Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 454 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gorący Rytm - Olivia Cunning

 

Piękny seks i jeszcze piękniejsza miłość kolejnego Sinnersa w trzecim tomie rozpoczętej Za Sceną serii z Top 10 najgorętszych powieści Amazonu
Jace, basista Sinnersów, ma za sobą przeżycia, o których woli nie mówić i nie myśleć.Jego duszę może ukoić tylko kobieta taka jak Aggie, przy której potrafi zapomnieć o cierpieniu i poczuciu winy. Zdaniem Aggie, pięknej dominy, z mężczyzn nie ma żadnego pożytku – poza poczuciem władzy, jakie dają, gdy błagają o litość u jej stóp.

Lecz Jace nie jest taki jak klienci klubu, w którym Aggie tańczy co noc.Jeszcze żaden mężczyzna nie rozpalał jej aż tak i przy żadnym nie czuła się aż tak bezbronna...Kiedy niespodziewany wypadek stawia przyszłość Jace’a w zespole pod znakiem zapytania, Aggie wie,że musi mu pomóc. I pokazać, że czas i miłość leczą wszystkie rany…

Opinie o ebooku Gorący Rytm - Olivia Cunning

Fragment ebooka Gorący Rytm - Olivia Cunning

Strona redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Dorota Kielczyk

Korekta

Renata Kuk

Projekt okładki i zdjęcie na okładce

© Wydawnictwo Amber

Tytuł oryginału

Hot Ticket

Copyright © 2013 by Olivia Cunning.

First published in the United States by Sourcebooks Casablanca.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4712-0

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Pamięci Cliffa Burtona — jednego z najbardziej

utalentowanych i znaczących metalowych basistów,

jacy pieścili cztery struny gitary.

Jesteś nieobecny, ale nie zapomniany.

...teraz po prostu się pożegnam.

Fade to Black Metallica

Rozdział 1

Już kilka sekund od poznania mężczyzny Aggie potrafiła przypisać go do jednej z dwóch list.

Lista A: Faceci niewarci mojego czasu.

Lista B: Faceci, z którymi miałabym ochotę się pieprzyć.

Lista A wydłużała się z każdą godziną pracy Aggie w klubie nocnym Raj Odnaleziony. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio jakiś trafił na Listę B.

To by wyjaśniało, dlaczego upuściła bicz, kiedy On pojawił się na horyzoncie. Kimkolwiek był. Kandydat na Listę B kroczył przez salę, jakby był jej właścicielem. Wyglądał jak stereotypowy niegrzeczny chłopiec — skóry, tatuaże i wypisane na czole „bez kija nie podchodź” — ale ten image jaskrawo kontrastował z najsłodszą twarzą, jaką Aggie w życiu widziała. Kiedy usiadł przy stoliku najbliższym jej sceny, odchylił krzesło do tyłu, wyciągnął nogi i skrzyżował je w kostkach, jakby planował zostać dłuższą chwilę.

Interesujący. I z całą pewnością wart, żeby się z nim pieprzyć.

Popijając napój, Facet o Twarzy Anioła spojrzał na nią z dziwnym, wyzywającym błyskiem w ciemnych oczach. Było w nim coś, co natychmiast wywołało w Aggie falę niegrzecznych myśli. I tylko połowa z nich dotyczyła zadawania bólu temu twardemu ciału. Przystojny facet, na pewno, ale nie z powodu urody tak ją pociągał. Najdziwniejsze, że sama nie wiedziała, co wyróżnia go spośród klientów klubu. Może potrzebowała oddzielnej listy specjalnie dla niego.

Tymczasowa Lista C: Faceci, których nie potrafię oszacować w jednej chwili. Nie miała wątpliwości, że jedyny gość z tej listy szybko wylądowałby na Liście A. Wykluczone, żeby uznała klienta klubu za kandydata na Listę B. Nieważne, jak bardzo byłby atrakcyjny.

Podniosła bicz z podłogi (ale wstyd) i strzeliła nim tuż koło policzka przystojniaka. Nawet nie drgnął. Jego ciało stężało, ale nie ze strachu. Cicho sapnął i gwałtownie zamrugał — po tym poznała, że zagrożenie go podnieciło.

Faceci w większości lubili oglądać występ Aggie z ciemnego kąta i wyobrażać sobie, że są tak brutalne przez nią traktowani. W Raju Odnalezionym wybierali zabawę z dominatrix, bo chcieli pokazać, jacy są twardzi, ale niewielu siadało w zasięgu jej bicza. Oczywiście w klubie nigdy nikogo nie uderzyła. Jeśli facet chciał zostać ukarany za posiadanie chromosomu Y, musiał zapłacić ekstra.

Aggie zamachnęła się i jeszcze raz strzeliła biczem obok policzka nowego gościa. Rzemień trzasnął centymetry od jego skóry. Z zadowoleniem stwierdziła, że koleś i tym razem nawet nie mrugnął. Rany, ale byłoby super go łamać. Już od wieków nie miała prawdziwego wyzwania w swoim lochu.

Patrzył jej prosto w oczy, kiedy zbliżała się, tańcząc. Wyglądał dość młodo — na jakieś dwadzieścia pięć lat — ale w oczach miał mądrość ponad swój wiek. Założyłaby się, że widział w życiu niejedną tragedię. Jak wielu z tych, którzy szukali u niej ulgi.

Młody mężczyzna pokiwał na nią palcem. Zaskoczona uniosła brew i zerknęła na Elegio — ochroniarz stał niedaleko sceny. Nie powinna w klubie załatwiać swoich prywatnych interesów. Dla kolegów z pracy dominatrix Aggie była tylko sceniczną kreacją. Później, kiedy zeszła ze sceny, żeby obcować z klientami bardziej bezpośrednio, dyskretnie rozdawała wizytówki potencjalnym niewolnikom, ale teraz jej występ jeszcze się nie skończył. Musiała się skupić na tańcu, a nie śnić na jawie o zrobieniu z tego superprzystojnego twardziela swojej dziwki.

Oplotła nogą srebrzystą rurę i zawirowała dookoła; długie czarne włosy powiewały za jej plecami. Kiedy się zatrzymała, zobaczyła, że facet wstał z krzesła i stoi tuż przy scenie, u jej stóp. Z tylnej kieszeni wyciągnął banknot i uniósł w jej stronę, trzymając między dwoma palcami. O, dzień dobry, stówko. Mamusia potrzebuje nowych botków.

Chwyciła rurę jedną ręką i pochyliła się w stronę klienta, dając mu lepszy widok na swój głęboki, pełny dekolt. Jego spojrzenie przesunęło się na nagą skórę; przeciągnął językiem po górnej wardze. Zwykle w jej oczach jeden klient wyglądał równie nijako jak drugi, ale tego obejrzała sobie dokładnie, od ciężkich czarnych buciorów po platynowe nażelowane kolce włosów. Ciemne oczy. Ciemne brwi. Ciemny zarost. Zza dekoltu koszulki wystawał kawałek tatuażu. Prawy nadgarstek zdobiła nabijana ćwiekami skórzana bransoleta. Wyglądał twardo i szorstko, a jednocześnie słodko jak cukierek. Anioł z piekła rodem, z mocnym wskazaniem na anioła. Ciekawe, czy niegolony zarost to próba zasłonięcia tej dziewczęco ślicznej twarzy.

Gość wsunął banknot między piersi Aggie, pod jej czarny skórzany stanik. Kiedy jego palce musnęły ciało, stwardniały jej sutki. To u niej absolutnie nietypowa reakcja. Zwykle przechodziły ją, kiedy dotykali jej klienci. A ten obudził całe jej ciało do życia. Małe srebrne kółko w jego uchu błysnęło w świetle stroboskopu. Aggie przygryzła język, ale tak naprawdę chętnie skubałaby jego ucho. Można powiedzieć, że miała słabość do uszu.

Oj, źle, Aggie. Klienci nigdy nie są odpowiednimi kandydatami do łóżka.

— Tańczysz prywatnie? — wbił w nią spojrzenie swoich czekoladowych oczu. Głos miał niższy, niż się spodziewała, i tak cichy, że nie usłyszałaby go przez dudniącą muzykę, gdyby nie pochylała się tak blisko niego.

— Masz na myśli taniec na kolanach klienta?

— Jeśli to robisz. Ile?

— Pięćdziesiąt dolców.

Wręczył jej kolejną stówkę. Facetowi musiało się poszczęścić w kasynie. Nie wyglądał na nadzianego. Był w gładkiej białej koszulce, znoszonej kurtce z czarnej skóry i w obcisłych dżinsach, które opinały wielką wypukłość pod rozporkiem. Oo, witaj, wielkoludzie. Cieszyła się, że nie tylko ona ma tu ochotę zatańczyć horyzontalną mambę.

Aggie, kobieto, weź się w garść. To klient. Nie liczy się jako facet. Och, ale tak bardzo chciała, żeby się liczył. Czy raczej: żeby ją zaliczył.

Spojrzał w podłogę i się zarumienił.

— A oferujesz inne usługi?

Prr, kolego. Wyhamuj trochę.

— Nie jestem prostytutką, jeśli o to pytasz.

Pokręcił głową.

— Nie to miałem na myśli. Chciałbym, żebyś mnie zbiła. — Wciągnął drżący oddech w szeroką pierś. — Mocno.

O tak. To się da zrobić, cukiereczku.

Aggie znów spojrzała na ochroniarza, żeby się upewnić, że nie obserwuje jej pokątnej transakcji. Ale Elie skupił się na drugiej, dalszej scenie, na której najnowsza tancerka Raju Odnalezionego, Jessica alias Feather, tańczyła w białych piórach i jedwabnym szalu. Mężczyźni byli nią oczarowani. Ale choć Jessica miała fantastyczne ciało i umiała się poruszać, zwyczajnie nie miała odpowiedniego nastawienia, żeby być tancerką egzotyczną. Żaden z śliniących się facetów, którzy otaczali scenę Feather z wybałuszonymi oczami i bulwą pod rozporkiem, nie zgodziłby się z opinią Aggie. Oni widzieli tylko piękne opakowanie — nie widzieli złamanego serca w środku. Aggie je dostrzegała. Zauważyła to, kiedy tylko poznała Jessicę i pomogła jej dostać tę pracę. Biedna mała. Taka skołowana, skłócona sama ze sobą.

Wróciła spojrzeniem do faceta u swoich stóp. Jej współczucie nie obejmowało mężczyzn.

— Spełniam zachcianki za odpowiednią cenę — odparła. — Ale nie uprawiam seksu.

— Nie potrzebuję seksu.

Skinęła głową. Nie był nowicjuszem w tej zabawie, przez co wydawał się bardziej intrygujący niż większość jej ofiar. Owszem, miała paru stałych klientów w lochu, ale to głównie goście zwiedzający Vegas, którzy chcieli przez jedną noc zgłębiać swoją mroczną stronę. Większości z nich nie widziała nigdy więcej, co jej odpowiadało. Wiele dziewczyn w jej fachu preferowało stałych klientów, ale Aggie wolała zarobić na szybko parę dolców i nie ryzykować, że za bardzo polubi któregoś ze swoich niewolników.

Ten najnowszy chętny bardzo ją zainteresował — każdy centymetr jego ciała był pełen potwornego napięcia. Kiedy popatrzył jej w oczy, głęboki emocjonalny ból w jego spojrzeniu sprawił, że poczuła łaskotanie w żołądku. O tak, blondasku, właśnie takiego wyzwania potrzebuję w tej chwili.

— Zajmę się tobą, aniołku, ale nie tutaj. Później dam ci wizytówkę i możesz zadzwonić. Jeśli ci się poszczęści, pokażę ci swój loch.

Zadrżał, a z jego ust wyrwało się przesycone podnieceniem westchnienie.

Może powinna go wziąć za kulisy i dać mu próbkę tego, co ma do zaoferowania. Sprawiał wrażenie, że zaraz eksploduje z napięcia; ledwie mieścił w sobie ten cały ból. Potrzebował ulgi, a ona mogła mu ją dać. Aggie z kolei potrzebowała zobaczyć, jak on czołga się u jej stóp, by móc go zaliczyć do facetów niewartych jej czasu. Im szybciej ten gość dołączy do tysięcy innych na Liście A, tym lepiej dla niej.

Uklękła na scenie, by porozmawiać z nim, nie przerywając tańca.

— To kiedy?

Jak najszybciej.

— Zdaje się, że mam wolną chwilę za parę dni.

— Dzisiaj. Pieniądze nie grają roli. Podaj cenę.

Podaj cenę? O tak, z całą pewnością mówił jej językiem, ale wiedziała, że jeśli zmusi go do czekania, połowa roboty odwali się sama. Przeciągnęła krwistymi spiczastymi paznokciami po jego szyi, pozostawiając lekkie zadrapania.

— Zajrzę w terminarz i sprawdzę, czy uda mi się ciebie wcisnąć. Może jutro. Albo pojutrze.

Miała wielką ochotę poznaczyć jego skórę szramami i usłyszeć, jak płacze z bólu. Pragnęła największej satysfakcji, jaką mógł jej dać: błagania o litość, błagania, żeby przestała. W tej słodkiej chwili on odda jej całą swoją moc i zostanie jej własnością. Tego chciała. Potrzebowała tego, żeby nie zapaść się na nowo w tę czarną dziurę, w której kiedyś egzystowała. Ale jeszcze za wcześnie, żeby go zaspokoić. Wiedziała, że jego spełnienie będzie głębsze, jeśli każe mu czekać parę dni. Niech oczekiwanie ogarnie całe jego ciało i umysł, aż nie będzie mógł myśleć o niczym oprócz tego cudownego bólu, który mu obiecała.

Jej uwagę ściągnęło zamieszanie po drugiej stronie sali. Ochroniarz ruszył biegiem w stronę sceny Feather. Jakiś potężnie zbudowany, przystojny klient w skórzanej kurtce chwycił Jessicę w ramiona. Uwięził jej ręce, więc miotała się bezradna w objęciach. Kilku ochroniarzy próbowało ją uwolnić. Kilku innych wyprowadzało z klubu jakiegoś wysokiego, chudego gościa. Trzeci facet, stojący obok napastnika, kręcił z zażenowaniem głową. Wszyscy trzej klienci wyglądali dziwnie podobnie, jakby grali w tym samym zespole rockowym, czy coś w tym rodzaju. Jak się tak zastanowić, to przystojniak pod jej sceną też do nich pasował. Kolejny od kompletu. Spojrzała w dół — jej potencjalna zabawka zniknęła.

— Sukinsyny! — wrzasnął jej blond anioł i rzucił się na plecy jednego z ochroniarzy.

Kiedy Jace zobaczył, że ochroniarz wlecze perkusistę Sinnersów, Erica, w stronę wyjścia, nie zastanawiał się — po prostu ruszył do akcji. Z jego głowy uleciały wszystkie myśli o pięknej czarnowłosej dominatrix i cudownych rzeczach, które mogłaby zrobić z jego ciałem.

Popędził przez klub, wybił się na krześle i wylądował na plecach ochroniarza. Zdawał sobie sprawę, że nie jest dość potężny, żeby powalić takiego byka, ale umiał walczyć. Gdyby jego życie potoczyło się inaczej, pewnie zostałby zawodowym bokserem, a nie basistą zespołu rockowego Sinners.

Nie miał nic przeciwko bójce od czasu do czasu — potrafił się bić i załatwić przeciwnika jednym ciosem — ale teraz nie wiedział nawet, dlaczego nawalają się z bandą ochroniarzy w trakcie wieczoru kawalerskiego Briana. Mieli tu balować, a nie robić bydło. Oby Eric miał dobre wytłumaczenie, dlaczego wkurzył ośmiu bramkarzy do tego stopnia, że zaczęli tłuc wszystko, co się rusza. Kiedy rozróba przeniosła się na chodnik przed klubem, rozkręciła się na dobre. Jace wyeliminował dwóch gości jednym uderzeniem pięścią, po czym zatrzymał się, żeby ocenić sytuację.

Eric, wysoki i żylasty, robił, co mógł, ale tamci mieli nad nim przewagę liczebną — czterech na jednego. Otoczony, bez drogi ucieczki, wskazał nagle w niebo.

— Patrzcie, latające Elvisy!

Wszyscy czterej ochroniarze spojrzeli w mroczne niebo jak indyki podczas gradobicia. I kiedy tak wpatrywali się w ciemność, pochylony Eric rąbnął jednego z nich na wysokości pasa, próbując uciec z tego kręgu mięśni, ale kiedy tamci zorientowali się, że z nieba nie lecą gwiazdorzy na spadochronach, od nowa zaczęli go okładać.

Jace postanowił trochę wyrównać szanse. Dwa sierpowe i kilkadziesiąt prostych później kolejni dwaj ochroniarze leżeli na chodniku: jednemu całkiem odcięło zasilanie, drugi próbował wstać, ale jakoś nie mógł złapać równowagi.

Eric otarł krew z oka i ogarnął zaskoczonym spojrzeniem ludzkie szczątki u swoich stóp. Spojrzał na Jace’a.

— Jezu, knypku, jesteś człowiekiem demolką.

Jace rozproszony komplementem Erica poczuł nagle pięść na szczęce. Ból ogarnął całe pół twarzy. Zadzwoniło mu w uszach. Obraz się zamazał. Ból mu nie przeszkadzał, ale zakłócenie działania zmysłów wytrąciło go z równowagi. Dostał kolejnego haka w szczękę, zanim zdołał się skupić na tyle, żeby grzmotnąć przeciwnika w podbródek.

Zadyszany odwrócił się i zobaczył, że jakiś gość walnął gitarzystę rytmicznego Sinnersów, Treya, kijem bejsbolowym w głowę. Trey nawet nie był w klubie, kiedy zaczęła się zadyma. Za co w ogóle oberwał?

— Pieprzona ciota — warknął bramkarz.

Nieprzytomny Trey osunął się na ziemię. Eric ruszył na popaprańca z kiem. Wyrwał mu broń z ręki i rzucił na jezdnię.

— Nikt... — Walnął tamtego w twarz. — Nie będzie... — Uderzył jeszcze raz. — Go nazywał... — I jeszcze raz. — Ciotą. — Tłukł, aż facet przestał się podnosić.

Ich gitarzysta solowy Brian (a ten kiedy, u diabła, przyłączył się do awantury?) bił się solo z ostatnim stojącym ochroniarzem. Wymieniali się ciosami kawałek dalej. W końcu Brian dostał pięścią w nos i to go tak wkurzyło, że załatwił przeciwnika dwoma mocnymi, szybkimi prostymi.

Jace wziął głęboki wdech. Cieszył się, że już po wszystkim. Teraz może będzie mógł dopić swoją whisky i umówić się z tą seksowną jak diabli dominatrix. Wokalista Sinnersów, Sed, wypadł z klubu. Widocznie znudził się striptizerką, którą porwał ze sceny, i przybył gotów do walki. Przydałby się trochę wcześniej. Był ogromny. Paker świetnie nadawałby się na wykidajłę, gdyby nie jego niebiański głos. Teraz rozejrzał się dookoła, szukając kogoś, komu mógłby przyłożyć, ale wszyscy ochroniarze leżeli pokotem.

Niestety Trey też.

Sed dwoma krokami przeszedł przez chodnik i schylił się nad kumplem. Chwycił go za ramiona, uniósł jego tułów z ziemi i delikatnie potrząsnął. Głowa Treya bezwładnie opadła do tyłu. Był całkowicie nieprzytomny.

— Trey? Trey! Trey, otwórz oczy. — Sed spojrzał na Erica. — Kurde, co mu się stało?

— Ten palant walnął go bejsbolem w tył głowy. — Wspomniany palant jęczał na ziemi. Eric zmasakrował mu twarz.

— Cholera, co jest? — Sed z powrotem opuścił Treya na chodnik, po czym sam padł na kolana i przyłożył mu ucho do piersi. — Serce mu bije. I oddycha.

— No ba. Chyba nie myślałeś, że się przekręcił? Nawet nie krwawi.

Brian podszedł do nich chwiejnym krokiem. Rozmasowywał kostki prawej dłoni, jego brwi marszczył groźny grymas.

— Niech cię szlag, Eric, dlaczego zawsze musisz wywołać zadymę?

— To przez Seda. To on porwał Jessicę ze sceny.

Jace spojrzał na Seda ze zdumieniem. Jessica? Narzeczona, która rzuciła Seda prawie dwa lata temu? Jaki ten świat mały. Jace nie rozpoznał jej bez ubrania.

— Czy to ważne, kto zaczął? Już po wszystkim — mruknął Sed. — Wynośmy się stąd, zanim przyjadą gliny. Wątpię, żeby Myrna chciała wyciągać Briana z aresztu w dniu ślubu, a poza tym jutro mamy koncert. Nie bardzo możemy go odpuścić.

Pewnie powinni pomyśleć o tym, zanim zmasakrowali sobie dłonie, twarze i resztę w awanturze, która teraz, kiedy się skończyła, wydawała się bezsensowna. I choć ta impreza dla uczczenia ostatnich chwil wolności Briana mogłaby startować w konkursie na Najkrótszy Wieczór Kawalerski w Historii, z pewnością nieprędko ją zapomną.

Jace spojrzał na drzwi klubu i westchnął sfrustrowany. Nie dostał wizytówki od tej kuszącej dominatrix, a bardzo potrzebował spotkać się z nią w bardziej kameralnych warunkach. Owszem, bójki po części uwalniały napięcie — dlatego wciąż boksował rekreacyjnie, choć miał teraz lepszą fuchę w zespole — ale barowa awantura nie koiła zamętu w jego duszy. A na pewno nie tak skutecznie jak chłosta do granic wytrzymałości w wykonaniu kobiety w szpilkach i czarnych skórach.

Sed podniósł Treya z chodnika, przerzucił go sobie przez szeroki bark i ruszył do różowego thunderbirda rocznik 57 przy krawężniku. Wycie syren stawało się coraz głośniejsze.

— Spadamy! — krzyknął Eric.

Jace rzucił ostatnie tęskne spojrzenie na wahadłowe drzwi klubu, wsiadł na swojego harleya, poczekał, aż Eric usadowi się za nim, i pomknął za thunderbirdem do autokaru — ich domu na kołach zaparkowanego na tyłach hotelu Mandalay Bay. Na pewno ktoś zgłosi glinom, czym odjechali. Było mnóstwo świadków bójki. Teraz cały zespół prawdopodobnie ma przechlapane. Wpadli na całego. Szykowały się potężne kłopoty. Ich menedżer Jerry zapowiedział im, że jeśli znów wylądują w areszcie, to już niech do niego nie dzwonią. Ostrzegł, że nie wpłaci kaucji. Zagroził też, że jeśli ekipa techniczna im pomoże, natychmiast zostanie zwolniona. A Jerry nie rzucał słów na wiatr.

Kiedy Jace zatrzymał się za autokarem, Trey wytoczył się z samochodu Myrny i oparł o zderzak. Teraz przynajmniej był przytomny. Jace postawił motocykl na nóżkach, wyłączył silnik i podszedł do gitarzysty.

— Dobrze się czujesz, stary?

Żaden z członków zespołu nie miał zdrowych rumieńców, ale Trey był biały jak duch.

— Taak. Jestem tylko trochę zamulony. — Trey przycisnął skronie obiema dłońmi. — Ja pierdolę, ale mnie łeb boli.

Brian wychylił się przez okienko kierowcy.

— Wracaj do samochodu, Trey, zawieziemy cię do szpitala.

— Wal się. Wiesz, że nie cierpię szpitali. Niby dlaczego nie poszedłem w ślady ojca?

— Bo jesteś za głupi na doktora — odparł Brian. — Wracaj do samochodu.

Sed z lekkim trudem wydostał się z małego auta.

— Posłuchaj Briana, Trey. Wsiadaj z powrotem. — Chwycił Treya za ramiona i spróbował siłą wepchnąć go do kabiny.

Trey mu się wyrwał.

— Eric krwawi jak zarzynana świnia, a jemu nie grozicie wycieczką do szpitala.

Sed wzruszył ramionami.

— Jasne, bo to tylko Eric.

— Bardzo ci, kurde, dziękuję za troskę, Sed — burknął Eric. — Naprawdę. Doceniam. — Krew z rozcięcia na skroni wciąż ciekła mu na twarz i czarną koszulkę.

— Trzeba cię szyć? — spytał Jace.

Eric zmarszczył brwi.

— A ciebie?

Jace pokręcił głową.

— Mnie nie leci krew.

— A dlaczego, knypku?

Jace wzruszył ramionami i spojrzał w ziemię, żeby Eric nie zorientował się, że zdołał go wkurzyć. Znowu. Z Erikiem po prostu nie dało się wygrać. Nigdy. A Jace za bardzo go szanował, żeby dać mu w zęby. Wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze, nie przestając wpatrywać się w ziemię. Znosił wieczne docinki Erica, ale jeśli tego trzeba, żeby zostać w zespole, to będzie je znosił dalej. Nic na całej pieprzonej planecie nie znaczyło dla niego więcej niż ci czterej genialni muzycy.

— Sed, daj mi swoje okulary — powiedział Brian, który zdążył wysiąść z samochodu. Niecierpliwie pomachał ręką na Seda.

— Do cholery, po co ci ciemne okulary? Jest prawie północ.

— Dawaj i tyle.

Sed wyjął okulary z kieszeni kurtki, wręczył je Brianowi i wziął głęboki wdech.

— Okej, wchodzę. Myrna mnie zabije, że pozwoliłem skopać tyłek Brianowi w noc przed ślubem.

— Nikt mi nie skopał tyłka.

— Wyglądałeś lepiej, przyjacielu. Uwierz mi.

Sed ruszył do schodków autokaru. Eric poszedł za nim.

— Na pewno wszystko dobrze, Trey? — spytał Jace.

— Tak. Potrzebuję tylko trochę lodu. — Dotknął palcami potylicy i się skrzywił. Poszedł po schodkach za Erikiem, lekko zataczając się na lewo.

— Ty następny — polecił Brian Jace’owi.

Jace wyszczerzył się w uśmiechu.

— Boisz się Myrny?

— Jasne, że się boję Myrny. Nie cierpię się z nią kłócić. Zawsze wygrywa. I ma wszelkie powody, żeby się na mnie wściec. Kto chce iść do ołtarza z facetem, który ma podbite oczy?

Jace uśmiechnął się szerzej, po jego twarzy rozlał się rumieniec zażenowania.

— Myrna chce. Bo cię kocha.

Brian westchnął głęboko.

— Obyś miał rację. Boże, nie mogę się doczekać, żeby jej założyć tę obrączkę na palec. No dobra, Jace, idź. Pewnie już usłyszała nowiny. Im więcej przeszkód na jej drodze, tym lepiej dla mnie, a nie sądzę, żeby cię uderzyła. Nie wiedzieć czemu myśli, że jesteś słodki. — Mało nie zakrztusił się ze śmiechu.

Jace nigdy nie dał Myrnie powodu, żeby myślała inaczej.

— Wszystko będzie dobrze. Po prostu się płaszcz.

— Płaszczyć się? — Brian zastanawiał się chwilę, w końcu skinął głową. — To się da zrobić.

Jace wszedł po schodkach i zobaczył Myrnę, wciąż jeszcze ubraną w biznesowy kostium. Wyglądała jak grzeczna skromnisia, choć z całą pewnością nie była ani grzeczna, ani skromna. Opatrywała skaleczenie na skroni Erica, a ten rozkoszował się każdą minutą jej zainteresowania. Był trochę... nie, był potwornie zabujany w dziewczynie Briana, więc kiedy tylko poświęcała mu uwagę, zaczynał się zachowywać jak podpity. Trey szukał lodu w zamrażarce. Sed stał przy stole z taką miną, jakby obrabował bank.

Myrna nie potrzebowała nawet dwóch minut, żeby ustawić Briana. Brak prywatności jej przeszkadzał, więc zabrała go z tą kłótnią do sypialni na końcu autokaru, ale nawet przez zamknięte drzwi Jace słyszał, jak kumpel się płaszczy. Zdaniem Jace’a całkiem nieźle mu szło, choć Myrna wciąż nie chciała darować swojemu narzeczonemu, że ten ma lima pod oczami.

Jace rozmasowywał spuchnięte kostki palców, zastanawiając się, jak będzie grał jutro wieczorem. Nie mógł się narażać na więcej bójek. Gdyby rozwalił sobie dłonie, Sinnersi pozbyliby się go bez mrugnięcia okiem. Wolał nie dawać im powodu do wyrzucenia go z zespołu. Zbyt ciężko pracował, by go przyjęli.

Sed przyniósł z łazienki aspirynę i z szerokim uśmiechem podał ją Treyowi. Skinieniem głowy wskazał drzwi sypialni.

— Wygląda na to, że się pogodzili.

Nie było już słychać błagań Briana. Zza drzwi dobiegały tylko niedające się z niczym pomylić krzyki rozkoszy, które Myrna wydawała z siebie właściwie codziennie.

Trey się roześmiał.

— Kto mógłby się długo gniewać na Briana? — Połknął kilka tabletek i podał pudełko Ericowi.

— Cieszę się, że się pogodzili — powiedział Eric, który przyciskał do skroni zakrwawioną ściereczkę do naczyń. — Czułbym się fatalnie, gdyby odwołała ślub.

— I powinieneś się czuć fatalnie — odparł Jace, wpatrując się w podłogę, bo wiedział, że jego spojrzenie będzie prowokacyjne. Mimo wszystkich lekcji, jakich próbował udzielać mu ojciec, nigdy nie zdołał zgasić tego wyzwania w spojrzeniu. — Ty to wszystko zacząłeś.

— No cóż, nie prosiłem cię o pomoc, knyplu.

Fakt, nie prosił. Jace powinien trzymać się z daleka i pozwolić, żeby goryle z klubu przefasonowali Ericowi twarz.

Zacisnął wargi i lekko skinął głową. Wyszedł z autokaru bez słowa, bo nie był w nastroju na kolejną konfrontację. A już na pewno nie z Erikiem. Z facetem, który nie zdawał sobie sprawy, jak pozytywny wpływ miał na życie Jace’a. Gdyby Jace nie uważał Erica za swojego bohatera, już dawno dałby mu po gębie.

Wsiadł na harleya, zapiął kask i odpalił silnik. Motocykl ryknął. Poczucie wolności, jakie symbolizował ten dźwięk, natychmiast przyniosło mu spokój ducha. Odjechał. Nie bardzo wiedział, dokąd zmierza, ale jego myśli skupiły się na czarnowłosej piękności z biczem. Ta kobieta była dokładnie tym, czego potrzebował.

Zastanawiał się, czy ona jest jeszcze w klubie. Musiał odebrać tę wizytówkę, którą mu obiecała, i umówić się na cudowne lanie.

Natychmiast.

Rozdział 2

Jace zaparkował w zaułku obok klubu ze striptizem. W ogóle nie powinno go tu być. Choć zawsze doskonale potrafił pozostawać niezauważony, wiedział, że wygląda dość charakterystycznie, a ochroniarze nie bywali raczej wyrozumiali dla ludzi, którzy spuścili im łomot. Gdyby go zobaczyli, pewnie spędziłby noc w areszcie. Albo, co gorsza, w szpitalu. Brać udział w bójce to jedno, a dostać lanie od bandy mięśniaków to już zupełnie coś innego. Ale był skłonny zaryzykować, żeby jeszcze raz ją zobaczyć. Ją. Kimkolwiek jest. Do diabła, nie znał nawet jej imienia.

Wyłączył silnik, szarpnął motocykl do tyłu, żeby ustawić go na nóżkach, i zsiadł. Nie zdejmując kasku, oparł się o siodło. Zamierzał poczekać przy tylnym wyjściu, aż pojawi się jego piękna diablica w czarnych skórach. Miał nadzieję, że się z nią nie rozminął. Potrzebował jej. Bardzo. Mógł sterczeć tu nawet całą noc, jeśli trzeba. Przecież nie musiał być nigdzie indziej.

W ciągu pół godziny z tylnych drzwi wyłoniło się parę osób, głównie tancerek. Poczuł na sobie parę ciekawskich spojrzeń, ale nikt nie spytał go, co tu robi.

Kiedy wreszcie wyszła, zaparło mu dech. Miała długi, czarny futrzany płaszcz założony na skórzany stanik, czarne satynowe figi i buty sięgające ud. Jace stłumił dreszcz pierwotnej tęsknoty. Zatrzymała się u stóp schodów i sięgnęła po coś do kieszeni. Może po papierosa?

Jace poklepał się po kieszeniach, szukając zapalniczki, ale ona wyjęła paczkę gumy do żucia i wrzuciła jedną do ust. Odwróciła głowę w jego stronę.

Zauważyła go.

Jego kutas drgnął z podniecenia. Z niecierpliwości. Każdy centymetr skóry zaczął go mrowić z pragnienia.

Jej pełne czerwone wargi wygiął seksowny uśmiech.

Rozpoznała go? Nie wiadomo. Wciąż miał na głowie kask z czarną szybką. Może uśmiechała się tak do każdego faceta. Sam nie wiedział, dlaczego ta myśl go rozzłościła. Chciał kupić jej usługi na parę godzin, a nie zapraszać ją na stałe do swojego życia. Ale musiał przyznać, że dziewczyna ma klasę. Boże święty, ale ona ponętna.

Ruszyła w jego stronę pełnym wdzięku krokiem polującej kotki. Im bliżej była, tym Jace’owi mocniej i szybciej łomotało serce. Wyprostował się i odsunął o krok od motocykla.

Zatrzymała się tuż przed nim. Przez ubranie czuł żar jej ciała. To ciepło pieściło mu skórę. Całe jego ciało odbierało jej wibracje.

Lekko pochylił się w jej stronę. Pragnął jej dotknąć. Posmakować. Doświadczyć wszystkiego, czym ona jest.

Ale przede wszystkim chciał, żeby sprała go na kwaśne jabłko.

— Tak myślałam, że się pojawisz — mruknęła. — Jestem ci winna taniec.

W tych swoich kozakach na ośmiocentymetrowych obcasach była wyższa od niego. Bez butów pewnie on byłby ze dwa centymetry wyższy. Ale jej wzrost mu nie przeszkadzał. Podniecało go patrzenie na nią z dołu. Ta długa biała szyja. Ostry kąt żuchwy. Gładkie policzki. Gęste rzęsy. Kruczoczarna grzywka. Piżmowy zapach jej perfum zmieszany z zapachem skórzanego ubrania i miętowej gumy. Miękki, lekko ochrypły głos. Wszystko w tej dziewczynie go podniecało. Potrzebował jej. Teraz. Musiał zmobilizować całą siłę woli, żeby nie przyciągnąć jej do siebie.

— Skąd wiedziałaś, że to ja? — spytał.

Uniosła szybkę kasku i spojrzała mu w oczy. Jej intensywnie błękitne tęczówki szokująco kontrastowały z kruczymi włosami i porcelanową skórą.

— Pomijając fakt, że jesteś w tych samych ciuchach?

No tak.

— To przez twoją postawę, aniołku. Napięcie w twoim ciele. Wręcz bucha od ciebie. Kiedy ostatnio je rozładowałeś?

Wiedział, co dziewczyna ma na myśli. Nie chodziło jej o napięcie seksualne. To mógł rozładować, kiedy chciał. Pytała, od jak dawna nie dostał tego, czego potrzebował. Ulgi, którą ona mogła mu dać.

— Prawie rok temu.

Zacisnęła usta ze współczuciem.

— Biedaku. Ja to naprawię. — Dotknęła jego policzka. — Wszystko będzie dobrze.

Dreszcz rozkoszy przemknął po jego szczęce, w dół szyi, po brzuchu. Chwycił go za jaja. Jace zadrżał. Sięgnął do niej. Potrzebował tego. Jej.

Dała mu po łapie.

— Nie.

Zacisnął dłoń w pięść i opuścił rękę. Jako domina przywykła do tego, że mężczyźni słuchają jej rozkazów, więc nie odbierał jej tej mocy. Na razie.

— Chodźmy.

— Teraz?

— Tak, teraz. Właśnie teraz.

Roześmiała się. Głęboki, zmysłowy dźwięk wywołał dreszcze na jego plecach.

— Muszę wracać do pracy, cukiereczku.

Jace sapnął sfrustrowany.

— Więc kiedy? Kiedy?

— Jutro wieczorem. O dziesiątej.

Poczuł ściskanie w żołądku. Pokręcił głową.

— Nie mogę czekać tak długo.

Chwyciła go za krok. Jace wstrzymał oddech. Ścisnęła mu jaja. Nie za mocno. Tylko tyle, żeby obdarzyć go cudownym bólem. Bolało tak wspaniale, że przygryzł wargę, by nie krzyknąć z rozkoszy.

— Poczekasz — powiedziała spokojnie. — Powtórz.

Opierał się.

Ścisnęła mocniej.

— Powtórz.

Wchłonął w siebie ten koszmarny, słodki ból, ale pragnął więcej.

Kiedy zabrała rękę, skrzywił się. Wnętrzności mu się wywracały, ale chciał więcej bólu. O wiele więcej. I wiedział, że ona mu go nie da, nigdy, chyba że będzie jej posłuszny.

— Poczekam.

Uśmiechnęła się i wsunęła mu coś w dłoń. Wizytówkę.

— Tu masz adres. Przyjdź punktualnie, bo inaczej nie otworzę.

Spojrzał na prosty, czarny kartonik. W zaułku było dość światła, by dało się odczytać krwawoczerwony tekst.

„Pani V

Specjalistka od kar cielesnych”

Od kar cielesnych? Rany, o mało nie spuścił się w nogawkę, widząc te słowa w druku.

Głęboko zaczerpnął powietrza, żeby się uspokoić. Nie mógł zapominać o obowiązkach. Jutro wieczorem Sinnersi mają ważny koncert. Czy wyrobią się do dziesiątej? Choć zwykle występowali jako gwiazda, jutro grają jako support, więc zaczynają wcześniej niż zwykle. Skończą pewnie jakoś o wpół do dziesiątej, więc będzie musiał się pospieszyć.

— Będę na czas — powiedział.

— Nie mogę się doczekać twoich błagań o litość — mruknęła.

— No to się rozczarujesz. — Wsunął wizytówkę do kieszeni i wsiadł na motor. Przekręcił kluczyk i silnik znów ryknął. — Do jutra.

Rozdział 3

Jace przełożył okład z lodu z lewej dłoni do prawej. Opuchlizna zaczynała schodzić, ale wiedział, że będzie dziś grał do dupy. Występowali na rozgrzewkę przed Exodus End, przy wysprzedanym stadionie. W pieprzonym Las Vegas. To powinien być potężny kopniak w górę dla ich kariery, a wydawało się niemal gwarantowane, że dadzą ciała. Sinnersi wspinali się po drabinie sławy, ale Exodus End był na szczycie w swoim gatunku i nie zanosiło się, by miało się to zmienić. Czy mogli wybrać sobie gorszy koncert do spieprzenia? Mało prawdopodobne.

Eric ze swoją rockową fryzurą mokrą po prysznicu klapnął na kanapę obok Jace’a.

— I jak tam?

Jace wzruszył ramionami.

— Przeżyję.

— To tak, ale czy dasz radę grać?

Jace spojrzał na Erica, któremu trzy wąskie plasterki zamykały ranę na skroni.

— No raczej. A jak Trey?

— Zdrzemnął się.

Jace zmarszczył brwi.

— Zdrzemnął się? — To nie było w stylu Treya. Zazwyczaj właśnie szukał sobie jakiejś dziewczyny do pieprzenia za parę godzin. Albo jakiegoś chłopaka. Lubił i jedno, i drugie. — Może powinniśmy zabrać go do lekarza.

— On chyba jest zdołowany tym ślubem. Oczywiście nic nie powie, ale Brian nie będzie miał już tyle czasu dla swojego najlepszego kumpla, kiedy do ekipy dołączy Żoneczka Sinclair.

Jace uznał, że jest w tym trochę racji. Trey i Brian przyjaźnili się prawie dwadzieścia lat. Nawet mieszkali razem. Teraz, kiedy Brian się ożenił, Trey miał prawo czuć się odstawiony na boczny tor.

— No tak.

Eric bez ostrzeżenia trzasnął Jace’a w tył głowy.

— Dlaczego nigdy nie wspomniałeś, że walczysz jak mistrz UFC?

Jace spojrzał na niego.

— Bo nigdy nie pytałeś.

— Gdzie się nauczyłeś tak bić?

Kabina autokaru zaczęła się robić jakby za ciasna. Jace nie lubił myśleć o przeszłości, a co dopiero o niej mówić. Zagapił się na okład w dłoni i wzruszył ramionami.

— Nie wiem. A ty? Też byłeś niezły.

Miał nadzieję, że uda mu się zmienić temat. Przeniesienie uwagi na kogoś innego było niezłą techniką unikania cudzego wścibstwa. Szczególnie w przypadku Erica, który uwielbiał być w centrum zainteresowania.

— Ja musiałem się nauczyć walczyć. Nie miałem wyjścia. Przez piętnaście lat przepychali mnie z jednej rodziny zastępczej do drugiej. Niestety nie pofarciło mi się i nie trafiłem na sponsora, który chciałby pomagać dzieciom albo stworzyć zdrową rodzinę. Wszystkim zależało tylko na łatwej kasie od państwa. Połowa to nawet nie dawała mi jeść. — Wzruszył ramionami, a jego niebieskie oczy pojaśniały, kiedy z łatwością porzucił wspomnienia o swoim dzieciństwie. Jace chciałby to umieć. — Ale spuszczać komuś łomot to niezła zabawa, nie?

Zabawa? Raczej nie. Za to świetnie podbudowywało ego.

— Pewnie tak. A w ogóle to od czego się zaczęło?

— Nie widziałeś, jak ten bramkarz przydusił Seda? Nie puścił, nawet jak mu powiedziałem, że Sed to wokalista. Musiałem mu przywalić.

Jace pewnie też by mu przyłożył. Między innymi dzięki głosowi Seda Sinnersi byli tak wyjątkowi. Uśmiechnął się blado.

— W takim razie cieszę się, że im spuściliśmy manto.

— Powinniśmy iść na próbę. — Eric zerwał się na nogi. — Nasz występ jest mniej więcej o połowę krótszy niż zwykle. Po prostu wiem, że zacznę od intro do Twisted, kiedy powinienem grać Goodbye is Not Forever.

Jace się roześmiał.

— A ja coś czuję, że i tak to schrzanimy. — Wstał z wygodnej skórzanej kanapy i wrzucił topniejący lodowy okład do małej zamrażarki.

— Nikt nie zauważy. Fani będą zbyt nakręceni czekaniem na Exodus End, żeby w ogóle się nami przejmować.

— Myślę, że zauważą, że schrzaniliśmy koncert.

Eric ryknął śmiechem.

— Spoko. Nikt nigdy nie słucha basisty. Możesz sobie chrzanić do woli.

Jace przygryzł wargę, żeby się nie odciąć Ericowi. Napięcie naprawdę zaczynało go rozsadzać, musiał je rozładować. Ile to jeszcze godzin do wizyty u Pani V? Spojrzał na zegar na odtwarzaczu. Cholera. O cztery za dużo.

Po próbie i szybkim poczęstunku resztkami tortu weselnego Jace stał sam za kulisami i usiłował przygotować się psychicznie do występu przed dwunastoma tysiącami ludzi. Opuchlizna na dłoniach zeszła, ale palcom brakowało zwykłej sprawności. Bał się, że zawiodą chłopaków z Exodus End, dając marny koncert jako ich support. Aż go mdliło na myśl, że mógłby ich rozczarować. Był im winien całe morze wdzięczności. Szczególnie gitarzyście solowemu Dare’owi.

Coś kolnęło go w lewy bark. Obrócił się — szeroko uśmiechnięty Eric dźgał go pałeczką.

— Dzisiaj znowu będziesz się chował za perkusją?

Jace wzruszył ramionami. Nie przepadał za występami na żywo. Chciał tylko grać na basie tak dobrze, jak się da, a zabawianie tłumu zostawić Sedowi, Brianowi i Treyowi. Ci trzej mieli wrodzony talent do nawiązywania kontaktu z publiką. Jace nie miał. Czuł się jak debil, kiedy zmuszał się, by wyjść z bezpiecznej tylnej części sceny.

— Bo dzisiaj będzie z tym mały problem, knypku.

— Jaki problem?

— Gramy pierwsi, a to znaczy, że mamy dla siebie tylko pół sceny. Nie dasz rady się upchnąć z tyłu. Moje gary zajmują za dużo miejsca. Dzisiaj stoisz na froncie.

Żołądek wpadł Jace’owi do butów.

— Cholera.

Eric roześmiał się, widząc zdruzgotaną minę kumpla.

— To powinno być zabawne. Chociaż pamiętam jeden występ, kiedy Brian myślał tylko o Myrnie i zająłeś jego miejsce. Jak chcesz, potrafisz być interesujący.

Problem w tym, że Jace nie chciał. Grał dla muzyki. Nie zależało mu na niczym więcej. Nie potrzebował podkręcać sobie ego uwielbieniem fanów. Nagle jakiś łoskot wyrwał go z zamyślenia. Travis, jeden z ich najbardziej doświadczonych techników, wsunął rękę w stertę pustych futerałów od gitar i postawił Treya na nogi.

— Wszystko dobrze? — spytał.

Trey zatoczył się na bok i dłuższą chwilę przytrzymywał się ramienia Travisa. Wciąż nienaturalnie blady powoli skinął głową.

— Tak, tylko straciłem równowagę.

Jace stanął obok chwiejącego się na nogach gitarzysty.

— Moim zdaniem powinieneś dać się zbadać. Z urazami głowy nie ma żartów.

— Cholera, nic mi nie jest. Wolałbym, żeby wszyscy przestali mnie traktować jak weterana wojennego. Gdzie Brian, do diabła?

— Zdaje się, że poszedł na szybki numerek z Myrną — odparł Sed, który wcinał całe kilometry czerwonych cukierków lukrecjowych. Gliceryna z cukierków pomagała mu nawilżyć więzadła głosowe, a przynajmniej tak twierdził. Widocznie gardło ciągle go bolało.

— Jezu, ostatnio nie robi nic innego tylko pieprzy tę dziewczynę — burknął zrzędliwie Trey. — Nie wie, że za parę minut mamy być na scenie?

— Siedem minut — sprecyzował ich główny realizator dźwięku Dave, po czym wybiegł na zewnątrz zająć się sprzętem.

Trey osunął się na Jace’a, który chwycił go za ramiona i przytrzymał.

— Oddychaj głęboko.

Trey zamknął oczy i usłuchał bez szemrania.

— Lepiej?

Powoli kiwnął głową i skrzywił się z bólu.

— Rany, ale mnie łeb nawala.

— Może usiądź? — zaproponował Eric. — Zaraz coś rozwalisz.

— Najprędzej własną czaszkę — stwierdził Brian. Wreszcie dołączył do nich i przełożył pasek gitary przez ramię.

— Skończyłeś bzykać Myrnę? — spytał Trey, kręcąc głową nad przyjacielem, który stał się uzależnionym od seksu pantoflarzem.

Brian parsknął śmiechem.

— O, daleko mi do końca. Prawdziwy miesiąc miodowy zaczyna się za czterdzieści sześć minut.

Sed zmarszczył brwi i złapał za rękę Jake’a, specjalistę od strojenia gitar, z imponującym irokezem na głowie.

— Jake, znajdź mi na dzisiaj dwie naprawdę ostre. — Spochmurniał jeszcze bardziej. — Albo lepiej trzy.

Nikt nie musiał pytać, o co chodzi. Sed miał na myśli fanki. I nie było żadnych wątpliwości, co zamierza z nimi robić. Miał jazdę, od kiedy wczoraj wieczorem natknął się na Jessicę, swoją dawną dziewczynę. Trzy fanki, które Jake wybierze dla rozrywki Seda, czeka pieprzenie. Długie, mocne i dobre. Sed wszedł w tryb drapieżnika. Jace tym bardziej się cieszył, że spędzi czas po koncercie w lochu Pani V. Ukąszenia jej bicza z pewnością będą mniej bolesne niż patrzenie, jak wielbicielki Seda płaczą i błagają o jego uwagę, kiedy już z nimi skończy i każe im się wynosić do diabła.

Światła stadionu przygasły i publiczność zaczęła wrzeszczeć: już czas, żeby wyszedł zespół.

Kiedy Trey po ciemku potknął się o dolny stopień, Brian chwycił go pod ramię i pomógł mu się wspiąć na scenę.

— Na pewno wszystko dobrze, stary? — Jace usłyszał głos Briana mimo wrzasków tłumu.

— Jakby cię to obchodziło. — Trey wyrwał rękę z uścisku i potruchtał na swoje miejsce z prawej strony sceny.

Po ciemku Jace ledwie dostrzegł swój X z żółtej taśmy naklejony na deskach. Przynajmniej stał w drugiej linii i gdzieś pośrodku. Tu pewnie będzie mógł się schować za barczystym, muskularnym Sedem.

Uderzenie bębna basowego Erica przyspieszyło mu tętno. Wszedł w pierwszy kawałek — Twisted, spokojną progresją linii basu. Jego posiniaczone i spuchnięte palce protestowały przy każdej nucie. Zanim Brian zaczął solówkę, Jace ledwie mógł je zmusić, żeby się poruszały. Trey usiadł na głośniku. Zwykle uderzał struny swojej gitary rytmicznej z wielkim entuzjazmem, ale kiedy kilka razy zatoczył się na stojak z mikrofonem, poszukał sobie czegoś stabilnego do siedzenia. Był w stanie grać bez większych problemów, dopóki nie ruszał się za dużo. Na końcu lekko spieprzonej solówki Briana Sed wreszcie ryknął do mikrofonu, ale nagle urwał w połowie nuty i się rozkaszlał. Odchrząknął i spróbował jeszcze raz, bez sukcesu. Jezu, co za katastrofa.

Kiedy piosenka litościwie dobiegła końca, Jace rozmasował sztywne i obolałe kostki palców, a Sed zawołał do ludzi, że są najlepszą publicznością na świecie. Mówił to samo każdej publiczności. Nawet nie próbował usprawiedliwiać tej wyjątkowo marnej formy zespołu. Tylko Eric grał w miarę na poziomie. A że to on wywołał całą tę barowa awanturę, było trochę nie fair, że nie dawał dupy tak jak reszta.

Sed wiedział, że jego wokal jest do kitu, więc najwyraźniej uznał, że wynagrodzi to fanom dodatkową porcją gwiazdorskich popisów. Runął na tłum w połowie drugiego kawałka, jakby zupełnie się nie przejmował, że nie zaśpiewał ogromnej większości tekstu. Przepłynął nad głowami ludzi, podawany z rąk do rąk. Gdyby Jace spróbował takiego wariackiego numeru, pewnie rzuciliby go na beton i zadeptali na śmierć. W końcu ochrona wyłowiła wokalistę z falującej masy tłumu.

— Helljea. Walnięte sukinsyny, umiecie się bawić! — krzyknął Sed do mikrofonu już z powrotem ze sceny. — Kto tu przyszedł zobaczyć pieprzony Exodus End? — Wyrzucił pięść w powietrze, a publika odpowiedziała rykiem. Sed odchrząknął. Skrzywił się. Odrobinę obniżył natężenie swoich wrzasków. — Dziś boli mnie gardło. Zapamiętać na przyszłość: nie wdawać się w bójki w klubach ze striptizem, choćby laska była najostrzejsza na świecie.

Publiczność pochwaliła aplauzem to przyznanie się do rozpusty. Jace nie mógł powstrzymać uśmiechu. Im więcej Sinnersi rozrabiali, tym bardziej fani ich uwielbiali. Od czasu do czasu musieli się zachowywać jak grzesznicy — Sinners — i podtrzymywać swój w znaczej części zmyślony mroczny image. Wszyscy grzecznie zaczekali, aż Brian i Trey wymienią gitary elektryczne na akustyczne, by zagrać kolejny kawałek: Goodbye Is Not Forever. Przy tej piosence Jace’a zawsze coś ściskało za gardło. Przypominała mu się Kara Sinclair. Jako nastolatkowie byli ze sobą w tajemnicy przed wszystkimi. Szalony, samowolny i pozbawiony hamulców — taki właśnie Jace podobał się najbardziej Karze. Nie mógł o niej zapomnieć również dlatego, że była młodszą siostrą Briana. Była, bo zginęła w wypadku samochodowym. Brian nie miał pojęcia, że Jace kiedyś z nią chodził. Że skradł jej niewinność. I zamierzał zabrać ten sekret do grobu. Po co psuć facetowi czyste, drogie wspomnienia o idealnej siostrzyczce.

Trey i Brian siedzieli na platformach w dwóch końcach sceny i wygrywali zawiły riff jedynej ballady zespołu. Sed usiadł pośrodku sceny, z nogami zwieszonymi przez krawędź, i zaśpiewał jak nawiedzony. Jace, oprócz obowiązkowej kluchy w gardle, poczuł dreszcz na plecach na dźwięk niesamowitego głosu Seda.

Kiedy fani usiedli, odsłonili basistę. Jace wziął głęboki wdech. Jego palce same odnajdowały grube stalowe struny i właściwe nuty. Skupiony na wydobyciu idealnego dźwięku — co nie było proste z tak spuchniętymi kłykciami — podszedł do przedniej krawędzi sceny i stanął między Sedem a Treyem. Przebiegł oczami po tłumie i zauważył nagły entuzjazm sporej garści dziewczyn na widowni, kiedy znalazł się w zasięgu ich wzroku. Pozdrowił kiwnięciem dwóch palców wyjątkowo podnieconą dwudziestoparolatkę, wtedy ona chwyciła skraj swojej koszulki i uniosła obie ręce nad głowę i wrzeszcząc na cały regulator, pokazała zespołowi nagie piersi. Sed zerknął z dołu na Jace’a i wyszczerzył się w uśmiechu. Nie chciał być gorszy: podciągnął koszulkę i błysnął twardymi mięśniami piersi i sześciopakiem na brzuchu dziewczynom z fanklubu zajmującym kilka pierwszych rzędów. Od pisków na widowni Jace’owi zadzwoniło w głowie mimo słuchawki w uchu.

Sed znów odwrócił się do basisty, jakby chciał powiedzieć: twoja kolej. Jace pokręcił głową i cofnął się kilka kroków. Jego chwilowa zachcianka, by nawiązać kontakt z widownią, zniknęła bez śladu. Dbał o kondycję, ale nie mógł się równać z Sedem kulturystą. Nie miał ochoty narobić sobie obciachu przed dwunastoma tysiącami ludzi.

Kiedy występ się skończył, palce Jace’a w ogóle się już nie ruszały, Trey ledwie trzymał się na nogach, Sed śpiewał szeptem, a Brian był tak rozkojarzony — zapewne myślami o swoim miesiącu miodowym — że schodząc ze sceny, zapomniał zdjąć gitarę. Rozległa się seria przeszywających dźwięków, kiedy pobiegł za kulisy, gdzie jeden z techników zdołał zatrzymać go na moment i odebrać mu instrument. Ogólnie rzecz biorąc, Jace nie przypominał sobie gorszego występu. Ale nawet jeśli publika to zauważyła, ciężko było to wywnioskować z wiwatów i skandowania „Sinners, Sinners, Sinners” grzmiącego po całym stadionie.

— Rany, ale byliście do bani — skomentował Eric, rzucając pałeczkę w tłum pod sceną.

Jace pstryknął piórkiem od gitary w tę dziewczynę w pierwszym rzędzie, która pokazała cycki. Kiedy piórko wylądowało w jej dłoni, przyłożyła je do ust, pocałowała i zaczęła podskakiwać z radości.

— Zdaje się, że masz fankę — stwierdził Sed, ocierając pot z twarzy brzegiem koszulki. — Może powinieneś ją zaprosić za kulisy. Moim zdaniem przydałoby ci się obciąganie.

Jace poczuł, że uszy mu czerwienieją. Ta fanka nie dałaby mu tego, czego pragnął. To dostałby od czarnowłosej dominatrix w skórzanych ciuchach. Na myśli o Pani V i potrzebach, które niedługo miała zaspokoić, Jace musiał poprawić rozporek za gitarą.

— Bo mnie na pewno dobrze zrobi — dodał Sed.

— Będę mógł popatrzeć, nie? — spytał Eric.

— Przecież wiesz, że najlepsze występy mam przy publiczności. — Sed puścił oko, ukłonił się jeszcze raz i ruszył za kulisy.

Jace podał swój instrument Jake’owi, który ostrożnie zaniósł go do kolekcji gitar poustawianych wzdłuż boku sceny. Wyjął z kieszeni czarno-czerwoną wizytówkę. Teraz musi już tylko znaleźć adres. I chyba jedynie śmierć może go powstrzymać przed zjawieniem się pod drzwiami Pani V punktualnie o dziesiątej.

Rozdział 4

Dzwonek u drzwi Aggie zabrzęczał za pięć dziesiąta. Uśmiechnęła się. Zapaliła jeszcze jedną świeczkę. Przeciągnęła palcami przez płomień. Kazała gościom czekać.

Dzwonek zabrzmiał jeszcze raz, dłużej. Spojrzała w lustro pokrywające całą ścianę pierwszego pokoju jej lochu i obiema dłońmi przygładziła długie, proste włosy. Sprawdziła makijaż. Przesunęła językiem po zębach. Kazała czekać. Bzz. Bzz-bzz. Bzzzz.

Pogłaskała rękojeść ulubionego bicza. Musnęła palcami kwiatowy wzór, który wyhaftowała na swoim skórzanym gorsecie. Spojrzała na zegar. Za dwie dziesiąta. Jeszcze nie.

Oparł się o guzik dzwonka. Bzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz zzzzzzzzzz.

Aggie wybuchnęła śmiechem.

Wyszła z dźwiękoszczelnego pokoju, żeby otworzyć drzwi.

Na progu stał ten anielski twardziel, którego nie potrafiła wyrzucić z myśli. Jace. Jace Seymour. Jessica, dawna dziewczyna Seda, wtajemniczona w takie niuanse, zdradziła jej ten szczegół wcześniej tego dnia. O tak, Aggie na chwilę przełknęła dumę i zdjęła maskę twardej zdziry, żeby wypytać o tego gościa. Nie była z tego dumna. Ale nie sądziła, by Jess wypaplała komukolwiek, że Aggie interesuje się kimś, kim nie powinna.

Jace spojrzał jej w oczy i wziął długi, drżący wdech.

— Myślałem, że się spóźniłem. Że nie otworzysz.