Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 461 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gorączka 2 - Dee Shulman

Seth i Eva przetrwali atak wirusa. Niestety z niewiadomych przyczyn stan Evy się pogarsza. W dodatku ofiarami zabójczej gorączki padają kolejni ludzie. Seth musi wyruszyć w niebezpieczną podróż w czasie, aby zatrzymać rozprzestrzenianie się wirusa. Ale nawet nie wie, jak katastrofalne skutki będą miały wydarzenia, które wywołał…

Opinie o ebooku Gorączka 2 - Dee Shulman

Fragment ebooka Gorączka 2 - Dee Shulman

Tytuł oryginału: Delirium

Copyright © Dee Shulman, 2013

First published in Great Britain in the English language

by Penguin Books Ltd.

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o.,

Warszawa 2013

Redakcja: Anna Jutta-Walenko

Korekta: Agnieszka Sprycha

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska, kb-design@o2.pl

Zdjęcia na okładce: © Arcangel Images All rights reserved,

© freeartist/123RF.COM

Koordynacja produkcji: Małgorzata Wnuk

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Przygotowanie pliku e-booka: Anita Pilewska

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2013

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0003-9

Skład i łamanie: Mariusz Brusiewicz

Dla Axie

W tomie pierwszym

pt. Gorączka

Londyn, A.D. 2012

Po tym, jak dwukrotnie wyrzucono ją ze szkoły, Ewa Koretsky, szesnastoletnia buntowniczka i outsiderka, nieoczekiwanie zdobywa stypendium naukowe szkoły St Magdalene’s dla uzdolnionej młodzieży. Kiedy wirusolog, profesor Ambrose, pokazuje jej kilka nietypowych preparatów mikroskopowych, Ewa nie potrafi się oprzeć pokusie, by dokładniej je zbadać, i przypadkowo zostaje zainfekowana śmiercionośnym wirusem. Wbrew niepomyślnym rokowaniom, wraca do zdrowia, ale jest bardzo osłabiona i dręczą ją nocne koszmary.

Londinium, A.D. 152

Osiemnastoletni gladiator Sethos Leontis zostaje poważnie ranny podczas walki na arenie. Powoli wraca do zdrowia w domu swoich patronów, gdzie spotyka Liwię, ich przybraną córkę. Zakochuje się w niej, ale Liwia jest zaręczona z Kasjuszem, bezwzględnym prokuratorem Londinium. Seth i Liwia planują ucieczkę, która w ostatniej chwili zostaje udaremniona przez Kasjusza i jego straże. Seth zmuszony jest patrzeć, jak Kasjusz podrzyna Liwii gardło, zanim jego spotka taki sam los.

Parallon

Seth budzi się, cudownie uzdrowiony, w emanującym przedziwną aurą świecie, w którym może stwarzać rzeczywistość myślą. Jest jednak sam, a Parallon bez Liwii wydaje mu się opustoszałym więzieniem. Przypadkiem odkrywa wir, pilnie strzeżony korytarz umożliwiający podróże w czasie. Po tym, jak udaje mu się przenieść w czasie i ujść z tego doświadczenia z życiem, Zackary, tajemniczy strażnik wiru, niechętnie bierze go pod swoje skrzydła. Tymczasem do Parallonu przybywa Matthias, przyjaciel Setha z czasów niewoli, a po nim kolejni ludzie. Seth odkrywa, że wszystkich mieszkańców Parallonu łączy zabójcza gorączka. Po wielu namowach Zackary zgadza się pomóc Sethowi dotrzeć do źródeł gorączki i wysyła go za pośrednictwem wiru do doskonale wyposażonej szkoły St Magdalene’s, w której Seth może rozpocząć badania.

Londyn, A.D. 2013

Seth wchodzi do laboratorium biologicznego w St Mag’s i staje twarzą w twarz z Liwią, która teraz nosi imię Ewa i go nie rozpoznaje.

Kiedy Ewa widzi Setha po raz pierwszy, budzą się w niej jakieś mgliste wspomnienia, ale nie ufa swojej pamięci. Obecność Setha potęguje jej nocne koszmary, a jego dotyk jest prawie nie do zniesienia. Ze wszystkich sił próbuje unikać tajemniczego chłopaka, ale jakaś magnetyczna siła przyciąga ją do niego tak mocno, że wreszcie się poddaje. Seth przekonuje Ewę, że w jakiś sposób dzieli przeszłość z Liwią, i pomaga jej przypomnieć sobie łączącą ich niegdyś namiętność i okrutną zemstę Kasjusza.

Na odzyskaną miłość cieniem kładzie się wiara Setha, że jest nosicielem śmiertelnego wirusa i jednym pocałunkiem może zabić Ewę. Nie chcąc jej stracić w kolejnym życiu, Seth postanawia, ku konsternacji dziewczyny, nie podejmować ryzyka, co doprowadza nieomal do rozpadu ich związku. W końcu Ewa nie potrafi się dłużej powstrzymywać i składa pocałunek na jego ustach, bo wie, że niezależnie od tego, dokąd zaprowadzi ją to uczucie, chce za nim podążyć...

Bohaterowie tomu pierwszego

pt. Gorączka

Londyn, A.D. 2012-2013

Szkoła St Magdalene’s

Ewa Koretsky, genialna, nieprzystosowana społecznie szesnastolatka, hakerka i członkini zespołu muzycznego; jej matką jest Jane, ojczymem Colin Brewer, a bratem przyrodnim Ted

Sethos Leontis, osiemnastolatek, niewolnik gladiator z drugiego wieku naszej ery, pierwotnie walczący w Londinium; korytarzem w czasie przenosi się do Londynu 2013 roku

Astrid Rettfar, siedemnastoletnia założycielka zespołu muzycznego, grająca na basie

Rob Wilmer, zakochany w Ewie siedemnastolatek; gra w zespole na klawiszach

Sadie Bekant, osiemnastolatka grająca w zespole na perkusji

Ruby Garcia, siedemnastolatka będąca wcześniej najlepszą przyjaciółką Ewy, a obecnie jej zaprzysięgły wróg

Rose Marley, szkolna pielęgniarka

Profesor Crispin, dyrektor szkoły

Profesor Franklin, nauczycielka biologii

Profesor Drury, nauczyciel muzyki

Profesor Ambrose, wirusolog goszczący w szkole z wykładami

Doktor Falana, hematolog próbujący znaleźć wyjaśnienie tajemniczych objawów choroby Ewy

Londinium, A.D. 152

Kasjusz Malchus, prokurator, mąż zgładzonej Liwii

Otho, członek straży Kasjusza

Rufus, członek straży Kasjusza

Poncjusz, członek straży Kasjusza

Blandus, księgowy Kasjusza

Sabina, niewolnica pracująca w domu Kasjusza (pomagała Sethowi i Liwii w nieudanej próbie ucieczki)

Domitus i Flawia Natalis, przybrani rodzice Liwii

Vibia, niewolnica pracująca w domu Natalisów (pomagała Sethowi i Liwii w nieudanej próbie ucieczki)

Ochira, niewolnica pracująca w domu Natalisów

Tercjusz, lanista, szef i trener w koszarach gladiatorów

Parallon

Zackary, tajemniczy mężczyzna mieszkający w pobliżu rzeki i wiru

Matthias, najlepszy przyjaciel Setha, niewolnik pełniący funkcję medyka w koszarach gladiatorów w 152 roku

Georgia, jedna z przyjaciółek Matthiasa

Clare, przyjaciółka Georgii, zauroczona Sethem

Elena Galanis, kelnerka z londyńskiej kawiarni; Matthias w Londynie 2013 roku zaraził ją wirusem i przeniósł do Parallonu

Winston Grey, motocyklista z Londynu; Matthias w 2013 roku zaraził go wirusem i przeniósł do Parallonu

Emerson, Blake, Tamara, przyjaciele mieszkający w domu Matthiasa

Prolog

Londinium

A.D. 152

Ktoś załomotał w drzwi frontowe. Ochira, jedna z niewolnic pracujących w domu rodziny Natalisów, przerwała krojenie warzyw i zastygła w bezruchu. Dwaj niewolnicy, którzy zwykle czuwali przy drzwiach, byli akurat w piwnicy, gdzie zbierali wodę z cieknącej rury odpływowej, a cała pozostała służba załatwiała jakieś sprawy poza domem. Ochira nie miała wyjścia.

Przemierzyła szybko atrium i podeszła do drzwi. O jeden z marmurowych filarów opierał się wysoki kościsty mężczyzna odziany w bogato tkaną togę.

– Witam! – zaczął.

Ochira skłoniła się nisko.

– Nazywam się Ambrozjusz. Przyszedłem w odwiedziny do pani Liwii. Czy jest w domu?

Ochira zbladła, ręce zaczęły jej drżeć.

– Pani Liwii... nie... nie ma tutaj.

– A zatem poczekam – powiedział i przepchnął się obok niej do atrium.

Ochira zatoczyła się w tył, bezradna w obliczu tak niespodziewanego najścia. Załamując ręce, pobiegła za mężczyzną.

– Pani Liwia wyszła za mąż trzy miesiące temu...

Nieznajomy znieruchomiał na moment, po czym odwrócił się do niej, groźnie mrużąc ciemne oczy.

– To niemożliwe! – wysyczał, chwytając Ochirę za ramiona i potrząsając nią, aż jęknęła z bólu. – Wybacz mi, proszę – powiedział szybko, opuszczając ręce. Zmęczonym gestem pomasował sobie skronie. – Czy wyszła za mąż z własnej woli? – zapytał spokojnie.

Ochira przygryzła policzek i wbiła wzrok w ziemię.

– Kim on jest? – wybuchnął nieznajomy.

– To... Kasjusz Malchus... Sam prokurator.

– A zatem Liwia mieszka teraz w jego domu? – zapytał, krocząc z powrotem ku drzwiom.

Ochirze ze strachu odjęło mowę.

Nieznajomy obrócił się na pięcie i wbił w dziewczynę mroczne spojrzenie.

– Czy – pani – Liwia – jest – teraz – w – domu – Kasjusza?

Lodowaty spokój w jego głosie spotęgował tylko przerażenie niewolnicy. Zadrżała i potrząsnęła głową.

– Nie, proszę pana! Pani Liwia... zniknęła.

– Zniknęła? – wykrztusił.

Ochira nerwowo przygryzła paznokieć kciuka. Kategorycznie zakazano jej rozmawiania o tym, ale ten obcy mężczyzna zachowywał się tak władczo, że poczuła wewnętrzny przymus, by wyznać mu wszystko.

– Niektórzy mówią, że uciekła... ale...

– Ale? – syknął niecierpliwie.

– Inni sądzą... że została zamordowana.

Nieznajomy zastygł w przerażającym bezruchu. Ochira nie ośmielała się podnieść na niego oczu. Stała, wbijając wzrok w ziemię, aż wreszcie nieznajomy odwrócił się i szybkim krokiem wyszedł.

Drżącą ręką zatrzasnęła ciężkie drewniane drzwi i oparła się o nie. Ogarnęły ją złe przeczucia.

Rozdział 1

Przetrwanie

St Magdalene’s, Londyn

czwartek, 14 marca A.D. 2013

Patrzyłam w przerażeniu, jak jego usta wykrzywiły się nagle w sadystycznym uśmiechu. Wiedziałam, że nadszedł ten moment. Nie okaże mi litości. W jego oczach czaiła się radość okrutnika.

Jak się o nas dowiedział? Kto nas zdradził? Próbowałam spojrzeć ponad jego ramieniem, znaleźć wzrokiem Setha, ale całe pole widzenia wypełniała mi zła, bezwzględna twarz Kasjusza...

A potem coś zamigotało srebrzyście... W świetle księżyca błysnął nóż. Nóż, który wziął ze sobą, by mnie zabić. Zaśmiał się, przedłużając tę chwilę. Nie zamierzałam okazywać strachu. Nie chciałam dawać mu tej satysfakcji.

Poczułam ciepło ostrza przecinającego moje gardło...

Nie zdołałam nawet krzyknąć...

– Ewa! Obudź się! Ewa... Słyszysz mnie?

Nade mną stała Rose Marley, szkolna pielęgniarka. Próbowałam złapać oddech, gorączkowo rozglądając się po pokoju.

– Seth? – wykrztusiłam. – Gdzie jest Seth?

– Odesłałam Setha do jego pokoju, żeby trochę się przespał, bo przez wiele godzin siedział tu przy tobie, Ewo. W życiu nie widziałam kogoś tak wytrwałego! Nie mam pojęcia dlaczego, ale najwyraźniej był przekonany, że to twoje ostatnie chwile!

Och, Rose. Gdybyś wiedziała, jak bliska jesteś prawdy. Seth był pewien, że nie przeżyję jego pocałunku. A jednak przeżyłam. Wirus, którego był nosicielem, nie okazał się dla mnie zabójczy. Nadal byłam w St Magdalene’s. Nadal żyłam.

– Jak długo spałam?

– Hm. – Rose spojrzała na zegarek. – Jakieś czternaście godzin. Chyba pobiłaś własny rekord!

To dlatego Seth zgodził się stąd wyjść. Gdyby wirus był tak śmiertelny, jak sądził, już bym nie żyła.

Ta nagła myśl przepełniła mnie taką radością, że niemal się głośno roześmiałam. A na dodatek rozbawiła mnie bezcenna mina Rose Marley, będąca mieszaniną irytacji i konsternacji.

– No naprawdę – mruknęła – Przed chwilą krzyczałaś, teraz się śmiejesz. Co ja mam z tobą zrobić?

– Nic, Rose! – Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. – Jestem pewna, że teraz już wszystko będzie dobrze.

Rose potrząsnęła głową, wyprostowała się i podeszła do okna. Światło dnia przesączało się przez zasłony.

– Która godzina? – zapytałam.

– Prawie południe. Za chwilę będzie lunch.

– A jaki mamy dzień?

– Czwartek.

Jęknęłam.

– Powinnam być na zajęciach z biologii.

– O twoim powrocie na zajęcia porozmawiamy po lunchu.

– Och, Rose – jęknęłam. – Znów traktujesz mnie jak osobę ciężko chorą.

– Przepraszam bardzo! – prychnęła Rose. – Najwyraźniej pomyliłam cię z dziewczyną, która kilka tygodni temu przestała oddychać.

Przewróciłam oczami.

– Nie masz nic przeciwko temu, że ta osoba weźmie prysznic? – Zadałam to pytanie najsłodszym głosem, na jaki umiałam się zdobyć.

Wyciągnęła rękę i zbadała mi puls.

– Dobrze. Tylko nie zamykaj drzwi.

Odrzuciłam kołdrę i zwlekłam się z łóżka. Hm. Żadnych zawrotów głowy. Czułam się zdecydowanie lepiej.

– Lunch czeka, więc zejdź, kiedy będziesz gotowa! – krzyknęła już ze schodów.

Chwyciłam ręcznik i ruszyłam do łazienki.

Pod strumieniem gorącej wody wszystkie moje lęki wydawały się rozpływać i ulatywać w kojących kłębach pary. Zamknęłam oczy i oddałam się marzeniom... Seth... Jego piękna twarz, silne ciało, cudowny pocałunek, który nas połączył – i który udało nam się przeżyć! Znów ogarnęło mnie tamto gwałtowne, fizyczne doznanie... Jego zapach, słodki oddech, miękkość ust, znajome ciepło obejmujących mnie ramion. Po raz kolejny owładnęła mną ta cudowna myśl, że nadal tu jestem. Przeżyłam, a Seth jest nadal u mojego boku. Czy to nie było wspaniałe?

Owinęłam się ciepłym puszystym ręcznikiem i poczłapałam z powrotem do pokoju. Szybko włożyłam spodnie i T-shirt i właśnie rozczesywałam mokre włosy, kiedy ktoś cicho zapukał do drzwi.

– Ewa? – wyszeptał znajomy głos. Chwilę później śmiały się do mnie znajome, przejrzyście niebieskie oczy. Zamknął mnie w uścisku i świat wrócił na swoje miejsce. – Och, Ewo! – Westchnął, całując moje włosy. – Musiałem przyjść, żeby się upewnić, że wciąż tu jesteś.

– Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo! – Uśmiechnęłam się.

Jego wargi dotknęły moich i przeniosłam się w inną rzeczywistość. Skrzydło medyczne szkoły St Magdalene’s odpłynęło i znów byliśmy na naszej zielonej łące. Bzyczały owady, ćwierkały ptaki, a w powietrzu unosił się zapach dzikich kwiatów.

– Ewo! – krzyknął ktoś z oddali.

Łąka zniknęła. Znów byłam w swoim pokoju, a stojący przede mną Seth bacznie mi się przyglądał...

– Kiedy tu wreszcie zejdziesz?! – zawołała Rose z podnóża schodów.

Seth uśmiechnął się szeroko i położył palec na ustach.

– Jak ci się udało prześliznąć obok niej?

Wzruszył tylko ramionami.

– Odwrócę jej uwagę, żebyś mógł się wymknąć!

– Nie przejmuj się – odparł z uśmiechem. – Poradzę sobie bez żadnych taktycznych manewrów.

– Zobaczymy się po południu na zajęciach z historii sztuki?

Nadal trudno mi było uwierzyć, że Seth naprawdę istnieje.

– A Rose cię puści?

– Niech lepiej nie próbuje mnie powstrzymywać – prychnęłam buntowniczo.

Odwrócił się do drzwi, ale po prostu nie mogłam pozwolić mu odejść. Chwyciłam go za koszulkę i uniosłam dłoń, by dotknąć jego twarzy. Tak doskonałej.

– EWO! Nic ci nie jest?! – krzyknęła Rose i sekundę później usłyszałam jej kroki na schodach.

– Już idę, Rose! – odkrzyknęłam pospiesznie, po czym niechętnie puściłam Setha i ruszyłam ku drzwiom.

Absolutnie nie mogła przyłapać Setha w mojej sypialni. Odwróciłam się, by jeszcze raz na niego spojrzeć, i zapragnęłam z nim zostać. Jak mogłam teraz odejść? Przecież dopiero co go znalazłam. Najwyraźniej Seth podzielał moje uczucia, bo chwilę później znów byłam w jego ramionach.

– Nie mogę pozwolić ci odejść – wymruczał, muskając wargami moje usta.

– Musisz. – Uśmiechnęłam się, ale trwałam w jego uścisku.

– Ewo Koretsky! Czy mam iść na górę, żeby cię tu przyprowadzić?

Westchnęłam, a Seth niechętnie wypuścił mnie z objęć.

– Wydostanę się stąd, jak tylko będę mogła – szepnęłam i ruszyłam na dół.

Godzinę później triumfalnie maszerowałam przez dziedziniec na zajęcia z historii sztuki. Nie byłam nawet w połowie drogi, gdy dołączył do mnie Rob Wilmer.

– Ewa, świetnie wyglądasz! – rzucił z szerokim uśmiechem. – Jak się czujesz?

Radośnie skinęłam głową.

– Dobrze, dzięki. Naprawdę dobrze!

– Świetnie! – powiedział, uścisnął mi ramię... i nie cofnął ręki. Spojrzałam na niego skonsternowana. – Przydałabyś mi się dzisiaj rano na zajęciach z biologii – ciągnął, nie zwracając uwagi na moje skrępowanie. – Zupełnie nie rozumiem zagadnień polaryzacji komórek bakteryjnych.

Prawie dotarliśmy do sali, w której odbywały się zajęcia z historii sztuki, kiedy poczułam za plecami znajome ciepło. Odwróciłam się radośnie i napotkałam mroczne spojrzenie Setha, który nie odrywał wzroku od dłoni Roba ściskającej moje ramię.

Ułamek sekundy później Rob, ledwie uświadamiając sobie obecność Setha, oderwał dłoń tak raptownie, jakby dotknął rozpalonego pogrzebacza.

Dziwne.

Rob stał bez ruchu i zdezorientowany przyglądał się swojej dłoni. Zerknęłam na twarz Setha, ale nie sposób było cokolwiek z niej wyczytać. Otoczył mnie ramieniem i wszystko wróciło na swoje miejsce. Poprowadził mnie w stronę przednich rzędów krzeseł, a ja z rozkoszą zatopiłam się w cieple jego ciała.

Profesor Lofts zgasiła światło. Z całych sił starałam się skoncentrować na oszałamiającej kolorystyce dzieł fowistów, które nam pokazywała, ale byłoby mi prawdopodobnie łatwiej, gdyby Seth nie siedział tuż obok. Już prawie udało mi się skupić wzrok na ekranie, gdy nasze dłonie przypadkowo się zetknęły i nagle przed moimi oczami pojawiły się zupełnie inne obrazy, wypełniając zaciemnioną salę... Rzymskie forum... Stojący przede mną Seth w narzuconym na ramiona obszernym płaszczu, pod którym można było dostrzec białą tunikę.

Kiedy odgłosy dobiegające z forum zaczęły górować nad głosem profesor Lofts, zdałam sobie sprawę, że grozi mi ponowna utrata przytomności. Oddychałam za szybko i za płytko, serce biło zbyt mocno i gwałtownie. Próbowałam chwycić się krzesła, myśląc tylko o tym, by ponownie znaleźć się w szkolnej sali. Ale krzesła już nie było.

– Ewo? – Seth trzymał mnie mocno za ramiona.

Ale który Seth? Nie wiedziałam, gdzie jestem. Wpadłam w panikę.

– Ewo, oddychaj. Głęboko i powoli. Słyszysz mnie?

Starałam się robić to, co kazał mi ten głos. Głębokie oddechy. Wdech. Wydech. Nie chciałam być na forum, czekało mnie tam coś strasznego... Głęboko i powoli oddychać... Głęboko i powoli... Ku mojej ogromnej uldze plac targowy zaczął się rozwiewać, a dźwięki dobiegające z sali przybierały na sile. Otworzyłam oczy. Seth był obok mnie. Mój Seth. Mój teraźniejszy Seth. Niestety, w sali byli również inni. W tym profesor Lofts.

– Nic ci nie jest? – Przerwała prezentację i stanęła nad nami.

– Wszystko w porządku, profesor Lofts – powiedział szybko Seth.

– Może powinieneś wyjść z Ewą na zewnątrz, żeby odetchnęła świeżym powietrzem?

– Możesz iść, kotku? – szepnął do mnie.

Niepewnie skinęłam głową i opierając się na jego ramieniu, wyszłam z klasy. Seth podprowadził mnie do ławki, usadził na niej i przykucnął przede mną.

– Ewo... Gdzie byłaś?

– Forum... Spotkałam się z tobą. Ale wszystko mnie bolało... Byłam przerażona...

Seth wściekle zmrużył oczy.

– Kasjusz! – prychnął.

W moim umyśle pojawiły się jakieś mroczne wizje. Kasjusz... Jego gorący, smrodliwy oddech na mojej twarzy... Upierścieniona dłoń wymierzająca mi siarczysty policzek... Cios, którego siła rzuciła mnie na ścianę...

– Ewo...

Ten głos, któremu nie mogłam się oprzeć, dobiegał z tak daleka... Uścisk Kasjusza niczym żelazna obręcz... Trzymał w dłoni nabijaną srebrem laskę, a oczy błyszczały mu okrutną premedytacją.

– Ewo... Nie pozwól, żeby znów tobą zawładnął... Posłuchaj mnie, kochanie... Jesteś bezpieczna. Słyszysz mnie?

Seth. Przedziera się przez ciemność, odpycha ode mnie ten bezwzględny śmiech... Otaczają mnie jego ramiona. Jego ciało jest silne i spokojne.

Drżałam, a on delikatnie głaskał mnie po plecach, szepcząc do ucha czułe, znajome greckie słowa. To stopniowo pozwoliło mi wrócić do życia. Znanego, szczęśliwego życia.

– Cześć! – Seth uśmiechnął się, kiedy w końcu przestałam drżeć.

Uniosłam głowę i pocałowałam go.

– Dziękuję ci – szepnęłam.

– Słuchaj, Ewo, tym razem poradziłaś sobie naprawdę nieźle.

– Możesz mi wyjaśnić, w którym momencie tak sobie nieźle poradziłam? – prychnęłam.

– Żadnych karetek, żadnej utraty przytomności! Samodzielnie powróciłaś z jednego z tych paskudnych miejsc – powiedział. – Pierwszy raz, jak mi się wydaje.

Zamrugałam gwałtownie, nie odrywając od niego wzroku. Jakoś nie miałam poczucia zwycięstwa.

– Być może zyskujesz właśnie kontrolę nad tym życiem.

Ścisnęłam jego dłonie.

– Będzie dobrze, prawda?

– Jesteśmy razem! Oczywiście, że będzie dobrze!

– Chciałabym tylko zrozumieć, co się ze mną dzieje... Co się ze mną stało.

– Ja też. Ale jedno już wiemy: gorączka jest kluczem. Kiedy ją zrozumiemy, zrozumiemy wszystko.

– Coś o niej wiemy... – Uśmiechnęłam się i oparłam głowę na jego ramieniu.

– Co takiego? – zapytał, muskając ustami moją skroń.

– Nie jest tak zabójcza, jak sądziłeś!

– Chodzi ci o pocałunek? – wymamrotał, obrzucając spojrzeniem dziedziniec. – Przyznam, że nie do końca rozumiem, jak zdołałaś przeżyć. – Ścisnął mi rękę. – O ile dobrze zrozumiałem to, co powiedział mi Matthias...

– Matthias? Gdzieś już słyszałam to imię.

Sethowi stężała twarz.

– Nie... nikt taki. – Westchnął. – Po prostu ktoś, kogo kiedyś... – Potrząsnął głową i wzruszył ramionami. – W każdym razie z jego słów wywnioskowałem, że gorączka nie przenosi się tylko przez krew.

– A wcześniej tak sądziłeś?

Seth ponownie wzruszył ramionami.

– Niewiele wiem na ten temat – przyznał.

– Stawałam na głowie, żeby dowiedzieć się czegoś na temat tej choroby, ale moje wysiłki spełzły na niczym.

– Spełzły na niczym?

Uśmiechnęłam się. Tak łatwo było zapomnieć, że nie mówiliśmy w jego ojczystym języku.

– Zabrnęłam w ślepą uliczkę.

Skonsternowany zamrugał oczami.

– Odbiłam się od ściany!

Potrząsnął głową i roześmiał się.

– Rozumiem, że starasz się w elegancki sposób przekazać mi, że ty również nie znalazłaś jeszcze wyjaśnienia?

Wymierzyłam mu żartobliwego kuksańca w ramię.

– No dobra, geniuszu. Masz jakieś propozycje?

– Oczywiście. Musimy pracować razem. Dwie perspektywy. Dwie podróże. Co dwie głowy, to nie jedna, razem roztrzaskamy tę łamigłówkę.

– Roztrzaskamy? – powtórzyłam kpiąco, ale to było wszystko, co udało mi się powiedzieć, bo w tym momencie zamknął mi usta pocałunkiem i naprawdę nie zamierzałam się z nim spierać.

Rozdział 2

Świętowanie

Parallon

Matthias układał w kolejnych wazonach bukiety pachnących róż. W odcieniach różu, bo był to ulubiony kolor Georgii. Chciał, by wszystko wyglądało idealnie. Obrzucił pokój zadowolonym spojrzeniem. Ściany zostały udekorowane zwojami ozdobnej materii i kwiatami, a suto zastawiony stół uginał się pod ciężarem wykwintnych potraw. Zbliżała się pora przyjęcia.

Zgodnie z wyliczeniami Georgii był właśnie 25 lipca, dzień jej dziewiętnastych urodzin. Oczywiście jej rachunki nie zgadzały się z kalendarzem żadnego innego mieszkańca Parallonu, ale nie obchodziło to ani jej, ani Matthiasa, który zawsze z chęcią świętował. Organizowanie przyjęć sprawiało mu radość i znakomicie odrywało myśli od innych spraw, a na tym zależało mu szczególnie.

– Och, są przepiękne! – wykrzyknęła Georgia, ciężko stawiając na stole wielką wazę z ponczem.

Matthias uśmiechnął się, lecz po chwili zmarszczył brwi, widząc, że przyniosła też dwa talerzyki kiełbasek na patykach i kilka miseczek czipsów.

– Nigdy się nie przyzwyczaję do tych okropnych nawyków żywieniowych twojej epoki. – Westchnął, całując ją w czubek głowy.

– Masz zamiar się przebrać? – zapytała, patrząc znacząco na jego tunikę.

Nie mogła uwierzyć, że nadal woli chodzić w tych swoich dziwnych rzymskich ubraniach.

– To twoje urodziny. Co chciałabyś, żebym włożył?

– Będziesz żałował, że w ogóle zadałeś to pytanie.

Roześmiała się, kiedy tunika Matthiasa została nagle zastąpiona przez niebieską koszulę i luźne bawełniane spodnie. Uniósł brwi, ale pokręciła głową.

– Nie, nie tak. Zbyt tradycyjne.

Spuścił wzrok i zobaczył, że teraz ma na sobie dżinsy i biały T-shirt.

– Jesteśmy już gotowi? – jęknął.

Złowróżbnie przekrzywiła głowę na bok. Nadal się zastanawiała. Chwilę później paradował w smokingu i czarnej muszce. Georgia przyjrzała mu się z aprobatą.

– Idealnie! Dopilnuj wszystkiego, a ja się pójdę przebrać.

Matthias miał właśnie nalać sobie drinka, kiedy do pokoju zajrzała Clare.

– Nie ma jej? – spytała szeptem. – Muszę zrobić tort!

– Jaki tort?

– Matt, litości! Tort urodzinowy!

Matt przyglądał się zafascynowany, gdy Clare sprawdzała kolejne możliwości.

– Za duży? – spytała, kiedy na środku stołu pojawił się wielki, trzypiętrowy tort, udekorowany białym lukrem. – Projektowałam go chyba przez tydzień!

– Przecież tego nie da się zjeść! – zawołał cicho Matthias. – Z czego są zrobione te wszystkie maleńkie kwiatki?

– Z cukru! A teraz łapy przy sobie!

Nigdy nie widział niczego podobnego i po prostu nie mógł się powstrzymać, by nie złapać leżącego na brzeżku kwiatka i nie wpakować go sobie do ust. Spodziewał się od Clare solidnej reprymendy, ale ona tylko ściągnęła brwi i utkwiła nieobecne spojrzenie w torcie.

– Matt, myślisz, że Seth może się dziś pojawić?

– Nie, Clare, nie sądzę.

Chciał odejść, ale chwyciła go za ramię.

– Dlaczego on odszedł, Matt? Czy to przeze mnie? Powiedziałam coś nie tak? Nie ma go już tak długo... Wszędzie go szukałam. Przecież ty na pewno wiesz, jesteś jego... najlepszym przyjacielem...

„Byłem” – pomyślał gorzko Matthias.

Nikomu nie powiedział, dlaczego Seth odszedł. Jak by mógł? Byłoby to równoznaczne z przyznaniem się do winy. Najbardziej złościło go to, że nie zrobił nic złego. Nie nadużył działania wiru, o co oskarżył go Seth. Po prostu zrobił z niego użytek, i to w jak najlepszy sposób. Dał Winstonowi, Elenie i innym wspaniały dar nieśmiertelności w niewiarygodnym, magicznym miejscu, w którym wszystko było możliwe. Fakt, że musiał pozbawić ich życia w ich świecie i ich czasie, nie miał znaczenia. Wcześniej czy później i tak by umarli.

„Założę się, że gdybym powiedział Clare o tej głupiej kłótni, zgodziłaby się ze mną” – pomyślał cierpko, ale nie mógł zweryfikować swojej tezy, bo musiałby zdradzić istnienie wiru, a Seth kazał mu przysiąc, że nigdy nikomu nie wyjawi właściwości ani położenia tych niezwykłych wrót w czasie.

Matt mimo wszystko nie chciał złamać danego słowa. Dał je Sethowi, chociaż ten nie pozostawił mu cienia wątpliwości, że ich przyjaźń uznaje za nieodwołalnie skończoną. Dlatego właśnie Matt wiedział, że Seth nigdy nie wróci do Parallonu.

Nie miał jednak zamiaru dzielić się tą informacją z Clare. Dlaczego, na Apolla, nie otrząsnęła się jeszcze z tego zauroczenia? W Secie kochała się większość dziewczyn, ale zwykle szybko to mijało, zwłaszcza że nigdy nie robił im żadnych nadziei. Oddał swe serce Liwii. Wraz z jej śmiercią jego miłość umarła.

Matt pominął fakt, że w tym akurat momencie stracił głowę dla dziewczyny, która wyglądała tak samo jak Liwia i uczyła się w jakiejś londyńskiej szkole w dwudziestym pierwszym wieku. Bezradnie spojrzał na Clare. Nie znajdował w sobie ani słów, ani chęci pocieszania jej. Była słodka. Lubił ją – lubiłby ją naprawdę, gdyby Georgia nie była tak zaborcza... ale te wszystkie emocje! Dziewczyny! Dlaczego przywiązywały tak wielką wagę do każdego drobiazgu?

– Hej! Sądziłam, że przygotowujemy imprezę! – Do pokoju wkroczyła Elena w oszałamiającej obcisłej sukience z czarnego jedwabiu.

Matt uśmiechnął się z aprobatą.

Elena z wdziękiem podeszła do wazy z ponczem i nalała sobie szklaneczkę.

– Boże mój! – Spojrzała krytycznie na stół. – A co to za geniusz przygotował tort weselny?

Clare odwróciła się z wściekłością i na chwilę zastygła, nie mogąc wydobyć z siebie słowa, po czym wypadła z pokoju.

– Co ja takiego powiedziałam? – Elena wzruszyła ramionami, podeszła do Matta i namiętnie pocałowała go w usta.

– Proszę, Eleno – wymruczał, odrywając wargi od jej ust. – Zostaw Clare w spokoju!

– Prędzej dam spokój Georgii... Spokój od ciebie. – Uśmiechnęła się ze wzgardą.

– Bądź miła – syknął. – To urodziny Georgii.

Niechętnie uwolnił się z objęć Eleny i poprawił sobie muszkę. W ostatniej chwili.

– No i co? Jak wyglądam? – Georgia sprężystym krokiem weszła do pokoju, olśniewająca w złotej skórzanej kurtce i krótkiej sukience z lamparciej skóry.

– Cudownie. ­– Matthias uśmiechnął się, rzucając Elenie ostrzegawcze spojrzenie.

Georgia spochmurniała, wyczuwając napiętą atmosferę, i już miała rzucić jakiś komentarz, ale w tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi i Matt z ulgą poszedł otworzyć.

Wkrótce cały dom zapełnił się ludźmi. Matt radośnie krążył między nimi, napełniał puste kieliszki, żartował na temat rozbrzmiewającej muzyki i z zaangażowaniem pełnił honory gospodarza. Nakładał właśnie Elenie na talerz kurczaka z kolendrą, gdy nagle zmartwiał. Tuż obok niego przesunął się mężczyzna w rzymskiej tunice.

Seth?

Euforia Matta trwała zaledwie chwilę, bo zaraz zorientował się, że to nie Seth. Mężczyzna był zbyt potężny, wręcz zwalisty. Z walącym sercem Matthias obserwował, jak nieznajomy usiadł w kącie obok jednego z głośników. Radosne podniecenie ustąpiło miejsca przerażeniu.

Rozdział 3

Wiadomość zostatniej chwili

Redakcja Channel 7, Soho, Londyn

piątek, 15 marca A.D. 2013

Jennifer Linden z rozpaczą rozejrzała się po biurze. Była już za piętnaście siódma i wiedziała, że się spóźni, jeśli natychmiast nie wyjdzie.

Chociaż program, przy którym pracowała, skończył się prawie godzinę temu, większość ekipy była nadal zajęta. W normalnych okolicznościach też znalazłaby sobie coś do roboty, bo obowiązywała niepisana zasada, że o ile tylko nie zamierzało się popełnić samobójstwa, nie wychodziło się z pracy przed dziennikarzem prowadzącym. Zwłaszcza jeśli była nim Amanda Pilkington. Pomimo przyciszonych rozmów, stukania klawiszy i szumu wentylatorów i kopiarek, Jennifer słyszała doskonale głosy dobiegające z sąsiedniej sali, gdzie trwała narada. Nie udało się dzisiaj nawiązać połączenia na żywo, kluczowego dla programu, i zespół badał przyczyny tego niepowodzenia. Jak długo to mogło jeszcze potrwać? Zerknęła w stronę sali konferencyjnej, omiatając spojrzeniem rząd wiszących na ścianie zegarów. O nie! Zegar z czasem brytyjskim pokazywał już prawie dziewiętnastą! Gdyby tylko mogła znaleźć się w Buenos Aires... Zyskałaby kilka godzin.

Może jeśli zostawi żakiet na oparciu krzesła i wymknie się po cichu, Amanda, jej szefowa, pomyśli, że po prostu wyskoczyła do toalety. Ale musiałaby wtedy spędzić cały wieczór bez okrycia, a było naprawdę zimno.

Uznała, że to niewysoka cena.

Wzięła głęboki wdech, zapisała i zamknęła dokument o nazwie „Słabości strefy euro” i już miała wyłączyć komputer, kiedy na jej biurko padł złowróżbny cień.

Amanda.

Jen zmartwiała. Jak tym razem udało jej się tak bezszelestnie podkraść?

– Chcę, żebyś to przeczytała, przeanalizowała i uporządkowała do rana – odezwała się Amanda, kładąc płytę na biurku Jennifer.

Jen bez słowa skinęła głową. Nie próbowała nawet wspominać, że jest piątkowy wieczór i że ma się z kimś spotkać na drugim końcu Londynu dokładnie za dwadzieścia dziewięć minut, bo cudem zdobyli bilety na koncert Livid Turkey na stadionie Wembley. To nie miało sensu. Tutaj Amanda była Bogiem i jeśli czegoś żądała, wykonywano to bez szemrania. Jeśli chciała, by ktoś został w redakcji na noc czy na weekend, to zostawał.

Jennifer rzuciła okiem na drzwi, które Amanda starannie zamknęła za sobą. Przez chwilę nasłuchiwała oddalającego się stukania obcasów Amandy, która szła do windy. Zgrzytnęła bezsilnie zębami. Spędzi tu czas do rana. Westchnęła głęboko, wyciągnęła komórkę i zaczęła pisać SMS-a.

CZEŚĆ, NICK, NIE DAM RADY. MUSZĘ ZOSTAĆ WPRACY. JESTEM ZAŁAMANA.

Niepewnie zawiesiła palec nad przyciskiem „Wyślij”.

Jak mogła się teraz poddać? Co on sobie pomyśli? To wszystko brzmiało tak głupio, jakby po prostu nie chciała iść. A przecież chciała! Chodzili ze sobą raptem od pięciu tygodni i naprawdę jej się podobał. I to bardzo. Nie myślała już nawet o Livid Turkey, swoim ulubionym zespole. Rzuciła jeszcze raz okiem na zegarek i nagle podjęła decyzję.

Kilka minut później wyłączyła komputer, wsunęła płytę do kieszeni i wymknęła się z redakcji. Przez moment zawahała się i z poczuciem winy zerknęła na siedzących przy biurkach współpracowników. A potem pobiegła.

Pędząc w kierunku stacji metra Leicester Square, przysięgła sobie, że wykona tę pracę w domu na laptopie, jak tylko wróci z koncertu.

Dotarła na stadion spóźniona dwadzieścia cztery minuty. Nick kręcił się przy wejściu i zirytowany rozmawiał przez telefon. Rzucił jej krótki uśmiech, po czym przeniósł wzrok na kogoś stojącego kilka metrów dalej i skinął głową.

Dotknęła przelotnie jego ramienia, czekając, aż skończy rozmowę, ale uchylił się przed dotykiem i odrobinę odwrócił, wyraźnie sygnalizując, że zależy mu na prywatności.

Jen nagle pożałowała, że nie wysłała tego SMS-a. Naraziła na szwank swoją pozycję w Channel 7, wypluła płuca, żeby tu dotrzeć, biegnąc całą drogę od stacji metra, a teraz on odwracał się do niej plecami. Gotując się ze złości, wmaszerowała do zatłoczonego holu i zaczęła przeglądać towary na stoisku handlowym. Ceny koszulek zespołu były horrendalne, ale właściwie dlaczego nie? Wręczała właśnie sprzedawcy plik banknotów, kiedy poczuła silne ramiona obejmujące ją od tyłu.

– Cześć, kotku – wymamrotał w jej szyję. – Dlaczego się spóźniłaś? Myślałem, że mnie wystawiłaś.

Rozluźniła się mimowolnie. Pod jego dotykiem napięcie całego dnia nagle zniknęło, a wściekłość ustąpiła miejsca odprężeniu.

– Przepraszam, Nick. Utknęłam w pracy.

– Z tego, co mówisz, Jen, widzę, że masz gorszą pracę ode mnie. Chodź, wejdźmy wreszcie do środka!

Jen schowała nowy T-shirt do torby i pozwoliła się pociągnąć w kierunku zapełnionej widowni. Mieli się spotkać wcześniej, żeby zająć dobre miejsca, ale chociaż nie było już teraz szans, by dostać się na sam przód, udało im się dotrzeć całkiem blisko sceny.

– A z kim rozmawiałeś? – Musiała krzyczeć, żeby przebić się przez muzykę poprzedzającą wyjście zespołu na scenę.

– Z człowiekiem z pracy – odkrzyknął wymijająco.

Dosłownie sekundę później na scenę wyszedł support (Underground Pirates), po którego ogłuszającym występie pojawił się wreszcie zespół Livid Turkey, skupiając na sobie całą uwagę. Przez trzy kolejne godziny Jennifer i Nickowi nie udało się zamienić ani słowa.

Kiedy dudniąca muzyka i gromki aplauz publiczności w końcu ucichły, kompletnie zachrypnięci, ale zachwyceni, wydostali się na zewnątrz. W uszach im dzwoniło, w głowach huczało, nogi odmawiały posłuszeństwa. Nick wziął samochód i chociaż wyjechanie z parkingu zajęło im całe wieki, Jen była szczęśliwa, że nie muszą przepychać się wśród tłumu fanów do metra.

Siedziała obok Nicka, starając się nie psuć tej chwili rozmyślaniem o płycie, którą miała w kieszeni. Kontemplowała jego imponujący profil, który wyłaniał się z mroku za każdym razem, gdy mijali jakiś samochód. Mocno zarysowana żuchwa i nos, delikatne usta... Jak na policjanta, zaskakująco delikatne. Zdumiona potrząsnęła głową. Co, u licha, robiła u boku policjanta? Jak to się mogło stać?

Nie powiedziała o nim jeszcze przyjaciółce, z którą mieszkała. I oczywiście nawet nie wspomniała rodzicom. Dlaczego nie? Dlaczego było jej tak niezręcznie o tym mówić? Doskonale wiedziała dlaczego. Takie jak ona dziewczyny nie prowadzały się z policjantami. Chodziły z dziennikarzami, fotografami i filmowcami. Jedna z jej znajomych przez krótki czas spotykała się z prawnikiem, ale żadna nigdy nie zaangażowała się w związek z policjantem.

– Prawie się nie odzywasz – powiedział nagle. – Miałaś ciężki dzień?

– Nic nie mów, dopiero noc będzie ciężka. – Westchnęła. – Czeka mnie jeszcze dzisiaj masa roboty.

– No cóż, przynajmniej trochę się rozerwałem. Jak tylko cię podrzucę do domu, muszę jechać na posterunek.

– Myślałam, że dziś w nocy nie masz służby?

– Też tak myślałem – mruknął.

– Jakieś kłopoty?

Spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko.

– Już słyszę, Jen, ten twój radar. Nie sądzisz chyba, że będę się wywnętrzał przed dziennikarką wiadomości? Choćby była tak kusząca – dodał, przesuwając palcem po jej udzie.

– Nie chciałam z ciebie nic wyciągać – żachnęła się.

Nie była to jednak do końca prawda. Zawsze starała się złowić temat. Od chwili kiedy zobaczyła Nicka tego wieczoru, czuła, że coś wisi w powietrzu. Wtuliła się w jego ramię.

– Tak czy inaczej, nie chcę jeszcze myśleć o pracy. Masz trochę wolnego w ten weekend?

Wzruszył ramionami.

– Zadzwonię, jak tylko będę wiedział. A dlaczego pytasz? Jaśnie pani da ci wolne, żebyś mogła się zabawić?

– Nie mam pojęcia? – jęknęła Jen. – Wiesz co, Nick? Czasami chciałabym po prostu rzucić to wszystko i znaleźć sobie jakąś przyzwoitą pracę w rozsądnych godzinach, w zespole miłych ludzi, którzy od czasu do czasu wypuszczają cię z biura i pozwalają trochę pożyć.

– Nieprawda, wcale byś nie chciała. – Uśmiechnął się pobłażliwie i skręcił w jej ulicę.

Stała w drzwiach i patrzyła, jak odjeżdża, zastanawiając się, czy interesuje ją nadal tylko dlatego, że dotąd nie spędziła z nim jeszcze wystarczająco dużo czasu. Z ociąganiem odwróciła się, weszła do klatki schodowej i zaczęła się wspinać na czwarte piętro, gdzie mieszkała.

Rozwalona na kanapie Debs przerzucała kanały telewizyjne.

– Sama? – Zmarszczyła brwi, kiedy Jen klapnęła obok niej.

– Oboje mamy robotę – mruknęła z goryczą Jen.

– No to... kim jest ten facet?

– Mówiłam ci... ma na imię Nick – burknęła Jen i wstała, żeby wziąć laptopa.

Debs nie dała się zbyć.

– A co takiego ten Nick robi, że musi wracać do pracy w piątek wieczorem?

Jen otworzyła laptopa i wsunęła do niego płytę. Starała się sprawiać wrażenie całkowicie pochłoniętej logowaniem.

– Jen! Znamy się od siedmiu lat! I nie mamy przed sobą sekretów. Powiedz mi wreszcie albo zacznę się martwić, że spotykasz się z jakimś psychopatą! A może...?

Nagła cisza zmusiła Jen do spojrzenia na przyjaciółkę. Debs gapiła się na nią szeroko otwartymi oczami.

– A może co? Wyduś to z siebie, Debs.

– On nie jest żonaty, prawda?

– Oczywiście, że nie!

– No to co z nim jest nie tak?

– Wszystko z nim w porządku.

– To skąd te wielkie tajemnice?

– Nie ma żadnych wielkich tajemnic. – Jen wiedziała, że to beznadziejne. Nie potrafiła stawić czoła temu atakowi. – No dobra... Jest policjantem... Właściwie inspektorem. Pracuje w wydziale dochodzeniowo-śledczym.

– Chyba żartujesz?

Debs już nic więcej nie musiała mówić. Jen momentalnie się nastroszyła.

– A w czym ci to przeszkadza?

– No wiesz... W sumie chyba w niczym. Po prostu... nie spodziewałam się. Jak się poznaliście?

– Ze trzy miesiące temu, przy okazji załatwiania spraw służbowych.

– A konkretnie?

– Przy okazji nagrania.

Debs wyczuła w głosie przyjaciółki opór, więc tym bardziej nie zamierzała odpuszczać.

– Jakiego nagrania?

– Oj, pewnie już nie pamiętasz tej historii...

– Może to sprawdzimy?

– No dobra. – Jen westchnęła. – Chodzi o tę historię z motocyklistą, który w zagadkowy sposób zniknął. – Wyrzuciła z siebie jednym tchem.

– O rany! Masz na myśli tę żenującą historię, przez którą prawie straciłaś pracę? No cóż... Wydaje mi się, że to akurat świetnie pamiętam.

Zakłopotana Jen poruszyła się gwałtownie.

– Wcale nie groziła mi wtedy utrata pracy.

Debs pokręciła głową i prychnęła.

Jen żałowała, że pozwoliła się wciągnąć w tę rozmowę.

– Słuchaj, ja naprawdę jestem przekonana, że wtedy zdarzyło się coś bardzo dziwnego...

– W porządku, tylko nie mów tego głośno, bo założą ci kaftan bezpieczeństwa.

– Debs, było dziewięciu naocznych świadków...

– Aha. Przez jakąś godzinę.

– Nie. Trwali przy swojej wersji wydarzeń bardzo długo.

– Myślę, że gdybyś przejrzała własne notatki, przypomniałabyś sobie, że upierali się przy swojej wersji wydarzeń tylko na tyle długo, byś zdążyła razem ze swoją ekipą telewizyjną nagrać i puścić to na antenie. Ale wycofali się z tego w chwili, gdy na miejsce wypadku przyjechała policja, żeby ich przesłuchać – przypominała bezlitośnie Debs.

– Nadal jestem przekonana, że po prostu zabrakło im pewności siebie – zaoponowała Jen.

– Ha! – wybuchnęła Debs. – A zatem twoim zdaniem po prostu zabrakło im pewności siebie, by upierać się przy tym, że na ich oczach krwawiący, umierający motocyklista po prostu wyparował? Zastanówmy się dlaczego! O Boże! – wykrzyknęła nagle. – Nick był jednym z policjantów prowadzących dochodzenie?

Mina Jen była jednoznaczna.

– To on wydał miażdżącą opinię na temat twojego paranormalnego wyjaśnienia, godnego Archiwum X? Mam rację?

– To nie było całkiem tak...

Nie całkiem, ale prawie. Jen aż wzdrygnęła się na wspomnienie tamtego dnia. Wróciło do niej teraz przez tę cholerną Debs.

Wszystko zaczęło się bardzo obiecująco. Wręcz ekscytująco. Amanda wyleciała do Abu Zabi na konferencję na temat energii przyszłości, a większość reporterów wyjechała w teren, żeby nakręcić pożar magazynów w londyńskiej dzielnicy portowej Docklands. Kiedy więc zadzwonił telefon w sprawie tej dziwnej historyjki, Hugo, szef redakcji krajowej, uznał, że Jen może się tym zająć. Była ogromnie przejęta. To miał być jej pierwszy samodzielny reportaż w Channel 7.

„Przydzielę ci Kishoora ze sprzętem filmowym” – zdecydował Hugo.

Jen odetchnęła z ulgą. Przynajmniej będzie miała przy sobie kogoś z doświadczeniem. Wyruszyli prawie natychmiast i byli pierwszymi reporterami, którzy się tam znaleźli. Policja zamknęła już ulicę i ogrodziła taśmą roztrzaskany motor. Nicholas Mullard, inspektor policji odpowiedzialny za to dochodzenie, stał wewnątrz oddzielonego taśmą obszaru, w lateksowych rękawiczkach, i rozmawiał z członkami zespołu techniki kryminalistycznej.

Tymczasem gromadzili się już gapie, więc kiedy Kishoor rozstawiał statyw i łącza umożliwiające bezpośrednie nadawanie, Jen szybko ustaliła, kto widział to zdarzenie na własne oczy. Znalazła głównych świadków i zaczęła ich wypytywać o szczegóły. Byli wstrząśnięci, ale wystarczająco przytomni, by zrelacjonować jej, co się stało. Tylko jeden człowiek widział sam moment wypadku: motocyklista uderzył w pieszego, gwałtownie go obróciło i wyrzuciło z siedzenia, a potem motor, poruszając się zgodnie ze swoją trajektorią, wjechał prosto w niego.

Kiedy Jen zapytała o pieszego, świadek był przekonany, że widział, jak ten wstaje. Ktoś inny był zdania, że to pieszy podszedł pierwszy do motocyklisty, żeby mu pomóc. Nikt nie był tego całkowicie pewien, wszyscy byli jednak zgodni co do dalszego przebiegu zdarzeń. Dwie osoby niezależnie od siebie zadzwoniły po karetkę – pojawiła się po dość długim czasie, ale w pobliżu był jakiś człowiek z przygotowaniem medycznym, który udzielił pierwszej pomocy.

Jen szukała go wszędzie, ale on też zniknął. Ktoś powiedział, że widział, jak uciekł, kiedy w końcu przyjechała karetka. Ktoś inny był przekonany, że odszedł jeszcze przed jej przyjazdem. Nikt jednak nie był całkowicie pewien swojej wersji zdarzeń.

Jedyne, w czym wszyscy się zgadzali, było to, że widzieli, jak ciało motocyklisty zdematerializowało się na ich oczach. Ta niezachwiana pewność wytrąciła Jen z równowagi.

Temat pojawił się dosłownie na godzinę przed emisją programu, więc Hugo wziął nagranie Kishoora prosto do studia. Sfilmowali zmiażdżony motocykl i leżącą na poboczu stertę ubrań w kształcie człowieka. Jakkolwiek by na to patrzeć, przygotowany przez nich materiał wyglądał dziwacznie i złowieszczo.

Jen wyciągnęła mikrofon w stronę Nicka Mullarda, który przeszukiwał teren, i zapytała go, co sądzi o tym zdarzeniu. Potrząsnął tylko głową i odmówił komentarza.

„Jak mogę wypowiadać się na ten temat, skoro nie zgromadziłem jeszcze dowodów ani zeznań świadków?” – zauważył rozsądnie.

Pojechała więc za kolumną samochodów na posterunek policji i kiedy świadkowie zeznawali, zaczęła sprzed budynku nadawać korespondencję na żywo, rozważając przed kamerą prawdopodobne wyjaśnienia zniknięcia motocyklisty. Problem polegał na tym, że teraz, gdy nie patrzyła na przekonujące twarze zdumionych naocznych świadków, nie umiała przekazać niczego, co brzmiałoby choć trochę wiarygodnie.

Mimo że była niemal pewna, iż natknęła się na coś naprawdę niesamowitego – być może na najważniejszy temat w swojej karierze – znalazła się nagle na antenie, nie mając nic przekonującego do powiedzenia. Prezenter w studiu domagał się jednak wyjaśnień, więc brnęła dalej.

Sytuacji Jen zapewne nie poprawiło to, że zaczęła rozważać ewentualność porwania motocyklisty przez obcych, choć była to teoria naocznego świadka, która na miejscu wydarzeń nie brzmiała wcale groteskowo. Jeszcze gorzej wypadła jej teoria samoistnego zapłonu, którą pozwoliła sobie omówić. Gwoździem do trumny okazało się wyjście z posterunku pierwszego świadka.

Jen natychmiast przyskoczyła do niego z mikrofonem, ale on zamiast wesprzeć jej wersję i potwierdzić przebieg zdarzeń, kategorycznie odmówił komentarza i nie podnosząc nawet wzroku, umknął chyłkiem. Kiedy dokładnie to samo powtórzyło się z drugim świadkiem, redaktor zdjął Jen z wizji, a ona zdała sobie sprawę, że oto właśnie popełniła dziennikarskie samobójstwo na oczach milionów widzów. Jej pierwsza (i ostatnia) próba samodzielnego poprowadzenia tematu zakończyła się katastrofalnym upokorzeniem.

– Boże, nie mogę uwierzyć, że się zeszliście – z dwóch stron barykady! Jak to się stało?

Jen zamrugała gwałtownie. Niestety, Debs nadal tu była, uśmiechając się szyderczo.

– Nie chcę o tym mówić! – syknęła Jen, czując narastającą wściekłość.

– Oj, daj spokój, skarbie, jestem twoją najlepszą przyjaciółką!

Jen przemknęła przez głowę wątpliwość, czy posiadanie najlepszej przyjaciółki jest rzeczywiście takim przywilejem.

– Mam masę roboty! – warknęła.

Zawartość płyty wyświetliła się na ekranie i mrugały teraz do niej w porządku alfabetycznym statystyki walutowe strefy euro, którymi miała się zająć.

Nagle Debs sięgnęła ręką ponad klawiaturą i ekran zgasł.

– Debs, do cholery, co ty wyprawiasz?

– Czekam cierpliwie na opowieść o tym, jak moja przyjaciółka Jennifer Linden, dziennikarka telewizyjna przekonana o istnieniu zjawisk paranormalnych, związała się z cynicznym, racjonalnym, trzeźwo myślącym policjantem z wydziału dochodzeniowo-śledczego.

Jen prychnęła z irytacją.

– Wcale nie jestem przekonana o istnieniu zjawisk paranormalnych! Robisz ze mnie idiotkę! Myślę równie trzeźwo jak ten cholerny Nick Mullard. Po prostu wiem, że tego dnia zdarzyło się coś niewytłumaczalnego.

– A co Nick sądzi na ten temat?

Jen tęsknie spojrzała na swojego laptopa. W tym momencie nawet statystyki walutowe wydawały jej się bardziej pociągające niż dalszy ciąg tej rozmowy.

– Nie rozmawialiśmy o tym.

Debs bez słowa zamrugała oczami. Czekała.

– No cóż, po prostu ten temat do tej pory nie wypłynął jeszcze w rozmowie.

Debs nie odrywała od Jennifer zdumionego spojrzenia.

Jak miała powiedzieć Debs, że nie była nawet pewna, czy Nick zdawał sobie sprawę, że to właśnie ona była dziennikarką, która przy okazji tej historii zrobiła z siebie idiotkę? Nie mogła się zdobyć na to, by mu o tym przypomnieć.

Kiedy spotkała Nicka pięć tygodni temu na wielkiej demonstracji w obronie środowiska naturalnego, która odbywała się przed gmachem parlamentu, przypadkowo się do niego uśmiechnęła. Pamiętała jego twarz, ale w tamtym momencie zupełnie nie wiedziała skąd. Odwzajemnił uśmiech (uznała, że z tego samego powodu) i tak jakoś zaczęli rozmawiać. I tyle. Im dłużej to trwało, tym bardziej niezręczne wydawało jej się wspominanie o okolicznościach ich pierwszego spotkania.

Wysunęła laptopa spod rąk Debs i poszła z nim do swojej sypialni. Przynajmniej w kwestii kryzysu walutowego wiedziała, na czym stoi.

Rozdział 4

Obcy

Londinium

A.D. 152

Pałac Kasjusza Malchusa był imponujący – pokoje o doskonałych proporcjach, wspaniałe mozaiki i niezwykłe rzeźby w ogrodach obsadzonych egzotycznymi roślinami. Dostojni goście ucztowali wystawnie i pili najlepsze wina. Elegancka fasada skrywała jednak także zastraszonych, uciskanych domowników. Żaden niewolnik nie mógł czuć się tu bezpieczny. Pracowali bez wytchnienia całymi dniami, pod groźbą okrutnych kar. Kasjusz zatrudnił oddział bezlitosnych strażników, którzy mieli egzekwować jego polecenia i wymierzać kary według własnego uznania. Słabi, bezbronni niewolnicy byli zdani na ich łaskę. W takich warunkach nieliczni wytrzymywali dłużej, a przetrwać mogli tylko najsilniejsi.

Los Sabiny został przypieczętowany, gdy szpiedzy Kasjusza dostrzegli, jak potajemnie przekazuje swojej ciotce Vibii, niewolnicy pracującej w kuchni domu Natalisów, pierwszy sekretny liścik Liwii. Wiedzieli, w czyje ręce miał trafić: Sethosa Leontisa. Dalej obserwowali Sabinę, aż zobaczyli, jak przy jednym z kramów na forum Vibia wręcza jej odpowiedź Setha.

W chwili gdy plan ucieczki młodych zaczął być wprowadzany w życie, Vibia zginęła pod kołami wozu, a Sabinę porwano i torturowano tak długo, aż zdradziła wszystkie informacje. Dwa dni po „zniknięciu” Liwii została publicznie ukrzyżowana. Cztery miesiące później krzyż stał nadal przed domem Kasjusza Malchusa.

Obcy zbliżył się do budynku, dostrzegł krzyż i skrzywił się z obrzydzeniem. Obrzucił wzrokiem ozdobny front willi: złote orły, olbrzymi portyk z filarami i podwójne rzeźbione drzwi, przed którymi stało czterech przyglądających mu się podejrzliwie strażników. Kiedy podszedł bliżej, żaden z nich nie wykonał kroku w jego stronę. Bogato zdobiona szata, bezsprzeczna oznaka wysokiego statusu, zapewniała mu nietykalność.

Pokonał schody frontowe i mocno zastukał w ciężkie drzwi. Kilka chwil później otworzyła je blada, lecz krzepka niewolnica. Szybko spojrzała w przestrzeń za jego plecami, wypatrując ukrytych zagrożeń.

– Nazywam się Ambrozjusz i przyszedłem zobaczyć się z Kasjuszem – rzekł cicho nieznajomy.

– Czy jest pan nowym lekarzem?

Nieznajomy przekrzywił odrobinę głowę.

Niewolnica zmarszczyła brwi, niepewna, jak to rozumieć.

– Proszę za mną.

Poprowadziła go po lśniących mozaikowych posadzkach, przez wspaniałe atrium, ku tylnej części domu. Po drodze widział straże stojące w gotowości w każdym korytarzu.