Opis

Noc świętojańska w Sandhamn. Policja znajduje na plaży nieprzytomną nastolatkę. Dziewczyna jest pod wpływem silnych narkotyków. Nikt nie wie, jak do tego doszło.

Nora Linde po raz pierwszy obchodzi święto ze swoim nowym chłopakiem, Jonasem. Niestety muszą przerwać zabawę, ponieważ nastoletnia córka Jonasa, Wilma,  nie wraca do domu na noc.  Jonas i Nora nie zaprzestają desperackich poszukiwań Wilmy.

Następnego dnia na plaży znalezione zostają zwłoki młodego chłopaka. Inspektor Thomas Andreasson rozpoczyna śledztwo.

Wkrótce okazuje się, że każda z osób zaangażowanych w śledztwo ma własną wersję wydarzeń…

Fantastyczny obraz szwedzkiej nocy świętojańskiej, zarówno radości świętowania, jak i mrocznych stron tego święta… Wiarygodny i wciągający kryminał. Litteraturmagazinet

DAST Magazine

Gorczka chwili to tragiczna historia, ale z pozytywnym wydźwiękiem. Viveca Sten potrafi precyzyjnie wskazać problem i stworzyć rozwiązanie, które dla czytelnika jest równocześnie wiarygodne i nieoczekiwane.

VLT

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Poniedziałek, 16 czerwca 2008

1

– Chyba miło będzie odwiedzić Larssonów w noc świętojańską?

Madeleine Ekengreen odwróciła się w stronę swojego syna, Victora, ale on zignorował jej pytanie.

Dochodziła siódma wieczorem. Warkot silnika za oknem zdradzał, że jaguar ojca właśnie wjechał na podjazd. Madeleine przejrzała się w srebrzystych drzwiach lodówki i poprawiła fryzurę.

Wydaje ci się, że kogoś oszukasz? – pomyślał Victor. Botoks, rozjaśnione włosy… Żebyś nie wiem jak się starała, nikt już nie uwierzy, że masz trzydzieści pięć lat.

– Victor?

– Nie chcę z wami jechać.

– Przecież zawsze tam jeździmy – odparła Madeleine i w jej oczach pojawiło się jakieś napięcie, jakby nie do końca rozumiała, dokąd zmierza ta rozmowa.

Postawiła na stole miskę z sałatą i spojrzała na syna.

– A co chciałbyś robić?

Victor wpatrywał się w talerz.

– Chcę się wybrać do Sandhamn z Tobbem i paroma kumplami. Christoffer pożyczył od ojca motorówkę, będzie zajebiście spokojnie.

– Nie mów tak – upomniała go automatycznie Madeleine. – To nieładnie.

Było oczywiste, że nie zachwycała jej myśl, że miałby spędzać noc świętojańską bez nich.

– Tata Tobbego wybiera się z wami? – spytała po chwili.

Victor pokręcił głową.

– Nieee. Chyba do Falsterbo.

– A Felicia?

Tym razem pokiwał głową.

– Oczywiście, że się z nami wybiera.

– Co na to jej rodzice?

Popatrzyła na niego trochę zaniepokojona, ale Victor wiedział, że Madeleine lubi jego dziewczynę.

– Są cool.

Właściwie Felicia mówiła, że pojedzie z Ebbą na wieś. A Ebba twierdziła, że wybiera się tam z Felicią.

Po Madeleine było widać, że nie jest do końca przekonana. Bez słowa podeszła do wyspy kuchennej i przyniosła półmisek z grillowanym kurczakiem. Wtedy rozległ się trzask drzwi prowadzących z garażu do domu.

Oto nadchodzi wielki Johan Ekengreen, pomyślał Victor.

– Jesteś pewien, że rodzice Felicii się na to zgadzają? – spytała Madeleine, stawiając kurczaka na stole.

– Przestań wreszcie marudzić!

Victor sięgnął po karton z mlekiem i napełnił szklankę.

Madeleine milczała. Victor wiedział, że poczuła się urażona, ale nie zamierzał jej przepraszać. Przecież i tak nigdy nie miała dla niego czasu. Dlaczego musiała zacząć zrzędzić akurat teraz, gdy choć raz miał własne plany?

Kiedy jesienią wyjechałaś ze starym do Paryża, mogłem robić, co chciałem, pomyślał.

– Mam szesnaście lat, poradzę sobie – stwierdził. – Poza tym jedziemy tam zajebiście dużą paczką.

Wiedział, że pewnie znów zareaguje na słowo „zajebiście”, i spojrzał na nią wyzywająco.

Madeleine się poddała.

– Nie złość się – poprosiła. – Nie rozumiem, dlaczego stałeś się taki przewrażliwiony. Ciągle się złościsz, cokolwiek powiem.

– Przestań wreszcie marudzić – powtórzył Victor.

Drzwi się otworzyły i do kuchni wszedł Johan Ekengreen. Pogwizdywał wesoło i wydawał się nie dostrzegać, że przy stole panuje napięta atmosfera.

Ojciec Victora miał niedługo skończyć sześćdziesiąt trzy lata. Był opalony, kilka razy w tygodniu chodził na siłownię. Jego włosy zaczęły się przerzedzać i Victor wiedział, że potajemnie je farbuje, by ukryć siwiznę.

– Cześć wam.

Z szerokim uśmiechem postawił aktówkę na podłodze i poluzował krawat. Potem zdjął marynarkę i powiesił ją na oparciu krzesła.

– Victor nie chce jechać z nami w noc świętojańską – oświadczyła bez wstępu Madeleine, patrząc znacząco na męża, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że musi przeprowadzić z synem poważną rozmowę.

– A to dlaczego? – Johan Ekengreen zwrócił się do Victora.

Zanim Victor zdołał odpowiedzieć, Madeleine dodała:

– Zamiast jechać do Larssonów, wybiera się z kolegami do Sandhamn.

Johan się roześmiał, jakby nie słyszał pretensji w jej głosie.

– Chłopak dorasta. Chce imprezować w Sandhamn tak jak wszyscy. W jego wieku też bym tak wolał.

Johan sięgnął po otwartą butelkę z winem stojącą na środku stołu i napełnił swój kieliszek. Automatycznie powąchał wino, zanim go skosztował.

– Całkiem niezłe – stwierdził i zaczął czytać informacje na etykietce.

– Johan, posłuchaj mnie – poprosiła Madeleine.

Zirytowana, zamaszystymi ruchami wycierała blat.

– Czyli mogę jechać, tato? – spytał Victor, nim Johan zareagował.

Cholera, miałby przerąbane, gdyby matka pokrzyżowała plany wyjazdu do Sandhamn. Zebrał całkiem sporo pieniędzy, bo ojciec dał mu kopertę z paroma tysiakami w nagrodę za oceny na koniec roku, które mimo wszystko wypadły naprawdę przyzwoicie. Dałoby się za to załatwić naprawdę zajebiste rzeczy na noc świętojańską.

– Jest na to za młody. – Matka broniła swojego zdania. – Dopiero co skończył szesnaście lat. Jeszcze za wcześnie na samodzielne wyjazdy.

– Zakładam, że Felicia też się z wami wybiera? – spytał Johan.

– Tak.

Victor pokiwał głową, nie podnosząc wzroku. No dalej, stary, pomyślał, no dalej.

– O, proszę – Johan Ekengreen zwrócił się do żony. – Pozwól chłopakowi jechać. Człowiek tylko raz w życiu jest młody.

Upił kolejny łyk wina, które lśniło krwistą czerwienią w cienkiej czarce kieliszka.

– Chodzi przecież tylko o kilka dni na szkierach.

Sobota

2

Gdy Wilma Sköld zeszła na parter willi Brandów, Nora Linde mimowolnie wstrzymała oddech i z trudem zachowała milczenie.

Czternastolatka pomalowała powieki ciemną kredką i nałożyła na rzęsy grubą warstwę tuszu. Króciutka dżinsowa spódniczka przypominała raczej szorty, przez cieniutki biały top prześwitywał biustonosz.

Wilma chodziła dopiero do ósmej klasy. Taki makijaż był dla niej zbyt ostry, a strój – zbyt wyzywający. Nora napomniała jednak samą siebie, że zwracanie Wilmie uwagi należy do Jonasa. Byli razem dopiero od ośmiu miesięcy i nie mogła przecież wychowywać Wilmy jak własnego dziecka.

Podczas posiłku dziewczyna siedziała jak na szpilkach, jakby każda minuta spędzona z dala od przyjaciół była dla niej męczarnią. Zaraz potem znikła w łazience, żeby się przygotować do wyjścia.

Wilma minęła kuchnię i przeszła do jadalni, gdzie Jonas ciągle siedział z Adamem i Simonem. Adam skończył jeść, ale Simon wciąż pałaszował młode ziemniaki. Uwielbiał pierwsze delikatne bulwy, które pojawiały się w czerwcu, i wziął już trzecią dokładkę.

– Tato – oświadczyła Wilma. – Spadam. Jestem cholernie spóźniona.

Nora ruszyła za nią, ale zatrzymała się w otwartych drzwiach i oparła o framugę. Było widać, że Jonas również wzdrygnął się na widok córki. Czasem sprawiał wrażenie, że nie przyjmuje do wiadomości faktu dorastania córki. Tak przynajmniej wydawało się Norze.

– Może wzięłabyś kurtkę? – zaproponowała ostrożnie Nora. – Pod wieczór na pewno zrobi się chłodno. Wiesz, jak to bywa na szkierach.

Wilma nie zwróciła na nią uwagi. Zrobiła kilka kroków w stronę Jonasa.

– Mogę dostać trochę pieniędzy?

– Przecież dostałaś kieszonkowe na ten miesiąc.

– Noooo… – Wilma przeciągnęła to słowo. – Ale skończyła mi się kasa.

Jonas uniósł brwi, lecz sięgnął do tylnej kieszeni po portfel. Otworzył go z wahaniem. Zupełnie jakby się zastanawiał, czy to mądre, żeby dawać dodatkowe pieniądze nastoletniej córce.

– Tato, proszę. Jak mam się bawić bez kasy?

Wilma zawisła nad oparciem krzesła. Nagle jej głos zabrzmiał dziecinnie i błagalnie. Przez chwilę Nora wyobraziła sobie, jak musiała wyglądać jako mała dziewczynka, szczerbata i z kucykami.

Trudno się dziwić, że Jonas skapitulował. Wyjął trzy stukoronowe banknoty, położył je na stole i podsunął córce.

– Jeśli coś ci zostanie, chcę, żebyś mi to oddała – oświadczył.

Ton jego głosu i zadowolona mina Wilmy świadczyły o tym, że nic takiego się nie zdarzy.

Adam podniósł wzrok znad talerza i posłał Wilmie długie spojrzenie.

Był od niej młodszy zaledwie o rok, ale nie interesowało go wychodzenie wieczorami. Wolał siedzieć w domu i grać na komputerze z kolegami albo sam. Nora wiedziała, że niedługo i on zacznie wychodzić i imprezować, na razie cieszyła się tym, że to jeszcze nie teraz. Jej rozwód z Henrikiem zbiegł się w czasie z dojrzewaniem Adama. Ani jedno, ani drugie nie było proste.

– Może mnie chociaż przytulisz, zanim sobie pójdziesz? – poprosił Jonas, wsuwając portfel z powrotem do kieszeni.

Wilma szybko podeszła i przytuliła się do ojca. Potem cofnęła się o kilka kroków i spytała podejrzanie nonszalanckim tonem:

– Wystarczy, jeśli będę w domu o drugiej?

Jonas zmarszczył czoło.

– Umawialiśmy się przecież, że masz wrócić o dwunastej. Wiesz, że twoja mama i ja jesteśmy co do tego zgodni.

– Ale czy… jest przecież noc świętojańska. Wszyscy zostaną o wiele dłużej. Tylko ja jedna muszę wrócić wcześniej? To nie fair.

Nie ustępuj, pomyślała Nora, równocześnie ciesząc się, że nie musi toczyć tej walki. Miała aż nadto własnych utarczek z synami.

Czekała, co Jonas odpowie córce, i nie wtrącała się. Nawet Simon milczał, skupiony na ziemniaczkach.

– Tato, proszę…

Wilma przekrzywiła głowę i – o ile to możliwe – wyglądała jeszcze bardziej dziecinnie.

Jonas odsunął talerz.

– Umówmy się na pierwszą. Tylko ten jeden jedyny raz. Przez resztę lata nie chcę słyszeć o tym, że chciałabyś wrócić później.

Na twarzy Wilmy malowały się sprzeczne uczucia. Czy powinna dalej naciskać, ryzykując, że ojciec się rozzłości, czy też zadowolić się połowicznym zwycięstwem?

Powrót o pierwszej był lepszy niż nic. Podeszła do ojca tanecznym krokiem i powiedziała:

– Obiecuję. Dziękuję, tato. Jesteś najlepszy.

Przytuliła się do niego jeszcze raz. Tym razem szczerze. Jonas spróbował pogłaskać ją po włosach, ale zgrabnie mu się wywinęła.

W przelocie nawet Norę obdarzyła uśmiechem.

– No to cześć! Widzimy się jutro.

– Uważaj na siebie. Wzięłaś komórkę?

– Tak, tak, wzięłam – mruknęła zniecierpliwiona, bo myślami była już gdzie indziej.

– Pamiętaj, żeby była włączona – rzucił Jonas. – Musisz mi obiecać, że odbierzesz, kiedy zadzwonię.

Wilma stała w drzwiach. Nie odwróciła się.

– Okej, okej. Obiecuję. Przestań marudzić.

Wilma owinęła sobie Jonasa wokół palca. Nora westchnęła. Wydawało się jej, że z nią dziewczyna nie poradziłaby sobie tak łatwo. Chyba dobrze, że wciąż mieszkali osobno – ona z Adamem i Simonem w nowym mieszkaniu w Saltsjöbaden, Jonas z Wilmą w trzypokojowym apartamencie w mieście.

Tu w Sandhamn Jonas wynajmował stary dom Nory, z którego wyprowadziła się w zeszłym roku. Teraz razem z chłopcami mieszkała w willi Brandów, pięknym domu z przełomu stuleci, który odziedziczyła po swojej sąsiadce, cioci Signe. Dzięki temu, że zdecydowała się na wynajem, poznała Jonasa.

W ten weekend wyjątkowo mieszkali razem w willi Brandów, bo z powodu awarii u Jonasa nie było prądu. Miły elektryk z wyspy obiecał, że zajmie się tym następnego dnia.

Drzwi wejściowe trzasnęły. Wilma wyszła.

3

Wilma nawet nie zauważyła, że nie zamknęła za sobą furtki. Uśmiechnęła się, zadowolona.

Jej komórka zapiszczała.

Będziesz zaraz? Jestem już w porcie/Malena

Szybko wstukała odpowiedź.

Spoko idę/W

Zupełnie nie miała ochoty spędzać nocy świętojańskiej na Sandhamn z ojcem i Norą. Kiedy się jednak dowiedziała, że jej przyjaciółki z miasta zamierzają tu przyjechać, zaczęła z niecierpliwością wyczekiwać chwili wyjazdu mimo Nory i tych jej dzieciaków. Simon potrafił być nawet słodki, lubił, kiedy Wilma oglądała z nim kreskówki. Ale Adam był beznadziejny. Ślęczał tylko przy komputerze i grał w te swoje nudne gry – sam albo ze swoimi równie beznadziejnymi kumplami.

Tata i Nora byli jeszcze gorsi. Ciągle się obmacywali, kiedy wydawało im się, że nikt nie widzi. Wstrętne. Obrzydliwe. Dlaczego musiał ją poznać?

Telefon znów zapiszczał.

Masz coś?

Wilma z zadowoleniem poklepała swoją torbę. U Nory w piwnicy stało kilka kartonów z winem. Wilma odkryła je przypadkiem i wzięła dwie butelki z kartonu w samym kącie.

Przez cały tydzień zastanawiała się, co włożyć, i raz po raz przymierzała wszystkie ubrania. W końcu zdecydowała się na krótką spódniczkę z białego dżinsu i prosty top na ramiączkach. Chciała wyglądać elegancko, ale bez przesady.

W H&M-ie zobaczyła nowy tusz do rzęs, na który właściwie nie było jej stać. Kiedy nikt nie patrzył, wsunęła go do kieszeni. Wiedziała, że źle zrobiła, ale skoro niczego nie zauważyli, sami byli sobie winni.

Wilma zaczęła się zadawać z nową paczką podczas semestru wiosennego. W jej klasie wszyscy byli tacy dziecinni, non stop się wygłupiali. Chłopacy byli pryszczaci, głupawi i śmieszni – w jednej chwili mówili niskim głosem, w następnej falsetem.

Jej nowi przyjaciele byli o wiele bardziej interesujący. Zwłaszcza Mattias, brat przyrodni jej przyjaciółki Maleny, która chodziła do równoległej klasy. Między rodzeństwem było dwa i pół roku różnicy. Mattias chodził do gimnazjum w centrum miasta.

Brat Maleny był wysoki, miał ciemną karnację i włosy do ramion. Zazwyczaj wsuwał je za uszy, tak by końcówki się zawijały. Wilma marzyła, żeby ich dotknąć. Mattias ubierał się elegancko w postarzane dżinsy i zamszowe mokasyny, na szyi nosił srebrny łańcuszek. Był o wiele przystojniejszy niż chłopaki z jej klasy w tych swoich brzydkich bluzach z kapturami i tenisówkach. Przypominali jej przebrane stado małp.

Wilma niemal natychmiast zakochała się w Mattiasie. Na razie wyglądało na to, że on nic nie zauważył. Prawie z nią nie rozmawiał, choć za każdym razem, gdy się pojawiał, usiłowała zwrócić na siebie jego uwagę.

Po każdym takim spotkaniu Wilma potrafiła siedzieć godzinami i rozpamiętywać każde jego słowo. Analizowała zdanie po zdaniu i sposób, w jaki je wypowiadał, jak na nią patrzył, gdy coś mówił.

Wiedziała, że nie jej jednej podoba się Mattias. Ciągle kręciły się wokół niego inne dziewczyny, jego komórka nieustannie piszczała. Od czasu do czasu wybuchał głośnym śmiechem i pokazywał innym chłopakom jakiś SMS. Czasem rzucał też przy tym jakiś ironiczny komentarz.

Wilma oblizała usta, by sprawdzić, czy wciąż jest na nich błyszczyk. Nazywał się Spring Blossom i był różowopomarańczowy. Błyszczyk również zwędziła w H&M-ie. Uważała, że dzięki niemu wygląda na starszą i bardziej doświadczoną.

Dziś wieczorem Mattias zwróci na nią uwagę. Wilma czuła to w całym ciele. Dziś wieczorem zrozumie, że nie jest już taka mała, że nie jest jakąś smarkulą, z którą włóczy się jego młodsza siostra.

Butelki wina w torbie to jej przepustka do innego życia. Mattias zrozumie, że Wilma nadaje na tych samych falach i że potrafi być częścią paczki.

Była gotowa zrobić wszystko, byle tylko z nim być.

– Napijemy się kawy przy pomoście? – spytała Nora, spoglądając na Jonasa.

Choć dochodziła ósma wieczorem, słońce wciąż stało wysoko. Od dawna w noc świętojańską nie było tak pięknej pogody i ciepło zdawało się cudowne po długiej, ciemnej zimie.

Jonas przyciągnął ją do siebie. Całował jej włosy i mruczał:

– Zostaliśmy sami w domu.

Nora wtuliła się w niego, delektując się jego bliskością.

– Chłopcy są u kolegów, Wilma wróci o pierwszej – wyszeptał jej do ucha Jonas.

Kącik jego ust uniósł się w uśmiechu. Nora od razu zareagowała na to zaproszenie. Poczuła ciepło poniżej pępka i łaskotanie w całym ciele. Pocałowała Jonasa, ale prawie natychmiast znieruchomiała.

– A co, jeśli Adam i Simon wrócą? Sytuacja będzie wyjątkowo głupia.

Wywinęła się z objęć Jonasa, udając, że nie widzi rozczarowania w jego oczach.

– Później będziemy mieli dużo czasu – dodała.

Pochyliła się, by wyjąć tacę z dolnej szafki. Postawiła na niej dwa kubki, cukier i dzbanuszek z mlekiem.

– Chcesz coś jeszcze? – spytała. – Może trochę koniaku z okazji nocy świętojańskiej?

Nie wydawał się urażony. Wciąż się uśmiechał w taki sposób, że niemal była gotowa mu ulec. Przez chwilę przyglądała mu się, gdy tak stał oparty o kuchenny blat, w dżinsach, zielonym T-shircie i żeglarskich butach na gołych stopach. Myśl o chłopcach ją powstrzymała.

– Wystarczy mi kawa – zapewnił Jonas. – Jeśli ty masz na coś ochotę, nie krępuj się.

Nora się zastanowiła. Ma ochotę na koniak czy może na coś innego?

Jednak koniak. Do kolacji wypili butelkę czerwonego wina, do kawy przydałoby się coś mocniejszego. Wyjęła butelkę armaniaku i nalała odrobinę do kieliszka. Potem wzięła tacę, przeszła przez przeszkloną werandę i ruszyła po długich schodach prowadzących nad wodę.

Działka wciąż była skąpana w słońcu, z sąsiedniego domu dobiegały wesołe śmiechy. Przy pomoście sąsiadów zacumowano kilka żaglówek. W ogrodzie stał długi stół, w powietrzu wciąż unosił się zapach grillowanych potraw. Kawałek dalej śpiewano jakąś piosenkę biesiadną, która zakończyła się donośnym „na zdrowie!”.

Uśmiechnęła się, słysząc brzęk kieliszków. To była taka typowa noc świętojańska w Sandhamn: wszyscy siedzieli na powietrzu przy dobrym jedzeniu i piciu.

Postawiła tacę na białym drewnianym stoliku. Gdy Jonas odkręcał termos, wzięła z niej kubki i tabliczkę ciemnej czekolady, którą połamała na kawałki.

Nad ich głowami zaświergotały ptaki. Gdy spojrzała w górę, zobaczyła stado jaskółek. Latały wysoko, co było oznaką wyżu. Ciepło powinno się utrzymać co najmniej przez kilka następnych dni.

Nora z zadowoleniem opadła na krzesło i sięgnęła po filiżankę z kawą. To niemal zbyt piękne, żeby było prawdziwe, pomyślała.

4

Elin leżała na plecach, zaciskała maleńkie usteczka na smoczku, który poruszał się w rytm jej oddechu. Drobne paluszki, które wcześniej ze złością zaciskała w piąstki, spoczywały teraz na cienkiej kołderce. W kącie dziecięcego łóżeczka leżał pluszowy miś, nad poduszką wisiał pręt z kolorowymi motylkami.

Inspektor policji kryminalnej Thomas Andreasson stał przy białym łóżeczku w domku letniskowym na Harö i przyglądał się swojej córeczce. Przez zasłony, które powiesili ze względu na nią, sączyła się wąska smuga światła. To wystarczało, by mógł rozróżniać jej drobne rysy. Brwi miała tak jasne, że zdawały się prawie niewidoczne, włoski lekko kręcone.

Dotknął ostrożnie delikatnej rączki. Paznokcie były małe i różowe, nie do pojęcia, jak małe w porównaniu z jego własnymi. Brzuszek dziecka unosił się regularnie i Thomas poczuł rozluźnienie.

Jego córeczka spała i miała się dobrze.

Gdy jej starsza siostra Emily zmarła w wieku trzech miesięcy, ból po stracie był tak ogromny, że niemal się poddał. Utrata dziecka sprawiła, że jego małżeństwo z Pernillą się rozpadło. Odsunęła ich od siebie rozpacz, z którą nie potrafili sobie poradzić, i dopiero w zeszłym roku ponownie się odnaleźli.

To Pernilla odezwała się do niego pierwsza i chciała się z nim spotkać. Thomas się wahał; bał się rozdrapywać zabliźnione rany. Ale gdy znów ją zobaczył, przypomniały mu się tylko piękne chwile: letni wieczór w Sztokholmie, gdy się w sobie zakochali, uśmiech Pernilli podczas ich ślubu w kościele w Djurö, szczęście, gdy urodziła się Emily. Było tak, jakby nigdy się nie rozstali.

Dostali nową szansę. Pernilla ponad rok temu pomogła mu dojść do siebie po tym, jak niemal stracił życie na lodzie w pobliżu Sandhamn. Popadł wówczas w odrętwienie. Życie wydawało mu się jałowe, nie miał nawet pewności, czy zostanie w policji. Atmosfera w wydziale śledczym przytłaczała go, wszędzie piętrzyły się papiery, brakowało pieniędzy nawet na rutynowe działania.

Potem pojawiły się wyrzuty sumienia i zwątpienie we własne możliwości.

Gdyby jednak przestał być policjantem, kim by wtedy był?

Wielka zmiana nadeszła wraz z pojawieniem się Elin. Świadomość, że znów będzie ojcem, osłabiła duszący uścisk depresji. W marcu, gdy się urodziła, przebudził się z długiego letargu, jakby ktoś starł cienką warstewkę kurzu z okna i szyba znów stała się przejrzysta.

Niedługo Elin będzie w takim wieku, w jakim była Emily tamtej nocy, gdy zmarła we śnie.

Do końca życia będzie w sobie nosił obraz martwego ciała córeczki z tamtego ranka. Ani on, ani Pernilla nie mogli temu zapobiec.

– Thomas, gdzie się podziewasz? – dobiegał z werandy głos Pernilli. – Kawa stygnie.

Thomas zauważył, że mimowolnie mocniej zacisnął dłoń na ramie łóżeczka. Siłą woli rozluźnił palce i ostrożnie pogłaskał Elin po mięciutkim policzku. Zakwiliła cicho. Smoczek wysunął jej się z buzi, więc szybko wsunął go z powrotem między malutkie wargi.

Spojrzał jeszcze raz i poszedł do Pernilli.

5

Adrian Karlsson poprawił ciężki pas, przy którym na biodrze wisiały radio policyjne, pałka i służbowa broń. Sam pas ważył ponad pięć kilogramów, sprzęt i ubrania ważyły razem ponad piętnaście.

Gdy po raz pierwszy go zapinał, niemal ugiął się pod tym ciężarem, teraz doceniał pewność, że ma w zasięgu ręki wszystko, czego potrzebuje. Jednak dziś całe to wyposażenie sprawiało, że jeszcze bardziej się pocił pod granatowym mundurem.

Nie po raz pierwszy wysłano go do Sandhamn na noc świętojańską, ale nigdy nie trafił na tak piękną pogodę. Choć był dopiero dwudziesty pierwszy czerwca, wydawało się, że jest pełnia lata. Po kilku godzinach Adrian miał przepocony podkoszulek i mokre plecy, a krótko ostrzyżone brązowe włosy mocno wilgotne.

Stał ze swoją koleżanką Anną Miller na nadmorskim deptaku przed szeregiem rdzawoczerwonych sklepików. Minęła ósma wieczorem; byli na służbie od dziesiątej rano. Zdążyli jedynie zjeść szybki lunch, późnym popołudniem napili się tylko kawy w ośrodku kontaktowym policji, który mieli do dyspozycji na czas całego długiego weekendu.

Anna była podoficerem policji i zaledwie kilka lat temu ukończyła wyższą szkołę policyjną. Miała dwadzieścia siedem lat, o pięć mniej niż Adrian. On mierzył metr osiemdziesiąt pięć wzrostu; Anna była prawie o dwadzieścia centymetrów niższa. O jej koreańskim pochodzeniu świadczyły wąskie oczy i proste jak drut czarne włosy, które związała w kucyk.

Mimo młodego wieku szybko się odnalazła w pracy w policji. Pogodnie przyjmowała docinki, potrafiła rozbroić uśmiechem nawet agresywnych zatrzymanych.

Za każdym razem, gdy zauważali kogoś, kto trzymał w ręce otwartą butelkę, upominali go, by wylał zawartość. W noc świętojańską picie alkoholu w miejscach publicznych było w Sandhamn zakazane. Adrian i Anna mówili uprzejmie, ale jasno: Musisz wylać wszystko. Już.

W czasie tej służby natrafiali nawet na trzynasto- i czternastolatków. Widok zataczających się dzieciaków mocno ich przygnębiał.

Z jakiegoś powodu wśród sztokholmskiej młodzieży stało się niemal tradycją, by na noc świętojańską wybierać się na szkiery. Ta wizyta miała tylko jeden cel: upicie się do nieprzytomności na pokładzie łodzi albo w jakimś innym miejscu na wyspie.

W wigilię Dnia Świętego Jana wybierano się na Möję, w północnej części szkierów. W Dniu Świętego Jana wyruszano na południe, do Sandhamn. Niczym chmara szarańczy.

To był na wyspie najgorszy dzień w roku.

Dudniące dźwięki muzyki pop niosły się z portu aż do pomostu Nory. Od wczesnego popołudnia wartkim strumieniem cieśniną zmierzały do Sandhamn łodzie motorowe, w większości pełne młodych ludzi. Za każdym razem, gdy Nora podnosiła wzrok znad książki, miała wrażenie, że zbliża się jeszcze więcej motorówek.

Oby tylko nie doszło do żadnej awantury. W zeszłym roku wywiązała się poważna bójka i młody chłopak z przebitym płucem został przetransportowany helikopterem do szpitala. Udało się udzielić mu pomocy w ostatniej chwili.

Przed oczami Nory pojawiła się Wilma. Dziewczyna chyba będzie potrafiła o siebie zadbać? Wyszła tylko w cienkiej bluzeczce na ramiączkach. Jej kurtka wisiała na wieszaku w przedpokoju.

Jonas odezwał się, jakby czytał w jej myślach:

– Myślisz, że za łatwo ustępuję Wilmie?

Nora uniosła do ust kubek, zwlekała z odpowiedzią. Starannie dobierała słowa, by nie zepsuć miłego nastroju.

– Dajesz jej dużo przestrzeni – stwierdziła w końcu.

– Chcesz powiedzieć, że ją rozpuszczam?

Jonas opadł na oparcie krzesła i uśmiechnął się słabo, jakby zdawał sobie sprawę, że nie jest wystarczająco stanowczy wobec córki.

– Taaak. Można tak chyba powiedzieć.

Umilkła i jej spojrzenie powędrowało w stronę wody. Słońce chyliło się w stronę Harö i za parę godzin zniknie za lasem. Kilka mew krążyło nad pomostami, szukając czegoś do jedzenia. Od strony działki sąsiadów rozległo się kolejne gromkie „na zdrowie!”.

– Wilma dokładnie wie, jakie guziki naciskać, żeby dostać to, czego chce. Jest dość… – Nora szukała właściwego słowa – …dość dojrzała jak na swój wiek.

Mogła powiedzieć „wyzywająca”, ale nie chciała, żeby zabrzmiało to dosadnie. Potem przypomniała sobie, że nie rozmawia przecież z Henrikiem, swoim byłym mężem, któremu tak szybko zmieniał się humor. Z Jonasem rozmawiało się łatwiej. Uświadomiła sobie, że mimowolnie się spięła, zanim otworzyła usta. Trudno było zerwać ze starymi nawykami.

Jonas przerwał jej rozmyślania:

– Oczywiście masz rację, ale trzymanie jej ciągle w ryzach wcale nie jest łatwe. Zwłaszcza teraz.

Pochylił się ku Norze, ujął jej dłoń i odwrócił wnętrzem do góry. Palcem zaczął delikatnie głaskać przecinające je linie. Jego skóra była miękka w dotyku.

– Musimy dać jej czas, by się przyzwyczaiła. Teraz, gdy stałaś się częścią mojego życia, wiele rzeczy jest dla niej nowych.

Nora przyglądała się Jonasowi w wieczornym słońcu. W jego brązowych oczach w ciepłym świetle pojawiały się zielone refleksy. Brązowe włosy, dłuższe na karku, lśniły. Twarz wyrażała otwartość, nie było w nim nic skomplikowanego. Z początku martwiło ją, że Jonas jest o siedem lat młodszy od niej – wkrótce miała skończyć czterdzieści jeden lat. Teraz niezbyt często o tym myślała.

Jego delikatny dotyk sprawił, że poczuła łaskotanie w brzuchu. Dlaczego tak się upierała, żeby wypili kawę? Nadarzyła się wspaniała okazja, ale ona zawsze musiała być taka beznadziejnie porządna.

Gdy ma się w domu troje dzieci, trzeba korzystać z nadarzających się okazji.

– To dla niej ogromna zmiana – ciągnął Jonas.

– Dla moich chłopców też. – Nora zdała sobie sprawę, że zabrzmiało to ostrzej, niż zamierzała. Dodała łagodniej: – Wszyscy potrzebują trochę czasu, rozumiem doskonale. Ten rok pod wieloma względami był przełomowy. Ale to dobrze, że mamy mniej więcej zbliżone poglądy na pewne sprawy związane z dziećmi.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Jonas ostrożnie ułożył dłoń Nory na jej kolanach i odchylił się na krześle. Nora pragnęła być z nim szczera, nie raniąc go przy tym. Niełatwo było z „moimi dziećmi” i „twoim dzieckiem”, minionej zimy musiała to zrozumieć.

– Adam jest tylko o rok młodszy od Wilmy – powiedziała po chwili milczenia. – Niedługo on też zacznie marudzić, żebym pozwoliła mu wychodzić wieczorami. Nie chciałabym, żeby wracał o pierwszej w nocy. Jest na to o wiele za młody, a ja nie mogłabym spać z nerwów.

Jonas milczał, więc mówiła dalej:

– Po prostu nie chciałabym, żebyśmy wysyłali dzieciom sprzeczne sygnały.

Jonas się wyprostował. Znikła beztroska, która malowała się na jego twarzy jeszcze kilka minut temu, jakby nagle ogarnął go niepokój. Nora żałowała, że zaczęli o tym rozmawiać.

W pobliżu pomostu z dużą prędkością przemknęła motorówka. Wpłynęła w cieśninę, nie przejmując się ograniczeniami prędkości do pięciu węzłów. Mały jachcik niemal przewrócił się od wywołanej tym fali. Przechylił się i samotny żeglarz miał pełne ręce roboty z kontrowaniem fal. Zdawało się, że krzyknął coś ze złością za sterującym motorówką.

Jonas oderwał wzrok od żeglarza, wyjął z kieszeni komórkę i włączył ją. Na wyświetlaczu pojawiła się twarz Wilmy, opalonej i uśmiechniętej. Jasne włosy opadały miękkimi falami na ramiona, lekko mrużyła oczy, patrząc pod słońce.

– Masz rację – stwierdził niespodziewanie Jonas. – Nie powinienem był jej mówić, że może wrócić tak późno.

Wcisnął przycisk, zdjęcie Wilmy zniknęło. Włożył komórkę na miejsce. Potem uśmiechnął się pojednawczo, niemal psotnie, jak mały chłopczyk, którego przyłapano na jakimś wybryku.

– Poprawię się, obiecuję.

Mrugnął i znów wziął dłoń Nory w swoje dłonie. Delikatnie przysunął ją do ust i pocałował. Poczuła jego gorący oddech na opuszkach palców.

– Jesteś zupełnie pewna, że chcesz teraz pić kawę?

6

Adrian stał z Anną na deptaku nadmorskim i rozglądał się po okolicy. Na prawo, na wielkim pomoście przed hotelem żeglarskim, stała duża grupa ludzi z kieliszkami w rękach. Ponad pół godziny temu zgodnie z tradycją rozległ się wystrzał z pistoletu sygnalizujący, że należy opuścić flagę. Robiono to dokładnie o godzinie dziewiątej wieczorem.

Temperatura nie spadała. Adrian tęsknił za chłodnym prysznicem, ale do końca zmiany pozostało jeszcze wiele godzin.

W ich stronę zbliżała się jakaś para w średnim wieku z psem na smyczy.

– Przepraszam bardzo – odezwała się jasnowłosa, krótko ostrzyżona kobieta.

W jej oczach otoczonych delikatną siateczką zmarszczek widać było troskę. Mężczyzna, z wyglądu jej rówieśnik, uparcie patrzył w jeden punkt.

– Tak? – spytał z ociąganiem Adrian.

– Widzi pan dziewczynę tam dalej? – zapytała kobieta, wskazując miejsce, na które patrzył mężczyzna. – Chyba źle się czuje. Trochę się o nią niepokoimy.

Adrian przeszukał wzrokiem tłum. I wtedy zrozumiał, co miała na myśli.

Młoda dziewczyna w różowej bluzce opadła na kolana przy długim drewnianym pomoście. Kucnęła, obejmując rękoma szczupłe ciało.

– Może powinni państwo sprawdzić, co się z nią dzieje – ciągnęła kobieta. – Wpadliśmy na nią jakąś godzinę temu i zapytaliśmy, jak się czuje. Wtedy po prostu uciekła. Przed chwilą znów się na nią natknęliśmy. Spacerowaliśmy z Tequilą. – Wskazała na pięknego golden retrievera, który szarpał smycz. Kobieta ze sporym wysiłkiem trzymała go w miejscu. – Siad, Tequila. Siad! – poleciła surowym tonem.

Po kilku kolejnych upomnieniach pies grzecznie usiadł obok niej.

– Dobry piesek – pochwaliła. – Jesteś taka ładna i mądra.

Adrian przyglądał się dziewczynie w promieniach wieczornego słońca.

Coś przykuło jego uwagę. Sprawiała wrażenie, jakby znajdowała się w przezroczystej bańce, odcięta od otoczenia. Adrian wystarczająco często widywał ludzi pod wpływem alkoholu i narkotyków, by rozpoznawać takie objawy.

Mimo tłumu wokół nikt się nią nie przejmował, żadni znajomi ani chłopak.

Była zupełnie sama.

– Przyjrzymy się jej – zapewnił starszą parę. – Dziękujemy za informację.

– Mam nadzieję, że to nic takiego – odparła sympatyczna kobieta. – Dziewczyna wygląda na młodą. – Poklepała psa. – Mam synów w jej wieku. Nie chcielibyśmy, żeby stało się coś złego; zwłaszcza w taki wieczór jak ten.

Adrian kiwnął głową do Anny i ruszyli w stronę dziewczyny. Gdy byli zaledwie kilka metrów od niej, osunęła się na ziemię. To był powolny, niemal nierzeczywisty ruch, jak na filmie w zwolnionym tempie. Straciła jakąkolwiek kontrolę nad swoim ciałem i przewróciła się na bok.

Jakiś pijany chłopak potknął się o jej stopę, ale nawet się nie zatrzymał.

Dziewczyna leżała tuż przy drewnianym pomoście, z lewym policzkiem wciśniętym w piasek. Jasne włosy rozsypały się wokół głowy jak zniszczona aureola.

Niedziela

7

Przewróciła się na bok, bo coś ją obudziło. Wyciągnęła rękę do Jonasa i stwierdziła, że go nie ma. Przez szczelinę między roletą a parapetem zobaczyła, że na dworze jest ciemno.

Spojrzała na stare radio z zegarem stojące na stoliku przy łóżku. Cyfry lśniły biało. Właśnie minęła pierwsza – Wilma powinna wrócić.

Nora przymknęła oczy i spróbowała nasłuchiwać. Czy Wilma wróciła? W domu panowała cisza.

Nora leżała jeszcze kilka minut, potem sięgnęła po szlafrok. Boso podeszła do schodów i znów nasłuchiwała.

Nic.

Przez uchylone drzwi do pokoju Simona słyszała jego lekki oddech. Jak zwykle ściskał pod pachą misia. W półmroku widziała zarysy jego wciąż pulchnych policzków. W październiku miał skończyć dziewięć lat.

Szybko zajrzała do pokoju Adama. Spał równie głęboko, na plecach, z kołdrą zsuniętą na brzuch. Jakiś czas temu zrezygnował z piżamy i zaczął sypiać w samych slipach.

Naprzeciw pokoju Adama był pokój gościnny, ale jeszcze zanim otworzyła drzwi, wiedziała, że nikogo tam nie zobaczy.

Zeszła po schodach. W kuchni żywego ducha. Ruszyła więc na werandę. Zastała tam Jonasa siedzącego w jednym z rattanowych foteli. Spoglądał na morze, podpierając podbródek ręką. Na horyzoncie majaczyły zarysy ławicy chmur, w oddali mrugała latarnia na Getholmen.

Nora przystanęła w drzwiach i otuliła się szczelniej szlafrokiem.

– Co tam?

– Wilma nie wróciła do domu.

Nora podeszła bliżej i przykucnęła obok Jonasa. Dotknęła lekko jego ramienia.

– Może zapomniała o upływie czasu. Nietrudno o to, kiedy człowiek się dobrze bawi.

Jonas pomasował sobie kark. Włożył T-shirt i dżinsy. Poczuła jego zapach i pomyślała o chwilach spędzonych z nim wcześniej tego wieczoru.

– Powinna już być w domu – powiedział.

W półmroku dostrzegła napięcie na jego twarzy.

– Próbowałeś do niej dzwonić?

– Nie odbiera. Próbowałem co najmniej pięć razy.

– Może zostawiła gdzieś komórkę?

– Wilma nie ruszy się na krok bez swojego telefonu.

– A może się rozładował?

Sama słyszała, jak to brzmi. Dokładnie rozumiała, co czuje Jonas. Gdyby chodziło o Adama, martwiłaby się tak samo jak on.

– Akurat dzisiaj? – Jonas uderzył ręką w oparcie fotela. – To nie w porządku. Powiem jej do słuchu, kiedy wróci do domu.

Norze zaczynały drętwieć nogi, wstała. Wzdrygnęła się w chłodnym nocnym powietrzu.

– Masz ochotę napić się herbaty? Zobaczysz, niedługo wróci.

– Połóż się. – Głos Jonasa złagodniał. – Nie musisz ze mną siedzieć, kiedy będę czekał na moją nieposłuszną córkę.

Nora pogłaskała go po policzku.

– To żaden problem. Mogę zostać z tobą. Zobaczysz, lada chwila tu będzie.

8

W oddali przez port przetaczali się ludzie niczym bezkształtna ameba. Od czasu do czasu tłum się rozpraszał, ale zaraz ponownie się łączył, jakby jego części nie mogły pozostać oddzielone na dłużej.

Zrobiło się znacznie chłodniej. Od morza nadciągnęła lekka mgła, w świetle reflektorów hotelu żeglarskiego płynęły cienkie jej pasemka. Powietrze stało się wilgotne

Słychać było muzykę dobiegającą z dyskoteki. Intensywne basy sprawiały, że cała okolica wibrowała. Długa kolejka ludzi, którzy nie stracili jeszcze nadziei, ustawiła się przed wejściem na wydzielony obszar, pilnowany przez dwóch ponurych ochroniarzy.

Adrian i Anna byli na służbie ponad piętnaście godzin. Zostawili młodą dziewczynę w ośrodku policyjnym, gdzie zajęła się nią kobieta z organizacji „Matki na Mieście”, i znów ruszyli w tłum.

Między Gospodą a KSSS policja patrolowała rejon portu dwójkami. W ciągu ostatnich godzin Adrian i Anna chodzili w tę i z powrotem deptakiem nadmorskim. Ich obecność wydawała się wpływać na ludzi uspokajająco. Raz za razem pokonywali ten odcinek, mierzący niecałe pięćset metrów.

Adrian przystanął i poprawił ciężki pas. Był zmęczony, bolały go biodra.

Anna to zauważyła.

– Wszystko w porządku? – spytała.

– Mhm.

Odsunął ręce od pasa i znów ruszył w stronę Gospody.

Cały czas podchodzili do nich młodzi ludzie i zadawali pytania: Kiedy odchodzi ostatni prom do miasta? Na pewno jest ten dodatkowy rejs o drugiej? Gdzie są toalety?

Dotarli właśnie do kiosku przy przystani dla parowców pośrodku portu, gdy w ich słuchawkach zatrzeszczało. Adrian zerknął szybko w stronę hotelu żeglarskiego i odwrócił się.

– Awantura między załogami dwóch łodzi – powiedział na głos, choć Anna słyszała tę samą wiadomość. – Przy pierwszym pomoście pontonowym KSSS.

Rzucili się biegiem w stronę hotelu.

Z daleka Adrian usłyszał podniesione głosy. Wydawały się dobiegać z dwóch stojących obok siebie łodzi po lewej stronie długiego pomostu. Na rufie dużej motorówki z doczepionym silnikiem tłoczyła się grupka młodych ludzi. Na sąsiedniej łodzi siedzieli faceci z gangu motocyklowego ubrani w czarne skórzane kurtki. Wielu miało ogolone głowy.

Z głośników obu łodzi dudniła muzyka, nie zagłuszała jednak sypiących się przekleństw. Adrian zobaczył dwóch mężczyzn, którzy stali na pomoście i wpatrywali się w siebie.

– Ty cholerny kretynie! – wrzasnął jeden, trzydziestolatek w wytartych dżinsach, z nagim torsem i czarnymi włosami związanymi w kucyk.

Drugi miał około dwudziestu lat, może nawet mniej. Stał na szeroko rozstawionych nogach z uniesionymi pięściami, jakby wiedział, jak boksować. Napiął mięśnie i przyjął pozycję obronną.

W chwili gdy Adrian dotarł do pomostu, rozległ się piskliwy dziewczęcy głos:

– Proszę, przestańcie. Słyszycie, co mówię? Przestańcie.

Schodziło się coraz więcej gapiów i zablokowali drogę policjantom. Nagle dwudziestolatek rzucił się do przodu. Na chłodno wykonał markowany atak lewą ręką i dokładnie w chwili gdy wydawało się, że zada nią cios, uderzył prawym łokciem.

Zaskoczył tym przeciwnika i trafił go łokciem dokładnie w podbródek. Trzydziestolatek runął na ziemię z taką siłą, że aż zakołysał się pomost.

– Teraz się zamknąłeś, co?

Dwudziestolatek się odwrócił i z zadowoleniem wyszczerzył zęby do zaniepokojonej dziewczyny. Uniósł pięść w geście zwycięzcy, odpowiedziały mu wesołe okrzyki kolegów.

– Cholerna banda – powiedział, ocierając czoło grzbietem dłoni.

Tamten wciąż leżał nieruchomo, twarzą do ziemi. Potem się poruszył, podźwignął na jedno kolano i potrząsnął głową. Splunął krwią. Mimo panującego chłodu jego skóra lśniła od potu.

Sekundę później trzymał w ręce nóż. Dzikim, chaotycznym ruchem, wciąż klęcząc na jednym kolanie, zamachnął się na młodszego mężczyznę. Nim ten zdążył zareagować, ostrze przecięło nogawkę spodni. W jednej chwili biały materiał zabarwił się na czerwono.

Ranny odwrócił się ze zdumieniem na twarzy, jakby nie do końca rozumiał, co się dzieje.

Adrian poczuł, jak jego mięśnie się napinają.

– Natychmiast przestańcie! Policja! – wrzasnął najgłośniej, jak potrafił, próbując roztrącić stojących przed nim ludzi.

Choć znajdował się w tłumie, wyciągnął broń i szturchnął łokciem w bok wysokiego mężczyznę stojącego mu na drodze.

Mężczyzna z nożem znów zaatakował, celując w lewe ramię dwudziestolatka. Ostrze przecięło powietrze i bezgłośnie trafiło dokładnie w miejsce, gdzie kończyła się koszulka z krótkim rękawem.

Młody mężczyzna wpatrywał się w swoje ramię. Instynktownie spróbował przycisnąć dłoń do rany, by zatamować krwawienie, ale krew dalej płynęła między palcami i ciemnymi kroplami kapała na ziemię.

Dokładnie w chwili gdy Adrianowi udało się przedrzeć przez tłum, mężczyzna z kucykiem znów uniósł nóż. Adrian rzucił się w jego stronę i wolną ręką chwycił go za ramię.

– Puść nóż! – krzyknął. – Jestem z policji! Natychmiast odłóż nóż! Słyszysz, co mówię!

Wcisnął lufę pistoletu w nagi bark mężczyzny i poczuł pot na górnej wardze.

– Wypuść broń! – wrzasnął jeszcze raz w ucho mężczyzny, ściskając kolbę pistoletu.

Upłynęła sekunda, dwie, potem rozległ się dźwięk metalu uderzającego o ziemię.

Sekundę później Anna była tuż obok niego i chwyciła mężczyznę za drugie ramię. Wspólnie zmusili go, by się położył, i przycisnęli jego ręce i nogi do wilgotnego pomostu.

Adrian, zdyszany, chwycił mocno ręce mężczyzny i spiął je kajdankami na plecach.

– Wszystko w porządku? – spytała cicho Anna.

Adrian skinął, choć trochę kręciło mu się w głowie. Od wezwania upłynęło najwyżej kilka minut, ale zdawało mu się, że minęło znacznie więcej czasu. Wstał i podszedł do rannego nastolatka. Chłopak pozieleniał na twarzy i drżał na całym ciele.

– Usiądź, żebyś nie zemdlał – powiedział Adrian. – I unieś rękę.

Chłopak bez słowa kiwnął głową. Z bliska było widać jeszcze wyraźniej, jaki jest młody.

Na miejsce zdążyli dotrzeć kolejni policjanci i teraz silnymi latarkami oświetlali ludzi na łodziach.

Adrian chciał zabrać stąd sprawcę, zanim któryś z jego kolegów wpadnie na pomysł, by zrobić coś głupiego. Z gangami motocyklowymi nie było żartów. Któryś z tych typków mógł spróbować zrobić to, co nie udało się nożownikowi.

Postawił mężczyznę na nogi i sprowadził go z pomostu.

– Idę z nim na posterunek – rzucił do Anny.

Na pomoście zrobiło się zaskakująco spokojnie, gapie szybko się rozeszli. Adrian przystanął w półmroku.

– To było cholernie niepotrzebne – rzucił i mocno szturchnął w plecy skutego mężczyznę.

9

– Gdzie ona może być? Jeszcze nigdy się tak bardzo nie spóźniła.

Z niepokoju Jonas mówił ochrypłym głosem. Wstał z wiklinowego fotela i podszedł do wielkiego okna z widokiem na morze.

Nora po raz kolejny spojrzała na zegarek. Od ostatniego razu wskazówki prawie się nie przesunęły. Czas wlókł się w nieskończoność, niepokój narastał.

Niebo pojaśniało, na wschodzie lekko się zaróżowiło. Łodzie przycumowane przy pomoście sąsiadów unosiły się na lśniącej powierzchni wody.

– Tak się dalej nie da. Idę jej poszukać.

Jonas przeczesał ręką włosy. Zwykle był uosobieniem spokoju, ale gdy odwrócił się od okna, Nora dostrzegła strach, nad którym starał się zapanować.

– W takim razie idę z tobą. Tylko włożę dżinsy.

Adam i Simon spali w swoich pokojach. Mogła zostawić ich samych na jakieś pół godziny. Miasteczko było takie małe, a ona będzie tuż obok, niecałe dziesięć minut drogi od domu. Przeszukanie rejonu portu nie mogło przecież trwać długo.

Jonas pokręcił głową.

– Lepiej, żebyś została tutaj. Na wypadek gdyby się pojawiła. Mogłabyś do mnie zadzwonić, gdyby wróciła do domu.

– Jesteś pewny?

Stanowczo pokiwał głową. Nora ustąpiła.

– Dobrze. Ale chociaż ty nie zapomnij komórki.

Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po policzku. Świetnie zdawała sobie sprawę, ilu pijanych młodych ludzi włóczy się po wyspie. Większość mieszkańców Sandhamn unikała w tę noc chodzenia do portu.

Jeśli Wilma piła alkohol, mogła być zbyt pijana, by zadbać o swoje bezpieczeństwo. To samo dotyczyło zresztą jej przyjaciół. Mieli dopiero po czternaście lat, choć usiłowali sprawiać wrażenie starszych.

Żeby uspokoić samą siebie i Jonasa, powiedziała na głos:

– Na pewno jest na jakiejś łodzi i straciła poczucie czasu. Wiesz, jak to bywa z nastolatkami. – Widziała, że jej słowa nic nie zmieniły. – Chcesz to zgłosić na policję? – spytała szybko. – Mogę zadzwonić do Thomasa. Jest przecież na Harö.

– Nie, jest środek nocy. Na pewno masz rację, musiała zostać na jakimś jachcie i imprezuje.

Bez słowa przeszedł do przedpokoju i sięgnął po kurtkę. Zaraz potem zamknęły się za nim drzwi.

10

Adrian poprawił słuchawkę w uchu; szedł w stronę dużego samochodu kempingowego, który pełnił funkcję mobilnego posterunku policji. Stał tuż za hotelem żeglarskim na początku alejki biegnącej równolegle do promenady. Stąd kierowano pracą policji podczas nocy świętojańskiej.

Anna poszła do toalety; wróci dopiero za parę minut. Miał nadzieję, że na płytce elektrycznej będzie na niego czekać gorąca kawa. Cokolwiek, co by go trochę orzeźwiło.

Czuł zmęczenie, powieki miał ciężkie, choć adrenalina jeszcze nie wyparowała. Uporanie się ze skutkami bójki zajęło im niecałą godzinę. Adrian i Anna dopiero co opuścili pomost celny, gdzie jedna z policyjnych łodzi przejęła nożownika, by przewieźć go do aresztu na Söder. Na szczęście łódź pogotowia wodnego pojawiła się prawie równocześnie i ratownicy natychmiast zajęli się opatrzeniem rannego chłopaka. Dwóch pijanych niepełnoletnich przekazano opiece społecznej oraz spisano nazwiska i numery PESEL wszystkich obecnych na miejscu zdarzenia.

Ochota do składania zeznań była zwykle niewielka, z przypomnieniem sobie czegokolwiek sensownego było jeszcze gorzej, ale przynajmniej zebrali informacje, które będą potrzebne podczas mającego się rozpocząć śledztwa. Teraz ktoś inny musi się zająć kolejną fazą.

Adrian nie widział żadnych oznak, które świadczyłyby o tym, że impreza dobiega końca. Lokale miały się zamknąć dopiero za kwadrans, o drugiej. Ostatni prom do miasta odchodził o tej samej porze. Zwykle robiło się wtedy spore zamieszanie, goście tłumnie wychodzili z lokali i razem z setkami pijanych młodych ludzi usiłowali dostać się na prom.

Potem sytuacja powinna się uspokoić. Na całe szczęście kolejna noc świętojańska będzie dopiero za rok.

Właśnie miał wejść do samochodu kempingowego, gdy usłyszał za plecami jakiś dźwięczny głos.

– Przepraszam.

Adrian zszedł z pierwszego stopnia, odwrócił się i spojrzał.

Jakiś metr od niego stała szczupła, ciemnowłosa dziewczyna, na oko szesnastolatka, ubrana w niebieską pikowaną kurtkę z lśniącymi klapami. Skrzyżowała ręce na piersi, jakby marzła.

– Tak?

– Szukam moich kolegów – powiedziała niepewnie dziewczyna. – Nigdzie nie mogę ich znaleźć. Może mi pan pomóc?

I nagle wybuchnęła płaczem. Przycisnęła dłoń do ust, jakby próbowała zapanować nad sobą, i wyszlochała:

– Szukam ich od kilku godzin. Z początku myślałam, że wrócili do miasta, ale teraz tak strasznie się niepokoję. Kiedy dzwoniłam, nikt nie odbierał… i rozładowała mi się komórka.

Adrian przemógł zmęczenie.

– Spokojnie – powiedział. – Chodź ze mną i opowiedz, co się stało.

Wskazał na wóz kempingowy. Dziewczyna weszła do środka, Adrian za nią.

– Usiądź – poprosił uprzejmie, wskazując na brązową skórzaną sofę pod okienkiem.

Przestrzeń w środku była urządzona prosto, ale wyposażona we wszystko, co najpotrzebniejsze. Naprzeciw sofy stało biurko, na nim dwa otwarte laptopy. Na białej tablicy ktoś odnotował liczbę aresztowanych tej nocy oraz liczbę zatrzymanych, którzy znajdowali się pod wpływem alkoholu. Było ich ponad tuzin.

Kierujący operacją Jens Sturup siedział przy biurku i rozmawiał ściszonym głosem przez telefon, sprawdzając na ekranie czyjś numer PESEL. Gdy weszli, nie podniósł wzroku, ale na powitanie uniósł prawą rękę.

Adrian oderwał kawałek papierowego ręcznika z rolki przy ekspresie do kawy i podał go dziewczynie.

– Chcesz kawy? – spytał, nalewając sobie.

Pachniała trochę spalenizną, pewnie zbyt długo stała na płytce, ale innej nie mieli.

Dziewczyna wytarła nos i pokręciła głową.

– To może wody?

Tym razem skinęła potakująco. Adrian napełnił plastikowy kubek i podał jej.

– Jak się nazywasz?

– Ebba – odparła cicho. – Ebba Halvorsen.

– Ile masz lat, Ebbo?

– Szesnaście. Właśnie skończyłam dziewiątą klasę.

Adrian usiadł obok niej na jedynym wolnym krześle.

– No więc co się stało, Ebbo?

Dziewczyna wciąż zdawała się bliska płaczu, ale udało jej się przełknąć kilka łyków wody.

Powiedziała cicho:

– Przypłynęliśmy tu łodzią wczoraj wieczorem.

– Czyja to łódź, twoja?

– Nie, Christoffera. Jego taty. Pożyczył nam ją na weekend. Z początku było całkiem fajnie, wczoraj poszliśmy pod drzewko świętojańskie, tańczyliśmy i zrobiliśmy sobie piknik na trawie. – Ebba ścisnęła kubek. – Potem imprezowaliśmy przez cały wieczór, ale nie jakoś strasznie. Właściwie to było naprawdę w porządku. W każdym razie przez jakiś czas.

Adrian przyglądał jej się w zamyśleniu. Siedziała na podkurczonej nodze. Włosy zwisały swobodnie, trochę potargane.

– Kiedy przestało być fajnie? – spytał ostrożnie.

– Dzisiaj. Po południu. Chłopaki zaczęli pić zaraz po obudzeniu. Pili coraz więcej, nie dało się z nimi gadać. W końcu miałam tego dość i sobie poszłam.

– Która była wtedy godzina?

Ebba odwróciła głowę.

– Nie wiem dokładnie. Szósta albo siódma.

– Dokąd poszłaś?

– Na plażę, nie tę w Trouville, tylko na tę drugą, bliżej miasteczka.

– Fläskberget – wyjaśnił Adrian.

– Mhm. Posiedziałam tam trochę, potem zasnęłam. Kiedy się obudziłam, właściwie chciałam wracać do domu, ale prom odpływał dopiero za kilka godzin, więc wróciłam, żeby znaleźć moich kumpli, ale nikogo tam nie było. Łódź stała pusta i zamknięta na klucz.

Do oczu znów napłynęły jej łzy.

– Co wtedy zrobiłaś? – spytał Adrian.

– Usiadłam na rufie i czekałam. Potem znów zaczęłam ich szukać. Próbowałam też dzwonić, ale nikt nie odbierał i w końcu rozładowała mi się bateria.

– O której to było?

– Jakoś po jedenastej. Już po zachodzie słońca.

– Co potem?

– Poszłam do ochroniarzy pod lokalem, by spytać, czy ktoś ich widział, ale nie chcieli mi pomóc. Nie pozwolili mi wejść ani się rozejrzeć. Przez ostatnie godziny chodziłam po pomostach i próbowałam ich znaleźć.

Ebba znów pociągnęła nosem. Adrian wstał, podał jej kolejny kawałek papierowego ręcznika.

– Dziękuję – powiedziała cicho.

– Ilu was było? Jak się nazywają twoi przyjaciele?

– Przypłynęliśmy w pięcioro.

Umilkła, jakby nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć.

– Christoffer i jego młodszy brat Tobbe – dodała po chwili. – I Felicia, moja najlepsza przyjaciółka, i jej chłopak Victor.

Adrian się zastanawiał.

Koledzy dziewczyny znajdowali się zapewne na jakiejś innej łodzi i imprezowali, być może z jakimiś nowymi przyjaciółmi. Po pijanemu szybko nawiązywało się nowe kontakty i łatwo było się znaleźć przy innym pomoście. Albo poszli na plażę przy Skärkarlshamn lub na pole kempingowe zaraz obok. To miejsce było popularne wśród młodzieży. Patrole policyjne chodziły tam regularnie, w tym roku nie doszło do żadnych incydentów.

Jeśli byli bardzo pijani, może nie słyszeli komórki. Mimo to wydawało się dziwne, że wszyscy równocześnie zniknęli.

W otwartych drzwiach pojawiła się Anna.

– To jest Ebba – wyjaśnił Adrian. – Jej koledzy zniknęli. Nie widziała ich od kilku godzin, od szóstej.

Ebba otarła łzy grzbietem dłoni.

– Nie martw się – powiedziała Anna. – Na weekend przyjechało tu mnóstwo ludzi, łatwo zgubić swoich przyjaciół, zwłaszcza teraz, po ciemku. Możesz ich trochę dokładniej opisać? Może natknęliśmy się na nich dziś wieczorem.

– Tobbe jest rudy, natychmiast przyciąga uwagę – powiedziała Ebba. – Ma strasznie lokowate rude włosy, od razu rzuca się w oczy. Christoffer ma dwadzieścia lat i kasztanowe włosy, ale prostsze. Ale są do siebie podobni.

– A pozostali? – spytała Anna.

Ebba przesuwała palcami po obiciu sofy.

– Victor jest wysoki, mocno zbudowany. Ma jasne włosy, tak samo jak Felicia, ale ona jest niższa, mniej więcej takiego wzrostu jak ja. Victor wydaje się znacznie starszy, ludzie zawsze myślą, że chodzi do gimnazjum.

– Co miała na sobie Felicia? – spytała Anna.

– Chyba dżinsową spódniczkę.

– Pamiętasz może coś jeszcze?

– Różową bluzkę i białą dżinsową kurtkę.

Anna wymieniła spojrzenia z Adrianem, Ebba to dostrzegła. Jej oczy błysnęły.

– Coś się stało? – wyszeptała.

11

Nora zasnęła na wiklinowej sofie. Gdy się obudziła, słońce za oknem stało znacznie wyżej, więc musiały upłynąć prawie dwie godziny, odkąd Jonas wyszedł szukać Wilmy.

Pewnie za dużo wypiła i boi się wrócić do domu, zanim trochę nie wytrzeźwieje, próbowała tłumaczyć sobie Nora, choć czuła coraz większy ucisk w żołądku. Może gdzieś zasnęła?

Nie sposób było nie zauważyć podziwu Wilmy, jakim obdarzała starszych kolegów. Przypomniało jej to, ile może oznaczać jeden rok różnicy w wyższych klasach podstawówki. Gdy chodziło się do ósmej klasy, wszyscy z dziewiątej wydawali się o wiele bardziej interesujący niż koledzy z własnego rocznika. Właściwe ciuchy i właściwi koledzy nigdy nie byli tak ważni jak w tym wieku.

Nora wstała, wolno poszła do kuchni. Za oknem świergotały jakieś małe ptaszki, poza tym było cicho i spokojnie. W rdzawoczerwonych domkach położonych poniżej willi Brandów rolety były opuszczone; sąsiedzi o tej porze jeszcze spali.

Rower Simona leżał niedbale porzucony za płotem. Na nic się zdały jej upomnienia, że takie niedbalstwo to zachęta dla złodzieja. Mimo pięknego poranka Nora czuła się zziębnięta i nie w humorze. W domu panował chłód, ale to nie dlatego zadrżała.

Nagle rozległ się przenikliwy sygnał telefonu.

Jonas wszedł do portu przy Strindbergsgårdens Café. Tutaj przy pomoście mieli swoje miejsca mieszkańcy wyspy; łodzie były znacznie skromniejsze niż eleganckie jachty przy pomostach KSSS.

W porcie było pusto. Jonas się rozglądał, ale nie widział znaku życia. Płuca bolały go od wysiłku. Pochylił się, by złapać dech.

Było po czwartej rano i panował chłód, a mimo to on się pocił.

Najpierw szybko obszedł port i przeszukał wąskie uliczki w starej części miasteczka. Potem szukał w okolicy Domu Misyjnego i dalej w stronę cmentarza, aż do Fläskberget. Kiedy tam dotarł, plaża była pusta. Zobaczył tylko trochę puszek po piwie, które unosiły się na wodzie przy brzegu.

W drodze powrotnej przeszedł przez Adolfs Torg, gdzie trzydzieści sześć godzin wcześniej postawiono drzewko świętojańskie. Wtedy setki ludzi tańczyły wokół niego przy dźwiękach akordeonu, a Wilma miała wianek na głowie. Uplotła go przed południem, choć wcześniej oświadczyła, że to porąbane: nosić kwiaty we włosach.

Przed oczami Jonasa pojawił się obraz córki, gdy śpiewała z innymi tradycyjne pieśni. Jasne włosy kołysały się, gdy skakała przy Małych żabkach, na przemian unosząc ręce nad głowę i klaszcząc za plecami. Gdy mijała go w tańcu, posłała mu całusa. Stał wtedy, obejmując Norę, i wesoło jej pomachał.

A teraz zniknęła.

Po raz kolejny rozejrzał się po okolicy. Zupełnie jakby Wilma miała się nagle przed nim pojawić.

Obok niego przeszedł jakiś szorstkowłosy pies i zaczął grzebać w plastikowym worku. Szczeknął radośnie i odbiegł, niosąc coś w pysku. Wyglądało to jak resztki kurczaka z grilla.

Jonas wyprostował się i ruszył szybkim krokiem w stronę przystani KSSS. Po chwili minął kiosk i dotarł do długiego drewnianego nabrzeża ze sklepikami.

Tam przystanął.

W słabym świetle świtu widział zaśmiecony port. Kosze na śmieci po obu stronach promenady były przepełnione, odpadki walały się po ziemi. Puste puszki, opakowania po chipsach, kubki po kawie. Czuł kwaśną woń alkoholu.

Jonas przysiadł na jednej z drewnianych ławek i spróbował zebrać myśli. Wilma chyba wspominała, że łódź jej kolegów stoi przy pomoście Via Mare, na końcu przystani KSSS?

Zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć, jak nazywali się koledzy. Wilma wspominała ich tylko po imieniu. Z taką wiedzą nie mógł zadzwonić do ich rodziców ani zdobyć numeru niczyjej komórki.

Był zły na siebie. Jak mógł być taki nierozważny? Nie miał żadnego punktu zaczepienia, zupełnie nic. Co z tego, że Wilma ma komórkę, skoro jej nie odbiera?

Telefon po prostu się rozładował, nie musiało zdarzyć się nic złego. Mogła go zgubić albo gdzieś zostawić. Ale choć próbował znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienie, wyobraźnia podsuwała mu najgorsze wersje wydarzeń.

Czy powinien zadzwonić do Margot? Nie, najpierw musi znaleźć Wilmę. To nic nie pomoże, że obudzi swoją byłą i ją też wystraszy.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch na jednym z pomostów. Jakiś zaspany chłopak w slipach wspiął się na rufę jachtu, żeby się wysikać.

Jonas podbiegł do niego.

– Przepraszam! – zawołał półgłosem.

Żadnej reakcji.

– Halo! – krzyknął, tym razem głośniej. – Halo!

Teraz chłopak go usłyszał i się odwrócił.

– Widziałeś może blondynkę, czternastolatkę, z włosami do ramion?

Chłopak się żachnął.

– Co?

Jonas powtórzył pytanie, ale w odpowiedzi chłopak tylko potrząsnął głową. Potem bez słowa zniknął w kajucie.

Jonas stał na pomoście.

Wokół cumowały setki łodzi. Jeśli Wilma poszła z jakimś nieznajomym, mogła się znajdować na pokładzie którejkolwiek z nich.

Jak miał ją odnaleźć?

12

Nora szybkim krokiem podeszła do telefonu stojącego na stoliku w przedpokoju. To był staromodny, czarny bakelitowy telefon, taki, jakiego od kilkudziesięciu lat nie można już było kupić.

Telefon znów zadzwonił; Norze ścisnął się żołądek. To nie mógł być Jonas; on dzwoniłby na komórkę.

Zmusiła się, by podnieść słuchawkę. I usłyszała znajomy głos:

– Noro, tu Monica.

– Monica?

Nora nie potrafiła ukryć zaskoczenia. Jej była teściowa nie dzwoniłaby o czwartej nad ranem, gdyby nie stało się coś poważnego.

Chodziło o Henrika?

Nora z trudem zapanowała nad głosem, mocniej ścisnęła słuchawkę.

– Coś się stało z Henrikiem?

Sekunda milczenia. Nora wstrzymała oddech.

– Z Henrikiem? Nie, nie. Dlaczego tak myślisz? Nie dlatego dzwonię.

Gdy napięcie ustąpiło, Norze nie udało się powstrzymać nerwowego śmiechu. Była przekonana, że chodzi o Henrika.

– Potrzebuję twojej pomocy – ciągnęła władczym tonem Monica. – Wnuczka naszych bliskich przyjaciół została zatrzymana przez policję. Wyobrażasz to sobie? Przez policję!

Pełen oburzenia wdech.

– Pamiętasz Karin i Holgera Grimstadów? Poznałaś ich u nas, jestem tego prawie pewna. Holger jest konsulem honorowym Islandii, bardzo ważną osobą. Mają cudowny domek w Torekov, nad samym morzem, z przepięknym widokiem.

Gdy Monica mówiła, Nora próbowała zapomnieć o niepokoju, że coś mogło się stać z Henrikiem, i skupić się na przyczynie tej rozmowy.

W końcu musiała przerwać byłej teściowej.

– Monico, proszę. Co się stało?

– Wnuczkę Grimstadów zatrzymała policja. Ponoć jest w opłakanym stanie, a rodzice wyjechali na noc świętojańską do Torekov. Przed chwilą dzwoniła Karin, była kompletnie zrozpaczona. Nikogo z rodziny nie ma w okolicy Sztokholmu.

– Ach tak?

Nora wciąż nie miała pojęcia, czego chce Monica.

– Musisz skontaktować się z policją i zająć się ich wnuczką, dopóki nie będą tego mogli zrobić jej rodzice. W tej chwili jest z nią koleżanka.

Monica przerwała, by zaczerpnąć tchu, ale nim Nora zdołała coś z siebie wydusić, ciągnęła:

– Córka i zięć Karin wsiądą dziś w pierwszy samolot, ale najwyraźniej jest niewiele lotów z Ängelholm do Sztokholmu.

– Dziewczyna jest w Sandhamn? – spytała Nora.

Monica westchnęła ze zniecierpliwienia. Nora przymknęła oczy. Podobnie jak to się często zdarzało w przeszłości, Monice udało się sprawić, że Nora poczuła się kimś gorszym. Była teściowa była mistrzynią w traktowaniu z góry ludzi w swoim otoczeniu i przez lata przeżyte z Henrikiem Nora zdążyła się o tym przekonać.

– Tak, oczywiście, że jest na wyspie. Inaczej po co miałabym do ciebie dzwonić?

Nora bardzo chciała okazać wyrozumiałość, ale jak zwykle tylko ją to rozdrażniło. Monice naturalnie nawet nie przyszło do głowy, by przeprosić, że tak wcześnie dzwoni. Było dla niej oczywiste, że Nora, podobnie jak reszta świata, będzie tańczyć tak, jak jej zagra.

– A teraz posłuchaj – podjęła Monica, zanim Nora zdążyła zaprotestować. – Dziewczyna nie jest w stanie się sobą zająć, a ty jesteś moją jedyną znajomą, która znajduje się w tej chwili na Sandhamn. – Głośno westchnęła. – O ileż wszystko byłoby łatwiejsze, gdybyś dalej była z Henrikiem. Wtedy mogłabym liczyć na to, że on zająłby się tą przykrą sprawą.

Nora pomyślała o Wilmie. W głowie pojawił się obraz Adama i Simona. To Adam mógł za dużo wypić i pochorować się gdzieś, gdzie nikogo nie zna. Albo coś złego mogło się stać Simonowi.

Musiała pomóc.

– Co chcesz, żebym zrobiła?

– Byłoby dobrze, gdybyś odebrała dziewczęta i zatrzymała je u siebie, póki nie pojawią się rodzice. Policja najwyraźniej chce się ich jak najszybciej pozbyć. Co za bezczelność!

To było typowe, że Monica oburza się zarówno tym, że policja zatrzymała dziewczynę, jak i tym, że nie chce jej przetrzymywać dłużej. Nora uśmiechnęła się pod nosem.

– Mówiłaś, że kiedy przyjadą jej rodzice?

– Najszybciej, jak będą mogli. Najwcześniej w porze lunchu.

Nora szybko pomyślała.

Jeśli wylądują na lotnisku w Brommie, przejazd do portu w Stavsnäs zajmie im co najmniej godzinę. Stamtąd odpływały promy do Sandhamn. Podróż promem trwała jakieś czterdzieści pięć minut.

– Jak się nazywają? – spytała.

– Matka ma na imię Jeanette. Jeanette i Jochen Grimstadowie.

– Masz do nich telefon?

– Nie, tylko do Karin. Ale dostali twój numer, więc na pewno niedługo się odezwą.

– Jak ma na imię ich córka?

– Felicia.

13

Gdy Adrian wrócił do samochodu kempingowego, Jensa Sturupa zdążył zastąpić przy biurku pochodzący z Norrlandii Harry Anjou, którego prawie nie znał.

Adrian podszedł do ekspresu i nalał sobie resztkę smakującej spalenizną kawy. Wypił ją na stojąco. Wszystko go bolało z niewyspania. Pracował prawie osiemnaście godzin.

Wykończony opadł na sofę. Dochodziła czwarta rano, zbliżał się koniec operacji policyjnej. W miarę jak nocne życie stopniowo się uspokajało, większość policjantów mogła się odmeldować. Teraz została ich na służbie tylko garstka.

– Udało mi się dodzwonić do rodziców tej dziewczyny, która jest w ośrodku kontaktowym – powiedział Adrian do Anjou; ten siedział odwrócony do niego plecami i czytał coś na ekranie.

Na tablicy ogłoszeń nad jego głową liczby aresztowanych i zatrzymanych znacznie wzrosły.

– Są w drodze? – spytał Harry, odrywając wzrok od ekranu.

Adrian pokręcił głową.

– Są na drugim końcu kraju. W południowej Szwecji. Ale mają znajomą, która ma dom tu na wyspie. Obiecała, że gdy tylko będzie mogła, odbierze dziewczynę. Anna została w ośrodku i czeka na nią.

– Co z tą dziewczyną?

Gdy Ebba odnalazła koleżankę, znów zaczęła płakać. Potem położyła się obok Felicii. Ta ostatnia wciąż była zamroczona i prawie nie zwróciła na nią uwagi.

– Prawie nie kojarzy – odparł Adrian. – Ale do rana pewnie jej przejdzie. – Dopił ostatnie krople kawy i mimowolnie się skrzywił, czując jej smak na języku. – Co robimy z ich kolegami? – spytał. – Ktoś ich widział?

– Pewnie gdzieś leżą i odsypiają imprezę – stwierdził Anjou. – Tak jak wszyscy, którzy nie mieli dość rozumu, by wrócić do domu ostatnim promem. Ochleje.

Anjou wydawał się nie przejmować zdumioną miną kolegi. Wcześniej pracował w policji w Norrlandii, w Nacce służył dopiero od pół roku. Najwyraźniej na północy policjanci mniej ważyli słowa.

Adrian zastanawiał się, czy powinien przejść się jeszcze raz i poszukać kolegów Ebby. Ale Anjou prawdopodobnie miał rację: oni mogli zasnąć właściwie gdziekolwiek. Na pewno pojawią się przed południem, skacowani, z zaczerwienionymi oczami. I pewnie nie będą zgrywać takich chojraków jak wtedy, gdy biedna Ebba ich zostawiła.

Wyprostował się i szeroko ziewnął.

– No to pójdę się położyć – oświadczył. – Spotykamy się o dziesiątej, tak?

Statek, którym miano przewieźć ich wyposażenie na stały ląd, odpływał około pierwszej. Przedtem musieli wszystko spakować. A to oznaczało niewiele godzin snu.

Anjou kiwnął głową na potwierdzenie. Również wydawał się zmęczony, powieki mu opadały.

– Zaraz tu wszystko pozamykam – rzucił przez ramię. – Jeśli coś wyskoczy, będę pod telefonem.

Wskazał na komórkę wiszącą przy pasie.

Adrian nie był w stanie stłumić kolejnego ziewnięcia. Wstał i odstawił kubek.

– No to widzimy się rano. – Zerknął na zegar. – Czyli za kilka godzin.

– Dobra – powiedział Anjou, nie odrywając wzroku od ekranu.

14

Molly skomlała od dłuższej chwili. W końcu nie dało się tego dłużej ignorować. Pelle Forsberg westchnął i odrzucił kołdrę.

Oczy piekły go z niewyspania. Potrząsnął głową, by się rozbudzić; była dopiero czwarta rano.

– No chodź – powiedział przyjaźniej, niż miał naprawdę ochotę.

Właściwie było o wiele za wcześnie na poranny spacer, ale Molly miała sporo lat i problemy z pęcherzem. Pelle wiedział, że to tylko kwestia czasu, nim pójdzie z nią na ostatnią wizytę u weterynarza. Spędzili ze sobą jednak wiele lat i czasem, gdy rozwód ciągnął się w nieskończoność, a on i Linda najbardziej się kłócili, ten pies był dla niego największym pocieszeniem.

Prawdę mówiąc, jedynym, gdy żona i córka zwróciły się przeciw niemu.

Uśmiechnął się na widok błysku w oczach Molly, gdy pojęła, że zamierza z nią wyjść.

– Już dobrze, moja dziewczynko – powiedział i pogłaskał ją po miękkim nosie. – Wygrałaś. Przejdziemy się trochę.

Spróbował spojrzeć na nią surowo.

– A potem się jeszcze położymy. Słyszysz?

Molly z zapałem pomachała ogonem. Pelle Forsberg naciągnął dżinsy, które leżały przy łóżku. Sięgnął po wiszący na oparciu krzesła T-shirt i wsunął na nogi stare tenisówki.

Kiedy wrócą, spróbuje trochę odpocząć. Czuł taką potrzebę, wieczorem z trudem zasypiał.

Dom stał w pewnej odległości od portu, tuż przy kortach tenisowych. Mimo to w nocy słyszał dudniące dźwięki dyskoteki. Basy przenikały aż do szpiku kości, takie w każdym razie miał wrażenie, gdy położył poduszkę na głowie, by się odciąć od tych hałasów.

Pelle Forsberg wziął smycz z wieszaka tylko dla formalności. O tej porze nie przypinał Molly. Komu by to miało przeszkadzać? Natomiast porządnie zamknął za sobą drzwi na klucz. Zazwyczaj tego nie robił, ale akurat w ten weekend ostrożność nie zawadzi.

Molly pobiegła w stronę plaży przy Skärkarlshamn i niemal natychmiast przykucnęła. Pelle Forsberg prawie czuł jej ulgę i było mu trochę wstyd, że musiała się tak długo naczekać. Teraz, gdy się rozbudził na dobre, zobaczył, że jest naprawdę piękny poranek. Słońce wstało nad wieżą na Korsö, zapowiadał się kolejny dzień przepięknej pogody. Powietrze było klarowne i rześkie.

Molly zaczęła coś obwąchiwać, więc przystanął i poszperał w kieszeni. Zapalił papierosa. Rozkoszując się pierwszym machem, na chwilę zamknął oczy. Potem bez pośpiechu ruszył za Molly.

Niech sobie pobiega, myślał. Niech też się nacieszy. Po powrocie do domu trochę się prześpimy.

Uśmiechnął się pod nosem na myśl o tym, jaki jest sentymentalny.

Kawałek dalej zobaczył kilka namiotów w rzadkim sosnowym lesie. Szare płótno namiotowe wtapiało się w żółtozielone połacie mchu i krzaczki jagód. Roślinność przypominała wysepki na piasku, których centralnym punktem często była skarłowaciała sosna z pniem otoczonym opadłym igliwiem i szyszkami.

Zszedł na plażę, skręcił w prawo. Kilkaset metrów dalej, blisko końca plaży, widział płot dochodzący do samej wody. Zgodnie z tradycją zwykle nie ogradzano działek nad samym morzem i ten płot doprowadzał miejscowych i letników do białej gorączki.

W Pellem Forsbergu budził tylko chęć, by demonstracyjnie przespacerować się przez teren działki.

Molly coś zwietrzyła i odbiegła spory kawałek dalej. Niespiesznie ruszył za nią, zastanawiając się, czy skoro już wyszli, to czy nie przejść się kawałek dalej do Trouville.

Zaciągnął się papierosem i potknął o korzeń ukryty w piasku. Złapał równowagę i wtedy usłyszał, że suczka zaczęła głośno szczekać. Znajdowała się około stu metrów dalej przy rozłożystej olsze z grubym pniem. Drzewo rosło dokładnie w miejscu, gdzie piaszczysta plaża przechodziła w skały, jakieś dwadzieścia metrów przed tym irytującym płotem.

Szczekanie echem zakłócało poranną ciszę.

– Szsz! – syknął Pelle. – Bądź cicho, Molly. Ludzie jeszcze śpią.

Przyśpieszył kroku i przeszedł nad grubymi korzeniami jakiegoś drzewa, wystającymi z piasku.

Molly wciąż szczekała.

– Dość tego!

Podniósł głos i ostry ton sprawił, że pies wreszcie ucichł. Teraz cicho i gardłowo skomlał, ale wciąż stał w tym samym miejscu i nie chciał się ruszyć.

Pelle podszedł bliżej. Przez zieleń przeświecało coś białego. Odsunął kilka gałęzi i przykucnął, by lepiej widzieć.

Nagle pojął, dlaczego suczka tak zareagowała.

Zobaczył wyzierającą spod ziemi bladą twarz o martwych oczach.

Poczuł na policzku zimny nos Molly i zerwał się na nogi. Serce łomotało mu w piersi, gdy biegł z powrotem do domu, gdzie na stoliku przy łóżku zostawił telefon.

15

Nora zdjęła z wieszaka żeglarską kurtkę. Obaj chłopcy wciąż głęboko spali. Pewnie się nie obudzą, gdy jej nie będzie, ale na wszelki wypadek napisała karteczkę i położyła ją na stole w kuchni.

Nie chciała tracić czasu na zrobienie sobie kanapki, chociaż była głodna. Zamiast tego nalała szklankę jogurtu i wypiła ją na stojąco. Potem zamknęła za sobą drzwi wejściowe i otworzyła białą drewnianą furtkę. W przelocie zauważyła, że przydałoby jej się malowanie.

Gdy szybkim krokiem schodziła z Kvarnberget, wyciągnęła z kieszeni komórkę i wybrała numer Jonasa.

Odebrał po pierwszym sygnale.

– Wróciła do domu?

Norze ścisnęło się serce, gdy usłyszała nadzieję w jego głosie. Musiał się strasznie niepokoić o Wilmę.

– Nie, niestety – odparła, mocniej przyciskając telefon do ucha. – Nie dlatego dzwonię. Stało się coś innego.

Szybko wyjaśniła sytuację.

– Właśnie idę do ośrodka policyjnego, gdzie są dziewczyny. Obiecałam Monice, że na razie wezmę je do domu. – Zawahała się. – Zgłaszałeś na policję, że Wilma zaginęła?

– Nie.

– Nie uważasz, że powinieneś to zrobić?

– Nie widziałem żadnych policjantów.

Oddychał głośno i mówił o wiele szybciej niż zwykle.

– Jak uważasz, może powinnam spytać policjantów z ośrodka, czy ją widzieli, skoro i tak już tam idę? To przecież chyba nie zaszkodzi.

Usłyszała, że Jonas kilka razy głęboko wciąga powietrze.

– Masz rację – odparł po chwili. – Na pewno nie zaszkodzi.

– Gdzie jesteś? – spytała Nora.

– Na samym końcu najdalszego pomostu pontonowego, naprzeciw pomostu Via Mare. Próbuję zajrzeć na większe łodzie, ale to na nic. Wszyscy o tej porze jeszcze śpią, nie widać żywej duszy.

Via Mare był przy stacji benzynowej, obok przystani KSSS. Był to długi pomost, zarezerwowany dla ważniejszych członków klubu, i żeby otworzyć furtkę, trzeba było wprowadzić kod.

Nora bardzo pragnęła móc powiedzieć coś, co by uspokoiło Jonasa, ale nie potrafiła znaleźć właściwych słów.

– Na pewno lada chwila się odezwie – zapewniła bez przekonania w głosie. – Zobaczysz, że jak tylko się rozłączymy, zadzwoni telefon.

Wsunęła komórkę z powrotem do kieszeni. Szła szybkim krokiem przez wąskie uliczki z białymi i czerwonymi sztachetami po obu stronach. Kwitł dziki bez i na widok pięknych kremowobiałych baldachów przypomniała sobie, jak ślicznie wyglądała Wilma poprzedniego dnia pod drzewkiem świętojańskim.

Przeszła tyłami Baru dla Nurków i znalazła się w porcie, tuż przy jasnym budynku, w którym mieścił się sklep spożywczy.

Jonas miał rację, było tu zupełnie pusto. W kiosku obok przystani dla parowców szare blaszane żaluzje były opuszczone, sklepik odzieżowy naprzeciw też był zamknięty na cztery spusty.

Kawałek dalej w porannej mgiełce krążyła para nurogęsi.

Słońce stało sporo ponad wieżą na Korsö, ale Norze wydawało się, że wcale nie grzeje.

Zadzwoniła do drzwi ośrodka. Niemal natychmiast otworzyła jej śliczna policjantka o azjatyckich rysach.

– Nazywam się Nora Linde. Mam chyba odebrać dwie dziewczyny…

Sama słyszała, jak niepewnie to zabrzmiało, ale policjantka nie zareagowała na jej ton. Wyciągnęła rękę na powitanie.

– Anna Miller, czekałam na panią. Są na piętrze. Ma pani jakiś dowód tożsamości?

– Eee… tak.

Lekko speszona Nora pokazała jej swoje prawo jazdy. Anna rzuciła na nie okiem.

– Dziękuję. Ojciec Felicii wspominał, że się pani zjawi, ale muszę przecież potwierdzić, że to pani.

Wskazała na schody.

– Proszę za mną. Pokażę pani drogę.

Jakie one są młode. Ta myśl natychmiast uderzyła Norę, gdy Anna otworzyła drzwi, pokazując jej dziewczyny.

Szczupłe ramiona, półdługie włosy, smukłe ciała i cieniutkie ubrania. Leżały tuż obok siebie na pryczy, częściowo przykryte kocem.

Jedna wstała, żeby się przywitać. Ostrożnie przedstawiła się jako Ebba i pośpiesznie dygnęła. Na jej twarzy widać było ślady łez. Druga dziewczyna, zapewne Felicia, wyglądała dość kiepsko. Dalej leżała, miała rozczochrane włosy. Nora mimowolnie pomyślała o Wilmie.

Spontanicznie się pochyliła i uścisnęła Ebbę.

– Jestem Nora Linde, mieszkam tu w Sandhamn – powiedziała. – Moja teściowa zna rodzinę Felicii, to dlatego tu jestem. Jak się czujesz? Co z twoją koleżanką?

– Nie za dobrze – odparła cicho Ebba.

Nora pogłaskała ją po włosach tak jak Simona, gdy potrzebował pocieszenia.

– Teraz pójdziecie ze mną do domu i prześpicie się trochę, póki nie zjawią się wasi rodzice. Wszystko się ułoży, zobaczysz, nie martw się.

Ebba bez słowa kiwnęła głową. Felicia była zupełnie bez kontaktu, miała zamglone oczy. Gdy Nora próbowała z nią rozmawiać, mruczała coś niezrozumiale.

– Zajmie się pani dziewczynami? – upewniła się Anna.

Kilka ciemnych kosmyków wysunęło się z jej kucyka i opadało na kark. Zsunęła gumkę, zebrała włosy i znów je ściągnęła.

– Mam zrobić coś konkretnego? – spytała Nora, którą nagle ogarnęła niepewność.

– Proszę pozwolić im się wyspać i dojść do siebie – odparła Anna. – Byłoby dobrze, gdyby za jakiś czas coś zjadły i wypiły.

– Zatruła się alkoholem? – spytała cicho Nora, spoglądając na Felicię.

– Aż tak źle nie jest. W takim wypadku musielibyśmy ją wysłać do szpitala. Ale zdecydowanie za dużo wypiła, zupełnie nie kontaktowała, kiedy ją znaleźliśmy.

– Rozumiem – powiedziała Nora, choć wcale nie rozumiała.

Dziewczyny były niewiele starsze od Adama. Czy jemu też mogłoby się coś podobnego przytrafić? Zatrzymany przez policję, niezdolny zająć się samym sobą?

Nie potrafiła wyobrazić sobie syna nietrzeźwego, a tym bardziej pijanego do nieprzytomności.

– Naprawdę tak wcześnie zaczynają pić? – spytała mimo woli.

– Nie ma pani pojęcia. Znajdujemy dzieciaki z czwartej, piątej, szóstej klasy kompletnie odurzone piwem i winem.

– Jak to możliwe? – spytała Nora. – Skąd mają alkohol?

Anna spojrzała na nią, jakby Nora żyła w jakimś innym świecie.

– Podkradają rodzicom albo proszą starsze rodzeństwo, żeby im kupiło. Inna możliwość to dealerzy, w piątki kręcą się pod szkołami.

Pobłażliwy uśmiech.

– Zamyka pani na klucz alkohol w domu? – spytała Anna, choć znała odpowiedź.

Nora zakłopotana pokręciła głową. Wręcz przeciwnie, na blacie w kuchni butelki leżały na stojaku z oliwnego drewna, który kupiła kiedyś w Hiszpanii. Otwarty karton białego wina stał w lodówce.

Nawet nie przeszło jej przez myśl, by go schować, choć sama widziała, jak Wilma szykuje się na wieczór.

Była taka naiwna.

Przerwała im Ebba:

– Przepraszam – odezwała się nieśmiało. – Zastanawiałam się… Znaleźliście moich kumpli?

– Niestety nie – odparła Anna. – Ale nie martw się o nich. Na pewno gdzieś śpią. Wy też potrzebujecie snu.

Wydaje się wykończona, pomyślała Nora. Miała zaschnięte usta i mętne oczy.

Dotknęła ramienia policjantki.

– Muszę panią o coś zapytać.

Odeszły kilka metrów dalej i stanęły pod oknem wychodzącym na północ, żeby Ebba i Felicia ich nie słyszały.

– Moja…

Nora urwała. Jak powinna nazwać Wilmę? Pasierbica brzmiało tak obco; nie mieszkała przecież nawet z Jonasem. Może lepiej będzie „przybrana córka”?

Zaczęła jeszcze raz:

– Córka mojego partnera nie wróciła do domu na noc. Ojciec poszedł jej szukać. Trochę się niepokoimy, jak pewnie pani rozumie.

Anna zmarszczyła czoło i do Nory dotarło, że miała nadzieję na inną reakcję. Przyjazny uśmiech, parę uspokajających słów o nastolatkach, które wychodzą na imprezę i zapominają o czasie. Że nie ma się czym przejmować.

Zamiast tego policjantka spytała:

– Kiedy zniknęła?

– Miała wrócić o pierwszej.

– Próbowaliście do niej dzwonić?

– Nie odbiera komórki.

Anna spojrzała badawczo na Norę.

– Proszę tego źle nie odebrać – powiedziała – ale chciałabym wiedzieć, czy nie pokłóciliście się, zanim wyszła. Miała jakiś powód, żeby nie chcieć wrócić do domu?

– Absolutnie nie – zapewniła Nora, bardziej kategorycznie, niż zamierzała. – Miała tylko obchodzić noc świętojańską z grupą znajomych.

– Jest pani tego pewna?

– Oczywiście.

Pytanie nie było zadane w nieprzyjemny sposób, ale Nora i tak poczuła się winna. Jakby powinna być uważniejsza.

Anna miała więcej pytań:

– Nie zauważyła pani nietypowych oznak? Na przykład że dziewczyna była smutna albo czymś zdenerwowana?

– Nie, przecież mówiłam.

Nora sama słyszała w swoim głosie defensywny ton, ale nie mogła nic na to poradzić.

– W porządku, zostawmy to – stwierdziła Anna. – Jak dziewczyna wygląda? Ma jakieś znaki szczególne?