblondyna.blox.pl); przy okazji Igorowi łapę z szacunkiem ściskam...

Panom Marineros Zibiemu i Dżeremu, recte Zbigniewowi Koreniowi i Jerzemu Andrzejowi Kornickiemu z podziękowaniem za niezwykłą korespondencję. Pozdrowienia dla wszystkich Panów Mates pływających na offshorach po Morzu Północnym!

Specjalne uściski dla Andrzeja Koryckiego i Dominiki Żukowskiej, którzy wprawdzie nie mają czasu mnie czytać, ale za to jakże pięknie śpiewają rosyjskie ballady, w ten sposób czyniąc świat piękniejszym (bo inaczej, jak pytał Okudżawa, doprawdy, czyż warto na ziemi tej żyć?)...

Monika Szwaja

– Je­steś na­szą naj­więk­szą ra­do­ścią – oświad­czy­ła mat­ka to­nem pod­nio­słym i otar­ła le­d­wie wi­docz­ną łzę wzru­sze­nia. Bar­dzo dba­ła o swój ma­ki­jaż i wca­le nie mia­ła za­mia­ru do­pu­ścić, że­by jej się oko roz­ma­za­ło. Nie­mniej Ma­ria wi­dzia­ła, że mat­ka na­praw­dę jest na gra­ni­cy roz­kle­je­nia.

Sta­li we trój­kę – Ma­ria i jej ro­dzi­ce – pod gi­gan­tycz­ną, jak na wa­run­ki do­mo­we, pal­mą zdo­bią­cą na­roż­nik miesz­ka­nia. Miesz­ka­nie też zresz­tą by­ło gi­gan­tycz­ne, jak wie­le po­dob­nych, urzą­dza­nych w mod­nych obec­nie lo­ftach. Ten tu­taj był swo­je­go cza­su spo­rą fa­brycz­ką tek­styl­ną pod Ży­rar­do­wem. Fa­brycz­kę ku­pił za bez­cen chy­try przed­się­bior­ca już ład­nych kil­ka­na­ście lat te­mu; miał na­dzie­ję, że mo­da na lo­fty przyj­dzie w koń­cu i nad Wi­słę, a wte­dy in­we­sty­cja zwró­ci mu się z na­wiąz­ką. Słusz­nie prze­wi­dział, trend prze­ga­lo­po­wał z za­cho­du na wschód i roz­go­ścił się, na ra­zie dość nie­śmia­ło, nie tyl­ko nad Wi­słą i Od­rą, ale też nad Pi­sią Gą­go­li­ną prze­pły­wa­ją­cą przez Ży­rar­dów i oko­licz­ne miej­sco­wo­ści.

Z dzie­się­ciu ogrom­nych miesz­kań urzą­dzo­nych w sta­rej fa­brycz­ce sie­dem by­ło za­ję­tych. W czte­rech za­miesz­ka­ły mał­żeń­stwa (dwa z drob­ny­mi dzieć­mi), w dwóch oso­by sa­mot­ne, a w jed­nym trzy spe­cja­list­ki od pi­ja­ru, sta­no­wią­ce po­dob­no zgod­ną i ko­cha­ją­cą się ro­dzi­nę, sta­ra­ją­cą się o ad­op­cję dwoj­ga nie­mow­ląt z do­mu ma­łe­go dziec­ka. Wszy­scy lo­ka­to­rzy do­jeż­dża­li do pra­cy w War­sza­wie, gdzie zgod­nie usi­ło­wa­li wspiąć się na wy­ży­ny dra­bi­ny spo­łecz­nej... je­śli ja­ko wy­znacz­nik owych wy­żyn przyj­mie­my kry­te­ria fi­nan­so­we i to­wa­rzy­skie. In­ny­mi sło­wy: by­li to mło­dzi lu­dzie mię­dzy nie­ca­łą trzy­dziest­ką a trzy­dziest­ką piąt­ką, za­trud­nie­ni w re­kla­mie, roz­ma­itych kon­sul­tin­gach, ban­kach i te­le­wi­zji. Wy­jąt­kiem był czter­dzie­sto­let­ni le­karz in­ter­ni­sta ty­ra­ją­cy z za­pa­łem w miej­sco­wym szpi­ta­lu (atrak­cyj­ne lo­kum fi­nan­so­wa­ła żo­na za­sob­na z do­mu), a szcze­gól­ną ozdo­bą lo­ftu zwa­ne­go bez­pre­ten­sjo­nal­nie Osie­dle Tkal­nia – pre­zen­ter­ka pro­gra­mów roz­ryw­ko­wych współ­pra­cu­ją­ca z róż­ny­mi sta­cja­mi te­le­wi­zyj­ny­mi i z pew­ną non­sza­lan­cją ob­no­szą­ca sta­tus gwiaz­dy.

Te­raz sta­ła pod dru­gą pal­mą, w prze­ciw­le­głym koń­cu daw­nej ha­li fa­brycz­nej, zaś mąż Ma­rii, Aleks Stra­cho­ciń­ski, za­glą­dał jej głę­bo­ko w oczy. Na Ma­rii nie ro­bi­ło to wra­że­nia. Aleks za­glą­dał w oczy wszyst­kim, miał już ta­ki od­ruch i nie mia­ło to nic wspól­ne­go z mę­sko-dam­ski­mi in­stynk­ta­mi. Po pro­stu lu­bił być lu­bia­ny, bo ni­g­dy nie wia­do­mo, kie­dy sym­pa­tia te­go lub owe­go osob­ni­ka mo­gła się oka­zać po­ży­tecz­na.

W środ­ku był zim­nym dra­niem.

Od ja­kie­goś cza­su Ma­ria wie­dzia­ła już o tym, choć za­pew­ne nie po­tra­fi­ła­by spre­cy­zo­wać, na czym to je­go drań­stwo po­le­ga. Gdy­by ją do­ci­snąć, przy­zna­ła­by się mo­że do głę­bo­kie­go prze­świad­cze­nia, że jej mąż zdol­ny jest do po­peł­nie­nia do­wol­ne­go świń­stwa, by­le tyl­ko przy­nio­sło mu wy­star­cza­ją­co du­żą ko­rzyść. No i oczy­wi­ście mu­sia­ło­by po­zo­sta­wać w gra­ni­cach pra­wa – Aleks był nie­sły­cha­nie zdol­nym praw­ni­kiem, ad­wo­ka­tem z dzia­da pra­dzia­da... no, w każ­dym ra­zie tak sa­mo jak je­go oj­ciec, a ten zbił po­kaź­ny ma­ją­tek, po­dej­mu­jąc się – z po­wo­dze­niem! – obro­ny człon­ków roz­ma­itych wo­ło­miń­sko-prusz­kow­skich ro­dzin, któ­rzy po­pa­dli w ta­ra­pa­ty. Po­to­mek kon­ty­nu­ował dzie­ło ro­dzi­cie­la, cie­sząc się za­rów­no za­ufa­niem i wdzięcz­no­ścią klien­tów, jak i nie­chęt­nym uzna­niem prze­ciw­ni­ków na sa­li są­do­wej, a tak­że sa­mych sę­dziów.

Ma­ria nie zna­ła szcze­gó­łów ży­cia za­wo­do­we­go mę­ża. Prze­strze­gał on że­la­znej za­sa­dy: nie mó­wił ni­g­dy pry­wat­nie o spra­wach służ­bo­wych. Sta­ło się to przy­czy­ną pierw­sze­go mał­żeń­skie­go nie­po­ro­zu­mie­nia, kie­dy Ma­ria zo­ba­czy­ła wła­sne­go mę­ża w te­le­wi­zji, wy­po­wia­da­ją­ce­go się w cha­rak­te­rze ad­wo­ka­ta zna­ne­go gang­ste­ra. Wy­ra­zi­ła zdu­mie­nie i na­tych­miast zo­sta­ła usta­wio­na do pio­nu... to­nem, ja­kie­go ni­g­dy nie sły­sza­ła od swo­je­go ślub­ne­go Alek­sa. Wstrzą­snę­ło nią to do głę­bi, ale in­te­li­gent­ny mał­żo­nek jesz­cze te­go sa­me­go wie­czo­ru po­sta­rał się jej to wy­na­gro­dzić.

By­li w so­bie na­praw­dę za­ko­cha­ni.

Alek­so­wi prze­szło to jak­by szyb­ciej. Być mo­że dla­te­go, że pan i wład­ca szyb­ciej nu­ży się po­słusz­ną nie­wol­ni­cą niż po­słusz­na nie­wol­ni­ca pa­nem i wład­cą. By­cie pa­nem jest sek­sy. By­cie nie­wol­ni­cą tyl­ko do pew­ne­go mo­men­tu.

Gdy­by Aleks al­bo ro­dzi­ce Ma­rii, al­bo jej są­sie­dzi usły­sze­li, że czu­je się nie­wol­ni­cą, umar­li­by ze śmie­chu. By­ła pa­nią dwu­stu­me­tro­we­go miesz­ka­nia, urzą­dzo­ne­go tak, jak sa­ma chcia­ła je urzą­dzić – po­szło na to mnó­stwo pie­nię­dzy, bo jak wia­do­mo praw­dzi­wa ele­gan­cja mu­si kosz­to­wać. Efekt był do­sko­na­ły. Nie­mniej do­sko­na­łość ma to do sie­bie, że nie trze­ba jej już po­pra­wiać, więc po dwu­let­niej pra­wie za­ba­wie w dom Ma­ria stra­ci­ła za­baw­kę. Co ja­kiś czas urzą­dza­ła przy­ję­cia, o co pro­sił ją Aleks, i na­wet ją to ba­wi­ło, ale tyl­ko na eta­pie przy­go­to­wań. Nie­koń­czą­ce się roz­mo­wy o ni­czym z ludź­mi, któ­rzy jej nic a nic nie in­te­re­so­wa­li (ale mo­gli przy­dać się Alek­so­wi), by­ły nie­mal tak mę­czą­ce jak sprzą­ta­nie po im­pre­zach. Ro­bi­ła to sa­ma, po­nie­waż Aleks nie mógł znieść my­śli, że w je­go do­mu bę­dzie gra­so­wać ja­kaś ob­ca oso­ba – czy­taj: po­moc do­mo­wa.

– Nie masz prze­cież nic lep­sze­go do ro­bo­ty, ko­cha­na – prze­ma­wiał do żo­ny czu­le od cza­su do cza­su. – A mnie się ro­bi sła­bo, kie­dy so­bie wy­obra­żę, jak ob­ca ba­ba, nie­zna­jo­ma, nie wia­do­mo skąd, grze­bie mi w szu­fla­dach i prze­sta­wia rze­czy na biur­ku. Al­bo w sy­pial­ni. Na­szej sy­pial­ni. Chy­ba mnie ro­zu­miesz, Ma­rio?

Ma­ria nie mia­ła­by nic prze­ciw te­mu, że­by ob­ca oso­ba trzy ra­zy w ty­go­dniu po­sprzą­ta­ła tę ogrom­ną po­wierzch­nię, ale się nie wy­ry­wa­ła z tym po­glą­dem, wie­dzia­ła już bo­wiem, jak re­agu­je pan mąż, kie­dy jest nie­za­do­wo­lo­ny z po­sta­wy swo­jej żo­ny.

Pięć lat te­mu Ma­ria pra­co­wa­ła na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim i zy­ski­wa­ła tam co­raz więk­sze uzna­nie ja­ko spe­cja­list­ka od kom­pa­ra­ty­sty­ki, czy­li li­te­ra­tu­ry po­rów­naw­czej. Wła­śnie otwo­rzy­ła prze­wód dok­tor­ski, kie­dy na ślu­bie przy­ja­ciół­ki po­zna­ła mło­de­go zdol­ne­go ad­wo­ka­ta i za­ko­cha­ła się w nim cięż­ko. Trud­no się by­ło w nim nie za­ko­chać. Ko­bie­ty na je­go wi­dok au­to­ma­tycz­nie pięk­nia­ły i wo­ła­ły chó­rem: „Ale cia­cho!”. Aleks jed­nak nie miał w so­bie nic z pty­sia. Był ty­pem bar­dzo mę­skim, bar­dzo ele­ganc­kim, ra­czej po­wścią­gli­wym. Ma­ria ni­g­dy w ży­ciu nie spo­dzie­wa­ła­by się, że zwró­ci uwa­gę wła­śnie na nią. Nie bra­ła pod uwa­gę, bo skąd mia­ła wie­dzieć, że jest nie­mal ide­al­nie w ty­pie Alek­sa, któ­ry nie lu­bił ko­biet ano­rek­tycz­nych, a pre­fe­ro­wał isto­ty wy­po­sa­żo­ne w cia­ło, jak to okre­ślał. Ma­ria mia­ła te­go cia­ła dość spo­ro, co ją wpę­dza­ło w zro­zu­mia­łe kom­plek­sy, no i na­gle oka­za­ło się to jej naj­więk­szym atu­tem. Bo nie łudź­my się – na in­te­lekt obie­cu­ją­cej teo­re­tycz­ki li­te­ra­tu­ry Aleks nie po­le­ciał. Po­le­ciał na pulch­ne, je­dwa­bi­ste ciał­ko, wiel­kie, zie­lo­ne oczy i kasz­ta­no­we lo­ki pra­wie do pa­sa. Ma­ria po­gra­tu­lo­wa­ła so­bie, że nie zdą­ży­ła ich ob­ciąć, co od ja­kie­goś cza­su mia­ła w pla­nie, i rzu­ci­ła się gło­wą na­przód w naj­pięk­niej­szy ro­mans swo­je­go ży­cia.

Nie da się ukryć – był to na­praw­dę pięk­ny ro­mans. Hor­mo­ny po obu stro­nach gra­ły jak sza­lo­ne i mło­dzi lu­dzie na­wet nie za­uwa­ży­li, że nie za bar­dzo ma­ją o czym roz­ma­wiać. Nie do   im by­ło. Ślub na­stą­pił ja­kieś pół ro­ku po tym, jak się po­zna­li, ku za­do­wo­le­niu obu ro­dzin, a zwłasz­cza ro­dzi­ców pan­ny mło­dej, któ­rzy by­li zda­nia, że ich cór­ka zła­pa­ła Pa­na Bo­ga za no­gi. Dla po­tom­ki­ni wiel­ko­pol­skich ko­le­ja­rzy, go­spo­dy­ni do­mo­wej Ma­rii de do­mo Bo­che­nek i na­uczy­cie­la hi­sto­rii w li­ceum, Ka­szu­ba spod Ko­ście­rzy­ny, Wła­dy­sła­wa Kwiat­ka, zięć – war­szaw­ski ad­wo­kat o zna­ko­mi­tej opi­nii, zna­nej ro­dzi­nie oraz tłu­stym port­fe­lu sta­no­wił speł­nie­nie ma­rzeń. Tym bar­dziej że wciąż cier­pie­li z po­wo­du młod­szej cór­ki, Do­ro­ty, oso­by nie­zrów­no­wa­żo­nej. Do­ro­ta nie tyl­ko nie skoń­czy­ła stu­diów (nie­na­wi­dzi­ła me­dy­cy­ny, na któ­rą po­szła za usil­ną na­mo­wą ro­dzi­ców), nie tyl­ko zmie­nia­ła na­rze­czo­nych jak rę­ka­wicz­ki, ale, o zgro­zo, sta­ła się roz­wód­ką, po czym z dru­gim mę­żem wy­je­cha­ła na sta­łe do Ame­ry­ki, tam się po raz ko­lej­ny roz­wio­dła i te­raz by­ła żo­ną ja­kie­goś po­dej­rza­ne­go po­dob­no-in­ży­nie­ra; o ko­lej­na, jesz­cze więk­sza zgro­zo, czar­ne­go jak he­ban i – naj­więk­sza zgro­zo – pro­te­stan­ta. Pań­stwo Kwiat­ko­wie, oczy­wi­ście, w naj­mniej­szym stop­niu nie by­li ra­si­sta­mi, nie mie­li nic prze­ciw­ko czar­nym, tyl­ko nie chcie­li, że­by ich cór­ka mia­ła czar­ne­go he­re­ty­ka za mę­ża. Czy to wiel­kie wy­ma­ga­nia?

Po tym strasz­nym nu­me­rze wy­cię­tym przez ma­łą Do­rot­kę (nie mia­ła jesz­cze dwu­dzie­stu trzech lat, kie­dy zwia­ła do tej Ame­ry­ki, a jej mał­żeń­stwa trwa­ły prze­cięt­nie rok), ro­dzi­ce po­waż­nie za­sta­na­wia­li się, czy nie za­żą­dać od Ma­rii po­wro­tu z War­sza­wy, gdzie wła­śnie do­sta­ła etat na uni­wer­sy­te­cie i za­czy­na­ła się sta­bi­li­zo­wać. Oj­ciec był go­tów je­chać tam i ścią­gnąć ją za łeb do Słup­ska, osta­tecz­nie tu też jest uczel­nia... no, nie ta­ki wy­pa­sio­ny uni­wer­sy­tet... ale też moż­na pra­co­wać! Mat­ka oka­za­ła wię­cej roz­wa­gi i prze­tłu­ma­czy­ła mę­żo­wi, że w sto­li­cy Ma­ria ma więk­sze szan­se na do­bre za­mąż­pój­ście. No i wy­szło na jej!

Do­sko­na­le wy­da­na za mąż Ma­ria, imien­nicz­ka mat­ki, bab­ki i pra­bab­ki, sta­no­wi­ła bal­sam na sko­ła­ta­ne du­sze ro­dzi­ców. Dwa do trzech ra­zy w ro­ku opusz­cza­li swój skrom­ny do­mek w Słup­sku (nic nie po­ra­dzi­my tu na grę pół­słó­wek, na­praw­dę miesz­ka­li w Słup­sku, w ma­łym, roz­kosz­nym dom­ku w cie­niu sta­rych drzew) i przy­jeż­dża­li w od­wie­dzi­ny do słusz­niej­szej cór­ki i jej nie­zrów­na­ne­go mę­ża. Ma­ria se­nior­ka kil­ka dni wcze­śniej wi­zy­to­wa­ła zna­jo­me go­spo­dar­stwa na przed­mie­ściach i w oko­licz­nych wio­skach, a po­tem, ze zma­ga­zy­no­wa­ny­mi pro­duk­ta­mi spo­żyw­czy­mi, oko­py­wa­ła się w kuch­ni i od­da­wa­ła or­gii go­to­wa­nia, sma­że­nia i pie­cze­nia. Ba­gaż­nik le­ci­we­go volks­wa­ge­na ję­czał i pła­kał, kie­dy to­na­mi nie­mal pa­ko­wa­ła do nie­go naj­wyż­szej świa­to­wej kla­sy ar­cy­dzie­ła spo­żyw­cze wła­sne­go wy­ro­bu. Na ba­zie tych ar­cy­dzieł zy­ska­ła so­bie wiel­ką sym­pa­tię zię­cia, któ­ry przy ca­łej swo­jej ele­gan­cji był żar­ło­kiem nie la­da.

– Po­wiem ma­mie w se­kre­cie, że oże­ni­łem się z Ma­rią po to, że­by jeść te ma­mi­ne cu­da – po­wie­dział jej kie­dyś, a ona uzna­ła to za naj­lep­szy żart na świe­cie. No i by­ła za­chwy­co­na. Z uczci­wo­ści jed­nak pod­kre­śli­ła, że Ma­ria jest rów­nie do­brą go­spo­dy­nią.

– Umie wszyst­ko to sa­mo, co ja – po­wie­dzia­ła.

– Pra­wie wszyst­ko – spro­sto­wał zięć z usta­mi peł­ny­mi ro­la­dy z kar­ków­ki z mo­re­la­mi i zio­ła­mi. – Ta­kiej ro­lad­ki mi nie ro­bi­ła.

Przy naj­bliż­szej oka­zji mat­ka na­uczy­ła cór­kę, jak się ro­bi ro­la­dę i jesz­cze kil­ka in­nych dro­bia­zgów.

Ma­ria bez opo­rów przyj­mo­wa­ła na­uki, po­nie­waż za­wsze by­ła tą „ro­dzin­ną” cór­ką i w grun­cie rze­czy lu­bi­ła ba­wić się w dom. Z tej przy­czy­ny (oraz z po­wo­du te­go nie­przy­tom­ne­go za­ko­cha­nia) po­cząt­ko­wo na­wet nie pro­te­sto­wa­ła, kie­dy Aleks za­su­ge­ro­wał po­rzu­ce­nie przez nią pra­cy na uni­wer­sy­te­cie w okre­sie, kie­dy ku­po­wa­li i wy­po­sa­ża­li swój ży­rar­dow­ski loft. Na­praw­dę chcia­ła uwić gniazd­ko swo­je­mu przy­stoj­ne­mu mę­żo­wi, aby w już uwi­tym cze­kać na nie­go z obiad­ka­mi i ko­la­cyj­ka­mi... Mo­że na­wet war­to by od ra­zu po­sta­rać się o dziec­ko – Aleks chciał iść za cio­sem, więc prze­sta­li się za­bez­pie­czać i rze­czy­wi­ście, Ma­ria za­szła w cią­żę, któ­ra jed­nak skoń­czy­ła się po­ro­nie­niem w czwar­tym mie­sią­cu. Le­karz stwier­dził ja­kieś drob­ne nie­do­ma­ga­nia, któ­re, jak twier­dził, da­dzą się bez pro­ble­mu wy­le­czyć. Po­dob­no na­wet je wy­le­czył, tyl­ko w ko­lej­ną cią­żę Ma­ria ja­koś nie za­cho­dzi­ła. Wte­dy nie przej­mo­wa­li się tym spe­cjal­nie, uwa­ża­jąc, że jesz­cze z tym zdą­żą.

Dziś Ma­ria uwa­ża­ła, że do­brze się zło­ży­ło. Za­mie­rza­ła bo­wiem pry­snąć z lo­ftu Osie­dle Tkal­nia.

Jak naj­da­lej.

De­cy­zja doj­rze­wa­ła w niej od pew­ne­go cza­su. Po­cząt­ko­wa wiel­ka na­mięt­ność trwa­ła po­nad trzy la­ta i zna­ko­mi­cie za­stę­po­wa­ła Ma­rii zdro­wy roz­są­dek. W tym cza­sie mło­dzi prze­pro­wa­dzi­li się z ob­szer­nej wil­li star­szych pań­stwa Stra­cho­ciń­skich na war­szaw­skim Żo­li­bo­rzu do Tkal­ni, co po­zwo­li­ło Ma­rii na wie­lo­mie­sięcz­ną zna­ko­mi­tą za­ba­wę w urzą­dza­nie miesz­ka­nia. W koń­cu jed­nak loft osią­gnął do­sko­na­łość. Je­dy­nym obo­wiąz­kiem Ma­rii po­zo­sta­ło sprzą­ta­nie (Aleks, jak się rze­kło, nie ży­czył so­bie w do­mu ob­cej go­spo­si) oraz go­to­wa­nie dla mę­ża-sma­ko­sza.

Na dłuż­szą me­tę oka­za­ło się to śmier­tel­nie nud­ne.

Pod­czas któ­rejś wy­pra­wy po za­ku­py do War­sza­wy Ma­ria od­wie­dzi­ła uni­wer­sy­tet i swe­go pro­mo­to­ra. Pro­fe­sor Adam Za­remb­ski ucie­szył się sza­le­nie, bo­wiem bar­dzo ją za­wsze lu­bił i ce­nił. Od­by­li dłu­gą, za­baw­ną i sym­pa­tycz­ną roz­mo­wę przy ka­wie i pti­fur­kach u Bli­kle­go. Ma­ria opo­wia­da­ła o swo­im bez­na­dziej­nym ży­ciu do­mo­wym, a pro­fe­sor o swo­ich bez­na­dziej­nych dok­to­ran­tach. Kie­dy już po raz set­ny obo­je po­pła­ka­li się ze śmie­chu, z ust pro­fe­so­ra pa­dło nie­unik­nio­ne py­ta­nie:

– No to kie­dy pa­ni wra­ca? Mam już grzać miej­sce?

– No to mo­że od no­we­go ro­ku aka­de­mic­kie­go. Pan nie żar­tu­je, pa­nie pro­fe­so­rze?

– Ani mi to w gło­wie. Stę­sk­nio­ne ło­no uczel­ni przyj­mie pa­nią jak sy­na mar­no­traw­ne­go, su­ro­wo, ale z mi­ło­ścią. Oso­bi­ście bę­dę szczę­śli­wy. No i, wnio­sku­jąc z te­go, co mi tu pa­ni mó­wi­ła, wresz­cie bę­dę miał pra­cow­ni­ka, któ­ry nie ma­ru­dzi o pod­wyż­kę.

– Bę­dę ma­ru­dzi­ła dla za­sa­dy.

– Nie­na­wi­dzę za­sad. Pa­ni Ma­ry­niu, że się tak wy­ra­żę jak do Po­ła­niec­kiej, ale ja lu­bię tę for­mę... mo­gę tak?

– Ja­sne.

– No więc, pa­ni Ma­ry­niu, niech mi pa­ni te­raz uczci­wie po­wie, co pa­ni wła­ści­wie strze­li­ło do gło­wy, że­by wte­dy od nas od­cho­dzić? Ja wiem, za­ło­ży­ła pa­ni ro­dzi­nę, ale to prze­cież nie cho­ro­ba, mnó­stwo osób za­kła­da i da­lej pra­cu­je.

– Na gło­wę mi pa­dło – wy­ja­śni­ła Ma­ria uprzej­mie. – By­łam do nie­przy­tom­no­ści za­ko­cha­na. Był pan kie­dy za­ko­cha­ny do nie­przy­tom­no­ści?

– Aż do ta­kiej, nie – od­po­wie­dział ostroż­nie pro­fe­sor. – Ale ow­szem, zda­rza­ło się ro­bić głup­stwa z cięż­kie­go afek­tu. No do­brze, naj­waż­niej­sze, że pa­ni oprzy­tom­nia­ła.

– Po­ten­cjał twór­czy mi się na­zbie­rał – za­śmia­ła się. – Bo­że, na­wet pan nie wie, ja­ki ka­mień mi z ser­ca spadł! Ba­łam się, że pan nie bę­dzie chciał ze mną w ogó­le ga­dać, a już na­praw­dę czu­łam ostat­nio, jak mi sza­re ko­mór­ki ob­umie­ra­ją mi­liar­da­mi.

– Bar­dzo się cie­szę, że zno­wu bę­dzie­my ra­zem. Rę­ka, pa­ni Ma­ry­niu!

Uści­snę­li so­bie rę­ce.

I na tym się, nie­ste­ty, skoń­czy­ło.

Te­go sa­me­go po­po­łu­dnia Ma­ria opo­wie­dzia­ła Alek­so­wi o swo­im spo­tka­niu z ulu­bio­nym pro­fe­so­rem. Mąż uśmie­chał się uprzej­mie, do­pó­ki nie do­tar­ła do spra­wy za­sad­ni­czej.

– Chy­ba żar­tu­jesz – po­wie­dział chłod­no.

– Co żar­tu­ję? Że chcę wró­cić na uni­wer­sy­tet?

– Wła­śnie.

– Wca­le nie żar­tu­ję. Aleks, sam zo­bacz. Ty sta­le sie­dzisz w War­sza­wie...

– Ja tam nie sie­dzę, mo­ja dro­ga.

– No, wiem, pra­cu­jesz. To ja sie­dzę. Sprzą­tam i go­tu­ję. Go­tu­ję i sprzą­tam. Ile moż­na go­to­wać i sprzą­tać? Wy­obra­żasz so­bie, że ty ży­jesz w ten spo­sób?

– Oczy­wi­ście, że so­bie wy­obra­żam. Gdy­byś z nas dwoj­ga to ty mia­ła lep­sze wy­kształ­ce­nie, lep­szą pra­cę i więk­sze za­rob­ki, z przy­jem­no­ścią sie­dział­bym w do­mu i od­da­wał się nie­rób­stwu.

– Aleks! Pro­szę, nie na­zy­waj te­go nie­rób­stwem! Mam cho­ler­nie du­żo ro­bo­ty, że­by do­pro­wa­dzić do bły­sku tę sto­do­łę!

– No wła­śnie, więc nie po­win­naś się nu­dzić! Jak bę­dzie wy­glą­da­ło na­sze miesz­ka­nie, kie­dy ty zaj­miesz się na­ucza­niem tę­pych głó­wek cze­goś, co w grun­cie rze­czy wca­le nie bę­dzie im po­trzeb­ne? Po­żyt­ku oj­czyź­nie nie przy­spo­rzysz, a mę­ża po­zba­wisz pod­sta­wo­we­go kom­for­tu.

– Aleks, czy na­praw­dę nie mo­że­my za­trud­nić go­spo­si? Tu już wszy­scy ma­ją go­spo­sie i nic złe­go się nie dzie­je. Cze­go ty się bo­isz?

– Ja się nie bo­ję, Ma­rio. Ja się brzy­dzę. Je­śli ci za cięż­ko, po­wiedz, ku­pię ci naj­now­sze kom­baj­ny do za­mia­ta­nia, od­ku­rza­nia i fro­te­ro­wa­nia, bę­dziesz tyl­ko gu­zi­ki na­ci­skać. Ale że­by mi ob­ca ba­ba, bru­da­ska, nie daj Bo­że ja­kaś, pcha­ła ła­py... a mo­że ty byś chcia­ła, że­by ona też go­to­wa­ła? Zwa­rio­wa­łaś kom­plet­nie. Pro­szę, nie roz­ma­wiaj­my już na ten te­mat.

Ma­ria jed­nak chcia­ła roz­ma­wiać na ten te­mat. Nie za­uwa­ży­ła zmia­ny wy­ra­zu twa­rzy swo­je­go mę­ża, któ­re­go po­licz­ki po­kry­ły się plac­ko­wa­tą pur­pu­rą, war­gi za­ci­snę­ły, a oczy za­czę­ły rzu­cać pa­skud­ne bły­ski. By­ła wła­śnie w po­ło­wie wy­wo­du, któ­ry po­chwa­li­ła­by każ­da fe­mi­nist­ka – wy­wo­du o pra­wie do roz­wo­ju oso­bi­ste­go czło­wie­ka, w tym więc au­to­ma­tycz­nie ko­bie­ty – kie­dy mąż, zbladł­szy dla od­mia­ny śmier­tel­nie, ze­rwał się z fo­te­la, chwy­cił ją za ra­mio­na i po­trzą­snął ra­czej bru­tal­nie.

– Czy ty nie zro­zu­mia­łaś, co po­wie­dzia­łem? Po­dob­no masz dy­plom wyż­szej uczel­ni! Chy­ba wy­ra­ża­łem się ja­sno? W na­szym do­mu nie bę­dzie ob­cych bab, od te­go mam żo­nę, że­by o dom za­dba­ła! Tu jest two­je miej­sce, nie na żad­nych uczel­niach, żal się Bo­że! I prze­stań wy­ga­dy­wać głu­po­ty, bo mnie do­pro­wa­dzisz do osta­tecz­no­ści!

– Puść mnie! Co to zna­czy, do osta­tecz­no­ści! Za­bi­jesz mnie? Puść, to bo­li!

– Ma bo­leć! – wark­nął. – I le­piej dla cie­bie, że­byś nie wie­dzia­ła, co to zna­czy... głu­pia kro­wo!

Za­nim Ma­ria zdą­ży­ła się zdu­mieć i obu­rzyć do głę­bi, po­czu­ła, że le­ci. Ko­cha­ją­cy mał­żo­nek ci­snął nią z du­żą si­łą, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na kie­ru­nek, ja­ki jej na­da­je. Szczę­ściem na tra­sie te­go lo­tu sta­ła roz­ło­ży­sta ka­na­pa, na któ­rej, mó­wiąc na­wia­sem, nie­raz od­da­wa­li się na­mięt­nej mał­żeń­skiej mi­ło­ści. Ma­ria upa­dła pro­sto na nią, im­pet jed­nak był tak wiel­ki, że prze­tur­la­ła się przez po­du­chy i osta­tecz­nie wy­lą­do­wa­ła na pod­ło­dze, ude­rza­jąc gło­wą w mar­mu­ro­wą ko­lu­mien­kę, na któ­rej sta­ła do­ni­ca z ogrom­ną pa­pro­cią. Ko­lu­mien­ka by­ła so­lid­na, więc tyl­ko się za­chwia­ła, na­to­miast cięż­ka, ce­ra­micz­na, szkli­wio­na do­ni­ca spa­dła pro­sto na nie­szczę­sną ofia­rę, nie tłu­kąc się, tyl­ko ob­fi­cie sie­jąc wo­kół zie­mią do kwia­tów w naj­lep­szym ga­tun­ku.

Me­ce­nas Alek­san­der Stra­cho­ciń­ski, któ­ry już opusz­czał sa­lon, od­wró­cił się na od­głos upad­ku i wi­dząc po­bo­jo­wi­sko, wy­buch­nął ho­me­ryc­kim śmie­chem.

– Po­sprzą­taj ten syf! – rzu­cił i wy­szedł osta­tecz­nie.

Ma­ria, oszo­ło­mio­na kom­plet­nie, po­le­ża­ła jesz­cze chwi­lę na pod­ło­dze. Bo­la­ła ją po­ty­li­ca, któ­rą trza­snę­ła w ko­lu­mien­kę, oraz czo­ło, w któ­re obe­rwa­ła do­ni­cą. Oczy mia­ła za­sy­pa­ne zie­mią. Gdzieś w środ­ku doj­rze­wał jej wiel­ki krzyk.

Twar­da Ka­szub­ka (po oj­cu) nie by­ła jed­nak z tych, któ­re krzy­czą. Od­zy­ska­ła czę­ścio­wo przy­tom­ność umy­słu, usia­dła z pew­nym tru­dem, stwier­dzi­ła, że bo­li ją wła­ści­wie wszyst­ko, mo­że na­wet nie­ko­niecz­nie od upad­ku, i spró­bo­wa­ła po­zbyć się cho­ler­nej zie­mi z oczu. Po­trwa­ło to ja­kiś czas. Oprzy­tom­nia­ła do resz­ty i wsta­ła. Za­krę­ci­ło jej się w gło­wie i sia­dła na ka­na­pie.

Tyl­ko raz czu­ła się po­dob­nie. By­ło to na ba­lu ma­tu­ral­nym w Słup­sku, gdzie ona i jej naj­bliż­si przy­ja­cie­le strą­bi­li się w stop­niu nie­przy­zwo­itym wó­decz­ką czy­stą, co du­szy nie pla­mi, z nie­wiel­kim do­dat­kiem so­ku z czer­wo­ne­go grejp­fru­ta. Wte­dy też sie­dzia­ła na krze­seł­ku w szat­ni i nie bar­dzo wie­dzia­ła, co się wła­ści­wie sta­ło. I też świat krę­cił się nie­przy­jem­nie, a przed­mio­ty roz­dwa­ja­ły i roz­tra­ja­ły na prze­mian.

Pierw­szą ja­ko ta­ko przy­tom­ną re­flek­sją by­ło, że te­raz po­win­na się po­pła­kać. Na nic po­dob­ne­go jed­nak się nie za­no­si­ło. W środ­ku mia­ła kom­plet­ną pust­kę.

Pust­kę, w któ­rej kieł­ko­wa­ła za­dzi­wia­ją­ca myśl.

Gdy­by kie­dyś ktoś po­wie­dział Ma­rii, że wiel­ka mi­łość mo­że skoń­czyć się w jed­nej chwi­li, nie uwie­rzy­ła­by. Te­raz sie­dzia­ła na brze­gu tej sa­mej ka­na­py, na któ­rej, jak już wie­my, lu­bi­li się ko­chać z Alek­sem, i nie to, że­by czu­ła do nie­go nie­na­wiść. Nie. Po pro­stu nie czu­ła już mi­ło­ści. Mia­ła nie­ja­sne wra­że­nie, że wi­si gdzieś w po­wie­trzu, w ko­smo­sie. Do­ko­ła niej coś dźwię­czy, coś szu­mi, za­pew­ne prze­la­tu­ją pla­ne­ty i ga­lak­ty­ki, ale ona ge­ne­ral­nie ma to w no­sie, niech so­bie prze­la­tu­ją, jej to nie prze­szka­dza.

Po­czu­ła mdło­ści. Ozna­cza­ło to, że na­le­ży ze­brać si­ły, przejść te kil­ka ki­lo­me­trów do to­a­le­ty i wy­pu­ścić pta­ka, bo jesz­cze te­go bra­ko­wa­ło, że­by mu­sia­ła sprzą­tać nie tyl­ko zie­mię z do­ni­cy, ale i wła­sne­go pa­wia.

Spró­bo­wa­ła wstać po­now­nie, ale tym ra­zem za­krę­ci­ło jej się w gło­wie moc­niej, po raz dru­gi spa­dła z ka­na­py na pod­ło­gę (na szczę­ście z tej stro­ny nie by­ło żad­nych ko­lu­mie­nek), zwy­mio­to­wa­ła i ze­mdla­ła.

Aleks tym­cza­sem wy­je­chał już sa­mo­cho­dem z ga­ra­żu z za­mia­rem od­da­le­nia się od gę­si, któ­ra go zde­ner­wo­wa­ła cał­kiem nie­po­trzeb­nie. Tro­chę mu na­wet by­ło głu­pio, ale to w koń­cu ona wy­pro­wa­dzi­ła go z rów­no­wa­gi, niech więc się nie dzi­wi, że lek­ko wy­szedł z sie­bie. Jak wró­ci, to ją prze­pro­si, wyj­mie tę scho­wa­ną Wdo­wę Cli­cqu­ot i prze­ko­na Ma­rię, że nie po­win­na już ni­g­dy wię­cej tak go stre­so­wać.

Uni­wer­sy­tet! Dok­to­rat! Bzdu­ry.

Port­fel.

A, cho­le­ra, port­fel z pie­niędz­mi i do­ku­men­ta­mi zo­stał w do­mu, w in­nej ma­ry­nar­ce.

Aleks nie­chęt­nie wy­siadł z wiel­kiej te­re­no­wej to­yo­ty i wró­cił do miesz­ka­nia.

Ma­ry­nar­kę zo­sta­wił na krze­śle w sa­lo­nie. Za­pew­ne za­sta­nie Ma­rię przy sprzą­ta­niu te­go ca­łe­go ba­ła­ga­nu... uznał, że na ra­zie nie bę­dzie ba­wił się w prze­pro­si­ny, zo­sta­wi to so­bie na wie­czór, a na ra­zie za­pre­zen­tu­je mi­nę ura­żo­ne­go pa­na i wład­cy. Niech żo­na zro­zu­mie, jak wiel­ki był jej błąd.

Ma­ria nie mia­ła za­mia­ru ani sprzą­tać, ani ni­cze­go zro­zu­mieć. Le­ża­ła w dziw­nej po­zy­cji nie tam, gdzie ją zo­sta­wił, tyl­ko po dru­giej stro­nie ka­na­py. Obok niej le­żał paw. Nie ru­sza­ła się.

Aleks na­tych­miast zde­ner­wo­wał się nie­bo­tycz­nie. Czy jej się wy­da­je, że on bę­dzie sprzą­tał to wszyst­ko?

– Nie uda­waj! – wark­nął. – Prze­cież wi­dzę, że ko­me­dię od­gry­wasz. Rusz się!

Nie ru­szy­ła się.

– Do­syć na­roz­ra­bia­łaś jak na je­den dzień – wark­nął po­now­nie, ale już z mniej­szym prze­ko­na­niem.

Pod­szedł do żo­ny i ostroż­nie, że­by się nie po­bru­dzić, chwy­cił ją za ra­mię i spró­bo­wał od­wró­cić. Otwo­rzy­ła oczy i za­mknę­ła je. Nie wy­glą­da­ła do­brze.

– Szlag by tra­fił!

Aleks wy­ko­nał bły­ska­wicz­ną pra­cę my­ślo­wą. Wy­glą­da na to, że po­trzeb­na jest po­moc me­dycz­na. Tu by­ły dwie moż­li­wo­ści. Za­we­zwać po­go­to­wie, a po­tem tłu­ma­czyć ra­tow­ni­kom, jak to się sta­ło, że mał­żon­ka spa­dła z ka­na­py i zrzu­ci­ła na sie­bie spo­rą do­ni­cę ze spo­rym kwia­tem. Dia­bli wie­dzą, czy nie wy­cią­gnę­li­by ja­kichś myl­nych wnio­sków. Dru­ga moż­li­wość to szyb­ki te­le­fon do są­sia­da le­ka­rza i bły­ska­wicz­na mo­dli­tew­ka, że­by był w do­mu. Miej­my na­dzie­ję, że so­bie po­ra­dzi... in­ter­ni­sta. I chy­ba nie bę­dzie miał głu­pich my­śli, prze­cież zna­ją się jak ły­se ko­nie... Gdzież­by są­siad le­karz miał po­dej­rze­wać są­sia­da me­ce­na­sa o nie­cne czy­ny. A mo­że żo­na pa­na dok­to­ra po­mo­że po­sprzą­tać te bru­dy?...

– Ja­cek, je­steś w do­mu?

– Cześć, Alek­sie. Je­stem. A coś ty ta­ki ner­wo­wy?

– Chry­ste, mia­łem szczę­ście. Słu­chaj, przy­je­cha­łem do do­mu i za­sta­łem Ma­rię na pod­ło­dze, za­rzy­ga­ną i nie­przy­tom­ną... mu­sia­ła spaść z ka­na­py, bo do­ni­ca wiel­ka le­ży na pod­ło­dze, pew­nie się na­pi­ła pod mo­ją nie­obec­ność, ona tro­chę pi­je, nie mó­wi­łem ci o tym, bo to i nie te­mat... tą do­ni­cą chy­ba do­sta­ła w gło­wę... mo­żesz przyjść?

– Le­cę.

Dok­tor Ja­cek Bru­dzyń­ski nie za­da­wał już żad­nych zbęd­nych py­tań, tyl­ko wy­łą­czył się, zła­pał swo­ją pod­sta­wo­wą tor­bę i po kil­ku­na­stu se­kun­dach wcho­dził do miesz­ka­nia są­sia­da. Przez ten czas Ma­ria otwo­rzy­ła oczy, ale na tym jej ak­tyw­ność się skoń­czy­ła.

– Ma­ryś, Ma­ryś, co ty wy­pra­wiasz – za­gde­rał dok­tor i po­chy­lił się nad nią. – Cze­kaj, ma­ła, nie ru­szaj się. Co się sta­ło, mo­żesz mi po­wie­dzieć? Ude­rzy­łaś się?

– A pro­si­łem, nie pij, kie­dy mnie nie ma w do­mu! – Aleks uwa­żał, że w ten spo­sób dał żo­nie wy­raź­ny sy­gnał, ja­kiej wer­sji ma się trzy­mać. Miał na­dzie­ję, że nie po­wie nic głu­pie­go. – Ja­cek, mo­że prze­nie­sie­my ją na ka­na­pę...

Le­karz od­su­nął go nie­cier­pli­wym ge­stem.

– Nie ru­szaj jej. Daj po­dusz­kę. Ma­ryś, po­patrz mi w oczy!

Po kil­ka­krot­nej pró­bie Ma­rii uda­ła się ta trud­na sztu­ka. Le­karz de­li­kat­nie ob­ma­cy­wał jej zbo­la­ły cze­rep.

– Nie wiem, jak to zro­bi­łaś, że masz ta­kie dwa pięk­ne gu­zy. Oczka ci la­ta­ją... Du­żo wy­pi­łaś? Nie­waż­ne zresz­tą. Leż spo­koj­nie, i tak mu­szę za­wo­łać po­sił­ki.

Wy­cią­gnął ko­mór­kę.

– Dok­tor Bru­dzyń­ski z tej stro­ny. Po­trze­bu­ję ka­ret­kę na Osied-le Tkal­nia. Mam tu pa­nią z po­dej­rze­niem wstrzą­śnie­nia mó­zgu... Nie wiem, co z krę­go­słu­pem, nie są­dzę, że­by był uszko­dzo­ny, ale strze­żo­ne­go Pan Bóg strze­że. Cze­ka­my nie­cier­pli­wie.

Aleks był głę­bo­ko nie­za­do­wo­lo­ny. Na cho­le­rę to po­go­to­wie? Prze­cież po to wo­łał te­go ko­no­wa­ła, że­by unik­nąć głu­pich py­tań po­go­to­wia­rzy.

– My­ślisz, że to na­praw­dę wstrząs mó­zgu? Po co te wszyst­kie ko­ro­wo­dy? Nie wy­star­czy po­ło­żyć ją do łóż­ka, że­by le­ża­ła spo­koj­nie?

– Wstrzą­śnie­nie. Mó­wi­my: wstrzą­śnie­nie mó­zgu. Ow­szem, wszyst­ko wska­zu­je na to, że je ma­my. Aleks, Ma­ry­się trze­ba za­brać do szpi­ta­la i po­rząd­nie prze­ba­dać. Nie wia­do­mo, co tam się mo­gło po­usz­ka­dzać. Mo­że ja­kieś krwia­ki po­wsta­ły, te gu­zy są ogrom­ne. Wi­dzia­łeś? Jak po­łów­ka du­że­go jabł­ka.

– Któ­ry? – zdzi­wił się głu­pio Aleks.

– Oba – od­rzekł su­cho le­karz. – Trze­ba jej zro­bić to­mo­gra­fię... Ma­ryś, hej, nie za­sy­piaj mi tu­taj. Aleks, ty i tak nie masz nic lep­sze­go do ro­bo­ty, po­zbie­raj Ma­ry­si rze­czy na kil­ka dni. Pi­ża­ma, szla­frok, ko­sme­ty­ki, szczo­tecz­ka do zę­bów. Ta­kie tam. Sam wiesz, co jest po­trzeb­ne w szpi­ta­lu.

– W ży­ciu nie le­ża­łem w szpi­ta­lu...

– To w ho­te­lu. W ho­te­lu le­ża­łeś. Rusz się. Już ja­dą, by­li bli­sko.

– Po­ja­dę z nią.

– Ja z nią po­ja­dę, a ty mo­żesz do­je­chać, je­śli chcesz. Po­ło­ży­my ją na neu­ro­lo­gii, u mo­je­go ko­le­gi, a ja bę­dę miał na nią oko. Ma­ry­sia, bę­dę miał na cie­bie oko. Cie­szysz się? Nie za­sy­piaj te­raz.

– Ja­cek, to po­waż­ne?

– Nie wiem. Na ra­zie za­kła­da­my, że tak. I miej­my na­dzie­ję, że nie.

Przez ca­ły ten czas Ma­ria wła­ści­wie nie my­śla­ła, choć bied­ny, wstrzą­śnię­ty jej mózg re­je­stro­wał ko­lej­ne wy­da­rze­nia. Po­go­to­wia­rze za­ło­ży­li jej usztyw­nia­ją­cy koł­nierz – le­karz wy­tłu­ma­czył, że to na wszel­ki wy­pa­dek – umie­ści­li na twar­dych, nie­wy­god­nych, de­sko­wa­tych no­szach i za­pa­ko­wa­li do ka­ret­ki. By­ła za­do­wo­lo­na, że Ja­cek z nią je­dzie. Da­wał ja­kieś nie­okre­ślo­ne, ale przy­jem­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

A Aleks nie. Nie da­wał po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Na ra­zie Ma­ria nie wie­dzia­ła jesz­cze, co zro­bić ze swo­ją świe­żo zdo­by­tą wie­dzą o ciem­nej stro­nie cha­rak­te­ru mę­ża, po­sta­no­wi­ła więc po­my­śleć o tym kie­dy in­dziej. Wy­pró­bo­wa­ny pa­tent Scar­lett O’Ha­ry.

Licz­ne ba­da­nia, któ­rym pod­da­no ją w szpi­ta­lu, wy­ka­za­ły, że krę­go­słup jest nie­na­ru­szo­ny, krwia­ka nie ma, a mózg do­znał owe­go wstrzą­śnie­nia (nie wstrzą­su, to za­pa­mię­ta­ła). Ty­dzień w szpi­ta­lu. I na­dzie­ja, że nic się wię­cej nie wy­klu­je, bo krwiak w za­sa­dzie ow­szem, jesz­cze mo­że. Naj­wy­ra­zist­szym uczu­ciem, ja­kie­go do­zna­wa­ła w tej chwi­li, by­ło coś w ro­dza­ju zło­śli­wej sa­tys­fak­cji, że te­raz Aleks bę­dzie mu­siał po­sprzą­tać ba­ła­gan w po­ko­ju. Ty­dzień z tym nie wy­trzy­ma.

Po­ja­wił się w szpi­ta­lu z tor­bą peł­ną jej rze­czy. Le­ża­ła sa­ma w dwu­oso­bo­wym po­ko­ju, w przy­dzie­lo­nym so­bie łóż­ku i zno­wu by­ło jej nie­do­brze. Kie­dy zo­ba­czy­ła go w drzwiach, jak­by jesz­cze trosz­kę jej się po­gor­szy­ło. Za­mknę­ła oczy i spró­bo­wa­ła wy­glą­dać jak odro­bi­na zgęsz­czo­ne­go po­wie­trza.

– No cześć, ma­lut­ka – po­wie­dział czu­le, sia­da­jąc na brze­gu łóż­ka. – Jak się czu­jesz?

– Do­brze – od­po­wie­dzia­ła i zwy­mio­to­wa­ła mu na bu­ty. Ze­rwał się z okrzy­kiem obrzy­dze­nia, któ­ry na­tych­miast po­ha­mo­wał.

– Je­zus Ma­ria, nic ci nie po­mo­gli?! Po­cze­kaj, za­wo­łam ja­kąś sa­lo­wą czy ko­goś, to po­sprzą­ta.

Wy­biegł z po­ko­ju i po chwi­li wró­cił z sa­lo­wą.

– Do­brze, że pa­ni się pod­nio­sła do wy­mio­tu – orze­kła ta przy­tom­na oso­ba. – Wca­le się pa­ni nie upa­pra­ła, ani po­ście­li, nic. Tyl­ko pod­ło­ga. To jest pi­kuś. Tak mó­wią mo­je wnucz­ki. Pi­kuś. Za­raz wy­my­ję i śla­du nie bę­dzie.

Aleks pa­trzył z roz­pa­czą na swo­je bu­ty.

– A pan niech idzie do ła­zien­ki i wy­czy­ści te trze­wi­ki – po­le­ci­ła sa­lo­wa.

Kil­ka mi­nut póź­niej sy­tu­acja by­ła opa­no­wa­na. Ma­ria le­ża­ła spo­koj­nie i kon­sta­to­wa­ła z nie­ja­kim zdzi­wie­niem, że ba­wi ją myśl o wło­skich, za­mszo­wych pół­bu­tach mę­ża.

– Ależ na­roz­ra­bia­łaś – za­czął mąż to­nem żar­to­bli­wie cie­płym. Ma­rii nie chcia­ło się od­po­wia­dać. – Le­piej ci tro­chę?

– Nie­spe­cjal­nie – mruk­nę­ła. – Wo­lę nie mó­wić.

– Nie mów, nie mów – rzu­cił po­spiesz­nie, odro­bi­nę się od­su­wa­jąc. – Ja bę­dę mó­wił. Je­stem w koń­cu ad­wo­ka­tem. – Za­śmiał się nie­co fał­szy­wie. – Głu­pio wy­szło. Mam na­dzie­ję, że nie masz mi za złe. Nie chcia­łem zro­bić ci krzyw­dy. Nie mam po­ję­cia, jak to się sta­ło, że masz ten wstrząs. Wstrzą­śnie­nie. Spa­dłaś z ka­na­py czy co?

– Prze­cież wi­dzia­łeś. Ka­za­łeś mi po­sprzą­tać ten syf.

– No, rze­czy­wi­ście. Za­po­mnia­łem. Ale bo ta­kie­go stra­chu mi na­pę­dzi­łaś jak ni­g­dy.

– Aleks, prze­stań...

– Ko­cha­na, wy­bacz, ale nie mo­gę prze­stać. Ni­g­dy w ży­ciu tak strasz­nie nie wy­sze­dłem z sie­bie. Nie mo­żesz mi ro­bić ta­kich rze­czy. Nie mo­żesz mi gro­zić, że zo­sta­wisz nasz dom na pa­stwę lo­su. Dom, któ­ry ra­zem urzą­dza­li­śmy, ra­zem wy­my­śla­li­śmy, któ­ry ko­cham, tak sa­mo jak cie­bie ko­cham...

– Tyl­ko się nie roz­płacz.

Za póź­no to po­wie­dzia­ła. Aleks wła­śnie się roz­pła­kał. Sie­dział już nie na łóż­ku, a na ta­bo­re­cie i łzy spły­wa­ły mu po po­licz­kach. Ma­ria za­sta­na­wia­ła się, czy na sa­li są­do­wej jest zdol­ny do ta­kie­go sa­me­go cyr­ku. Na­iw­niej­szych sę­dziów mo­że to na­wet nie­źle ru­szać.

– Ma­rio mo­ja je­dy­na, pro­szę, wy­bacz. Nie zniósł­bym my­śli, że mnie nie­na­wi­dzisz. Po­wiedz, że tak nie jest. Że mnie nie znie­na­wi­dzi­łaś. Tak na­praw­dę nie wiem, ja­kim cu­dem tak za­re­ago­wa­łem. Prze­cież mnie znasz, wiesz, ja­ki je­stem...

– Te­raz już wiem.

– Nie mo­żesz tak o mnie my­śleć. Po­wiem ci coś, ko­cha­na mo­ja. Wy­zdro­wie­jesz jak naj­szyb­ciej, wró­cisz do do­mu, ja tam bę­dę na cie­bie cze­kał...

Ma­ria nie od­po­wie­dzia­ła, tyl­ko spoj­rza­ła w stro­nę drzwi. Aleks po­szedł za jej wzro­kiem i zo­ba­czył opar­te­go o fu­try­nę dok­to­ra Bru­dzyń­skie­go. Cie­ka­we, ile cho­ler­ny ko­no­wał usły­szał z je­go eks­pia­cyj­ne­go za­wo­dze­nia.

– Aleks, to mi­ło, że wpa­dłeś, ale Ma­ry­si naj­bar­dziej te­raz po­trzeb­ny jest spo­kój. Ja bym pro­po­no­wał, że­byś zo­sta­wił jej rze­czy, po­szedł do do­mu, strze­lił so­bie lu­fę za zdro­wie mał­żon­ki, a mał­żon­kę zo­sta­wił nam. My ją bę­dzie­my le­czyć, a jak wy­le­czy­my, to ci od­da­my.

– Chcesz po­wie­dzieć, że nie wol­no mi od­wie­dzać żo­ny w szpi­ta­lu?

– Chcę po­wie­dzieć, że two­ja żo­na jest cho­ra, źle się czu­je, po­trze­bu­je od­po­czyn­ku. Od cie­bie też. Od wszyst­kie­go.

– Ale czy w no­cy bę­dzie się nią ktoś opie­ko­wał? Mo­że ja wy­naj­mę ja­kąś pie­lę­gniar­kę eks­tra...

– Pie­lę­gniar­ki bę­dą do niej wpa­dać. Ja też, mam dy­żur na mo­jej in­ter­nie. Idź już, na­praw­dę. Tak bę­dzie naj­le­piej. Ju­tro przyjdź. Na chwil­kę.

Aleks wstał i wciąż de­mon­stru­jąc wiel­kie nie­za­do­wo­le­nie z te­go, że oto ka­żą mu odejść od uko­cha­nej żo­ny, wy­niósł się z sa­li.

Dok­tor Bru­dzyń­ski usiadł na zwol­nio­nym zy­del­ku.

– Po­win­no ci już być nie­co le­piej, Ma­ry­siu.

– Jest mi nie­co le­piej.

– Słu­chaj, mo­ja dro­ga... Aleks wspo­mi­nał coś tam o two­im pi­ciu...

Ma­ria nie mia­ła za­mia­ru pro­sto­wać wer­sji swo­je­go mę­ża. Ten ca­ły Ja­cek to prze­cież je­go ko­leż­ka naj­lep­szy od gol­fa, i na te­ni­sa ra­zem la­ta­ją... nie ma sen­su żad­ne pro­sto­wa­nie. Ski­nę­ła tyl­ko gło­wą, nie otwie­ra­jąc oczu.

– Te­raz też by­łaś po al­ko­ho­lu?

– Tak.

– Ma­ryś – ode­zwał się le­karz to­nem tak cie­płym, że Ma­ria z za­sko­cze­nia otwo­rzy­ła oczy. – Co ty mi tu chrza­nisz, dziew­czy­no? Gdzie two­ja in­te­li­gen­cja, któ­ra mi się tak u cie­bie za­wsze po­do­ba­ła?

– Co ma wspól­ne­go pi­cie z in­te­li­gen­cją?

– Nie­wie­le. Za­uwa­ży­łaś mo­że, że ro­bi­li­śmy ci tu­taj róż­ne ba­da­nia, praw­da? Po­bie­ra­ły ci krew na­sze dziew­czy­ny?

– Ba­da­li­ście za­war­tość al­ko­ho­lu? – Ma­ria nie po­wstrzy­ma­ła uśmie­chu.

– No, po­pra­wia ci się. Oczy­wi­ście, że ba­da­li­śmy. W ży­ciu nie wi­dzia­łem ni­ko­go trzeź­wiej­sze­go. Po­nie­waż nie za­prze­czy­łaś oczy­wi­stej nie­praw­dzie, do­sze­dłem do wnio­sku, że to Aleks tak cię urzą­dził. Dla­cze­go?

Ma­ria skrzy­wi­ła się.

– Róż­ni­ca zdań na te­mat poj­mo­wa­nia ro­li żo­ny. Po­wie­dzia­łam mu, że chcę wró­cić na uni­wer­sy­tet. Zde­ner­wo­wał się i rzu­cił mnie na ka­na­pę, tyl­ko zro­bił to dość moc­no... – Za­czę­ła się śmiać. Tro­chę przy­po­mi­na­ło to szloch. – Ża­łuj, że te­go nie wi­dzia­łeś. Jak u Di­sneya. Wal­nę­łam gło­wą w ko­lu­mien­kę, a z niej zle­cia­ła mi na czół­ko do­ni­ca z du­żym kwiat­kiem. Chy­ba mia­łam szczę­ście, że Aleks wró­cił.

– Tro­chę mia­łaś, bo pew­nie do­tąd byś tam le­ża­ła. Ale mnie to wca­le nie śmie­szy. Ma­ryś, tak na­praw­dę po­wi­nie­nem za­wia­do­mić po­li­cję.

– A mo­żesz nie za­wia­da­miać?

– My­śla­łem o tym. Je­śli za­wia­do­mię, to i tak nie­wie­le zmie­ni, a twój mąż zro­bi ci pie­kło, co?

– Nie wiem. Ni­g­dy nie ro­bił mi spe­cjal­ne­go pie­kła.

– Do dzi­siaj.

– No tak. Słu­chaj, Ja­cek, je­śli mo­żesz, to nie za­wia­da­miaj. Ja mu­szę so­bie to wszyst­ko po­ukła­dać. Sa­ma. Na ra­zie śred­nio mi się my­śli. Bo­li mnie gło­wa. Ca­ła je­stem roz­bi­ta.

– Do­brze. Nie za­wia­do­mię. Ale pa­mię­taj, jak­byś po­trze­bo­wa­ła, to my tu obo­je wie­my, jak by­ło na­praw­dę. I ma­my te kwi­ty z la­bo­ra­to­rium. Ja nie je­stem za tym, że­by mę­żo­wie ci­ska­li żo­na­mi po po­ko­ju.

W cią­gu na­stęp­ne­go ty­go­dnia Ma­ria, któ­rą po­wo­li prze­sta­wa­ła bo­leć gło­wa, wie­le so­bie prze­my­śla­ła. Przy­po­mnia­ła so­bie te wszyst­kie sy­tu­acje, kie­dy Aleks oka­zy­wał jej znie­cier­pli­wie­nie al­bo ją żar­to­bli­wie stro­fo­wał. Dzia­ło się tak za­wsze wte­dy, kie­dy mia­ła in­ne zda­nie niż on. W do­wol­nej spra­wie. Za­wsze w koń­cu pod­da­wa­ła się i zga­dza­ła z Alek­sem, któ­ry tak cu­dow­nie po­tra­fił być za­do­wo­lo­nym mę­żem. Bo prze­cież był rów­nież sza­le­nie po­cią­ga­ją­cym mę­żem. Mę­żem cu­dow­nym w łóż­ku. Ma­rię ba­wi­ło to wy­cią­ga­nie świet­nych szam­pa­nów z taj­nych schow­ków, tan­ga-przy­tu­lan­ga na środ­ku wiel­kie­go sa­lo­nu, osta­tecz­ne i spon­ta­nicz­ne go­dze­nie się (czy­taj: jej ustą­pie­nie) na ka­na­pie... tej sa­mej, cho­le­ra, ka­na­pie.

Po raz pierw­szy za­mie­rza­ła po­sta­wić na swo­im, a on to zro­zu­miał. I ani mu się śni­ło na to po­zwo­lić.

Naj­bar­dziej wciąż zdu­mie­wał Ma­rię fakt, że na­mięt­na mi­łość, któ­rą ży­wi­ła do swo­je­go przy­stoj­ne­go mę­ża, zni­kła, jak­by jej ni­g­dy nie by­ło. Aleks po pro­stu prze­stał ist­nieć. Po­ja­wił się ja­kiś kom­plet­nie ob­cy fa­cet. Ma­ria nie wie­dzia­ła, czy po­win­na ten fakt ja­koś opła­kać al­bo przy­naj­mniej po­ża­ło­wać, w koń­cu kil­ka lat by­li ra­zem i ona by­ła szczę­śli­wa...

I co, i te­raz wró­ci do do­mu, jak­by nic się nie sta­ło, i da­lej bę­dzie szczę­śli­wa?

Pod ko­niec po­by­tu w szpi­ta­lu (prze­pła­ka­ła czte­ry no­ce, a trzy cał­kiem spo­koj­nie prze­spa­ła) Ma­ria po­sta­no­wi­ła dać so­bie jesz­cze tro­chę cza­su na my­śle­nie. Ty­le, ile bę­dzie trze­ba.

W dniu, w któ­rym świę­to­wa­li w gro­nie przy­ja­ciół i ro­dzi­ny czwar­tą rocz­ni­cę ślu­bu, de­cy­zję mia­ła już spre­cy­zo­wa­ną, a na­wet pew­ne kro­ki pod­ję­te. Po tej im­pre­zie już nie po­sprzą­ta.

Oczy­wi­ście nie by­ła ta­ką idiot­ką, że­by zwie­rzyć się Alek­so­wi ze swo­ich za­mia­rów i zno­wu wy­lą­do­wać w szpi­ta­lu. Nie mó­wi­ła też nic ro­dzi­com, za­chwy­co­nym i dum­nym z jed­nej przy­naj­mniej cór­ki. Ist­nia­ła du­ża szan­sa, że na­tych­miast po­le­cie­li­by do zię­cia bła­gać, że­by prze­mó­wił jej do ro­zu­mu. Po­sta­no­wi­ła jed­nak wta­jem­ni­czyć Jac­ka. Wy­da­wa­ło jej się, że jest mu to win­na. Od tam­te­go wy­pad­ku czu­ła do nie­go du­żą sym­pa­tię, by­ła mu też zo­bo­wią­za­na i za opie­kę, i za mil­cze­nie. Wi­dzie­li się po­tem kil­ka ra­zy w ja­kimś prze­lo­cie, w oko­li­cy do­mu al­bo na za­ku­pach w miej­sco­wym skle­pi­ku. Wła­ści­wie na­wet nie roz­ma­wia­li z so­bą, on ją za­zwy­czaj py­tał o sa­mo­po­czu­cie, wy­mie­nia­li uwa­gi o po­go­dzie i wra­ca­li do swo­ich wiel­kich miesz­kań w sta­rej tkal­ni. Skoń­czy­ły się na­to­miast wspól­ne tre­nin­gi Jac­ka i Alek­sa, ale to też nie sta­ło się te­ma­tem do roz­mów.

Ma­ria na­la­ła do czte­rech szkla­ne­czek pół­wy­traw­ne­go pon­czu wła­sne­go po­my­słu, we­tknę­ła do nich nie­dba­le ja­kieś pa­ra­sol­ki, po­sta­wi­ła to wszyst­ko na ta­cy i po­de­szła do Jac­ka, sto­ją­ce­go przy oknie w to­wa­rzy­stwie dwóch są­sia­dów ar­chi­tek­tów.

– Od­bi­ja­ny – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. – Czy mo­gę za­brać wam dok­tor­ka? Przy­nio­słam wam na po­cie­chę pon­czyk. Nie bój­cie się, nie jest bar­dzo słod­ki. Mu­si­cie spró­bo­wać, sa­ma go skom­po­no­wa­łam. Tyl­ko uwa­żaj­cie, do­sy­pa­łam pie­przu. Je­śli się wam spodo­ba, do­sta­nie­cie prze­pis.

Ar­chi­tek­ci, śmie­jąc się, po­szli ze swo­imi drin­ka­mi w kie­run­ku go­spo­da­rza ema­blu­ją­ce­go pre­zen­ter­kę, a Ma­ria przy­sia­dła na sze­ro­kim pa­ra­pe­cie.

– Pięk­nie wy­glą­dasz na tle za­cho­dzą­ce­go słoń­ca – za­uwa­żył uprzej­mie Ja­cek. – Tro­chę się bo­ję two­je­go pon­czu... po tych wszyst­kich ły­ska­czach. Ale co tam, ju­tro mam wol­ne, nie skrzyw­dzę żad­ne­go pa­cjen­ta. Two­je zdro­wie.

– I two­je. Słu­chaj uważ­nie, bo chcę ci uczy­nić zwie­rze­nie.

Dok­tor pod­niósł ar­ty­stycz­nie jed­ną brew.

– Je­stem do two­jej dys­po­zy­cji. Zwie­rzaj się. Czy to jest to, o czym ja my­ślę?

– Nie wiem, o czym my­ślisz. Za­mie­rzam wy­je­chać. Ro­zu­miesz, że nie in­for­mo­wa­łam Alek­sa o tym po­my­śle. Ni­ko­go nie in­for­mo­wa­łam. Wła­śnie ro­bię je­dy­ny wy­ją­tek.

– Je­stem za­szczy­co­ny – po­wie­dział mięk­ko.

– Wciąż je­stem ci wdzięcz­na, wiesz za co. Uwa­żam, że je­steś mo­im przy­ja­cie­lem. Ostat­nio w ogó­le je­dy­nym. Masz po­ję­cie, do­pie­ro po tej hi­sto­rii ka­na­po­wej, co to wiesz...

– Wiem.

– Zo­rien­to­wa­łam się, że po­zry­wa­łam wszyst­kie daw­ne kon­tak­ty. Aleks za­stę­po­wał mi ca­ły świat. Mi­łość pa­dła mi na mózg i do­pie­ro wstrząs... to zna­czy wstrzą­śnie­nie te­go mó­zgu, pa­mię­tam, że wy tak mó­wi­cie... ono do­pie­ro otwo­rzy­ło mi oczy.

– Nie po­wi­nie­nem cię o to py­tać, ale prze­my­śla­łaś wszyst­ko do­kład­nie?

– Prze­my­śla­łam.

– Za­żą­dasz roz­wo­du?

– Na ra­zie wy­ja­dę.

– Zo­sta­wisz mu wszyst­ko?

– Nie do koń­ca. Za­bio­rę mu tro­chę pie­nię­dzy. Za­bio­rę mój sa­mo­chód. Jak się za­in­sta­lu­ję, za­dzwo­nię do nie­go. Ale nie bę­dę mu po­da­wać miej­sca po­by­tu. Zo­ba­czy­my, jak się sy­tu­acja roz­wi­nie.

– A ty już sa­ma wiesz, do­kąd chcesz uciec?

– Mam pew­ne po­my­sły. Na pew­no nie do War­sza­wy, tam bym sta­le na nie­go wpa­da­ła, a je­śli na­wet nie, to ła­two by mnie zna­lazł. Trud­no, zre­zy­gnu­ję na ra­zie z uni­wer­sy­te­tu. Chcę so­bie te­raz zro­bić ty­dzień urlo­pu, przez ten ty­dzień osta­tecz­nie usta­lę pla­ny.

– Masz się na kim oprzeć? Do ko­go po­je­chać? Do ma­my i ta­ty?

– Ma­ma i ta­ta wy­klu­cze­ni, uwiel­bia­ją Alek­sa i ni­g­dy by mi nie uwie­rzy­li w to, że mnie po­bił, a jak­by na­wet uwie­rzy­li, to­by uzna­li, że go spro­wo­ko­wa­łam. Żal mi ich, są strasz­nie dum­ni ze mnie. Z po­wo­du mo­je­go mał­żeń­stwa, nie ze mnie oso­bi­ście. Nie wiem jesz­cze, gdzie wy­lą­du­ję. Gdzieś na pew­no.

– Za­dzwo­nisz do mnie też?

– A chcesz?

– Chciał­bym wie­dzieć, jak ci się po­wo­dzi.

– To za­dzwo­nię. Ja­cek, a dla­cze­go wła­ści­wie przy­sze­dłeś bez żo­ny?

Py­ta­nie by­ło tro­chę nie­tak­tow­ne, ale Ma­ria, od­kąd zde­cy­do­wa­ła się na znik­nię­cie z daw­ne­go ży­cia, sta­ła się od­waż­niej­sza... rów­nież w za­kre­sie nie­tak­tow­nych py­tań.

Ja­cek nie miał jej za złe.

– Roz­wo­dzi­my się z Ka­sią. Nie­dłu­go też wy­pro­wa­dzę się z tej ca­łej Tkal­ni.

– Bo­że, prze­pra­szam cię!

– Nie prze­pra­szaj, nie ma za co. Nam się już od ro­ku psu­ło. Ka­sia mia­ła za­wsze swo­je wła­sne ży­cie, te­raz ma też ja­kie­goś pa­lan­ta... nie śmiej się, na­praw­dę strasz­ny pa­lant, roz­ma­wia­łem z nim kie­dyś. To sce­no­graf te­le­wi­zyj­ny. Głu­pi jak but, a zdol­no­ści, po­patrz, ma. I do­bre te sce­no­gra­fie ro­bi. A mo­ja Ka­sia ar­chi­tekt­ka, to się do­ga­da­li. Ze mną nie mia­ła o czym roz­ma­wiać. Ja w te­atrze za­sy­piam, wo­lę ło­no na­tu­ry, by­le ja­ką łącz­kę zie­lo­ną. A ona na­tu­rę ma w no­sie... Roz­sta­je­my się w przy­jaź­ni.

– Ma­cie szczę­ście.

– W su­mie ta­kie so­bie. Ale na pew­no więk­sze niż ty. Mam na­dzie­ję, że te­raz ci się od­wró­ci.

Ma­ria też mia­ła na­dzie­ję, że te­raz jej się od­wró­ci. Za­czę­ła już dzia­łać w tej spra­wie. Przy­jąt­ko skoń­czy­ło się ko­ło pół­no­cy, go­ście ro­ze­szli się do wła­snych do­mów, a ro­dzi­ce Ma­rii, kon­ten­ci bar­dzo, od­pły­nę­li na fa­li szczę­ścia i du­my z cór­ki do go­ścin­ne­go po­ko­ju. Aleks od­dał te­go wie­czo­ru spra­wie­dli­wość za­rów­no pon­czo­wi swo­jej żo­ny, jak i Wdo­wie Cli­cqu­ot wy­cią­gnię­tej z szaf­ki na oko­licz­ność rocz­ni­co­wą, a po­za tym ca­ły wie­czór po­pi­jał swo­je­go ulu­bio­ne­go Glen­fid­di­cha – był więc w do­sko­na­łym na­stro­ju i miał ocho­tę na amo­ry, jed­nak wszyst­kie wy­pi­te trun­ki zmó­wi­ły się zło­śli­wie prze­ciw nie­mu i speł­nie­nie za­mia­ru unie­moż­li­wi­ły. Za­snął w mał­żeń­skim ło­żu, za­nim zdą­żył wy­po­wie­dzieć wład­cze: „Chodź tu do mnie, ko­cha­nie”.

Ma­ria by­ła za­do­wo­lo­na z ta­kie­go ob­ro­tu spraw. Od swo­je­go po­wro­tu ze szpi­ta­la kil­ka ra­zy ko­cha­ła się z Alek­sem (o ile moż­na użyć te­go okre­śle­nia) – bez przy­jem­no­ści, bez sa­tys­fak­cji, wła­ści­wie bez żad­nych uczuć. Prze­waż­nie jed­nak w od­po­wie­dzi na je­go za­pro­sze­nia do fi­giel­ków skar­ży­ła się na nie­zno­śny ból uszko­dzo­nej gło­wy. Do­pie­ro nie­daw­no Aleks za­czął do­cho­dzić do wnio­sku, że ona chy­ba krę­ci. Ona sa­ma zaś za­da­wa­ła so­bie py­ta­nie – czy ta zim­na obo­jęt­ność wo­bec nie­go roz­cią­gnie jej się na wszyst­kich fa­ce­tów?

Na ra­zie nie mia­ła ocho­ty te­go spraw­dzać.

Zo­sta­wi­ła odło­giem ca­ły przy­ję­cio­wy ba­ła­gan i zro­bi­ła so­bie pach­ną­cą, re­lak­su­ją­cą ką­piel w zio­łach, so­lach i aro­ma­tach. Umy­ła gło­wę i po­ło­ży­ła na twa­rzy od­żyw­czą ma­secz­kę. Śpią­cy snem spra­wie­dli­we­go Aleks nie miał po­ję­cia, że je­go żo­na wła­śnie za­czy­na no­we ży­cie... nie to, że­by przed­tem się nie ką­pa­ła: tę ką­piel jed­nak po­trak­to­wa­ła sym­bo­licz­nie, jak­by so­le i szam­po­ny mia­ły zmyć z niej resz­tę stre­sów ostat­nich mie­się­cy.

Oczy­wi­ście nic po­dob­ne­go nie zro­bi­ły, ale Ma­ria wo­la­ła tak wła­śnie my­śleć.

Mał­żeń­skie ło­że mie­li tak sze­ro­kie, że je­śli chcie­li, mo­gli spać cał­kiem da­le­ko od sie­bie. Dzi­siaj ona tak chcia­ła.

Ran­ka­mi za­zwy­czaj wsta­wa­ła wcze­śniej, aby zro­bić do­sko­na­łe śnia­da­nie – Aleks lu­bił wy­jeż­dżać do War­sza­wy, do pra­cy so­lid­nie po­krze­pio­ny – tym ra­zem na­wet się nie ru­szy­ła z po­sła­nia. W po­dob­nych przy­pad­kach ścią­gał ją z łóż­ka ni­by to żar­to­bli­wie, ale bez­względ­nie; te­raz głu­pio mu by­ło wo­bec te­ścio­wej, któ­ra od bla­de­go świ­tu z pie­śnią na ustach sma­ży­ła be­ko­nik od zna­jo­me­go rzeź­ni­ka i ja­jecz­ka od miej­sco­wych kur, sie­ka­ła szczy­pio­rek i rzod­kiew­ki, mie­sza­ła ze świe­żut­kim twa­roż­kiem, pa­rzy­ła won­ną ka­wę i ukła­da­ła w mi­ster­ny sto­sik bu­łecz­ki, po któ­re zdą­ży­ła już po­le­cieć do pie­kar­ni.

Pan me­ce­nas na­żarł się te­go wszyst­kie­go jak py­ton, po­dzię­ko­wał wy­lew­nie te­ścio­wej, ca­łu­jąc ją po rącz­kach, wy­dzwo­nił tak­sów­kę (nie był pe­wien swo­ich pro­mi­li), za­brał wiel­ką czar­ną te­kę i ty­le go by­ło.

Ma­ria uzna­ła, że mo­że już wstać. Roz­anie­lo­na wciąż ma­mu­nia do­sma­ży­ła jej ja­jecz­nicz­ki, chwa­ląc wciąż wczo­raj­szy wie­czór, je­go ogól­ną wy­twor­ność, wi­docz­nie wy­so­ki sta­tus go­ści i na­de wszyst­ko zię­cia. Ma­ria po­prze­sta­ła na uprzej­mych uśmie­chach, co po­zwo­li­ło ma­mu­ni przy­pusz­czać, że cór­kę mę­czy kac. Nie wy­ma­ga­ła więc od niej udzia­łu w kon­wer­sa­cji, zresz­tą sa­ma ga­da­ła wy­star­cza­ją­co du­żo.

Po śnia­da­niu Ma­ria wzię­ła orzeź­wia­ją­cy prysz­nic, rzu­ci­ła na twarz de­li­kat­ny ma­ki­jaż i za­sia­dła do kom­pu­te­ra. Ko­rzy­sta­jąc z nie­oce­nio­nej ban­ko­wo­ści elek­tro­nicz­nej, prze­la­ła pew­ną su­mę z mał­żeń­skie­go kon­ta na świe­żo za­ło­żo­ne wła­sne. Sym­pa­tycz­ny pan w ban­ku wy­ja­śnił jej kil­ka dni te­mu, że mo­że tak zro­bić, bo­wiem obo­je z mę­żem dys­po­nu­ją kon­tem na rów­nych pra­wach. Mąż wpraw­dzie bę­dzie znał nu­mer kon­ta, na któ­re po­szły pie­nią­dze, nic mu jed­nak ta wie­dza nie da, bo to jej oso­bi­ste kon­to, a on nie bę­dzie mógł go ru­szyć pal­cem.

Tro­chę jej się przy tej ope­ra­cji trzę­sły rę­ce, a gdzieś w uszach dzwo­ni­ło nie­przy­jem­nie. Wzię­ła jed­nak głę­bo­ki od­dech i zro­bi­ła, co za­mie­rza­ła.

– Co ro­bisz tak od ra­na? – Mat­ka za­bie­ra­ła się wła­śnie do sprzą­ta­nia po­bo­jo­wi­ska w sa­lo­nie i chęt­nie wi­dzia­ła­by ja­kąś po­moc. – Le­piej chodź tu do mnie! Ja nie wszyst­ko wiem, co gdzie po­usta­wiać, co moż­na w zmy­war­ce, a co nie...

– Da­waj wszyst­ko do zmy­war­ki. – Wraz z mi­ło­ścią do mę­ża wy­ga­sła Ma­rii mi­łość do sta­rej an­giel­skiej por­ce­la­ny, któ­rą do­tąd trak­to­wa­ła z ostroż­nym sza­cun­kiem. – Ja mu­szę po­pła­cić ra­chun­ki, bo dzi­siaj mi­ja ter­min.

W za­sa­dzie nie kła­ma­łam, za­ła­twiam ra­chun­ki – po­my­śla­ła i kon­ty­nu­owa­ła dzie­ło. Te­raz na­le­ża­ło na­pi­sać list do Alek­sa.

„Dro­gi Alek­sie. Mo­ja ma­ma już Ci na pew­no po­wie­dzia­ła, że wy­je­cha­łam. Trak­tuj to ja­ko roz­sta­nie. Roz­wód za­ła­twi­my za ja­kiś czas, jak doj­rze­ję. Na ra­zie naj­pil­niej­szą dla mnie spra­wą jest od­da­le­nie się od Cie­bie. Nie mia­łam po­ję­cia, że mi­łość mo­że znik­nąć w jed­nej chwi­li – do­my­ślasz się, któ­ra to by­ła chwi­la. Ko­cha­łam Cię na­praw­dę przez te wszyst­kie la­ta i na­wet by­łam szczę­śli­wa ja­ko Two­ja żo­na. Nie mo­gę jed­nak Cię ko­chać, kie­dy już wiem, do cze­go po­tra­fisz się po­su­nąć. Nie mo­gę Cię ko­chać, sko­ro za­mie­rzasz mnie trak­to­wać jak swo­ją wła­sność, a nie jak czło­wie­ka. Nie ro­zu­miesz mnie i ni­g­dy nie mia­łeś za­mia­ru zro­zu­mieć. My­ślę też, że ni­g­dy mnie na­praw­dę nie ko­cha­łeś.

Nie jest mi z tym ła­two ani przy­jem­nie żyć – ale bę­dę mu­sia­ła się na­uczyć. Mam na­dzie­ję, że za ja­kiś czas bę­dę pa­mię­ta­ła głów­nie to, co mię­dzy na­mi by­ło do­bre. Na ra­zie je­stem pod wra­że­niem te­go, co mi uświa­do­mi­łeś: że czte­ry la­ta by­łam Two­ją gej­szą, ku­char­ką, sprzą­tacz­ką, ho­stes­są, pa­nien­ką od sek­su.

Wy­pła­ci­łam so­bie ho­no­ra­ria za tę pra­cę. Po­nie­waż by­łam dys­po­zy­cyj­na dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na do­bę, przy­ję­łam staw­kę mie­sięcz­ną, jak dla sta­łej go­spo­si, a nie od go­dzi­ny. Wie­lo­funk­cyj­ną go­spo­się na­si są­sie­dzi Wit­kow­scy (pa­mię­tasz, miesz­ka­li rok w tym miesz­ka­niu, do któ­re­go po­tem wpro­wa­dzi­li się Bru­dzyń­scy) mie­li za trzy ty­sią­ce mie­sięcz­nie. Z tych trzech ty­się­cy od­li­czy­łam pół­to­ra na je­dze­nie, kiec­ki, ko­sme­ty­ki, prąd, gaz i wo­dę. I co tam jesz­cze. Wy­szło pół­to­ra mie­sięcz­nie – przez czter­dzie­ści osiem mie­się­cy to da­je sie­dem­dzie­siąt dwa ty­sią­ce. Ty­le wła­śnie prze­la­łam so­bie z na­sze­go kon­ta na mo­je wła­sne. Zo­sta­ło Ci jesz­cze dwa­dzie­ścia sie­dem, ale szyb­ko do­ro­bisz, jak znam ży­cie.

Za­bie­ram też yari­sa. Do­ceń, że zo­sta­wiam Ci land cru­ise­ra, a przy­dał­by mi się je­go ba­gaż­nik... bę­dę się mu­sia­ła ogra­ni­czać.

Uwa­żam, że cał­kiem spo­ro Ci na po­cie­chę zo­sta­je – sam nasz lof­cik wart jest, nie wiem ile, ale bar­dzo du­żo, a jesz­cze te wszyst­kie an­ty­ki i ob­raz­ki na ścia­nach... nie zgi­niesz. O roz­wód wy­stą­pię za ja­kiś czas. Gdy­byś chciał mi ro­bić ja­kieś trud­no­ści, pa­mię­taj, że ty­dzień le­ża­łam na neu­ro­lo­gii po­bi­ta przez Cie­bie, a gdy­byś jesz­cze chciał wma­wiać ko­muś, że się strą­bi­łam i za­ata­ko­wa­łam do­nicz­kę po pi­ja­ne­mu – nie za­po­mi­naj, że w szpi­tal­nej do­ku­men­ta­cji jest wy­nik mo­je­go ba­da­nia krwi stwier­dza­ją­ce­go, że by­łam trzeź­wa – wbrew te­mu, co gło­si­łeś wszem i wo­bec.

Nie wiem jesz­cze, gdzie osta­tecz­nie osią­dę. Nie szu­kaj mnie. Sa­ma Cię znaj­dę, jak uznam, że po­ra na za­le­ga­li­zo­wa­nie roz­wo­du. Wte­dy też we­zmę resz­tę mo­ich rze­czy. Nie wy­rzu­caj ich, pro­szę. Gdy­byś jed­nak chciał to zro­bić, daj znać, za­bio­rę je szyb­ciej.

Ko­mór­kę i ad­res ma­ilo­wy so­bie zmie­niam, więc nie pisz, bo nie od­po­wiem. Jak so­bie ku­pię no­wy te­le­fon i za­strze­gę nu­mer, to się ode­zwę.

Nie jest mi do­brze z tym, co ro­bię. Ale by­ło­by znacz­nie go­rzej, gdy­bym te­go nie zro­bi­ła.

Zo­sta­wiam Ci mo­ich zdzi­wio­nych ro­dzi­ców. Oni nic nie wie­dzie­li, więc jak­by co, to się na nich nie wy­ży­waj. Ju­tro i tak ma­ją wra­cać do Słup­ska. A je­śli oka­żesz uprzej­mość mo­jej ma­mie, to zro­bi Ci ge­nial­ną ko­la­cyj­kę na po­cie­sze­nie.

No to że­gnaj”.

Wy­dru­ko­wa­ła list, pod­pi­sa­ła i po­ło­ży­ła na biur­ku Alek­sa.

Igno­ru­jąc wo­ła­nia mat­ki, po­szła do gar­de­ro­by i za­ła­do­wa­ła ubra­nia­mi trzy du­że tor­by. Do czwar­tej wło­ży­ła kil­ka ksią­żek, tro­chę swo­ich pa­pie­rów, no­ta­tek i do­ku­men­tów, ko­sme­ty­ki, ja­kieś dro­bia­zgi, bez któ­rych nie chcia­ła od­jeż­dżać. Znio­sła wszyst­ko do ga­ra­żu i z pew­nym tru­dem upchnę­ła do ma­łej to­yo­ty.

– A co ty ro­bisz, dziec­ko? Na­praw­dę, mo­gła­byś mi po­móc! Chodź, oj­ciec się wy­lągł wresz­cie, zro­bi­łam świe­żej ka­wy, na­pi­je­my się wszy­scy. Są jesz­cze te nad­zwy­czaj­ne cia­stecz­ka z wczo­raj.

– Za­raz wam wszyst­ko wy­ja­śnię, ma­mo. Ka­wa, ge­nial­ny po­mysł. Już le­cę.

Ta­ta Kwia­tek w szla­fro­ku i kap­ciach roz­sia­dał się wła­śnie przy sto­le. Ma­ma Kwiat­ko­wa na­le­wa­ła ka­wę i roz­sta­wia­ła ta­le­rzy­ki na ciast­ka. Obo­je kon­se­kwent­nie od wczo­raj pro­mie­nie­li.

Ma­rii zro­bi­ło się ich żal. Za­raz zro­bi im po­tęż­ną przy­krość.

– Słu­chaj­cie, ko­cha­ni... ma­mo, ta­to. Głu­pio mi strasz­nie, ale mu­szę wam coś po­wie­dzieć.

Mat­ka znie­ru­cho­mia­ła z dzban­kiem unie­sio­nym nad fi­li­żan­ką. Oj­ciec jak­by się na­chmu­rzył.

– Ma­resz­ko... – Tak mó­wił do niej dzia­dek Kwia­tek, a w wy­jąt­ko­wych chwi­lach i oj­cu się zda­rza­ło. – My chy­ba wie­my, co nam chcesz po­wie­dzieć.

– Ma­ry­siu, nic się nie martw – wtrą­ci­ła szyb­ko mat­ka. – To się zda­rza. My cię nie po­tę­pi­my.

– To świet­nie, że mnie nie po­tę­pi­cie – po­wie­dzia­ła Ma­ria, zdu­mio­na nie­bo­tycz­nie. – Tyl­ko, na Bo­ga, skąd wie­cie? Prze­cież nic ni­ko­mu nie mó­wi­łam na ten te­mat. – Za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę i na­gle zro­bi­ło jej się nie­przy­jem­nie. – Ja­cek wam po­wie­dział?

– Kto to jest Ja­cek?

– Nasz są­siad, dok­tor Bru­dzyń­ski. Był wczo­raj. Ten wy­so­ki, ciem­ny ty­pek.

Oj­ciec po­ki­wał gło­wą ze zro­zu­mie­niem.

– Ach, ten. Le­czysz się u nie­go, praw­da? Ale on nam nic nie mó­wił. Prze­cież na pew­no obo­wią­zu­je go ta­jem­ni­ca le­kar­ska. Aleks nam po­wie­dział. On cię bar­dzo ko­cha.

Te­raz Ma­ria osłu­pia­ła na do­bre.

– Chwi­la. Ja zwa­rio­wa­łam. Za­cznij­my od po­cząt­ku. Co uwa­ża­cie, że wie­cie?

Twarz ma­my Kwiat­ko­wej po­kry­ła się ciem­nym ru­mień­cem. Mat­ka spu­ści­ła oczy, jak­by rzecz by­ła nie­sły­cha­nie wsty­dli­wa.

– Wie­my, że pi­jesz – po­wie­dział oj­ciec ci­chym gło­sem, ze wzro­kiem wbi­tym w okno.

– Ale je­śli za­czę­łaś się le­czyć, to wszyst­ko bę­dzie do­brze – do­da­ła szyb­ko mat­ka. – Ma­ry­siu, nie martw się. Aleks ci po­mo­że, my po­mo­że­my. Dasz ra­dę. Wczo­raj wi­dzia­łam, jak się dziel­nie ogra­ni­cza­łaś. Szkla­necz­ka pon­czu, na­wet nie­peł­na... i tro­chę szam­pa­na... Ale tak na­praw­dę to chy­ba w ogó­le nie po­win­naś...

– Ma­mo! Ob­ser­wo­wa­łaś, ile ja pi­ję?

– Ba­łam się o cie­bie...

– Chry­ste Pa­nie! To ja­kaś pa­ra­no­ja kom­plet­na... Daj­cie tej ka­wy...

Ma­ria wy­pi­ła fi­li­żan­kę moc­nej ka­wy i uda­ło jej się opa­no­wać.

– Ma­mo, ta­to. Po­słu­chaj­cie mnie, pro­szę, uważ­nie. Aleks wam skła­mał. Ja nie pi­ję i ni­g­dy nie pi­łam. W sen­sie na­ło­gu. Sa­mi wczo­raj wi­dzie­li­ście. Ta­to, nie prze­ry­waj, bła­gam. Chcia­łam wam po­wie­dzieć zu­peł­nie coś in­ne­go. Od­cho­dzę od Alek­sa.

– Zwa­rio­wa­łaś!

– Nie zwa­rio­wa­łam. Aleks po­wie­dział wam, że pi­ję, to sa­mo po­wie­dział w szpi­ta­lu, kie­dy mia­łam wstrzą­śnie­nie mó­zgu... a mia­łam je, bo mnie po­bił. Nie do­słow­nie, rzu­cił mnie, a ja tra­fi­łam gło­wą w ko­lu­mien­kę z kwia­tem. Ten kwiat na mnie zle­ciał...

– Prze­cież nie masz tu żad­nej ko­lu­mien­ki! – Oj­ciec ro­zej­rzał się po sa­lo­nie.

– Wy­mie­ni­łam ją na pal­mę. Ale by­ła ko­lu­mien­ka, na niej sta­ła ta­ka wiel­ka pa­proć or­li­ca.

– Ale dla­cze­go Aleks miał­by to zro­bić? On nam to też opo­wie­dział. Wró­cił do do­mu, za­stał ba­ła­gan i kom­plet­nie pi­ja­ną żo­nę. Ma­rio, nie mó­wi­łem ci, ale wstyd mi za cie­bie! Po co kła­miesz? My je­ste­śmy z to­bą.

– Ta­to, ja­kie ze mną? Je­ste­ście z Alek­sem, nie ze mną! Aleks nie chciał się zgo­dzić, że­bym wró­ci­ła na uni­wer­sy­tet, bo on chce mnie mieć tu w cha­rak­te­rze słu­żą­cej! Go­spo­si do wszyst­kie­go! A ja mu­szę mieć ja­kieś wła­sne ży­cie, bo osza­le­ję! A po­za tym nie mo­gę być żo­ną fa­ce­ta, któ­ry mną ci­ska o pod­ło­gę!...

Ma­ria spoj­rza­ła na swo­ich ro­dzi­ców i w ich spoj­rze­niach do­strze­gła coś, co ją prze­ra­zi­ło.

– Nie wie­rzy­cie mi, co?

– Nie wie­rzy­my, có­recz­ko – wy­szep­ta­ła mat­ka. – My wie­my, że al­ko­ho­li­cy szu­ka­ją so­bie uspra­wie­dli­wień.

– Ja­sny szlag by to tra­fił!

– Nie wy­ra­żaj się! – W do­mach Bo­chen­ków i Kwiat­ków nie uży­wa­no tak zwa­nych brzyd­kich wy­ra­zów, a sło­wo „głu­pi” sta­no­wi­ło naj­strasz­niej­szą obe­lgę.

– Bo­że je­dy­ny... to zna­czy, że mi nie po­mo­że­cie...

– I nie uży­waj imie­nia Bo­ga nada­rem­no – ofuk­nął ją oj­ciec. – Wła­śnie chce­my ci po­móc. Nie po­zwo­li­my ci zro­bić żad­ne­go głup­stwa. Bo coś ty chcia­ła zro­bić? Uciec? Na­wet o tym nie myśl! Ni­g­dzie ci nie bę­dzie le­piej niż tu, przy ko­cha­ją­cym mę­żu, tro­skli­wym...

Ma­ria prze­sta­ła słu­chać. By­ło go­rzej niż źle. Po­gra­tu­lo­wa­ła so­bie, że za­nio­sła już tor­by z rze­cza­mi do ga­ra­żu, do sa­mo­cho­du. Szko­da tyl­ko, że nie wy­pro­wa­dzi­ła go na dzie­dzi­niec. Ta­tu­nio go­tów zro­bić Rej­ta­na przy drzwiach, al­bo, co gor­sza, użyć si­ły i nie wy­pu­ścić jej z do­mu. Wszyst­ko się opóź­ni. Aleks wy­kry­je bra­ki na kon­cie i Bóg je­den wie, co zro­bi.

O, nie.

W chwi­lach wy­ma­ga­ją­cych sku­pie­nia, wszyst­kie si­ły umy­sło­we Ma­rii kon­cen­tro­wa­ły się na za­sad­ni­czym za­gad­nie­niu. Te­raz jed­no tyl­ko by­ło waż­ne: wy­do­stać się z wła­sne­go do­mu.

Czy Ja­cek nie wspo­mniał wczo­raj mi­mo­cho­dem, że ma dzi­siaj wol­ne?

Igno­ru­jąc wciąż prze­ma­wia­ją­ce­go oj­ca, wsta­ła od sto­łu.

– Prze­pra­szam, mu­szę pil­nie do ła­zien­ki. Ka­wa tak na mnie dzia­ła.

Ła­zien­ka w lof­cie by­ła chy­ba jed­ną z naj­więk­szych ła­zie­nek no­wo­cze­snej Eu­ro­py, a wła­ści­wie ogrom­nym po­ko­jem ką­pie­lo­wym, któ­re­go okno wy­cho­dzi­ło na ty­ły daw­nej fa­brycz­ki. Aleks za­in­sta­lo­wał tam kie­dyś ma­łą wie­żę ste­reo, lu­bił się bo­wiem plu­skać w wan­nie przy dźwię­kach mu­zy­ki. Ma­ria włą­czy­ła apa­ra­tu­rę i na ła­zien­kę po­pły­nę­ły to­ny nok­tur­nu Cho­pi­na. Po­przty­ka­ła tro­chę pi­lo­tem i ko­ją­cy nok­turn za­mie­nił się w burz­li­wą Etiu­dę Re­wo­lu­cyj­ną. Wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni ko­mór­kę i wy­bra­ła nu­mer, mo­dląc się, że­by Ja­cek był w do­mu.

– Bru­dzyń­ski, słu­cham.

– Cześć, Ja­cuś. Obu­dzi­łam cię?

– Tro­chę tak. Od­sy­pia­łem wszyst­kie dy­żu­ry z te­go mie­sią­ca. Ale nic nie szko­dzi, mi­ło mi cię sły­szeć.

W łóż­ku le­ży! Dzię­ki!

– Ja­cek, słu­chaj. Wszyst­ko ci wy­ja­śnię póź­niej, ale mu­sisz mi po­móc. Wstań jak naj­szyb­ciej i po­dejdź pod okno mo­jej ła­zien­ki. Rzu­cę ci klu­cze do yari­ska. Wy­pro­wadź go, pro­szę, na dwór i po­staw jak naj­bli­żej mo­je­go wyj­ścia, do­brze?

– Bę­dziesz szyb­ko ucie­kać?

– Aleks wmó­wił mo­im ro­dzi­com, że je­stem al­ko­ho­licz­ką. Mo­gą chcieć mnie za­trzy­mać na si­łę. Jak bę­dę mia­ła au­to na wierz­chu, to wy­bie­gnę szyb­ko i od­ja­dę, a jak­bym je do­pie­ro wy­pro­wa­dza­ła... Zo­staw klu­cze na sie­dze­niu.

– Ja­kieś rze­czy za­bie­rasz, czy tak ucie­kasz bez ni­cze­go?

– W au­cie są.

– Ro­zu­miem. Za dwie mi­nu­ty je­stem pod two­im oknem.

Był po pół­to­rej mi­nu­ty. Ma­ria rzu­ci­ła mu klu­cze, a on zła­pał je w lo­cie i znik­nął w bra­mie ga­ra­żu.

Zde­cy­do­wa­ła po­ka­zać się ro­dzi­com, że­by nie mie­li głu­pich my­śli.

– Co tam ro­bi­łaś ty­le cza­su? – spy­ta­ła mat­ka po­dejrz­li­wie. Praw­do­po­dob­nie z tru­dem wstrzy­my­wa­ła się z proś­bą o chuch­nię­cie.

– A co się ro­bi w ła­zien­ce? – od­po­wie­dzia­ła Ma­ria, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. My­śla­ła te­raz in­ten­syw­nie, ja­kim cu­dem zdo­ła wziąć to­reb­kę z do­ku­men­ta­mi i pry­snąć do te­go sa­mo­cho­du. W tym mo­men­cie za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi. Po­szła otwo­rzyć, a oj­ciec nie­mal na­stę­po­wał jej na pię­ty.

W drzwiach stał Ja­cek z mi­ną do­sko­na­le obo­jęt­ną.

– O, dok­tor Bru­dzyń­ski... Ta­to, po­zna­łeś dok­to­ra wczo­raj.

Oj­ciec przy­wi­tał się z nie­pew­ną mi­ną.

– Pan le­czy mo­ją cór­kę, tak? Coś tam sły­sza­łem.

– Tak – od­rzekł Ja­cek to­nem ar­ty­stycz­nie chłod­nym. – Pa­ni Ma­rio, mie­li­śmy je­chać do pa­ni no­we­go te­ra­peu­ty. Jest pa­ni go­to­wa?

Ma­ria po­ła­pa­ła się na­tych­miast i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– To dzi­siaj mia­ło być?

– Dzi­siaj. Za­po­mnia­ła pa­ni. Za du­żo pa­ni ostat­nio za­po­mi­na. Sa­ma pa­ni wi­dzi. No już. To­reb­ka, kur­tecz­ka i je­dzie­my.

– Gdzie pan ją za­bie­ra? – Mat­ka za­nie­po­ko­jo­na też przy­drep­ta­ła do drzwi.

– Do Ży­rar­do­wa, sza­now­na pa­ni, do po­rad­ni dla uza­leż­nio­nych. Ma­my umó­wio­ną wi­zy­tę. Obie­ca­łem Alek­so­wi, że za­wio­zę żo­nę gdzie trze­ba, aku­rat mam dziś wol­ny dzień, mo­gę coś zro­bić dla przy­ja­cie­la. Mam na­dzie­ję, że pań­stwo wie­dzą, o czym mó­wię.

– Wie­my. – Mat­ka po­ki­wa­ła gło­wą z re­zy­gna­cją. – Aleks nam po­wie­dział.

– Bar­dzo roz­sąd­nie. Tu się nie ma co pie­ścić. No jak?

– Mo­gę iść.

– Do wi­dze­nia pań­stwu – po­wie­dział Ja­cek. – Za dwie go­dzi­ny bę­dzie­my z po­wro­tem. Bę­dę chciał i z pań­stwem po­roz­ma­wiać.

– Oczy­wi­ście, pa­nie dok­to­rze – od­rze­kli jed­nym gło­sem pań­stwo Kwiat­ko­wie.

Pan dok­tor i za­chwy­co­na je­go po­my­sło­wo­ścią Ma­ria bez prze­szkód opu­ści­li Osie­dle Tkal­nia i od­je­cha­li w kie­run­ku Ży­rar­do­wa. Tam za­trzy­ma­li się na pierw­szym po­sto­ju tak­só­wek.

– Do­kąd te­raz?

– Mam pe­wien po­mysł, ale tro­chę dziw­ny. Czy ty po­zna­łeś mat­kę Alek­sa?

– Two­ją te­ścio­wą? Prze­lot­nie. Ale wiem, co jest na rze­czy. Aleks mi kie­dyś opo­wie­dział, obaj by­li­śmy wte­dy na ba­ni, ale za­pa­mię­ta­łem. Ona zwia­ła od swo­je­go mę­ża tak sa­mo jak ty od Alek­sa, co? Być mo­że już wie­my, skąd te skłon­no­ści do dam­skie­go bok­su. Ge­ne­tycz­ne. Chy­ba że się źle do­my­śla­my.

– Ale ona ze swo­im wy­trzy­ma­ła dłu­żej niż ja. Po na­szym ślu­bie od nie­go ode­szła. A na ślu­bie by­ła bar­dzo sym­pa­tycz­na. Po­wie­dzia­ła coś ta­kie­go, co mnie wte­dy zdzi­wi­ło. Że gdy­bym kie­dy­kol­wiek po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy, to ona jest do mo­jej dys­po­zy­cji. My­śla­łam, że to ta­ka kur­tu­azja. A to mo­gło być cał­kiem kon­kret­ne... Te­raz bę­dzie jej przy­kro, że sy­nek się wdał w ta­tu­sia.

– Ta­kie ży­cie – stwier­dził Ja­cek fi­lo­zo­ficz­nie. – Ma­ryś, ży­czę ci szczę­ścia. I pa­mię­taj, cze­kam na twój te­le­fon. A te­raz wró­cę do two­ich ro­dzi­ców i roz­wie­ję ich złu­dze­nia.

Uści­ska­li się ser­decz­nie, tro­chę jak pa­ra kon­spi­ra­to­rów wo­żą­cych bi­bu­łę w sta­nie wo­jen­nym i roz­je­cha­li w dwie stro­ny świa­ta: Ja­cek po­je­chał tak­sów­ką w stro­nę Osie­dla Tkal­nia, a Ma­ria w stro­nę Grój­ca, gdzie za­mie­rza­ła do­stać się na gier­ków­kę i skrę­cić na po­łu­dnie.

Aleks za­dzwo­nił, za­nim Ma­ria zdą­ży­ła do­je­chać do Piotr­ko­wa. Wi­docz­nie Ja­cek wró­cił do do­mu, wy­ja­śnił pań­stwu Kwiat­kom to i owo, a oni nada­li ko­mu­ni­kat.

– Ma­ria? Co ty wy­pra­wiasz, na mi­łość bo­ską?!

Po­czu­ła wiel­ką gu­lę w gar­dle, ale po­li­czy­ła do dzie­się­ciu i od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nie:

– Wiesz, co wy­pra­wiam. I wiesz dla­cze­go, więc po co głu­pio py­tasz?

– Pro­szę, wra­caj na­tych­miast!

– Prze­szka­dzasz mi pro­wa­dzić.

– Ma­rio, to jest nie­moż­li­we, że­byś mnie zo­sta­wi­ła! Ja cię ko­cham! Nie wy­obra­żam so­bie ży­cia, cho­le­ra, bez cie­bie! Ty mnie też ko­chasz!

– A tu się my­lisz. – Ma­ria zje­cha­ła na sta­cję pa­liw i sta­nę­ła w za­tocz­ce. – Coś mi się ta­kie­go po­ro­bi­ło, że już cię nie ko­cham. Sa­ma by­łam zdzi­wio­na, bo nie my­śla­łam, że to moż­li­we. List do cie­bie na­pi­sa­łam, czy­ta­łeś już?

– Nie, je­stem w pra­cy. Two­ja ma­ma dzwo­ni­ła. Wra­caj. Ro­bisz strasz­ny błąd. Wra­caj. Przy­się­gam, że nie bę­dę... że nic ci nie zro­bię. Nie pod­nio­sę na cie­bie rę­ki, cho­ciaż, jak Bo­ga ko­cham, na­le­ży ci się! Wra­caj!

– Aleks, raz na mnie rę­kę pod­nio­słeś i nie dam ci dru­giej ta­kiej moż­li­wo­ści. Jak wró­cisz do do­mu, prze­czy­taj mój list, wszyst­ko ci na­pi­sa­łam...

– Masz ko­goś! Co ja mó­wię, prze­cież wiem ko­go! Ten ma­ły gno­jek, ko­no­wał z bo­żej ła­ski, obi­ję mu mor­dę, jak tyl­ko go zo­ba­czę...

– Masz na my­śli Jac­ka? To je­steś w błę­dzie. Ja­cek tyl­ko po­mógł mi zwiać wła­snym ro­dzi­com, bo oni ci wie­rzą, w prze­ci­wień­stwie do mnie. Po­wie­dzia­łeś im, że je­stem pi­jacz­ką. Ty na­praw­dę je­steś drań. A Ja­cek do­sko­na­le wie, jak wy­glą­da­ła praw­da. Nie zgło­sił na po­li­cję, bo go pro­si­łam, ina­czej już byś sie­dział. Bę­dzie świad­kiem na na­szej roz­pra­wie roz­wo­do­wej... kie­dy już do niej doj­rze­ję, bo na ra­zie mu­szę so­bie uło­żyć ży­cie na no­wo.

– Do­kąd ty się wy­bie­rasz, kre­tyn­ko! Jak so­bie za­mie­rzasz dać ra­dę beze mnie!

– A to już mo­ja spra­wa. I nie dzwoń do mnie, bo za chwi­lę bę­dę mia­ła no­wy te­le­fon i no­wy nu­mer. I jak bę­dę mia­ła do cie­bie in­te­res, to za­dzwo­nię sa­ma.

Te­le­fon eks­plo­do­wał ste­kiem wy­zwisk i po­gró­żek. Ma­ria po­słu­cha­ła jesz­cze chwi­lę i wy­łą­czy­ła ko­mór­kę. Zno­wu jej się rę­ce trzę­sły – ale nie głos, kie­dy roz­ma­wia­ła – to ją po­cie­szy­ło. Wy­sia­dła z sa­mo­cho­du i po­szła do ba­ru, gdzie za­mó­wi­ła ka­wę i hot do­ga (żu­cie uspo­ka­ja!). Za­dzwo­ni­ła do Jac­ka, któ­ry nie wy­da­wał się wca­le prze­stra­szo­ny groź­bą obi­cia mu mor­dy. Opo­wie­dział Ma­rii, jak pró­bo­wał uświa­do­mić jej ro­dzi­ców i na­wet tro­chę mu się uda­ło zro­bić wy­łom w ich po­glą­dach, nie do koń­ca jed­nak, bo, jak wi­dać, od ra­zu za­dzwo­ni­li do ko­cha­ne­go zię­cia.

– Ty się o nic nie martw, Ma­ry­sia – po­wie­dział to­nem nie­zrów­na­ne­go dok­to­ra Pa­wi­cy. – Je­steś mło­da, wol­na i ku­ma­ta. Nie wi­dzę po­wo­dów, dla któ­rych nie mia­ła­byś so­bie po­ra­dzić w ży­ciu. Jedź da­lej, tyl­ko uwa­żaj na pi­ra­tów dro­go­wych. I su­szar­ki.

Mat­ka Alek­sa, Ol­ga Wi­tek-Stra­cho­ciń­ska, miesz­ka­ła w Za­ko­pa­nem na Lip­kach, w do­mu z im­po­nu­ją­cym wi­do­kiem na pół­noc­ną ścia­nę Gie­won­tu. Odzie­dzi­czy­ła ów dom po ro­dzi­cach i na­tych­miast zli­kwi­do­wa­ła znaj­du­ją­cy się tam ma­ły pen­sjo­nat (przy­jeż­dżał tu kie­dyś star­szy me­ce­nas Stra­cho­ciń­ski, Mi­ro­sław, za­pa­lo­ny nar­ciarz – za­nim jesz­cze zo­stał jej mę­żem), po czym za­ło­ży­ła fir­mę roz­li­cze­nio­wą i do­radz­twa po­dat­ko­we­go. Oka­za­ła się nie­zwy­kle zdol­ną do­rad­czy­nią, ze świet­ny­mi po­my­sła­mi na prze­chy­trze­nie fi­sku­sa, bar­dzo szyb­ko więc jej fi­rem­ka zy­ska­ła re­no­mę, a ona sa­ma pie­nią­dze. Nie by­ła to ska­la za­moż­no­ści, do któ­rej przy­wy­kła przy mę­żu, jak dla niej jed­nak wy­star­cza­ło aż nad­to.

Ma­ria prze­je­cha­ła czte­ry­sta ki­lo­me­trów z jed­ną dłuż­szą prze­rwą na obiad w ja­kiejś przy­dróż­ce, bez tru­du zna­la­zła Lip­ki i sta­nę­ła przed sta­rym do­mem w sty­lu nie­mal wit­kie­wi­czow­skim. Za­par­ko­wa­ła i za­ga­pi­ła się na Gie­wont, oświe­tlo­ny pro­mie­nia­mi zni­ża­ją­ce­go się już słoń­ca.

– Wspa­nia­ły jest, praw­da?

Ma­ria od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie i zo­ba­czy­ła swo­ją te­ścio­wą wy­glą­da­ją­cą z okna na par­te­rze.

– Ja też za­wsze się na nie­go ga­pię o za­cho­dzie – za­wia­do­mi­ła ją te­ścio­wa. – Ty je­steś Ma­ry­sia, żo­na Alek­sa? Do­brze po­zna­ję?

– To ja...

Ma­rii na­gle zro­bi­ło się głu­pio. Dla­cze­go wła­ści­wie są­dzi­ła, że mat­ka Alek­sa jej po­mo­że? Mat­ka trzy­ma na ogół stro­nę sy­na. Choć jej wła­sna mat­ka... szko­da ga­dać... nie trzy­ma­ła stro­ny cór­ki.

Te­ścio­wa zna­la­zła się już ko­ło furt­ki. Po raz dru­gi w ży­ciu spodo­ba­ła się Ma­rii – ele­ganc­ka na­wet w do­mo­wym swe­trze i dzia­ni­no­wej spód­ni­cy, świet­nie ostrzy­żo­na, z de­li­kat­nym ma­ki­ja­żem. Zde­cy­do­wa­nie da­ma. Obok niej kro­czył wiel­ki bia­ły owcza­rek pod­ha­lań­ski. Ja­ko do­da­tek do da­my po­wi­nien wpraw­dzie wy­stę­po­wać ra­czej york z ko­kard­ką, jed­nak­że tu, pod Gie­won­tem, owcza­rek był jak naj­bar­dziej na miej­scu.

– Nie bój się Gap­cia. Gap­cio jest sa­mo do­bre. Prze­cież to po nim od ra­zu wi­dać, nie?

Gap­cio wy­glą­dał na­der god­nie. Był bar­dzo uro­dzi­wy, choć już moc­no wie­ko­wy. De­li­kat­nie ma­chał pu­szy­stym ogo­nem na znak, że ma za­mia­ry po­ko­jo­we. Ma­rii na je­go wi­dok prze­mknę­ło przez myśl, że wszyst­kie sil­nie ame­ry­kań­skie gol­den re­trie­ve­ry ra­zem ze swo­ją zło­ci­stą uro­dą mo­gą się scho­wać wo­bec na­szych pod­ha­lań­czy­ków. Wy­cią­gnę­ła rę­kę, a pies do­tknął jej dło­ni mięk­kim py­skiem.

– Bo­że, ja­ki ko­cha­ny – roz­czu­li­ła się.

Gap­cio bez­błęd­nie roz­po­znał przy­ja­ciół­kę wszyst­kich psów i uf­nie zło­żył ca­ły pysk w jej dło­ni, su­ge­ru­jąc ma­łe piesz­czosz­ki.

– Ma­ni­pu­lu­je to­bą, jak chce – za­śmia­ła się je­go wła­ści­ciel­ka. – Chodź­cie do do­mu. Masz ja­kieś ba­ga­że?

– Mam, ale my­śla­łam ra­czej o ho­te­lu. Chcia­łam tyl­ko po­ga­dać...

– Nie za­wra­caj gło­wy. Ja­ki ho­tel? Po­mo­gę ci z to­bo­ła­mi. Ooo – zdzi­wi­ła się na­gle, doj­rzaw­szy roz­miar ba­ga­żu wci­śnię­te­go do nie­wiel­kiej to­yo­t­ki. – Wy­je­cha­łaś na dłu­żej?

– Tak jak­by.

Ol­ga znie­ru­cho­mia­ła z sa­kwo­ja­żem w rę­ce.

– Nie mów, że zro­bi­łaś to, co ja.

– Wła­śnie zro­bi­łam. Je­śli jest praw­dą, że ty to zro­bi­łaś. – Ma­ria za­plą­ta­ła się odro­bi­nę.