Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Goleniowie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 361
Rok wydania: 2012
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fern Michaels
Gorąca wiadomość
Przełożyła z angielskiego
Dorota Strukowska
BELLONA
Warszawa
Tytuł oryginalny
The Scoop
Okładka
Anna Damasiewicz
Redaktor prowadzący
Bartłomiej Zborski
Redaktor merytoryczny
Ewa Grabowska
Redaktor techniczny
Elżbieta Bryś
Korekta
Teresa Kępa
Copyright © 2009 by Fern Michaels. All rights reserved.
Copyright © for the Polish edition and translation by Bellona SA
Warszawa 2012
Zdjęcie na okładce Copyright © iofoto|Shutterstock.com
Bellona SA prowadzi sprzedaż wysyłkową
wszystkich swoich książek z rabatem.
www.ksiegamia.bellona.pl
Nasz adres: Bellona Spółka Akcyjna
ul. Bema 87, 01-233 Warszawa
Dział wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78
Faks: 22 652 27 01
e-mail: [email protected], www.bellona.pl
ISBN 978-83-11-12338-0
Rozdział 1
Charleston, Karolina Południowa
To było coś, bez dwóch zdań. Nie żeby pogrzeby z zasady bywały wydarzeniami, jednak gdy w kalendarz kopnie ktoś taki jak Leland St. John, to co innego. Siedmioosobowa orkiestra grająca pośród ulewy na instrumentach smyczkowych, zgodnie z jednym z ostatnich życzeń Lelanda, zmieniła to w wydarzenie bez względu na wszystko, co jeszcze działoby się na świecie.
No i była jeszcze końcówka huraganu Blanche, która wylewając strugi deszczu na żałobników cisnących się pod ciemnoniebieskim namiotem, tylko potęgowała cyrkową atmosferę.
– Miejmy to już wreszcie za sobą wymamrotała pod nosem Toots Loudenberry. Nie przestawała mruczeć do siebie i mamrotać, gdy pastor monotonnym głosem ciągnął w nieskończoność. – Nikt nie jest aż taki dobry, jak twierdzisz, że był Leland. Wiesz tylko tyle, ile sama ci powiedziałam, a do licha, jestem pewna, że nie mówiłam tych wszystkich bzdur, które recytujesz. To był samolubny staruch. I kropka.
Córka Toots nachyliła się do niej bliżej i próbowała szeptać przez gruby welon zakrywający głowę i uszy matki.
– Czy nie możesz tego przyspieszyć? W końcu nie pierwszy raz to robisz. Czyż to nie siódmy albo ósmy mąż, którego chowasz? Niesamowicie się cieszę, że wielebny wypowiedział jego imię, bo nawet bym nie wiedziała, kogo właśnie zakopują. Muszę przyznać, mamo, że przeszłaś samą siebie z tymi wszystkimi kwiatami.
Toots stanęła na wysokości zadania i wysunęła się naprzód, przerywając pastorowi w pół zdania.
– Dziękujemy, wielebny.
Miała ochotę dodać, że czek już idzie do niego pocztą, ale ugryzła się w język, robiąc krok do przodu i kładąc zwiędniętą różę na wieku trumny. Odsunęła się na bok, żeby inni żałobnicy mogli pójść w jej ślady, wydostawszy się najpierw spod tymczasowego namiotu, otwartego ze wszystkich czterech stron. Wdepnęła w kałużę po kostki, zaklęła soczyście i z chlupotem poczłapała do czekającej limuzyny, która miała ją zabrać z powrotem do domu.
– To zupełnie w twoim stylu, Lelandzie. Dlaczego nie mogłeś poczekać jeszcze z tydzień, aż ta pora deszczowa się skończy? Teraz mam zniszczone buty. Tak samo kapelusz i garsonkę. Wielka szkoda, że nie wiesz, ile kosztował ten strój. Gdybyś wiedział, zaczekałbyś z umieraniem jeszcze tydzień. Zawsze byłeś samolubny. I zobacz, co ci przyszło z całego tego egoizmu. Nie żyjesz.
– Co tam mruczysz, mamo?
Toots wślizgnęła się do limuzyny i zrzuciła przemoczone pantofle. Potem przyszła kolej na czarny żałobny kapelusz. Obejrzała się na córkę, Abby, która wyglądała jak podtopiony szczur, i powiedziała:
– Ze wszystkich moich mężów Lelanda lubiłam najmniej. Żałuję, że trzeba było uczestniczyć w jego pogrzebie w takich warunkach. Był moją jedyną pomyłką. Ale wydaje mi się, że jeden na ośmiu to nie tak źle.
Abby sięgnęła po zwitek papierowych serwetek leżących obok butelki szampana, która zdawała się pojawiać we wszystkich limuzynach.
– Dlaczego po prostu nie machnęłaś na to ręką?
Toots westchnęła.
– Chciałam, ale Leland oświadczył w testamencie, że chce zostać pochowany z przygrywającą tą przeklętą orkiestrą smyczkową. Należy szanować czyjeś ostatnie życzenia. Jakąż osobą bym była, gdybym nie uszanowała jego woli, nawet jeżeli to był dureń?
– A nie chodzi ci o to, że gdybyś ich nie uszanowała, to pieniądze tego jak-mu-tam trafiłyby do misiów polarnych w Arktyce?
– To też – westchnęła Toots.
Kobieta o nazwisku Teresa Amelia Loudenberry, a dla przyjaciół Toots, utkwiła wzrok w córce.
– Jak długo zostaniesz, moja droga?
– Mam lot o czwartej. Zostawiłam Chestera z opiekunką, a on nie znosi opiekunek. Wystarczy mi czasu, żeby przegryźć coś na stypie, przebrać się w suche ubranie i wyjechać. Nie słyszysz, jak wzywa mnie Kalifornia? Nie patrz tak na mnie, mamo. Ja nawet nie znałam tego gościa, za którego wyszłaś za mąż. Spotkałam go na waszym ślubie i do tego sprowadzają się wszelkie nasze relacje. O ile dobrze pamiętam, mówiłaś, że potrafi oczarować. Spodziewałam się kogoś czarującego. Mnie nie oczarował. Tak tylko mówię.
– Być może powinnam była powiedzieć, że potrafił czarować jak zaklinacz węży – stwierdziła wymijająco Toots. – Leland był jak taki przepięknie opakowany prezent, który po otwarciu okazuje się zupełnie... tandetny. Byłam zszokowana, ale poślubiłam tego mężczyznę, więc musiałam jakoś sobie radzić. Teraz już go nie ma, więc może nie powinnyśmy źle o nim mówić. Odbędę dziesięciodniową żałobę dla przyzwoitości, a potem zajmę się własnym życiem. Mam zamiar znaleźć sobie hobby, żeby mieć zajęcie. Mam po dziurki w nosie spełniania dobrych uczynków. Każdy może spełniać dobre uczynki. Każdy może uprawiać ogródek i wyhodować różę jedyną w swoim rodzaju. Ja muszę się zająć czymś naprawdę znaczącym, jakimś wyzwaniem. Czymś, w co naprawdę mogłabym się wgryźć. To kolejna kwestia. Leland nosił sztuczną szczękę. W nocy trzymał ją w kubku w łazience. Nigdy nie potrafiłam do tego przywyknąć. W łóżku też nie był zbyt dobry.
– To zapewne więcej, niż chciałabym wiedzieć, mamo.
– Ja tylko mówię, Abby. Nie chcę, żebyś myślała, że twoja stara matula jest gruboskórna. Musisz przyznać, że miałam siedem szczęśliwych małżeństw. I powinnam odwiesić podwiązki do szafy, kiedy umarł Dolph. Czy to zrobiłam? Nie, nie zrobiłam. Pozwoliłam, żeby Leland z tą swoją sztuczną szczęką i całą resztą zawrócił mi w głowie. Czasami życie jest takie niesprawiedliwe. Ale jak dla mnie wystarczy tego użalania się. Opowiadaj, jak się żyje w słonecznej Kalifornii. Co tam w pracy? Jakie są najświeższe ploteczki i kto robi co i komu w Hollywood?
Abby Simpson, córka Toots z jej pierwszego małżeństwa z Johnem Simpsonem, niekwestionowaną miłością jej życia, była reporterką w drugorzędnym brukowcu „The Informer” ukazującym się w Los Angeles. Sama też należała do drugiej ligi, co znaczyło, że musiała się nabiegać w poszukiwaniu własnych historii, a później upiększyć je, by zaspokoić nienasycony apetyt czytelników na hollywoodzkie plotki.
– Rodwell Archibald Godfrey, znany wśród swoich podwładnych także jako Rag, wezwał mnie do gabinetu i powiedział, że chce więcej tematów. Nie mogę ich dostarczyć, jeżeli ich nie ma. Wydaje się, że wszystkie pierwszoligowe gazety jako pierwsze otrzymują historie. Chyba to po prostu inny sposób, żeby powiedzieć, że nie jest zadowolony z mojej pracy. Posłałam zgłoszenia do innych magazynów, ale mają skompletowane ekipy i nie przyjmują nikogo nowego. Robię, co mogę. Akurat udaje mi się co miesiąc zapłacić ratę kredytu za dom i zostaje dosyć, żeby kupić jedzenie dla psa. Nie, mamo, nie możesz mi pomóc. Mam zamiar sama sobie radzić, więc nawet nie zaczynajmy tego tematu. Moja wielka chwila się zbliża, czuję to. A przy okazji, przywiozłam ci stertę przyszłych numerów do poczytania. W każdym z nich jest coś mojego.
– Ciągle nie mogę przywyknąć, że twoi ludzie wymyślają te wszystkie rzeczy, a potem to się dzieje. Drukujecie wiele tygodni wcześniej to, co się wydarzy – powiedziała Toots.
Abby roześmiała się.
– To nie do końca tak, ale jesteś blisko. Cóż, dojechałyśmy do domu, a ty masz gości. Naprawdę wiesz, jak urządzić pogrzeb, mamo.
– Wydarzenie towarzyskie, moja droga. „Pogrzeb” to takie posępne słowo. Przywołuje najróżniejsze ponure myśli.
Abby zaśmiała się, wysiadając z limuzyny i wkraczając po schodkach na szeroką werandę domu matki.
Obie kobiety popędziły na górę przebrać się w suche ubrania, zanim będą musiały się spotkać z gośćmi, którzy przyjdą złożyć kondolencje.
Toots spojrzała na swoje odbicie w wysokim lustrze w swoim pokoju.
Tak, wyglądała jak zmokła kura, ale czyż nie oczekuje się, by wdowa wyglądała trochę jak zmokła kura?
– W czarnym nie jest mi najlepiej – mruknęła do siebie, zrzucając żałobny strój na stertę na podłodze łazienki. Przywdziała inną czarną sukienkę, dodała sznur pereł, przygładziła włosy, skropiła się perfumami i poczuła się na tyle odświeżona, by zejść na dół i przez godzinę czy dwie przebywać w towarzystwie.
Chowanie zmarłych jest takie czasochłonne. Nawet stypa zajmuje wieki. Toots chciała tylko schować się w swojej bawialni, żeby przeczytać stos kolorowych magazynów, które Abby jej przywiozła. Za żadne skarby świata Toots nie przyznałaby, że jest nałogowo uzależniona od brukowych ploteczek. Ale na razie czeka ją obowiązek, więc go wypełni. Ma jeszcze cały wieczór na czytanie swoich drogocennych magazynów i łyczek wina przy lekturze. Wypije za Lelanda i to będzie koniec tego rozdziału w jej życiu.
Pora ruszać dalej. A to było coś, w czym była bardzo dobra.
Rozdział 2
Gdy tylko ostatni gość wyszedł za próg z torbą jedzenia, pogrążona w smutku Toots pogalopowała na górę i wpadła do swojej prawie trzydziestometrowej łazienki, gdzie wzięła kąpiel. Odbyła dwie wyprawy do olbrzymiego jacuzzi ze stertą czasopism, czterema aromatyzowanymi świecami i świeżą butelką wina oraz swoim ulubionym bakaratowym kieliszkiem.
Przystanęła na chwilę, żeby zadecydować, których soli do kąpieli chce użyć, i ostatecznie wybrała „Jaśmin Konfederatów”, ponieważ aromat nieco przypominał prawdziwe kwiaty. Skoro już o tym mowa, Toots była typową damą z Południa.
Toots rozebrała się, a ubrania trafiły na wierzch sterty namokniętych szmatek, które porzuciła wcześniej.
Nigdy więcej ich nie włoży. Ale jednak, skoro tak ściśle przestrzegała zasad, być może powie gosposi, Bernice, żeby zostawiła je, dopóki nie skończy się dziesięciodniowy okres żałoby. W ten sposób nie będzie oszukiwać. Tylko pomyśleć, że przez kolejne dziesięć dni musi chodzić w czerni, która naprawdę sprawiała, że wyglądała blado. Dziewięć, jeśli liczyć dzisiejszy.
Cóż, Toots z całą pewnością liczyła dzisiejszy.
Wciągnęła w nozdrza zachwycający zapach wydobywający się z jacuzzi. Cudownie! Zanurzyła się w jedwabistej wodzie i westchnęła błogo. Oparła się i rozkoszowała się pierwszymi kilkoma chwilami wspaniałej kąpieli, zanim pochyliła się do przodu, żeby nalać sobie kieliszek bąbelków, których Leland do swojej piwniczki win nakupił całe skrzynki.
– Za ciebie, Lelandzie – powiedziała Toots, wznosząc kieliszek. Przechyliła go i połknęła całą zawartość naraz. Teraz może ruszać dalej. Wypełniła swój obowiązek.
Toots ponownie napełniła kieliszek, oparła się i zapaliła papierosa.
Palenie to niewątpliwie paskudny nałóg, lecz ona się tym nie przejmowała. Była o wiele za stara, żeby się martwić tym, co dla niej dobre albo złe. Interesowało ją tylko życie i nie zaprzątała sobie głowy myśleniem o tym, że papierosy mogłyby w tym przeszkodzić. Poza tym miała wszelakie przywary, jakie istniały. Uwielbiała przywary, ponieważ stanowiły taki świetny temat do pogawędek. Lubiła pić, palić, była uzależniona od słodyczy i potajemnie zaczytywała się brukowcami. Dawno temu przekonała samą siebie, że bycie weganką równoważyło wszystkie jej złe nałogi. Ten gnojek, Leland, wiecznie ją nękał z powodu tych jej, jak to ujmował, niemiłych nawyków.
– Chrzań się, Lelandzie!
Toots była właśnie przy trzecim kieliszku wina oraz czwartej stronie magazynu, który akurat czytała, zanim uświadomiła sobie, że nie potrafi sobie przypomnieć, o czym właściwie czyta. Co się z nią stało?
Nic nigdy nie przeszkadzało jej w czytaniu ukochanych piśmideł.
Aż do teraz. Zamknęła oczy i usiłowała uzmysłowić sobie, co takiego zakłóca jej porządek wszechświata.
Coś czaiło się w jej wnętrzu. Lelanda już skreśliła. Abby miała się dobrze, przynajmniej w tej chwili. Czyżby Toots czuła się zagubiona? Czy potrzebowała w domu mężczyzny? Do diabła, nie potrzebowała. Co ją zatem gryzło?
Dziewięć dni żałoby, na jakie sobie przyzwoliła? Toots prychnęła.
Każda szanująca się kobieta zdoła przetrwać dziewięć dni żałoby, wychodząc codziennie na śniadanie, lunch i obiad. Jeszcze wciśnie małe zakupy, i nic jej nie będzie.
Przy czwartym kieliszku wina Toots stwierdziła, że potrzebuje... Nie, nie że potrzebuje, ale że chce coś namieszać. Potrzebowała trochę emocji w swoim życiu. Myślami powróciła do czasów z przyjaciółkami, gdy była młoda i pełna werwy. Przyjaciółkami, których nie widywała zbyt często przez ostatnie dwadzieścia lat. Pisywały do siebie e-maile, telefonowały i posyłały bożonarodzeniowe kartki, lecz niekiedy życie przeszkadzało w kontaktach.
Być może nadeszła pora, żeby zadzwonić do nich wszystkich i zaprosić je do odwiedzin. Bądź co bądź, to matki chrzestne Abby. Wszyscy uważali, że to dziwne, iż jej córka ma trzy matki chrzestne. Zwłaszcza ten kretyn, Leland. Ona wcale nie uznawała tego za dziwne. Tak samo jak jej przyjaciółki.
Toots zerknęła w głąb butelki. Pusta! Wygramoliła się z wanny, osuszyła ręcznikiem wielkości namiotu, upudrowała, narzuciła na siebie czarną nocną koszulę – przecież była w żałobie – i chwiejnym krokiem przeszła do miniaturowego biura w swojej sypialni. Tak naprawdę to nie było biuro, ale jedynie mały stolik, przy którym zasiadała, żeby pisać wiadomości do ludzi, którzy obchodzili ją mniej niż zeszłoroczny śnieg, zapłacić parę rachunków, w które nie chciała wtajemniczać swojego menedżera oraz skorzystać z laptopa, żeby kilka razy dziennie sprawdzać nowinki w TMZ i Page Six.
Toots uruchomiła laptopa i zabrała się do pisania e-maila do swej przyjaciółki Mavis, która mieszkała w Maine w małym drewnianym domku niedaleko oceanu.
„Chciałabym, żebyś przyjechała mnie odwiedzić, Mavis. To ty zawsze miałaś pełno pomysłów. Jak szybko możesz tu przyjechać? A przy okazji, pochowałam dzisiaj Lelanda i jestem trochę nie w sosie”.
Pięć minut później laptop zasygnalizował nadejście odpowiedzi.
„Przykro mi, Toots, nie mogę sobie pozwolić na taką podróż. Nie mogę zostawić Coco, mojej psiny. Ostatnio to naprawdę moja jedyna towarzyszka. Przykro mi, że twój pies Leland zdechł. Nawet nie wiedziałam, że miałaś psa. To okropne, kiedy umiera ukochane zwierzątko. Przepraszam, Toots, bardzo bym chciała się z tobą zobaczyć, ale moja emerytura po prostu nie wystarczy w tej chwili na pokrycie wydatków związanych z podróżą”.
Toots zamrugała. Jakie to dziwaczne, że Mavis sądziła, iż Leland to pies. Zastanawiała się, dlaczego Mavis tak pomyślała, aż zaświtało jej, co jej stara przyjaciółka miała na myśli.
Nacisnęła przycisk ODPOWIEDZ.
„Wyślę Ci bilet pierwszej klasy dla Ciebie i Coco. Leland był moim mężem”.
Następna odpowiedź od Mavis brzmiała:
„LOL, zapomniałam, że znowu wyszłaś za mąż. Szkoda, przykre. Otrząśniesz się z tego, Toots, zawsze tak robisz. Z radością przyjmę Twój bilet i nie mogę się doczekać, żeby Cię zobaczyć. Minęło już tyle czasu. Czy pozostałe także przyjeżdżają?”.
Toots nie traciła czasu.
„Pracuję nad tym. Więcej napiszę jutro”.
Następny e-mail Toots był zaadresowany do Sophie, która wyszła za mąż za podrywacza, dziś już będącego jedną nogą w grobie, a drugą ślizgającego się na skórce od banana, jak wynikało z ostatniego e-maila Sophie. Dla czterech przyjaciółek nie było tajemnicą, że Sophie nienawidziła swego męża i że opiekowała się nim tylko z powodu wartej pięć milionów dolarów polisy na życie, którą założyła mu przed laty.
„Zostanę w okolicy tylko tak długo, żeby wybrać pieniądze, i już mnie nie ma”, powiedziała im.
„Sophie, piszę do Ciebie, żeby zaprosić Cię w odwiedziny. Chętnie wyślę Ci bilet, jeżeli możesz wygospodarować czas. Upłynęło o wiele za dużo czasu, odkąd się widziałyśmy. Myślę, że to będzie ciekawe dla Ciebie i pozostałych. Będzie jak za dawnych lat”.
Odpowiedź Sophie nadeszła tak prędko, że Toots aż się zdumiała.
„Nie mogę go zostawić samego. Ten stary wróbel umiera o wiele za długo. Nie po to opłacałam taką górę składek przez te wszystkie lata, żeby teraz ktoś mnie oszwabił. Poza tym chcę, żeby się codziennie pocił i zastanawiał, czy podam mu jego leki i go nakarmię. Co, oczywiście, robię. Jaką byłabym osobą, gdybym tego nie robiła?”.
Toots stwierdziła, że owszem, z tym na pewno może się utożsamić.
„Nie ma się czym martwić, Sophie. Zatrudnię Ci całodobową pielęgniarkę dla Twojego męża. Czy w takim razie przyjedziesz? A przy okazji, dzisiaj pochowałam Lelanda”.
Sophie odpisała w okamgnieniu:
„Dobrze, sprawdzę swój terminarz, który tak naprawdę nie jest żadnym terminarzem. Daj mi znać, kiedy mam wyjazd. Kto to jest Leland?”.
Toots odpowiedziała na jej e-mail:
„Skontaktuję się z Tobą co do daty. Leland to był mój mąż. Muszę odbyć tę dziesięciodniową żałobę. Dziewięciodniową, jeżeli liczyć dzisiaj. Zdecydowanie liczę dzisiejszy dzień. Możesz mnie obserwować i dowiedzieć się, jak to jest, to będziesz wiedziała, jak się zachować, kiedy ten tuman, którego poślubiłaś, kopnie w kalendarz. Żałoba to śliska sprawa. Musisz ją przebyć jak należy, bo inaczej ludzie będą o Tobie gadać”.
Sophie zaciekawiła się.
„Jaki numer miał Leland? Zdaje mi się, że wychodziłaś za mąż więcej razy niż Elizabeth Taylor”.
Toots odpisała szybko:
„Leland miał numer osiem, a ja już nigdy nie wyjdę za mąż. Więcej jutro. Teraz muszę wysłać e-maila do Idy. Z nią pójdzie ciężko. Pamiętasz, jak się nie znosiłyśmy i udawałyśmy, że tak nie jest? Myślę, że ona ciągle ma mi za złe, że poślubiłam faceta, na którego ona miała chrapkę. Gdybym tego nie zrobiła, to ona byłaby teraz wdową. Próbowałam jej powiedzieć, że to było wielkie zero, chociaż miał mnóstwo pieniędzy”.
Toots nie kłopotała się czekaniem na odpowiedź, zanim wysłała e-mail do Idy. Od razu przeszła do rzeczy:
„Ido, tu Toots. Piszę do Ciebie, żeby Cię zaprosić w odwiedziny. Mavis i Sophie zgodziły się przyjechać, i będzie jak za dawnych czasów. Mam pewien plan, Ido, i chcę w niego zaangażować nas wszystkie. Mam nadzieję, że nie masz już do mnie żalu. Nadszedł czas, żebyśmy zapomniały o tej głupiej starej sprawie. Wierz mi lub nie, ale oddałam Ci przysługę, kradnąc tego jak-mu-tam-było. Nawet jego pieniądze nie wynagrodziły tego, jakim był nudziarzem. Chociaż był łagodny i troskliwy. A więc, co myślisz? A przy okazji, dzisiaj pochowałam Lelanda. Jestem w żałobie, zostało mi jeszcze dziewięć dni”.
Odpowiedź Idy była zwięzła i lakoniczna:
„Dolicz mnie do spotkania. Powiedz mi, kiedy chcesz, żebym przyjechała. Och, smutna sprawa z Lelandem”.
Toots zatarła ręce i zatrzasnęła laptopa.
Była na fali, czuła to. Chociaż nie miała jeszcze bladego pojęcia, co to za wielki plan. Coś wymyśli.
Zawsze tak robiła.
Rozdział 3
Toots, odkąd sięgała pamięcią, budziła się codziennie o piątej rano, ale dzisiaj, w swoim dziesiątym i ostatnim dniu żałoby, obudziła się o trzeciej i bardziej podekscytowana, niż się jej zdarzało od lat. Sophie, Mavis i Ida miały pojawić się z samego rana. Dzisiaj był ten dzień, żeby wziąć się w garść.
Z przyzwyczajenia szybko posłała łóżko. Później pozwoli Bernice, swojej przyjaciółce i gosposi, martwić się o ścieranie kurzu i odkurzanie dywanów. Ten dzień to dla niej nowy początek. Chciała żyć jak kobieta o połowę młodsza, a nie jak jakaś starucha, która zakopuje mężów niczym starożytne skarby, po czym spędza resztę życia na ich wspominaniu. Nie, nie, nie, to nie dla niej.
Drżąc z radości, że nareszcie może cisnąć w kąt czarne żałobne ubiory, Toots wybrała jaskraworóżową bluzkę i wiśniową spódnicę. Miała nieco ponad metr siedemdziesiąt wzrostu i dzięki Bogu nie wykształciła na plecach garbu, jak wiele kobiet w jej wieku, a jej rudawobrązowe włosy nadal lśniły. Oczywiście, farbowała je, ale ten sekret trzymała tylko dla siebie. Związała włosy w luźny kok na czubku głowy. „Nieźle, jak na sześćdziesięciopięciolatkę”, pomyślała, spoglądając w lustro ukazujące całą postać. Trzech mężów mówiło jej, że wygląda jak Katharine Hepburn, choć za żadne skarby nie potrafiła sobie przypomnieć, którzy to byli. To i tak nie miało znaczenia. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. Kolory były krzykliwe, lecz po dziesięciu dniach w czerni miała zamiar od tej pory wyglądać jak tęcza. Żadnych więcej mężów, więc nie będzie potrzeby nosić czerni. Z tą myślą w głowie Toots wyrzuciła z garderoby wszystkie czarne rzeczy, ciskając je do kosza na pranie. Odda je instytucji dobroczynnej. Dokonawszy dzieła, Toots udała się na dół do kuchni, swego ulubionego pomieszczenia w domu.
Stare sosnowe podłogi błyszczały niczym roztopione złoto. Toots wiedziała, że o wschodzie słońca świeżo umyte okna będą lśniły jak diamenty. Ona i Bernice spędziły wczorajszy dzień, szorując je i polerując octem i gazetami. Chodniki w barwach czerwieni i szmaragdowej zieleni leżały rozrzucone na podłodze niczym cukierki na Boże Narodzenie. Wykonane na zamówienie czerwone szafki, które Leland określił jako krzykliwe i tandetne, zajmowały trzy ściany. Przy czwartej znajdował się kominek z wielkich kamieni, które osobiście zebrała w górach Karoliny Północnej. Leland uważał, że to nędzne. Przypomniała mu, że to jej dom, a on w każdej chwili może swobodnie zamieszkać w domku dla gości. Postanowił się nie przenosić, stary dureń. Ale przynajmniej trzymał później język za zębami. Cóż, Leland umarł i już go nie ma. Mogła pomalować ściany na fioletowo, jeśli przyszłaby jej ochota.
Odsunąwszy od siebie wszelkie myśli o swoim zmarłym małżonku, Toots nastawiła dzbanek kawy i w kuchennej szufladzie, w której ukryła swój tajny zapas arachidowych batoników z karmelem, znalazła papierosy. Kiedy kawa się zaparzyła, Toots napełniła gorącym napojem swój ulubiony kubek z wizerunkiem Maxine. Z papierosami i kawą w dłoniach wyszła na zewnątrz, aby usiąść na werandzie z tyłu domu.
Uwielbiała tę porę dnia. Ptaki zaczynały się budzić, a mieszanina ich świergotów stanowiła muzykę dla jej uszu.
Kwiaty i krzewy wciąż błyszczały od rosy wczesnego poranka. W powietrzu unosiła się woń świeżo przekopanej ziemi w ogrodzie sąsiada, przypominając Toots, że lato jest tuż-tuż. Bukiet jaśminu zwanego „królową nocy”, który zebrała zeszłego wieczoru, tkwił w wazonie na plecionym stoliczku, nasycając jej zmysły swym silnym zapachem. Boże, ależ uwielbiała to miejsce. Nie potrafiła sobie wyobrazić mieszkania gdziekolwiek indziej na całym świecie.
Toots upiła solidny łyk kawy i przystąpiła do sporządzania w myślach swojej listy zadań koniecznych do „wzięcia się w garść”. Ona i Bemice harowały wczoraj jak niewolnice, pucując większość domu na zewnątrz i w środku. Pete, jej wieloletni przyjaciel i ogrodnik, wypielił rabaty, uporządkował krzewy, skosił trawę, a potem usunął martwe liście z jej dwóch dębów wirginijskich. Karmniki dla kolibrów zostały napełnione, suche ziarna kukurydzy dla wiewiórek rozsypane wokół w nadziei, że te będą trzymać się z dala od ptasich karmników, choć była to z góry przegrana bitwa. Robiła tak co roku i nie widziała powodu, żeby zaprzestać tego w najbliższej przyszłości.
Miała swoją rutynę i lubiła się jej trzymać przez większość dni, lecz teraz odczuwała w sobie coś jakby tęsknotę, coś, czego od śmierci Lelanda nie udawało jej się uciszyć. Najlepiej potrafiła to sobie wytłumaczyć w ten sposób, że jakiś niepokój burzy jej krew. Jak to człowiek czuje się na starość? Zagubiony, bez poczucia celu? Nie! Nie! Nie! Ona nie pozwoli sobie na użalanie się nad sobą, uwierzywszy w te bzdury.
Jej najlepsze na calutkim świecie przyjaciółki właśnie jechały do niej z wizytą. Mroczny nastrój nie leżał w jej planach.
Wołała cieszyć się z tego, co ma, i sama sobie przypominała wszystko, za co mogła być wdzięczna. W wieku sześćdziesięciu pięciu lat była zdrowa jak ryba, jak trzy miesiące temu potwierdziły badania. Miała piękną córkę, która zdawała się kwitnąć w Los Angeles.
Jej najdroższe przyjaciółki wciąż żyły. Miała więcej pieniędzy niż JPMorgan Chase, przynajmniej dzisiaj, i nie spodziewała się, by w najbliższym czasie to się miało zmienić.
Życie wyglądało różowo.
Pociągnęła łyk wystygłej już kawy, zapaliła kolejnego papierosa i zaciągnęła się toksynami, po czym wypuściła gryzący dym w rześkie powietrze. Ida nie da jej chwili spokoju, gdy się dowie, że Toots nadal pali. Ida uważała, że wszystko, co umila życie, jest tak naprawdę szkodliwe. Według niej oddychanie było szkodliwe. Mavis powiedziała, że Ida cierpi na coś, co specjaliści nazywają ZOK, zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym, cokolwiek to, u diabła, jest.
Czy nikt już nie cierpi na zaparcia? Dlaczego każde schorzenie musi zostać zredukowane do inicjałów?
„Nowe początki”, pomyślała Toots, wchodząc do domu, by ponownie napełnić kubek. „Kompletnie nowiusieńkie początki”. Żadnych mężów, którymi trzeba się przejmować, a których Toots miała zawsze, lecz teraz po raz pierwszy od bardzo, ale to bardzo długiego czasu była całkiem sama. Nie była pewna, czy ta myśl jej się podoba, czy nie. Wcześniej zawsze miała w pobliżu jakichś dalekich krewnych albo, Boże dopomóż, męża, by się z nimi zmagać. A ponieważ Abby mieszkała na zachodnim wybrzeżu, a przyjaciółki rozproszyły się po kraju, Toots uświadomiła sobie, że emocje, których doświadcza, to uczucie straty, bycia niepotrzebną. Cholera. Ktoś zawsze czegoś potrzebował. Po prostu znajdzie sobie nową potrzebę, zaspokoi ją i będzie żyć pełnią życia.
Nigdy nieskora do nurzania się w żalu nad sobą, Toots wypiła jeszcze dwa kubki kawy i wypaliła kolejne trzy papierosy, potem nasypała sobie miskę zbożowych kółeczek Froot Loops szczodrze wzbogaconych dodatkowym cukrem i pełnotłustym mlekiem. Roześmiała się w głos z tego, co uważała za swoje grzeszki.
– Co ty, u licha, wyprawiasz o tej porze, śmiejąc się jak stuknięta w mojej kuchni? – spytała Bemice od progu frontowych drzwi, skąd obserwowała swoją szaloną chlebodawczynię, którą kochała mocniej, niż kiedykolwiek kochała swojego własnego zmarłego męża.
Toots omal nie dostała zawału.
– Niech cię diabli, Bernice, mało co nie padłam ze strachu! Nie słyszałam, jak otworzyły się frontowe drzwi. I mogę ci zadać to samo pytanie. Dlaczego jesteś tu tak wcześnie?
– Mamy długą listę rzeczy do zrobienia dzisiaj. Zeszłej nocy sama tak powiedziałaś. Wszystkie te twoje napuszone przyjaciółki wkrótce tu będą. Nie chciałabym, żeby sobie o tobie pomyślały, że nie żyjesz jak królowa. Jestem tu na twoje rozkazy. Pamiętasz, jak nauczyłaś mnie tak mówić po tym, jak umarł twój trzeci mąż?
Toots zrobiła kwaśną minę. Nie przypominała sobie niczego takiego, ale i tak skinęła głową.
Bernice była bardziej przyjaciółką, niż pracownicą. Kiedy Toots opowiedziała jej o zbliżającej się wizycie przyjaciółek, Bernice ani trochę nie była podekscytowana. Nie chcąc, żeby poczuła się zepchnięta na margines, Toots poprosiła ją o pomoc przy paru dodatkowych zajęciach, mając nadzieję, że dzięki temu Bernice poczuje, że trzyma rękę na pulsie, że jest częścią paczki. Lecz zamiast tego Bernice zareagowała tak, jakby użądliło ją stado wściekłych pszczół, a potem wymamrotała coś o tym, jak to jest być wynajętą pomocą domową.
– Och, przestań wreszcie! Zachowujesz się jak dziecko. Nie musisz tu tkwić, kiedy będą dziewczęta. Jestem pewna, że masz mnóstwo innych rzeczy, żeby zająć czymś czas.
Obie wiedziały, że to kit. Rodzina Bernice składała się z jednego syna, którego nie widziała ani od którego nie miała wiadomości od czterech lat, a który ponoć podróżował po świecie w poszukiwaniu swoich korzeni.
– Gdybyś nie była moją pracodawczynią, powiedziałabym ci po prostu, żebyś mnie cmoknęła w moje pomarszczone stare dupsko – oznajmiła Bernice z nutą swego dawnego humoru.
– Taaak? A gdybyś ty nie była moją ulubioną pracownicą, to powiedziałabym ci, że jesteś wylana. I kropka – odparowała Toots.
– Wypiłaś cały dzbanek kawy? – spytała Bernice.
– Pewnie, a tobie co do tego? – odparła śpiewnie Toots. – Jesteś dzisiaj policją kawową?
– Wiesz, że lubię wypić co najmniej ze trzy kubki, zanim zacznę pracę. Zaparz następny dzbanek, kiedy ja będę sobie szykować tosta.
– Tak jest, sir... ma’am! – odpowiedziała Toots, uśmiechając się.
Tak wyglądała ich normalna poranna rutyna. Gdy chodziło o jej przyjaźń z Toots, Bernice bywała nieco zaborcza, chociaż w sympatyczny sposób. Toots wiedziała, że gdyby Bernice ją opuściła, to ona sama po prostu położyłaby się i umarła. Pocieszała się, że kiedy już Bernice pozna dziewczęta podczas tych odwiedzin – ponieważ miały się pojawić wszystkie naraz – to się opamięta. Będą miały mnóstwo czasu, żeby trajkotać i poznawać się na nowo. Włączając w to Bernice.
Zadzwonił telefon, alarmując Toots. Przekonała się w trakcie ośmiu małżeństw, że telefony wczesnym rankiem i późno w nocy nigdy nie oznaczają dobrych wieści. Zawahała się, zanim podniosła słuchawkę, ale przypomniała sobie, że nie ma już więcej mężów do chowania.
– Halo? – odezwała się energicznym głosem.
– Mamo, czy ty naprawdę nie śpisz o tej piekielnej godzinie, czy tylko udajesz? – spytała Abby.
– Mogłabym ci zadać to samo pytanie. Wiedząc, że jesteś na Zachodnim Wybrzeżu, domyślam się, że właśnie kończysz nocną pracę. A więc o co chodzi? Dlaczego dzwonisz do mnie o takiej okropnej godzinie? U ciebie wszystko w porządku, prawda? – Toots dopytywała się z zaniepokojeniem.
– Zależy, co rozumiesz przez „w porządku”. Czy jestem zdrowa? Tak. Czy moja hipoteka jest zapłacona? Tak. Czy Chester ma się dobrze? Na to też „tak”. – Abby westchnęła. Chester był owczarkiem alzackim, którego Abby przygarnęła trzy lata temu w Boże Narodzenie. Nazywała go w skrócie swoim Najukochańszym Maleństwem. Chester nigdy nie reagował na takie czułości.
Toots znała swoją córkę i wiedziała, że nie zadzwoniłaby do niej o tej porze dnia czy, ściślej biorąc, wczesnego ranka, gdyby coś naprawdę jej nie dręczyło.
– No więc w czym problem? Czy chodzi o mężczyznę? Jeżeli poznałaś następnego durnia i trzeba się nim zająć, to wsiadam w najbliższy samolot.
Abby zignorowała przytyk.
– Mamo, właśnie usłyszałam niepokojące wieści. Wygląda na to, że drogi stary Rag jest w tarapatach. Cała ekipa wiedziała, że ma problem z hazardem. Po prostu nie wiedzieliśmy, jak poważny. Wczoraj po południu mieliśmy spotkanie redakcyjne. Oznajmił nam, że wystawia „Informera” na sprzedaż. Powiedział, że jest zmęczony pracą, ale wszyscy wiedzieliśmy, że chodzi o spłatę jego długów hazardowych. Większość weekendów spędza w Vegas.
Nie wiem, gdzie będę dalej pracować. W przypływie swojego typowego wrednego nastroju poinformował nas, że jednym z warunków sprzedaży gazety prawdopodobnie będzie to, że wszyscy dawni pracownicy muszą odejść. Mówię to, bo tylko chcę wyrzucić z siebie złość, mamo.
– Och, słonko, to okropne. Sądząc z tego, co mi o nim opowiadałaś, mógł się doigrać. Mówiłaś też, że od czasu do czasu grozi sprzedażą gazety i nigdy tego nie robi. Wstrzymaj się do czasu, aż będziesz miała jakieś bardziej konkretne fakty. A tak z czystej ciekawości, czy orientujesz się, ile chce za gazetę? – spytała Toots, ponieważ pewien pomysł poraził ją niczym błyskawica.
– Nie wiem, mamo. Jestem pewna, że „The Globe” albo „The Enquirer” kupią ją za psi grosz, jeżeli naprawdę pójdzie na sprzedaż. Jeżeli to zrobią, to mają mnóstwo własnych ludzi do obsadzenia stanowisk albo przejęcia tego, co robimy. Mnie tylko wkurza, że nałogi kogoś innego pozbawiają pracy mnie i gromadę innych ludzi. Nie mogę znieść myśli, że musiałabym odbierać zasiłek dla bezrobotnych.
– Mogłabyś przyjechać do domu, Abby. „The Post” i „Courier” przyjęłyby cię w mgnieniu oka. Przecież wiesz. – Amanda Lawford, właścicielka i wydawca „The Post” i „Couriera”, działała razem z Toots w co najmniej pół tuzina różnych komitetów i powtarzała jej raz po raz, że gdyby Abby kiedykolwiek postanowiła przeprowadzić się do Charleston, dałaby jej pracę w dziale kryminalnym. Abby nie była zainteresowana. Być może tym razem sprawy potoczą się inaczej.
– Dzięki, mamo, ale nie, dziękuję. Mam dwadzieścia osiem lat. Ostatnie, czego chcę, to wracać do domu z podkulonym ogonem. Poza tym Amanda Lawford po prostu chce mnie mieć w pobliżu, żebym się umawiała z tym jej durnym synem.
Toots zaśmiała się.
– Co do tego masz rację. On zawsze o ciebie pyta, ilekroć go spotykam.
– Następnym razem powiedz mu, że go pozdrawiam. To nie jest zły facet, po prostu nie w moim typie. A poza tym nigdy nie umówiłabym się z facetem o imieniu Herman. Przypomina mi się serial w telewizji, który oglądałam jako dziecko.
– „Rodzina Potwornickich”! – Toots roześmiała się, gdy sobie przypomniała, jak Abby tkwiła przyklejona do telewizora podczas powtórek starego serialu i, z tego, co jej było wiadome, nigdy nie opuściła żadnego odcinka.
– No tak, to ten. A więc kiedy zjadą te wszystkie moje matki chrzestne? Nie mogę uwierzyć, że faktycznie zorganizowałaś ich wizytę w tym samym czasie. Upłynęły całe wieki, odkąd je widziałam.
– Przyjedź do domu, Abby, to je zobaczysz. Będą szczęśliwe, mogąc się z tobą spotkać – zachęcała ją Toots. – Kupię ci bilet.
– To nie najlepsza pora. Kiedy w każdej chwili mogą gruchnąć złe wieści o gazecie, nie wydaje mi się, żeby wakacje leżały w moim interesie. Poza tym dopiero co tam byłam.
– Twój pokój czeka, jeżeli zmienisz zdanie. Bernice z wielką radością codziennie go wietrzy na wypadek, gdybyś postanowiła nagle wpaść z wizytą.
– Dzięki, mamo. Jesteś cudowna, ale w tej chwili potrzebowałam się tylko wypłakać na twoim ramieniu. Coś wymyślę. No i zawsze mogę pracować dla „Los Angeles Times”. Co najmniej raz w miesiącu dostaję e-maila od mojego byłego naczelnego, który chce mnie zwabić z powrotem.
– Nie byłabyś szczęśliwa, pisząc o drętwych politykach i rządzie – powiedziała Toots.
Usłyszała w słuchawce głębokie westchnienie Abby.
– Jeżeli do czegoś dojdzie, wezmę to pod uwagę. Mam rachunki do zapłacenia i nie, nie zamierzam pozwolić, żebyś mnie wyciągała z opresji, więc nawet nie zaczynajmy tego tematu, dobrze?
Toots uśmiechnęła się na przekór samej sobie. Abby była zupełnie jak jej ojciec. Zawzięcie niezależna.
– Co tylko zechcesz, moja droga. Tylko wiedz, że gdzieś istnieje pomoc, jeżeli sytuacja przybierze za bardzo zły obrót.
– Jak to się stało, że miałam taki fart, dostając matkę taką jak ty? – spytała Abby.
– Uśmiech losu, maleńka – odpowiedziała Toots. Miała nadzieję, że za pół roku Abby będzie pamiętała te słowa.
Rozdział 4
Toots biegała po kuchni jak oszalała, otwierając i zamykając szuflady.
– Gdzie mój notes z adresami? Wiem, że gdzieś tutaj jest.
– Leży na biurku w twoim pokoju. Przypomnij sobie, że zawsze go tam zostawiasz – odpowiedziała Bernice pomiędzy kęsami tosta.
– Oczywiście! Masz rację. Gdzie ja mam głowę? – burknęła Toots.
– Zgubiłaś ją-docięła jej Bernice.
– Przestaniesz wreszcie? – Toots rzuciła przez ramię, biegnąc na górę. Gdy znalazła notes z adresami na swoim biurku, usłyszała, jak Bernice mruczy coś na dole. Toots zaśmiała się i pokręciła głową. Bernice była z nią, od kiedy Abby była niemowlęciem. Przed laty, kiedy odpowiedziała na ogłoszenie o poszukiwaniu gosposi, które Toots zamieściła w gazecie w New Jersey, Bernice sama była niedawno owdowiałą matką z małym synkiem. Kiedy John Simpson, jedyna prawdziwa miłość Toots i ojciec Abby, zginął w wypadku samochodowym, opuściły New Jersey bez oglądania się za siebie. Bernice nie zawahała się nawet przez chwilę, kiedy Toots poprosiła ją, by pojechała z nią do Charleston. Abby była wówczas pięcioletnim brzdącem. Gdzie się podziały te wszystkie lata?
Bernice znała ją lepiej niż jej ośmiu mężów razem wziętych. Była z nią w dobrych i złych chwilach. Chociaż była przyjaciółką, zawsze pamiętała też o swojej funkcji pracownicy. Toots darzyła ją bezgranicznym zaufaniem.
Toots przerzucała strony, aż znalazła numer do swojego pasierba, Christophera Claya. Spojrzała na zegar i zdała sobie sprawę, że pewnie jest za wcześnie, żeby dzwonić.
Cholera! Jeżeli Christopher chociaż trochę przypomina ojca, to wstaje bladym świtem. Toots wykręciła numer, nie zważając na trzygodzinną różnicę czasu. To była ważna sprawa. Chrzanić maniery.
Czekając na połączenie, usiłowała sobie przypomnieć, gdzie Garland, ojciec Christophera, plasował się w jej rankingu mężów. Być może na czwartej pozycji. Kiedy się pobrali, Christopher był w szkole z internatem.
Toots pamiętała swoje obawy, czy Chris nie będzie jej postrzegał jako złej macochy, ale było wręcz przeciwnie. Pierwsza żona Garlanda, matka Chrisa, zmarła, gdy chłopiec był jeszcze mały. Chris był podekscytowany perspektywą posiadania „prawdziwej mamy” i od samego początku świetnie im się układało. Do dziś Toots myślała o nim jak o swoim synu. Kiedy Garland umarł i wszystko zostawił jej, natychmiast przekazała miliony Chrisowi, który wtedy właśnie zaczynał studia prawnicze. Zatrzymała dom, w którym razem mieszkali, tylko dlatego, że Chris nie był gotowy, by wziąć odpowiedzialność związaną z posiadaniem domu. Kiedy nadeszła odpowiednia pora, dała mu również dom. Toots ciepło wspominała ich wspólne życie.
Miała nadzieję, że wspomnienia Chrisa są równie miłe.
– Lepiej, żeby to były dobre nowiny – zabrzmiał ochrypły głos po drugiej stronie kabla.
– Christopherze, dzień dobry! Mówi Toots, jak leci, kochanie? – odezwała się wesoło. W Hollywood każdy nazywał każdego „kochaniem”.
Głos po drugiej stronie linii zaśmiał się.
– Powinienem był wiedzieć, że to ty. „Tajfun Toots”, tylko ty jedna jesteś na tyle szalona, żeby dzwonić do mnie w środku nocy... ranka. – „Tajfun Toots” był przydomkiem, jakim Chris obdarzył ją tydzień po ukończeniu studiów, gdy w ciągu paru godzin przygotowała przyjęcie dla wszystkich dwustu jego przyjaciół.
Toots uśmiechnęła się. Zawsze podziwiała i szanowała swojego pasierba i cieszyła się, że przez lata pozostawali ze sobą blisko. Wiedziała, że może na niego liczyć, choćby nie wiem co.
Kiedy Abby postanowiła przenieść się do Los Angeles, świadomość, że Chris jest na tyle blisko, by nad nią czuwać, zdjęła Toots olbrzymi ciężar z barków. Chris był tak samo odpowiedzialny jak niegdyś jego ojciec.
– Słuchaj, przepraszam, że dzwonię tak wcześnie, ale to ważne. W przeciwnym razie bym nie dzwoniła. Potrzebuję pewnej porady prawnej, Chris, a ty byłeś pierwszą osobą, która przyszła mi na myśl. Plus fakt, że mieszkasz w Los Angeles, co przypieczętowało wybór.
– Dzięki za zaufanie, Toots. Co takiego się dzieje w LA?
– Chodzi o Abby – odpowiedziała. – Ma kłopoty.
– Cholera! Dlaczego nic nie mówiłaś?
– Mówię teraz. I, Christopherze, to nie jest sprawa życia i śmierci. Przynajmniej nie na tym etapie. – Toots miała w myślach wizję uduszenia Rodwella Archibalda Godfreya, lecz zatrzymała ją dla siebie. – Oczywiście, Abby żyje i ma się dobrze, bo inaczej bym z tobą nie rozmawiała. Ma kłopoty w pracy.
– Ona dalej pracuje dla tego szmatławca?
Abby odparła stanowczym, chociaż przyjaznym tonem.
– Tak, Christopherze, ona dalej pracuje dla tego szmatławca. Uwielbia swoją pracę bez względu na to, czy ktoś ją aprobuje, czy nie.
– Nie ma potrzeby stawać w jej obronie, Toots. Sam jestem pełnomocnikiem prawnym w branży rozrywkowej. W światku prawniczym też wcale nie stoimy wysoko. A zatem w jakie kłopoty Abby się wpakowała?
To już brzmiało bardziej po jej myśli. Przypomniało jej, dlaczego wyszła za Garlanda. Miał bystry umysł i własne wszystkie zęby. Jaki ojciec, taki syn.
– Właściciel gazety musi spłacić długi hazardowe. Oznajmił pracownikom, że sprzedaje gazetę.
Christopher zaśmiał się.
– A co to za problem dla Abby? Nie chce pracować dla kogoś innego? Jest dobra, Toots. Mogłaby wybrać sobie dział w każdym z tych wielkich dzienników.
– Jako jej matka ja to wiem! Abby uwielbia pracować w brukowcu – odpowiedziała Toots cierpko i zwięźle. – Przepraszam, Chris, jestem teraz wytrącona z równowagi. Nie chciałam na ciebie naskoczyć. Najwidoczniej jednym z warunków sprzedaży gazety jest to, że obecni pracownicy, w tym Abby, mają zostać na lodzie. Abby mówi, że to sposób właściciela, żeby zrobić coś złośliwego i małostkowego, a ja jestem skłonna się z nią zgodzić, ale z drugiej strony zupełnie się nie znam na tym, jak pracują gazety.
– Toots, wiem, dokąd zmierzasz, i jako adwokat mam zamiar ci doradzić, żebyś trzymała się od tego z daleka. Pod względem finansowym „The Informer” to porażka. Stoi nisko w rankingu brukowców. Bardzo nisko. Jestem pewien, że Abby ci mówiła. Nie mam pojęcia, jaki jest nakład, ale...
– Dowiedz się najprędzej, jak to możliwe. Zaoferuj im dwa razy tyle, ile zażądają. Żadnych pytań, Chris. Tak jak mówię.
– To nie jest dobra inwestycja, Toots. Stanowczo odradzam ci zapuszczanie się na te wody. Sama właśnie powiedziałaś, że nie masz pojęcia, jak działają gazety. Jeżeli się uparłaś, to cię nie powstrzymam, ale zamierzam podkreślić, że to kiepskie posunięcie. Nie palę się też, żeby występować jako twój pośrednik. Czy naprawdę to przemyślałaś, Toots? Co Abby o tym sądzi?
Cholera, skąd miała wiedzieć, że zapytają o Abby?
– Przemyślałam to, Chris. – Toots wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze z donośnym sykiem. – W obecnej chwili Abby nie jest świadoma moich zamiarów.
– Zakładam, że też nie planujesz nimi się z nią podzielić – dopowiedział cierpko Chris. Cała ta rozmowa ani trochę mu się nie podobała.
Czyżby Toots tak łatwo było przejrzeć? Do diabła, tak. Była matką. Musiała zrobić to, co najlepsze dla jej córki. Każda kobieta i matka zdrowa na umyśle uczyniłaby wszystko, co w jej mocy, żeby wspomóc karierę córki. Zatem cóż złego w tym, żeby to był ten rodzaj niecnego podniecenia, jakiego i tak poszukiwała?
Nie mogła się doczekać, żeby powiedzieć Sophie, Mavis i Idzie.
– Twoje założenie okazałoby się słuszne, mój kochany chłopcze.
– Dobra, Toots. Daj mi dzień czy dwa, żeby nadać bieg sprawie.
– Jesteś dobrym człowiekiem, Chris, zupełnie jak twój ojciec. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.
Dziesięć minut później Toots była na dole, nalewając sobie już nie wiadomo który kubek kawy. W jej oku skrzyła się iskierka, która nie gościła tam od wieków.
– Bernice, mam tu gdzieś schowaną butelkę porządnej szkockiej. Wiesz co, znajdźmy ją i wznieśmy toast. – Toots biegała po kuchni, przetrząsając szafki w poszukiwaniu butelki. Znalazła ją pod zlewem, obok płynu do czyszczenia. Bernice podsunęła swój pusty kubek.
– Nie zrobi ci różnicy, jeśli mi powiesz, za co ten toast?
Nagle Toots ogarnął lęk, czy nie zapeszy potencjalnej transakcji, jeżeli będzie o niej rozpowiadać, zanim stanie się faktem dokonanym. Zawsze była przesądna.
– Tak. Nie. Nie jestem do końca pewna. Nieważne. – Toots wzniosła do góry swój kubek z podobizną Maxine. – Za nowe początki i szczęśliwe zakończenia.
Kobiety stuknęły się kubkami, rozlewając kawę i alkohol na świeżo wypolerowaną podłogę. Bernice upuściła kuchenny ręcznik na podłogę i posłużyła się stopą, żeby zetrzeć wylany płyn.
– Podoba mi się, jak sprzątasz, moja droga Bernice, ale kółko gospodyń krzywiłoby się na tę konkretną metodę. Osobiście nie dbam o to, tak tylko mówię. Myślę, że nazwałoby nas obie flejtuchami – powiedziała Toots przed nalaniem po kolejnej hojnej porcji szkockiej.
– Nie uważałaś tak wczoraj, kiedy kazałaś mi harować jak wół.
– Och, na litość boską, Bernice, przestań marudzić. Wczoraj nie kazałam ci harować jak wół. Masz najcieplejszą posadkę w Charleston – odpowiedziała Toots, zanim wychyliła kubek.
– Niech cię nie ponosi, Toots.
Roześmiały się z powodu absurdalności ich obecnej sytuacji.
Obu im odpowiadała i obie wiedziały, że życie nie mogłoby ułożyć się lepiej. Po prostu lubiły się przekomarzać – jak to ujęła Bernice, powkurzać się nawzajem.
– No to teraz, kiedy jesteśmy na wpół ubzdryngolone, zechcesz mi powiedzieć, dlaczego pijemy szkocką o piątej rano? – spytała Bernice.
– Nie, ale powiem tak: możliwe, że wybiorę się w podróż na Zachodnie Wybrzeże. Wkrótce. Wkrótce, to znaczy pojutrze.
– A co z twoimi przyjaciółkami? Nie możesz mnie tu zostawić, żebym je zabawiała! Ja ich nawet nie znam. – Bernice zaczęła się miotać po kuchni jak zagubiona kura.
– Pojadą ze mną, oczywiście. Ty też możesz jechać z nami, przecież wiesz, Bernice. Nie wykluczam cię z tego.
– Nie ja! O nie, psze pani, ja nie wsiądę do samolotu. Tego nie było w mojej umowie o pracę. Zostanę tutaj i dopilnuję, żeby Pete napełniał karmniki dla ptaków, dziękuję bardzo.
– Och, Bernice, musisz trochę pożyć. Życie jest za krótkie, żeby pozwolić, by strach cię uziemił.
– Toots, mam siedemdziesiąt lat. Gdyby Bóg chciał, żebym latała, dałby mi skrzydła. Dożyłam tak długo bez latania i zamierzam tak dalej. Nigdy w życiu moja noga nie postała w samolocie. Wydaje mi się, że teraz to już nie ma znaczenia, czy boję się latać, czy nie. Ja po prostu nie rozumiem, jak to miałoby polepszyć moje życie – oświadczyła Bernice na obronę swojej długoletniej fobii przed lataniem.
Toots pomyślała o tym, co właśnie powiedziała jej gosposia.
Domyślała się, że z punktu widzenia Bernice to miało sens.
– Zapewne masz rację, ale i tak mogłabyś się nad tym zastanowić.
– I tak nie polecę. To nienaturalne. Gdyby ludzie mieli latać, rodzilibyśmy się ze skrzydłami. – Bernice wysuwała swój typowy argument, kiedy tylko pojawiał się temat podróży w powietrzu, i w ogóle nie przejmowała się, jak bardzo się powtarza.
– Zapewne w tym też masz rację, ale nie wiesz, co tracisz. Jest jeszcze tyle miejsc, które chcę odwiedzić. Tak właściwie to planuję mieszkać na obu wybrzeżach. To nowy trend wśród seniorów, a przynajmniej zdrowych i zamożnych seniorów.
Gdyby udało jej się kupić „Informera”, musiałaby mieszkać na obu wybrzeżach.
– Ty się na pewno kwalifikujesz do takiego stylu życia – odpowiedziała opryskliwie Bernice.
– Tak, owszem, nie zaprzeczam. A teraz zabierzmy się do mojej listy rzeczy do „wzięcia się w garść” i dopnijmy to, co zostało. Wciąż muszę jeszcze coś kupić. Chyba powiem Pete’owi, żeby mnie podwiózł, skoro... troszkę wypiłam.
– Cóż, jeśli o mnie chodzi, to muszę chwilkę odpocząć. Ta gorzała o takiej wczesnej porze źle mi robi na żołądek. Powinnyśmy najpierw zjeść jakieś płatki. Idź do sklepu. Kiedy cię nie będzie, powlokę świeżą pościel w łóżkach dla gości.
– Dobra myśl. Dzięki Bogu, że Walmart jest zawsze otwarty. Jeżeli przyjdzie ci do głowy coś, czego nie zapisałyśmy na liście, zadzwoń do mnie na komórkę – zawołała przez ramię Toots. Chwyciwszy torebkę oraz kluczyki do swojego lincolna, nie mówiąc nic więcej, wyszła przez tylne drzwi i wyruszyła na poszukiwanie ogrodnika.
Dwie godziny później poranne słońce zaglądało w kuchenne okno, gdy Toots zrzuciła na blat czternaście toreb. Przebiegła wzrokiem listę, odhaczając każdą pozycję, gdy wyjmowała rzeczy z toreb.
– Cholera, z Idą coś jest nie w porządku – powiedziała na głos.
Bernice przemknęła przez kuchnię niczym letnia bryza.
– Już wróciłaś?
– Tak. Szósta rano to idealna pora na zakupy. Nie ma kolejek. Tylko popatrz na to wszystko. – Toots wskazała trzy torby ze środkami odkażającymi i bakteriobójczymi.
Bernice buszowała w torbach.
– Po co to wszystko? Mamy wielki zapas środków do czyszczenia.
Nieco oszołomiona Toots pokręciła głową.
– Ida powiedziała, że będzie potrzebować paru rzeczy podczas swojej wizyty. To musi być to, o czym mówiła Mavis. Coś związanego z lękiem Idy przed zarazkami. Nazwała to ZOK, zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym.
Bernice wyjęła pudełko z obrazkiem na opakowaniu przedstawiającym coś, co przypominało telefon komórkowy.
– A cóż to za durnowata zabawka?
– To się nazywa lampka antybakteryjna. Najwidoczniej macha się tym w miejscu pełnym zarazków i to ma je wszystkie pozabijać w ciągu dziesięciu sekund. E. coli, gronkowce, zarazki salmonelli, kataru i grypy, tego rodzaju. Mavis powiedziała, że Ida nie przyjechałaby, gdybym tego nie kupiła.
– I pomyśleć, że ona tym będzie machać nad sedesem? Panie święty, będę musiała go oblewać Cloroxem co dwie minuty.
Toots zaśmiała się.
