Wydawca: National Geographic Kategoria: Styl życia Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 326 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Góry z duszą - Monika Witkowska

Góra to nie tylko czekający na zdobycie szczyt, ale cała otoczka - ludzie którzy żyją na jej stokach, przyroda, legendy tłumaczące jej nazwę, fascynujące historie pierwszych zdobywców oraz wiele interesujących historii stanowiących "duszę góry". Właśnie owej "duszy" poświęcona jest książka - owszem, podpowiada jak opisywane góry zdobyć (na większości z nich nie jest wymagane doświadczenie wspinaczkowe), ale nawet jeśli nie mamy takich ambicji, mało tego - wcale nie jesteśmy górskimi turystami, i tak pełne ciekawostek opowieści zapewne szybko nas "wciągną".

W tym tomie dowiemy się m.in.: - skąd się wzięła w lodowcu Mont Blanc szkatułka z kamieniami szlachetnymi i dlaczego wspinacze boją się Rolling Stones?

- jak to jest na Araracie z poszukiwaniami rzekomo osiadłej tam Arki Noego i o co chodzi w legendzie z siostrami?

- kto i od kogo dostał Kilimandżaro w prezencie urodzinowym i na czym polega pole-pole?

- kim są lodowi pokutnicy na stokach Aconcaguy i skąd się pod szczytem wzięła mumia w papuzich piórach?

- gdzie na Rysach zobaczyć stopy Lenina, ile wierzchołków ma szczyt i czym podpadła niedźwiedzica Magda?

- jak świętowano pierwsze zdobycie Grossglocknera i jak wygląda życie świstaków?

- gdzie na trasie do bazy pod Mt Everestem zobaczyć yeti, co oznaczają chorągiewki na Kala Pattar i jak zdobyć Lobuche East - jeden z najłatwiejszych himalajskich sześciotysięczników?

Monika Witkowska - z zawodu dziennikarka, z zamiłowania podróżniczka (odwiedziła ponad 180 krajów), żeglarka morsko-oceaniczna, licencjonowany nurek, ale przede wszystkim pasjonatka gór. Zaczynała od gór Polski i zaliczenia kursu w Studenckim Kole Przewodników Beskidzkich, potem przyszła pora na Alpy i wyższe góry (włącznie z Mt Everestem który zdobyła w maju 2013 r.), a ostatni z jej projektów to zdobycie Korony Ziemi.

Opinie o ebooku Góry z duszą - Monika Witkowska

Fragment ebooka Góry z duszą - Monika Witkowska

Burda NG Polska Sp. z o.o. Sp. Komandytowa Licencjobiorca National Geographic Society ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

© Copyright for the edition branded National Geographic Society © 2015 National Geographic. All rights reserved © 2015 Copyright for the text and photos Monika Witkowska

Burda NG Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa. 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy:tel. (48) 22 360 38 38, fax (48) 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:Dział Obsługi Klienta, tel. (48) 22 360 37 77

Redakcja:Dorota Miller

Korekty:Redaktornia.com

Projekt graficzny okładki i makiety oraz skład:Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN –www.panczakiewicz.pl

Redaktor prowadząca:Agnieszka Radzikowska

Redaktor techniczny:Mariusz Teler

Zdjęcia:archiwum prywatne autorki

ISBN: 978-83-7596-677-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:pan@drewnianyrowercom

Drodzy Czytelnicy, czyli prolog

Pewnego dnia, pod koniec wyprawy na Everest, siedziałam w obozie bazowym przy swoim namiocie, kiedy podszedł do mnie kolega – Amerykanin. Chwilę pogadaliśmy, po czym kolega rozejrzał się dookoła, popatrzył na powiewające ponad obozem kolorowe chorągiewki i zapytał:

– A właściwie to co to za flagi?

Zatkało mnie ze zdziwienia, bo spędziliśmy na wyprawie prawie dwa miesiące, z buddyjskimi flagami modlitewnymi (bo o nich mowa) spotykając się praktycznie codziennie. W Himalajach wiesza się je niemal wszędzie. W tej sytuacji logiczne wydawało się, że każdy z członków wyprawy, jeśli nawet nie dowiedział się o lokalnych zwyczajach wcześniej, to już w górach miał wystarczająco dużo czasu, aby temat rozgryźć.

To właśnie zdarzenie uświadomiło mi (a potem jeszcze się w tym przekonaniu utwierdziłam), że wcale nie jest tak, że chodząc po górach, czy się w nich wspinając, rzeczywiście je poznajemy. Skupiamy się na widokach, przebiegu szlaku, nie zawsze nawet wiedząc, skąd się wzięła taka, a nie inna nazwa góry. Dla większości wspinaczy celem jest po prostu (i wyłącznie) zdobycie szczytu i poniekąd to rozumiem. Każdy z nas jest inny, każdy ma prawo obcować z górami po swojemu. W moim przypadku jest jednak inaczej, bo ja akurat lubię nie tylko „zaliczyć”, ale też „wiedzieć”. Owszem, wejście na szczyt jest dla mnie ważne, ale jeszcze ważniejsze jest poznanie danej góry w różnych aspektach – przyrodniczych, historycznych, etnograficznych i wszelakich innych. Uznałam więc, że skoro już się do jakichś ciekawych informacji dokopuję, może warto się nimi podzielić? Może dzięki temu ci, którzy już byli na danej górze, odkryją ją na nowo, a tych, którzy nie byli, zachęcę, aby się na opisaną górę wybrali? A jeśli ktoś w ogóle nie chodzi po górach albo chodzi, ale niekoniecznie po tych wysokich? Nic nie szkodzi, mam nadzieję, że i takie osoby znajdą w tej książce interesujące dla siebie tematy.

Pozostaje pytanie, dlaczego zdecydowałam się opisać te, a nie inne góry? Już wyjaśniam: z założenia piszę o tym, co sprawdziłam na własnej skórze, a w tym przypadku oznacza to, że na wszystkie te góry weszłam. O Evereście pisałam już w innej książce, zaraz po powrocie z wyprawy na Dach Świata; teraz wybrałam góry bardziej dostępne, może nie dla każdego, ale dla większości już jakoś tam zaprawionych w bojach turystów górskich (niekoniecznie wspinaczy). Z technicznego punktu widzenia opisane góry zdobywane najbardziej popularnymi drogami, przy dobrej pogodzie (choć wiadomo – niekoniecznie taka musi być) nie są bardzo trudne, chociaż trochę doświadczenia i kondycji jednak wymagają.

To, co łączy te góry, to fakt, że każda z nich ma w sobie to coś. W jednych urzekł mnie ich magiczny wygląd, w innych niezwykłe krajobrazy i osobliwa przyroda, w jeszcze innych fascynujące historie, a wszystko to razem składa się na coś w rodzaju „duszy góry”. Jeśli wnikniemy w tę duszę, góra przestanie być dla nas tylko martwymi skałami, zimnym lodowcem czy punktem na mapie. Poznając duszę góry, odkrywamy jej wnętrze, lepiej ją rozumiemy i w efekcie mamy do niej większy sentyment. To tak jak z dobrym przyjacielem, którego im lepiej poznajemy, tym bardziej cenimy i szanujemy. Z kolei jeśli my będziemy góry szanować, jest szansa, że i one będą dla nas łaskawe.

Do zobaczenia na górskich szlakach!

PS To pierwszy tom serii książek „Góry z duszą”. W następnym przeczytacie m.in. o ugandyjskim masywie Ruwenzori (czyli Górach Księżycowych), o szwajcarskim Matterhornie uznawanym za najczęściej fotografowany szczyt świata, o najwyższym w Szkocji Ben Nevisie, alaskańskim McKinleyu zwanym też Denali i innych ciekawych szczytach na różnych kontynentach.

Moja górska droga, czyli sama o sobie

Jak cię przedstawiać? – pytają mnie czasem w mediach czy w ramach różnych prelekcji, które zdarza mi się prowadzić. No i mam problem, bo… sama nie wiem. Dziennikarka? Niby tak, choć taka „domorosła”, bo zostałam nią w sumie z przypadku, bez wykształcenia w tym kierunku. Podróżniczka? To na pewno. Właściwie całe moje życie obraca się wokół podróży i to one nadają sens temu, co robię. Żeglarka? Tak, to też bardzo ważna część mojego życia, moje ukochane hobby. Himalaistka? Ja tak o sobie nigdy nie mówię, uważając, że na taki tytuł trzeba naprawdę zasłużyć, a jeden ośmiotysięcznik, nawet jeśli jest to, tak jak u mnie, Mount Everest, to jednak mało (choć swoją drogą, w planach mam kolejne ośmiotysięczniki). Ja sama o sobie mówię: miłośniczka gór.

Zdaję sobie sprawę, że jestem szczęściarą, bo udaje mi się w życiu robić to, co lubię. Uważam, że mamy jedno życie, jeśli więc jest możliwość – trzeba je wykorzystać „na maksa”, tak by nie mieć potem do siebie żalu, że gdzieś nam ono przeciekło między palcami. Z drugiej strony nic nie przychodzi łatwo – na spełnianie swoich marzeń naprawdę ciężko pracuję, nie stroniąc od różnych wyrzeczeń, bo przecież liczy się cel. Nauczyłam się, że warto marzyć, bo marzenia się spełniają, chociaż zwykle trzeba im w tym pomóc, a to już wymaga determinacji i wspomnianej pracy.

No dobrze, a teraz konkrety, czyli pora na dokładniejsze przedstawienie się.

Rok urodzenia. Wiele osób pyta, tak więc zdradzam: 1966. To metrykalnie, bo mentalnie chyba nigdy nie wydorośleję.

Rodzina. Zamiłowania do wysokogórskiego wspinania w genach nie dostałam. Mama (teraz już ś.p.) miała lęk wysokości i ogólnie za górami nigdy nie przepadała, tata zaczął ambitniej wędrować po górach, dopiero dochodząc… siedemdziesiątki! Wsparciem dla mnie jest wyrozumiały dla moich pasji mąż (Paweł), po górach niechodzący, ale żywo się nimi interesujący (w himalajskich newsach bywa bardziej na bieżąco niż ja).

Najbardziej górski rodowód w moim domu miała cudowna suczka, która przez ponad 15 lat była członkiem naszej rodziny. Nazywała się Czatka, co stanowiło skrót od Kamczatka, gdzie na jednym z wulkanów, na wysokości ok. 3500 m n.p.m., została znaleziona. Bezdomny, trzymiesięczny wówczas psiak został oficjalnie wpisany na listę naszej wyprawy, co sprawiło, że przez trzy tygodnie poznawał świat z kieszeni plecaka. Ostatecznie przemycony do Polski z górskiego bądź co bądź psa przekształcił się w salonowca, który po zmianie obywatelstwa chodzić po górach wcale nie lubił.

Miejsce zamieszkania. Blok na warszawskim Czerniakowie. Ponieważ moje lokum to zaadaptowany na mieszkanie strych na piątym piętrze bez dostępu do windy, chcąc nie chcąc, mam codzienną dawkę ćwiczeń kondycyjnych.

Praca. Studia na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego zaowocowały odkryciem, że do pracy na etacie, a jeszcze nie daj Boże biurkowej, raczej się nie nadaję, bo jak twierdzą niektórzy: „nosi mnie”. Jedyną trochę bardziej stałą moją pracą było przez kilka lat prowadzenie dodatku „Turystyka” w „Gazecie Wyborczej”. Ostatecznie jednak zostałam dziennikarskim wolnym strzelcem piszącym o podróżach i swoich pasjach, autorką przewodników i książek (podróżniczych, żeglarskich, górskich), a także pilotką i przewodniczką prowadzącą grupy do najprzeróżniejszych krajów świata (zwykle tych dość odległych). Jak widać, praca zawodowa wiąże się u mnie z pasją – pieniądze są na dalszym planie. Ważne jest, by mieć frajdę z tego, co się robi, a przy okazji poczucie, że owa pasja w jakiś sposób nas rozwija.

Pasja życia. Podróże, na które wydaję wszystkie oszczędności. Moje ulubione wyjazdy to te na własną rękę, z plecakiem, najchętniej autostopem lub lokalnymi środkami lokomocji, bez rezerwacji noclegów, bo przecież nie wiadomo, kiedy i dokąd dojadę. Dużą część tych podróży odbywam w pojedynkę, bo to najlepszy sposób, aby „wsiąkać” w lokalne klimaty. Spośród 180 krajów, w których byłam, sporo poznawałam właśnie w ten sposób.

Inne pasje. Dwie najważniejsze to góry, zwłaszcza te wysokie, oraz żeglarstwo morskie – z naciskiem na rejsy polarne. Uwielbiam też sporty zimowe (narty, snowboard, skitury), wszelkie aktywności wodne (nurkowanie, raftingi, hydro-speed, kanioningi), swego czasu byłam też zakręcona na punkcie sportów powietrznych (skoki spadochronowe, paralotnie, motolotnie).

Czego nie lubię albo wręcz się boję. Nie znoszę zimna (sama nie wiem, skąd te ciągoty wysokogórskie i polarne :-)), brzydzę się larw (ale jak trzeba, to je jem) i dżdżownic (ich zdecydowanie nie jem).

Moje największe osiągnięcia. Z górskich – zdobycie Mount Everestu, z żeglarskich – opłynięcie przylądka Horn w trudnym, dwumiesięcznym rejsie bez zawijania do portów, za to z dotarciem do polskiej stacji antarktycznej (jako pierwszy polski jacht), pokonanie Przejścia Północno-Zachodniego (trasa od Grenlandii na Alaskę) oraz trzymiesięczny rejs przez Ocean Arktyczny na Czukotkę, w dwie osoby na małym jachcie, na trasie, której nikt w świecie wcześniej nie zrobił.

Osiągnięcia prywatne. Choćby to, że mimo różnych przeciwności i niewygrywania w totolotka udaje mi się osiągać zakładane cele. Również to, że mam wokół siebie tylu życzliwych mi ludzi.

W górach Szkocji. Może nie bardzo wysokich, ale bardzo ciekawych.

No dobrze, ale skoro książka jest o górach, to może wypada powiedzieć, jaka dokładnie była moja droga w góry wysokie? Pierwsze góry, które zobaczyłam, mając wtedy jakieś osiem lat, to Bieszczady. Zabrał mnie tam mój tata, za co jestem mu dozgonnie wdzięczna. Później, w czasach mojej bardzo aktywnej działalności harcerskiej (lata szkolne i studenckie), na bieszczadzkie szlaki dość często wracałam, choć równie chętnie jeździłam ze swoją drużyną w Beskid Sądecki, Niski (ach, te wypady do bazy naszego hufca w Lipowcu koło Jaślisk), jak też w odległe od Warszawy Karkonosze.

W pewnym momencie zapragnęłam dowiedzieć się o górach trochę więcej. A że byłam na studiach, zapisałam się na kurs Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich. Rok jeżdżenia na wycieczki szkoleniowe, manewry, obozy i rajdy zaowocował przyjęciem mnie do bardzo elitarnego wówczas SKPB Warszawa. W każdym razie wycisk, który w tamtym czasie dostałam, dał mi nie tylko przydatne umiejętności, wiedzę, kondycję, ale także wiarę, że mogę dużo więcej, niż mi się wydaje. Ogromnym atutem SKPB byli też ludzie – świetni kompani na wyjazdy i do tego prawdziwi górscy pasjonaci.

Po jakimś czasie przyszły kolejne kursy (wspinaczkowy, lawinowy, górskiej turystyki zimowej i inne) i wyjazdy w coraz wyższe góry. Pierwszą konkretną była Kilimandżaro. Niewiele brakowało, a bym nie weszła, bo nie mając pojęcia, jak się na wysokości zachowuje ludzki organizm, popełniłam mnóstwo błędów. Potem na Kilimandżaro byłam kilka razy, już jako przewodnik, przekazując swoje doświadczenia innym (bo przecież lepiej uczyć się na błędach cudzych, w tym przypadku moich, niż własnych) i z rozrzewnieniem wspominając ten mój górski pierwszy raz.

Kolejnym szczytem zaliczanym już do w miarę wysokich był Elbrus, który do tej pory wspominam jako jedną z fajniejszych moich wypraw (tu pozdrawiam kolegów GOPR-owców, którzy zabrali mnie wtedy ze sobą), następnie – himalajski sześciotysięcznik Lobuche East i zaraz potem Aconcagua. A potem kolejne szczyty w Alpach, Andach i gdzie się tylko dało.

Najważniejsze, że na razie góry były dla mnie życzliwe. No, może poza jednym wypadkiem w górach Ruwenzori, który zakończył się dwudniowym znoszeniem mnie (akcja ratunkowa w ugandyjskiej głuszy to przeżycie samo w sobie). Jak to często bywa, nie spadłam wcale tam, gdzie było trudno, w wymagającej skupienia części wspinaczkowej, ale na prostej, choć śliskiej, drodze, blisko obozu, a efektem była unieruchomiona przez pewien czas noga. W każdym razie kocham góry, szanuję je, mam więc nadzieję, że na wszystkich kolejnych wyprawach będą trzymały ze mną sztamę.

Jak w jednej z piosenek: „W górach jest wszystko, co kocham...”.

A jak było z Everestem? Zainteresowanych odsyłam do wspomnianej już książki Everest. Góra Gór. Chciałam wejść na tę górę choćby dlatego, że wcześniej byłam u jej podnóża kilka razy (jako przewodnik z grupami trekkingowymi), a więc w naturalny sposób marzyło mi się, aby kiedyś stanąć na tym najwyższym szczycie, zobaczyć, co z niego widać, a przy tym sprawdzić, czy dam radę (wierzyłam, że dam!). Poza tym dużo o tej górze słyszałam w mediach, na ogół w kontekście negatywnym, tak więc chciałam zweryfikować te informacje, przekonać się, co pokrywa się z rzeczywistością, a co jest tylko bezmyślnie powtarzanym mitem. Jedyną możliwość, aby zrozumieć, jak tam naprawdę jest, poznać tę górę od podszewki, dawało mi uczestnictwo w wyprawie, przebywanie na górze przez wiele tygodni, wsiąknięcie w jej atmosferę. Teraz już wiem, ze wiele z owych mitów to sensacje wyrwane z kontekstu albo wręcz nieprawdziwe. Polubiłam Everest, a że jest tam sporo komercji? Cóż, na wielu innych górach też ona jest, i to w dużo większym stopniu. Trudno się dziwić, że najwyższy szczyt świata przyciąga ludzi – słowo „naj” jest magnesem w każdej dziedzinie.

Nie powiem, mimo że bardzo długo przygotowywałam się do tej wyprawy (organizacyjnie, kondycyjnie i psychicznie), łatwo nie było. Wbrew temu, co czasem głoszą ci, którzy nigdy w górach wysokich nie mieli okazji się wspinać, Everest nie jest górą dla każdego. Co roku giną tam ludzie, wielu wspinaczy w ogóle nie zaczyna ataku szczytowego, wycofując się wcześniej z różnych powodów, choćby i zwykłego strachu, a walka z zimnem, dyskomfortem przebywania w strefie niedotlenienia i buntującym się ciągle organizmem sprawia, że nieraz nachodzą nas kryzysy i myśli, by odpuścić. W moim przypadku utrudnieniem był jeszcze brak ekipy – wspinałam się sama, bez prywatnego Szerpy, który pomógłby mi nieść ekwipunek, bez przewodnika, który by wspierał, choćby psychicznie.

Udało się – na szczyt weszłam i co ważniejsze, szczęśliwie wróciłam. Ale powiem szczerze – nawet gdyby się nie udało stanąć na mierzącym 8848 m wierzchołku, też bym nie żałowała trudu, czasu i pieniędzy, które pochłonęła wyprawa. Warto było choćby dla wielu doświadczeń, które zdobyłam, przeżyć, które mi towarzyszyły, oraz ludzi, których poznałam. No i też dlatego, że teraz już wiem, jak tam naprawdę jest.

Rodzinna wycieczka w Tatry Niskie (Słowacja). Z tatą, mężem i bratem (robi zdjęcie) siedzimy na szczycie Chopoka (2024 m).

Jeśli chodzi o moje podejście do gór, to nie mam ambicji sportowych. Jeśli nie mam szansy stanąć na danym szczycie jako pierwsza w świecie czy choćby pierwsza z grona Polek, jest mi obojętne, czy będę tam dziesiąta, pięćdziesiąta czy setna – w historii światowego wspinania i tak w tej sytuacji się nie zapiszę. Podobnie jest mi obojętne, czy wejdę na szczyt kwadrans szybciej, czy wolniej – może ma to znaczenie, jeśli psuje się pogoda czy zapada zmrok, ale w innych okolicznościach? Zresztą swoim grupom, które prowadzę jako przewodnik (wspomniane Kilimandżaro, trekkingi himalajskie), zawsze powtarzam, że po górach się nie biega, ważne jest, aby górę skutecznie zdobyć (choć trzeba zakładać, że czasem może się nie udać) i co najważniejsze – bezpiecznie z niej wrócić. No i mieć jeszcze siły i czas na podziwianie widoków, przyjrzenie się rosnącym na stokach kwiatom, być może poobserwowanie zwierząt, pogadanie z żyjącymi w danej okolicy ludźmi, podpytanie ich o lokalne ciekawostki i legendy, poznanie miejscowych wierzeń. Jednym słowem – wniknięcie w duszę danej góry.

I jeszcze jedno: nie uważam, że zdobywanie naprawdę wysokich gór stawia kogoś wyżej od tych, co jeżdżą na przykład w Bieszczady, Beskidy czy Tatry. Każda góra może być wyzwaniem, niezależnie od tego, ile ma metrów. Ważne, by w ogóle mieć te swoje przysłowiowe everesty i do nich dążyć. By mieć pasje i czerpać z życia jak najwięcej.

Fenomen gór w opinii znanych wspinaczy

Przyzwyczaiłam się już do pytań o to, co dają mi góry i co mnie tam ciągnie. Widoki? Pewnie, że tak, choć to tylko jeden z wielu powodów… Przypomniał mi się dowcip o góralu, który został zagadnięty przez turystę cepra.

– Baco, ależ piękne macie tutaj widoki!

– Ba, panocku! Byłyby jesce pikniejse, kiej by ich te góry nie zasłaniały!

Rozumiem, że do gór można mieć różne podejście i są ludzie, którym wystarczy spojrzenie na nie z perspektywy dolin. Ale są też tacy jak ja, którzy wolą układ odwrotny. A jak już się gdzieś wejdzie, to przecież korci, aby spróbować jeszcze wyżej, dalej, zobaczyć, co widać z drugiej strony szczytu czy przełęczy. Że się człowiek męczy? Mimo wszystko to akurat powód do satysfakcji. Co ważne, takie wędrówki czy wspinaczki są doskonałym sposobem na psychiczny reset, mentalne oczyszczenie, nabranie dystansu do wielu spraw, które w dole nas przytłaczały, a z perspektywy gór stają się błahe. W górach jest dość czasu na rozmowy z samym sobą, być może znalezienie ścieżki odmiany, bo nie da się zaprzeczyć, że tamtejsza sceneria w jakiś magiczny sposób uduchawia.

Inna sprawa, że – przyznaję – sama czasem zastanawiam się, czy nie lepiej spędzać wakacje gdzieś indziej, gdzie nie dość, że nie trzeba się męczyć, to jeszcze jest ciepło i bezpiecznie? W każdym razie wiele razy przeklinałam pomysł wyjazdu na wyprawę, trzęsąc się z zimna w targanym wichurą namiocie (jestem wyjątkowym zmarzluchem), marzyłam o tropikach i nieraz korciło mnie, by zawrócić z drogi na szczyt, bo po co masochistycznie walczyć z własnymi słabościami, skoro jeżdżę w góry dla tak zwanej przyjemności. Tylko że zaraz po powrocie w doliny zaczynało się planować kolejne wyprawy, jakby nie pamiętając o niewygodach, trudach, wysiłku, zimnie i ryzyku, które składają się na zdobywanie gór.

Może zamiast snuć rozważania, co mną kieruje, lepiej, jeśli przytoczę wypowiedzi innych związanych z górami osób, cenionych autorytetów i wybitnych wspinaczy.

Czy możemy na siebie wzajemnie liczyć? Góry to weryfikują.

Kiedyś ktoś mnie zapytał: „Dlaczego chodzisz po górach?”. Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje:

a) na tych, którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć,

b) na tych, którym się jej nie wytłumaczy.

(Piotr Pustelnik, zdobywca Korony Himalajów i Karakorum)

Pobudek do wspinania się po górach jest wiele, bardzo wiele, gdyż miłość do gór stanowi sferę doznań subiektywnych, a często też – irracjonalnych. Dlatego odpowiedzi „DLACZEGO?” najlepiej szukać w samym sobie. Każdego pcha ku górze jego własna siła i każdy znajduje we wspinaczce swoją własną radość.

(Józef Nyka, taternik i alpinista, autor przewodników po polskich górach)

W sporcie wysokogórskim, bardziej niż w jakimkolwiek innym przedsięwzięciu, obowiązuje zasada wykorzystania każdej okazji i niezrażania się pesymistycznymi wrażeniami – o każdą przeszkodę trzeba otrzeć się własnym nosem.

(John Hunt, Brytyjczyk, lider wyprawy na Mt Everest w 1953 r., kiedy to po raz pierwszy zdobyto tę górę)

Pokonywanie słynnego Ice Fallu w drodze na szczyt Mt Everestu.

Gdyby najkrócej określić to, co właściwie wciąż ciągnie mnie w góry, to jest to przyjemność. Przyjemność pojawia się wtedy, gdy nie myśli się jedynie o wejściu na wierzchołek, ale gdy na przykład, idąc po lodowcu, człowiek zaśpiewa, zaśmieje się czy zrobi komuś jakiś kawał. Jest też w górach tyle piękna i w tylu postaciach, że trudno to wyrazić. Jest to urlop od spraw codziennych i oddalenie się od nich, choć nie oznacza to ucieczki, a tylko potrzebny względem nich dystans.

I jeszcze:

Ja nie czuję się w górach samotna. Myślę, że człowiek czuje się bardziej samotny wśród ludzi. A tam ta samotność, którą wybieram sama z własnej woli, nie jest niczym złym. Tam można cieszyć się samotnością, a tym bardziej – powrotem do ludzi.

(Wanda Rutkiewicz, najwybitniejsza polska himalaistka, zginęła w Himalajach w 1992 r.)

Góry dają radość. Ale pod jednym warunkiem: że się je szanuje, że się ich nie lekceważy, że pamięta się o żywiole, w obcowaniu z którym obowiązują ściśle określone prawa. Łamanie tych praw, skracanie dróg, brak rozwagi kosztuje bardzo drogo. Ceną jest często ludzkie życie.

(Ryszard Jaśko, wieloletni naczelnik Grupy Karkonoskiej GOPR)

Góry dają człowiekowi nieograniczony kontakt z przyrodą – poczucie wewnętrznego wyzwolenia, oczyszczenia, niezależności.

I jeszcze:

Jedną z wartości alpinizmu jest to, że jak żaden inny ze sportów pozwala łączyć działanie z kontemplacją.

Ilekroć mam możność udać się w góry i podziwiać górskie krajobrazy, dziękuję Bogu za majestat i piękno stworzonego świata. W górach znajdujemy nie tylko wspaniałe widoki, które można podziwiać, ale niejako szkołę życia. Uczymy się tutaj znosić trudy w dążeniu do celu, pomagać sobie wzajemnie w trudnych chwilach, razem cieszyć się ciszą, uznawać własną małość w obliczu majestatu i dostojeństwa gór.

(Jan Paweł II)

Atak szczytowy na Mt McKinley – najwyższej górze Ameryki Północnej.

Wejście w góry jest przeżyciem mistycznym. Ułatwia akceptację negatywnych stron życia: starzenia się, słabnięcia, choroby… Wejście na szczyt jest oczyszczeniem z neurotycznych skutków codziennego życia – z bycia pochłoniętym małymi sprawami. Stres wysysa z ciebie cały ten niepotrzebny absurd. Po wejściu na szczyt ludzie doznają uczucia odświeżenia i odnowy. Po powrocie do codziennej egzystencji jesteś zwykłym człowiekiem, a nie znerwicowanym zwierzęciem. Poza tym uprawianie wspinaczki to możliwość odkrywania prawdy o samym sobie. Moje rozumienie życia jest ukształtowane przede wszystkim przez góry.

(Wojciech Kurtyka, jeden z najwybitniejszych polskich i światowych wspinaczy, mający na koncie wiele wyjątkowo trudnych dróg)

Alpinizm to sytuacja bez wyjścia – ciężko z nim żyć, a bez niego się nie da. To tak jak niezbyt udana miłość.

(Jan Długosz, taternik i alpinista, zginął w 1962 r. w Tatrach)

Dobra wspinaczka to taka z sercem i w zgodzie z instynktem, a nie taka, gdzie podstawą jest ambicja i duma.

(Bear Grylls, brytyjski podróżnik, alpinista i popularyzator sztuki przetrwania)

Ważne jest nie samo osiągnięcie wierzchołka, lecz droga do niego.

(Joe Tasker, znany wspinacz brytyjski; zginął w 1982 r. na Mt Evereście)

Góry wymagają respektu i cierpliwości. Na sukces składają się tysiące doświadczeń. Z faktu, że ktoś jest bardzo sprawny technicznie w skałach, nie wynika jeszcze, ze poradzi sobie w górach w trudnej sytuacji, w czasie załamania pogody lub lawiny, w razie śmierci partnera czy wypadku. Można się tego nauczyć jedynie przez długoletnią praktykę. Ale przede wszystkim najważniejsza jest miłość do gór.

(Krzysztof Wielicki, zdobywca Korony Himalajów i Karakaroum, pierwszy zdobywca Mont Everestu zimą – razem z Leszkiem Cichym)

Góry sprzyjają pokorze, czyli prawdzie o sobie samym. Uczą jej między innymi przez to, że człowiek zmęczony wspinaniem nie ma ani sił, ani chęci, by udawać, by ukrywać swoją prawdziwą twarz.

I jeszcze:

Góry nauczyły mnie poczucia wolności i dystansu do ludzkich opinii. Z perspektywy gór widać bowiem we właściwej skali problemy i kłopoty, którymi żyje się na co dzień. Dlatego część planów i decyzji podejmuję w górach.

Gdy wyruszam w Tatry, czuję się stary i ociężały jak ptak pozbawiony skrzydeł, ale gdy z nich wracam, jestem odmłodzony i pełen życia.

(ks. Roman Rogowski, kapłan i dr hab. teologii, autor artykułów i książek związanych z mistyką gór)

W ciągu miesiąca intensywnego życia w górach przeżywa się tyle, co żyjąc zwyczajnie w czasie kilku lat. To jest zajęcie dla ludzi zachłannych na życie – życia człowiekowi jest za mało.

(Jerzy Kukuczka, wspinaczkowa legenda, drugi w świecie człowiek, który stanął na wszystkich ośmiotysięcznikach; zginął w 1989 r., zdobywając Lhotse)

A można było pojechać na wczasy w tropiki! :-) I często wyszłoby taniej!

Jeśli spojrzeć na to, co robimy, z perspektywy wyznawanych dzisiaj wartości, czyli wizerunku i pieniędzy, wspinanie jest jednak czymś niezwykłym. Himalaiści nie zostają ani bogaczami, ani sławnymi ludźmi. Dlatego ludzie nie potrafią zrozumieć wspinania. Po co ktoś inwestuje wszystko, swoją energię i pieniądze, by osiągnąć coś, co jest całkowicie nieprzydatne w życiu? Wspinanie się nie ma wymiaru praktycznego. To nie jest wykonanie operacji i uratowanie komuś życia. Dlatego sens wspinania, dla osób postronnych, jest bardzo trudny do uchwycenia.

I jeszcze:

To miłość. To jest moja odpowiedź na pytanie, dlaczego wspinam się w górach, ryzykuję moje życie, stabilność finansową i przyszłość rodziny. Kocham góry i wspinanie, a kiedy kochasz, cały czas jesteś szczęśliwy. Poczucie szczęścia i miłości to dwa najważniejsze aspekty w życiu. Znalazłem je właśnie w górach. Nie wspinam się dlatego, że chcę zrobić coś heroicznego, stać się sławnym czy najlepszym. Po prostu kiedy się wspinam, jestem szczęśliwy. To uczucie promienieje na resztę życia: jesteś szczęśliwym mężem, ojcem i przyjacielem.

(Simone Moro, wybitny włoski wspinacz, który trzy ze swoich siedmiu ośmiotysięczników zdobył zimą)

Cóż zmusza cię, człowieku, abyś opuścił własne schronienie w mieście, porzucił krewnych i przyjaciół i udał się w wędrówkę poprzez góry i doliny? Cóż, jeśli nie przyrodzone piękno świata.

(Leonardo da Vinci, jeden z najwybitniejszych ludzi renesansu)

Dla jednych góry są tylko rumowiskiem głazów, dla innych najwspanialszą architekturą, wniesioną ponad przemijaniem i trwaniem, dla jeszcze innych wiecznym niedosytem i niespełnieniem. Czym będą dla was – od was tylko zależy. Kochajcie je – będą coraz piękniejsze!

(Władysław Krygowski, taternik i działacz Towarzystwa Tatrzańskiego, autor książek o tematyce górskiej)

Góry upajają. Człowiek uzależniony od nich jest nie do wyleczenia. Można pokonać alkoholizm, narkomanię, słabość do leków. Fascynacji górami nie można.

(autor nieznany)

I na koniec najsłynniejsze chyba stwierdzenie, stanowiące odpowiedź George’a Mallory’ego, który kilka razy próbował zdobywać Mt Everest, jeszcze w czasach, gdy góra ta nie była zdobyta (ostatecznie na niej w 1924 r. zginął i do dziś nie jest jasne, czy stało się to przy schodzeniu z wierzchołka, czy w drodze na niego). Otóż kiedy zapytano go, dlaczego tak ciągnie go na Everest, powiedział krótko, ale jak wymownie:

– Bo jest!

Tak samo jest z innymi górami. Ciągnie nas do nich – bo są!

Co i jak, czyli instrukcja obsługi niniejszej książki

Nie jest to książka, którą trzeba czytać od deski do deski. Można wybrać sobie dowolny, interesujący nas rozdział albo tylko przelatywać wzrokiem po ramkach z ciekawostkami. Każdy rozdział jest inny, niemający powiązania z poprzednim.

Wszystkie rozdziały zawierają część blogową opowiadającą o moim zdobywaniu danej góry. Data wyprawy podana jest na samym wstępie. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że pewne praktyczne realia (ceny schronisk, sposób ich funkcjonowania, przepisy dotyczące wspinaczki etc.) mogły się w tym czasie zmienić, choć rzecz jasna góra jako taka raczej się nie zmieniła :-).

Blogi różnią się między sobą formą opisu, co wynika z tego, że były prowadzone w różnych warunkach, w różnym stanie ducha autorki, w różnych momentach mojego „górskiego rozwoju” (co mogło mieć wpływ na ocenę trudności danej sytuacji). Czasem były to zapiski robione na bieżąco, czasem odtwarzane z perspektywy czasu.

Jeśli chodzi o zdobywanie opisywanych gór, wszystkie przedstawiane drogi dotyczą zwykle najprostszych wariantów (z wyjątkiem Aconcagui, gdzie można wejść drogą trochę łatwiejszą niż ta, o której opowiadam). Nie są to bardzo trudne technicznie wejścia – w miarę wysportowany i obyty już trochę z górami turysta powinien sobie poradzić. Przy niektórych z nich główny problem stanowi wysokość i to, jak na niedobór tlenu w powietrzu zareaguje nasz organizm. Pamiętajmy, że nawet najprostsza, niewysoka wcale góra może w pewnych warunkach okazać się bardzo trudna, a większość wypadków wynika albo z braku doświadczenia, albo wręcz przeciwnie – z rutyny.

Urozmaiceniem relacji blogowych są ramki z ciekawostkami dotyczącymi danej góry. Zawarta w nich treść często nie ma nic wspólnego ze wspinaniem, ale uznałam, że nie samym „łojeniem” wspinacz żyje i że informacje o skarbie znalezionym na lodowcu (dotyczy Mt Blanc) czy poszukiwaniach Arki Noego (na Araracie) też są interesujące.

Pod koniec każdego rozdziału znajduje się trochę rad praktycznych dla tych, którzy może będą chcieli na daną górę się wybrać. Mam nadzieję, że będą przydatne. Chodzi o szczegóły związane z organizacją wyprawy, informacje, czy konieczne są zezwolenia, a jeśli tak, to ile kosztują, sugestie, kiedy mamy szanse na najlepsze warunki pogodowe oraz jaki specjalistyczny sprzęt będzie potrzebny (są góry, gdzie lina czy czekan są niezbędne, i takie, gdzie szkoda sił na ich noszenie, bo się nie przydadzą).

Po wszystkich relacjach dotyczących gór mamy część techniczną, zawierającą trochę porad dotyczących ubioru i ogólnego ekwipunku, a także informacje na temat choroby wysokościowej, która może nas dopaść nie tylko na ośmiotysięcznikach – w dużo niższych górach również.

Na końcu książki znajduje się słowniczek górskiego slangu. Doświadczeni wspinacze nie muszą tam zaglądać, ale w końcu nie każdy z czytelników musi być oblatany w tej terminologii.

I jeszcze jedna sprawa: pisząc tę książkę, dołożyłam starań, aby wszelkie informacje posprawdzać i maksymalnie uaktualnić. Czas jednak płynie, na jaw mogą wyjść różne nowe fakty, pewne dane mogą okazać się przestarzałe, a poza tym może się też zdarzyć, że oprócz wersji, którą ja znam, jest jeszcze jakaś inna. Nikt nie jest nieomylny i wszechwiedzący. Jeśli więc ktoś z Was, drodzy Czytelnicy, trafi na jakieś ciekawostki, które warto, aby ujrzały światło dzienne – niech się, proszę, nimi podzieli. Wszelkie uwagi i propozycje przysyłajcie na adres mailowy: monika.witkowska@gazeta.pl – postaram się je uwzględnić w kolejnych wydaniach.

Kilimandżaro

Kraj

Tanzania (tuż przy granicy z Kenią)

Wysokość

5895 m n.p.m. (szczyt Uhuru na wulkanie Kibo)

Opis

najwyższa góra Afryki, zaliczana do Korony Ziemi

Położenie

samodzielny masyw o długości 60 km i szerokości 40 km, składający się z trzech wulkanów (Kibo, Mawenzi i Shira). Główny szczyt znajduje się zaledwie 330 km na południe od równika

Współrzędne szczytu

03°04′33″S, 37°21′12″E

Czas wypraw

było ich kilka. Pierwsza – marzec 1999 r., ostatnia – październik 2013 r.

Polski cmentarz, deszczowy las

 29 września 

pierwszy dzień w górach

Autobusem z Aruszy via Moszi do Marangu Gate (1970 m), dojście do obozu I (Mandara Hut – 2700 m)

Uwielbiam Kilimandżaro. Była to pierwsza moja wyższa góra. Nie powiem, dała mi w kość, tym bardziej że aby było taniej (włóczyłam się wtedy po Afryce samotnie, z bardzo skromnym budżetem), zdobywałam ją w porze deszczowej, na dodatek wybierając trasę namiotową. Przez sześć dni pobytu na górze widziałam ją wtedy tylko raz, zaledwie przez kilka minut – cały czas tonęła w chmurach, a ja nawet nie wyciągałam aparatu fotograficznego, bo w zależności od wysokości ciągle albo lało, albo sypało śniegiem.

Stojąca przy bramie Parku Narodowego Kilimandżaro tablica z informacjami dotyczącymi poszczególnych obozów.

Tablica przy wejściu na znajdujący się na obrzeżach Aruszy cmentarz.

Od tamtej pory minęło jednak trochę czasu, a mnie znowu przygnało na Kili. Znowu, bo jest rok 2013 i jestem tu już któryś raz, po raz kolejny z grupą, którą prowadzę jako przewodnik, na szczęście teraz już w porze suchej.

Nasza górska przygoda rozpoczyna się w Aruszy (pisownia międzynarodowa: Arusha). Z liczbą ok. 420 tys. mieszkańców jest to trzecie co do wielkości miasto Tanzanii, w Afryce znane przede wszystkim jako siedziba Międzynarodowego Trybunału Karnego dla Rwandy, zajmującego się sądzeniem zbrodniarzy odpowiedzialnych za ludobójstwo w tym kraju.

GWIAZDY BLIŻEJ GWIAZD

W gronie tych, których skusiła chęć zdobywania Kilimandżaro, bywają też osoby znane z gazet czy szklanego ekranu. Oto kilka ciekawostek na ich temat.

Do jednych z najbardziej pamiętnych wejść na najwyższą górę Afryki zalicza się to, którego w 1994 r. dokonał nieżyjący już znany angielski satyryk i pisarz Douglas Adams. Otóż wspinał się on… przebrany za nosorożca! Tak na poważnie to było to związane z zaangażowaniem Adamsa w ochronę zagrożonych gatunków, w tym właśnie nosorożców.

Z grona znanych światowych celebrytów na szczycie Kilimandżaro stanęli m.in.: słynny piłkarz argentyński (chociaż znany głównie jako napastnik Barcelony) Lionel Messi, amerykański aktor Emile Hirsch czy hollywoodzka gwiazda Jessica Biel, która przyznała potem, że było to jedno z najtrudniejszych wyzwań jej życia.

Z polskich gwiazd satysfakcję ze zdobycia Dachu Afryki ma aktorka Małgorzata Foremniak.

O tym, że można mieć superkondycję, a jednak na Kilimandżaro nie wejść, przekonała się Martina Navrátilová, amerykańska tenisistka czeskiego pochodzenia, zwyciężczyni najbardziej prestiżowych turniejów. Przeszkodą nie do pokonania stała się choroba wysokościowa i infekcja żołądka.

Wbrew temu, co niektórzy myślą, sukcesu w górach za pieniądze kupić nie można. Roman Abramowicz, rosyjski multimilioner i właściciel słynnego klubu piłkarskiego Chelsea, ma ich pod dostatkiem, a mimo to jego próba zdobycia Kili zakończyła się niepomyślnie.

Z punktu widzenia turystów Arusza nie jest ani ładna, ani specjalnie ciekawa. Jest jednak ważna, bo to baza wypadowa zarówno na safari w słynnym Serengeti, Ngorongoro i w kilku innych okolicznych parkach narodowych, jak i na wyprawy na Kilimandżaro.

Poranek zajmuje nam ostatnie pakowanie, dokupywanie prowiantu, no i wreszcie ruszamy. Po drodze zaliczamy jeszcze wizytę na polskim cmentarzu w wiosce Tangeru, potem robimy krótki stop na zakup wody na pierwszy dzień podejścia (wyżej będziemy dostawać gotowaną), a kolejne godziny spędzamy w rozklekotanym busie. Wczesnym popołudniem meldujemy się przy bramie parku.

Przy starcie szlaku na Kilimandżaro. Do cywilizacji wrócimy za 6 dni.

Po jakichś trzech godzinach jazdy (ach, te tanzańskie drogi) stajemy wreszcie przy parkingu samochodowym, od którego zaczyna się trekking. Zamiast uroczej górskiej ciszy mamy tłum i zgiełk. Oprócz turystów tworzą go natrętni sprzedawcy koszulek, chust czy bransoletek, a do tego lokalesi chętni do pracy w charakterze tragarzy. Większość ekip ma już swoich tragarzy wcześniej domówionych, ale mimo to liczna grupa czarnoskórych chłopców wciąż nie traci nadziei, że może jednak ktoś ich weźmie. Przykry to widok, zwłaszcza że nawet jeśli im się uda, wynajmujące ich agencje robią wszystko, aby płacić poniżej oficjalnie przyjętych, i tak śmiesznie niskich stawek.

POLSKIE GROBY NA AFRYKAŃSKIEJ ZIEMI

Jeśli naszą wyprawę na Kilimandżaro zaczynamy w Aruszy, wypadałoby znaleźć czas, aby odwiedzić znajdujący się kilka kilometrów poza miastem, w wiosce Tangeru „Cmentarz wygnańców polskich” (taki napis widnieje na tablicy przy bramie wejściowej, po polsku, angielsku i w suahili). Stanowi on pozostałość po obozie, w którym w czasie II wojny światowej przebywało nawet i pięć tysięcy ludzi, w dużej mierze kobiet i dzieci. Trzeba przyznać, że obóz działał bardzo prężnie – funkcjonowała w nim polska szkoła, szpital, kościół i spółdzielnia, dzięki której uchodźcy mogli zarabiać na swoje potrzeby. Po zakończeniu wojny rzuceni na Czarny Ląd rodacy rozjechali się po świecie, emigrując głównie do Australii, Kanady, USA i RPA. Na miejscu pozostało jedynie kilka osób, w tym pani Sabina Szeliga, która mieszkała w Aruszy aż do swojej śmierci, to jest do roku 2007 (jej grób również znajduje się na cmentarzu).

Zadbany wygląd cmentarza to zasługa polskiego MSZ, który dotuje jego utrzymanie, a także Tanzańczyka Simona Josepha Baruwungwy – miejscowego opiekuna cmentarza, którego łatwo poznać, bo zazwyczaj otwiera bramę, często mając na sobie koszulkę z polską flagą.

Wśród około 150 grobów, które tworzą cmentarz, większość ma krzyże katolickie, ale są też krzyże prawosławne oraz żydowskie gwiazdy Dawida. Na nagrobkach widnieją typowo polskie imiona i nazwiska: Wiktoria Nowak, Józef Żukowski, Jadwiga Domańska… Biorąc pod uwagę, że jesteśmy w Afryce, trudno się nie wzruszyć. Każda z tych postaci to jakaś historia, zwykle tragiczna, niewątpliwie ciekawa.

Jeśli będziecie chcieli przyjechać na polski cmentarz, to można albo wsiąść w Aruszy w dala-dala (tak w Tanzanii nazywają się zapchane przeważnie mikrobusy) i końcówkę pokonać na piechotę, albo zainwestować w taksówkę. W każdym razie warto do tego miejsca dotrzeć, bo przecież „Ludzie żyją tak długo, jak długo trwa pamięć o nich”.

Przy wejściu na szlak mijamy tablice ku czci Hansa Meyera, niemieckiego geografa, który w 1889 r. został pierwszym w świecie zdobywcą Kilimandżaro (razem z Austriakiem Ludwigiem Purtschellerem).

Tego dnia trasa liczona jest na 3–5 godzin dość stromego podejścia, przy czym droga prowadzi przez gęsty tropikalny las. Prawdziwa dżungla, z której dobiegają odgłosy syczenia, gwizdania, szurania czy piszczenia.

– Małpy… – tłumaczy dziwny rumor w krzakach nasz przewodnik, a my musimy uwierzyć na słowo, bo i tak w tej gęstwinie nic nie widzimy.

Z około 5 tys. Polaków, którzy w czasie wojny mieszkali w Aruszy, 150 osób zostało tu na zawsze.

W pewnym momencie spotykamy chłopca, który pokazuje kameleona. Oczywiście liczy na pieniądze (chłopiec rzecz jasna, bo kameleonowi wszystko jedno). W lesie są jego siostry (nadal mowa o chłopcu) – zbierają drzewo, które potem znoszą do wioski na opał. Mogą to robić, bo to jeszcze nie teren chroniony. Granicą parku narodowego, w którym już dość ściśle przestrzega się ochrony przyrody, jest poziomica 2700 m n.p.m., czyli de facto dopiero ponad dzisiejszym noclegiem.

Słońce jest już całkiem nisko, kiedy w końcu wyłania nam się obóz – wielka polana, a na niej duży budynek otoczony małymi chatkami. Przy kolacji, na którą wszyscy schodzą się do owego dużego budynku, poznajemy ekipy Japończyków i Skandynawów – to nasze główne towarzystwo na kolejne kilka dni.

Pierwsze kilka godzin droga prowadzi przez gęsty tropikalny las.

Z czajnikiem na głowie

 30 września 

drugi dzień w górach

Mandara Hut (2709 m) – Horombo Hut (3726 m)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Mont Blanc

Kraj

Francja, Włochy, chociaż oficjalnie uznaje się, że główny wierzchołek znajduje się na terytorium Francji

Wysokość

4810 m n.p.m. (na niektórych mapach może pojawić się też 4808 lub 4807 m)

Opis

najwyższy szczyt Alp, Unii Europejskiej i według niektórych – całej Europy (większość geografów przyjmuje jednak za najwyższy szczyt Europy rosyjski Elbrus. Na wszelki wypadek, aby uniknąć dyskusji, robiąc Koronę Ziemi, warto zaliczyć i Elbrus, i Mont Blanc)

Położenie

w części Alp nazwanych Alpami Graickimi

Współrzędne szczytu

45°50′01″N, 06°51′54″E

Czas wyprawy

lipiec 2006 r.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ararat

Kraj

Turcja

Wysokość

5137 m n.p.m.

Opis

Ararat jest najwyższą górą Turcji, choć właściwie to samodzielny masyw o długości ok. 40 km. Powszechnie uważa się, że prawdopodobnie na nim osiadła arka Noego

Położenie

Turcja Wschodnia, tuż przy styku granic z Iranem, enklawą należącą do Azerbejdżanu i Armenią

Współrzędne szczytu

39°42.113′N, 44°17.899′E

Czas wyprawy

lipiec 2012 r.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rysy

Kraj

Polska, Słowacja

Wysokość

2503 m n.p.m. po stronie słowackiej, 2499 m n.p.m. – wierzchołek polski

Opis

najwyższy szczyt Polski, w związku z czym zalicza się go do Korony Polski i Korony Europy podczas gdy szczyt słowacki należy do Korony Tatr

Położenie

Tatry Wysokie, na granicy Polski i Słowacji. Rysy mają trzy wierzchołki, z których najwyższy (2503 m) i najniższy (2473 m) leżą po stronie słowackiej, a jedynie środkowy (2499 m), czyli północno-zachodni, należy po części do Polski (przez jego szczyt przebiega granica państwa)

Współrzędne szczytu

49°10′46″N, 20°05′17″E

Czas wyprawy

2–5 września 2014 r.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Aconcagua

Kraj

Argentyna

Wysokość

w zależności od źródła 6960 lub 6962 m n.p.m.

Opis

drugi pod względem wysokości szczyt Korony Ziemi, najwyższa góra Ameryki Południowej (a właściwie obydwu Ameryk), jak też najwyższa z gór leżących poza Azją

Położenie

Andy, zachodnia Argentyna, 25 km od granicy z Chile, 170 km na północny zachód od miasta Mendoza

Współrzędne szczytu

32°39′12.35″S, 70°00′39.9″W

Czas wyprawy

przełom stycznia i lutego 2005 r.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Großglockner (Grossglockner)

Kraj

Austria

Wysokość

3798 m n.p.m.

Opis

jako najwyższy szczyt Austrii zaliczany jest do Korony Europy

Położenie

należący do Alp Centralnych masyw Wysokich Taurów, na granicy krajów związkowych (landów): Karyntii i Tyrolu Wschodniego (Osttirolu)

Współrzędne szczytu

47°04′30″N, 12°41′42″E

Czas wyprawy

lipiec 2003 r.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kala Pattar

Kraj

Nepal

Wysokość

5545 m n.p.m. (choć często na mapach pojawiają się też nieco inne, zbliżone liczby)

Opis

wzgórze na samej końcówce kultowego szlaku do bazy pod Everestem. Dobry punkt widokowy na najwyższą górę świata

Położenie

Himalaje, rejon Khumbu

Współrzędne szczytu

27°59'75"N, 86°49'70"E

Lobuche East

Kraj

Nepal

Wysokość

6119 m n.p.m.

Opis

jeden z najpopularniejszych, stosunkowo nietrudnych sześciotysięczników

Położenie

Himalaje, rejon Khumbu

Współrzędne szczytu

27°57′34″N, 86°47′23″E

Czas wyprawy

październik 2005 r., z uzupełnieniami z roku 2013

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Plecak, a w nim… czyli co zabrać w góry?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Choroba (wysoko)górska – cichy zabójca

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Górski słowniczek

Przy niektórych słówkach podajemy również ich angielską nazwę, jako że coraz częściej przychodzi nam się porozumiewać w obcych językach.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Na to, co osiągamy w życiu, składa się wiele czynników: nasza praca, determinacja, decyzje (często trudne do podjęcia), ale też szczęście, pomyślność losu i – to bardzo ważne! – pomoc różnych życzliwych nam ludzi. Tak jest i w moim wypadku – na swojej życiowej ścieżce spotkałam mnóstwo osób, które mnie wspierały, tym samym dokładając kamyczek do kopczyka, który można nazywać różnie: wyzwaniami, sukcesami (?), spełnianymi marzeniami czy realizowaniem pasji. Niezależnie od tego, czy było to tylko dobre słowo, życzliwe rady, użyteczne informacje, czy konkretna pomoc, np. finansowa albo sprzętowa, wszystkim jestem bardzo wdzięczna.

Wszystkich tu nie wymienię, bo to niemożliwe, ale szczególne podziękowania mam dla:

dla mojego Taty (Henryka Deptuły) i Męża – Pawła, którzy tolerują mój mocno wyjazdowy styl życia, rozumiejąc, że choć czasem aplikuję im (sobie też) sporą dawkę stresów i tęsknoty, trudno mi z moich pasji zrezygnować;instruktorów ze Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich oraz z późniejszych kursów górskich – za przekazaną wiedzę i umiejętności;moich górskich partnerów – zwłaszcza tych, z którymi wspinam się nadal!wszystkich, którzy służyli mi radami i pomocą przy planowaniu i organizowaniu wypraw;innych „ludzi gór” spotkanych na szlakach, w schroniskach i obozach – za sympatyczne rozmowy, czasem – poczęstowanie kubkiem herbaty albo pożyczenie sprzętu;tych, którzy trzymają za mnie kciuki i wspomagają mnie dobrymi myślami (zwłaszcza gdy jestem na jakiejś wyprawie);sponsorów wypraw – dotyczy zarówno firm, jak i osób prywatnych przekazujących czasem może w skali wyprawy niedużą cegiełkę, ale cenną, bo „od serca”. Należą do tego grona m.in.: Ania i Renata Baran, Małgorzata Dzik, Dominik Dziubak, Żaneta Gibas, rodzina Jurkiewiczów, Anna Makowiecka, Grażyna Okarska, Dorota Pansewicz, Marian Słowik, Adam Sochor, Anna Wróblewska oraz Magdalena Topolska;szczególnie ciepłe słowa mam dla Romka Stępnia – człowieka, na którego bezinteresowną pomoc zawsze mogę liczyć.

Jeśli chodzi o firmy, w ostatnich wyprawach sprzętowo wspomogli mnie:

The North Face (Agnieszka Jamroz-Więch);Samsung (Mateusz Rzempała, Tomasz Pietrzyk, Wojciech Zych);Paker (Krzysztof Skrocki);firma Raven Outdoor, przedstawiciel firmy Marmot (Kamila Gruszka, Joanna Pietroń i Rafał Ziobro);Union Investment (m.in. Małgorzata Góra, Danuta Musiał, Małgosia Stochaj);Brubeck (Mariusz Wróbel);Salewa (Grzegorz Hajny);sklep Kulturystyka.sklep.pl (Mariusz Dłużak);EcoGadget (Łukasz Gontarek i Ola Stromecka);Freeway – przedstawiciel marki GoPro (Krzysztof Stec);Himal Sport – przedstawiciel firmy Grivel (Marcin Wielicki, Jolanta Wielicka, Cezary Olczyk);Tissot (Agnieszka Czajkowska);Henri Lloyd (Ania Galczewska, Andrzej Schuetz);Energizer (Katarzyna Przygońska);Super-Pharm (Aleksandra Brzozowska);producenci okularów – firmy Brenda (Norbert Brenda) i Zoe (Paweł Kołakowski).

Jestem też bardzo wdzięczna wszystkim osobom z wydawnictwa National Geographic – Burda zaangażowanym w przygotowanie tej książki: Pawłowi Panczakiewiczowi – grafikowi, Eli Górnaś – korektorce, koleżankom i kolegom z redakcji, marketingu i pionu technicznego. Gdyby nie wy, nie byłoby teraz co czytać :-).

Wielkie „dzięki” również dla tych, z którymi konsultowałam niektóre rozdziały – należeli do tego grona: Joasia Saltik, Leszek Cichy, Paweł Klimek, Robert Szymczak i Zbyszek Bąk.

Dziękuję! Monika