Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 590 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Góra bezprawia - John Grisham

Nowa powieść niekwestionowanego mistrza gatunku thrillera prawniczego - Johna Grishama - który powraca w swoim najlepszym stylu.

Samantha Kofer, młoda adwokatka, w wyniku kryzysu wywołanego upadkiem banku Lehman Brothers traci pracę w wielkiej korporacji prawniczej w Nowym Jorku i ląduje na dalekiej prowincji w miasteczku Brady w Wirginii. Dla zachowania ubezpieczenia społecznego podejmuje bezpłatną pracę w Górskiej Klinice Pomocy Prawnej, gdzie służy pomocą prawną biednym mieszkańcom tamtejszej krainy węgla. Samantha, wyrwana z korporacyjnego środowiska prawniczego, po raz pierwszy w swej zawodowej karierze styka się ze zwykłymi ludźmi i ich problemami. Jej głównymi klientami są chorujący na pylicę górnicy, którym nieuczciwe kopalnie próbują odmawiać należnych im zasiłków. W imieniu mieszkańców przeciwko wielkim firmom węglowym występuje również Donovan, prowadzący w Brady jednoosobową kancelarię prawniczą. Szykuje się wielki proces w obronie praw górnika cierpiącego na pylicę, którego pozbawiono należnego mu zasiłku. Przeciwstawienie się potentatom okazuje się jednak trudniejsze i bardziej niebezpieczne niż wydawało się na początku.

Opinie o ebooku Góra bezprawia - John Grisham

Fragment ebooka Góra bezprawia - John Grisham

O książce

Kryzys w Stanach odbija się nawet na najlepiej prosperujących korporacjach prawniczych. W wyniku redukcji etatów w jednej z nich Samantha Kofer, młoda nowojorska prawniczka, z dnia na dzień zostaje zwolniona. Podejmuje pracę w małej kancelarii udzielającej bezpłatnych porad mieszkańcom górniczej mieściny gdzieś w Appalachach. I wkracza w ponury świat tajemnic, którym rządzą kompanie węglowe. Świat, w którym prawo nie jest przestrzegane, ludzie są zastraszani i eksploatowani do granic możliwości, a góry – bezpowrotnie niszczone. Tylko jeden człowiek przeciwstawia się wyzyskowi i zmowie wielkich korporacji. I nawet on nie ma czystych rąk. Samantha nie zamierza mu pomagać, bo wie, że to oznacza kłopoty. Tylko czy jeśli nie podejmie walki, nie stanie się coś o wiele gorszego?

JOHN GRISHAM

Współczesny pisarz amerykański, autor ponad 30 powieści, w tym czterech dla młodzieży, fabularyzowanego reportażu oraz zbioru opowiadań. Jego książki ukazują się w 40 językach, a ich łączny nakład osiągnął 275 milionów egzemplarzy. Dziewięć z nich zostało zekranizowanych. W 2011 pisarz otrzymał prestiżową nagrodę literacką Harper Lee.

www.facebook.com/JohnGrisham

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMAKANCELARIAZAKLINACZ DESZCZUKRÓL ODSZKODOWAŃWIĘZIENNY PRAWNIKOSTATNI SPRAWIEDLIWYCALICO JOEKOMORADARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTAUŁASKAWIENIENIEWINNY CZŁOWIEKRAPORT PELIKANAGÓRA BEZPRAWIA

Jake Brigance

CZAS ZABIJANIACZAS ZAPŁATY

Theodore Boone

OSKARŻONYAKTYWISTA

Wkrótce

TRENER

Tytuł oryginału: GRAY MOUNTAIN

Copyright © Belfry Holdings, Inc. 2014All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2015

Redakcja: Monika Strzelczyk

Zdjęcia na okładce:Petrenko Andriy/Shutterstock, In Green/Shutterstock, psv/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-215-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Pamięci Ricka Hemby (1954–2013)Na razie, Asie.

Rozdział 1

Najgorsze było czekanie – poczucie niepewności, bezsenne noce, wrzody żołądka. Koledzy wzajemnie się nie zauważali i kryli za zamkniętymi na klucz drzwiami. Sekretarki i asystenci dzielili się szeptem ostatnimi plotkami, nie patrząc sobie w oczy. Wszyscy byli spięci i trawili czas i nerwy na wieczne domysły: „Kto następny?”. Wspólnicy – szefowie działów – chodzili jak struci, unikając podwładnych. W każdej chwili mogli dostać polecenie, że mają zwolnić ludzi.

Plotki nie oszczędzały nikogo. Dziesięciu prawników z działu procesowego do zwolnienia (tylko częściowo prawda, zwolniono siedmioro). Dział nieruchomości – łącznie ze wspólnikami i całym personelem – do likwidacji (prawda). Ośmiu wspólników z działu antytrustowego przechodzi do innej firmy (nieprawda, na razie).

W pracy panowała tak duszna atmosfera, że gdy tylko się dało, Samantha uciekała z biura i siadała z laptopem w którejś z kawiarni na dolnym Manhattanie. Pewnego pogodnego dnia – ściśle mówiąc, dziesiątego dnia po upadku Lehman Brothers – usiadła na ławce w parku i zapatrzyła się na górujący kawałek dalej wieżowiec. Stał przy Broad Street 110, a jego górne piętra dzierżawiła Scully & Pershing, największa firma prawnicza na świecie. Jej firma, choć przyszłość w niej trudno było nazwać pewną. Dwa tysiące prawników w dwudziestu krajach, z tego ponad połowa w samym Nowym Jorku, z czego tysiąc w tym jednym budynku, od trzydziestego do sześćdziesiątego piątego piętra. Ciekawe, ilu z nich chciałoby teraz wyskoczyć? Nie umiała tego zgadnąć, ale nie jej jednej przychodziły do głowy takie myśli. Największa firma prawnicza na świecie zapadała się w sobie i kurczyła, podobnie zresztą jak jej konkurencja. Wielka Prawnica, jak ją przezywano w branży, wpadła w taką samą panikę jak fundusze hedgingowe, banki inwestycyjne i waszyngtońskie konglomeraty ubezpieczeniowe, a na niższym poziomie łańcucha pokarmowego – banki komercyjne przy głównych ulicach miast.

Dziesiąty dzień minął bez rozlewu krwi, podobnie jak następny. W dwunastym zabłysła nawet iskierka nadziei, gdy Ben, kolega Samanthy, przyniósł do biura wiadomość, że ciśnienie na rynkach kredytowych w Londynie nieco opadło i, być może, znajdą się dodatkowe fundusze dla kredytobiorców. Już po paru godzinach jednak pogłoski zostały zdementowane: nic takiego się nie dzieje. Więc czekali dalej.

Działem nieruchomości komercyjnych w Scully & Pershing kierowali dwaj wspólnicy. Jeden zbliżał się do wieku emerytalnego i został już wypchnięty ze stanowiska, drugim był Andy Grubman, czterdziestoletni biurokrata, który w życiu nie widział sali sądowej od środka. Jako wspólnik miał piękny gabinet z widokiem na płynący w oddali Hudson, którego też od lat nie widział. Na półce za biurkiem, pośrodku jego Ściany Próżności, stała kolekcja miniaturowych drapaczy chmur, które lubił nazywać „swoimi domami”. Po skończeniu budowy jednego z „jego” wieżowców zaangażował rzeźbiarza i zlecił mu wykonanie kilku miniatur budynku. Największa stanęła u niego w gabinecie, mniejsze we wspaniałomyślnym geście sprezentował pozostałym członkom „swojej drużyny”. W ciągu trzech lat pracy w S&P kolekcja miniatur Samanthy urosła do sześciu sztuk, jednak teraz wyglądało na to, że przestanie rosnąć.

– Siadajcie – powiedział Grubman, zamykając za nimi drzwi.

Samantha usiadła obok Bena, który zajął miejsce obok Izabelle. W oczekiwaniu na wyrok wszyscy troje spuścili głowy i wpatrzyli się w swoje buty. Samantha, czując się trochę jak skazaniec przed plutonem egzekucyjnym, miała nawet ochotę chwycić Bena za rękę. Andy opadł na fotel i unikając ich wzroku, zwięźle przedstawił sytuację, w jakiej się znaleźli.

– Jak wiecie, bank Lehman Brothers padł czternaście dni temu.

No coś takiego, Andy! Kryzys finansowy i zapaść kredytowa postawiły świat na krawędzi katastrofy i wszyscy o tym wiedzieli, ale Andy rzadko miewał coś oryginalnego do powiedzenia.

– Aktualnie mamy w obróbce pięć projektów finansowanych przez L.B. Odbyłem długie rozmowy z pięcioma inwestorami i wszyscy się wycofali. Mieliśmy jeszcze trzy następne w przygotowaniu, dwa finansowane przez Lehmana, jeden przez Lloyda, i te trzy kredyty też zostały zamrożone. Bankierzy pochowali się po sejfach i boją się pożyczyć choćby dolara.

Tak, Andy, to też wiemy. Można o tym przeczytać na pierwszych stronach wszystkich gazet. Więc przejdź do rzeczy, zanim wyskoczymy przez okno.

– Wczoraj zebrał się komitet wykonawczy i dokonał pewnych cięć. Zwalniamy trzydziestu prawników z jednorocznym stażem pracy. Niektórzy odchodzą natychmiast, inni dostają miesięczne wypowiedzenie. Zostaje też bezterminowo wstrzymana rekrutacja nowych pracowników. No i, mówię to z ciężkim sercem, cały nasz wydział ulega likwidacji. Zostaje zamknięty. Zlikwidowany. Nie wiadomo, kiedy inwestorzy znów zaczną budować, jeśli w ogóle. Firma nie może was trzymać na liście płac, podczas gdy świat będzie czekał na pojawienie się dostępnych kredytów. Cóż, całkiem możliwe, że wchodzimy w okres głębokiej depresji. Niewykluczone, że to dopiero pierwsza runda zwolnień. Przykro mi, kochani. Naprawdę, bardzo mi przykro.

Ben pierwszy odważył się odezwać:

– Czyli my należymy do tych wyrzucanych w trybie natychmiastowym, tak?

– Nie. Stoczyłem o was walkę, wierzcie mi. Rzeczywiście początkowo zamierzali zwolnić was ze skutkiem natychmiastowym. Nie muszę przypominać, że dział nieruchomości jest najmniejszy w całej firmie i chyba został najmocniej trafiony przez obecny kryzys. Namówiłem ich, żeby was wysłać na urlop bezpłatny. Oznacza to, że przestajecie pracować, ale może później będziecie mogli wrócić.

– Może? – powtórzyła Samantha. Izabelle otarła z twarzy łzę, ale poza tym dzielnie się trzymała.

– Tak, i to wielkie „może”. Samantho, w tej chwili nie ma rzeczy pewnych, rozumiesz? Kręcimy się w kółko za własnym ogonem. Za pół roku wszyscy możemy wylądować na zasiłku dla bezrobotnych. Widziałaś na zdjęciach kryzysu z tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku kolejki bezrobotnych po talerz zupy?

Talerz zupy? Andy, nie wygłupiaj się. Jako wspólnik w zeszłym roku zainkasowałeś dwa miliony osiemset tysięcy dolców, co w S&P stanowiło normę i co, nawiasem mówiąc, dawało firmie zaledwie czwarte miejsce pod względem zarobków wspólników. A czwarte miejsce nie było powodem do dumy, w każdym razie nie w czasach przed upadkiem Lehman Brothers, załamaniem się Bear Stearns i pęknięciem bańki kredytów hipotecznych podwyższonego ryzyka. Teraz to czwarte miejsce nagle wyglądało całkiem atrakcyjnie, przynajmniej dla niektórych.

– Na czym ma polegać ten urlop bezpłatny? – zapytał Ben.

– Propozycja jest taka: przez następne dwanaście miesięcy formalnie pozostajecie pracownikami firmy, ale nie dostajecie żadnego wynagrodzenia.

– Cudownie – bąknęła Izabelle.

Ignorując ją, Andy ciągnął:

– Zachowujecie swoje ubezpieczenie zdrowotne, jednak tylko pod warunkiem podjęcia stażu w odpowiedniej instytucji dobroczynnej non profit. Dział HR już pracuje nad ich listą. Nie przychodzicie do pracy, zajmujecie się zbawianiem świata i żarliwie się modlicie, żeby gospodarka znów stanęła na nogi. Za jakiś rok wracacie do firmy na tych samych warunkach i bez utraty stażu pracy. Nie będzie to już praca w dziale nieruchomości, ale firma znajdzie dla was odpowiednie zajęcie.

– Czy po skończeniu tego urlopu mamy gwarancję zatrudnienia? – spytała Samantha.

– Nie, nikt niczego nie gwarantuje. Szczerze mówiąc, nikt nie potrafi przewidzieć, co się wydarzy za dwanaście miesięcy. Trwa kampania wyborcza, Europa stanęła na głowie, Chińczykom odbiło, banki padają, rynki się zwijają, nikt nic nie buduje ani nie kupuje. Koniec świata.

Przez chwilę wszyscy trwali w ponurym milczeniu, zmagając się z wizją końca świata. W końcu Ben zapytał:

– A ty, Andy? Ty też odchodzisz?

– Nie, przenoszą mnie do podatków. Wyobrażacie sobie? Nienawidzę podatków, ale miałem do wyboru albo to, albo jeżdżenie taksówką. Mam dyplom z prawa podatkowego, więc uznali, że mogę się przydać.

– Gratulacje – rzekł Ben.

– Przykro mi, kochani.

– Nie, mówię szczerze. Naprawdę ci gratuluję.

– Za miesiąc mnie też może tu nie być. Kto to może wiedzieć?

– Kiedy mamy odejść? – spytała Izabelle.

– Zaraz. Procedura przewiduje złożenie przez was wniosku o bezpłatny urlop, spakowanie rzeczy i opuszczenie budynku. Dział HR prześle wam mailem wykaz organizacji non profit i wasze papiery. Przykro mi, kochani.

– Przestań to w kółko powtarzać – burknęła Samantha. – Nie mówisz nic, co by nam pomogło.

– To prawda, ale mogło być gorzej. Większości pracowników w waszej sytuacji nie proponują urlopu bezpłatnego. Po prostu z miejsca zwalniają.

– Przepraszam, Andy – powiedziała. – Wszyscy dajemy się ponieść emocjom.

– W porządku, ja to rozumiem. Macie prawo być źli i podenerwowani. Pomyślcie tylko: wszyscy macie dyplomy uniwersytetów z Ivy League, a wyprowadzają was z budynku jak złodziejaszków. Wysyłają was na zieloną trawkę jak zwykłych roboli. To wstrętne, po prostu wstrętne. Niektórzy wspólnicy zaproponowali nawet obcięcie sobie poborów o połowę, byle do tego nie dopuścić.

– Założę się, że wielu takich nie było – mruknął Ben.

– Tak, bardzo niewielu, niestety. Ale decyzja została już podjęta.

* * *

W boksie dzielonym przez Samanthę z trzema innymi osobami, z których jedną była Izabelle, czekała na nią pracownica ochrony w czarnej spódnicy, czarnym żakiecie i czarnym krawacie. Biurko Bena znajdowało się kawałek dalej. Ze sztucznym uśmiechem kobieta powiedziała: „Jestem Carmen, czy mogę w czymś pomóc?”. W rękach trzymała pusty karton bez logo, by nie można było poznać, że to firmowy pojemnik Scully & Pershing na dobytek pracownika wysyłanego na przymusowy urlop, wyrzucanego z pracy lub żegnającego się z biurem z innego powodu.

– Nie, dziękuję – odrzekła Samantha. Udało jej się to powiedzieć w miarę grzecznie. Mogła odwarknąć i być niemiła, ale w końcu Carmen wykonywała tylko swoją pracę. Samantha przystąpiła do wyciągania szuflad i wyjmowania rzeczy osobistych. W jednej z nich leżało kilka teczek z dokumentami S&P. – A co z tym? – spytała.

– Proszę zostawić – odrzekła Carmen. Nie spuszczała z niej wzroku, jakby się bała, że Samantha może chcieć wynieść jakąś bezcenną własność firmy. Prawda była taka, że wszystkie istotne dokumenty były przechowywane na dyskach komputera stacjonarnego na jej biurku i laptopa, z którym praktycznie się nie rozstawała. Laptop jednak należał do Scully & Pershing i jak ze wszystkim innym musiała się z nim teraz pożegnać. Do plików w obu komputerach mogła wprawdzie wejść z prywatnego laptopa, ale do tego był potrzebny kod dostępu, a ten na pewno został już zmieniony.

Poruszając się jak w lunatycznym transie, Samantha opróżniła szuflady oraz ostrożnie zdjęła z półki i spakowała sześć miniaturek wieżowców, choć właściwie miała ochotę wyrzucić je do kosza. Gdy przyszła Izabelle, też dostała karton na swoje rzeczy. Reszta personelu – prawnicy, sekretarki, asystenci – miała coś pilnego do załatwienia w innych częściach biura i zniknęła. Przyjęło się, że kiedy ktoś opróżniał swoje biurko, nie należało mu w tym przeszkadzać. Żadnych świadków, żadnego rozczulania się, żadnych wymuszonych pożegnań.

Izabelle miała podpuchnięte i zaczerwienione oczy; widać przepłakała ten czas w toalecie.

– Zadzwoń do mnie – szepnęła. – Spotkajmy się wieczorem na drinka.

– Jasne. – Samantha kiwnęła głową. Skończyła upychać wszystko w kartonie, aktówce i swej wielkiej designerskiej torbie, po czym, nie oglądnąwszy się za siebie, ruszyła za Carmen do holu na czterdziestym ósmym piętrze. Czekając na windę, ani razu się nie obejrzała, by obrzucić biuro ostatnim spojrzeniem. Drzwi się rozsunęły i na szczęście winda okazała się pusta.

– Może ci to ponieść? – zaproponowała Carmen, wskazując karton, który zrobił się całkiem ciężki.

– Nie – mruknęła Samantha i weszła do windy. Carmen weszła za nią i nacisnęła przycisk poziomu zero.

Właściwie dlaczego kazali jej wyprowadzić mnie z budynku? Im dłużej Samantha o tym myślała, tym większa ogarniała ją złość. Zbierało jej się na płacz, miała ochotę nawrzeszczeć na tę kobietę, ale najbardziej chciała zadzwonić do matki i wyżalić się. Winda stanęła na czterdziestym trzecim piętrze i wsiadł elegancko ubrany młody mężczyzna. W rękach trzymał identyczny karton, przez ramię miał przewieszoną torbę podróżną, pod pachą ściskał skórzaną aktówkę i patrzył takim samym pustym, otępiałym wzrokiem jak ona. Samantha widywała go w windzie, ale nigdy oficjalnie się nie poznali. Taka to była firma. Moloch, którego pracownicy podczas koszmarnego przyjęcia biurowego z okazji Bożego Narodzenia musieli nosić identyfikatory z imieniem i nazwiskiem. Mężczyźnie towarzyszyła kobieta w identycznym czarnym uniformie i czarnym krawacie. Carmen ponownie wcisnęła przycisk poziomu zero. Samantha stała ze spuszczoną głową, zdecydowana milczeć, nawet gdyby ktoś się do niej odezwał. Na trzydziestym dziewiątym piętrze winda znów stanęła i wsiadł Kirk Knight wpatrzony w wyświetlacz swojej komórki. Winda ruszyła, Knight uniósł wzrok, zobaczył dwa kartony pełne drobiazgów i zesztywniał. Był starszym wspólnikiem z działu fuzji i przejęć oraz członkiem komitetu wykonawczego. Stał twarzą w twarz z dwiema ze swych ofiar, z trudem przełykając ślinę i nie odrywając wzroku od drzwi windy. A potem nagle wcisnął przycisk dwudziestego ósmego piętra.

Samantha czuła się zbyt zgnębiona, by chcieć go zaatakować. Mężczyzna z kartonem miał zamknięte oczy i był nieobecny duchem. Winda stanęła i Knight bez słowa wysiadł. Gdy drzwi się zasunęły, Samantha uprzytomniła sobie, że przecież firma dzierżawi piętra od trzydziestego do sześćdziesiątego piątego. Więc co Knighta nagle przypiliło, by wysiąść na dwudziestym ósmym? A tam, co ją to obchodzi?

Carmen poprowadziła ją przez hol do wyjścia na Broad Street i w drzwiach bąknęła potulne „przykro mi”, ale Samantha nie zareagowała. Włączyła się w strumień przechodniów i obładowana jak muł ruszyła przed siebie bez konkretnego celu. A potem stanęła jej przed oczami fotografia w gazecie, na której grupki pracowników Lehman Brothers i Bear Stearns wychodziły z pudłami pełnymi osobistych rupieci, jakby w popłochu uciekały z pożaru. Na dużym kolorowym zdjęciu, które trafiło na pierwszą stronę części „Timesa” poświęconej biznesowi, widać było pracownicę Lehman Brothers, jak z policzkami mokrymi od łez stoi bezradnie na chodniku przed budynkiem firmy.

Ale takie zdjęcia już się opatrzyły i Samantha nie zauważyła żadnych wycelowanych w siebie obiektywów. Postawiła karton na chodniku na rogu Broad i Wall i zaczęła się rozglądać za taksówką.

Rozdział 2

Samantha dotarła do swojego szpanerskiego loftu za dwa tysiące dolarów miesięcznie w SoHo1, rzuciła karton na podłogę i opadłszy ciężko na sofę, wzięła do ręki komórkę. Przymknęła oczy i głęboko oddychając, chwilę odczekała, by uspokoić nerwy. Chciała usłyszeć głos matki i potrzebowała jej słów otuchy, nie chciała jednak wyjść na słabą, skrzywdzoną i bezradną.

Dopiero jednak gdy sobie uświadomiła, że właśnie wyrzucono ją z pracy, której serdecznie nie znosiła, poczuła prawdziwą ulgę. Dziś wieczór zamiast ślęczeć w biurze będzie wreszcie mogła obejrzeć jakiś film lub spotkać się z przyjaciółmi na kolacji. W najbliższą niedzielę będzie mogła wyjechać za miasto, nie tracąc ani minuty na myślenie o Andym Grubmanie i stercie papierów na biurku, które wymagają obrobienia przed jego następną sławetną transakcją. Firmofon, ten upiorny wynalazek, który od trzech lat towarzyszył jej na każdym kroku, nagle przestał działać. Poczuła się wyzwolona i cudownie lekka.

Utrata zarobków stanowiła problem i oznaczała nagły zwrot w karierze zawodowej. Jako prawniczka z trzyletnim stażem zarabiała sto osiemdziesiąt tysięcy dolarów rocznie podstawowej pensji plus całkiem pokaźne bonusy. Kupa forsy, ale w Nowym Jorku wcale nie musiała się starać, żeby ją wydać. Na same podatki rozchodziła się połowa. Miała konto oszczędnościowe, ale zbytnio się nim nie przejmowała. Kiedy się ma dwadzieścia dziewięć lat, jest się singielką w wielkim mieście i pracuje w firmie, o której wiadomo, że przyszłoroczna pensja przekroczy tegoroczną powiększoną o bonusy, to człowiek nie przejmuje się zanadto oszczędzaniem. Jej koleżanka z Columbii pracowała w S&P od pięciu lat, właśnie awansowała na młodszą wspólniczkę i jej tegoroczne zarobki miały osiągnąć pół miliona dolarów. A Samantha podążała tym samym tropem.

Miała też kolegów, którzy po dwunastu miesiącach harówki sami uciekali ze strasznego świata Wielkiej Prawnicy. Jeden z tych zbiegów z S&P – dawny redaktor „Columbia Law Review” – był teraz instruktorem narciarskim w Vermoncie, mieszkał w leśniczówce nad potokiem i rzadko odbierał komórkę. W ciągu trzynastu miesięcy pracy w S&P z ambitnego młodego prawnika przemienił się w otępiałego idiotę, który nie miał czasu wracać do domu i sypiał przy biurku. Tuż przed włączeniem się HR pękł, po prostu wszystko rzucił i wyjechał z miasta. Samantha często o nim myślała, zwykle z nutką zazdrości.

Ulga, strach i upokorzenie. Rodzice opłacali jej naukę w ekskluzywnej i drogiej szkole w Waszyngtonie, potem skończyła z wyróżnieniem wydział nauk politycznych w Georgetown, gładko przemknęła przez wydział prawa na Columbii i ukończyła go z jedną z pierwszych lokat. Po stażu w sądzie federalnym pracę zaproponowało jej kilkanaście megafirm prawniczych. W sumie pierwsze dwadzieścia dziewięć lat jej życia było pasmem olśniewających sukcesów i bardzo niewielu porażek. Zwolnienie z pracy w tych okolicznościach wyglądało na katastrofę, a wyprowadzenie z biura pod eskortą strażniczki było upokorzeniem. To nie było tylko drobne potknięcie na drodze usłanej sukcesami.

Oczywiście pewną pociechę dawała statystyka. Od upadku Lehman Brothers na ulicę trafiły tysiące młodych, dobrze wykształconych osób. Nieszczęścia chodzą po ludziach i tak dalej, Samantha nie potrafiła jednak wykrzesać z siebie współczucia dla innych.

– Z Karen Kofer, proszę – powiedziała do słuchawki. Leżała rozciągnięta na kanapie, miarowo oddychając. – Mamo, to ja. No więc stało się. Zwolnili mnie. – Przygryzła wargę, by nie wybuchnąć płaczem.

– Boże, tak mi przykro. Kiedy to się stało?

– Jakąś godzinę temu. Można się było tego spodziewać, ale i tak boli.

– Wiem, kochanie. Bardzo ci współczuję. – Przez ostatni tydzień rozmawiały niemal wyłącznie o grożącym jej zwolnieniu. – Jesteś w domu?

– Jestem i czuję się dobrze. Blythe jest w pracy. Jeszcze jej nie powiedziałam. Nikt jeszcze nie wie.

– Bardzo mi przykro.

Blythe była współlokatorką i koleżanką ze studiów na Columbii, zatrudnioną w innym kombinacie prawniczym. Mieszkały razem, ale poza tym niewiele je łączyło. Kiedy jest się w pracy siedemdziesiąt pięć do stu godzin tygodniowo, zostaje mało czasu na życie towarzyskie. W firmie Blythe też nie działo się najlepiej i ona również szykowała się na najgorsze.

– Wszystko w porządku, mamo.

– Wcale nie. Może przyjechałabyś na parę dni do domu? – Pojęcie domu w jej przypadku było dość płynne. Matka mieszkała w pięknym apartamencie w pobliżu Dupont Circle, ojciec wynajmował niewielkie mieszkanie w nadrzecznym bloku w Alexandrii. Samantha nigdy nie spędziła więcej niż miesiąc w którymś z tych miejsc i teraz też się do tego nie paliła.

– Przyjadę – powiedziała. – Ale jeszcze nie teraz.

Cisza w słuchawce, potem miękki głos matki:

– Co planujesz, córeczko?

– Na razie nic, mamo. Na razie jestem w szoku i nie potrafię planować na więcej niż godzinę do przodu.

– Rozumiem. Chciałabym być teraz przy tobie.

– Nic złego się nie dzieje, mamo, słowo. – Ostatnia rzecz, jakiej Samantha teraz potrzebowała, to obecność zatroskanej matki i niekończący się potok rad, co powinna zrobić.

– Po prostu zwolnili czy ci dali jakieś wypowiedzenie?

– Nazywają to urlopem bezpłatnym. Polega to na tym, że przez rok odbywam bezpłatny staż w instytucji non profit i zachowuję ubezpieczenie zdrowotne. Po roku, jeśli wszystko wróci do normy, firma przyjmuje nas z powrotem bez utraty stażu pracy.

– Wygląda mi to na żałosną próbę wzięcia was na smycz. – Dzięki, mamusiu, za twoje typowe nieliczenie się ze słowami. – Powiedz tym durniom, żeby się wypchali.

– Nie powiem, bo chciałabym zachować ubezpieczenie. I chcę wierzyć, że mam szansę powrotu do tej pracy.

– Możesz znaleźć sobie inną.

Typowe rozumowanie biurokraty wyższego szczebla. Karen Kofer była starszym radcą w Departamencie Sprawiedliwości w Waszyngtonie, nigdy nie pracowała w kancelarii prawniczej, a tu siedziała od blisko trzydziestu lat. Jej stanowisko pracy, podobnie jak jej wszystkich kolegów, było ściśle chronione i żadne kryzysy gospodarcze, wojny, zmiany rządu, narodowe katastrofy, polityczne wstrząsy czy jakiekolwiek inne nieszczęścia nie mogły przeszkodzić wypłaceniu jej poborów. Świadomość tego u wielu biurokratów rodziła arogancję i prawdziwą butę.

Przeświadczenie, że dlatego nas tak traktują, że jesteśmy tacy niezbędni.

– Nie, mamo – powiedziała Samantha. – Teraz nie ma innej pracy. Może o tym nie wiesz, ale trwa kryzys finansowy i jesteśmy o krok od zapaści gospodarczej. Firmy prawnicze pozbywają się całych tabunów prawników i zamykają za nimi drzwi.

– Nie sądzę, by sytuacja była aż tak dramatyczna.

– Czyżby? Scully i Pershing wstrzymali rekrutację nowych pracowników, a to znaczy, że kilkunastu najlepszych absolwentów prawa Harvardu właśnie się dowiedziało, że obiecanej od września pracy nie będzie. To samo jest na Yale, w Stanford i na Columbii.

– Ale ty jesteś wybitnie zdolna.

Szkoda czasu na przekonywanie biurokratów. Samantha zaczerpnęła powietrza i już miała zakończyć rozmowę, gdy matkę właśnie pilnie wezwano „do Białego Domu” i musiała natychmiast się tym zająć. Zdążyła jeszcze obiecać córce, że do niej zadzwoni, jak tylko uratuje kraj. Samantha bąknęła, że nie ma sprawy, i się rozłączyła. Uzyskała od matki dokładnie tyle współczucia, ile potrzebowała. Była jedynaczką, co zważywszy na spustoszenia powstałe w wyniku rozwodu rodziców, nie było takie złe.

Dzień był piękny i słoneczny i Samantha poczuła ochotę odetchnięcia świeżym powietrzem. Poszła na spacer przez SoHo i dalej przez West Village. Weszła do niemal pustej kawiarni i zadzwoniła do ojca. Kiedyś Marshall Kofer był wziętym adwokatem procesowym, specjalizującym się w pozywaniu linii lotniczych o odszkodowania z racji katastrof. Stworzył w Waszyngtonie sprawną i agresywną kancelarię i spędzał sześć nocy w tygodniu w hotelach na całym świecie, uganiając się za pozwami lub stając przed sądami w imieniu swych klientów. Zarabiał masę pieniędzy, równie chętnie je wydawał, i Samantha od dzieciństwa zdawała sobie sprawę, że rodzice są dużo zamożniejsi od rodziców jej koleżanek ze szkoły podstawowej. Podczas gdy ojciec występował w kolejnych głośnych sprawach, matka zajmowała się jej wychowaniem i po cichu robiła własną karierę urzędniczą. Jeśli nawet między rodzicami dochodziło do kłótni, Samantha w nich nie uczestniczyła. Ojca po prostu nigdy nie było w domu. W pewnym momencie – nikt nie potrafił określić dokładnie kiedy – na scenę wkroczyła młoda i ładna prawniczka i Marshall dał się złapać na lep. Przelotna przygoda zamieniła się w gorący romans i po paru latach jego trwania Karen Kofer nabrała podejrzeń. Oskarżyła męża o niewierność, on początkowo próbował zaprzeczać, szybko się jednak przyznał i oznajmił, że chce rozwodu, bo znalazł miłość swego życia.

Tak się złożyło, że z zawirowaniami w życiu osobistym Marshalla zbiegło się kilka niefortunnych decyzji w życiu zawodowym. Jedna z nich dotyczyła przyjęcia dużego honorarium poza granicami kraju. Należący do United Asia Airlines jumbo jet rozbił się na Sri Lance z czterdziestoma Amerykanami na pokładzie, nikt nie przeżył i Marshall Kofer jak zwykle dotarł na miejsce katastrofy przed innymi. W trakcie negocjacji odszkodowawczych powołał do życia kilka firm wydmuszek na Karaibach i w Azji, mających pośredniczyć w przyjęciu – a tak naprawdę ukryciu przed fiskusem – jego sowitego honorarium.

Samantha miała teczkę z wycinkami prasowymi, w których opisywano grubą nicią szytą próbę oszustwa ze strony ojca. Na ich podstawie można by napisać trzymającą w napięciu powieść, ale ona nie zamierzała tego zrobić. Ojca przyłapano, upokorzono i zmieszano z błotem w artykułach na pierwszych stronach gazet, po czym postawiono przed sądem, skazano i wsadzono na trzy lata za kratki, uprzednio pozbawiając go uprawnień adwokackich. Wypuszczono go dokładnie dwa tygodnie przed ukończeniem przez nią studiów w Georgetown. Obecnie Marshall był kimś w rodzaju konsultanta w niedużej kancelarii w starej części Alexandrii. Twierdził, że doradza adwokatom procesowym w pozwach zbiorowych, ale na temat szczegółów wypowiadał się dość mętnie. Samantha była przekonana, że ojcu udało się ukryć gdzieś na Karaibach pokaźny łup z dawnej działalności. Tak samo uważała jego rozwiedziona żona, jednak przestała już tego szukać.

Choć Karen zawsze temu zaprzeczała, to Marshall od początku podejrzewał, że była żona maczała palce w jego upadku. Miała w Departamencie Sprawiedliwości wysoką pozycję i wielu wpływowych przyjaciół.

– Tato, zwolnili mnie z pracy – powiedziała Samantha cicho do słuchawki. W kawiarni było wprawdzie pusto, ale w pobliżu kręcił się barista.

– Och, Sam, tak mi przykro! – wykrzyknął Marshall. – Opowiadaj.

Jej zdaniem, więzienie nauczyło ojca tylko jednego. Nie nauczyło go ani pokory, ani cierpliwości, ani wyrozumiałości, ani umiejętności wybaczania, ani niczego, czym człowiek nasiąka po tak upokarzającym upadku. Był jak zawsze pełen energii i ambicji, nadal gotów brać się za bary z każdym kolejnym wyzwaniem i deptać każdego, kto mu stanie na drodze. Z jakiegoś jednak powodu Marshall Kofer nauczył się słuchać, w każdym razie córki. Powoli opowiedziała mu wszystko, a on zdawał się wsłuchiwać w każde jej słowo. Zapewniła go, że sobie poradzi, ale on w pewnym momencie zareagował tak, jakby za chwilę miał się rozpłakać.

Normalnie rzuciłby kilka zjadliwych uwag o jej podejściu do zawodu prawniczego. Nienawidził wielkich firm prawniczych, bo przez lata z nimi walczył. Uważał je za zwykłe korporacje, a nie kancelarie prawnicze, w których prawdziwi adwokaci występują w interesie swych klientów. Mógłby w każdej chwili stanąć na rogu ulicy i wygłosić mowę o grzechach tych korporacji. Samantha znała jego argumenty na pamięć i nie miała ochoty jeszcze raz ich wysłuchiwać.

– Mam do ciebie przyjechać, córeczko? – spytał. – Mogę być za trzy godziny.

– Dzięki, tato, ale jeszcze nie teraz. Daj mi dzień lub dwa. Muszę najpierw odetchnąć. Myślę o tym, żeby na parę dni wyjechać gdzieś z miasta.

– Przyjadę i cię odwiozę.

– Może, ale jeszcze nie teraz. Poradzę sobie, tato, przysięgam.

– Nieprawda. Potrzebny ci teraz ojciec.

Zabrzmiało to trochę dziwnie w ustach człowieka, którego nie było przy niej przez pierwsze dwadzieścia lat jej życia. Ale przynajmniej się starał.

– Dzięki, tato. Zadzwonię później.

– Wyjedźmy gdzieś razem. Znajdziemy sobie fajną plażę i będziemy się upijać rumem.

Musiała parsknąć śmiechem. Nigdy się nie zdarzyło, by wyjechali gdzieś we dwoje. W czasach jej dzieciństwa zdarzały się krótkie i pospieszne wyjazdy wakacyjne, typowe wycieczki turystyczne do słynnych miejsc w Europie, niemal zawsze skracane, bo wzywały go niecierpiące zwłoki sprawy. Myśl o leżeniu na plaży w towarzystwie ojca specjalnie do niej nie przemawiała, bez względu na towarzyszące temu okoliczności.

– Dzięki, tato. Może później, ale nie teraz. Najpierw muszę wyprostować swoje sprawy tu na miejscu.

– Mogę ci załatwić pracę. Prawdziwą.

Oho, zaczyna się, pomyślała, ale nic nie powiedziała. Ojciec od paru lat namawiał ją, by zabrała się za prawdziwą pracę. Prawdziwą, czyli polegającą na pozywaniu wielkich korporacji za wszelkiego rodzaju delikty. W świecie Marshalla Kofera było oczywiste, że każda firma powyżej pewnej wielkości musi mieć na sumieniu różne grzechy, bo inaczej nie przeżyłaby w świecie morderczej konkurencji zachodniego kapitalizmu, a powołaniem prawników (i, być może, byłych prawników) jest demaskowanie ich machinacji i bezlitosne ściganie ich przed sądem.

– Dzięki, tato. Zadzwonię później.

Co za ironia losu, że ojciec chce, by poszła w jego ślady i zajęła się dziedziną prawa, która jego zaprowadziła do więzienia. Nie interesowały jej potyczki na sali sądowej i nie chciała uczestniczyć w procesach. Właściwie nawet nie bardzo wiedziała, co naprawdę ją interesuje. Chyba spokojna praca przy biurku za dobrą pensję. Pewnie dzięki bystrości umysłu i temu, że była kobietą, miała realną szansę awansu na wspólnika w Scully & Pershing. Tylko jakim kosztem?

Może chciałaby zrobić taką karierę, może nie. W tej chwili jednak miała ochotę tylko powłóczyć się po dolnym Manhattanie i przewietrzyć sobie głowę. Snuła się ulicami Tribeca, nie licząc mijających godzin. Dwukrotnie zadzwoniła do niej matka, raz ojciec, ale żadnego z połączeń nie odebrała. Odezwali się też Izabelle i Ben, ale z nimi też nie chciało jej się gadać. Zatrzymała się przed pubem Moke’s w pobliżu Chinatown i przez chwilę biła się z myślami, czy wejść do środka. Wiele lat temu wybrała się tu na pierwszego drinka z Henrym. Poznali się przez wspólnych znajomych. On był ambitnym młodym aktorem, jednym z miliona w tym mieście, ona – świeżo upieczoną prawniczką z S&P. Spotykali się rok, po czym ich związek rozpadł się pod ciężarem jej obowiązków służbowych i jego bezrobocia. Uciekł do LA, gdzie według ostatnich doniesień pracował jako szofer limuzyny wożącej nieznane nikomu gwiazdki i grywał nieme rólki w reklamach.

W innych okolicznościach pewnie mogłaby się w Henrym zakochać. Nie brakowało mu czasu, zainteresowań i pasji, ale była zbyt przytłoczona pracą. W Wielkiej Prawnicy często się zdarzało, że kobiety budziły się nagle ze świadomością, że właśnie stuknęła im czterdziestka, nadal są singielkami i nie wiadomo gdzie się podziała cała dekada.

Odeszła spod pubu i ruszyła na północ w stronę SoHo.

* * *

Anna z HR okazała się bardzo słowna. O piątej po południu Samantha dostała długi e-mail z nazwami dziesięciu instytucji non profit uznanych za właściwe do przyjęcia na bezpłatny staż nieszczęśników, których największa firma prawnicza na świecie nagle wysłała na bezpłatny urlop. Schronisko dla Kobiet w Pittsburghu. Inicjatywa Imigracyjna w Tampie. Górska Przychodnia Pomocy Prawnej w Brady, w Wirginii. Stowarzyszenie Wspierania Eutanazji w Tucson. Organizacja Pomocy Bezdomnym w Louisville. Fundusz Ochrony Jeziora Erie. I tak dalej. Nie było żadnego adresu w Nowym Jorku lub gdzieś w pobliżu.

Przez dłuższą chwilę siedziała wpatrzona w wykaz, rozważając wyprowadzkę z miasta. Z ostatnich siedmiu lat życia sześć spędziła w Nowym Jorku: trzy na studiach na Columbii, trzy – pracując w S&P. Bezpośrednio po dyplomie zatrudniła się w biurze sędziego federalnego w Waszyngtonie, ale szybko wróciła do Nowego Jorku. Tak czy siak, całe życie mieszkała w wielkim mieście.

Lafayette, Luizjana? Brady, Wirginia?

W tonie nadmiernie beztroskim jak na okoliczności Anna informowała „urlopowiczów”, że w niektórych z wymienionych instytucji liczba miejsc dla stażystów może być ograniczona. Innymi słowy, śpieszcie się zaklepać sobie miejsce, bo inaczej przejdzie wam koło nosa szansa na wyjazd do pipidówy i bezpłatną pracę przez następne dwanaście miesięcy. Ale Samantha czuła zbyt wielkie otępienie, by śpieszyć się do czegokolwiek.

Blythe wpadła na chwilę do domu, żeby zamienić z nią dwa słowa i zjeść porcję lasagne z mikrofalówki. Samantha powiadomiła ją SMS-em o swoim zwolnieniu i Blythe była bliska płaczu, jednak po paru minutach Samancie udało się ją uspokoić i zapewnić, że życie się na tym nie kończy. Firma prawnicza Blythe reprezentowała grupę kredytodawców hipotecznych, jak w S&P panował w niej nastrój przygnębienia i od kilku dni praktycznie jedynym tematem rozmów obu była groźba utraty pracy. W trakcie jedzenia lasagne komórka Blythe zaczęła wibrować. Dzwonił zwierzchnik z firmy, który pilnie jej potrzebował, i Blythe o wpół do siódmej wybiegła w popłochu, by jak najszybciej wrócić do pracy. Bała się, że wyjście z biura może się przyczynić do zwolnienia.

Samantha nalała sobie kieliszek wina i napełniła wannę ciepłą wodą. Mocząc się i sącząc wino, doszła do wniosku, że mimo świetnych zarobków nienawidzi Wielkiej Prawnicy i nigdy już do niej nie wróci. I już nigdy nie pozwoli na siebie wrzeszczeć dlatego, że nie ma jej w biurze przed świtem lub po zachodzie słońca. Już nigdy nie da się uwieść pieniądzom. Już nigdy nie będzie robić wielu innych rzeczy.

W sensie finansowym traciła swoje mocne oparcie, ale tragedii nie było. Na koncie oszczędnościowym leżało trzydzieści jeden tysięcy dolarów i poza trzymiesięcznym czynszem do zapłacenia za loft nie miała innych zobowiązań. Jeśli poważnie ograniczy wydatki i znajdzie sobie jakieś dorywcze zajęcie, prawdopodobnie uda jej się dotrwać do końca kryzysu. Zakładając oczywiście, że nie będzie końca świata. Nie widziała się w roli kelnerki czy ekspedientki w sklepie z butami, ale nie wyobrażała też sobie, by jej błyskotliwa kariera mogła się tak gwałtownie załamać. Wyglądało na to, że miasto wkrótce zaroi się od kelnerek i ekspedientek z dyplomami wyższych uczelni.

A wracając do Wielkiej Prawnicy, to ambicją Samanthy było awansować na wspólnika w firmie przed ukończeniem trzydziestu pięciu lat. Zostać jedną z niewielu kobiet na samym szczycie piramidy, dostać narożny gabinet z oknami na dwie strony i mieć wszystkich w nosie. Miałaby osobistą sekretarkę, asystenta i kilku prawników do swojej dyspozycji, a także szofera na każde zawołanie, zasobny fundusz reprezentacyjny i designerskie ciuchy. Jej stugodzinne tygodnie pracy skurczyłyby się do czegoś łatwiejszego do przełknięcia. Przez kolejne dwadzieścia lat zarabiałaby po dwa miliony z okładem, po czym przeszłaby na emeryturę i zaczęła zwiedzać świat. Po drodze znalazłaby sobie jakiegoś męża, urodziła jedno lub dwójkę dzieci i życie byłoby wspaniałe.

Tak to sobie zaplanowała i wszystko zdawało się być w zasięgu.

* * *

Z Izabelle spotkała się na drinku w barku hotelowym Mercer, cztery przecznice od jej loftu. Zaprosiły też Bena, ale on był świeżo po ślubie i miał inne plany na wieczór. Zsyłka na urlop bezpłatny była różnie odbierana. Samantha oswajała się z nową sytuacją i zaczynała już nawet kombinować, jak z tego wybrnąć. Miała szczęście, bo rodzice w pełni pokryli koszty jej nauki i nie ciążyły na niej kredyty studenckie. Ale Izabelle aż się uginała pod ciężarem zaciągniętych pożyczek i z przerażeniem myślała o przyszłości. Sączyła wolno martini i alkohol szedł jej prosto do głowy.

– Nie przeżyję roku bez zarabiania – bąknęła. – A ty?

– Może mi się udać – odrzekła Samantha. – Jeśli z wszystkiego zrezygnuję i będę się odżywiać zupkami w proszku, to dam radę przebiedować i zostać w mieście.

– A ja nie – jęknęła Izabelle, pociągając następny łyk. – Mam kolegę w dziale procesowym. W zeszły piątek zaproponowali mu urlop bezpłatny. Zdążył już obdzwonić pięć instytucji z listy i wszędzie usłyszał to samo: miejsca dla stażystów są już zajęte. Masz pojęcie? Zadzwonił do działu HR i zrobił awanturę, a oni oświadczyli, że pracują nad rozszerzeniem listy. Że inne instytucje non profit nadal zgłaszają zapotrzebowanie na bezpłatną obsługę prawniczą. Czyli nie tylko nas wyrzucają, ale pomysł z urlopami bezpłatnymi nie bardzo działa. Nikt nie chce naszej pracy, nawet za darmo. To chore.

Samantha pociągnęła mały łyczek i poczuła w ustach cierpki smak.

– Nie zamierzam korzystać z ich urlopu bezpłatnego – mruknęła.

– To co zrobisz z ubezpieczeniem? Nie możesz zostać bez niczego.

– Może mogę.

– Ale jeśli zachorujesz, to wszystko stracisz.

– Nie mam dużo do stracenia.

– Głupstwa pleciesz, Sam. – Izabelle znów łyknęła martini, choć tym razem mniej. – Chcesz powiedzieć, że rezygnujesz ze świetlanej przyszłości w naszej kochanej firmie?

– To firma zrezygnowała ze mnie i z ciebie, i z wielu innych. Musi istnieć jakieś lepsze miejsce pracy i lepszy sposób zarabiania na życie.

– Za to chętnie wypiję.

Izabelle skinęła na kelnerkę i zamówiła następną kolejkę.