Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 407 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gorączka - Dee Shulman

Eva jest samotniczką, niepotrafiącą znaleźć sobie miejsca w zwykłej szkole. Kiedy zostaje wyrzucona z kolejnej placówki, trafia do St. Magdalene, szkoły dla wybitnie uzdolnionej młodzieży. Podczas jednego z wykładów zostaje zaatakowana przez tajemniczy wirus wywołujący gorączkę. Umiera, ale, ku zdziwieniu otoczenia, po kilku minutach powraca do życia. Wkrótce Eva poznaje tajemniczego Sethosa Leontisa, nieustraszonego rzymskiego gladiatora, który został przeniesiony do współczesności z II wieku naszej ery. W dziewczynie Sethos rozpoznaje swoją ukochaną, zamordowaną prawie dwa tysiące lat wcześniej Livię. Młodzi łączą siły, aby rozwikłać zagadkę śmiertelnego wirusa.

Opinie o ebooku Gorączka - Dee Shulman

Fragment ebooka Gorączka - Dee Shulman

Tytuł oryginału: Fever

Copyright © Dee Shulman, 2012

First published in Great Britain in the English language

by Penguin Books Ltd.

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. zo.o.,

Warszawa 2012

Redakcja: Agnieszka Trzeszkowska

Korekta: Magdalena Adamska

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska, kb-design@o2.pl

Koordynacja produkcji: Małgorzata Wnuk

Wydawca prowadzący: Agnieszka Betlejewska

Przygotowanie pliku e-booka: Elżbieta Pich

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2012

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. zo.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-237-7761-8

Skład iłamanie: Mariusz Brusiewicz

Dla Chrisa

Prolog

Seth otworzył oczy. Nieznośne drgawki ustąpiły. Kompletnie wyczerpany, usiadł. Nie czuł rozdzierającego bólu przeszywającego całe ciało. Nie miał zawrotów głowy. Nie było też żadnego bólu rozsadzającego czaszkę. Gorączka minęła.

Ostrożnie przesunął nogi na skraj cienkiego posłania, na którym leżał, irozejrzał się po mrocznej celi. Wyglądała tak, jak powinna – niski drewniany stół, na którym leżało mnóstwo leczniczych ziół itajemniczych fiolek oraz stał kubek ze świeżą wodą. Seth zmrużył oczy ispojrzał na migoczący płomień lampy oliwnej. Płomień skrzył się zaskakującą feerią barw, co wytrąciło go zrównowagi.

– Matt?! – zawołał.

Spodziewał się, że jego głos będzie ochrypły isłaby, ale słowo wybrzmiało czysto idonośnie. Stanął iodkrył, że pewnie trzyma się na nogach. Podszedł do drzwi. Były otwarte.

Dziwne.

Wyszedł na wąski korytarz.

Pusto.

Koszary gladiatorów powinny tętnić życiem. Gdzie się wszyscy podziali?

Pobiegł do celi Matthiasa.

Też była pusta. Na jego materacu leżała tunika, ana stole stojącym pod niewielkim oknem znalazł porzucony tłuczek imoździerz zczęściowo roztartym lekarstwem.

Podszedł do okna iwyjrzał na zewnątrz. Znów ujrzał tę dziwną aurę barwnego światła rozświetlającą krańce upiornie pustej areny do ćwiczeń. Zerknął wstronę wrót. Gdzie były straże? Wartownicy nigdy nie opuszczali swoich stanowisk.

Ogarnął go niepokój. Seth wybiegł zbudynku, przebiegł opuszczoną arenę idopadł wielkich drewnianych wrót. Obejrzał się przez ramię inaparł na nie zcałą siłą. Rozwarły się ze szczękiem. Szybko prześlizgnął się przez nie, zanim dźwięk, jaki wrota wydały przy otwieraniu, by go zdradził, ipobiegł dalej, przekonany, że jego oprawcy lada moment go dopadną.

Wiedział, dokąd zmierza – do miejsca ich sekretnych spotkań. Wyobraził ją sobie, jak stoi wcieniu drzew iczeka na niego.

Liwia. Jego Liwia.

I nagle zastygł, gdy pamięć podsunęła mu zapomniane obrazy. Nie będzie jej tam. Odeszła na zawsze.

Widział, jak umierała.

Część I

Czas płynie zbyt wolno dla tych, którzy czekają,

Zbyt spiesznie dla tych, którzy się lękają,

Zbyt opieszale dla pogrążonych w żałobie,

Zbyt wartko dla tych, którzy świętują,

Ale dla tych, którzy kochają, czas jest wiecznością.

Henry van Dyke (1852–1933)

Rozdział 1

Młodociana przestępczyni

York, Anglia

A.D. 2012

– Ewo, oco ci chodzi?

Wzruszyłam ramionami. Od czego zacząć?

– Co robiłaś wtym czasie, kiedy miałaś być wszkole?

– Eee... Nic.

– A bardziej konkretnie?

Naprawdę chcesz wiedzieć, tato?

– Ewo, co ztobą będzie? – włączyła się wreszcie mama.

Skąd, do diabła, miałabym wiedzieć, co ze mną będzie? Ale dziękuję, mamo, za przypomnienie mi, że nie mam przyszłości, iza to, że zawsze bierzesz jego stronę.

Odpowiedziałam hardym spojrzeniem. Moja matka imój ojczym, Colin. Do kompletu przydałby się jeszcze kochany Ted (jego syn, nie mój brat), żeby było trzy na jednego.

– Mam tego dość, Ewo – powiedział Colin. – Natychmiast wyjdź! Nie chcę na ciebie patrzeć...

– To tak jak ja na ciebie – wymamrotałam, przeciskając się obok niego ibiegnąc do swojego pokoju.

W pierwszym odruchu chciałam wziąć gitarę, podkręcić wzmacniacz iwrzeszczeć do utraty głosu. Nie ufałam sobie jednak. Za bardzo kochałam swoją gitarę – należała do mojego ojca – awtej chwili marzyłam głównie otym, by coś rozwalić. Próbowałam wyrównać oddech, ale tylko czułam, jak narasta we mnie wściekłość. Musiałam wyjść. Chwyciłam kurtkę iwybiegłam zdomu.

I popędziłam... przez miasto, przez park, wdół zbocza aż do rzeki. Biegłam ścieżką, ignorując uprawiających jogging, spacerowiczów zpsami inieuniknione gwizdy aprobaty. Jeśli tylko odrobinę się do tego przyłożyłam, mogłam zignorować prawie każdy dźwięk. Wkońcu rozpalająca mnie do białości wściekłość zaczęła ustępować itrochę się uspokoiłam.

Zachichotałam ponuro. Bo wreszcie Colin miał rzeczywisty powód, by się zdenerwować.

Znowu wywalili mnie ze szkoły.

Czytałam wystarczająco dużo, by orientować się, że dwukrotne wyrzucenie ze szkoły oznacza prawdziwe kłopoty. Choć od tygodni nie pokazywałam się na lekcjach, teraz nie mogłam opanować drżenia na myśl ootwierającej się przede mną niesamowitej próżni – mojej przyszłości.

Żołądek skurczył mi się ze zdenerwowania. Świadomość, że mam szesnaście lat iwzasadzie wilczy bilet na dalsze życie, była dość przerażająca.

Nie miałam teraz ochoty rozmyślać owłasnej egzystencji izastanawiać się, jak mogłam znaleźć się wtak podłej sytuacji. Chciałam tylko biec inie myśleć, ale nie miałam wpływu na to, co podsuwał mi mój mózg.

Mój mózg.

Korzeni tego problemu należało szukać właśnie wmoim mózgu. Ile razy marzyłam otym, żeby być normalną dziewczyną... Ale czy kiedykolwiek byłam normalna? Szczęśliwa? Podobna do innych dzieciaków?

Z trudem przypominałam sobie ten moment, kiedy sprawy zaczęły wymykać mi się spod kontroli... Kiedy dotarło do mnie, że dar może stać się przekleństwem.

Ile miałam wtedy lat? Pewnie jakieś sześć. Mój ojciec nie żył już od... nie wiem... chyba od roku... Ichoć mama po wielu miesiącach przestała wkońcu płakać, tylko od czasu do czasu interesowała się moimi sprawami. Miałam mnóstwo czasu, by dopracować własne metody zapewniania sobie rozrywki.

Tego wieczoru telewizor jak zwykle był włączony – mama wsunęła mi pilota do ręki izabroniła ruszać się zmiejsca – ale miałam już dość głupawych programów. Przeczytałam już wszystko, co było wdomu do przeczytania (co prawda, mama nie miała zbyt wielu książek) iśmiertelnie się nudziłam.

Wyjrzałam przez okno. Mama zzamkniętymi oczami leżała na rozkładanym krześle ogrodowym. Pamiętam, że przycisnęłam twarz do szyby, marząc otym, byna mnie spojrzała, ale oczywiście nie zrobiła tego. Kiedy niechętnie odwracałam wzrok, woko wpadł mi jej otwarty laptop leżący na stole. Podeszłam inacisnęłam jeden zklawiszy. Ekran rozbłysnął. Przeglądarka otwarta była na stronie, na której mama zamawiała wino. Dla sześciolatki wino nie jest czymś interesującym, ale wcześniej widziałam, jak moja mama pisze, więc miałam niejakie wyobrażenie oistocie działania przeglądarki. Jak się okazało, fotograficzna pamięć pozwoliła mi zapamiętać całkiem sporo ztego, co mama wpisywała, na przykład szczegóły konta bankowego, PIN-y ihasła. Wciągu kilku godzin udało mi się zrobić całkiem spore zakupy.

Byłam zachwycona, kiedy kilka dni później nadeszło dwadzieścia pięć paczek moich ulubionych cukierków, sto butelek lemoniady, mały labradorek itrzy kociaki syjamskie. Mojej matki jednak to nie uszczęśliwiło. Chociaż zradością przyznałam się do zrobienia zakupów, nie uwierzyła mi izałożyła, że padła ofiarą wygłupu złodziei tożsamości.

Nie pozwolono mi zachować żadnej zzamówionych przeze mnie rzeczy, więc nie powtórzyłam swojego wyczynu, ale odkryłam cudowny nowy świat – świat, nad którym miałam całkowitą kontrolę. Dla samotnej, bezradnej dziewczynki było to coś niesamowitego.

Jako ośmiolatka potrafiłam już złamać większość zabezpieczeń ichoć nikt nie podejrzewał nawet, czym się zajmuję, miałam tyle przytomności umysłu, by starannie zacierać za sobą ślady. Wiedziałam już wówczas, że moja działalność nie jest do końca legalna. Ale miałam dobre intencje – łamanie kodów zabezpieczeń sprawiało mi przyjemność. Fascynowały mnie. Nie interesowały mnie ludzkie tajemnice, dane ani informacje finansowe. Ekscytowało mnie po prostu otwieranie zamkniętych drzwi.

Niezbyt dobrze dogadywałam się zinnymi ośmiolatkami. Barbie mnie nie interesowały. Podobała mi się idea przyjaźni iwskrytości ducha marzyłam otym, żeby mieć choć jednego przyjaciela, ale nie udawało mi się wystarczająco dobrze markować normalności. Nie potrafiłam zrozumieć, że dzieci nie chcą, abym przewidywała statystyczny wynik każdej gry, zanim jeszcze one ją podejmą, ani tego, że zabawa w„Memory” polega na tym, że nie pamiętasz, co jest na odwrocie każdej płytki. Szybko przestano mnie zapraszać do wspólnej zabawy.

Szkoła okazała się torturą. Spędzałam niekończące się godziny na wysłuchiwaniu mdłych faktów iprzestarzałych koncepcji. Wdomu nie układało się lepiej... Colin ztrudem mnie tolerował, aTed zkażdym dniem czuł do mnie coraz większą odrazę.

Tysiące razy marzyłam otym, by uciec, ale nie wiedziałam jak, więc przez kilka lat uciekałam wirtualnie – potrafiłam na każdym komputerze zainstalować niewykrywalne spiratowane gry iznajdowałam pocieszenie wprzeobrażaniu się wkogoś innego; kogoś mającego władzę, kogoś, kto umiał pokonać rzesze potężnych wrogów. Gry stały się moim prawdziwym życiem. Trzymały mnie przy zdrowych zmysłach... dopóki nie odkryłam jeszcze bardziej ekscytującego świata.

Miałam jedenaście lat iwkońcu zaczęłam wagarować. Zpoczątku nie robiłam tego celowo. Pewnego poniedziałkowego ranka nie mogłam zmusić się do tego, by wysiąść zautobusu na szkolnym przystanku. Wczwartek odkryłam miejską bibliotekę: stoły zastawione komputerami, półki zawalone książkami inikogo, kto mógłby mi zawracać głowę. Jak to możliwe, że ta oaza pozostawała tak długo dobrze ukrywanym przede mną sekretem? Biblioteka stała się moim rajem. Dzień po dniu siadałam wkącie, starając się nie rzucać woczy, ipożerałam książki: upadek stalinizmu, organizacja społeczna Brytanii wczasach podbojów rzymskich, rosyjski, łacina, greka, teoria kwantowa, genetyka... We wszystkich znajdowałam coś podniecającego. Po powrocie do domu czytałam dalej online, dopóki ktoś nie przyszedł. Wtedy szybko wymazywałam historię, wylogowywałam się, wyłączałam komputer iwłączałam telewizor.

Wierzyłam, że ujdzie mi to na sucho. Sądziłam, że dobrze się maskuję. Dowiedziałam się wszystkiego, co tylko możliwe, na temat chorób przewlekłych, których objawy mogłam złatwością symulować, isfałszowałam list do szkoły, wktórym moja matka wyjaśniała, że mam łagodne zapalenie mózgu irdzenia zmialgią, co uzasadnia moje bezterminowe zwolnienie zobowiązku uczęszczania do szkoły.

Tą samą zmyśloną historyjką posłużyłam się, kiedy wkońcu zainteresowała się mną bibliotekarka, iżyłam wprzeświadczeniu, że mi uwierzyła. Zaufałam jej nawet na tyle, by odbyć znią kilka rozmów okanadyjskim systemie prawnym (była Kanadyjką), ale to właśnie ona bez skrupułów na mnie doniosła.

Trzy miesiące po odkryciu przeze mnie raju znów zostałam wyrzutkiem. Byłam całkowicie pochłonięta lekturą artykułu zczasopisma „Lancet” na temat komórek macierzystych, kiedy nagle poklepał mnie po ramieniu zbulwersowany pracownik opieki społecznej.

Przez dwie godziny odmawiałam złożenia zeznań. Wiedziałam, że kiedy tylko podam im swoje imię inazwisko, zadzwonią do moich rodziców iznowu wyślą mnie do szkoły. Niestety, kiedy masz tylko jedenaście lat inie przeszedłeś szkolenia zzakresu technik opierania się torturom, ciężko znosisz przesłuchania. Poddałam się. Zabrali mnie do domu, do mamy iColina (potężna awantura), aoni – co było do przewidzenia – wysłali mnie zpowrotem do szkoły. Dostałam pierwsze oficjalne ostrzeżenie.

Oznaczało to, że jeśli dopuszczę się jeszcze jednego naprawdę złego postępku, zostanę wyrzucona ze szkoły.

A to był miód na moje serce! Teraz musiałam już tylko wymyślić awanturę na tyle potężną, by stanowiła wystarczający pretekst do wydalenia mnie ze szkoły. Zaczęłam tworzyć odpowiedni scenariusz zdarzeń.

Okazało się, że istnieje lista przewinień uzasadniających wykreślenie z listy uczniów. Wagarowanie (numer sześć) udało mi się zsukcesem wprowadzić wżycie. Teraz musiałam już tylko wybrać rodzaj mojej drugiej zbrodni. Uznałam, że przemoc, prześladowania irozprowadzenie narkotyków nie wchodzą wgrę. Wykroczenie numer siedem wydawało się jednak wprost stworzone dla mnie – włamania komputerowe! Największym wyzwaniem było rozegranie tego wtaki sposób, by podejrzenie padło właśnie na mnie.

Nieźle się bawiłam. Włamałam się na konto e-mailowe dyrektora szkoły izłożyłam rezygnację, którą wysłałam do wszystkich członków zarządu. Następnie wysłałam pocztą elektroniczną informację do wszystkich uczniów oodwołaniu zajęć szkolnych do końca tygodnia. Pozostawiłam zgrabny, łatwy do wyśledzenia ślad wiodący prosto do mojego konta mailowego icztery dni później wezwano mnie przed oblicze dyrektora. Wysłuchałam godzinnej tyrady ibez żalu na zawsze opuściłam szkołę.

Starałam się nie wracać myślami do minionych zdarzeń, ale wybieganie myślą do przodu okazało się niewiele lepsze. Furia dyrektora była niczym wporównaniu zwściekłością moich rodziców. Dostałam szlaban na tydzień, po czym zapisali mnie do rejonowej szkoły średniej Downley...

Ku mojemu zaskoczeniu Downley okazała się początkowo całkiem wporządku. Była to wielka, anonimowa placówka, wktórej przebywało wystarczająco wielu uczniów sprawiających problemy, by uwaga dyrekcji nie skupiała się na mnie. Prawie przez trzy lata udawało mi się nie wzbudzać niczyjego zainteresowania.

Niestety, kiedy skończyłam czternaście lat, moje nietypowe zdolności okazały się problemem.

Jakby moje życie nie było już wystarczająco dziwaczne, ujawniła się moja Ułomność Numer Dwa.

Rozdział 2

Ucieczka

York, Anglia

A.D. 2012

Nagle ibez ostrzeżenia zniknął płaszcz zapewniający mi niewidzialność. Od tak dawna pracowałam nad tym, by nie rzucać się woczy, że prawie uwierzyłam we własną przezroczystość. Przemykałam wcieniu, nie wdawałam się wżadne rozmowy, siadałam ztyłu iunikałam jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Stopniowo zaczęłam się jednak orientować, że coraz częściej czuję na sobie ludzkie spojrzenia. Zwłaszcza chłopcy zaczęli zadawać mi różne dziwne pytania izapraszać na weekendowe imprezy.

Jakaś pogrzebana dawno część mnie domagała się wprawdzie towarzystwa, ale instynktownie wietrzyłam niebezpieczeństwo igroźbę rozpracowania mnie. Starałam się więc ignorować pytania izaproszenia. Chłopcy próbowali dalej, więc zastosowałam strategię zjadliwego chamstwa, ale oni tylko śmiali się, jakbym znimi flirtowała. Ścięłam włosy na krótko izaczęłam nosić workowate ubrania, ale bez rezultatu. Im większy dystans stwarzałam, tym bardziej byli mną zainteresowani inatarczywi. Kiedy wkońcu Jason Drummond rzucił Sophie Scott, mówiąc, że woli mnie, dziewczyny również przestały mnie ignorować izapałały do mnie czystą nienawiścią. Zbiorowo. Jawne prześladowanie wwykonaniu grupy dziewczyn zpewnością nie jest zabawne.

Zdecydowanie należało się ewakuować.

Miałam nadzieję, że nie będę musiała ponownie prowokować wydalenia mnie ze szkoły. Ostatecznie porzucenie szkoły wwieku lat szesnastu było zgodne zprawem. Popełniłam jednak błąd, który polegał na zaliczeniu na szóstki serii egzaminów GCSE zdawanych przez szesnastolatków po szkole średniej. Bardzo poprawiłam średnią statystyczną Downley inauczyciele liczyli na to, że na kolejnej sesji egzaminacyjnej zrobię to samo. Kiedy więc oznajmiłam dyrektorowi, że nie mam zamiaru kontynuować edukacji, zadzwonił do moich rodziców, aoni zaczęli wypychać mnie siłą każdego ranka do szkoły. Musiałam zastosować unik. Po raz kolejny odwołałam się do moich komputerowych umiejętności iwciągu dwóch tygodni załatwiłam sobie wydalenie ze szkoły...

...oraz adnotację wkartotece policyjnej.

Przestałam biec izapatrzyłam się na rzekę.

Właśnie dokonałam szybkiego przeglądu moich życiowych osiągnięć, które ułożyły się wżałosny katalog porażek. Udało mi się zawalić wmoim życiu wszystko. Byłam notowana. Dwukrotnie poniosłam klęskę wszkole. Nigdy znikim się nie zaprzyjaźniłam. Nie kochała mnie nawet moja matka, co można uznać za nie lada osiągnięcie.

Nikomu na mnie nie zależało.

Zatrzęsłam się zzimna. Wiedziałam, że muszę się ruszać, więc zaczęłam znów bezmyślnie iść naprzód, aż wkońcu odkryłam, że nogi zaniosły mnie do dawnego sanktuarium – biblioteki.

Otworzyłam drzwi, podeszłam do stojącego wrogu krzesła iusiadłam przed monitorem. Na stole obok ktoś zostawił gazetę otwartą na stronie zogłoszeniami.

Olśnienie przyszło nagle inieoczekiwanie. Mogłam przecież pójść do pracy! Miałam już szesnaście lat. Gdyby udało mi się znaleźć pracę, mogłabym pozwolić sobie na to, by się wyprowadzić, czyli uciec od moich rodziców... oraz kochanego Teda!

Poczułam wsercu iskierkę optymizmu. Agdyby udało mi się zdobyć pracę wlaboratorium badawczym? Wyposażonym wmikroskop elektronowy? Byłoby nieźle. Lepiej niż nieźle. Byłoby wspaniale.

Drżącymi palcami uruchomiłam wyszukiwarkę. Wpisałam słowa kluczowe: „praca na stanowisku naukowo-badawczym mikroskop elektronowy”. Wyskoczyło mnóstwo stanowisk technicznych. Szukałam dalej, aserce waliło mi jak młotem. Większość znich dotyczyła pracy wStanach Zjednoczonych, ale było też kilka ofert wWielkiej Brytanii...

Najwyraźniej jak na kogoś tak inteligentnego – jak osobie myślałam – byłam dość głupia.

W jakim świecie ktoś zaproponowałby niewykwalifikowanej szesnastolatce zwpisem do policyjnej kartoteki pracę wlaboratorium naukowym?

Kolejne ogłoszenia zawierały listy irytujących wymagań, na przykład: „trzyletnie doświadczenie, bla, bla, bla... doktorat... znaczące osiągnięcia...”.

Nie skończyłam nawet college’u. Byłabym szczęściarą, gdyby udało mi się dostać pracę sprzątaczki whotelu. Zwściekłością zaczęłam wymazywać moją historię wyszukiwania iprzypadkowo dwukrotnie kliknęłam wsłowa „mikroskop elektronowy”. Wyskoczyły nowe wyniki wyszukiwania.

Szkoła St Magdalene’s nabyła nowy mikroskop elektronowy...

Bez większego zainteresowania kliknęłam na odnośnik izaczęłam czytać. Nazwa St Magdalene’s była mi znana. Zetknęłam się znią podczas jednego zmoich wcześniejszych badań – miejsc pochówku starożytnych Rzymian czy coś takiego...

Zaczęłam czytać.

Szkoła St Magdalene’s wśródmieściu Londynu kupiła właśnie mikroskop elektronowy za 1,8 miliona funtów. St Magdalene’s jest szkołą unikatową – jako jedyna na świecie wymaga od kandydatów na uczniów zaliczenia testu inteligencji na poziomie przekraczającym 170 punktów, co jest wynikiem osiąganym jedynie przez geniuszy, oraz przejścia czterodniowej rekrutacji obejmującej szereg testów irozmów. Wwyniku tak obostrzonych zasad przyjęć jest to stosunkowo niewielka szkoła, gdyż tylko naprawdę błyskotliwi młodzi ludzie mogą liczyć na to, że dostaną się do tej wyjątkowej placówki.

Czy taka szkoła powinna istnieć? Wielu specjalistów od edukacji kwestionuje zasadność elitarności tej instytucji. Utrzymują, że winteresie dzieci icałego systemu edukacji leży istnienie takich szkół, wktórych uczą się dzieci oróżnym poziomie uzdolnień. Jednak dyrektor Terence Crispin nie ma wątpliwości, że uczniowie zSt Magdalene’s rozkwitają wtym elitarnym środowisku...

Po przeczytaniu następnego wiersza poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie wżołądek.

Wyjątkowo uzdolnione dzieci mogą mieć kłopoty wsystemie edukacji masowej, atutaj są rozumiane izapoznawane zpełnym zakresem...

Kliknęłam na stronę internetową szkoły St Magdalene’s.

Przypominała trochę średniowieczny zamek otaczający wybrukowany dziedziniec. Nie mogła chyba bardziej się różnić od czteropiętrowego bloku zbudowanego zmyślą opomieszczeniu placówki edukacyjnej, jakim była szkoła Downley. Kliknęłam na „Wyposażenie” ipo kilku sekundach patrzyłam na nowiutki mikroskop.

Serce mocniej zabiło mi wpiersiach. Musiałam się tam dostać.

Jak złożyć podanie? Gorączkowo przejrzałam dane kontaktowe iformularze aplikacyjne. Inagle dostrzegłam informację, od której pociemniało mi woczach.

Opłata semestralna: 10 000 funtów.

No jasne.

Uderzyłam pięścią wstół. Ktoś zakasłał znacząco iprzypomniałam sobie, gdzie jestem.

Nie płakałam od wielu lat. Nie rozpoznałam więc na czas charakterystycznego ucisku wgardle izorientowałam się, co się dzieje, dopiero wtedy, gdy ciężkie łzy zaczęły kapać na klawiaturę. Wyłączyłam komputer iwybiegłam zbiblioteki.

Kiedy obróciłam klucz wzamku, było już dość późno. Miałam nadzieję, że wszyscy będą już włóżkach, ale mama na mnie czekała.

– Cześć – starałam się, by zabrzmiało to nonszalancko.

Najwyraźniej jednak nie był to właściwy ton.

– Ewo, gdzie ty byłaś? Odchodziłam od zmysłów. Miałam już dzwonić na policję...

Serce stanęło mi wpiersiach. Jak to możliwe, że stałam się przestępcą?

Westchnęłam, opadłam na sofę ischowałam twarz wdłoniach. Powinnam zadzwonić. Powinnam wziąć komórkę. Popatrzyłam na matkę. Miała bladą, pooraną zmarszczkami twarz. Była zmartwiona. Iwściekła.

Nie miała pojęcia, jak ze mną postępować. Chciałam wściekać się razem znią, ale nieoczekiwanie poczułam przypływ współczucia. Trafiła jej się kłopotliwa córka, która nawet jednej rzeczy nie potrafiła wykonać dobrze.

Musiałam uciec. Pozwolić im wreszcie od siebie odetchnąć.

– Mamo, posłuchaj... Przepraszam – wyszeptałam ipowoli poczłapałam do swojego pokoju.

Nie mogłam zasnąć, więc siedziałam na łóżku zlaptopem na kolanach. Zalogowałam się, apo chwili ponownie szukałam informacji na temat St Magdalene’s.

Jak miałam zdobyć takie pieniądze? Obrabować bank? Pewnie by mi się udało. Potrafiłam włamać się do większości miejsc, więc dlaczego nie do banku? Najpierw musiałabym założyć konto – apotem przetransferować na nie wystarczająco dużo pieniędzy, by pokryć czesne za dwa lata – sześćdziesiąt tysięcy funtów. Rany boskie!

Moje palce szaleńczo zatańczyły na klawiaturze, jakby podjęły wyzwanie. Nagle zastygłam.

Co ja robiłam?

Może iwpisano mnie do kartoteki policyjnej, ale przecież nie byłam prawdziwym przestępcą, prawda? Oparłam się na poduszkach. Nie. Nie mogłam tego zrobić.

Przeszłam na stronę St Magdalene’s. Odbyłam kolejną wirtualną wycieczkę po laboratoriach badawczych, skrzydle historii sztuki, studiach teatralnych. Masochistycznie wróciłam na stronę zdokumentami aplikacyjnymi.

I wtedy to zauważyłam. Niewielki odnośnik zatytułowany „Stypendia”. Jak mogłam go przeoczyć?

Dla uczniów wtrudniejszej sytuacji materialnej wykazujących się znacznymi osiągnięciami akademickimi przewidziano ograniczoną liczbę stypendiów. Pełne stypendium pokrywa koszt czesnego, podręczników iinternatu.

Internatu? Szkoła zinternatem? Azatem całkowita ucieczka...

Natychmiast zabrałam się do wypełniania formularza aplikacyjnego. Był dość prosty, ale wiedziałam, że czas na trudniejsze pytania przyjdzie później – jeśli mnie zaproszą.

O trzeciej nad ranem nacisnęłam przycisk „Wyślij”. Oczwartej nadal leżałam wciemnościach zotwartymi oczami, starając się nie robić sobie zbyt wielkich nadziei.

Rozdział 3

Kontrola

Londinium

A.D. 152

Sethos Leontis nigdy nie liczył na wiele. Choć w jakiejś części swojej jaźni zawsze miał nadzieję zobaczyć następny wschód słońca, dobrze wiedział, jak niewielki wpływ ma na swoje przeznaczenie. Gladiator żył iumierał zwoli innych.

Mimo wszystko Seth starał się sprawować kontrolę nad tą częścią życia, nad którą mógł – nad własnym ciałem, które bezwarunkowo należało do niego. Było wyszkolone. Gotowe. Trenował ciężko izawzięcie; ciężej niż większość pozostałych; ciężej, niż zmuszał go lanista, ana Zeusa, lanista nie patyczkował się ze swoimi podwładnymi.

Seth objął wzrokiem arenę do ćwiczeń. Była zaskakująco spokojna. Pozostali gladiatorzy ucztowali po drugiej stronie miasta. Zasłużyli na ucztę, wktórej właśnie brali udział – jedną zniewielu przyjemności, których mogli zaznać wpełnym niebezpieczeństw życiu. Jednak dla Setha udział wuczcie wpewnym sensie symbolizował akceptację świata, do którego został wciągnięty wbrew własnej woli, idlatego nie miał zamiaru się na niej pojawić. Nie urodził się po to, by zostać niewolnikiem, by walczyć oprzetrwanie, by kaprys tłumu ibezwzględność właściciela, niezależnego lanisty Tertiusa, decydowały ojego losie. Nieświadomie potarł tatuaż na ramieniu symbolizujący jego status. Zacisnął szczęki. Nie powinien się rozpraszać; gniew nie był dobrym doradcą.

Bogowie obdarzyli Setha siłą, wytrzymałością irefleksem. Jednak gladiator, zktórym miał zmierzyć się już jutro, prawdopodobnie miał takie same atuty. ASethos wiedział, że jeśli chce zwyciężyć iprzeżyć do następnego dnia, potrzebuje czegoś więcej niż przymioty ciała. Niezbędna była żelazna determinacja icałkowita koncentracja. Jego skupienie podczas walki było tak ogromne, że objawiało się czymś wrodzaju nieprawdopodobnej intuicji. Potrafił tak szybko iprecyzyjnie ocenić ruchy swojego przeciwnika, by je przewidzieć iuprzedzić. Zapewniało mu to rozstrzygającą przewagę ihipnotyzowało widownię.

Sethos zawiesił spojrzenie na kamiennych siedziskach areny ćwiczebnej. Kiedy już uczty się zakończą, na widowni zaroi się od obywateli żądnych spotkania zjutrzejszymi triumfatorami ipokonanymi. Potrząsnął głową. Nienawidził tej dwuznaczności swojego statusu. Byli niewolnikami, ajednak fetowano ich ipodziwiano.

Na ciche skrzypnięcie sandała za plecami zareagował błyskawicznym wyciągnięciem sztyletu izastygł wbezruchu.

– Ach, to ty, Matt!

Włożył broń do pochwy iuniósł dłoń wpowitalnym geście. Matthias był jego przyjacielem, druhem, korynckim niewolnikiem tak samo jak on schwytanym podczas łapanki. Zbyt drobny na wojownika Matthias stał się nieodzowny dla familii ze względu na swoje wyszkolenie medyczne. Niósł czyste ręczniki, wodę ibutelkę oliwy.

– Nie poszedłeś na przyjęcie? – Matthias poklepał Sethosa po ramieniu iwskazał mu miejsce siedzące.

– Zaskoczony?

– To głupota – objadać się tuż przed walką. Ciała iumysły walczących staną się przez to powolne iociężałe.

Mówiąc to, Matthias skierował swojego przyjaciela do najbliższej ławki izaczął wcierać oliwę wjego barki. Znał wszystkie mięśnie wciele Setha. Powoli, metodycznie upewniał się, że każdy znich został właściwie rozgrzany irozluźniony, po czym przechodził do następnego. Kiedy jego palce pracowicie masowały ciało Setha, Matt ponownie przyglądał się rysunkom itabelom, które pokazał mu ojciec: kości, grupy mięśniowe, arterie inaczynia. Nie pozwolił jednak, by jego myśli odpłynęły zbyt daleko. Nie chciał rozmyślać oswoim ojcu. Zmusił umysł do powrotu na właściwe tory. Skóra Setha była znacznie jaśniejsza niż wKoryncie – wLondinium słońce świeciło słabiej. Ale dziś, tego cudownego sierpniowego wieczoru, prawie można było wyobrazić sobie powrót do domu: przygotowanie do szlachetnych zawodów, anie tego bestialskiego cyrku gladiatorów. Wojczyźnie Matt nie znał dobrze Setha, ale odkąd wspólnie znaleźli się wniewoli, pokochał go jak brata.

Matthias był na nogach od świtu, przygotowując świeżą oliwę zoliwek zgałązkami jałowca. Jutro zrobi to samo. Wten sposób mógł pomóc swojemu przyjacielowi utrzymać się przy życiu. Masował powolnym ruchem łydki Setha, kiedy śpiewający tłum zaczął wlewać się przez wielkie drewniane wrota. Nie ulegało wątpliwości, że ucztujący wypili mnóstwo wybornego wina. Byli hałaśliwi inieopanowani.

– Wynośmy się stąd – wymamrotał Sethos, próbując wstać, ale Matthias jeszcze nie skończył, abył zbyt zabobonny, by przerwać zabieg wtym momencie. Popchnął przyjaciela zpowrotem na miejsce.

– Cierpliwości, Seth. Jeszcze chwila.

Nie została im jednak dana.

– Tam jest! Sethos Leontis! – Tłum zaczął przesuwać się wich stronę.

– Dalej, Sethos! Wypijmy za twoje jutrzejsze zwycięstwo!

Kubek wina przyciśnięto do ust gladiatora. Odwrócił głowę, ale chwyciły go jakieś ręce, dotykając jego pokrytej oliwą skóry.

– Hej! Odsuńcie się, dajcie mu odetchnąć! Chcecie, żeby się udusił jeszcze przed jutrzejszą walką? – krzyknął Matthias, próbując wszystkich odepchnąć.

W tym momencie na arenę wkroczyli Tertius ireszta familii.

Tłum stracił zainteresowanie Sethosem. Niektórzy wycofali się, by uczcić innych bohaterów, ale Sethos wiedział, że większość kobiet zostanie obok niego. Jako retiarius nie miał prawie żadnej zbroi zwyjątkiem skórzanego pasa na ramię, więc choć był silny, wwalce zciężej uzbrojonymi, czasem mocno zbudowanymi przeciwnikami musiał zawierzyć swojej zwinności iszybkości. Podejrzewał, że kobiety uznawały tego rodzaju zmagania za atrakcję. Nie przyjmował do wiadomości, że niebanalną rolę odgrywała jego uroda.

Sethos niechętnie rozluźnił ramiona, przygotowując się do tego, by zmierzyć się ze swoimi wielbicielami – wtych okolicznościach nie było co marzyć odokończeniu masażu. Kiedy jednak wstał, zauważył dziewczynę zosłoniętą głową, stojącą tuż za dwiema starszymi kobietami. Przyglądała mu się mocno umalowanymi, ciemnymi migdałowymi oczami, które nagle się zaśmiały. Najwyraźniej rozbawiło ją jego aż nazbyt widoczne skrępowanie. Kąciki jej ust drgnęły... Jej ust... Seth nigdy nie widział równie rozkosznych ust: pełne wargi, leciutko rozchylone, ukazywały drobne białe ząbki. Delikatny powiew uniósł chustę osłaniającą jej włosy iwysunął spod niej ciemny kosmyk. Kiedy wsuwała go na powrót, na nadgarstku błysnęła złota bransoleta.

Sethos zzaskoczeniem skonstatował, że nogi same niosą go wjej stronę. Spłoniła się, ale nie spuściła oczu. Dwie kobiety, zktórymi stała, westchnęły zzachwytu, nieświadome, że obiekt jego zainteresowania stoi tuż za nimi.

– Sethos Leontis! To dla nas ogromny zaszczyt! Wiernie kibicujemy! Nie do wiary, że ktoś tak młody mógł zdobyć już osiem wieńców! Jak to możliwe?

– Bogowie byli przychylni. Azatem – będziecie oglądać jutrzejszą walkę? – Mówił do nich, ale jego spojrzenie tańczyło po twarzy dziewczyny.

Lekko skinęła głową.

– Z pewnością przyjdziemy!

– Czy mogę zapytać, kim są moi wierni kibice?

– Ach, oczywiście! Nazywam się Rufina Agrippa, ato jest Flawia Natalis...

Sethos ujął po kolei dłoń każdej zkobiet iuniósł ją do ust.

– I? – zapytał, przesuwając wzrok na migdałowe oczy.

– Ach! Dziecko! Adoptowana córka Flawii iDomitusa Natalisa – Liwia...

Oczy Liwii zapłonęły gniewem.

– Mam prawie siedemnaście lat, Rufino! Dość dużo jak na dziecko!

Kąciki ust Sethosa drgnęły zrozbawienia.

– Liwia Natalis – cała przyjemność po mojej stronie! – wymamrotał, ujął jej dłoń iucałował ją.

Jej skóra pachniała słodko jaśminem iwodą różaną. Niepostrzeżenie Sethos głęboko wciągnął powietrze, ale Rufina dostrzegła jego zainteresowanie isię nastroszyła.

– Liwio, czy twój narzeczony będzie ci towarzyszył jutro podczas zawodów?

Policzki Liwii spłonęły rumieńcem.

– Kasjusz nie jest moim narzeczonym. Jeszcze nie przyjęłam jego oświadczyn!

Przygryzła wargi. Powiedziała zbyt wiele.

– Chodź, Liwio, wiele innych osób chce spotkać się zSethosem Leontisem. Sethosie, jeśli zwyciężysz, może spotkamy się ponownie na jutrzejszym przyjęciu?

Flawia Natalis wyciągnęła rękę, aon ponownie złożył na niej pocałunek.

– To będzie dla mnie zaszczyt.

Kiedy się oddalały, Sethos odprowadzał je wzrokiem, marząc otym, by dziewczyna jeszcze raz na niego spojrzała. Stracił już prawie nadzieję, kiedy nagle odwróciła się ipopatrzyła nań porozumiewawczo. Dotknął czoła, udając, że salutuje, aona się uśmiechnęła. Ogarnęła go fala nieznanego ciepła.

Kiedy zniknęły wtłumie wzwieńczonym łukiem przejściu, Sethos zdumiał się swobodą rzymskich kobiet. WKoryncie, skąd pochodził, dziewczynie nigdy nie pozwolono by na swobodne przechadzanie się po mieście ani na tak otwarte sprzeciwianie się planom jej rodziny wkwestii małżeństwa. Zadrżał na myśl okonsekwencjach ipoczuł przypływ pełnej obaw troski ouroczą dziewczynę.

– Seth, co ty sobie właściwie wyobrażasz? ­– wysyczał mu do ucha Matthias.

Sethos drgnął i przypomniał sobie, gdzie się znajduje.

– Ona jest niezamężną obywatelką Rzymu!

Matthias był tak diabelnie przenikliwy. Seth zacisnął szczęki. Rozumiał, co mówił do niego Matthias. „Pamiętaj, że jesteś niewolnikiem”. Wtym mieście nie miał żadnych praw. Dziewczyna była dla niego równie niedostępna jak słońce na niebie.

– Trzymaj się kobiet zamężnych! – wymamrotał Matthias, kiedy kolejna fala spłonionych wielbicielek ruszyła wich stronę, by pozdrowić Sethosa.

Sethos pozostał na arenie kolejne pół godziny, odpowiadał na pytania ipozwalał rzymskim kobietom na flirtowanie znim. Lanista nie spuszczał zniego wzroku. Sethos wiedział, że czarujące zachowanie stanowiło jego obowiązek: im większa była jego popularność, tym więcej ludzi przychodziło go oglądać. Kiedy jednak dostrzegł, że lanista siada zbukłakiem wina na jednym zkamiennych siedzisk, sadzając sobie kobietę na kolanie, skorzystał ze sposobności, by się wymknąć.

Matthias nie pozwolił zostawić się wtyle. Uwielbiał kobiety gromadzące się wokół Sethosa, azażyłość ze sławnym gladiatorem zwiększała jego towarzyską atrakcyjność, ale podczas wieczoru przed walką lojalność wobec przyjaciela była ważniejsza. Ruszyli do koszar. Sethos nalał zdzbana dwa kubki wody, jeden znich podał Matthiasowi, adrugi wziął ze sobą iwyciągnął się na swojej wąskiej macie. Matthias przykucnął na krańcu posłania, nalał wzagłębienie dłoni odrobinę oliwy iprzystąpił do przerwanego masażu.

Sethos zaczął się rozluźniać. Masaż był bardzo przyjemny. Mężczyzna mógł pozwolić myślom odpłynąć ku dziewczynie omigdałowych oczach. Odkąd wyrwano go zrodzinnej ziemi, spotkał tak wiele kobiet. Niektóre były piękne, inne – egzotyczne, niektóre – wpływowe, ale wszystkie były mężatkami. Wybierały go ipotajemnie umawiały się znim na spotkanie. Nigdy jednak nie chciał poznać żadnej znich, nigdy żadnej nie szukał.

Dlatego nagłe zainteresowanie Liwią okazało się dla niego całkowitym zaskoczeniem, uczuciem nieznanym wcześniej. Matt miał rację – to na pewno nie było właściwe ani zdrowe. Samobójstwem było już samo rozważanie możliwości związania się ztą dziewczyną. Rzymskie prawo nie miałoby dla niego litości. Ale jakie to miało znaczenie, czy wjego życiu pojawił się jeszcze jeden niezdrowy element? Wkońcu był gladiatorem.

Otworzył oczy. Tak. Był gladiatorem iza kilka godzin miał stoczyć wielką walkę. Nie mógł się rozpraszać. Musiał oczyścić umysł. Matthias zaczął okładać pięściami jego drugą nogę. Sethos ponownie zamknął oczy iprzypomniał sobie bieżący rozkaz. Choć listy walk jeszcze nie obwieszczono, wiedział, że zmierzy się zProtiksem Canitisem, potężnym Galem, który równie mocno nienawidził Rzymian jak Greków. Protix był wojownikiem brutalnym, ajego skumulowana nienawiść była równie niebezpieczna jak szybkość iintuicja Setha. Seth miał gorącą nadzieję, że Protix nie żałował sobie tego wieczoru wina. Leontis potrzebował wszystkich możliwych źródeł przewagi. Nagle żądza wygrania jutrzejszej walki stała się bardziej zaciekła, azwykła chęć pozostania przy życiu zeszła na dalszy plan. Seth usiadł, szeroko otwierając oczy.

– O co chodzi? – zapytał Matthias.

– Muszę wygrać.

– Wygrasz. Zawsze wygrywasz.

– Nie, chodzi oto, że muszę...

– To dobrze.

– Bo po walce zobaczę się ztą dziewczyną. ZLiwią.

Matthias potrząsnął głową.

– Dlaczego wybrałeś jedyną kobietę wmieście, której nie możesz mieć? Seth, czy ty chcesz zginąć? Amoże już tyle razy dostałeś włeb, że głowa przestała ci pracować? Zostaw ją wspokoju. Żadna kobieta na świecie nie jest warta tego, żeby za nią zginąć.

– Na Apollina, Matt! Moje życie jest odroczonym wyrokiem śmierci! Czyż śmierć za kobietę nie miałaby większego sensu niż to?

Zdenerwowany Matthias zagwizdał przez zęby. Nie znosił, kiedy jego przyjaciel wykazywał taki brak rozwagi. Gdy był wtakim stanie, nie dawało się nim rozsądnie kierować. Anawet wnajbardziej sprzyjających okolicznościach utrzymanie Setha przy życiu stawało się nie lada wyzwaniem. Był zbyt porywczy iskory do gniewu, ajednocześnie wielce czarujący. Wszystkie te cechy sprawiały, że wydawał się kruchy iwrażliwy.

Matthias rozumiał jednak, że Seth był zbyt inteligentny, by łatwo dawać sobą sterować. Tak łatwo iszybko odczytywał cudze intencje, że sprawiało to niemal wrażenie, jakby czytał ludziom wmyślach. Rozsądek podpowiadał Mattowi wstrzymanie się od udzielania dalszych rad.

– Wygraj pierwszą walkę. Potem zdecydujesz, dla czego warto umierać.

Seth uśmiechnął się ipoklepał Matthiasa po plecach.

– No to mamy plan.

Rozdział 4

St Magdalene’s

Londyn

A.D. 2012

– A zatem, Ewo, gdzie są twoi rodzice? Nie przyszli dziś ztobą. Czy aprobują to, że złożyłaś podanie oprzyjęcie do naszej szkoły?

– No cóż...

Ta rozmowa nie potoczyła się we właściwym kierunku. Ze stosem testów poradziłam sobie bez większych trudności – wszystkie okazały się dość łatwe – ale teraz siedziałam przed dyrektorem szkoły, panem Crispinem, iwzasadzie już się poddałam.

Na początku całkiem się zaplątałam, kiedy zapytał, jakich przedmiotów chciałabym się uczyć. Udzielenie odpowiedzi na takie pytanie nie powinno być trudne, oile nie jesteś odmieńcem, który nigdzie nie pasuje. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, zaczęłam się pocić: trudno było mi zachować chłodny dystans do tego tematu. Adyrektor po prostu siedział tam iw milczeniu czekał na moją odpowiedź. Czekał, aż wykopię sobie grób – co też zrobiłam.

– Myślę, że to obłęd, że każe nam się wybierać między przedmiotami humanistycznymi, ścisłymi isztukami pięknymi. Dlaczego uczniów miałby interesować tylko jakiś niewielki fragment wszechświata? Tyle rzeczy warto poznać izrozumieć... Gdybym mogła, uczyłabym się wszystkiego, bez wyjątku...

Zawiesiłam się, odchrząknęłam ipodjęłam przerwany wątek znadzieją, że pan Crispin zapomni otym małym wybuchu.

– Przepraszam, chyba... no cóż, do tej pory wybierałam matematykę, matematykę stosowaną, biologię, fizykę, chemię...

Przez chwilę nie spuszczał ze mnie wzroku, apotem zacisnął usta izaczął szybko notować coś wnotatniku. Zpewnością nie był to dobry znak. Wkońcu – by przypieczętować mój los – przeszedł do sytuacji rodzinnej, czyli moich rodziców. Nie byłam przygotowana na te pytania ichyba nie mogłam się na nie wcześniej przygotować. Nie potrafiłam się opanować – odchyliłam się na oparcie fotela izaczęłam patrzeć przez okno. Wiedziałam, że nauczycieli drażni to do szaleństwa. Określali to mianem braku zaangażowania. Ja myślałam tylko otym, by przetrwać.

Dyrektor czekał, ja nie spuszczałam wzroku zokna, wreszcie on pierwszy się poddał.

– Rozumiem. Dobrze, zatem pozwól, że zapytam cię ocoś innego. Może byłabyś tak uprzejma ipowiedziała mi, dlaczego rozstałaś się ze swoimi poprzednimi szkołami średnimi – North York High School i... zaraz... Downley Comprehensive?

Skąd wiedział, że to ja się znimi rozstałam? Wydalenie sugeruje zazwyczaj sytuację odwrotną. Czy dawał mi szansę na złożenie wyjaśnień?

Podjęłam próbę powrotu do pomieszczenia, wktórym siedzieliśmy. Dyrektor. St Magdalene’s. Miejsce, wktórym naprawdę chciałam się znaleźć.

Pan Crispin nadal mówił.

– ...rozstanie się zjedną szkołą można byłoby uznać za brak szczęścia, ale z dwiema to już chyba lekceważenie?

Odchrząknęłam.

– Może lekceważenie, ale konsekwentne – odparowałam bez namysłu.

Przenikliwe niebieskie oczy taksowały mnie zza połówkowych okularów. Nieoczekiwanie pociągła twarz mężczyzny rozjaśniła się wuśmiechu.

– Tak, to prawda... Atutaj, wSt Magdalene’s, konsekwencję uznajemy często za cechę godną podziwu... Zaintrygowały nas również twoje genialne – jak to ująć? – uzdolnienia wykraczające poza program szkolny...

Popatrzyłam na dyrektora zaintrygowana.

– Chodzi o, cóż... komputery.

– Och – powiedziałam.

Niech to diabli.

Miałam cichą nadzieję, że włamania komputerowe nie wypłyną.

– Zastanawiam się, ile czasu zajęłoby pani włamanie się na moje konto, panno Koretsky. Oczywiście, zatroszczyliśmy się opewną liczbę przeszkód – to byłoby fascynujące – zorientować się, ile czasu pani potrzebuje, by zsukcesem...

I wten sposób, jak się niebawem okazało, pan Crispin poinformował mnie, że dostałam się do szkoły.

Dwa tygodnie później wróciłam do St Magdalene’s zwielką walizką, gitarą akustyczną inerwowym bólem brzucha.

Moja mama iColin zareagowali na przyjęcie mnie do tej szkoły zmieszanymi uczuciami. Przede wszystkim poczuli ulgę, że ktoś zdejmuje znich właśnie ciężar odpowiedzialności za mnie, ale ponieważ doskonale znali historię moich dotychczasowych sukcesów, nie spodziewali się dłuższego okresu spokoju. Nie mogłam ich winić. Czułam się podobnie.

Prawie wszyscy uczniowie St Magdalene’s uczyli się wtej szkole od ukończenia jedenastego roku życia, aponieważ pochodzili zcałego kraju, większość mieszkała winternacie. Czytałam Malory Towers autorstwa Enid Blyton iHarry’egoPottera, więc moje oczekiwania co do szkoły zinternatem zbudowałam na czystej fantazji, ale tak naprawdę nie spodziewałam się znaleźć tu fascynującej mieszanki przyjaźni iprzygód. Na to byłam zbyt wielką realistką.

I dlatego całkowicie zaskoczyła mnie Ruby. Ruby wybrano, by oprowadziła mnie po college’u. Miała szesnaście lat ibyła wysoką, smukłą blondynką. Była zupełnie inna niż ja – oliwkowa cera, ciemne włosy idziwaczność wypisana na twarzy. Ruby bez przerwy się uśmiechała, często się śmiała inie przestawała mówić.

– Patrz, Ewa, to jest nasz internat.

Spojrzałam na napis wygrawerowany wkamieniu powyżej drzwi wejściowych.

– Izaak Newton – przeczytałam.

– Wszystkie domy noszą imiona wpływowych myślicieli związanych zSt Mag’s.

– Jakie związki zSt Mag’s miał Izaak Newton?

– Mówi się, że tutaj wykładał.

– Ale... Czy on nie żył wsiedemnastym wieku?

– Mamy takich, którzy żyli jeszcze wcześniej! Omar, chłopak znaszego roku, mieszka wdomu Geoffreya Chaucera. Chaucer żył całe wieki temu! St Magdalene’s istnieje od... och, sama nie wiem, od zawsze!

Nie przestając mówić, Ruby przeprowadziła mnie przez drzwi wejściowe ipowiodła wąskim korytarzem do krętych schodów. Szła trochę za szybko inie zdążyłam przyjrzeć się setkom obrazów wiszących na ścianach. Na końcu korytarza nagle Ruby zatrzymała się iotworzyła drzwi.

– To twój pokój.

Ostrożnie weszłam do środka.

– Jak to? Nie śpimy we wspólnych salach?

– No nie... Czytałaś Enid Blyton, prawda? Ja też popełniłam ten błąd. Nie. Mamy własne pokoje, biurka, komputery, prysznice... dla mnie rewelacja.

Miała rację. To była rewelacja. Nic nadzwyczajnego, żadnych łóżek zbaldachimem na miarę Hogwartu ani nic wtym stylu. Chociaż przeszłyśmy właśnie korytarzem, który wyglądał tak, jakby miał co najmniej kilkaset lat, sypialnie urządzono zaskakująco współcześnie. Szkło ijasne drewno. Mieliśmy nawet łazienki wpokojach. Ruby pokazała mi, gdzie mogę ułożyć swoje rzeczy, jak zamknąć drzwi tak, by nikt nie mógł się dostać do mojego pokoju, ijak wydostać się zbudynku wczasie ciszy nocnej. Standardowe ipodstawowe informacje. Potem zaprowadziła mnie do swojego pokoju.

– Łał! – westchnęłam.

Ruby zupełnie przeobraziła to miejsce. Łóżko przykrywały meksykańskie koce oskomplikowanym wzorze imasa poduszek. Trudno było doszukać się choćby skrawka ściany niepokrytej pocztówkami, zdjęciami iplakatami. Ruby wstawiła też do pokoju kilka wysokich chromowanych lamp iwyposażyła go wprofesonalne nagłośnienie.

– Wchodź isiadaj – powiedziała iklapnęła na łóżko.

Z wahaniem usiadłam obok niej.

– No dobra, opowiedz mi, co sprowadza cię do St Mag’s. Opowiedz mi wszystko!

– A... – zająknęłam się.

Tego się nie spodziewałam.

Ruby siedziała iczekała.

– No cóż. – Zwysiłkiem przełknęłam ślinę ipoczułam się tak, jakbym znów znalazła się wgabinecie dyrektora. – Przeczytałam oszkole winternecie iwypełniłam formularz...

Wzruszyłam ramionami znadzieją, że to wystarczy.

Nie wystarczyło. Ruby nie spuszczała ze mnie wzroku.

– Co? ­– zapytałam, marząc, by wrócić do własnego pokoju.

– Och, daj spokój!

Nerwowo przygryzłam wargi.

– Co chciałabyś wiedzieć? – zapytałam.

– W jakiej szkole byłaś wcześniej?

– Downley Comprehensive.

– I... – powiedziała zwyczekiwaniem iznacząco przewróciła oczami.

– I co?

– I dlaczego odeszłaś?

– Wydalili mnie.

– Wydalili?

Na jej twarzy odmalowały się szok iniedowierzanie. Mogłam sobie tylko wyobrazić jej minę, gdyby dowiedziała się, że wylali mnie dwukrotnie.

Potrząsnęła głową, oparła się na poduszkach iczekała na dalszy ciąg, który nie nastąpił.

– Co takiego zrobiłaś, że cię wylali?

Przewróciłam oczami.

– Długa historia.

– Mam mnóstwo czasu.

Potrząsnęłam tylko głową.

Ruby westchnęła, zeskoczyła złóżka inagle zaczęła czegoś pod nim szukać. Kilka sekund później wyciągnęła puszkę, którą wciągnęła na łóżko iotworzyła.

– Zrobiła je moja siostra. Częstuję nimi tylko takie małomówne nowicjuszki. No dalej, nie żałuj sobie! – Uśmiechnęła się zachęcająco.

W środku znajdowało się kilka czekoladowych ciasteczek onieregularnym kształcie. Wzięłam jedno.