Wydawca: Bernardinum Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Gorzka pomarańcza ebook

Nadia Hamid

3.38888888888889 (18)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 145 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gorzka pomarańcza - Nadia Hamid

Autorka książki jest Polką z Pomorza, która w latach 80. ubiegłego wieku wyszła za Libijczyka studiującego w Polsce, a następnie wyjechała na stałe do jego kraju. Radykalnie odmienne obyczaje, prawo szariatu, jawna dyskryminacja kobiet podzieliły małżonków, zmieniając ich uczucie i codzienność w koszmar. Muchtar okazał się kameleonem – w Polsce delikatny i tolerancyjny, u siebie stał się panem i władcą, stawiającym za wzór żonie chrześcijance swoją jedynie słuszną religię oraz wyidealizowaną matkę muzułmankę. Zdecydowany bunt Nadii w obronie własnej godności i podmiotowości zrodził w końcu brutalną przemoc i... plan ucieczki z „islamskiego raju”.

Dramatyczne losy autorki – która tutaj ukrywa się pod pseudonimem, nadal obawiając się ingerencji w jej życie tamtej przeszłości – przeplatają się z ciekawymi obserwacjami. Oprócz wątków niemal kryminalnych „Gorzka pomarańcza” jest bogatym źródłem wiedzy o arabsko-muzułmańskiej mentalności oraz obyczajowości, a zwłaszcza o życiu rodzinnym – pokazywanym tu barwnie i różnorodnie. Dzięki temu książka ta ma także walory dobrego reportażu uczestniczącego.

Nadia odzyskała wolność w 1997 roku, a swoje pouczające wspomnienia spisała dziewięć lat później. Trafiają one w czas, kiedy zderzenie religii i cywilizacji staje się problemem Europy, a nie tylko nieostrożnych polskich dziewczyn zakochujących się w śniadych studentach z Afryki.

Opinie o ebooku Gorzka pomarańcza - Nadia Hamid

Fragment ebooka Gorzka pomarańcza - Nadia Hamid

Okładka

Karta tytułowa

Od pierwszego wejrzenia

Urodziłam się w latach 60. XX wieku w Gdańsku, w zwykłej inteligenckiej rodzinie. Miałam kochających rodziców i o pięć lat starszego brata. W moim domu panował spokój i pełna harmonia. Nie wiedziałam, co to awantury i stresy z nimi związane. Dzieciństwo i wczesna młodość upływały mi w poczuciu bezpieczeństwa i miłości. Wyrosłam na pewną siebie młodą kobietę świadomą swoich wdzięków i atutów, które posiadałam. W późniejszym czasie, w trudnych sytuacjach przyszło mi nie raz je wykorzystać.

Byłam wrażliwa a jednocześnie odważna i podejmowanie ryzykownych wyzwań przychodziło mi z łatwością. Po ukończeniu szkoły średniej, mając dziewiętnaście lat, jak każda dziewczyna w tym wieku, lubiłam bawić się, tańczyć, marzyć o wielkiej miłości, snuć plany na przyszłość. I być może wszystko byłoby inaczej, gdyby nie ten grudniowy mroźny wieczór 1985 roku.

Moja serdeczna koleżanka Żaneta, z którą nie widziałam się bardzo długo, urządzała u siebie w domu prywatkę. Zaprosiła mnie na nią, mówiąc, iż ma dla mnie niespodziankę i muszę koniecznie przyjść.

– Dobrze – zgodziłam się. – Będę około dziewiętnastej.

Kiedy zjawiłam się u Żanety, zabawa trwała już w najlepsze. Dobra muzyka, jedzenie i alkohol, wykwintny jak na ówczesne czasy.

– Żaneto, skąd masz takie rarytasy?

– Przedstawię ci mojego chłopaka, to wszystko zrozumiesz.

Po chwili zjawił się – przystojny, młody, o egzotycznej urodzie. Typowy „mahoniowy gość”.

– Cześć, mam na imię Ali – powiedział po polsku z dziwnym akcentem. Zdumiona wyciągnęłam rękę. Po chwili pociągnęłam Żanetę w stronę kuchni.

– Co ty wyprawiasz? Przecież to Arab – zarzuciłam jej. – Za kogo ludzie cię wezmą?

– On jest wspaniały, nie taki jak nasze chłopaki – odpowiedziała. Rozpieszcza mnie do granic możliwości. To dzięki niemu stać mnie na różne przyjemności. Poza tym, my się kochamy.

– Ty chyba już kompletnie zwariowałaś. To są jakieś dzikusy. No, sorry, ale ja bym tak nie potrafiła.

– Nie bądź taką rasistką.

– Nie o to chodzi, ale jednak to wstyd… Przepraszam cię, to nie są moje klimaty – zaznaczyłam zdecydowanie.

– No dobra, może masz rację, ale przynajmniej zabawmy się dzisiaj – podsumowała Żaneta.

Zostałam. Atmosfera zrobiła się przyjemna. Przyszło jeszcze kilku znajomych Żanety i kilku kolegów Alego. Po chwili dowiedziałam się, iż są to studenci z Libii. Wszyscy zachowywali się bardzo kulturalnie i niczego nie mogłam im zarzucić. Wręcz przeciwnie, zdumiona byłam ich obyciem, umiejętnością prowadzenia rozmowy, dowcipem. Pomyślałam nawet, że byłam niesprawiedliwa i małostkowa. Jakim prawem oceniam ludzi, o których nie mam zielonego pojęcia.

Zrobiło się już późno, ale impreza trwała w najlepsze. Było miło i dopisywał mi humor. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi i gospodyni prywatki poszła otworzyć.

– Dobry wieczór – usłyszałam z korytarza – przepraszam, że przeszkadzam, ale szukam Alego. Mam pilną wiadomość dla niego od jego rodziny z Libii. Godzinę temu rozmawiałem z jego ojcem przez telefon.

– Wejdź, zapraszam – mówiła Żaneta.

– Nie będę wam przeszkadzał, tylko przekażę wiadomość i już mnie nie ma, mam dużo nauki. Ali może sobie pozwolić na zabawy, pracę magisterską pisze za rok. Nie to co ja, niedługo kończę studia.

– No co ty, wejdź, rozerwiesz się trochę.

– Dobrze, dziękuję, ale tylko na kilka minut.

– Dobry wieczór, mam na imię Muchtar – przedstawił się niespodziewany gość. – Przepraszam za nagłe najście.

Usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał, jakby to mnie chciał osobiście przeprosić za kłopot, który być może sprawił swoim przyjściem. I wówczas, patrząc w jego oczy, pomyślałam, że to są najpiękniejsze oczy, jakie w życiu widziałam. Piękne, mądre i romantyczne.

Po chwili zaczęliśmy rozmawiać. Nie pamiętam, o czym, ale byłam już pewna, że inna mowa, kolor skóry czy odmienna kultura są niczym wobec porozumienia serc. One już wtedy coś sobie wyznały – coś, o czym sami nie mieliśmy jeszcze pojęcia…

– Będę musiał się już pożegnać. Pożyczyłem materiały od mojego promotora pracy magisterskiej i powinienem je jak najszybciej oddać – zaczął się zbierać do wyjścia.

– No to dobranoc.

– Czy jeszcze kiedyś się spotkamy?

– Nie wiem, być może – odparłam.

– Jak Bóg zechce, to się spotkamy. Będę go o to prosił – powiedział.

Minęło kilka dni i można powiedzieć, że zapomniałam o tym miłym wieczorze. Tymczasem, któregoś dnia rano, zadzwoniła Żaneta, informując mnie i przepraszając, że podała Muchtarowi numer mojego telefonu.

– Wybacz mi, ale on tak ładnie prosił i widać było, że bardzo mu zależy na rozmowie z tobą.

– Nie powinnaś była tego robić – powiedziałam, udając niezadowolenie. W głębi serca nie czułam wcale gniewu, lecz radość, że pamiętał o mnie.

– Nie rób tego więcej. Teraz będę musiała go jakoś spławić – zaznaczyłam na końcu rozmowy.

Nazajutrz wieczorem zadzwonił telefon, który odebrała mama.

– To do ciebie. Jakiś nieznany mi głos z niepolskim akcentem.

– To chłopak Żanety, mówiłam ci o nim – skłamałam szybko.

– Dobry wieczór, Nadio. Przepraszam za mój nieoczekiwany telefon. Mam nadzieję, że za bardzo się na mnie nie gniewasz?

– Nie, cieszę się, że mogę cię usłyszeć.

– Ja bardziej. Za kilka dni jest Sylwester i Nowy Rok, więc dzwonię, aby cię zaprosić na bal, który odbędzie się na promie. Będziemy pływać po Bałtyku. Byłbym zachwycony, gdybyś zgodziła się spędzić go ze mną.

Trochę mnie zatkało i w pierwszej chwili nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, choć nie miałam wątpliwości, że tego chcę.

– Dobrze – odpowiedziałam krótko.

Sylwester i chwile, jakie tam spędziłam, pozostaną do końca mojego życia jako wspaniałe wspomnienie. To tej nocy rodziło się nasze uczucie, które miało nigdy się nie skończyć. Muchtar zajmował się mną czule, dbał, aby niczego mi nie brakowało. Wydawało mi się, że znamy się bardzo długo i nie istnieją między nami żadne różnice. Poznałam jego kolegów, którzy przyszli ze swoimi dziewczynami. Jedną z nich była Lucyna, która w późniejszym czasie stała się moją przyjaciółką.

Przez cały czas było romantycznie i przyjemnie. Kiedy po skończonym balu Muchtar odwiózł mnie taksówką do domu, oboje czuliśmy, że będziemy za sobą tęsknić.

– Zadzwonię w sobotę i znów się spotkamy. Nie mogę się już doczekać.

Muchtar i reszta studentów mieszkała w internacie, który mogli opuszczać w weekendy lub w czasie przerw od nauki.

– Ja także będę liczyła dni – odparłam i zamknęłam za sobą drzwi taksówki.

Od tego czasu każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem. Pewnego dnia zachorowałam na anginę i nie mogłam wyjść, aby się z nim spotkać. Postanowiłam zaprosić Muchtara do domu. Punktualnie o godzinie osiemnastej zadzwonił do drzwi naszego mieszkania. Otworzyła moja mama. Widok chłopaka – cudzoziemca wywołał u niej lekkie zakłopotanie i zdziwienie, szczególnie wielkość bukietu wspaniałych kwiatów, które wręczył jej oraz mnie. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłam obawę na twarzach rodziców. A może tylko tak mi się wydawało… Po wyjściu Muchtara zaczęli mnie o niego wypytywać, a ja chętnie odpowiadałam, chwaląc go i wymieniając jego zalety w nieskończoność.

Miłość i szczęście. Szczęście i miłość. Te dwa słowa przeplatały się ze sobą, towarzysząc nam cały czas. Dni i noce pełne zapewnień o wzajemnym uczuciu. Tymczasem czas płynął swoim niezmiennym, okrutnym rytmem. Zbliżało się zakończenie studiów przez Muchtara, obrona pracy magisterskiej, a co za tym idzie – moje rozstanie z ukochanym. Jednak my byliśmy już pewni, że nigdy i nic na świecie nie jest w stanie nas rozdzielić, bo siła naszej miłości przetrwa wszystko i połączy nas na zawsze.

Muchtar był najzdolniejszym studentem na roku, a jego promotor namawiał go, aby nie rezygnował z uczelni i starał się napisać doktorat. Była to również szansa na powrót do Polski. Musiałby tylko – jako przyszły oficer Libijskiej Marynarki Wojennej – uzyskać zgodę od władz swojego kraju.

– Nie martw się, moja ukochana, wyjeżdżam, lecz niedługo wracam, niech tylko uzyskam tę zgodę – zapewniał. – Mam nadzieję, że to nie zajmie zbyt dużo czasu i znów będziemy razem. Czy nie czujesz tego, że dobry Bóg nam sprzyja? Dostałem z uczelni bardzo dobrą opinię i ona na pewno mi pomoże.

Nadszedł dzień obrony pracy magisterskiej. Muchtar otrzymał bardzo dobrą ocenę. Wieczorem urządziliśmy przyjęcie, a na nim ogłosiliśmy nasze zaręczyny! Byliśmy szczęśliwi, lecz myśl o pożegnaniu nie dawała nam spokoju. Równocześnie chodziliśmy po sklepach i kupowaliśmy prezenty dla jego rodziny. Zwyczajem arabskim, każdy musi dostać jakiś podarunek. Muchtar szczególnie starannie wybierał prezent dla swojej matki. Wzruszał się zawsze, kiedy o niej mówił.

– Moja matka jest wyjątkowo dobrą kobietą, wszyscy ją lubią i szanują – podkreślał. – Zobaczysz, że kiedy ją poznasz, to ją polubisz, a ona ciebie. To bogobojna kobieta pozbawiona wad. W naszej religii mówią, że raj jest pod stopami matek – zaznaczał.

Syn, który tak bardzo kocha swoją matkę, musi mieć złote serce i być naprawdę dobrym człowiekiem – myślałam wtedy.

Połączenie i rozstanie

Tego, co czułam przy pożegnaniu, nie jestem w stanie przelać na papier. Serce mi krwawiło. Wiedziałam, że tracę coś ważnego i cennego, bez czego nie potrafię już żyć. Wyznaniom miłości i obietnicom nie było końca, ale przecież nie mogły one złagodzić bólu rozstania. Moje koleżanki, które tak jak ja żegnały się ze swoimi chłopakami, też cierpiały. Jedna z nich, Ewa, trzymała na rękach małą córeczkę o oczach jak dwa węgielki. Jej arabski chłopak wystąpił do swoich władz o pozwolenie na ślub, uzasadniając je tym właśnie, że ma dziecko, które nie może zostać pozbawione ojca, bo ten powinien mieć wpływ na jego wychowanie. Tylko Lucyna nie miała takich rozterek, ponieważ nie robiła sobie żadnych nadziei co do przyszłości swojego związku. Jej Dżamal już na początku ich znajomości uprzedził ją, że życie w jego kraju byłoby dla niej nie do zniesienia, więc dla jej dobra będą musieli o sobie zapomnieć. Jakież to okrutne i bezduszne – myślałam – jak on tak może… Dopiero kilka lat później zrozumiałam, co właściwie miał na myśli.

Po wyjeździe Muchtara została mi w sercu pustka oraz wielka tęsknota. Czekałam na telefon, czekałam na list z wiadomością o jego szybkim powrocie do Polski. Niestety, mijały dni, tygodnie, a wiadomość nie przychodziła. Po prawie sześciu miesiącach oczekiwania mój ukochany zadzwonił. Zmartwionym głosem zakomunikował, że sprawa doktoratu w Polsce musi poczekać, gdyż dostał rozkaz wyjazdu na szkolenie do Związku Radzieckiego. Wtedy też pierwszy raz usłyszałam od niego, żebym się nie martwiła, gdyż on zrobi wszystko, aby sprowadzić mnie do swojego kraju. Te słowa były dla mnie jeszcze jednym dowodem na to, że jestem dla niego najważniejsza i szczerze mnie kocha.

Niedługo po tej rozmowie Muchtar był już w ZSRR, w małym miasteczku koło Odessy. Telefony od niego były częstsze, a listy zapewniające o miłości do mnie przychodziły niemal codziennie.

Usilnie starałam się uzyskać radziecką wizę, aby do niego wyjechać. Kilka osób mi w tym pomogło i nadszedł w końcu dzień wyjazdu. Gdy po długiej rozłące zobaczyliśmy się znowu, nie mogliśmy się sobą nacieszyć. Przez kilka dni żyliśmy w euforii. Zamieszkaliśmy w drugorzędnym hotelu, choć jednak dość przyzwoitym jak na ówczesne warunki. Muchtar dostał pozwolenie od swoich tutejszych przełożonych na nasze wspólne zamieszkanie „na czas odwiedzin żony”, bo tak mnie przedstawiał. Moja wiza pobytowa wystawiona była wprawdzie tylko na dziesięć dni, ale udało mi się ją przedłużyć.

Rosjanie byli dla nas bardzo życzliwi i wyrozumiali. Często zapraszali do swoich domów, mimo że życie w tamtych czasach i w tamtym kraju było ciężkie, a ludziom brakowało pieniędzy i artykułów codziennego użytku. Zawarliśmy tam wiele znajomości.

Muchtar już pierwszego dnia mojego pobytu pokazał mi dokumenty, jakie przywiózł z Libii w celu poślubienia mnie.

– Już nigdy się nie rozstaniemy. Jako moja żona pojedziesz ze mną do Libii – powiedział.

Byłam szczęśliwa. Zaczęliśmy starać się o jak najszybsze doprowadzenie do zawarcia małżeństwa. Okazało się, że to nie takie proste. Radzieckie Urzędy Stanu Cywilnego wymagały od nas ogromnych ilości dokumentów i zaświadczeń. Zdesperowani próbowaliśmy nawet przekupić urzędniczkę oraz podrobić papiery. Niestety, w końcu musieliśmy się poddać. Kończyła się moja wiza i nie było już możliwości jej ponownego przedłużenia. Czekało nas kolejne bolesne rozstanie. Tym razem wiedzieliśmy, że jest to konieczne, bo miałam nadzieję na załatwienie ślubu w Polsce, przez pełnomocnika.

Razem pojechaliśmy do Leningradu, a stamtąd poleciałam do Polski. Po powrocie zabrałam się za załatwianie formalności. Na początek odbyła się rozprawa w sądzie „o zwolnienie z przedłożenia zgody na zawarcie ślubu z obcokrajowcem”. Nigdy nie zapomnę słów sędziny, która – spojrzawszy na mnie – zapytała:

– Czy pani się nie boi?

– Nie, wysoki sądzie, nie boję się – odpowiedziałam.

– Czy pani zdaje sobie sprawę z ryzyka, zamieszkując w tak odległym kulturowo i obyczajowo kraju, że nie wspomnę już o religii pani przyszłego męża? Proszę to przemyśleć, to bardzo ważna decyzja.

– Nie, nie boję się – powtórzyłam zdenerwowana. – Dobrze znam swojego narzeczonego, on jest inny od wszystkich i z jego strony nigdy nic złego mnie nie spotka. Poza tym jego rodzina jest wykształcona i kulturalna.

– Czy pani już ją poznała? – pytała dalej pani sędzia.

– Nie, ale narzeczony mi o niej opowiadał, a ja mu wierzę.

– Dobrze, otrzyma pani ten dokument. Jest pani dorosła, choć bardzo młoda. To pani życie i nikt nie może za panią decydować, z kim chce je pani spędzić. Ale ja panią ostrzegałam…

– Dziękuję, ale to nie jest potrzebne – odparłam na koniec.

Wychodząc z sądu, poczułam ulgę. To nie było przyjemne. Byłam nawet oburzona słowami sędziny.

Ślub odbył się w marcu 1987 roku. Pełnomocnikiem pana młodego w Urzędzie Stanu Cywilnego został mój brat. To był najdziwniejszy ślub, jaki przyszło mi w życiu oglądać – zimna, urzędowa formalność, która nie miała żadnego uroczystego charakteru. Wieczorem zadzwonił mój świeżo poślubiony na odległość małżonek.

– Nie martw się, moja ukochana. Będziesz miała prawdziwy ślub, najprawdziwszy, jaki tylko można sobie wyobrazić, bo w jedynej najprawdziwszej wierze. Wierze muzułmańskiej…

Po załatwieniu niezbędnych formalności znów udało mi się do niego, do ZSRR wyjechać. Oboje byliśmy już spokojniejsi o naszą wspólną przyszłość. Muchtarowi pozostało jeszcze tylko uzyskanie zgody na sprowadzenie cudzoziemskiej żony do swojego kraju. Muzułmanin ma prawo pojąć za żonę kobietę chrześcijańską lub wyznającą judaizm, kobieta muzułmanka natomiast takiego wyboru nie ma.

Muchtar dużo mi opowiadał o swojej rodzinie, o pięknym Morzu Śródziemnym, o afrykańskim słońcu, pod którym dojrzewają najwspanialsze pomarańcze w różnych odmianach i o daktylach rosnących na wysokich palmach. Wszystkie jego opowieści były barwne, przedstawiające tamten świat jak piękny, bajkowy sen.

– Ludzie są tam dobrzy, szczerzy i gościnni, szczególnie jeśli chodzi o cudzoziemców. Darzą ich wielką sympatią, a nawet troską, są bardzo wyrozumiali. Zobaczysz, będzie ci dobrze. A nawet, jeśli coś ci się nie spodoba, to przecież masz mnie, który cię kocha nad życie, a i ty mnie przecież kochasz. Czy nie jest prawdą, że miłość wymaga poświęceń? – dodawał.

Pewnej nocy Muchtar obudził mnie i zapytał, czy pamiętam Ewę i Ahmeda oraz ich córeczkę Nabilę.

– Oczywiście, że tak – odparłam.

– On już uzyskał zgodę na ich przyjazd. Pomogło mu to, że miał dziecko. Nasza religia nie pozwala, aby dzieci wychowywały samotne matki.

– To bardzo szlachetne – powiedziałam.

– No więc, gdybyśmy i my mieli dziecko, owoc wielkiej miłości, byłbym spokojny o nasz los, o to, że bez większych problemów szybko będziemy już razem.

Szczerze mówiąc, trochę bałam się tego – ciąża potrwa, a ja będę w tym czasie sama. Dla każdej kobiety to jest bardzo trudny i ważny okres, i ciężko jest przechodzić go samotnie. Jednak byłam gotowa absolutnie na wszystko. Nie chciałam, by cokolwiek stanęło na drodze naszego wspólnego życia i szczęścia. Po kilku tygodniach od tamtej rozmowy czułam, że rodzi się we mnie nowe życie. Byliśmy szczęśliwi, że stajemy się rodzicami i teraz już będziemy połączeni na zawsze.

– Wielmożny Bóg Allach zesłał nam to dziecko, bo nic nie dzieje się bez jego zgody – mówił mój ukochany małżonek.

– Czy chciałbyś, aby to był chłopczyk, czy dziewczynka? – spytałam.

– Wszystko mi jedno, żeby tylko było zdrowe – odpowiedział, lecz czułam, że – jak każdy Arab – woli mieć syna.

Rozmawialiśmy, snuliśmy plany, mówiliśmy też o wychowaniu naszych dzieci, o religii, jaką powinny przyjąć.

– Jak będą dorosłe, to same wybiorą. Tak będzie dla nich najlepiej i najbardziej sprawiedliwie – orzekłam.

Jakże byłam naiwna. Wypowiadając te słowa, nie zdawałam sobie sprawy, iż dzieci urodzone z ojca muzułmanina są skazane tylko na jedną religię – islam.

Nadszedł czas kolejnej rozłąki, czyli mojego powrotu z ZSRR do Polski, a jego rychłego wyjazdu do Libii. Byłam pełna obaw i rozterek. Nie wiedzieliśmy, na jak długo znów się rozstajemy, gdzie urodzi się nasze dziecko i jak ja to wszystko zniosę.

W Polsce moja rodzina bardzo się mną zajęła. Szczególnie moja mama, która zawsze mi pomagała i pocieszała, jak tylko potrafiła. Moja ciąża nie przebiegała prawidłowo. Musiałam brać leki, sporo czasu spędziłam w szpitalu. Muchtar telefonował do mnie tak często, jak tylko mógł, i pocieszał, że sprawa wspólnego wyjazdu do jego kraju jest na jak najlepszej drodze.

Wreszcie urodziłam mojego synka – Karimka. W domu moich rodziców niczego nam nie brakowało i wszystko było przewidywalne. Czułam wielką radość i ulgę. Zrozumiałam też, że moje życie nie należy już tylko do mnie i że zaczynam ponosić odpowiedzialność za przyszłość tej małej bezbronnej istotki.

Mój mąż oszalał z radości na wieść, że urodził mu się zdrowy syn. W swoim kraju, dla rodziny i znajomych – zwyczajem arabskim – wydał wytworne przyjęcie z tej radosnej okazji. W końcu też udało mu się uzyskać zgodę na sprowadzenie nas do Libii i przyjazd do Polski. Jego przywitanie ze mną i małym synkiem można jedynie opisać jako ogromne szczęście.

Do odlotu mieliśmy jeszcze miesiąc, bo tyle Muchtar dostał urlopu. Aż i tylko miesiąc. W oczach rodziców widziałam narastający smutek, który jednak skrzętnie przede mną ukrywali. W moim sercu również narastał ból rozstania – z rodzicami, bratem, moją kochaną babcią i pieskiem Aryskiem, którego bardzo lubiłam. Nie wiem skąd i dlaczego, ale odczuwałam też dziwny i nieznany mi dotąd lęk. Przed nieznanym? O los dziecka?

Wreszcie pożegnanie. Łzy, które tak jakoś same płynęły. I rodzice, którzy zawsze pragnęli mojego szczęścia, a teraz tak bezradnie stali przede mną. Jakże oni musieli to przeżywać, żegnając mnie wtedy na lotnisku w Warszawie – trzymającą w ramionach swoje pięciomiesięczne dziecko, paszport oraz bilet. Bilet w jedną stronę…