Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 346 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gorzko - Barbara Kosmowska

 

 

Odważna powieść o poszukiwaniu szczęścia i wielkiej nieprzewidywalności życia.

Teresa ma dość dusznego Miasteczka, życia w ciasnym mieszkaniu, matki z jej ciągłymi pretensjami i drobnomieszczańskimi przyzwyczajeniami, podstarzałego ojca chowającego się przed problemami w komórce z motorowerem, wreszcie wiecznie kłócących się młodszych sióstr. Chce zostawić wszystko, nawet wspomnienia, i uciec do Miasta, zabierając ze sobą jedynie nocny stolik, należący wcześniej do jej babki, dumnej arystokratki spod Wilna, i drobiazgi na szczęście – czerwone, pożyczone, znalezione... Wyjeżdża na studia.

Czy ideały i marzenia Teresy wytrzymają zderzenie z rzeczywistością? Ile trzeba wycierpieć, na jak dalekie iść kompromisy, ile razy upaść i skąd czerpać cierpliwość, odwagę i nadzieję, by się podnieść? I czy ten dawny, porzucony dobrowolnie przez Teresę świat rzeczywiście nie będzie jej już nigdy potrzebny?
Gorzko to odważna powieść o poszukiwaniu szczęścia i wielkiej nieprzewidywalności życia. Głęboko ludzka, prawdziwa i gorzka.

Barbara Kosmowska (ur. 1958) – pisarka i literaturoznawca. Mieszka w Bytowie. Wielokrotna laureatka ogólnopolskich konkursów literackich na powieść dla młodzieży i dorosłych. Wśród nagrodzonych tytułów są: Teren prywatny, Buba, Pozłacana rybka, Sezon na zielone kasztany.

Książki dla dorosłego czytelnika, Prowincja (2002), Gobelin (2002), W górę rzeki (2003), Niebieski autobus (2004) czy Hermańce (2008), cieszą się od lat niezmienną popularnością. W roku 2013 ukazała się nakładem W.A.B. doskonale przyjęta Ukrainka. Kosmowska publikuje także utwory dla dzieci i młodzieży, plasując się w czołówce pisarzy prozy dziecięco-młodzieżowej.

Opinie o ebooku Gorzko - Barbara Kosmowska

Fragment ebooka Gorzko - Barbara Kosmowska

Bar­ba­ra Ko­smow­ska

GORZ­KO

Co­py­ri­ght © Bar­ba­ra Ko­smow­ska, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa, MMXIV

Tę książkę de­dy­kuję jej Pierw­sze­mu Czy­tel­ni­ko­wi. Naj­ważniej­sze­mu. Piękne­mu Człowie­ko­wi, z Którym miałam wiel­kie szczęście iść przez życie. I Który spra­wił, że mu­siałam się za­trzy­mać, aby po­znać, czym na­prawdę jest ból, cier­pie­nie, tęskno­ta. Dziękuję Ci, Ja­nusz­ku, także za nie. Za wszyst­ko.

Wi­działam go tej nocy, minął mnie na pro­gu,

na jego dłoni błysnęła su­cha wężowa skóra,

kie­dy zasłonił się płasz­czem i przyśpie­szył kro­ku,

jak­bym mu dała wszyst­ko, nic o tym nie wiedząc.

Jo­an­na Wajs, Sprze­daw­cy kie­szon­ko­wych lu­ste­rek

1

Związek Te­re­sy z Ma­riu­szem Kur­kiem nie trwał długo.

Za­le­d­wie tyle cza­su, ile obo­je po­trze­bo­wa­li, aby pośpiesz­nie zrzu­cić z sie­bie część ubrań, przez ko­lejną chwilę dy­szeć ciężko i nie­uważnie, aż do śmier­tel­ne­go wy­czer­pa­nia nierównych od­dechów.

Po­tem także nie wy­da­rzyło się nic do­niosłego. Nic, co można by uznać za hi­sto­rię godną ja­kiej­kol­wiek wzmian­ki na mar­gi­ne­sie pamięci. Krótkiej jak błysk fle­sza, re­je­strujący wzru­sze­nie albo ból.

To, co wy­da­rzyło się później, również zasługi­wało na sta­ran­ne wy­ma­za­nie. Dożywot­nie wy­blak­nięcie, roz­my­cie. Ale na­wet gdy­by Te­re­sa szo­ro­wała swo­je myśli dru­cia­nym szru­brem, taką samą me­ta­lową szczotką, jaką z za­pa­mięta­niem czyścił ręce jej oj­ciec, nędzne reszt­ki wspo­mnień i tak przy­lgnęłyby na stałe i gniły pod po­wieką. Aż tak żałosna chwi­la połączyła na kil­ka cha­otycz­nych ruchów Ma­riu­sza Kur­ka i Te­resę.

On zapiął roz­po­rek, ci­cho klnąc nad za­ci­nającym się zam­kiem. Ona wciągnęła na powrót raj­sto­py, otrze­pała z tro­cin ta­ftową spódnicę i płochli­wie spraw­dziła, czy nikt ich nie wyśle­dził w szkol­nej mo­de­lar­ni, od daw­na służącej jako ma­ga­zyn zużytych sprzętów. Sta­rych map, wy­brzu­szo­nych ma­te­raców z ra­na­mi kłuty­mi w zim­no­zie­lo­nym ska­ju, to­por­nych ławek po­si­niałych od wil­got­ne­go drew­na, a na­wet wa­lających się pod no­ga­mi kałama­rzy z umo­ru­sa­nym szkla­nym dnem.

Nikt wówczas Te­re­sy ani Ma­riu­sza Kur­ka nie za­uważył. Na­wet Te­re­sa nie spo­strzegła, kie­dy to się stało, tak szyb­ko i ner­wo­wo zna­lazł się Ma­riusz Ku­rek między jej cia­sno zwar­ty­mi uda­mi. Aż so­bie pomyślała, że za­raz ją usma­ru­je tą twardą stalówką albo wy­ry­je w jej prze­rażonej po­chwie zwy­cięskie „Byłem tu”. I po­tem każdy następny ama­tor wy­pra­wy w głąb Te­re­sy od­kry­je, że przed nim w tym ciem­nym, pul­sującym osob­nym życiem zakątku fi­glar­nej ko­bie­cości prze­by­wał nie kto inny, tyl­ko Ma­riusz Ku­rek, syn miej­skie­go rzeźnika.

Ma­riusz także mógł prze­oczyć swój zu­chwały czyn. Brał ją prze­cież w ogrom­nym pośpie­chu, z moc­no zaciśniętymi po­wie­ka­mi, pełen obaw, że po­wzięty za­miar prze­rwie dzwo­nek na lekcję lub inny nie­prze­wi­dzia­ny stres, który spra­wi, że trze­ba się będzie wsty­dzić do końca życia.

Te­re­sa szu­kała w myślach ja­kiejś ro­man­tycz­nej sce­ny za­pa­mięta­nej choćby z lek­tur szkol­nych, ale przy­cho­dziła jej do głowy tyl­ko roz­dar­ta so­sna, śmierć Maćka Chełmic­kie­go i dra­mat po­wstańców ginących pod ba­gne­ta­mi.

W sce­nie własnej śmiałości nie od­na­lazła ani krzty miłosne­go unie­sie­nia. Ginęła od nie­miłosier­nie tępych ciosów za­da­wa­nych jej Kur­ko­wym ba­gne­tem i czuła się ni mniej, ni więcej tyl­ko jak kura na­bi­ja­na na rożen, jak parówka wypełnia­na tłuszczową masą. Jak kawałek mięsa, żyla­sty ochłap rzu­co­ny do za­ba­wy gru­biańskie­mu chłopcu, który wyrósł przy dźwiękach ostrzo­nych noży. W za­pa­chu wie­przo­wych tusz, wśród roz­kra­czo­nych udźców. Roz­dzio­bią mnie kru­ki i wro­ny, pomyślała z prze­rażeniem.

Po­tem, gdy Ma­riusz Ku­rek w mil­cze­niu za­pi­nał spodnie, odwrócony do niej ple­ca­mi, Te­re­sa po­czuła roz­go­ry­cze­nie. Mógłby za­pro­po­no­wać: „Zatańczy­my, Te­re­ska?”. Biały miś dla dziew­czy­ny, którą ko­cham i ko­chał będę wciąż, a na­wet sie­dem dziew­czyn z Al­ba­tro­sa, tyś je­dy­na, ale nie. Na­wet tego nie po­wie­dział, nie wy­szep­tał fałszywą nutą. Zresztą bal ma­tu­ral­ny miał się już ku końcowi, a Te­re­sie nie zależało na żad­nym tańcu. Cho­dziło ra­czej o po­zby­cie się fa­tal­ne­go uczu­cia, że choć się bar­dzo przykładasz, sta­rasz, to i tak two­ja ciężka pra­ca idzie na mar­ne. W piz­du.

Za­nim naciągnęła raj­sto­py i otrze­pała się z tro­cin, za­pragnęła de­li­kat­ne­go pocałunku. Sto­sow­ne­go prze­cież po za­jadłej bi­twie. Po se­rii uciążli­wych pojękiwań, gardłowych stęknięć, krótkich, brzmiących jak żołnie­rskie roz­ka­zy od­dechów. Albo ja­kie­goś piesz­czo­tli­we­go słowa... Też jej się za­ma­rzyło, też o nim pomyślała w nagłej ko­bie­cej zachłanności. O szep­tli­wym wy­zna­niu, lek­kim jak kurz, który po­now­nie wśli­zgi­wał się w otwar­te be­be­chy ma­te­ra­ca. Ta­kie wy­zna­nie byłoby te­raz bar­dzo na miej­scu. Ota­czała ją jed­nak w dal­szym ciągu krępująca ci­sza, więc machnęła ręką na te ro­man­tycz­ne za­chcian­ki i przy­stała w końcu na zwy­czaj­ny, byle miły gest. Nie­chby ją Ma­riusz okrył zbyt dużą ma­ry­narką, za­ku­pioną przez Kur­kową na ma­turę syna, bo jako pierw­szy z Kurków dostąpił tego za­szczy­tu, o czym mat­ka Kur­ka bez prze­rwy in­for­mo­wała wszyst­kich w mia­stecz­ku, a na­wet wysłała sto­sow­ne gra­tu­la­cje do Te­le­wi­zyj­ne­go kon­cer­tu życzeń i cała Pol­ska mogła się do­wie­dzieć, że wkrótce Ma­riusz Ku­rek będzie zda­wał eg­za­min doj­rzałości. Ma­ry­nar­ka, ku­pio­na na tak wyjątkową okazję, można po­wie­dzieć, ro­dzin­ne święto oraz no­bi­li­tację społeczną zakładu wędli­niar­skie­go, była w sam raz, aby posłużyć i tu, w mo­de­lar­ni, za re­kwi­zyt miłosny. Wy­star­czyło czu­le otu­lić nią Te­resę. Jed­nak za­miast ma­ry­nar­ki spadło na nią bru­tal­nie py­ta­nie:

– Wra­ca­my, Te­re­sa, co nie? Bo się jesz­cze wyda, że my tu łapka w łapkę, wszyst­ko szło...

Upew­niła się, czy za­brała swo­je pre­cjo­za. Czer­wo­ne, pożyczo­ne, zna­le­zio­ne. Były na miej­scu. Kar­mi­no­we majt­ki, na­de­rwa­na pod­wiązka i spin­ka z zie­loną ko­ni­czynką. Ta­nie ta­li­zma­ny na lep­sze, przyszłe, wy­ma­rzo­ne...

Wra­ca­li osob­no. Naj­pierw na bal, gdzie ostat­nie pary w smut­nych objęciach doj­rze­wały do wy­brzu­szo­nych ma­te­raców. A po­tem do swo­ich domów.

Dom Ma­riu­sza, kosz­ma­rek z so­lid­nej cegły, zdo­bio­ny te­ra­ko­tową mo­zaiką, bez po­wo­du przy­po­mi­nający wschod­nią świątynię, stał na osie­dlu wil­lo­wym i tam stra­szył. Blok Te­re­sy stra­szył w całym mieście nie tyl­ko ze względu na wygląd, ale też moc­no szem­ra­ne to­wa­rzy­stwo, po­miesz­kujące hałaśli­wie, gęsto, pod czułym okiem różnych ku­ra­torów.

Był czerw­co­wy ra­nek. Raj­sto­py ob­le­piały Te­resę jak sieć wielką rybę. Dała się w nie złapać, w te po­dar­te sty­lo­ny o dwa nu­me­ry za duże. Jej buty na wy­dat­nym ko­tur­nie sunęły w stronę domu, od­stu­kując własny po­grzeb. Skry­wały rany stóp. Bo prze­cież Te­resa, za­nim wy­ru­szyła w drogę po­wrotną ze szkol­nej gol­go­ty, wi­siała przez chwilę na krzyżu, przy­mo­co­wa­na tam przez pomyłkę, przy­bi­ta tępym spoj­rze­niem Ma­riu­sza Kur­ka. Wi­siała, roz­po­star­ta na skrzydłach cuchnącego ma­te­ra­ca, który stał się jej krzyżem już w chwi­li, gdy zdej­mo­wała kar­mi­no­we majt­ki pożyczo­ne na szczęście. I czer­woną pod­wiązkę, tę od Ja­dzi Gołąb – po­tem się mo­dliła, żeby jej Ma­riusz Ku­rek nie uszko­dził. Nie prze­ciął nożem swych rzeźnic­kich żądz. Ale naj­bar­dziej na tym krzyżu do­skwie­rała Te­resie upo­rczy­wa myśl, że ona tam wca­le nie wisi z po­wo­du swo­jej świętości, z po­wo­du świa­dec­twa be­aty­fi­ka­cji z czer­wonym pa­skiem, lecz je­dy­nie dla­te­go, że dała się na chwilę przy­bić, żeby zo­ba­czyć, jak to właści­wie jest, z gwoździem w żywym cie­le, choćby między nogi wstrze­lo­nym. Ja­kie to uczu­cie, gdy z rany sa­mot­ne­go ser­ca strze­la gorący stru­mień krwi. Cier­pli­wy ma­te­rac wchłonął i to – wsty­dliwą plamę za­spo­ko­jo­nej cie­ka­wości. Ale te­raz, kie­dy szła pustą ulicą, kie­dy ko­tur­ny, unosząc ją, wy­da­wały tru­mien­ne jęki, kie­dy zdjęta z krzyża wresz­cie za­pragnęła ofia­ro­wać swe cier­pie­nie ja­kiejś wiel­kiej idei, wspomóc ją oso­bi­stym bólem i wsty­dem, nagłym poniżeniem, ze­szma­ce­niem, ożeż, co ja naj­lep­sze­go zro­biłam?!, właśnie w tym mo­men­cie zro­zu­miała, że to się nie uda. Że z po­wo­du jej poświęce­nia, poćwiar­to­wa­nia, wydrążenia ni­czy­je życie nie zo­sta­nie ura­to­wa­ne. Ani mle­cza­rza, który te­raz pa­trzy na nią, jak się zwy­cza­jo­wo pa­trzy na kur­wy. Ani ta­ry­fia­rza, który życz­li­wie otwie­ra szybę.

– Za pół ceny! – pro­po­nu­je.

Ani żony czy dziec­ka tego ta­ry­fia­rza Te­re­sa, choć bar­dzo tego pra­gnie, też nie ura­tu­je. Z ognia, z to­pie­li, może i z wy­pad­ku sa­mo­cho­do­we­go w week­end przed Wszyst­ki­mi Świętymi, kie­dy śmierć zbie­ra na dro­gach swo­je okrut­ne żniwo. Nie­ste­ty, prze­padną, spłoną, znie­ru­cho­mieją. Nie ochro­ni żad­ne­go z tych ist­nień, a prze­cież, była o tym głęboko prze­ko­na­na, chwilę temu to dla nich tak brzyd­ko umarła. Za­wisła z ka­prawą łzą w oku, z pier­sią wymięto­loną łap­czy­wie, byle jak.

A już za pół ceny, myśli zgryźli­wie, nie o kur­sie taksówką, sracz­ko­watą, mar­ki Po­lo­nez, o sa­mej so­bie tak myśli – to nig­dy, ale za­po­mnij, żebym poszła na ko­lej­ne ścięcie, pod topór, na rzeź!

I tyl­ko tego jest pew­na przy swo­im nie­pew­nym kro­ku, uty­ka­niu, złach­ma­nie­niu. Przy głębo­kiej ra­nie między uda­mi, którą nie­sie z balu ma­tu­ral­ne­go za­miast bu­tel­ki wina, ko­ty­lio­na i goździ­ka. Wszyst­ko gdzieś za­po­działa, zgu­biła ra­zem ze sobą i trochę jed­nak żałuje.

Na klat­ce scho­do­wej Te­re­sa ściąga przeklęte trum­nia­ki, z wielką ulgą wy­dmu­chu­je po­wie­trze, uff, jak gorąco... Będzie się te­raz wspi­nać w czer­wo­nej pod­wiązce do tym­cza­so­we­go nie­ba. Z dwie­ma sio­stra­mi, ja­kie tam aniołki?! Z matką ide­al­nie wpa­so­waną w kuch­nię, jak­by ją ktoś zro­bił na ob­sta­lu­nek. Wsunął za­ma­szyście między kre­dens a gazówkę. Przy­kle­joną do żelaz­ka, spra­so­waną z nim na amen, upo­coną. Matką wresz­cie tak po­nurą, jak­by cień uśmie­chu był grze­chem śmier­tel­nym w tym nie­bie przez nią stwo­rzo­nym dla sa­mej sie­bie chy­ba, bo dla kogo in­ne­go? Prze­cież nie dla ojca. Już całkiem ziem­ski ten jej oj­ciec, Hen­ryk Ko­per. Tak zwy­czaj­ny, tak prze­raźli­wie błahy, że można go na­wet prze­oczyć. Przejść przez ojca na drugą stronę jak przez drzwi. Te­re­sa często tak robi. Nie po­tra­fi o ni­czym roz­ma­wiać z kimś, kto ucie­ka wzro­kiem, ma ręce w sma­rach i grze­bie całe życie w mo­to­ro­we­rze. Jak­by w tych za­rdze­wiałych kółkach, kol­czat­kach, łańcu­chach szu­kał swo­je­go skar­bu. Jak­by mu ktoś tam w środ­ku, w baku czy gaźniku, ukrył sens życia. I on te­raz, póki się do tego sen­su nie do­ko­pie, póki go nie ode­tka, nie dokręci, nie po­py­ka rzężącym tłumi­kiem, to za cho­lerę nie będzie wie­dział, jak ma da­lej żyć w dwóch po­ko­jach, z córka­mi, które prze­chodzą na jego drugą stronę, i z żoną, która nie po­zwa­la mu wy­cie­rać rąk w zwy­czaj­ny ręcznik.

– He­niek, szmatę masz! Szko­da ręczni­ka, upaćkasz, za­pla­misz, a to frotté prze­cież! Człowiek ani się obej­rzy, już z ręczni­ka łach – po­wta­rza Da­nu­ta Ko­per za każdym ra­zem, gdy oj­ciec wra­ca z komórki, niosąc w oczach podwójne nieszczęście.

Swo­je oso­bi­ste i czer­wo­ne­go mo­to­ro­we­ru mar­ki Ko­mar na­by­te­go oka­zyj­nie kil­ka lat temu, po wódce wy­pi­tej z ku­zy­nem w stołowym po­ko­ju. Mo­to­ro­we­ru wciąż dzie­wi­cze­go, nie­ska­la­ne­go żadną podróżą, żad­nym ki­lo­me­trem, z po­wo­du bra­ku części oraz tego, że „to jest nie­nor­mal­ny kraj, ta Pol­ska, bo nic nie ma, żad­nych za­pasówek, na­wet przy­zwo­ite­go sprzęgła, a jak już tra­fisz, to za dro­go chcą, choć prze­cież gołym okiem widać, że to kra­dzio­ne ba­rachło”, mam­ro­cze nad zupą fa­so­lową oj­ciec.

Te­re­sa prześli­zgu­je się ci­cho między drzwia­mi klat­ki scho­do­wej. Za nimi śpi li­cho. Śpi i głośno chra­pie. Prze­wa­la się z boku na bok, bez­myślne, i czuć by je było jesz­cze wczo­rajszą wódką, gdy­by się tak nad jed­nym czy dru­gim barłogiem po­chy­lić. Brud­ne nogi pod ciężkimi kołdra­mi. Sąsiadów nikt nie wy­bie­ra. Gdy­by tak było, Wa­lic­cy miesz­ka­li­by pod gołym nie­bem. Oni naj­gor­si. Co zro­bią nowe dziec­ko, wy­star­czy, że trochę pod­rośnie, to im je ład­nie ubra­na pani z sądu, z opie­ki, z tro­ski o dzie­ci, ze służbo­wej sta­ran­ności, zgod­nie z li­terą pra­wa za­bie­ra. U Gołębiów jesz­cze piją. Brzęk kie­liszków, prze­kleństw i spusz­cza­nej wody nie­sie się po klat­ce jak zbyt głośna mu­zy­ka w trzeszczącym ra­diu. Wresz­cie i nie­bo Te­re­sy. Cia­sne, ale czy­ste. W ko­ry­ta­rzu pełno butów i trud­no się przez nie prze­bić. Te­re­sa dokłada do tej brzyd­kiej ko­lek­cji swo­je, ma­tu­ral­ne, nie­wy­god­ne, jak całe to życie na Pia­stow­skiej w blo­ku ro­ta­cyj­nym, który nig­dy nie będzie się nada­wał do re­mon­tu. Przy­sięga so­bie, że kie­dy już stąd uciek­nie w piz­du, co­kol­wiek to zna­czy, pierw­sze, co so­bie kupi, to spe­cjalną półkę na buty. Za­my­kaną. Żeby te buty, te kla­mo­ty zdar­te, z po­krzy­wio­ny­mi ob­ca­sa­mi, chodzące Bóg wie gdzie, dręczące piętki nie­aniołków, ojca szpo­tawą stopę, hal­luk­sy mat­ki i na­gniot­ki Te­re­sy, żeby one, te ma­szy­ny tor­tur z prze­ce­ny, nig­dy już nie stanęły na jej dro­dze. Uśmie­cha się, bo prze­cież tych bu­ciorów ro­dzin­nych nie za­mie­rza do­nikąd ze sobą za­bie­rać. Na­wet wspo­mnień nie chce pa­ko­wać i wy­wo­zić. Zo­sta­wi tu wszyst­ko. Na ku­pie, na za­wsze. Na­wet te majt­ki kar­mi­no­we z balu i spódnicę z ta­fty. Może tyl­ko sto­lik noc­ny po­je­dzie ra­zem z nią, gdzie­kol­wiek się przenie­sie. Niby me­bel jak inne, z tan­det­nej sklej­ki, zle­pio­ny w jakąś nie­fo­remną całość, po­spo­li­te i posępne ręko­dzieło. Ale spośród wszyst­kich zdo­bycz­nych gratów, spośród całej ru­pie­ciar­skiej ko­lek­cji mat­ki on je­den należał kie­dyś do bab­ki, za­nim zo­stał ofia­ro­wa­ny Te­re­sie do jej wyłączne­go użytku. On je­den dzięki nie­wiel­kie­mu i za­rdze­wiałemu klu­czo­wi za­pew­niał jej rze­czom gwa­rancję in­tym­ności. Zasłużył, więc po­je­dzie.

Do­pie­ro po­tem kręci kur­kiem z ciepłą wodą. „Noc kurków”, wzdy­cha. Pod­my­wa się długo i sta­ran­nie mydłem to­a­le­to­wym Lena, które mat­ka przy­no­si z fa­bry­ki. Nie czu­je ani bólu, ani ulgi, tyl­ko zde­ner­wo­wa­nie. Jak za­wsze, kie­dy używa tego mydła. Jak za­wsze, gdy pomyśli, że nie­za­leżnie od wie­ku, po­trzeb i upodo­bań tysiąc kraw­co­wych wraz ze swo­imi licz­ny­mi ro­dzi­na­mi również myje się mydłem Lena. Chcą czy nie. I że Te­re­sa, tak samo jak pół Mia­stecz­ka, też nie ma wy­bo­ru. W pew­nym sen­sie należy więc do ogłupiałej i po­go­dzo­nej z lo­sem wiel­kiej ro­dzi­ny szwa­czek, przez co również taka się sta­je.

– Ju­tro so­bie kupię kon­wa­lio­we – mru­czy, by od­da­lić zbliżającą się ciężkim kro­kiem po­gardę dla sa­mej sie­bie, i wy­cie­ra ciało w po­sza­rzały ręcznik frotté.

Te­re­sa myśli o swo­im noc­nym sto­li­ku, pre­zen­cie od bab­ki Do­brzyc­kiej, przy­wie­zio­nym na Zie­mie Od­zy­ska­ne trans­por­tem de­por­ta­cyj­nym.

Lubię, kie­dy jest bli­sko mnie. Na wyciągnięcie ręki. Sta­ry, paździe­rzo­wy podglądacz. Mat­ka już kil­ka razy na­po­my­kała, żeby go wy­nieść do komórki.

– To­wa­rzy­stwo w sam raz dla mo­to­ro­we­ru – sar­kała. – Za­wa­li­dro­ga, za­wa­li­miej­sce, za­wa­liświat... Albo może do piw­ni­cy? – biła się z myślami. – Na weki, kom­po­ty moje, bu­raków tyle mam, nada się.

Sama myśl o mat­czy­nych bez­barw­nych kom­po­tach, uwięzio­nych w słojach sko­rum­po­wa­nych pajęczyną, o jej sałat­kach ja­rzy­no­wych, żrących się la­ta­mi w oc­cie, spra­wiała mi ból. Bo trochę to było tak, jak­by mat­ka, de­gra­dując sto­lik, dając mu wiecz­ne od­po­czy­wa­nie, chciała wy­mieść z na­sze­go miesz­ka­nia wa­lające się po nim dary od bab­ki. Usunąć ją za próg, na co po­zwo­lić nie mogłam. Zby­wałam matkę zim­nym spoj­rze­niem, jak­bym ją in­for­mo­wała w skrócie, sta­now­czo, że po moim tru­pie, że odejdę w cze­luść komórki ra­zem z me­blem.

Sapała, ma­chała gorącą szmatą do pra­so­wa­nia, re­zy­gno­wała. Mam­ro­tała tyl­ko coś do sie­bie, oto­czo­na parą znad żelaz­ka, au­re­olą do­mo­wej świętej.

Trzy­mam w szu­fla­dzie sto­li­ka zdjęcie bab­ci, na którym wygląda jak bo­ga­ta przed­wo­jen­na pa­nien­ka. Mój brzyd­ki pierścio­nek z czar­no­okim ga­ga­tem od ciot­ki Róży. Bran­so­letkę z mu­sze­lek, ofia­ro­waną mi w piątej kla­sie przez Ryśka K. w ra­mach prze­pro­sin, po tym jak podał mi bu­telkę z oranżadą, do której uprzed­nio na­si­kał. No i pamiętnik. Od­noszę też wrażenie, że na nie­wi­dzial­nych piętrach noc­ne­go sto­li­ka lo­kują się moje sny. Jak ko­lek­cja taśm fil­mo­wych, do wie­lo­krot­ne­go użytku. I może właśnie z tej przy­czy­ny sny po­wra­cają, wy­sy­pują się z for­ni­ro­wa­nej kar­to­te­ki pro­sto do mo­jej głowy.

Być może sto­lik nimi za­wia­du­je. De­cy­du­je, co zo­baczę i kim będę ko­lej­nej nocy. A ra­czej, kim nie będę, cze­go nie osiągnę i jak bez­na­dziej­nie rozpłynę się w opa­rach nie­mo­cy.

Cza­sa­mi krępuje mnie jego obec­ność. Za­wsty­dza. Mam wrażenie, że podgląda mnie wypłowiałym okiem dziur­ki od klu­cza. Zwłasz­cza w chwi­lach, gdy wciągam przez głowę jedną z pa­skud­nych fla­ne­lo­wych ko­szul, które pro­du­ku­je moja mat­ka, Da­nu­ta Ko­per, a wraz z nią pół tysiąca in­nych fa­brycz­nych szwa­czek. Ich wspólne dzieła – fla­ne­lo­we ko­szule noc­ne – stają się cer­ty­fi­ka­tem dzie­wic­twa wszyst­kich pa­nien, które zde­cy­dują się na sa­mobójstwo i je włożą. A po­tem będą w kwie­ci­stych pa­sach cno­ty z po­lie­stru z do­dat­kiem wi­sko­zy śniły lu­bieżnie o tym, co mogłoby się wy­da­rzyć, gdy­by sil­na, męska dłoń zdarła z nich ob­mierzłe kwia­ty, co się jed­nak nig­dy nie sta­nie pod słońcem do­mo­wej żarówki. Mój sto­lik na wi­dok noc­nej ko­szuli, w którą wbi­jam się po ciem­ku, drży z wewnętrzne­go obu­rze­nia, a ja, widząc to, szepcę do nie­go nie­zmien­nie: „Roz­wa­lasz się, mój gra­ci­ku”.

W ta­kich chwi­lach spo­ro myślę o noc­nych ko­szu­lach z kwia­to­wym wzo­rem w ogrom­ne makówki i uzmysławiam so­bie, że nie­na­wiść mo­jej bab­ki do rze­czy brzyd­kich stała się dla mat­ki prze­kor­nym na­ka­zem pielęgno­wa­nia brzy­do­ty, obo­wiązkiem gro­ma­dze­nia jej pod każdą po­sta­cią. I jest to ci­cha kłótnia między dwie­ma osob­ny­mi ko­bie­ta­mi. I jest to okrut­na kara wy­mie­rzo­na w babkę nie­po­tra­fiącą ukryć zdu­mie­nia, że tę ko­lekcję nie­zgrab­ności roz­poczęła sama, wy­dając na świat córkę Da­nutę, moją matkę. Czy kie­dy­kol­wiek wspo­mniała mi o tym? Nie. Za­pew­ne w jed­nym z mo­ich snów zro­zu­miałam tę zależność. Pew­nie wte­dy, gdy śniłam, że uro­dziła mnie bab­ka-wil­czy­ca. Na leśnej po­la­nie. Za­pew­ne tam, dokąd kie­dyś do­tarła na swo­im ko­ni­ku Lady i zgu­biła drogę do dwo­ru.

Do­pie­ro gdy wyłączam nocną lampkę i za­czy­nam czuć pot zbie­rający się wil­go­cią pod ciężką pie­rzyną, za­my­kam oczy i cze­kam na ko­lej­ny pro­ro­czy film, ukry­ty jak kor­nik w sta­rej sklej­ce noc­ne­go sto­li­ka.

2

Te­re­sa nig­dy nie ogląda się za sie­bie. W końcu jest naj­lepszą bie­gaczką w szko­le. Nie od­wra­ca głowy dosłownie i w prze­nośni. Tego mogłaby Te­re­sie po­zaz­drościć żona Lota, ale ona, choć to przej­mujące, nie zdołała na­wet przejść do hi­sto­rii pod własnym imie­niem.

Być wyłącznie czyjąś żoną, choćby no­bli­we­go Lota, wy­da­je się Te­re­sie ogrom­nym nieszczęściem. Żal jej wszyst­kich bez­i­mien­nych ko­biet, które pa­trzyły wstecz, a po­tem za­sty­gały w prze­rażeniu. To pew­nie dzięki bab­ce nie chce powiększyć tego gro­na płochli­wych, za­trzy­mujących się w pół kro­ku, na­wet na pierw­szym życio­wym skrzyżowa­niu. Mat­ka stanęła. Odwróciła się i za­marła na po­zo­stałe lata życia.

Te­re­sa radośnie przyśpie­sza. Zmęczo­na, szczęśliwa, pew­nie na te stu­dia zdała. Po­biegła jak pan­te­ra, wierząc, że tyl­ko w ten sposób uciek­nie z ro­ta­cyj­ne­go. Wy­mknie się mat­ce i może dzięki temu na­wet cza­sa­mi za nią zatęskni. Po­lu­bi sio­stry, do­strzeże ojca. Bo w tłoku ściśniętego życia, wiecz­ne­go ocie­ra­nia się, przy­wie­ra­nia, ko­le­jek do wan­ny, pre­ten­sji mdłych jak mydło Lena Te­re­sa może co naj­wyżej osza­leć. Sto­czyć się w tym sza­leństwie na dno ro­dzin­ne­go por­tre­tu, skąd będzie sztucz­nym uśmie­chem i na ga­lo­wo po­wie­lać nie­win­ne kłam­stwa swo­jej mat­ki. Za­mknięta nie­gu­stowną ramą i w sąsiedz­twie pełznącego po zewnętrznej ścia­nie grzy­ba.

To zły znak, że nie­opo­dal dwor­ca na­ty­ka się na Ma­riu­sza Kur­ka i jego prysz­czatą świtę.

– Jak mogłam z kimś ta­kim? – szep­ce do sie­bie w nagłym prze­rażeniu.

Nie wie, przy­stanąć, grzecz­nie „cześć” od­po­wie­dzieć czy już uda­wać, że jej tu nie ma. Ani dla Kur­ka, ani dla Mia­stecz­ka – tak się składa, że właśnie opuściła to miej­sce przeklęte, bar­dziej wro­gie niż las z wilczą wa­tahą.

Ma­riusz Ku­rek o tym wszyst­kim nie ma pojęcia. Nie zna Te­re­sy, choć jest prze­ko­na­ny, że wręcz prze­ciw­nie. Za­po­zna­li się prze­cież jak należy.

– Można powtórzyć – mówi – re­petę so­bie strze­lić, do­brze ci będzie, Te­re­ska, prze­cież wiesz!

Stoi przed nią, roz­pru­wacz ko­bie­cych ta­jem­nic. Na­wet łap nie wyciągnął z pod­ro­bio­nych dżinsów, cha­midło.

– Pier­dol się! – od­po­wia­da Te­re­sa i próbuje go minąć.

– Ale z tobą – prze­ko­ma­rza się Ma­riusz Ku­rek. – Spy­taj się mo­ich ko­legów, czy im nie mówiłem, że masz ta­lent, nie­po­trzeb­nie w majt­kach go trzy­masz.

Te­re­sie wiatr wci­ska słowa z po­wro­tem do ust. Od­gar­nia więc tyl­ko włosy. Po­wstrzy­mu­je falę gnie­wu. Nie od­po­wia­da. Mu­siałaby prze­krzy­czeć wiatr, który się w nią wdarł, nisz­czy wszyst­ko, wy­krzy­wia słowa, potrząsa jej pamięcią jak dmu­chaw­cem.

Kie­dyś prze­cież, myśli Te­re­sa, prze­ci­nając ko­lejną prze­cznicę, skończy się uli­ca Dwor­co­wa, pełna maleńkich, brzyd­kich skle­pików. Ubo­ga jak ko­bie­ci­ny wy­sy­pujące się z pod­miej­skich pociągów i au­to­busów, ze smut­ny­mi dzie­cia­ka­mi przy­kle­jo­ny­mi do tobołków, siat, to­reb. Niby jesz­cze maleńkie te dzie­ci, a już po­sta­rzałe, zbyt szyb­ko doj­rze­wające w podróżach po nic, do­nikąd.

Któregoś dnia, przy­sięga so­bie Te­re­sa, naj­praw­do­po­dob­niej już wkrótce, dojdę Dwor­cową do ostat­nie­go przy­stan­ku, po­tem na pe­ron pierw­szy. In­nych nie ma. Ale na­wet je­den pe­ron po­tra­fi zmie­nić całe życie. Nie do­ko­na tego syn rzeźnika, co może wa­gon dru­giej kla­sy. Ja prze­cież nie ucie­kam. Ja do­bro­wol­nie, na własne życze­nie, zgod­nie z tym snem, gdy na grzbie­cie wil­ka mknęłam przez las, opusz­czam kra­inę Kur­ko­wych wędlin. Obcy świat, w którym za­mel­do­wała mnie mat­ka, bo to wszyst­ko, ta cia­sno­ta, ten smród ro­ta­cyj­ne­go, ten pierw­szy raz, to wszyst­ko nie moje prze­cież.

Dziś ma pra­wo tak myśleć. Na eg­za­mi­nach bu­dziła po­dziw. Moc­niej ści­ska pa­sek tor­by z dre­sem i te­nisówka­mi. Wy­obraża so­bie in­deks, po który właśnie do­biegła, do­sko­czyła, dopłynęła. W ta­kim sa­mym tem­pie opuści Mia­stecz­ko, ro­ta­cyj­ny i Dwor­cową. Jeśli się stąd do końca nie wy­pro­wa­dzi, to przez babkę. Dla niej za­wsze tu wróci, na po­nurą Słoneczną, do miesz­ka­nia z łazienką, którą bab­ka dzie­li z sąsia­da­mi. Ale w tej łazien­ce, w orze­cho­wej szaf­ce bab­ci, jest kon­wa­lio­we mydło, jej nie­znisz­czal­ny za­pach. Ota­czający ją nie­wi­dzialną aurą pańskości. Efe­me­rycz­nej, sub­tel­nej, ale roz­po­zna­wal­nej od razu. To on, ten za­pach, bu­dzi wśród ob­cych re­spekt dla bab­ki. Ściąga czap­ki z głów. Na­wet tego ob­mierzłego sam­ca z par­te­ru, co w każdą so­botę bije żonę i po jej krzy­kach bab­ka wie, że to już so­bota. I ze­zo­wa­te­go fo­to­gra­fa Al­bi­na, kłaniającego się zbyt ni­sko. Na­wet no­we­go ga­cha we­te­ry­nar­ki, wdo­wy po dok­to­rze, który choć kom­plet­nie pi­ja­ny, wy­szem­rze z tru­dem: „...bry ...czór”. Każdy mężczy­zna, poza oj­cem Te­re­sy, usza­nu­je babkę, jej pańskości nie prze­oczy. Do bab­ki Te­re­sa za­wsze wróci. Z in­ny­mi tyl­ko wyrówna ra­chun­ki.

W domu piekło. Star­cie dwóch sióstr nie­aniołków. Tłuką się, szar­pią, ranią prze­ni­kli­wym pi­skiem. Zbi­jają w nie­na­wist­ny kłąb drob­nych ciał, od­ska­kują od sie­bie po­dra­pa­ne, urażone. Przyszłe ko­ci­ce. Wy­star­czy na nie spoj­rzeć, żeby zo­ba­czyć, jak bar­dzo się nie ko­chają. Tak się nie ko­chają, jak ko­chać po­win­ny, jak im mat­ka i oj­ciec przy­ka­za­li, a ksiądz Am­broży po­twier­dził to jed­no­staj­nie mszal­nym głosem pod­czas ostat­niej kolędy. „Miłuj­cie się”, po­wie­dział. Ksiądz, o którym Te­re­sa za­wsze myśli „Pan Kleks”.

Oj­ciec uciekł do komórki, gdzie się do­bro­wol­nie za­ga­zo­wu­je, wy­pusz­czając kłęby spa­lin z rury wy­de­cho­wej ko­ma­ra. Na­bie­ra dymu do uszu, żeby nie słyszeć nic poza rzężeniem. Mat­ka po łokcie w zim­nej wo­dzie pełnej śle­dzio­wych trupów. Kie­dy mówi, Te­re­sa nie wie, czy mo­no­ton­ny wy­kaz skarg i po­le­ceń kie­ru­je do śle­dzio­wej masy, czy do niej, do Te­re­sy.

– Weźżeż się wresz­cie do ro­bo­ty, zrób coś z tym, bo tu nie ma życia nor­mal­ne­go, prze­cież człowiek się nie ro­ze­rwie, nikt człowie­ko­wi nie pomoże, osza­leć idzie, jak nie wiesz, gdzie ręce włożyć, chy­ba szczęściu do dupy, a jesz­cze tyle kroch­ma­le­nia, pra­so­wa­nia, jak­by człowiek woj­sko obsługi­wał, nie ro­dzinę.

Bab­ka za­wsze wcho­dzi w mo­men­cie, gdy króle­stwo mat­ki roz­pa­da się jak roz­go­to­wa­ne gołąbki, a ona ab­dy­ku­je z za­czer­wie­nioną twarzą przy rdze­wiejącym zle­wie. Ma dość.

Bab­ka nie pa­su­je do kuch­ni. Beżowy to­czek, świeża trwała, de­li­kat­na hen­na. Opa­li­zu­je do­brym hu­mo­rem, uda­je, że weszła do nie­na­gan­nie czy­stej re­stau­ra­cji, choć wdepnęła przy­zwo­itym pan­to­flem w ten ro­dzin­ny roz­la­ny ki­siel, mętną maź, nad którą tyl­ko wyć się chce.

Mat­ka pa­trzy z zawiścią na miękkie pan­to­fle bab­ki. Mu­siały kosz­to­wać majątek.

Bab­ce można po­zaz­drościć ta­len­tu, z ja­kim la­wi­ru­je po ich nędznym życiu, udając, że ni­cze­mu się nie dzi­wi, że zna­lazła się szczęśli­wie na sa­lo­nach, gdzie może de­li­kat­nie zsunąć to­czek i dać wy­raz swo­jej zdy­stan­so­wa­nej ro­dzin­ności. Słowom bab­ki to­wa­rzy­szy wy­stu­dio­wa­ny uśmiech i sub­tel­ny wdzięk. Mówi, jak­by za­ma­wiała ostry­gi w białym wi­nie, choć śle­dzio­wy odór wypełnia każdy kąt kuch­ni. Mat­ka do­wia­du­je się, że jest jej do­brze w po­ma­rańczo­wej, szpet­nej bluz­ce. I choć zda­niem Te­re­sy to gówno praw­da, bo mat­czy­na bluz­ka ko­re­spon­du­je wyłącznie z rdza­wym zle­wem, to przez ułamek se­kun­dy zga­dza się z babką. Nie za­uważa na­wet mo­krych plam na prze­tar­tej ani­la­nie, bo na­resz­cie te­raz może opo­wie­dzieć o eg­za­mi­nach, które tu ni­ko­go nie ob­chodzą. Mat­ka przy śle­dziach słucha jej krótkiej re­la­cji nie­po­mier­nie zdzi­wiona, że córce do­brze poszło. Wie­działa, oczy­wiście, że wie­działa o tych całych stu­diach na na­uczy­cielkę wu­efu, w końcu dała Te­re­sie pie­niądze na noc­leg i żeby so­bie coś zjadła w mieście, ma­cochą nie jest prze­cież. „Matką ro­dzoną dla córki pier­wo­rod­nej, sama wy­cho­wałam, kar­miłam, sta­rałam się! – wy­rzu­ca z sie­bie z pre­tensją. – A że nie było cza­su za­py­tać, co i jak? Cie­ka­we, kie­dy miała pytać, sko­ro za chorą Bi­lową nad­go­dzi­ny wzięła. A w domu też trze­ba obia­du na­go­to­wać, małe nakar­mić, człowiek się nie ro­ze­rwie, na Boga, nie tyl­ko Te­re­sa w tym domu chce jeść i spać”, ciągnie swą li­ta­nię nieszczęść mat­ka. Zła, że zno­wu coś prze­ga­piła, cze­goś za­nie­chała. I jesz­cze jej Te­re­sa to za złe weźmie. „Nic o mnie nie wiesz – po­wie. – Nic cię nie ob­chodzę”. A ob­chodzi! Dziec­ko własne za­wsze ob­chodzi, na­wet bez py­ta­nia się o te du­pe­re­le, bo co jest ważniej­sze­go dla Ko­pro­wej od własnych córek, no co?

Da­nu­ta Ko­per nie otrzy­mu­je od­po­wie­dzi na to ma­cie­rzyńskie py­ta­nie re­to­rycz­ne. Może dla­te­go, że jest ono bezgłośne i wpa­da do zle­wu ze śle­dzia­mi.

Ale już nowy ku­chen­ny rwe­tes. Po­kan­ce­ro­wa­ne nie­aniołki, na­gle po­go­dzo­ne, roześmia­ne, w sio­strza­nej zgo­dzie ciągną babkę do sa­lo­nu.

Wygląda to trochę tak, jak­by wy­ry­wały so­bie skar­bonkę, myśli Te­re­sa, prze­wi­dując od­wiecz­ny ry­tuał. I słusznie. Bab­ka od­zy­sku­je wol­ność do­pie­ro w chwi­li, gdy roz­dzie­li po kil­ka mar­nych gro­szy pomiędzy małe żebracz­ki. Za chwilę pokłócą się zno­wu. Tym ra­zem o po­dział tro­feum. Wy­tar­moszą, na­wy­zy­wają, prze­liczą każdy gro­sik, za­nim już zgod­nie, w pod­sko­kach po­lecą kupić drop­sy i wa­fel­ki na wagę.

Oj­ciec nie pokaże się na czas wi­zy­ty teścio­wej. Gdy­by mógł ją za­ga­zo­wać w swo­jej komórce, zro­biłby to jesz­cze te­raz, taka jest w nim od lat nie­na­wiść do tej sta­rej Jaśnie­du­py, jak o niej mówi, ale tyl­ko wte­dy, kie­dy wra­ca po re­mi­ku pi­ja­ny. Mil­czy, gdy mat­ka wkłada naj­lep­szy ka­pe­lusz i świąteczną su­kienkę, aby w tym zakłama­nym prze­bra­niu udać się do Jaśnie­du­py, wydębić od niej trochę gotówki. Mil­czy, ale cier­pi. Nie­chcia­ny, od­rzu­co­ny, po­mniej­szo­ny do ob­le­pio­ne­go sma­rem śru­bokrętu, skręca się z nie­na­wiści jak własne wiertło. I ta­kim go wi­dzi bab­ka. Tępym narzędziem do de­mon­tażu ro­dzin­ne­go życia. Ruj­no­wa­nia, gru­zo­wa­nia, bez­myślnej de­mol­ki.

Mat­ka sta­wia przed babką kru­che cia­stecz­ka, choć wie, że po­zo­staną nie­ru­szo­ne. Na­wet her­ba­ta po­da­na w szklan­ce, pierw­szy raz za­pa­rzo­na, wy­blakła, sty­gnie le­d­wo do­tknięta.

– Ma­mie to człowiek nie do­go­dzi. Choćby nie wiem co stanęło na ser­we­cie, za­wsze nie tak. A już czas, żeby się mama po­zbyła fochów, pańskich na­wyków! Co ta szklan­ka ma­mie zro­biła, że wszy­scy z niej mogą, a mama nie może, jak­bym ją ar­sze­ni­kiem albo nie wiem czym... Na złość chy­ba – dy­szy Da­nu­ta Ko­per.

Pil­nu­je się jed­nak. Musi omówić ko­lejną pożyczkę, wziąć trochę gro­sza, bo wa­ka­cje za­raz, a dzie­wu­chy aż piszczą o let­nie ko­lo­nie.

Gdy­by Te­re­sa od­czu­wała po­trzebę wsty­dze­nia się za matkę, to te­raz miała ku temu ko­lejną okazję. Nie­po­li­czalną jak ro­dzin­ne wi­zy­ty. Spur­pu­ro­wiałaby, za­gryzła war­gi. Próbowałaby po­wstrzy­mać wypełzające z ust mat­ki syczące węże, odwłoki zim­nych słów. Ale już daw­no zo­bojętniała. Wie, że za­wsze tak będzie. Cza­sa­mi do­strze­ga cień bólu na twa­rzy Da­nu­ty Ko­per, jej roz­pacz­liwą sa­mot­ność i znużenie. Przez kil­ka se­kund w ta­kiej chwi­li mat­ka wygląda jak zmęczo­na tor­tu­ra­mi więźniar­ka, która chce się wresz­cie przy­znać do winy. Paść przed Olgą Do­brzycką na ko­la­na i głośno za­wodząc, błagać o prze­ba­cze­nie. Jed­nak nie pamięta, co złego zro­biła.

I to jest także praw­da o mo­jej mat­ce, myśli Te­re­sa i współczu­je. Bo cóż tak bar­dzo złego było w tym, że wyszła za Hen­ry­ka Ko­pra, syna sta­jen­nych w Boh­danówce?

Boh­danówka, Łosza, Perłowa Góra zna­czyły w życiu Da­nu­ty Ko­per tyle ile ko­lo­ro­we pla­my na nie­ak­tu­al­nej ma­pie geo­de­zyj­nej, którą Olga Do­brzyc­ka trzy­mała w swo­im kre­den­sie. Żad­nej z tych plam nie dało się załado­wać do­sun­du­ka, zru­pie­ciałej skrzy­ni, gdzie ukry­to ob­ra­zy bra­ta bab­ki, Lwa. Żadna z tych plam, choć im­po­nująco roz­la­na po zie­miach kre­so­wych, ru­bieżach wschod­nich, moc­no już wy­blakłych, nie mogła stać się schedą Dusi Do­brzyc­kiej, wówczas kil­ku­let­niej dziew­czyn­ki, która na­wet nie wie­działa, że cze­kiści za­bi­li jej dziad­ka, ojca NKWD, wuja – schi­zo­fre­nia, a hi­sto­ria do­ko­nała resz­ty spu­sto­szeń. Mała Du­sia Ko­per, z tego, co mówiła sama bab­ka, miała na własność tyl­ko plu­szo­we­go mi­sia uszy­te­go przez nia­nię Ma­ry­nię. „Ot, gałgan fu­ter­ko­wy, wiel­kie mi nic”, wzdy­chała mat­ka, ale w każdą Wi­gi­lię wspo­mi­nała dzie­cięcą za­bawkę.

Cóż więc nie­mo­ral­ne­go, nie­wy­ba­czal­ne­go było w de­cy­zji Da­nu­ty Do­brzyc­kiej, która po ukończe­niu szkoły śred­niej za­pragnęła wy­rwać się ze snu bab­ki o po­wro­cie na oj­co­wiznę? Uciec od jej wiecz­nych rojeń od­zy­ska­nia utra­co­nych włości. Za­po­mnieć o ja­kichś młynach, zie­miach, fol­war­kach.

– Na miłość boską, zacząć nor­mal­nie żyć! – mo­dliła się co wieczór.

Te­re­sa bez tru­du po­tra­fiła so­bie to wy­obra­zić. Tę wielką po­trzebę mat­ki, by opuścić po­nu­re miesz­ka­nie przy Słonecz­nej. Po to, by wresz­cie za­wie­sić fi­ran­ki we własnej kuch­ni. Na­wet nie­wiel­kiej, na miarę możliwości fi­nan­so­wych Hen­ry­ka Ko­pra, którego po­znała na balu dla pra­cow­ników Zakładów Odzieżowych „Mira”. To właśnie tam, po­pi­jając tanią wódkę czer­woną oranżadą, Da­nu­ta i Hen­ryk, roz­ocho­ce­ni tan­giem mi­lon­ga, prze­zna­cze­ni so­bie ko­ty­lio­nem, od­kry­li, że po­chodzą z tych sa­mych stron. A kto wie, może i jed­nym pociągiem je­cha­li na Zie­mie Od­zy­ska­ne, we wspólnym smro­dzie i głodzie, aby tu, w świe­tli­cy Zakładów Odzieżowych „Mira”, spo­tkać się po la­tach. Na par­kie­cie, na wódce po­pi­ja­nej mu­sującą oranżadą, na do­bre i na złe, w zdro­wiu i w cho­ro­bie, być może po to także, by nie opuścić się aż do śmier­ci.

– Co za traf, Duśka! Ty stamtąd, ja stamtąd! I my te­raz tu, wśród ob­cych... To po maleńkim, ma­lut­kim. Za to, że my się od­na­leźli, w tłumie nie prze­ga­pi­li, choć tyle tu ele­ganc­kich ko­bi­tek... – rozśpie­wał się Hen­ryk. – Może i ładne one, do­rod­ne, ale my jak te dwa owsi­ki w du­pie, że tak wyrażę się, dla sie­bie stwo­rzo­ne.

– Ko­per??? – Bab­ka zbladła, gdy córka następne­go dnia zda­wała jej re­lację z balu.

Bez zbędnych szczegółów. Prze­mil­czała więc tan­go mi­lon­ga, kil­ka pośpiesz­nych, dławiących pocałunków w po­wrot­nej dro­dze, wódkę i oranżadę. Na Słonecz­nej pijało się wyłącznie li­kie­ry.

– Po moim tru­pie!

Tyl­ko tyle usłyszała od mat­ki, która wyprężona jak stru­na ru­szyła w stronę chłod­ziar­ki, gdzie trzy­mała tanią wódkę dla An­to­nie­go Złotej Rączki, też re­pa­trian­ta. Prze­chy­liła pół szklan­ki bez gry­ma­su obrzy­dze­nia, bez zakąski, a po­tem powtórzyła za­wzięcie:

– Po moim tru­pie!

Da­nu­ta wy­brała mat­czy­ne­go tru­pa, wzru­szając tyl­ko ra­mio­na­mi.

– Możesz zacząć umie­rać – oświad­czyła, za­nim za­trzasnęła z całą siłą wejścio­we drzwi i trze­ba było wzy­wać An­to­nie­go Złotą Rączkę, aby je na­pra­wił.

Nie wia­do­mo, co bar­dziej upo­ko­rzyło babkę. Nie­na­wist­ne spoj­rze­nie córki czy zdu­mie­nie An­to­nie­go.

Kręcił się koło tych drzwi, wier­cił.

– Jak to, sza­now­na pani, one wy­pa­dli? – po­wta­rzał z nie­do­wie­rza­niem. – Z ni­cze­go nie wy­pa­dli! Musi ktoś i do­bie­rał się, sil­ny jakiś zbir, dia­bli nada­li! Po­nie­miec­kie drew­no, sza­now­na pani, za­wiasów trzy­ma sia jak czort ki­taj­ca, a tu w dre­bie­zgi! Chy­ba do pa­nien­ki Duśki jakiś amant do­bie­rał sia, z prze­pro­sze­niem sza­now­nej pani, że nie do pani...

– Proszę porządnie je osa­dzić!

Tak zda­niem Te­re­sy bab­ka ucięła całą tę roz­mowę. Krótkim żąda­niem. Wład­czo i po­nu­ro. Jak­by da­lej zarządzała Perłową Górą z fo­te­la w ba­wial­ni.

We wspo­mnie­niach tej sce­ny mat­ka i bab­ka były wyjątko­wo zgod­ne. Zgod­nie też wkro­czyły na ścieżkę wza­jem­nych pre­ten­sji i żalu. Kro­czyły nią do dziś, co jakiś czas wpro­wa­dzając krótko­tr­wałe za­wie­sze­nie bro­ni. Ale na­wet wte­dy, gdy po­wie­wała nad nimi nie­wi­docz­na biała fla­ga, czaiły się, cho­wały w swo­ich oko­pach, go­to­we do ko­lej­ne­go ata­ku.

Te­re­sa daw­no przej­rzała ich stra­te­gię. Ro­zu­miała ją, bo ko­chała obie. Dumną babkę, z żela­znym upo­rem do­cho­wującą wier­ności so­bie, i matkę, której naj­większą od­wagą było prze­ciw­sta­wie­nie się mar­twym przod­kom, utra­co­nym bo­gac­twom i de­spo­tycz­nej Ol­dze Do­brzyc­kiej.

A gdzie je­stem ja, za­sta­na­wiała się cza­sa­mi Te­re­sa. Po której stro­nie noszę amu­nicję albo krótkie mel­dun­ki z fron­tu? Po czym do­cho­dziła do wnio­sku, że jakaś jej cząstka na stałe za­mel­do­wała się na Słonecz­nej, w miesz­ka­niu prze­siąkniętym piżmem sta­rych per­fum, wśród ko­lek­cji oleo­druków, wy­szczer­bio­nych ro­sen­tha­low­skich aniołków i kroch­ma­lo­nych ko­ron­ko­wych ob­rusów ri­che­lieu. Ale w tym sa­mym cza­sie, gdy cząstka Te­re­sy piła her­batę z por­ce­la­no­wych filiżanek, a jej oczy za­nu­rzały się w se­pio­wych zdjęciach z majówek i ple­nerów ar­tystów z tak zwa­nej szkoły wileńskiej, jej inna cząstka tęskniła za pi­skli­wy­mi kłótnia­mi sióstr, wi­do­kiem ojca szu­kającego w ra­diu swo­jej rozgłośni i za ob­ra­zem mat­ki, tro­piącej w bie­li pra­so­wa­nej bluz­ki choćby śladu po zdra­dli­wej pla­mie.

Dwie Te­re­sy. Dwa domy.

Każda wi­zy­ta bab­ki prze­ko­ny­wała, że po­rzu­ce­nie wza­jem­nej wro­gości przy­niosłoby ro­dzi­nie same stra­ty. Wy­star­czyło za­sta­no­wić się, co zy­skają bab­ka i mat­ka na naprędce pod­pi­sa­nym trak­ta­cie po­ko­jo­wym.

Obopólną klęskę, od­kryła kie­dyś ze zdu­mie­niem Te­re­sa. Cóż po­zo­stałoby po sta­ran­nie prze­myśla­nych stra­te­giach? Ko­lej­nych upo­ko­rze­niach? Po cel­nych cio­sach za­ostrzających ape­tyt na następne star­cie? Bo ta woj­na, pełna małych złośliwości, upar­tych prze­mil­czeń, cel­nych ri­post, była po­trzeb­na każdej z nich. In­a­czej obie mu­siałyby wresz­cie spoj­rzeć na sie­bie i z prze­rażeniem od­kryć praw­dzi­we­go wro­ga, moc­no za­kon­spi­ro­wa­ne­go w nich sa­mych. Mat­ka po­czułaby kom­pletną pustkę, zwol­nio­na z obo­wiązku zasłania­nia własną pier­sią drob­ne­go Hen­ry­ka Ko­pra czy daw­no nieżyjącego teścia, sta­jen­ne­go z Boh­danówki. Byłaby ni­kim, spusz­czając z oczu całe to ra­chi­tycz­ne drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne ojca, którym bab­ka potrząsała jak gałązką bzu. Dopóki Da­nu­ta Ko­per w ja­ki­kol­wiek sposób wal­czyła o swe­go mężczyznę, mogła się łudzić, że ko­cha.

Z ko­lei bab­ka, choć nig­dy by się do tego nie przy­znała, jeśli w ogóle za co­kol­wiek ceniła córkę, to właśnie za kon­se­kwencję, z jaką za­wsze bro­niła bez­na­dziej­nej spra­wy. Przy­najm­niej to nada­wało jej po­zo­ry po­sia­da­nia cha­rak­te­ru. Był zresztą w ro­dzi­nie po­dob­ny przy­pa­dek pa­skud­ne­go me­za­lian­su i bab­ka na swój sposób lubiła tę łzawą hi­sto­rię, o czym tyl­ko kil­ka­krot­nie ogólni­ko­wo wspo­mniała Te­re­sie.

Taka widać ko­lej dzie­jo­wa. Fla­gi nie­na­wiści wciągnięte na maszt. Po­wie­wające. Wia­do­mość, że wszyst­ko to­czy się nudną, ale spo­kojną ko­leją rze­czy.

Te­re­sa już daw­no po­ra­dziła so­bie z ro­dzinną fru­stracją. Roz­grze­szała więc w myślach swą tchórzliwą matkę, którą z Boh­danówką łączyło za­le­d­wie wspo­mnie­nie stra­chu pod­czas uciecz­ki z dwo­ru. Ro­zu­miała też właści­cielkę majątków, nie­doszłą spad­ko­bier­czy­nię zie­miańskie­go po­sa­gu, roz­cza­ro­waną je­dyną córką. Zdu­mioną, że ta har­da ko­bie­ta z nad­wagą pre­ten­sji jest bar­dziej szwaczką niż dzie­dziczką her­bu Je­li­ta, bar­dziej panią Ko­per niż hra­bianką Do­brzycką. Nie dość tego – jest także tą samą, ocze­ki­waną z utęsknie­niem maleńką Dusią, uro­dzoną w dwor­ku na Perłowej Górze, w atłaso­wej poście­li ku­pio­nej u Żyda w Wil­nie, przy­chodzącą na świat pod­czas wiel­kiej bu­rzy, wśród rżenia prze­rażonych koni i sza­lejącej za okna­mi wi­chu­ry.

– Taki piękny poród... – lubiła wspo­mi­nać bab­ka. – Wzniosła chwi­la. Wspa­niałe oko­licz­ności na­tu­ry. Jak­by nie­bo z zie­mią cze­kały na dzie­dziczkę mocną i sta­nowczą. Błękitną krwią zna­czoną. I jesz­cze te perłowe błyska­wi­ce. Zna­ki od Boga. A tu szwacz­ka. Wszyst­ko na zmar­no­wa­nie...

Cie­ka­we, czy bab­ka miałaby choć cień sa­tys­fak­cji, wiedząc, że upar­ta Duśka, po mężu Ko­per, w ja­kimś nie­pojętym sen­sie tęskni za od­rzu­co­nym szla­chec­twem, za­sta­na­wiała się Te­re­sa, ile­kroć znaj­do­wała na mat­czy­nej po­dusz­ce, w kuch­ni czy w rogu wymiętej wer­sal­ki Wrzos Ro­dzie­wiczówny. Chy­ba je­dyną książkę, której jej mat­ka poświęcała każdą wolną chwilę. Mu­siała zna­leźć w niej po­cie­sze­nie swe­go pośpiesz­nie do­ko­na­ne­go wy­bo­ru, ja­kieś uspra­wie­dli­wie­nie dla tej de­zer­cji ro­do­wej, ob­cej bab­ce, nie­zro­zu­miałej. „Wszyst­ko to mar­ność i głupstwo”, prze­ma­wiała Da­nu­ta Ko­per frazą ulu­bio­nej pi­sar­ki, znaj­dując w tym zda­niu błogosławio­ny spokój i całko­wi­te roz­grze­sze­nie dla swych niełatwych wy­borów.

Te­raz obie siedzą przy no­wym nie­wy­god­nym sto­li­ku. Zbyt usłużnym wo­bec wy­niosłych fo­te­li. Mat­ka jed­nak uparła się, żeby kupić jam­nik. Jam­ni­ki wi­działa na fil­mach pol­skich, w do­mach in­te­li­gent­nych, wy­kształco­nych lu­dzi. Sko­ja­rzyły się jej trochę z ta­ki­mi japoński­mi, co to ni­ziut­ko przy podłodze, nie­zwy­kle no­wo­cześnie.

– Wydała na nie­go ostat­nią pre­mię i te­raz cała ro­dzi­na je obiad w po­wie­trzu – sar­ka cza­sa­mi Hen­ryk Ko­per.

– Same za­le­ty, mama po­pa­trzy – mat­ka próbuje bro­nić swych ma­rzeń. – Miej­sca na­resz­cie trochę więcej, a tak stół się tyl­ko pa­no­szył, a my boki obi­ja­liśmy, ustępo­wa­liśmy mu z dro­gi.

– Nie­wy­god­nie jed­nak. – Bab­ka mości się w fo­te­lu. – Duże dys­pro­por­cje – oce­nia su­cho.

– Inne sie­dze­nia się kupi. Trochę jed­nak te­raz oszczędzać muszę. Wie mama, wa­ka­cje, Te­re­sa na stu­dia, dzie­ci ciągną z każdej stro­ny, a jesz­cze mam opłaty, ra­chun­ki, naj­gor­sza elek­try­ka, jak­bym prąd żarła. Je­zus, jak to ciągnie. Na­wet się chciałam za­py­tać, czy mama by nam trochę nie tego, nie pożyczyła na jakiś czas. Choćby na te ko­lo­nie.

– Hen­ryk po­wi­nien ci bar­dziej po­ma­gać. – Bab­ka z lek­ko kpiącym uśmie­chem wciąż ogląda nieszczęsny jam­nik. – Ale widzę, że dla nie­go je­dy­na in­we­sty­cja to ten mo­tor.

– Jaki tam mo­tor, to ko­mar jest tyl­ko! Mar­ność i głupstwo! Koło mo­toru praw­dzi­we­go nie stał na­wet, za­baw­ka ze­psu­ta, za gro­sze od­ku­pio­na! – ba­ga­te­li­zu­je mat­ka, co chwi­la od­gar­niając strąki włosów wpa­dające do oczu. – A może by mama śle­dzi z nami zjadła? Ale gdzie tam dla mamy śledź! Ryba to się od san­da­cza za­czy­na.

– Tym bar­dziej szko­da cza­su i atłasu na ni to mo­tor, ni to ro­wer.

Prze­wa­ga bab­ki rośnie. Te­re­sa za­wie­sza spoj­rze­nie na mat­ce. Czy już nad­cho­dzi czas otwar­tej kłótni, czy ciągle jesz­cze per­trak­ta­cje, de­li­kat­ne układa­nie się.

– Do­niosę ma­mie tych cia­ste­czek z cu­krem pu­drem. Poleć, Te­re­ska, do kuch­ni, po­daj bab­ci. I cu­kru przy­nieś.

Mat­ce wyjątko­wo zależy, uśmie­cha się Te­re­sa, sięgając po puszkę ukrytą przed młod­szym ro­dzeństwem na sa­mej górze kre­den­su.

Gdy wra­ca z ciast­ka­mi, obie siedzą bez słowa. Bab­cia wygładza spódnicę z na­tu­ral­nej wełny. Ładną, beżową, w sam raz do tocz­ka. Mat­ka prze­cie­ra szmatą swój jam­nik, choć szma­ta brud­na. Pew­nie oj­ciec zno­wu wy­cie­rał w nią ręce.

Na wi­dok Te­re­sy twarz bab­ki jaśnie­je.

– Wresz­cie ktoś z tej ro­dzi­ny będzie stu­dio­wał.

Sub­tel­nie przy­po­mi­na córce, że ona, nie­ste­ty, za­wiodła. Nie chciała żad­nych szkół. Tyl­ko fi­ran­ki wie­szać, dzie­ci płodzić, wia­do­mo komu. Ni­ko­mu.

– Przy­najm­niej ty na sie­bie za­ro­bisz – kładzie moc­ny ak­cent na ty, na Te­resę, i sięga po port­fel. – Ile te ko­lo­nie? – pyta głosem do­bro­dziej­ki. – Tyl­ko, Du­siu, nie prze­sa­dzaj. No­wych fo­te­li nie będę wam ku­po­wać. Niech przy­najm­niej tym zaj­mie się twój mąż.

Bab­ka dba, aby pod żad­nym po­zo­rem nie spoj­rzeć na córkę. Za­po­coną i bladą, przykładającą ner­wo­wo brudną szmatkę do twa­rzy.

Może to i le­piej, że tego nie wi­dzi, myśli Te­re­sa, pod­su­wając bab­ce ciast­ka. Nie ma na co pa­trzeć, uzna­je po ci­chu, współczując milczącej mat­ce.

Te­re­sa przegląda swój al­bum ze zdjęcia­mi.

Wszyst­kie czar­no-białe. Ama­tor­skie. Te dwa z ate­lier ze­zo­wa­te­go fo­to­gra­fa, pana Al­bi­na, który nie lubił dzie­ci. Sztucz­nie bar­wio­ne. Na obu mam uróżowio­ne po­licz­ki, usta w tan­det­nym ma­ki­jażu. Mała czte­ro­let­nia kur­wa. Trze­ba mieć fan­tazję, żeby tak re­tu­szo­wać.

Po­zo­stałe zro­bił ktoś, kogo pew­nie na­wet nie znałam. W przed­szko­lu, na balu. Nie pamiętam tam­tej sie­bie. Może po ubran­kach trochę. Większość szy­ta przez matkę albo wy­dzier­ga­na. Bab­ka cza­sa­mi zdo­by­wała dla mnie z ame­ry­kańskich pa­czek jakąś śliczną su­kienkę. Pamiętam szczególnie jedną, ak­sa­mitną, ozdo­bioną ręcznym ha­ftem. Ale na żad­nym zdjęciu jej nie ma.

Je­stem chy­ba brzyd­kim dziec­kiem. To­por­nym, z wypiętym brzu­chem w prążko­wa­nych raj­tu­zach i w swe­trze. Na­wet pod­czas świąt nie roz­staję się z tym ze­sta­wem i uśmie­chem „ściśnięte usta”. Ktoś mu­siał mnie do tej miny prze­ko­nać, żebym nie stra­szyła bra­kującymi mle­cza­ka­mi. Za mną cho­in­ka. O iro­nio! Le­piej ubra­na niż ja. Na większości przed­szkol­nych fo­tek je­stem iden­tycz­na, tyl­ko grub­sza ze zdjęcia na zdjęcie. Mimo to raj­tu­zy są wszędzie i tak za duże. Pew­nie ku­po­wa­ne na wy­rost. Zbie­rają się nierówny­mi fałdami, aż trud­no uwie­rzyć, że ela­stycz­ne. W ko­lo­rze mlecz­ne­go gówna lub, jak woli mama, pia­sko­wym.

A tu siedzę prze­rażona na czy­ichś ko­la­nach. Mam wielką ko­kardę. Przy­siadła na moim my­siej kit­ce jak mon­stru­al­na ćma. Je­stem tą ko­kardą przy­gnie­cio­na, z tru­dem unoszę głowę. Pew­nie wy­ko­nuję nie­zmier­nie ciężką pracę, aby zsunąć się z ob­cych ko­lan, wy­na­gro­dzo­na paczką z ta­ni­mi słody­cza­mi. Człowiek w ma­sce, który mnie więzi i siłą przy­trzy­mu­je do zdjęcia, uda­je Świętego Mikołaja. Ale wszy­scy wiedzą, że to Dzia­dek Mróz! Żadna świętość, na­wet w prze­bra­niu, nie miała wstępu na zakłado­we za­ba­wy dla dzie­ci szwa­czek. Tu prze­pustką była tyl­ko po­spo­li­tość, iden­tycz­ność, prze­wi­dy­wal­ność, a wszyst­ko w za dużych raj­tu­zach. Mogła się tam wśli­zgnąć sta­ran­nie wy­bra­na tek­styl­na mier­no­ta, którą my, dzie­ci fa­bry­ki, nieświa­do­mie wno­siłyśmy na so­bie. Kie­dy te­raz patrzę na to zdjęcie, pełne mniej­szych i większych dzie­ciaków ota­czających fa­ce­ta w ma­sce, przy­cho­dzi mi na myśl ram­pa w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Tyle nie­pew­ności na na­szych małych bu­ziach! Jakiś strach, że uczest­ni­czy­my w zda­rze­niu, które wca­le nie musi być za­bawą. Co za­bawnego jest w do­kle­jo­nej bro­dzie i wiel­kich, pla­sti­ko­wych dziu­rach, z których spo­zie­rają na nas praw­dzi­we oczy? Albo w pa­sto­ra­le po­stu­kującym posępnie do ryt­mu spłoszo­nych serc. W zbyt stroj­nej sza­cie, która jesz­cze bar­dziej pod­kreśla na­sze ubóstwo. To jakaś ry­tu­al­na rzeź nie­wi­niątek z ko­nającymi z prze­rażenia dzie­ciakami w odświętnych ela­sto­rach.

A jeśli nie ram­pa i hi­tle­row­cy, jeśli nie nagła śmierć w ba­ra­ku ocze­ki­wań na paczkę, to może dom dziec­ka. Sie­ro­ty sza­re­go PRL-u w ko­lej­ce do szczęścia. Spusz­czo­ne z tej sa­mej taśmy. Dzie­ci ani­li­no­we i ela­sto­ro­we z nitką na­dziei wple­cioną ja­kimś barw­nym wzor­kiem. No­si­cie­le ostat­niej, nie­uda­nej ko­lek­cji zakładów Mira. Z możliwością za­ku­pu dla pra­cow­ników po niższej ce­nie. Włókien­ni­cze nieszczęścia, wśród nich ja. Prze­wyższam o głowę całe tek­styl­ne to­wa­rzy­stwo i uśmie­cham się moc­no ściśniętymi usta­mi.

Adam... To zdjęcie zro­biłam sama apa­ra­tem Druh. Do­stałam go od chrzest­ne­go, tego, który unieszczęśliwił mo­je­go ojca mo­to­ro­we­rem. Apa­rat też nie był nowy. Je­steśmy w ósmej kla­sie, na bi­wa­ku. To wte­dy Adam wpi­sał do mo­ich Złotych myśli w ru­bry­ce Two­ja sym­pa­tia dwie li­te­ry. T.K. In­nych jego wpisów w ogóle nie czy­tałam, bo prze­cież za­wsze cho­dziło tyl­ko o tę ru­brykę. Kie­dy już zo­ba­czyłam to T. i K., zro­zu­miałam, że je­stem bar­dzo szczęśliwa. Na­tych­miast scho­wałam ze­szyt na samo dno wa­liz­ki. Najchętniej zjadłabym to pa­pie­ro­we wy­zna­nie, żeby nikt się nie domyślił. Ale nie zjadłam. Gdy­bym to zro­biła, jaką po­tem miałabym pew­ność, że na­pi­sał T.K.?

Wie­czo­rem sie­dzie­liśmy z Ada­mem na pomoście i każde z nas mówiło, cze­go się boi. Ja opo­wie­działam o sąsia­dach z ro­ta­cyj­ne­go, a w szczególności o Gru­bym Ju­lia­nie, który gonił dziew­czyn­ki albo na­ma­wiał, aby poszły z nim do komórki na drew­no. I jesz­cze, że śmier­ci. Jej też się bałam, choć nikt nie umarł na mo­ich oczach. Pamiętałam tyl­ko jed­ne­go nie­bosz­czy­ka, ko­legę taty, jak leżał w trum­nie, wiel­ki kruk z za­krzy­wio­nym no­sem, w czar­nym gar­ni­tu­rze. Nie znałam go, ale było mi przy­kro, że tak leży, a wszy­scy się na nie­go gapią. Mógłby tego nie chcieć. Nie życzyć so­bie. Pod­nieść głowę, po­wie­dzieć: proszę się ro­zejść i zo­sta­wić mnie w świętym spo­ko­ju, święty spokój racz­cie mi dać. Ale tego nie zro­bił, bo nie on de­cy­do­wał. I właśnie to mnie prze­stra­szyło. Że nad­cho­dzi taka chwi­la, kie­dy nie możemy na­wet po­wie­dzieć, co nam się nie po­do­ba. I choć je­steśmy w tej jed­nej se­kun­dzie naj­ważniej­si, nikt nas nie słucha.

Adam in­a­czej. Bał się tego, cze­go nie ro­zu­miał.

– To śmier­ci też się bo­isz! – prychnęłam.

Ale się nie bał. Po­tra­fił ją so­bie wy­obra­zić. Że może wyglądać tak jak ta ze­schnięta żaba, po­wie­dział, po­ka­zując mi pla­ster chro­po­wa­tej skórki, na której czyjś nie­uważny but do­ko­nał pośmiert­nej eg­ze­ku­cji, jesz­cze moc­niej wbi­jając nieszczęsne reszt­ki żaby w po­most. Jej szczątki były le­d­wo wi­docz­ne przy za­pa­dającym zmierz­chu, ale sta­no­wiły nie­zbi­ty dowód, że śmierć ota­cza nas ze­wsząd. Śmierć kałużowa i lądowa, z wody, nie­ba i po­wie­trza. Wszech­obec­na i nie­ru­cho­ma, przez co tak trud­no ją wy­tro­pić.

Śmierć jest łatwa do zro­zu­mie­nia. W środ­ku ma bez­bo­lesną pustkę. Na zewnątrz obojętność i sa­mot­ność – szep­tał Adam, a ja wte­dy pomyślałam, że musi być prawdą to, co się mówi o jego ma­mie. Że pi­sze wier­sze i wysyła je do ga­ze­ty.

Adam też jak­by mówił wier­sze, ale nig­dy nie miały rymu.

– To cze­go naj­bar­dziej się bo­isz? – chciałam ko­niecz­nie wie­dzieć.

Od­po­wie­dział, że sie­bie i lu­dzi.

Za­wsze był inny niż my. Uczył się w szko­le mu­zycz­nej, lubił hi­sto­rię i znał rośliny. Jego mama pra­co­wała w domu kul­tu­ry. W Mia­stecz­ku nikt nie wie­dział, skąd przy­je­cha­li, ale moja bab­cia za­wsze twier­dziła, że z wiel­kie­go świa­ta.

– To praw­dzi­wa dama – szep­tała ze znaw­stwem, gdy spo­ty­kałyśmy ją w bi­blio­te­ce, u kraw­co­wej albo w ko­lej­ce, kie­dy rzu­ci­li Kur­ko­we kiełbasy do GS-u.

Tam­te­go dnia, za­nim się roz­sta­liśmy pod lesz­czy­na­mi, kie­dy po raz pierw­szy po­czułam wielką radość, że ju­tro zno­wu mogę przyjść na po­most, i za­nim opuściliśmy trzeszczące nie­bez­piecz­nie de­ski przy­sta­ni, Adam de­li­kat­nie od­kleił nieszczęsną żabę i zro­bił jej na zarośniętym brze­gu mały grób z pa­tyków i liści. A na ko­niec położył na nim kil­ka sto­kro­tek.

Za­ko­chałam się.

Biegłam szczęśliwa, myśląc o de­li­kat­nych dłoniach Ada­ma i o tym, że lubię jego smut­ny uśmiech. A gdy weszłam do na­mio­tu, Ewka ma­chała la­tarką i głośno czy­tała dziew­czy­nom moje Złote myśli.

– T.K. – Uśmiechnęła się nie­szcze­rze. – Kaśka Tom­czyk! Od razu wie­działyśmy!

Po­tem dwa, może trzy razy wra­całam z Ada­mem ze szkoły. Nig­dy go nie za­py­tałam o Kaśkę Tom­czyk, ale wy­star­czyło po­pa­trzeć na nią i na mnie, żeby wie­dzieć, dla kogo Adam śpie­wał swoją pio­senkę na szkol­nej aka­de­mii z oka­zji Święta Pra­cy. Była to, nie­ste­ty, pio­senka o miłości. Niby do oj­czy­zny, ale prze­cież wia­do­mo, że miłość można wy­ra­zić na różne spo­so­by.

– Za­biorę cię z sobą – szepczę do fot­ki Ada­ma.

Już mu wy­ba­czyłam, że tańczył na balu ma­tu­ral­nym z Kaśką. Że od cza­su szkoły śred­niej co­raz mniej mnie znał, aż wto­piłam się w świat tych lu­dzi, którzy mu­sie­li bu­dzić jego strach. Ob­cych. Obojętnych. Poszłam do mo­de­lar­ni z Ma­riu­szem Kur­kiem, żeby wy­mie­rzyć Ada­mo­wi karę. Za to pierw­sze po­rzu­ce­nie, ode­pchnięcie mnie, od­wra­ca­nie wzro­ku. Za moje złote myśli, nie­zje­dzo­ne, nie­przełknięte. Stojące kulką pa­pie­ru w gar­dle. Za oszu­stwo i ma­ni­pu­lo­wa­nie al­fa­be­tem mo­ich pierw­szych uczuć. Jak mógł! Więc poszłam do tej mo­de­lar­ni, na złość śmiesz­nym mrzon­kom. Za­mie­niłam się w wy­schniętą żabę, ale nikt mnie nie pod­niósł z mchu zie­lo­ne­go ma­te­ra­ca. Nie po­chy­lił się nad moją śmier­cią. Nie za­dbał o sto­krot­ki, choć zno­wu był czer­wiec. A mnie stało się naj­zu­pełniej obojętne, z kim pójdę, komu pokażę kar­mi­no­we ko­ron­ko­we ga­cie, o kim będę myślała, leżąc na tym roz­be­be­szo­nym pomoście, chro­po­wa­ta, nieżywa, bez maj­tek i złudzeń. Nieświa­do­ma do bo­le­sne­go końca, kogo ko­cham, kogo lubię, kogo pocałuję. Dwója z de­kli­na­cji szkol­nych uczuć. Nie­zasłużona prze­cież, bo ko­chałam...

I na­gle ro­zu­miem, że nie po­trze­buję zdjęcia Ada­ma. Fo­to­gra­fii pierw­szej zdra­dy. Twa­rzy, którą przez tyle lat pytałam wzniosłą po­etycką frazą, jak można żyć bez po­wie­trza? I na­wet sama pisałam wier­sze miłosne, a przy tym, co się za­czy­nał słowa­mi „wstań z ko­lan ser­ce moje / za­bij we mnie miłości skargą, / bo ko­cham wszyst­ko, co two­je / go­to­wa na życie się targnąć”, płakałam, drąc na drob­ny mak ze­szyt ze złoty­mi myślami. Między in­ny­mi również z tego po­wo­du tu się roz­sta­je­my, w tym miej­scu. Od te­raz za­po­mi­nam o la­tach, kie­dy cię wi­działam, idącego to do szkoły, to w pierw­szo­ma­jo­wym po­cho­dzie. Albo o tym, jak ku­po­wałeś dla Kaśki Tom­czyk wodę z so­kiem wiśnio­wym z sa­tu­ra­to­ra, a ja wy­obrażałam so­bie, że po namyśle to jed­nak mnie po­dasz ten pla­sti­ko­wy ku­bek. I ab­so­lut­nie wy­rzu­cam pałętającą się po mo­jej głowie scenę ze szkol­nych wy­kopków, gdy nieśmiało próbowałam rzu­cić w cie­bie ziem­nia­kiem, co na­zwałeś „koński­mi za­lo­ta­mi” i odtąd kil­ku pa­lantów z kla­sy wołało za mną „kobyłka”.

Zo­stań więc tu­taj. W mar­twym punk­cie mo­jej przeszłości. I z tych po­wodów, a także kil­ku nie­prze­spa­nych nocy, zo­sta­wiam cię na za­wsze pew­nej K.T., ak­ty­wi­st­ce har­cer­skiej drużyny Żbiki ze spraw­nościa­mi „wska­zi­dro­ga” i „maj­ster do wszyst­kie­go”. Wezmę ze sobą na­to­miast kar­mi­no­we majt­ki. One przy­najm­niej coś o mnie wiedzą.