Wydawca: WAB Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 104 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Góry żmijowe - Zygmunt Miłoszewski

Góry żmijowe to opowieść o przygodach nastoletnich bohaterów z dwóch krain objętych władaniem Starej Magii, oddzielonych górami – królewny Filomeny z Maare i Eryka, syna rybaka z Szertaty. Filomena, której przed ukończeniem dwunastu lat nie wolno opuszczać pałacu, za wszelką cenę pragnie się z niego wydostać. Wyrażona na głos deklaracja sprawia, iż wiatr przenosi ją w Góry żmijowe, do pieczary Żmija – zielonobłękitnego potwora. Tymczasem Eryk dowiaduje się, że jego przeznaczeniem jest ocalenie Szertaty przed suszą. Wyrusza w stronę Gór Żmijowych, gdzie ma odnaleźć ognistego ptaka i zdobyć jego pióra. Utrzymana w konwencji fantasy, napisana żywym językiem i bardzo filmowa w charakterze baśń Zygmunta Miłoszewskiego to świetna lektura dla dzieci wychowanych na takich filmach jak Potwory i spółka czy Shrek. Autor z powodzeniem posługuje się absurdalnym humorem i pastiszem, ale jego książka jest przede wszystkim pełną cudownych zdarzeń opowieścią o dobru i złu, o zasłużonej nagrodzie i karze.

Opinie o ebooku Góry żmijowe - Zygmunt Miłoszewski

Fragment ebooka Góry żmijowe - Zygmunt Miłoszewski

Zygmunt Miłoszewski

GÓRY ŻMIJOWE

Ilustracje Katarzyna Koczubiej-Dogwizd

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2006

Wydanie I

Warszawa 2006

Dla mojej najukochańszej córki Mai

Rozdział 1

W którym poznajemy kapryśna królewne Filomenę i Eryka, syna rybaka oraz dowiadujemy się co nieco o krainach po obu stronach Gór Żmijowych.

Tiropitaki wierciły się niespokojnie w mleku. Najbardziej odważny wyszedł na brzeg talerza i zaczął go okrążać, trzymając się falistej, błękitnej linii zdobienia. Filomena postawiła łyżkę na jego drodze, a potem strąciła stworzonko z powrotem.

– Nie będę jadła tego paskudztwa – powiedziała i odchyliła się na krześle.

– A dlaczego nie, moje najsłodsze kochanie? – spytała mama spokojnie.

Wielka awantura, nie pierwsza przy tym stole, wisiała w powietrzu. Stało się to ostatnio rytuałem i miało zawsze taki sam przebieg, tylko początek był różny. Czasem Filomena zaczynała od narzekania na rozkład dnia, czasem na garderobę, czasem na naukę, zazwyczaj na konieczność umycia zębów i rozczesania włosów. Dziś padło na biedne tiropitaki.

– Przecież tiropitaki to twój przysmak – powiedział tata Filomeny, próbując rozwiać gestniejące nad stołem burzowe chmury. Wyciągnął jednego z miski za mały ogonek i zrobił do niego zabawną minę. Filomena nawet nie spojrzała w stronę ojca.

– Bo... – dziewczynka zawiesiła głos, aby znaleźć wystarczająco przekonywujący argument – kiedyś je lubiłam, ale teraz ich nienawidzę. Drażni mnie, jak się ruszają na języku. I nie będę ich jadła wcale! Przez to śnią mi się koszmary.

– Jakie koszmary? – zaniepokoił się tata, podczas gdy mama tylko westchnęła i spojrzała znacząco ku sklepieniu sali jadalnej.

– Taki smok z głową węża, który niósł mnie przez wysokie góry, a ja się tak strasznie bałam i...

Mama odłożyła łyżkę, wytarła usta i nachyliła się nad stołem w stronę dziewczynki.

– I powiedz mi, co w takim razie będziesz jadła, najukochańsza córko? – zapytała.

– Nic – odparła Filomena i zwiesiła głowę. – Nie jestem głodna.

– W takim razie proszę natychmiast iść do swoje komnaty – odparła ostro mama Filomeny. – I nie możesz wyjść stamtąd aż do obiadu!

Filomena zagryzła wargi, żeby się nie rozpłakać i wstała gwałtownie. Krzesło walnęło o podłogę.

– Też mi kara – prychnęła. – I tak nie mogę stąd wychodzić. Nigdy. Jak chcesz, możesz mnie wtrącić do lochu, co ta dla mnie za różnica, czy siędzę w więzieniu w swojej komnacie, czy w piwnicy. Jak chcesz mi dać karę, to wymyśl coś, co poczuję. Jakieś baty czy tortury. To znaczy mam na myśli inne tortury, niż posiłki z tobą.

Mama Filomeny wstała powoli, opierając się rękami o stół. Była wściekła, ale spokojna i pełna dostojeństwa. Wyglądała teraz na osobę, którą była: Nitrę, żonę króla Tryta, królową krainy Maare i panią na zamku Białej Fali – MevaDvaa.

– Marsz – powiedziała cicho, wskazując na podwójne drzwi z białego drewna, oddzielające jadalnię od części mieszkalnej zamku. – Do zobaczenia na obiedzie.

Filomena wyszła bez słowa, trzaskając drzwiami najgłośniej, jak potrafiła. Na stole w jadalni podskoczyły szklanki.

– To nie było potrzebne – powiedział król Tryt do żony, przysuwając do siebie miskę po Filomenie. Tiropitaki w popłochu uciekały od jego łyżki.

– Nie broń jej. Ona musi zrozumieć, że nie ma innego wyjścia. Ja tak samo siedziałam przez jedenaście lat...

– Ponad – wtrącił król.

– Ponad jedenaście lat w swoim pokoju i wierz mi, że nie były to takie luksusowe komnaty jak te, w których całymi dniami bawi się nasza córka. Nie miałam osobnej garderoby, osobnego pokoju do zabawy i własnej biblioteki. Nie zrozumiesz tego, bo kiedy ja siedziałam zamknięta, tak samo jak teraz Fila, ty albo żeglowałeś albo polowałeś, albo po prostu miło spędzałeś czas z przyjaciółmi.

– Rozumiem! Nie możesz mieć do mnie żalu, że świat jest uporządkowany.

Królowa westchnęła ciężko i odsunęła od siebie talerz. Ona też już nie była głodna.

– W takim razie jej nie broń i stań w końcu po mojej stronie – powiedziała cicho, nie patrząc na meża. – To nie jest przecież nasz wybór, żeby ją tu trzymać, tak samo jak nie mamy wpływu na to, że musi jeść i spać, żeby żyć. Tak jak nie mamy wpływu na wschody dwóch słońc i uderzenia wielkiej fali. Tak po prostu jest. Taki jest porządek świata. Tak ustaliła Stara Magia.

– Czy to nam się podoba, czy nie – mruknął król.

Za drzwiami jadalni Fila nie była w stanie dłużej powstrzymywać płaczu. Szlochając, biegła po schodach do swoich komnat, starając się nie patrzeć na panoramę miasta i portu widoczną z wysokich okien klatki schodowej. Nie potrafiła nazwać uczucia, które ją wypełniało, gorzkim smakiem podchodziło do gardła i piekło w brzuchu. Najpierw to była złość zmieszana z żalem, że nikt jej nie rozumie, ale kiedy dobiegła do swojej komnaty i rzuciła się na łóżko, pozostał już tylko wielki, największy z możliwych w życiu dziesięcioletniej królewny, smutek. Przez chwilę leżała bez ruchu, po czym gwałtownie wstała i zatrzasnęła okiennice we wszystkich oknach. Nie chciała widzieć niedostępnego dla niej świata.

A szkoda. Oba słońca podniosły się już znad horyzontu i oświetlały białe mury miasta z dwóch stron. Jedno rzucało światło lekko żółte, a drugie lekko fioletowe, przez co morze nabrało wyjątkowej łososiowej barwy, a tam gdzie promienie słońc krzyżowały się na ulicach, powstawały pomarańczowe kwadraty. Portowy gwar docierał nawet tutaj, do wysokiej wieży Filomeny.

Po drugiej stronie zamkowych murów miasto się kończyło, zaczynały pola i pastwiska, wkrótce ustępujące lasowi. Najpierw rzadkiemu, potem tak gęstemu, że nikt się tam nie zapuszczał. Gdyby jednak ktoś przeszedł przez las, doszedłby do Gór Żmijowych. Ich ostre szczyty, choć odległe, były wystarczająco wysokie, aby w ładne dni Filomena dostrzegła je ze swojego okna. Królewna wiedziała, że za górami rozciąga się Szertata – kraina łagodnych wzgórz, sosnowych lasów i milionów jezior, połączonych ze sobą rzekami i kanałami. Nie poznała jednak nigdy nikogo, kto by widział Szertatę na własne oczy. Stara Magia zabraniała przechodzić przez góry, a nawet gdyby pozwalała, trudno by znaleźć śmiałka, który pokonałby wiecznie pokryte śniegiem i skute lodem szczyty. Zwłaszcza, że – jeśli wierzyć legendom – czekały tam niebezpieczeństwa większe niż mróz i śnieg.

Filomena nie wiedziała, bo wiedzieć nie mogła, że w Szertacie nie było tak wspaniałych miast jak w Maare, że zima była tam zimna i długa, a codzienność o wiele trudniejsza niż w słonecznym mieście pod zamkiem MevaDvaa. Ludzie żyli w małych miasteczkach i wsiach, a większość w samotnych chatach. Właśnie w takiej chacie, nad brzegiem jeziora Piećdziesiątego Pierwszego (w Szertacie jeziora miały numery) mieszkał Eryk ze swoimi rodzicami.

Tor, ojciec Eryka, razem z synem zajmował się rybołówstwem, czasami też polowali razem w lasach na wielkie, włochate praczety, aby zdobyć skóry i poroża na handel. Valia, mama Eryka, była malowaczką – wymyślała i malowała na szkle bajki. Często wspólnie wymyślali wieczorem przy kominku różne historie – niektóre bardzo śmieszne, a niektóre tak przerażające, że potem Eryk chciał spać z rodzicami. Valia przenosiła potem opowieści na kolorowe tafle szkła. Żeby opowiedzieć najdłuższe, potrzebowała aż kilkunastu i zajmowało jej to nawet miesiąc. Eryk nie wiedział, że jego mama pochodzi z rodu, który od zawsze zajmował się malowactwem i którego wszyscy przedstawiciele mieszkali w stolicy. Krewni odwrócili się od Valii, kiedy postanowiła wyjść za prostego rybaka i zamieszkać na rubieżach Szertaty, w miejscu oddalonym od stolicy o pieć dni drogi łodzią lub siedem dni drogi końmi. Nie wiedział też, że ludzie z tego rodu odegrali kiedyś wielką rolę w historii Szertaty, w burzliwych czasach przed nastaniem Porządku.

Raz na dwanaście dni, kiedy pełnia ksieżyca wyznaczała dzień spotkań i targów, Eryk płynął razem z rodzicami do miasteczka. Rodzice wymieniali baśnie na szkle oraz efekty polowań na potrzebne im rzeczy. Nie byli bogaci, ale nie narzekali. W ostatnią dwunastnicę, kiedy sprzedali już wszystko, co przywieźli i kupili wszystko, co było im niezbędne, ojciec zniknął w świątyni i przyniósł stamtąd rzecz bardzo tajemniczą – pakunek zawinięty w ozdobne granatowe płótno w zielone gwiazdki, z których każda miała w środku czerwony trójkąt. Ani Tor, ani Valia nie chcieli zdradzić umierającemu z ciekawości Erykowi, co to jest.

– Tajemnica – mówili.

Wieczorem też nie chcieli nic powiedzieć i Eryk poszedł spać smutny. W nocy ktoś zaczął nim potrząsać. Mama, zupełnie ubrana.

– Ubieraj się i choć – powiedziała uśmiechnięta. – Dziś jest twój wielki dzień. A raczej twoja wielka noc – poprawiła się.

Eryk założył ubranie i razem poszli nad jezioro.

– A gdzie tata? – zapytał Eryk.

– Czeka na nas – odpowiedziała mama.

Tor stał już na pomoście, trzymając w dłoni pochodnię. Obok niego kołysała się na falach jeziora ich łódź. Na burtach paliły się małe ogniki, a pośrodku, obok masztu, leżał tajemniczy pakunek. Eryk poczuł się dziwnie. Nie to, żeby się bał, co to to nie, ale cała ta sytuacja była zupełnie inna niż wszystko, co znał. Ojciec puścił do niego oko i to trochę uspokoiło Eryka. Ale tylko trochę.

– Eryku – powiedział – mija dokładnie jedenaście lat, jedenaście miesięcy i jedenaście dni, odkąd się urodziłeś. Nadeszła pora, aby zgodnie z tradycją poddać cię magicznej próbie. W tym pakunku jest coś, co otrzymaliśmy ze świątyni mocy, aby wyznaczyć twoją przyszłość. Nie wiemy co tam jest i nie wiemy, czym się stanie. Wiemy, że musisz wejść na łódź, odpłynąć kawałek, rozpakować pakunek i wziąć do ręki to, co znajdziesz w środku.

– I co d-d-d-dalej? – zapytał Eryk, który zawsze się trochę jąkał, gdy był zdenerwowany.

– Nie wiem – odparł ojciec. – Ja w swoim pakunku znalazłem zasuszony kwiatek. Gdy wziąłem go do ręki, zamienił się w wędkę i zrozumiałem, że mam zostać rybakiem. Znasz tą wędkę, nigdy bez niej nie wypływam.

– Ja też chcę być rybakiem – powiedział Eryk.

– Zobaczymy. Wsiadaj do łódki – przynaglił łagodnie Tor.

– Sam? – upewnił się Eryk.

– Sam – upewnił go ojciec.

Eryk wsiadł do łódki i odepchnął się od pomostu. Szybko rozpakował pakunek. Nie chciał odpłynąć za daleko.

W środku był kawałek zwykłej gałązki. Eryk nie wiedział z jakiego drzewa. Na pewno z żadnego, jakie rosły w ich okolicy. Wziął ją delikatnie do ręki i uniósł w górę. „Mam nadzieję, że nie będzie bolało i mam nadzieję, że będę miał nową wędkę”, pomyślał.

Na początku nic się nie działo. Potem ogniki na burtach łódki zabłysły mocnym fioletowym światłem. Eryk spojrzał przestraszony na rodziców, którzy stali na pomoście przytuleni do siebie. Poczuł, jak gałązka w jego dłoni grubieje i wydłuża się.

– Wędka! – zawołał radośnie do taty, gdyż rzeczywiście gałązka stała się piękną wędka z drzewa żelaznego.

Chciał ją chwycić obiema rękami, ale wędka nagle zwiotczała i zamieniła się w kawałek liny. Eryk patrzył zdziwiony na sznurek.

– Tato! – krzyknął – Czy ty też...- nie zdążył skończyć pytania, gdyż lina wyprężyła się, stwardniała, zabłysła jaskrawo i zamieniła w ognisty pręt. Eryk wrzasnął i chciał otworzyć dłoń, aby to wyrzucić, lecz nie mógł. Ogień nie parzył. Nagle z czerwonego zrobił się błękitny i już po chwili Eryk trzymał w dłoni kawałek lodu, który złowrogo odbijał płonące na łódce ogniki. W końcu lód zamienił się w twardą, drewnianą laskę. Nie wędkę, lecz laskę, sękaty kij do podpierania się w czasie wędrówki.

– No, dawaj, zmieniaj się w wędkę – mówił cicho do laski Eryk, ale nic się nie stało. Ogniki przygasły, a łódka podpłynęła do pomostu.

Załzawionymi oczami spojrzał na tatę.

– Chciałem wędkę, naprawdę – powiedział – A mam kawał kija. Co to ma znaczyć? Kim mam zostać?

– Nie wiem – odparł Tor. – Wiem, że czas pójść spać. Jutro porozmawiamy.

Kiedy ich syn był już w łóżku, Valia spytała męża: – Widziałeś kiedyś coś takiego?

– Nie – rzekł Tor. – Nigdy nawet o czymś takim nie słyszałem. Ale mam nadzieję, że to nie oznacza nic złego dla naszej rodziny, zwłaszcza dla Eryka.

Valia westchnęła i złapała męża za rękę. Spojrzał na nią uważnie i zapytał:

– Ty wiesz, prawda?

– Czy to oznacza coś złego? Nie wiem. Wiem, że na pewno oznacza zmiany, wielkie zmiany.

– Czy możesz...

– Nie, nie mogę. I nie pytaj więcej. Naprawdę nie mogę.

Rozdział 2

W którym my poznajemy Starą Magię, Eryk poznaje swoje przeznaczenie, a Filomena poznaje Żmija i wcale nie jest tym zachwycona

Filomena oparła łokcie na parapecie swojego pokoju, położyła twarz na dłoniach i ze smutną miną patrzyła na miasto, które rozciągało się pomiędzy królewskim zamkiem i brzegiem Morza Bez Końca. Drugie słońce przed chwilą schowało się za horyzontem, ale Pierwsze jeszcze nie zaszło za górami i w jego fioletowym świetle wyraźnie było widać stojące w porcie statki. Jeden z nich, o jednym tylko, wielkim kwadratowym żaglu opuszczał właśnie Nargilię, zostawiając za sobą pas spienionej wody.

– Chciałabym popłynąć z wami – westchnęła Filomena.

Porządek zabraniał kobietom