Gorące noce - Catherine Mann - ebook
Opis

Nowy Orlean ogarnęło karnawałowe szaleństwo, ale Hank nie jest w nastroju do zabawy.  Chce jak najszybciej dotrzeć do Gabrielle, przekazać ważną wiadomość, a potem znów zniknąć z jej życia. Lepiej unikać kobiety, o której się marzy, ale której nie wolno dotknąć. Jednak tych dwoje wkrótce spędzi razem wiele parnych i gorących nocy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Catherine Mann

Gorące noce

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nowy Orlean, Luizjana

Mardi Gras

Laissez les bons temps rouler! Niech piękny czas trwa!

Rozentuzjazmowany tłum falował, radosne okrzyki wzbijały się w niebo. Hank Renshaw junior przedzierał się przez ciżbę skupioną wzdłuż ulicy, którą szła parada. Nie był w nastroju do zabawy.

Miał misję do wykonania. Trudną i niewdzięczną. Musi odnaleźć dziewczynę najlepszego kumpla, który poległ dziesięć miesięcy temu, i przekazać jego ostatnie słowa.

Szedł z ciężkim sercem, przeciskając się przez grupę gapiów, którzy wystrojeni w błazeńskie czapki, maski i kolorowe paciorki świętowali Mardi Gras. Światło ulicznych latarń rozjaśniało ciemności. Parada przesuwała się w rytm kapeli grającej kawałek Louisa Armstronga, w powietrzu latały sznury koralików, blaszane talary, a nawet koronkowe majtki.

Widok fruwającej bielizny nie był dla niego zaskoczeniem. Tutaj to normalne. Wiele razy przyjeżdżał do Nowego Orleanu na Mardi Gras. Upojne świętowanie potrwa przez cały weekend. Z doświadczenia wiedział, że z każdym wypitym drinkiem atmosfera będzie coraz bardziej gorąca. Jeszcze trochę, a zebrani zaczną domagać się paciorków w tradycyjny sposób. Czyli… rozbierając się.

Starsza kobieta wymachiwała rękami, wrzeszcząc do przejeżdżającego na mechanicznym aligatorze króla karnawałowej drużyny.

– Laissez les bons temps rouler! – odkrzyknął do niej po francusku.

Hank ominął latarnię. Biegle znał francuski i hiszpański, dość dobrze niemiecki i liznął czamorro, gdy ojciec stacjonował na Guam. Przysięgał sobie, że nie pójdzie w ślady ojca i nie zostanie lotnikiem, lecz z młodzieńczych postanowień nic nie wyszło. Ojciec był pilotem, a on nawigatorem. Latał na B-52, jak ojciec. Podobnie jak w przypadku jego sióstr, rodzinne dziedzictwo okazało się nie do pokonania. Wszyscy trafili do lotnictwa. Z pokolenia na pokolenie stawiali się do służby, chociaż rodzinny majątek wciąż rósł i był już szacowany na miliardy.

Oddałby wszystko, gdyby w ten sposób mógł przywrócić życie przyjacielowi.

Dławiło go w piersi. Spojrzał na numer mijanej restauracji. Jeszcze przecznica i dojdzie do domu Gabrielle Ballard. Mieszkała na poddaszu nad sklepem z antykami. Znów ruszył mieniącą się kolorami ulicą.

Nagle dostrzegł ją w bladym świetle latarni. Była odwrócona tyłem, widocznie wracała do domu. Szła z kwiecistą siatą wypchaną zakupami.

Przyśpieszył, żeby ją dogonić. Nie zastanawiał się, w jaki sposób ją rozpoznał. Nie musiał widzieć jej twarzy. Do diabła, taka jest prawda. Wystarczy ułamek sekundy, a już wie, że to ona. Natychmiast rozpoznaje linię szyi, jasne włosy opadające na ramiona.

Luźny sweter maskował figurę, ale nie długie, zgrabne nogi. Miała w sobie coś, co ją wyróżniało, ten specyficzny europejski szyk. Ojciec Gabrielle był wojskowym. Ożenił się z Niemką, potem służył w amerykańskich bazach za granicą. Gabrielle przyjechała do Nowego Orleanu na studia.

Wiedział o niej wszystko. Przez ten trudny rok, kiedy obaj z Kevinem byli na miejscu, nieustannie o niej marzył. Stacjonowali na północy Luizjany, Gabrielle mieszkała na południu. Widywał ją kilka razy w miesiącu.

Była poza jego zasięgiem. Dziewczyna, potem narzeczona najlepszego kumpla. Dziesięć miesięcy temu Kevin zginął. Ostrzelano ich na punkcie kontrolnym, snajper trafił celnie.

Gabrielle szła chodnikiem, przedzierając się przez grupkę młodzieńców blokujących furtkę. Z kubka jednego z podchmielonych mężczyzn chlusnęła piwna piana, prosto na rękę Gabrielle, która szarpnęła się w tył, wpadając na drugiego podpitego gościa. Zrobiła krok do przodu, a wtedy ten pierwszy zagrodził jej drogę. Przycisnęła mocniej torbę, na jej twarzy odmalował się strach.

Hank miał instynkt wyostrzony w walce, dlatego natychmiast zareagował na niebezpieczną sytuację. Nie odrywając oczu od Gabrielle, błyskawicznie utorował sobie drogę przez tłum. Światło latarni wydobywało z mroku jej jasne włosy. Przesunęła się bliżej budynku. Na chodniku było ciasno, a hałaśliwe odgłosy przemieszczającej się parady zagłuszały wszystkie inne dźwięki. Gdyby wołała o pomoc, nikt by jej nie usłyszał.

Już był przy niej i stanowczym gestem położył rękę na barku zawianego łobuza.

– Dajcie tej pani przejść.

– O co biega? – Zaprawiony młodzian zachwiał się do tyłu, przekrwione oczy uciekały mu na boki.

Gabrielle odwróciła się i gwałtownie nabrała powietrza. Zielone oczy rozszerzyły się, widomy znak, że go poznała. On też poczuł to nagłe, przejmujące napięcie, które dopadło go w jej bliskości. Zawsze tak na niego działała, od pierwszej chwili, gdy tylko ją ujrzał.

Wystarczyło jedno spojrzenie. Była wtedy w bladoniebieskiej sukience. Zapragnął jej całą swoją istotą, każda komórka jego ciała wołała: „moja!”. Chwilę później podszedł Kevin i przedstawił ją jako swoją dziewczynę, miłość swego życia. Jednak to niczego nie zmieniło, jego ciało nadal się do niej wyrywało.

Młodzian strząsnął z siebie rękę Hanka. Wionęło od niego alkoholem.

– Chłopie, pilnuj swego nosa.

– Ona jest ze mną. – Demonstracyjnie objął Gabrielle. – Znajdźcie sobie inne miejsce na oglądanie parady.

Opój potoczył po Hanku błędnym wzrokiem, zatrzymał spojrzenie na skórzanej lotniczej kurtce i uznawszy, że z wojskowym nie warto zadzierać, uniósł ręce. Na jego szyi zamigotały paciorki w odblaskowych barwach.

– Nie wiedziałem, że pan ma pierwszeństwo, majorze. Przepraszam.

Majorze? A wydaje się, że dopiero wczoraj był porucznikiem, który stawia pierwsze kroki. Ma trzydzieści trzy lata, a czuje się cholernie stary.

– Nie ma szkody, nie ma winnych. Pod warunkiem, że zaraz się stąd zmyjecie.

– Jasne. – Młodzieniec kiwnął na swoich kompanów. – Spadamy.

Odprowadzał ich wzrokiem, póki nie rozpłynęli się w tłumie. Wciąż był czujny.

– Hank? – zawołała, próbując przekrzyczeć tłum. – Jak mnie znalazłeś?

Jej głos otulał go, przybliżał do niej. Nic się nie zmieniło. Nadal jest nią zauroczony. Z trudem to w sobie tłumił, gdy była narzeczoną Kevina. Poczuł skurcz w żołądku na wspomnienie przyjaciela.

Zorientuje się, czy daje sobie radę, potem przekaże słowa Kevina. Wypełni obietnicę i na zawsze wykreśli Gabrielle ze swego życia.

– Mieszkasz, gdzie mieszkałaś. Nie musiałem bawić się w detektywa. – Podprowadził ją do furtki. Przesunął wzrokiem po ogródku i kutym stoliku. Pierwszy raz był tutaj z Kevinem przed dwoma laty. Twardo postanowił, że zapanuje nad emocjami, i wybrał się z nim do Nowego Orleanu na weekend. To był koszmar. – Wejdźmy na górę pogadać.

– Co ty tu robisz? Nie wiedziałam, że wróciłeś do Stanów. – Lekki akcent tylko dodawał jej uroku.

Jakby to było mu potrzebne. Boże, ma trzydzieści trzy lata, za sobą służbę na froncie, a przy niej czuje się jak licealista, który ujrzał w klasie nową atrakcyjną koleżankę.

Błyszczące zielone oczy, twarz o delikatnych rysach. Na ramieniu zielona torebka, duża kwiecista torba przełożona przez głowę, oparta na biodrze. Pasek przedzielał piersi. Pełniejsze, niż pamiętał.

Pośpiesznie odwrócił wzrok.

– Przyjechałem do ciebie.

Na tym poprzestanie. Z resztą poczeka, aż wejdą na górę. Przygarnął ją bliżej, torba zakołysała się między nimi. Co ona tam niesie?

Wsunął palec pod pasek.

– Daj, ja poniosę.

– Nie, dzięki. – Opiekuńczym gestem przygarnęła torbę do siebie.

Może to nie zakupy spożywcze? W takim razie co?

W torbie coś się poruszyło.

Przyjrzał się uważnie i coś go tknęło. Cholera. Przecież już to widział. Jego siostra w czymś takim nosiła dzieci, gdy były niemowlętami. To nie są zakupy.

Nagle z torby wyłoniła się dziecięca stópka. Czyli wszystko jasne.

Odkąd pamiętała, marzyła, żeby zostać mamą. Jej lalki zawsze miały najładniejsze ubranka, były najlepiej nakarmione i najzdrowsze.

Wtedy nie przypuszczała, jak inaczej będzie wyglądało jej macierzyństwo.

Dziecko nie ma taty. Dziecko jest chore.

I nagle w postaci Hanka objawiła się przeszłość. Wysoki i barczysty, przesłonił świat wokół nich. W skórzanej lotniczej kurtce, postawny, mroczny i silny jak gwiazdor z filmowego plakatu. Nie mogła uwierzyć, że naprawdę go widzi.

Niesamowite. Major Hank Renshaw junior stoi przed jej domem w środku karnawałowej parady. Gdyby nie wizyta u lekarza, za nic nie wyszłaby z dzieckiem z domu. Gdyby Hank zjawił się kilka minut później, pewnie by się nie spotkali.

Nie widziała go od…? Serce zabiło jej nierównym rytmem, nogi się pod nią ugięły. Nie widziała Hanka od dnia, kiedy żegnała się z Kevinem przed wyjazdem z bazy w Luizjanie na Bliski Wschód.

Z jakiegoś powodu przyjechał ją odwiedzić. Serce ścisnęło się jej z bólu. Przecież to Kevina powinna witać. Zaraz jednak odpędziła tę myśl. Hank nie jest niczemu winien, a ona tak reaguje, bo jest wykończona nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

Pachniał przyjemnym, orzeźwiającym zapachem, jakby przed chwilą wyszedł spod prysznica. Z odejściem napastników odór przetrawionego alkoholu i potu rozpłynął się w nocnym powietrzu. Jak łatwo byłoby wesprzeć się na ramieniu Hanka, odnaleźć w nim ukojenie! Jak łatwo – i jak bez sensu. Musi się trzymać. Ile ją kosztowało wyrwanie się spod opieki rodziny, gdy dwa lata temu przyleciała spełnić marzenia o studiach w Stanach?

Ma dwadzieścia sześć lat, jest samotną mamą. Musi utrzymać siebie i synka, cały czas myśleć o jego losie, a nie o sobie i swoich emocjach. Nie może się zapomnieć, nie dla niej takie ryzyko.

Zresztą sądząc po zdegustowanej minie, z jaką Hank patrzył na dziecięcą nóżkę, bez problemu szybko się z nim pożegna.

Uśmiechnęła się z przymusem.

– O Boże, Hank. Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ty. Wejdźmy do środka, bo w tym hałasie nic nie słychać. Kiedy wróciłeś? Od dawna tu jesteś?

– Wczoraj przyjechałem do bazy – odparł ostrożnie, pytająco popatrując na jej syna.

Pozostawiła to nieme pytanie bez odpowiedzi. Za chwilę do tego wrócą.

– Dopiero wczoraj? I już tu jesteś? Czyli jesteś bardziej zmęczony niż ja.

Wziął ją pod ramię. Miał mocną, ciepłą dłoń.

– Spotkanie z tobą było dla mnie sprawą najważniejszą. Po cóż innego miałbym tu przyjeżdżać?

Synek kopnął ją w brzuch, prosto w ściśnięty z nerwów żołądek.

– Jest Mardi Gras. – Z torby z pieluszkami wyjęła klucze. – Myślałam, że wziąłeś urlop i przyjechałeś na karnawał, by się zrelaksować.

– Nic z tych rzeczy. Przyjechałem wyłącznie z twojego powodu.

– Chodzi o Kevina. – Nawet teraz, wymawiając jego imię, czuła ból.

W jego oczach dostrzegła to samo. To ich łączy. Rozpacz po osobie, której już nie ma.

Odwróciła się, żeby nie zobaczył jej łez. Przekręciła klucz, zaskrzypiały żelazne zawiasy. Hank wszedł za nią, zamknął furtkę na klucz. Stali w wąskim przejściu przy schodach.

Ujął Gabrielle za ramiona. Tych niebieskich oczu nie da się oszukać. Delikatnie pociągnął stópkę niemowlaka.

– Skoro jestem tu w związku z Kevinem, to nasuwa się jedno pytanie. Kto to jest? Opiekujesz się dzieckiem sąsiadki?

A liczyła, że trochę zyska na czasie.

– To Max. Moje dziecko. – Bardzo chore dziecko. Wstrząsnęła się, zdjęta panicznym lękiem. W głowie jej dudniło nie tylko dlatego, że z ulicy niosła się rytmiczna muzyka. – Z pozostałymi pytaniami wstrzymaj się, aż wejdziemy na górę i będzie ciszej. Mam za sobą męczący dzień i padam z nóg.

Hank ściągnął kurtkę i zarzucił ją na ramiona Gabrielle. Wiele razy nosiła skórzaną kurtkę Kevina, lecz ta, niby taka sama, okryła ją niemal całą. Była ciepła i przesycona zapachem Hanka.

Kevin i Hank razem latali na B-52, lecz diametralnie się różnili. Wiecznie roześmiany Kevin gonił za przyjemnościami i zabawą, odciągał ją od nauki, namawiał do korzystania z życia. Hank był poważniejszy, bardziej zasadniczy.

Słyszała za sobą jego kroki. Jej mieszkanie było na drugim piętrze. Po pełnym napięcia dniu w szpitalu, gdy z przerażeniem myślała o czekających ją decyzjach, które będzie musiała podejmować sama, nie mając przy sobie bratniej duszy, brakowało jej sił. Gdy sięgnęła po klucze, kurtka zsunęła się z ramion i zmroził ją nocny chłód. Hank złapał kurtkę, nim dotknęła ziemi.

Pchnęła drzwi i ściągnęła pantofle. Kiedyś to mieszkanie idealnie zaspokajało jej potrzeby. Spełniała swój sen, zaczynała wymarzone studia MBA. Otwarta przestrzeń, wysokie okna, drewniane podłogi, sypialnia na antresoli. Większość mebli wyszukała w internecie. W kąciku dziecka stała jedyna nowa rzecz: piękne mahoniowe łóżeczko nakryte błękitną narzutą ozdobioną chmurkami i samolocikami.

Kiedy Max przyszedł na świat, wszystko się skomplikowało. Rodzice namawiali ją na powrót do domu, ale oparła się pokusie. Miała trochę odłożonych pieniędzy, nieźle zarabiała na tworzeniu biznesowych stron internetowych.

I nagle jej świat się zawalił. Okazało się, że synek ma wadę wrodzoną, przerostowe zwężenie odźwiernika, i nie obejdzie się bez operacji.

– Gabrielle… – Głęboki głos Hanka mieszał się z wibrującymi dźwiękami parady.

– Cii… – Ułożyła w łóżeczku śpiącego synka i z czułością gładziła go po pleckach, aż się nie rozluźnił.

Włączyła pozytywkę. Znajoma melodyjka zagłuszy dźwięki dochodzące z zewnątrz.

Zalała ją fala matczynej miłości. Ta maleńka istota jest krucha i bezbronna, całkowicie zależna od niej. Musnęła palcami brązowy meszek na główce synka i ucałowała go w czółko. Owionął ją słodki zapach dziecinnego szamponu i pudru. Nie ma nic na tym świecie, czego by dla niego nie zrobiła. Całkiem zapomniała o zmęczeniu.

– Teraz możemy pogadać. – Zaciągnęła cienką zasłonkę osłaniającą łóżeczko. – Max obudzi się za dwadzieścia minut na jedzenie.

Malec dostawał niewielkie porcje pokarmu, bo otwór między żołądkiem a jelitami był zbyt wąski. Operacja była niezbędna, żeby dziecko mogło prawidłowo się rozwijać. Jeśli ta kruszyna ją przeżyje.

Położył zieloną torbę na stole przy kuchni, powiesił kurtkę na oparciu krzesła i spytał:

– To dziecko Kevina?

Obróciła się gwałtownie i popatrzyła na Hanka. Wątpliwości malujące się na jego twarzy dotknęły ją do żywego. Wspomnienia dawnych szczęśliwych czasów boleśnie uprzytamniały, jak wiele straciła. Kiedyś doskonale się dogadywali, byli po jednej stronie, a teraz…

– Hank, znasz mnie. – Tak przynajmniej myślała. – Naprawdę musisz pytać?

– Moje rodzeństwo mnoży się jak króliki, więc trochę się orientuję w tych sprawach. To dziecko wygląda na noworodka, a od naszego wyjazdu minęło dwanaście miesięcy. – Potrząsnął głową, zacisnął palce na oparciu krzesła. – Coś tu się nie zgadza.

– Uważasz, że wszystko wiesz? – rzuciła gniewnie. – Naprawdę sądzisz, że mogłam zdradzić Kevina? – Chociaż czy tak nie było? Co z tego, że tylko w myślach.

– Nie byłabyś pierwszą, która znalazła sobie kogoś, gdy jej facet wybył w siną dal.

– No więc się mylisz. Max jest taki mały, bo ma zwężony odźwiernik. To wada wrodzona układu pokarmowego. Czeka na operację. – Zwiesiła ramiona; sama myśl o operacji przytłaczała ją.

Hank zmienił się na twarzy, podszedł i zatrzymał się nagle. Opuścił ręce, które już do niej wyciągał.

– Gabrielle, tak mi przykro. Jak mogę pomóc? Potrzeba specjalistów? Pieniędzy?

– Z leczeniem dam sobie radę – odparła twardo. Owszem, wzruszył ją, lecz nie poddała się emocjom. – Mam ubezpieczenie z racji studiów. A ty nie musisz szukać porady u fachowców, żeby określili wiek Maxa. – Trudno, jest podejrzliwa. Może to była szczera propozycja, ale tylko może. – Jego akt urodzenia nie jest tajemnicą. Max przyszedł na świat osiem miesięcy po waszym wyjeździe. Teraz ma cztery miesiące.

– Czyli gdy Kevin zginął, byłaś na początku ciąży. Nie wiedziałaś, że spodziewasz się dziecka?

– Wiedziałam.

– To dlaczego mu nie powiedziałaś?

Jak on śmie stać tutaj, taki przystojny… i żywy? Tłumiona rozpacz znalazła ujście w gniewie.

– Byliście przyjaciółmi, ale moje decyzje i ich powody to nie twoja sprawa.

Przeciągnął dłonią po krótko przyciętych włosach.

– Masz rację. Nie moja.

Jej złość się ulotniła. Jak miała wyjaśnić swoje rozterki, skoro teraz jej samej wydają się idiotyczne? Ciąża zaskoczyła ją i kompletnie nie wiedziała, jak odnaleźć się w nowej sytuacji, a przede wszystkim z lękiem myślała o przyszłości. Powinna powiadomić Kevina, lecz wciąż odkładała tę rozmowę, aż było za późno. Gdyby Kevin wiedział, może byłby ostrożniejszy i mniej by ryzykował? Już się tego nie dowie. Do końca życia będzie nosić w sobie poczucie winy.

– Odwiedziłeś mnie. – Ściągnęła z krzesła kurtkę Hanka i podała mu ją. – Uznaj, że sprawa załatwiona. Teraz idź. Już późno, jesteś zmęczony po podróży. Też mam za sobą ciężki dzień, nawet nic jeszcze nie jadłam. – Stresujący dzień po męczącej nocy, bo co dwie godziny wstaje na karmienie. – Miło było cię zobaczyć. Dobranoc.

Przytrzymał jej dłonie.

– Obiecałem Kevinowi, że przyjadę do ciebie, więc jestem. I dobrze się stało. Kevin zadbałby o swoje dziecko, zapewnił mu dobre warunki, większe mieszkanie.

– Znów wracasz do pieniędzy? – obruszyła się. – Wcześniej nie byłeś taki nietaktowny.

– A ty nie byłaś taka wyczulona.

– Ciężko pracuję, żeby zapewnić synowi, co tylko mogę! I dobrze mi to wychodzi. – Przepełniała ją złość, napięte nerwy zaburzały ostrość widzenia. Dopiero po chwili dotarło do niej, że Hank wciąż przytrzymuje jej ręce. Bijące od niego ciepło przywołało wspomnienia, rozwiało lęk, który wciąż się w niej czaił, obudziło coś, czego już dawno nie czuła. Pragnienie.

W jego oczach zabłysł tłumiony ogień, ale trwało to tylko mgnienie.

– Mówiłaś, że jesteś głodna, więc zamówię dla nas kolację, dobrze? W ramach przeprosin.

– Kolacja? Z tobą? – Ostatni raz zasiedli razem do posiłku dwa dni przed jego wyjazdem na Bliski Wschód.

Tamtego wieczoru go pocałowała.

Tytuł oryginału: Honorable Intentions

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2012

Redaktor serii: Ewa Godycka

Redakcja: Grażyna Ordęga

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

© 2012 by Catherine Mann

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2015

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1855-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com