Gorące uczynki - Witold Jabłoński - ebook
lub
Opis

„To kolejna polska specjalność: gorszyć się, potępiać, odsadzać od czci i wiary, a zarazem zachłannie czytać i w samotności delektować się „świństwami” – napisał Tadeusz Olszewski, w recenzji z 1988 roku, zaraz po ukazaniu się książki po raz pierwszy.

Gorące uczynki”, napisane w drugiej połowie lat 80. XX wieku, to historia kontrkulturowej bohemy schyłku PRL-u. Na pierwszym planie tej powieści są emocje, poszukiwania własnych pragnień i sposobów wyrażania siebie.

„W efekcie „Gorące uczynki” były swego czasu czymś niezwykłym, ta opowieść o emocjonalnej szarpaninie między trójką bohaterów: Irysem, Dawidem i Ireną była pierwszą polską powieścią, w której właściwie wszyscy bohaterowie to bi – lub homoseksualiści, są też wątki lesbijskie” – pisał Krzysztof Tomasik.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 125


WitoldJabłoński

GORĄCE UCZYNKI

Literatura LGBT PRL-u

Cokolwiek godne jest istnienia,

Godne jest również poznania.

Francis Bacon

Gorące uczynki

To może trochę niedzisiejsze przyzwyczajenie, ale zawsze lubiłem snuć opowieści, w miarę możliwości prawdziwe. Opowiem teraz historię chłopca imieniem Dawid. To ciężko brzmiące imię, które kojarzy się z nieubłaganym spojrzeniem, ostrym mieczem i ściętą głową Goliata u stóp, niech zrównoważy lekkie nazwisko – Promyk. Prawda człowieczych imion jest rzeczą tak poważną, że nie wypada jej lekceważyć. Dawid jest tancerzem u progu kariery, świetnie się zapowiadającym, wręcz znakomitym. Więc dużo pracuje ciałem, jego ciało ciągnie go ku ziemi. Ale oto zaczyna tańczyć i staje się jasny jak szczęście. Zapomina o księgach, w których napisano wiele przestróg – jest już tylko świetlistą trzciną o niesłychanej wielości rąk i nóg. Potrafi wszystko: założyć nogę na głowę, wstrzymać tętno, pofrunąć – co chcecie. Dopiero potem, kiedy przychodzi ciemność, albo co gorsza szary świt, Dawid znów czuje pot na całym ciele, kurz w gardle i nozdrzach, pozdzierany trykot. Kładzie się, odświeżony prysznicem, i z zamkniętymi oczami słucha przed snem muzyki świata. Jego własne ciało wydaje mu się niezmierzonym obszarem. Są w nim rozległe łąki, cieniste gaje, potoki i stawy, łagodne wzgórza w powiewach wiatru, tabuny koni dosiadane przez nagich jeźdźców, uwieńczonych świeżymi kwiatami, dmących w piszczałki. Między wargami półotwartymi a sklepieniem czaszki mieszczą się wschody i zachody słońca, kwadry miesięczne, obroty sfer kosmosu. Ciało jego wzdyma się jakby łagodnie, traci ciężar, kształt, jakikolwiek sprawdzalny wymiar. Staje się wszystkim – przeszłością i przyszłością, a właściwie wiecznym TERAZ. Zawieszony w takiej próżni, może kochać już tylko istoty podobne do siebie, dla wszystkich innych ma zarezerwowany wyraz ironicznego pobłażania... Świat jawi się jako najpotężniejsze dzieło sztuki, absolutnie syntetyczne, w którym jest miejsce na zło i dobro, piękno i brzydotę, rozkosz i ból. Jego porządek wydaje się konieczny i jedyny z możliwych. A jednak, chociaż były to chwile bliskie śmierci, pojmowanej jako właściwe przebudzenie się rozumienia, Dawid nie czuł się szczęśliwy. Cierpiący zresztą również nie.

Co za udręka! Jaką fabułę tworzyć, kiedy wszystko rozpada się na luźny ciąg epizodów? Jakich konsekwencji szukać, kiedy prawda z natury swojej jest niekonsekwentna i wielopłaszczyznowa? Wspomniałem o kawalkadzie jeźdźców, otóż nie bez przyczyny. Pamiętam bowiem pierwszy swój zachwyt, kiedy usiadłem przy rodzinnym stole i ujrzałem obrzeże zielonych talerzy. Złoty pasek przedstawiał gromadę ludzką w radosnym, dionizyjskim pochodzie, na wozach i pieszo, z pękami kwiatów i gałęzi w dłoniach. Oto mój najwcześniejszy symbol najwyższej radości, przeniesiony teraz na dociekanie istoty snu Dawida. Najdziwniejsze jednak w całym tym szale bachantek i faunów było to, że choć zdawali się posuwać naprzód, to przecież pochód ich nie wykraczał nigdy poza właściwą im drogę, i w ten sposób kręcili się bez sensu wciąż w kółko i w kółko, a idący na przedzie mogli przy odrobinie silnej woli i wyobraźni dojrzeć smętnie wlokących się maruderów... Teoretycznie miało to być miejsce spotkania miłości ze śmiercią, bardziej jednak prawdopodobne, że z tego upojnego kręgu żadnego wyjścia nie było.

To szczególne – spotkałem po raz pierwszy Dawida wtedy, kiedy postanowił, że uratuje od śmierci swojego mistrza i nauczyciela. Stałem na postoju taksówek, zdenerwowany jak wszyscy, w zacinającym deszczu, kiedy nagle on odwrócił się do mnie z sobie tylko właściwym wdziękiem i spytał:

– Chcesz jechać ze mną?

Jeszcze dziś widzę twoją chorobliwą urodę, Dawidzie, czającą się w wykroju ostro zarysowanych policzków, w rozdętych białych chrapach, gorzkim grymasie grubych, purpurowych warg i przepastnym spojrzeniu piwnych, lekko skośnych oczu. I twoje ciało dorodne, tak nieprzyzwoicie udane, silne, ale całe zrobione jakby z delikatnych niebieskich żyłek i czułych, dygocących nerwów. Miałem wrażenie, że gdybyś wyszedł nagi na ulicę, nie byłoby to może największym twoim grzechem.

I oto siedzieliśmy już w taksówce, przemoczone ubrania parowały i pachniały lasem, seksem, domem. Moje dłonie były niesłychanie bliskie jego głowy, a jednak nie mogły jej dotknąć, nawet przypadkowo. Myślałem o tym, jak by wyglądał, gdyby jego włosy były czerwone lub płowe (inaczej, lecz nie najgorzej), i czy koledzy odnoszą się do jego piękności z należną czcią. Wzrok ludzki ma znikomą moc i nie jest w stanie przeniknąć całkowicie cudzego istnienia ani utożsamić go ze swoją istotą. Ten chłopiec mógłby być na przykład przeznaczony na ofiarę dla jakiegoś nieznanego boga z racji łask, jakimi wyraźnie został obdarzony. Po co jednak, zastanawiałem się dalej, miałby tworzyć Bóg kogoś takiego jak on? Czemu właśnie takiego?

Taksówka jechała dalej, wycieraczki rozgarniały co chwila szary płaszcz zimna, z radia zespół Maanam obwieszczał, że miłość jest cudowna, a Dawid, zaledwie zauważając towarzysza podróży, myślał o człowieku, którego postanowił uratować, sławnym choreografie Stefanie Szeolskim. Najbliższy przyjaciel Dawida, Irys Niemyk (rodzice nie byli katolikami, stąd dziwne imię), leader rockowej grupy Bizancjum, wychylił w tej samej chwili swoją skandynawską, długowłosą blond głowę z mijającej nas prywatnej nyski i wołał coś, ale on nie słyszał i nie widział. Śmierć Szeolskiego mogłaby przeszkodzić w realizacji baletu według Bachantek Eurypidesa, a tego Dawid nie chciał. Od Ireny dowiedział się, jak to się stało: rozmawiała z tamtym w teatrze na ulubiony ich wspólny temat...

– Ależ panie dyrektorze, jeszcze w siedemnastym, a nawet osiemnastym wieku nie widziano nic zdrożnego w tym – mówiła Irena, rozszerzając i mrużąc na przemian zielonkawe oczy, bo raziły ją skierowane na scenę jupitery – aby pobawić się genitaliami młodego chłopca, doprowadzić go do erekcji i tak dalej...

– Boże! – krzyknął zachwycony choreograf. – Przecież był to istny raj! Przeklęty niech będzie wiek dziewiętnasty ze swoim obłudnym mieszczaństwem! Ciekawe, czy siostry Napoleona bawiły się jeszcze jego kuśką...

...gdy nagle część stawianej właśnie dekoracji zawaliła się, przygniatając, wręcz grzebiąc pod stertą dykty i żelaznych szyn ciało dyrektora. Irena w jednej sekundzie szoku, stojąca wśród zwałów kurzu i biegających na wszystkie strony krzyczących ludzi, doznała dziwnego uczucia, jakby stało się właśnie to, co stać się powinno. Ta potworna myśl zmroziła ją całkowicie. Przecież lubiła biedną „Stefcię”, jak po cichu wszyscy go nazywali, wybaczała mu jego niepotrzebne kaprysy, obrażalskość i arogancką wiarę w swój wątpliwy urok. Jego krzykliwy głos był skandalem, jego istnienie było skandalem, ale jednak miało w sobie coś koniecznego, jak pasożyty, które widziała kiedyś w otwartym gardle zabitej sarny. Ponieważ był naprawdę świetnym choreografem. Ponieważ w gruncie rzeczy był to cokolwiek wyrośnięty, gruby chłopak, któremu bardzo brakowało czułości. Ponieważ kiedyś przekonała się, że jednak posiada pewną klasę. Zadzwoniła do niego z mieszkania Dawida, który słuchał wszystkiego z drugiego aparatu. Rozmowa dotyczyła pozornie projektów kostiumów do Bachantek, ale już po chwili Irena powiedziała:

– Byłam w Krakowie.

– Po co byłaś w Krakowie?! – spytał dziwnie napastliwym tonem.

– Spotkałam w hotelu dwóch chłopców, którzy opowiedzieli mi o sobie i o panu ciekawą historię...

Zapadła chwilka milczenia, a potem rozległ się rozmarzony głos:

– Takich dwóch bardzo ładnych... tak.

– Bardzo młodych i bardzo ładnych – nie dała się zbić z tropu.

– No niestety, było ich aż dwóch – rozległ się chichot.

– Nie było skandalu?

Po tamtej stronie wyraźnie powrócił spokój.

– Skandal? Nie. To nie był żaden skandal.

Odtąd miała dla swego szefa coś w rodzaju szacunku i zrozumiała, że tak jak ona kiedyś pokochała żonę Irysa Niemyka miłością niemożliwą, tak Stefan Szeolski przez całe życie namiętnie kochał chłopców i było mu obojętne, czy któryś niósł krzyż, czy portret przywódcy; zawsze tych rosłych, muskularnych, ze zwichrzoną czupryną i płonącym spojrzeniem. Wcześniej nawet tych, których musiał nazywać swoimi wrogami, mimo że ich krótkie spodenki opinały takie same długie, opalone i owłosione nogi jak jego. Aż dożył czasów, kiedy chłopcy odeszli od wiar i światopoglądów, a żar ich smukłych bioder zaczął wyrażać się w tańcu. O ile najpierw pragnął, aby oni mieli go w sobie, o tyle teraz wolał ich do swego wnętrza przyjmować, i tym sposobem stał się nieszczęsną „Stefcią” – bryłą ciała, którym wstrząsały drgawki i które krwawiło obficie, przenoszone do karetki.

Patrzyła na to wszystko oniemiała, potrącana i popychana, i nie potrafiła wzbudzić w sobie krztyny współczucia. Tak to się stało, przez zwyczajny przypadek, jak przypadkiem było, że Dawid i jego balet mistrz mieli taką samą, niezmiernie rzadką grupę krwi. Kiedy zaszła konieczność transfuzji, zgłosił się natychmiast, i właśnie teraz wkraczał w otwartą bramę szpitala. Wiedział, że za chwilę ujrzy przepływ purpurowego płynu, który wyrwie tamtego z ciepłej studni letargu. Nie pierwszy raz krew niewinnego młodzianka ratuje starca zaklętego w swej lubieżności. Starzec, zawieszony w śluzowatym niebycie, czymś pośrednim pomiędzy mrokiem a światłością, nie wie nawet, jak jego myśli, tak przedtem zniewolone przez ciało, rozbłysły nagle w niezwykłych wizjach:

– Jestem królem, który wiecznie ucieka, miotając się wśród śniegów, a czarna zbroja nie zawsze dobrze osłania go przed sztyletami mrozu.

– Jestem oszustem, którego biała ze strachu maska stała się bardziej szkarłatna przez krew.

– Jestem weneckim elegantem, który pewnej nocy obłupił swe miasto z karminu i różu, by pokryły trupią siność jego ust i policzków.

– Jestem samotnikiem w zimnym, północnym mieście, który pisząc książki, gryzł lewą dłoń z obrzydzenia.

– Jestem nikim w więziennej celi, który ze smutkiem wącha przywiędły, zielony goździk.

Takie wyznania wywołała krew Dawida i ona też przywróciła go na nowo iluzji życia, jego smutnym tryumfom i wątpliwym przyjemnostkom. I samotności, z roku na rok gorszej.

Piosenka grupy Bizancjum

POTWORY

słowa: Dawid Promyk

muzyka: Irys Niemyk

kłębią się szczerzą kły

przewodzi im najgorszy ZŁY

żerują na dobroci naiwności

błyszczą ślepia łuski lśnią

złote rogi spływają krwią

okrutne bestie nie znają litości

węże tygrysy pterodaktyle

tyranozaury i krokodyle

płazy najniższe i lwy królewskie

czarne kruki zawsze zwycięskie

potwory...

w swoją twarz oczy swe

zajrzyj a zrozumiesz mnie

w otchłani twojej wszystkie one żyją

w duszy twej twoich snach

drapieżne gady gryzą piach

aby nasycić się złotą żyłą

rekiny sępy hieny szakale

kozły rozpustne i orły w chwale

kłębią się w tobie jesteś ich pełen

żyjesz i nie wiesz nic o twym dziele

potwory to TY

Wprawdzie przetoczenie uratowało Szeolskiego od śmierci, ale nie oznaczało to jeszcze natychmiastowego wznowienia prób. Dawid więc ćwiczył codziennie, bardzo intensywnie jak zwykle, do bólu wszystkich mięśni. Puste popołudnia i wieczory usiłował zapełnić grą w tenisa i pływaniem. Wreszcie zatelefonowała Irena, zawiadomiła go, że Irys wrócił z trasy i spotkają się we troje na koncercie-przyjęciu zorganizowanym na strychu jej przyjaciółki. Miała wystąpić nowa kapela pankowa Cycki. Istotnie, kiedy znaleźli się na podwórku kamienicy, a następnie wspinali na strome schody, dobiegł ich uszu przerażający łomot. Otworzyły się obłażące drzwi i ukazała się w nich zalana panienka we wspaniałych ciuchach i trójkolorowej (czerwono-żółto-zielonej) fryzurze. Była to Michalina Lanckorońska, właścicielka strychu. Wołając: „Chodźcie, chodźcie, już się zaczęło...”, chwyciła Irenę i Dawida za ręce i poprowadziła całą trójkę zrujnowanym korytarzem do sali koncertowej. Płonęły tu tylko świece, bez względu na możliwość pożaru. Irenie jednak wystarczyło to, aby stwierdzić, że są wszyscy. Tak zwani wszyscy. Przysiedli na ławeczce pomiędzy kominem a prasą do grafik, pod przyczepioną do ściany klapą sedesu, pomalowaną w kwiatki, z napisem „Da-da sur mon bidet”. Członkowie zespołu Cycki wyglądali jeszcze dziwniej i bardziej kolorowo niż ich aktualna menedżerka.

Wiosna się budzi w całej naturze,

Witana rzewnym słowików pieniem;

W zielonym gaju, ponad strumieniem,

Kwitną prześliczne dwie róże.

– ryczał, budząc ogólną wesołość, wokalista, otrząsając co chwila z głowy białą farbę „sufitówkę”, którą posklejane miał włosy. Zresztą perwersyjny tekst zagłuszały bas i kotły, w każdym razie refren stanowiły ostre przekleństwa. Pomiędzy publicznością krążyły w różnych kierunkach butelka wódki i skręt z trawą. Po którymś tam razie Irys wykrzywił kapryśnie usta i zawołał głośno (inaczej nie było można):

– Chodźmy do komórki, ja już nie mogę tego słuchać!

Podnieśli się więc i dyskretnie wycofali.

– Dlaczego kazałeś nam wyjść? – pytała Irena, kiedy znowu szli korytarzykiem. – Mnie się podoba to, co oni robią. W każdym razie są przeciwko...

– Nie lubię, jak ludzie udają, że nie umieją grać, kiedy nie potrafią naprawdę – padła odpowiedź.

Irena z hamowaną agresją wzruszyła ramionami.

– Stary, po prostu jesteś inna orientacja muzyczna. To nie ich wina.

– Moja też nie – na to Irys.

– A zresztą dajmy spokój – Irena zamknęła od wewnątrz drzwi komórki – pora chyba zdjąć majtki.

– Właśnie chciałem to samo zaproponować – odezwał się wreszcie Dawid.

Znajdowali się we wnętrzu sypialni Michaliny. Nad niskim tapczanikiem z rozgrzebanym barłogiem wisiały na ścianie pornograficzne wizerunki różnych skojarzeń, nie tylko ludzko-ludzkich, ale także zwierzęcych. Na ścianie było namazane węglem: „Problem kobiety nie jest moim problemem”. Dawid z przyjemnością patrzył na nagie ciała swoich przyjaciół, którzy stojąc obok siebie, oboje jasnowłosi i niebieskoocy, byli jak brat i siostra. Z tą różnicą, oczywiście, że brat nie miałby niestety prawa dotykać dłonią sutków siostry. Podszedł do nich i przycisnął do siebie mocno. Pocałowali się, dość szybko gotowi do dalszych zmagań.

Ale nie było tak zawsze. Parę lat wcześniej w czasie jakiejś zabawy weszli we trójkę do wielkiej wanny. Tarmosili się i wygłupiali długo, lecz wtedy byli jeszcze zanadto zmieszani i niedoświadczeni, by wyszło z tego cokolwiek. W końcu Irena uciekła z łazienki i sama nie wiedząc dlaczego, rozpłakała się gdzieś w ciemnym kącie. Chłopcy wyszli z wanny, mając poczucie grzechu, tym większe, że nie został spełniony. Następnego dnia Irena zadzwoniła do Dawida i zapytała drżącym głosem, czy teraz są wrogami.

– Przykro mi, chyba tak – odpowiedział, myśląc sobie, że gdyby powiedział „nie”, byłoby równie głupio.

Potem wypalił pięć papierosów, otoczył się zapachem paczuli, założył sweter i poszedł na spotkanie z Irysem. Tak bardzo obawiali się swojego zachowania, że spotkali się w knajpie. Irys miał czerwony szaliczek ze złotą nicią i brązowo podbite oczy. Wyglądał niezwykle pociągająco, ale starał się to świadomie zwalczyć. Zamówił wódkę i powiedział groźnie:

– Chociaż nie mogę zaprzeczyć, że mam takie skłonności, to jednak nie chcę sobie łamać życia przez przyjaźń z tobą i... – zawahał się – z Ireną. Dlatego teraz będzie lepiej, żebyśmy się pożegnali na zawsze.

Dawid wstał.

– Byłeś i zawsze będziesz moim przyjacielem.

Uścisnęli sobie dłonie. Irys nagle uśmiechnął się dziwnie i przechylił głowę tak, że jego niesłychanie długie i gęste włosy zasłoniły twarz.

– Dotknij moich włosów – szepnął.

Dawid dotknął. I nie zobaczyli się więcej – przez cały następny rok. Natomiast Dawid ułożył wtedy swój platoński lament:

„Irysie, jaką rozkosz mogliśmy sobie dać, gdybyśmy się spotkali w innym czasie i w innym miejscu, gdyby nie było pomiędzy nami tej kobiety półobłąkanej, Ireny. Ile wytchnienia i nowych niepokojów znalazłbym w twoim ciele, pachnącym ambrą, jak inny byłbym, zanurzając twarz w twoich długich, falistych jak złota satyna włosach! Ofiarowałem ci krzyż mosiężny na rzemieniu, ale wtedy ofiarowałbym ci dreszcze człowieka przekraczającego granice zwykłości. Dałeś mi papierosa z haszyszem, a mogłeś mi dać noc ciekawszą niż wszystkie narkotyki świata. Ale ona weszła między nasze ciała, twarde, napięte – weszła z miękką zwinnością bioder i piersi, z mrokiem gościnnego łona. I raz tylko wstydliwie, choć sam mnie o to prosiłeś, dotknąłem twoich włosów”.

Z Ireną Dawid zobaczył się kilka dni później. Zanim przyszła, upewniła się telefonicznie, że jego matki nie ma w domu. Okazało się, że musiała ukraść w sklepie butelkę wina, ponieważ chwilowo nie miała pieniędzy. Skarżyła się, kiedy popijali, że Irys unika jej i nie odpowiada na telefony. Dawid opowiedział pokrótce rozmowę w knajpie, pomijając epizod końcowy. Irena zerwała się z fotela i machnęła ręką jak kotek, który chciałby złapać motyla.

– No tak, szczeniak, głupi szczeniak, przestraszył się. – Zastanowiła się chwilę. – Chodźmy do łóżka.

Dawid spojrzał na nią ze strachem.

– Wiesz, że nie jestem tym teraz zainteresowany.

Ona pokręciła głową.

– Bardzo lubię rozbierać mężczyzn, więc to zrobię...

Jej lekko rudawe włosy pachniały szerokim światem i wodą Chanel No. 5.

– Co teraz? – zapytała, kiedy oboje byli nadzy, a jej wysiłki nadal pozostawały bez skutku. Przytuliła go do siebie jak mamusia. – Wiem, że mężczyźni są wrażliwsi niż kobiety i że kobiety nie potrafią ładnie robić rzeczy ładnych. Ale mam pewien pomysł.

I założyła wysokie, czarne myśliwskie buty. Dawid padł na łóżko, pokonany wspaniałym widokiem. Jego brunatny członek wystrzelił do sufitu. Po jakimś czasie z przyjemnością poczuł na piersi krople potu z jej czoła, które falowało nad nim rytmicznie. Kiedy było po wszystkim, westchnęła:

– Moja matka zawsze wmawiała mi, że mężczyzna to byk i że to, co ma między nogami, jest ohydne. Twierdziła również, że życie kobiety jest jednym pasmem udręki. Jestem zupełnie innego zdania. Świeża sperma to najlepsze lekarstwo na nerwicę.

Nie wiedziała jednak jeszcze wtedy o ubocznych skutkach tego lekarstwa – że jakkolwiek daje ono spełnienie, to wyłącznie chwilowe, a potem pragnie się go jeszcze i jeszcze... jak narkotyku, który stał się koniecznością. Cień świadomości przemknął po niej, kiedy spotkała tego samego dnia Irysa na ulicy. On spojrzał na jej włożony na lewą stronę sweter i ślad na szyi, cofnął się z odrazą i wykrztusił:

– Nie potrafisz już żyć bez kłamstwa... Jesteś niesamoistna, zależna od każdego, którego spotkasz... I jeszcze śmiesz dorabiać sobie do tego jakieś filozofie...

Irena rozumiała to, co mówił, i przyznawała mu jakby rację, ale zarazem wiedziała, że są to tylko słowa. I że tak zwane kobiety demoniczne były demoniczne, ponieważ wobec słabości mężczyzn zwykle nie miały innego wyjścia.

W