Good night, Dżerzi - Janusz Głowacki - ebook
Opis

Powieść osnuta wokół losów sławnego pisarza Jerzego Kosińskiego polskiego Żyda, który zrobił w USA wielką karierę i którego powieść "Malowany ptak" stała się źródłem wielu kontrowersji. Wydarzenia w "Good night, Dżerzi" przedstawione są z perspektywy Dżanusa – alter ego Głowackiego – który zostaje zatrudniony do napisania scenariusza filmu o życiu Kosińskiego. Niebagatelną rolę odgrywa tu też celebrycki Nowy Jork z punktu widzenia emigranta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Janusz Głowacki

GOOD NIGHT DŻERZI

Copyright © by Olena Leonenko-Głowacka, Zuzanna Głowacka, Ewa Zadrzyńska-Głowacka, 2018.

Wydanie II

Warszawa MMXVIII

Olenie

***

Drogi Janku, powiedziała kobieta, którą kochałem i która dobrze mi życzyła. Błagam cię, napisz tę historię bez żartów i poważnie. To jest twoja ostatnia szansa. Ludzie mają dość twojego cynizmu. Jeżeli tego nie zrobisz – zniszczą cię. A ja nie będę żyła z facetem zniszczonym.

Obiecałem, że zrobię, co się da, bo nie chciałem, żeby ona też ode mnie odeszła.

Rok temu, zanim się wszystko na dobre zaczęło

Roger i Raul to znani producenci z Broadwayu. Odwiedziłem ich w penthousie po zachodniej stronie górnego Manhattanu. To był jakby niezależny domek otoczony tarasem ze wszystkich stron. Willa postawiona na szczycie dwudziestopiętrowego wieżowca. Widok jak się należy. Po jednej stronie rzeka Hudson, pięć razy szersza od Wisły w jej najszerszym miejscu, od strony oceanu sunęły po niej wolniutko dwa duże statki. Na drugim brzegu paliły się światła New Jersey, trochę dalej świeciły przęsła George Washington Bridge. Po prawej stronie był Broadway i Central Park.

New Jersey to niby stan osobny, ale tak uzależniony od Nowego Jorku, że bardziej nie można. Miejsc pracy tam jest mało, ale kompleksów akurat. I jeżeli ktoś się urodził po niewłaściwej stronie Hudsonu, chyba że w bardzo bogatej rodzinie, to jego szanse dojścia do czegoś na Manhattanie za duże nie są. A dla tych, co się urodzili w Łodzi, powiedzmy, na ulicy Gdańskiej, Manhattan jest w ogóle poza zasięgiem. Z tym że Manhattan jest właśnie nieprzewidywalny. Na ogół wiemy, komu się może udać, a komu nie, a tutaj pewniacy giną bez śladu, a kompletnie beznadziejne przypadki nagle wygrywają.

Ten domek na dachu otaczała mała dżungla. W gigantycznych donicach rosły bananowce, sekwoje, drzewa pomarańczowe i palmy. Do jednej z nich, obejmując mocno pień, przytulała się duża iguana, a na fotelach spały cztery koty. Producenci byli w czarnych żałobnych garniturach, bo parę dni temu piąty kot Lakierek zasnął na parapecie, spadł i roztrzaskał się na West Endzie. Obaj nie wykluczali samobójstwa, bo koty na Manhattanie są niemal zawsze w depresji. Pochowali go na ekskluzywnym cmentarzu w New Jersey, tam gdzie pochowany jest sławny lew, który wciąż ryczy jako znak firmowy MGM.

Dobrze nam się rozmawiało, bo też mam dwa koty. Pierwszy to ogromny rudy kocur z Brooklynu, nachalny i pewny siebie. Raz w nocy czekałem na autobus, po stronie wschodniej Manhattanu, na rogu Dziewięćdziesiątej Szóstej, przy Central Parku, i to nie było przyjemne miejsce, pusto, ciemno, wiał wiatr. No i oczywiście z mgły się wynurzył ogromny Murzyn z drewnianą klatką. Przez chwilę obliczałem swoje szanse na ucieczkę, ale byłem za bardzo zmarznięty i zmęczony. Nie ruszyłem się z miejsca. Podszedł i spytał, czy mogę mu pomóc. Szybko wyjąłem pięć dolarów. Wyciągnął z kieszeni spięty gumką zwitek studolarówek i dołączył do nich moją piątkę.

– Nie to, bracie, miałem na myśli, ale tak czy inaczej dziękuję – powiedział. – Weź tego kota.

Odpowiedziałem, że jednego już mam.

– To będziesz miał dwa. Jest zdrowy, silny i wykastrowany. Urodził się na Brooklynie, a nazywa się But.

Postawił klatkę na ziemi i odszedł. Wołałem za nim, ale się nie odwrócił. Zaniosłem klatkę do domu i otworzyłem. Ze środka wyczołgał się rudzielec. Miał okrągły łeb, wielkie łapy i żółtozłote oczy. Obejrzał mnie obojętnie i zaczął obchodzić mieszkanie. Zneurotyzowana kotka z Manhattanu prysnęła ze swojego miejsca na kanapie. But podszedł do miseczki ze zdrowym jedzeniem dla kotów, obwąchał je nieufnie i zaczął jeść. Od tej pory mam dwa koty.

Piliśmy wino, rozmawialiśmy o samobójstwach i wszystko szło dobrze, dopóki nie wspomniałem, że piszę sztukę o Dżerzim. Opowiedziałem pierwszą scenę.

Scena Pierwsza

No więc, mieszkanie wygodne, ale niewielkie, w centrum Manhattanu. Za oknem mruga czerwony neon, „American Airlines. Something Special in the Air”. Rok 1982, zima. Część living roomu oddzielona jest bordową kotarą. Tam śpi żona. Ta część będzie niewidoczna, żona na scenie się pojawi tylko raz, prawie na końcu. Początkowo będziemy tylko słyszeć jej głos. Z living roomu przechodzi się do gabinetu pisarza. No i łazienka, bardzo ważna część sceny. Na jej ścianie stare wyblakłe zdjęcie czarno-białe, a na nim rodzice trzymają za ręce małego chłopczyka. W living roomie przy stole siedzi nad partią szachów ojciec Dżerziego, ubrany tak, jak ubierało się zamożne żydowskie mieszczaństwo w roku 1940. Ojciec ma trzydzieści parę lat. No i wchodzi Dżerzi, współczesny, nowojorski, pięćdziesięciosiedmioletni. Bo w tej sztuce czasy się będą mieszać i przenikać, jak to w życiu. Jest szczupły, wysoki, burza czarnych włosów. Zdejmuje płaszcz. Zostaje w garniturze i białej koszuli. Oczywiście krawat, czarne drogie buty. Jest o dobre dwadzieścia lat starszy od swojego ojca. Nie zauważa go zresztą. Natomiast ojciec unosi na chwilę głowę znad szachownicy, odprowadza syna wzrokiem, wzrusza ramionami i wraca do analizowania partii szachów. Przechodząc, Dżerzi rzuca w stronę kotary:

Dżerzi: Jestem.

(Off zza kotary)

Żona: Dobrze się bawiłeś?

Dżerzi: Bardzo dobrze. Dobranoc, kochanie.

Żona: Good night, Dżerzi.

Dżerzi wchodzi do gabinetu i sprawdza wiadomości. Słuchając, puszcza gorącą wodę do wanny.

1. Tu Jody. Bardzo chcę cię zobaczyć. Zadzwoń.

2. Dear sir, on behalf of the Yale University, of Literature Department. We would like to invite you… (przyspiesza taśmę).

3. Tu Jody. Muszę z tobą porozmawiać. Zadzwoń.

4. Głos kobiety z silnym akcentem hiszpańskim: Dżerzi, you mother fucker, don’t try to fuck with me or you’ll be fucking sorry.

5. On behalf of Spertus College of Judaica…

Znów przyspiesza taśmę.

Biurko zawalone książkami, ogromna biblioteka, stos numerów „New York Times Magazin”. Na okładce Dżerzi w bryczesach i wysokich butach do konnej jazdy stoi przed stajnią. Jest goły od pasa w górę, w ręku trzyma szpicrutę.

Teraz wejdzie do wanny. Zamyka drzwi od łazienki albo zasuwa kotarę. Muzyka. Najpierw Frank Sinatra, potem wtrącają się międzywojenne szlagiery polskie typu Miłość ci wszystko wybaczy.

No i za chwilę z łazienki wychodzi mały chłopczyk. Zmieniają się światła. Reflektory wydobywają rzeczy i meble, których przedtem nie widzieliśmy. Teraz jest rok 1940. Niemiecka okupacja i mieszkanie, w którym mieszka mały Dżerzi z rodziną. Neon za oknem już nie mruga. Chłopiec podchodzi do stołu, przy którym nad szachownicą pochyla się ojciec. Siada, przygląda się figurom. Ojciec, nie patrząc na niego, rzuca:

Ojciec: Przeżegnaj się.

Chłopiec powoli kreśli znak krzyża.

Ojciec: Szybciej!

Więc chłopiec żegna się szybciej.

Ojciec: Jak się nazywasz?

Chłopczyk: Jurek.

Ojciec: Jaki Jurek?

Chłopczyk: Lewinkopf.

Ojciec wali go w twarz, wywracając kilka figur. Chłopiec próbuje je ustawić. Ojciec powtarza:

Ojciec: Jak się nazywasz?

Chłopczyk: Jurek Lewinkopf.

Ojciec podnosi się i wyciąga ze spodni pasek.

Ojciec: Jak się nazywasz, szczeniaku?

Chłopczyk: Jurek (odpowiada ze łzami w oczach i powtarza szybko kilka razy), Jurek, Jurek, Jurek Kosiński.

Teraz na scenę wchodzi piękna matka w eleganckim futrze. Na kołnierzu srebrzą się płatki śniegu. Wspaniałe czarne włosy wymykają się spod stylowego kapelusza. Chłopczyk biegnie do niej i przytula do futra rozpaloną twarz. Matka czule go całuje i patrzy z wyrzutem na męża, ukrywającego za plecami pasek.

Matka: Ty go, Mojżesz, bijesz nie dlatego, że chcesz go czegoś nauczyć, tylko dlatego, że lubisz go bić.

Ojciec: Wyście powariowali. Jeżeli chcecie, żebym was przeprowadził przez piekło, to musicie się słuchać. Oboje.

Chłopczyk grający Dżerziego (do reżysera): Panie reżyserze, on mnie naprawdę uderzył.

Reżyser (niewidoczny z offu): Milczeć! Grać!

Matka: Jureczku, cokolwiek się stanie, pamiętaj, że mamusia cię kocha.

Matka rzuca nonszalancko futro na podłogę i znika ze sceny.

Ojciec: I Mieczysław! Nie Mojżesz, Mieczysław!

Potem z rezygnacją macha ręką i wraca do szachów. Zza sceny słyszymy pianino. To matka pięknie gra Walca Mefisto Franciszka Liszta. Chłopczyk podnosi futro i wchłania zapach matki. Wraca do łazienki. Zmieniają się światła. Teraz to znów Nowy Jork i migający za oknem czerwony neon.

*

– Może być – westchnął Roger, dolewając nam chilijskiego, czarnego wina. – Może być, tylko co ty właściwie chcesz o nim nowego powiedzieć?

Siedzieliśmy w wygodnych trzcinowych fotelach. To był październik, czyli Indian summer, coś jakby polskie babie lato. Znad Hudsonu podnosiła się mgła, statki już odpłynęły i światła New Jersey stały się mniej wyraźne. Roger ostatnio trochę przytył, ale jak na siedemdziesiąt pięć lat wyglądał świetnie. Jego wodniste, okrągłe oczy patrzyły uważnie, a usta były w ciągłym ruchu, zjadał serwetki, bilety do teatru i karty parkingowe, było z tym często sporo kłopotu.

– Bo to, że kłamał, wszyscy wiemy – dorzucił Raul. – A to, że właściwie prawie nic po nim nie zostało, też wiadomo.

Na kolana Raula wskoczył tłusty czarny kocur, szturchając go w brzuch, domagał się pieszczot. I Raul całkowicie zajął się kotem, który przeżywał ekstazę, prężył się sztywno, podnosił ogon, wypinał tyłek. A kiedy Raul posłusznie zaczął go drapać w okolicach ogona, zaniósł się bardziej psim niż kocim skowytem.

– On był na pewno inteligentny, i to bardzo. – Roger czule przyglądał się kocim wygibasom. – Może nawet inteligentny na tyle, że podejrzewał, że większość tego, co napisał, jest nic niewarte i się rozsypie jak domek z kart przy najlżejszym podmuchu. – Wychylił się w stronę Raula i dmuchnął kotu w tyłek. – I dlatego potrzebuje jakiegoś wielkiego spektaklu ostatecznego. Pamiętasz, Raul, Dżerzi często mówił, że samobójstwo to najlepszy sposób na przedłużenie sobie życia.

Przez chwilę patrzyliśmy wszyscy na to, co działo się z czarnym kotem. Pozostałe trzy obserwowały go razem z nami. Już nie były obojętne, zaczynały przeciągać się i prężyć na swoich fotelach.

– Jak tak – zapytałem – to dlaczego wszyscy padliście przed nim na kolana? Pisaliście, że Dżerzi to skrzyżowanie Becketta z Dostojewskim, Genetem i Kafką.

– No, Michael, dosyć, dosyć. – Raul spróbował zrzucić kota na kamienną podłogę, ale ten wczepił się pazurami w jego spodnie. – Dosyć, czarnuchu.

Kot w końcu zrezygnował i miękko skoczył na podłogę.

– Zobacz, Roger, krew… Znów będę miał ślady pazurów – poskarżył się Raul.

– Dlaczego, dlaczego? – Roger wzruszył ramionami. – Kochanie, przemyj wodą utlenioną i przynieś jeszcze jedną butelkę. – Uśmiechnął się do Raula i odprowadził go czułym wzrokiem. Raul pochodził z San Jose, był znacznie młodszy od Rogera, poruszał się jak oswojone, ale drapieżne zwierzę. – Pewnie dlatego, że świat już dawno stracił umiejętność odróżniania talentu od beztalencia i kłamstwa od prawdy. A może z jakiegoś innego powodu. Może dlatego, że Ameryka kogoś takiego jak Dżerzi nigdy przedtem nie widziała na oczy. Dlatego on nas wydymał. A teraz, jak rozumiemy, Dżanus, ty go zamierzasz pośmiertnie wyruchać.

– Chwileczkę – powiedziałem. – Zaraz, zaraz…

– Tylko się nie obrażaj. Pamiętasz, Raul, że on dziwnie pachniał.

– Paczuli jakby – zauważył Raul.

– Nie, nie, nie. To nie było paczuli. Czy pomyślałeś kiedyś, Dżanus, że dusza ma zapach? Może pachnieć kozłem, a może też różą. Napisane jest, że kiedy Bóg stworzył człowieka, tchnął mu przez usta swego ducha, ale może w tym samym czasie podczołgał się diabeł i tchnął mu w dupę swojego. Tylko mam jedną prośbę: uszanuj naszą inteligencję i nie mów, że chcesz o nim napisać prawdę.

– Otóż to – wtrącił Raul. – Pamiętaj, że im dalej od prawdy, tym bliżej do Dżerziego.

Roger pokiwał głową.

– Tak czy inaczej, życzymy ci powodzenia. Oczywiście zaraz pojawi się tłum ludzi, którzy się na ciebie rzucą z wrzaskiem, że znali go lepiej i że to w ogóle było nie tak. Ale tobie to nie powinno przeszkadzać, bo ty dymałeś pierwszy. Z tym że na nas nie licz. Bo nie mamy pewności, czy w Nowym Jorku poza nami są jeszcze ludzie, którzy pamiętają, kto to w ogóle był Dżerzi.

– No, to już przesadzacie – powiedziałem.

Raul odkorkował nową butelkę, a pod naszymi nogami trzy koty dołączyły do czarnego i zbiły się w kłębowisko pełne miauczenia i skowyczenia, drapania i gryzienia. Zaczynała się orgia kastratów.

Następnego dnia pogoda się popsuła, nagle zaczęło lać. Ale poszedłem do Barnes & Noble – ogromnej kilkupiętrowej księgarni na Broadwayu naprzeciwko Lincoln Center – i poprosiłem o monografię Kosińskiego.

– Kogo? Czy mógłbyś przeliterować to nazwisko? – zapytał młody sprzedawca.

Przeliterowałem raz, potem jeszcze raz i jeszcze raz, ale już przez zęby. Postukał w komputer, pokręcił głową i powiedział:

– Nic.

– Nic?

– Nic!

Oklapłem, nabrałem wątpliwości i dałem sobie z Dżerzim spokój.

Mgła

Wiele lat temu w Teatrze Powszechnym na Pradze obejrzałem sławną adaptację Wojny i pokoju. Nie pamiętam, kto reżyserował. W każdym razie to była sławna adaptacja Piscatora. Z całego spektaklu zapamiętałem jedną scenę. Po bitwie pod Borodino Napoleon, darując życie Piotrowi Biezuchowowi, informuje go: „Dla pana to los, dla mnie to przypadek”. Pamiętam jeszcze, że aktor, który grał narratora, był gejem. Kiedy mówił: „I kto wie, jaki obraz przybrałaby bitwa, tylko ta mgła, ta straszna mgła…”. Nie tyle zastanawiałem się nad sensem, ile śmieszyło mnie, jak pretensjonalnie wymawia to „mgłaaa”. Homoseksualiści byli wtedy w Polsce mocno nielegalni. Spotykali się nocami potajemnie w rozmaitych katakumbach i tak jak pierwsi chrześcijanie poznawali po tajemniczych znakach.

Świetny pisarz Julian Stryjkowski opowiadał mi, jak uciekając przed Niemcami ze Lwowa w czasie drugiej wojny światowej, znalazł się w Moskwie, gdzie homoseksualizm był już naprawdę tępiony. Pewnego wieczoru, gnany tęsknotą, nie wytrzymał i zasłaniając twarz szalikiem, udał się do publicznej toalety. W drugim końcu zobaczył podobnie zamaskowanego mężczyznę. Z zamierającym sercem, bojąc się prowokacji, zaczął się jednak ostrożnie podkradać i nagle rozpoznał znajomego malarza ze Lwowa. Z płaczem padli sobie w ramiona. Julek wyznał mi, że takich spotkań miał w czasie tej strasznej wojny wiele. Błagałem go, żeby napisał historię drugiej wojny światowej opowiedzianej przez takie spotkania w publicznych toaletach i że to by mogło być genialne. Pokręcił głową, że owszem, myślał o tym, ale jest dysydentem i to mogłoby skompromitować jego walkę z komunizmem.

Tak czy inaczej, o losie i przypadku będzie tu trochę więcej.

– Masza – zanotował później Klaus Werner – powiedziała mi, że przypadek to tylko bat, którym przeznaczenie pogania to, co nieuchronne, do przodu.

Mój agent mnie nie lubi

Mój agent literacki mnie nie lubi. Nie byłem pewien, czy Dennis jest wysoki, czy niski, bo kiedy wchodziłem, nigdy nie wstawał zza ogromnego biurka, zawalonego kolejnymi wersjami scenariuszy i maszynopisami sztuk. Wiedziałem na pewno, że mnie i nie lubi, i nie szanuje. Kiedy wjeżdżałem na siedemnaste piętro sławnej agencji na Pięćdziesiątej Siódmej ulicy po stronie zachodniej i, po odczekaniu swojego w recepcji, odszukiwałem go wreszcie w plątaninie gabinetów, Dennis, nie wstając, zwalał na mnie winę za każdy idiotyzm, jaki do Nowego Jorku dochodził z Polski. Z antysemityzmem, rasizmem, homofobią, kastrowaniem pedofilów, fanatyzmem religijnym i mocarstwowymi ambicjami na czele. Wyglądało, że całkiem starannie przygotowywał się na moje przyjście, bo miał powycinane odpowiednie artykuły z „New York Timesa”. Czułem się jak Aleksander Matrosow, radziecki bohater Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, własną piersią zasłaniający okienko bunkra, z którego walił niemiecki cekaem, żeby czerwonoarmiści przeszli.

W czasie, kiedy Dennis mnie upokarzał, schodziło się, żeby posłuchać, paru agentów z tego samego piętra. Brodaty grubas, który reprezentował Pendereckiego, szef sekcji dramatu i sławny Sam Cohn, najważniejszy agent od prozy reprezentujący Arthura Millera, Woody’ego Allena i Doctorowa. Wszyscy mieli niezły ubaw. Trwało to długo i nie było przyjemne.

Po każdej wizycie u Dennisa przysięgałem sobie, że więcej nie przyjdę, próbowałem się oczywiście przenieść do innej agencji, ale pierwsze pytanie, jakie mi zadawano, brzmiało, czy w ciągu ostatniego roku zarobiłem milion dolarów. Więc kiedy wszyscy mnie wyśmiewali, też się próbowałem uśmiechać, pocieszając się, że jeżeli Bóg i sprawiedliwość istnieją, to pozwolą mi pewnego dnia się odegrać. Póki jest nadzieja na zemstę, można wiele przetrzymać.

Ale uwaga. Parę dni przed spotkaniem z Klausem Dennis do mnie zadzwonił, do tego nie przez sekretarza, ale osobiście, i całkiem przyjaźnie zapytał, czy jestem dziś wolny i mogę przyjść do agencji o jedenastej.

Zbliżały się święta, poganiany wiatrem śnieg walił po twarzy. Przed komisariatem po zachodniej stronie Manhattanu na Setnej ulicy stała kolejka czarnych dzieci. Długa. Żeby uczcić święta Bożego Narodzenia, burmistrz zarządził, że dzieci, które oddadzą swoją broń, dostaną za nią nowiutkie tenisówki Nike’a. Niektórzy się krzywili, że na pewno broń oddadzą tylko te dzieci, które mają zapasową, a jeżeli zapasowej nie mają, to odkupią ją później od policjantów na czarnym rynku. Dzieci czekały cierpliwie, nie otrzepując się ze śniegu. Pomyślałem o kolejce do Mauzoleum Lenina w Moskwie.

Na rogu Dziewięćdziesiątej Szóstej i Broadwayu wsiadłem do metra, ciągle zachodząc w głowę, czego Dennis może chcieć. Pierwszą myślą było, że chce mnie wyrzucić, ale z drugiej strony kontrakt z agencją miałem podpisany jeszcze na dwa lata… Potem pomyślałem, że może coś wyjątkowo idiotycznego wydarzyło się w Polsce i chciałby się przed świętami rozerwać.

O tej porze metro było prawie puste. Jakiś facet przebrany za Świętego Mikołaja dość żywiołowo czytał „New York Timesa”, potem zmiął go i wrzasnął: „Pierdolony Bloomberg”. Całkiem elegancki mężczyzna, wyglądający na profesora z Columbii, zwrócił mu uwagę, że w tym kostiumie nie wolno przeklinać. Święty Mikołaj spojrzał na niego z nienawiścią i powiedział: „Fuck you, too!”. Zaczęli się kłócić, a potem bić. Szły święta, wszyscy myśleli o prezentach i nikomu nie chciało się ich rozdzielać. Na Columbus Circle wysiadłem i podziemnym przejściem wydostałem się na Pięćdziesiątą Siódmą ulicę. Przed hotel Hilton zajeżdżał długi rząd czarnych limuzyn. Wysiadali uśmiechnięci mężczyźni w kaszmirowych płaszczach, spod których wyglądały śnieżnobiałe koszule i garnitury od Armaniego, oraz pięknie pachnące kobiety w futrach z szynszyli. To byli eksperci udający się na konferencję poświęconą walce z głodem w Afryce. Po raz kolejny upewniłem się, że moja matka miała rację, kiedy błagała, żebym nie pisał, tylko wybrał jakiś sensowny zawód.

Przy Carnegie Hall biały bezdomny próbował wcisnąć Murzynowi za pięć dolarów całkiem dużą klatkę dla ptaka. „Klatki to coś dla białych” – mruknął Murzyn. Na parterze sprawdziło mnie security i za chwilę się okazało, że Dennis jest całkiem wysoki. Bo mało, że wstał na moje powitanie, to jeszcze wyszedł zza biurka i zamówił dla mnie kawę, zapytał, czy wolę w kubku, czy w filiżance, z mlekiem czy czarną, a potem popatrzył z wyrzutem i zapytał: „Dżanus, dlaczego mi nic nie powiedziałeś” – i rozłożył przede mną pięknie ilustrowany magazyn.

New York crowd and highly protected party

Przez parę lat snułem się na Manhattanie po przyjęciach. Doświadczony pisarz z Węgier, który robił to od lat dwudziestu, a miał jeden zrealizowany ze swojego scenariusza film, przekonywał mnie, że to absolutnie konieczne. Możesz spotkać kogoś ważnego, kto ci pomoże. Nigdy nie wiadomo, pójdziesz się odlać, a obok leje Steven Spielberg. Albo wchodzisz w kiblu do kabiny, a w sąsiedniej siedzi George Lucas. Podsuwasz mu dołem scenariusz, on ci odsuwa z powrotem, wtedy wrzucasz górą. Zawsze, ale to zawsze noś przy sobie jeden egzemplarz swojej sztuki albo scenariusza i pamiętaj, nie jesteś tu dla przyjemności, bądź kurewsko atrakcyjny, nie upijaj się na ponuro, śmiej się głośno i opowiadaj dowcipy. Jak nie masz do nich pamięci, zrób sobie ściągawkę – pokazał mi gęsto zapisaną karteczkę.

Duże przyjęcia na Manhattanie dzielą się z grubsza na highly protected party, czyli elitarne, i na zwykłe, na które zwala się nowojorska hołota. Ta hołota to autorzy powieści, które się źle sprzedają, drugorzędni dziennikarze, jeżeli nawet z Pulitzerem, to przedawnionym, krytycy, których zdanie wszyscy mają w dupie, artyści z Europy, którym nie udało się przebić, początkujący transwestyci, producenci bez pieniędzy i modelki wychodzące z obiegu albo takie, które jeszcze do niego nie weszły. Te wypisują kolorowymi flamastrami swoje imiona ogromnymi literami na wywieszonych przy drzwiach listach obecności, z nadzieją, że wpadną komuś odpowiedniemu w oko. Przyjęcia takie najczęściej odbywają się w loftach, czyli w przerobionych na pracownie dawnych halach fabrycznych, od których roi się na dolnym Manhattanie, zwłaszcza między ulicami Houston i Canal, bo za Canal zaczyna się już Chinatown.

Czasem w tłumie kręcą się, ale tylko przez chwilę, fotoreporterzy z plotkarskich kolumn, żeby upewnić się, że na nikogo nie warto marnować czasu. Wiadomo, że na Manhattanie na dwanaście kobiet przypada jeden mężczyzna. Więc na takich przyjęciach jest zawsze o wiele więcej kobiet, często pięknych jeszcze, ale już zgorzkniałych, cierpiących na rozpaczliwą nowojorską samotność. Niektóre pracują w wydawnictwach czy reklamie i gdyby się przyłożyły, mogłyby nawet któremuś z młodych nieudaczników coś załatwić. Ale nikt im za bardzo nie wierzy, więc one też już przestały wierzyć i się ponuro upijają. Następnego dnia idą na jogę, potem do kościoła i, trzymając się za ręce, przekazują sobie znak pokoju.

Na takich przyjęciach najeść się nie da, jest tłok, sporo alkoholu, narkotyków oraz bardzo dużo hałaśliwej wesołości, podszytej smutkiem i czujnością. No, żeby tej szansy, której raczej na pewno nie ma, ale gdyby jednak była, przez głupotę, niepotrzebną rozmowę czy bezsensowne pójście z kimś do łóżka nie przepuścić. Wiem, co piszę, bo przepieprzyłem na takich przyjęciach dobrych parę lat.

A highly protected party to w ogóle inna rozmowa. Przed wejściem policja w mundurach, w środku ochrona po cywilnemu, dania wykwintne, alkohole drogie, wszyscy już osiągnęli wszystko, a w każdym razie bardzo wiele.

Nie używają proszków nasennych, nie denerwują się kryzysem, nad ich namiętnościami czuwają prawnicy. Więc kobiety nie boją się rozwodów, a mężczyźni wiedzą, że żonom poważniejsze romanse się nie opłacają. Nawet najstarsi są zdrowi, opaleni i młodzi, czasem tylko dziwnie szybko męczą się, wchodząc po schodach, albo wspominają mocno odległe czasy, nad ich zdrowiem psychicznym czuwają najdrożsi psychiatrzy, więc samobójstwo popełnia się tylko, jeśli to zostało przedyskutowane.

Na takim właśnie superelitarnym przyjęciu znalazłem się, bo zaprosił mnie ożeniony z Polką sławny amerykański dziennikarz z aktualnym Pulitzerem. Urządzała je francuska ambasada w pięknym pałacyku na Piątej Alei przy Siedemdziesiątej Dziewiątej ulicy. Obowiązywały stroje białe, było lato, więc z tym nie miałem kłopotów. Niestety, nie miałem białych butów, ale chyba jasne, że dla przyjemności paru burżujów nie będę na jeden raz kupował białych butów. To nieetyczne i nieekologiczne. Czyli włożyłem buty czarne, które w mojej kreacji były nieprzyjemnym zgrzytem. Był tłok, więc jakoś to uszło.

Dla ozdoby i żeby uniknąć nudy zaproszono parę gwiazd, a na schodach śpiewała czarna piosenkarka z Broadwayu z aktualną nagrodą Tony. Dania były dopasowane kolorem do ubrań. Tylko żółtawą biel szampana łamały zatopione w nim brzoskwinie. Za to kelnerzy znakomicie grali kelnerów.

A teraz, po co to wszystko opowiadam… Chodzi o to, że Krystyna, żona sławnego dziennikarza, uwielbia robić zdjęcia, czyli nie rozstaje się z aparatem. Tak więc posuwaliśmy się w nieustającym trzaskaniu jej malutkiego aparaciku. I naraz na parterze, niedaleko od jedynej w Nowym Jorku rzeźby Michała Anioła, tuż za marmurową kolumnadą, Krystyna wypatrzyła absolutnie profesjonalnie zaimprowizowane ministudio, w którym na tle gobelinów z czasów cesarstwa młodziutki fotograf, potrząsając grzywą rozbielonych włosów, robił zdjęcia ustawiającym się w kolejce śnieżnobiałym gościom. Krystyna popchnęła nas w tamtą stronę, za chwilę wręczono mi czarną tabliczkę, na której wykaligrafowałem białą kredą swoje imię, i było po wszystkim.

No i proszę bardzo, właśnie teraz Dennis rozłożył przede mną luksusowy magazyn. Otworzył go na założonej szesnastej stronie. Zobaczyłem, jak stoję cały na biało, czyli że buty wyretuszowano, i uśmiechając się niepewnie, trzymam przed sobą tabliczkę podpisaną JANUSZ! A magazyn się nazywał „Gay and Lesbian In New York”. I Dennis powtórzył: „Dlaczego mi o tym nigdy nie powiedziałeś?”.

Pogłaskał mnie po policzku i chyba się zarumieniłem, a on się ucieszył. Potem siedzieliśmy przy biurku, piliśmy kawę jedną po drugiej. Dennis pokazał mi swoje zdjęcie, na którym młodziutki i szczęśliwy przytula się do Tennessee Williamsa, i dał dyskretnie do zrozumienia, że bohater Szklanej menażerii, którego grał w filmie John Malkovich, jest na nim mocno wzorowany, a zaraz potem zapytał, czy byłbym zainteresowany napisaniem scenariusza filmowego o Dżerzim, bo właśnie miał spotkanie z niemieckim przemysłowcem, który brzmi poważnie i szuka pisarza. Najlepiej kogoś ze Wschodu i żeby znał Dżerziego osobiście. – Więc od razu pomyślałem o tobie, kochany.

Poczułem falę ciepła. No dobra, Janek, nie wolno ci tego przegapić. Moje najtańsze ubezpieczenie nie obejmowało leczenia zębów. Pociągnąłem łyk kawy i szybko wyjaśniłem Dennisowi, że Dżerziego to ja, czemu nie, dobrze znałem. Że to był mój bardzo bliski przyjaciel, bo kilka razy go w życiu spotkałem. Zaraz, zaraz, possałem łyżeczkę. Najpierw w roku 1975, kiedy jeździłem po Ameryce na stypendium Departamentu Stanu, poprosiłem, żeby mi to spotkanie zorganizowali, a Dżerzi się zgodził. Był wtedy akurat po wielkim sukcesie, bo jego powieść Kroki dostała National Book Award, czyli, bagatela, najbardziej prestiżową nagrodę literacką w Stanach Zjednoczonych. A znów w Polsce był, owszem, znany, ale tylko z dziko nienawistnych artykułów o Malowanym ptaku, a jego książek nie wolno było wydawać. Postanowiłem troszkę błysnąć erudycją i dodałem, że to coś jakby w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakowa, gdzie krytycy atakują zakazaną Księgę Mistrza za „piłatyzm”, a ludzie w Moskwie nie wiedzą, o co w ogóle chodzi. Zresztą zauważyłem, że Dennis też nie wie, o czym mówię, mimo to brnąłem dalej. Pisano, że Dżerzi robi karierę na opluwaniu i szkalowaniu Polski i Polaków przedstawianych jako psychopatyczni i prymitywni antysemici, a jedynym pozytywnym bohaterem jest esesman. Dla wzmocnienia efektu dodałem, że podobno było nawet specjalne posiedzenie Biura Politycznego poświęcone strategii walki z Dżerzim. Ponieważ nikt albo prawie nikt w komunistyczną propagandę nie wierzył, wywoływało to reakcje odwrotne, czyli podziw.

No i właśnie wtedy w siedemdziesiątym piątym zjadłem z nim lunch w restauracji Europa tuż przy Central Parku, gdzie Dżerziego traktowano jak króla, a ja musiałem zapłacić. Na szczęście on jadł tylko sałatę, więc ja też, chociaż sałatą się brzydzę. Wtedy mnie ostrzegł, żebym uważał na druty.

– Kolczaste? – zainteresował się Dennis.

Pokręciłem głową – chodziło mu o cenzurę. O to, że pisarze nad Wisłą żyją w szklanym kloszu, przez który przechodzą właśnie naelektryzowane druty, i wygodnie można sobie pofruwać, póki się prętu, czyli prawdy, nie dotknie. Wtedy jak ćma, mucha albo komar pisarz skwierczy, spala się i leci w dół. A inni się cieszą, bo przybyło miejsca.

– To dokładnie tak samo jak w Nowym Jorku – uśmiechnął się Dennis. – Z tym że u nas chodzi o pieniądze.

Sekretarz wsadził głowę, a potem dolał nam kawy.

– Pamiętam, jak Dżerzi powiedział mi wtedy, że w Polsce wolał fotografować.

Bo na sfotografowaną nędzę, smutek albo starość cenzura przymykała oko. I że kiedyś robił zdjęcia w domu starców i obłąkanych, a tam była śliczna młoda pielęgniarka, którą próbował poderwać, a ona go kompletnie olewała. No i raz nie wytrzymał i się zakradł w nocy do jej pokoiku. A ona tam na łóżku kopulowała z jakimś porośniętym sierścią debilem, półczłowiekiem, który uciekł, trochę skowycząc.

Wyznania agenta Dennisa B.

– A to cały Dżerzi – ucieszył się Dennis. – Dom starców czy wariatów, to paru pisarzom by wystarczyło, to byłoby OK, dajmy na to, dla takiego Willa Faulknera. Ale Dżerzi musiał wsadzić tę swoją prawdę o ludzkiej naturze, jakieś zboczenie malutkie albo troszkę większe. I krytycy mu bardzo długo wszystko wybaczali, bo za te jego sadomasochistyczne figury w całości obciążano Hitlera. Zresztą gdyby Dżerzi nie zrobił tak gigantycznej kariery, toby go nie wykończono. Bo człowiek jest ogólnie tak ulepiony, że wielkiego sukcesu bliźniego nie przetrzyma. Zaczyna koło niego węszyć albo sprawdzać, jak w pokerze, a u Dżerziego akurat było co sprawdzać.

Ja mu z początku troszkę pomagałem, bo widzisz, ja kupuję dusze, a potem je odsprzedaję. Ludzie w Nowym Jorku sprzedają i duszę, i dupę szybciej i taniej, niż ich na to stać. Ciebie mi wciśnięto właściwie za darmo, jego dostałem za nieduże pieniądze. A odsprzedałem w dobrym momencie, z zyskiem.

Dennis odebrał telefon od Philipa Rotha, Johna Guare’a i Daria Fo. Napiliśmy się jeszcze kawy i Dennis się zamyślił.

– Wiesz, ja nie przepadam za swoją pracą… Nudzę się… Nie mam w ogóle czasu na czytanie czegoś dobrego, tylko w kółko kolejne wersje scenariuszy albo sztuk, ale mam chwile, które sprawiają mi pewną radość. Kiedy, na przykład, uda mi się wykreować zupełne zero i postawić je na świeczniku, to zaspokaja moją próżność. To jest rodzaj rozkoszy, którą przeżywają kobiety, kiedy tworzą swoich kochanków i wmawiają ich światu. Jest w tym rodzaj boskiego żartu. No bo Bóg musiał mieć piekielne poczucie humoru, żeby, na przykład, stworzyć Hitlera. Oczywiście Hitler to loser, zobacz, ilu Żydów przeżyło.

Dennis znów odebrał kilka telefonów, komuś pomógł, komuś przekreślił kilka lat pracy i złamał życie. Po czym się rozmarzył.

– A Dżerzi był zachwycający. Piekielnie brzydki i piękny, dziko chciwy i absolutnie bezinteresowny, bardzo sprytny i okropnie głupi. Ciągle coś albo kogoś udawał albo grał, miał wielki talent aktorski. Nie mówię o tej roli u Warrena Beatty’ego w Czerwonych, ale w życiu… Gdyby on był tylko aktorem, to może by go nie wykończyli, bo aktorom się bardzo dużo wybacza, właściwie nie bardzo wiadomo dlaczego… Może są w sumie mniej szkodliwi… Czułem, że on się czegoś boi, ale on się bał ostrożnie, a bać się ostrożnie to znaczy być agresywnym i on był agresywny. Prawda, Dżanus, że my, geje, jesteśmy łagodniejsi… A ten producent się nazywa Klaus Werner. Drogi Dżanusku, czyżbym miał coś na tobie zarobić?

Café Provincia

Śnieg padał od kilku dni. Grube, ciężkie płatki zasypały chodniki i ulice. Ludzi i samochodów na Broadwayu prawie nie było. Autobusy i taksówki ślizgały się ostrożnie na zamarzającej skorupie.

– Czy wierzysz w sny? – zapytał Klaus Werner.

Wybełkotałem coś w rodzaju, że raz wierzę, raz nie. Na pewno są bardzo ciekawe, coś w tym musi być, i tak dalej, w tym stylu.

– By się przydało, żebyś wierzył. Bo właściwie wszystko się zaczęło od snu Maszy, tego, co jej się przyśnił w Moskwie w mieszkanku na Nowym Arbacie. No i od tego, że mi się złamała górna trójka. Jadłem kawałek suchej kiełbasy, takiej, wiesz, pachnącej ogniem, dymem i polem. To było jakieś trzydzieści pięć lat temu, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym chyba, na początku. Ja wtedy dużo projektowałem. Wyjechałem do Moskwy. Robiłem tam interesy, pomyślałem też, że zobaczę kolekcję takiego młodego designera, on już nie żyje, zastrzelili go albo umarł na AIDS. Nie pamiętam.

Już drugą godzinę siedzieliśmy w malutkiej kawiarence na Broadwayu między Dziewięćdziesiątą Dziewiątą i Setną ulicą, gapiąc się w okno. To miejsce nazywało się Café Provincia, pachniało kawą, świeżym pieczywem i kurzem. Tylko dwa stoliki przy oknie i kilka krzeseł ustawionych przed zawieszonym na ścianie podłużnym lustrem. Z tyłu szumiała wielka lodówka, za kontuarem stał ekspres do parzenia kawy, który kiedyś pewnie błyszczał. Na górnym Manhattanie nie ma już wielu takich miejsc. W szklanej gablocie leżały francuskie kruche ciasteczka i croissanty, a z drewnianego kosza wystawały świeże bagietki. Właściciel, chyba Irlandczyk, parzył nam kawę i znikał w jakiejś klitce na zapleczu. Po drugiej stronie ulicy, prawie niewidoczne w śnieżnej mgle, sterczały dwa spiczaste trzydziestodwupiętrowe budynki. Właściwie omówiliśmy już wszystko, ale ciepło tej małej dziupli, kawa i śnieg przytrzymywały nas w środku.

– Moja marynarka ci się podoba?

Marynarka była uszyta z cieniutkiego kaszmiru, czarna, dopasowana, zapinana na jeden guzik. Z lewej kieszeni wystawała okładka książki Portret artysty z czasów młodości.

– Lubisz Joyce’a?

– Nie. Dlaczego? – zdziwił się Klaus Werner. – Nie lubię też śniegu.

Miał zmęczoną, szarą twarz i smutne, okrągłe, trochę za blisko spiczastego nosa osadzone oczy. Jasne, długie włosy były starannie zaczesane do góry. Chyba je farbował, bo brwi miał czarne. Po angielsku mówił prawie bez akcentu, znacznie lepiej ode mnie. Zamówiliśmy po raz trzeci podwójne espresso. Filiżanki ozdobione japońskimi rysuneczkami były małe, kawy było w nich jeszcze mniej.

– Nie lubię śniegu – powtórzył. – Wtedy w Moskwie też sypało. Z tym zębem poszedłem do Salomona Pawłowicza. On pracował w rządowej klinice, ale miał też w swoim mieszkaniu tajny prywatny gabinet, całkiem nieźle wyposażony. Przyjmował tylko wyjątkowych pacjentów. Ja się dostałem dzięki protekcji solisty z Teatru Bolszoj, tancerza, poznałem go w Paryżu, występował w Jeziorze łabędzim i cudownie tańczył księcia Zygfryda. Na bankiecie po występie nosił koszulę z delikatnego lnu, stylizowaną na kozacką. Nie mogłem się powstrzymać i spytałem o cenę – okazało się, że coś tak uroczego można było kupić w Moskwie za niecałe dwie zachodnie marki. Nie miałem wątpliwości, że w Monachium dałoby się wyciągnąć za nią dobre pięćdziesiąt.

Bez wahania zrobiłem go wspólnikiem. W Moskwie był bogiem, więc mediacje z władzą i zakładami Czerwony Październik wziął na siebie. To był świetny interes, ale wróćmy do Salomona Pawłowicza. To była postać. – Klaus niespodziewanie się uśmiechnął, prawie nie otwierając ust. – Salomon był nieduży, pulchny, a kiedy się pochylał, jego policzki kołysały się nade mną jak dwa kotlety. Miał czarne kędzierzawe włosy i maleńką różową łysinkę na ciemieniu. Sztukując mój ząb, nucił szlagiery z końca lat czterdziestych i co chwila uśmiechał się do młodziutkiej asystentki o nieludzko długich nogach. On poruszał się bardzo szybko, a ona leniwie, biały fartuch sięgał jej najwyżej do połowy ud, a kozaczki – powyżej kolan. Pamiętam, że pachniała pięknie, miała bezwstydne oczy i spokojną wiarę w przyszłość.

Ten dentysta na zmianę plombował i do niej mrugał, nucił i dziękował Bogu. A dziękował głównie za to, że nie stworzył człowieka, dajmy na to, trzymetrowego i z potężnymi kłami, tylko, nie mając złudzeń co do ludzkiego charakteru, w trosce o przetrwanie gatunku i ogólnie życia na ziemi, podarował ludziom zęby krótkie i mizerne, wymagające stałych reperacji, którymi jeść się da, ale zagryźć to już jest dosyć trudno. Z tym że człowiek sobie poradził i wymyślił kałasznikowa.

Klaus Werner pogładził klapy.

– Nie uważa pan, że ten Joyce pasuje do marynarki? Kiedyś sporo projektowałem – powtórzył. – Teraz skończyły mi się pomysły. Mam w Monachium parę fabryk, robię bieliznę. Rodzina traktuje mnie niepoważnie, brat ma wielką kancelarię prawną i udziały w stoczniach w Hamburgu, wie pan, eksport-import.

Pocieszyłem go, że ten pomysł z Joyce’em jest całkiem dobry. Machnął ręką.

– Salomon Pawłowicz, szlifując mój odnowiony ząb, oświadczył, że nie jest ślepy. Przecież widzi, że okrucieństwo jest normą, a świat ani nie był, ani nie będzie sprawiedliwy. Ale i tak rację miał Lebiediew-Kumacz, autor szlagieru Serce, pisząc: „Jak dobrze jest na świecie żyć”.

No i właśnie wtedy, kiedy już wypłukałem usta i oglądałem w lusterku swój nowy ząb, weszła Masza. Boże, jaka ona była piękna i w ogóle o tym nie wiedziała. Na sobie miała niedopasowane hinduskie dżinsy i czarny sweter, chyba zrobiony na drutach. Była wysoka, szczupła, trochę za niska na modelkę, ale miała cudne usta. Ta górna warga, jakby spuchnięta, skośne oczy jak u Chinek. Wcale nie czarne, tylko zimny błękit i długie, jasne włosy. Powiedziała, że jej babcia zachorowała, więc ona przyniosła jajka, i zapytała, czy może opowiedzieć swój sen. A Salomon Pawłowicz traktował sny poważnie. Usiedliśmy wszyscy wygodnie, powiedział: proszę bardzo, i zaczęła opowiadać.

Sen Maszy

Śniło mi się że poprosiłam Boga żeby dał mi poczuć kim jest dodałam że serce mam słabiutkie a duszę za małą żeby wytrzymać jego światło ale proszę żeby chociaż troszeczkę pozwolił siebie poczuć czekałam i czekałam w ciemnościach nagle nastała ogromna jasność i zobaczyłam kurczaki wisiały do góry nogami bez głowy i pierza w równych szeregach poczułam zapach świeżego mięsa mdły taki że chciało się wymiotować zobaczyłam sinawą poświatę a one wisiały w takiej długiej bez końca sali jakby operacyjnej w szpitalu zadzwonił dzwonek raz i jeszcze raz podłoga się usunęła i te kurczaki razem z żeliwnym rusztowaniem na którym wisiały spadły we wrzący olej no to piekło kurczaków pomyślałam gdzieś za drzwiami ptaki walczyły i hałasowały co z tego i tak się będą smażyć jest w Rosji powiedzenie komu Bóg przeznaczył utonąć tego nie powieszą a tu proszę oskubali zabili powiesili utopili i jeszcze usmażyli taki los

– Czyli coś jakby barbecue? – zapytałem.

– No taka smażalnia.

– I co?

– I się obudziła.

– A co z Bogiem?

– O to samo spytał Maszę Salomon Pawłowicz – podobno nie pokazał się.

Broadwayem przejechały w dół miasta dwa ogromne pługi. Zgarnęły zwały śniegu na zaparkowane przy chodnikach samochody.

– Nie syp tyle cukru – powiedział Klaus. – To trucizna. Nie mogłem tego Maszy wytłumaczyć, czy myślisz, że Dżerzi spał ze swoją matką?

Za oknem przeszło dwóch czarnych mężczyzn z szuflami. Za odkopywanie samochodów brali 30 dolarów. Chętnych na razie nie widziałem.

– Nie myślałem o tym.

– A to pomyśl. Mówił, że chciałby się matce odwdzięczyć za urodzenie i dać jej erotyczną satysfakcję. Napisał taką scenę seksu ze swoją matką w jednej książce. Sypie ten śnieg i sypie.

– Pomyślę. Parę lat temu sypało tak, że ludzie po Broadwayu jeździli na nartach.

– Nie lubię Broadwayu. – Pokręcił głową. – Przypomina mi brudną, bezzębną babę, pachnącą moczem i byle jak polaną perfumami, owszem, pozłacaną, ale farba się łuszczy. Tyle dobrego w tym śniegu, że trochę ją zasłania.

Klaus podniósł się i zapłacił.

– Za cztery godziny mam samolot. Jeżeli w ogóle odleci. W poniedziałek zadzwonię do Dennisa i powiem, żeśmy się dogadali i żeby przysłał moim prawnikom projekt kontraktu do Monachium. Wyślę ci zapiski Maszy. Te, które Dżerzi jej ukradł. Pewnie chciał to wydrukować jako swoje. Ale nie zapamiętał, gdzie je schował. Znasz rosyjski?

– Ze szkoły, czytać mogę.

– Ja znam całkiem dobrze, ciekawe są. Pierwsza część po rosyjsku, potem zaczęła po angielsku. Nieźle jej szło, szybko łapała języki. Po angielsku pisała lepiej niż on, kiedy wydrukował Malowanego ptaka. On schował te zapiski w jakiejś walizce i zapomniał kodu. Całą szafę miał zawaloną walizkami, których nie umiał otworzyć. Tracił pamięć. A miał dopiero pięćdziesiąt parę lat. Już po wszystkim żona je rozpruła.

– I dała ci to.

– Powiedzmy. – Uśmiechnął się po raz drugi, prawie nie otwierając ust. Ale jego okrągłe oczy ciągle patrzyły uważnie.

– Dużo zapłaciłeś?

– Nie przekroczyła granicy przyzwoitości. Przyjadę za dwa tygodnie i opowiem ci parę rzeczy, jak to wyglądało z mojej strony. Jeżeli się dogadamy z Dennisem, przyślę ci więcej.

– Chciałbym zobaczyć Maszę…

Przez chwilę w milczeniu gapiliśmy się na ulicę.

– Dobrze. – Kiwnął w końcu głową. – Jeżeli ona się zgodzi. Ale to może nie być przyjemne.

Napisał coś na serwetce. To był numer telefonu i imię Jody.

– Jody?

– Jody – potwierdził. – A Dżerziemu się moja marynarka podobała.

Od razu sięgnął po płaszcz. Niby zwykły, z szarej popeliny, ale podbity futrem z norek. Włożył też coś, czego się w Nowym Jorku nie nosi – kapelusz.

– On podobno na parę godzin przed tym, co zrobił, poprosił kierowcę taksówki, żeby zakręcił okno, bolało go gardło i bał się, że się przeziębi. Przyślę ci parę kartek o tym, jak do niego poszedłem. Dosyć upokarzające, ale zapisałem. A ty się szybko do tego bierz. Chciałbym, żeby ten film się zaczął kręcić jesienią, zanim ten pomysł wyda mi się głupi.

Starannie zawiązał szalik. Na ulicy w jednej chwili śnieg oblepił nas gęstą, mokrą masą. Dopiero wtedy zauważyłem, że trochę kuleje.

– Jeszcze jedno – powiedział, rozglądając się za taksówką. – Od czego chcesz zacząć?

– Pewnie od paznokci długich, polakierowanych na krwistoczerwony kolor, i od wanny.

Oczy czarne, życie marne (Retro 1)

Czyli paznokcie kobiety, długie, polakierowane na krwistoczerwony kolor, i wanna. Rok 1937. Miasto Łódź i wygodne mieszkanie zamożnej żydowskiej inteligencji. Tapety w żółte kwiaty, kredensy, tapczany, kapy, obrazy. A raczej kopie obrazów, ale są też zdjęcia rodzinne. Ale najważniejsza jest wanna. Całkiem sporo ludzi się upiera, że wanna to miniaturka oceanu, można się w niej urodzić, ogolić nogi, odpocząć, mieć seks i albo się obudzić, albo nie. Właśnie w wannie podniszczonej, z tu i tam odłażącą emalią, a wypełnionej gorącą wodą, długie wypielęgnowane ręce kobiety pięknej, o semickiej urodzie, kąpią czarnowłosego małego chłopczyka. Paznokcie połyskują czerwienią, a dziecko jest radosne. Służąca – wieśniaczka o szerokiej, dobrej twarzy – przygląda się temu ze sceptycznym uśmiechem i kręci głową.

– Oczy czarne, życie marne – mruczy i dodaje: – Teraz takie czasy idą, że blondyn by bardziej pasował.

Podaje ręcznik, a chłopczyk wesoło opryskuje ją wodą.

– Nie wariuj, Jureczku. – Wyciera twarz. – Jak Pan Bóg pozwoli, będziesz miał dosyć czasu na wariowanie.

Potem znów ta sama wanna, ale chłopiec już urósł. Ma teraz sześć lat. Matka delikatnie myje mu głowę. Pochyla się nad wanną, z wyciętej głęboko sukni wychylają się wielkie białe piersi. Chłopiec ma wzwód. Zawstydzony próbuje to ukryć, ale przecież matka wszystko widzi. Uśmiecha się czule i z dumą. Dotyka go, a chłopiec zamyka oczy i zagryza wargi do krwi. Znów czerwień.

Casting

Manhattan teraz. Mglisty wieczór listopadowy. Nad głowami tłumu, który się przewala Czterdziestą Drugą ulicą, płynie wanna. Niesie ją trzech mężczyzn w zielonych kombinezonach. Na plecach wielkie białe litery „Good night, Dżerzi”.

Prawie nikt nie zwraca na nich uwagi. Przechodnie na Czterdziestej Drugiej, zwłaszcza wieczorem, na odcinku między Broadwayem a Dziewiątą Aleją, są rozgrzani namiętnościami i byle czym się nie zajmują. Parę lat temu na tym kawałku mówiło się głównie szeptem. Szeptali podpierający ściany czarni sprzedawcy cracku i wypinające przypudrowane biusty, na których błyszczały złote krzyże, kolorowe prostytutki. Negocjujący ceny klienci i wystraszeni turyści. Teraz Czterdziesta Druga sporządniała.

Zamiast wysadzanych brylancikami złotych zębów sutenerów błyszczy, świeci i miga kolorowymi światłami pałacowe wydanie McDonald’sa. Dalej gigantyczne biurowce, kilkupoziomowe kina, Madame Tussaud, czyli muzeum figur woskowych. A porno-shopy, peep-show i porno-kina przegoniono w głąb Ósmej i Dziewiątej Alei. Razem z nimi wyniósł się zapach pieniędzy, moczu i wolności, ale tłum na chodnikach pozostał.

Tymczasem wanna mija już Dziewiątą Aleję i Port Authority – ogromny dworzec autobusowy, dalej półmrok, długi sznur maleńkich teatrów, a połyskuje już tylko rzeka Hudson.

Przed opuszczoną starą fabryką na Dziesiątej Alei ludzie z wanną przepychają się między całkiem innym tłumem: niemieckimi żandarmami w niekompletnych mundurach, polskimi chłopami, bywalcami porno-klubów w skórzanych stringach, agentami kgb, żydowskimi chłopcami w myckach, prostytutkami i eleganckimi intelektualistami z górnego Manhattanu w marynarkach z tweedu. W środku wiruje tłum charakteryzatorów, garderobianych, krawców i rekwizytorów. W pokoju, w którym będzie później gabinet pisarza, reżyser z ponurą miną tasuje stos zdjęć czekających na audition aktorów. Siada za biurkiem. Dziobie palcem w któreś zdjęcie. Szef castingu wybiega na korytarz, a scenograf ustawia na bibliotecznych półkach książki. Zbrodnia i kara, Idiota i Biesy Dostojewskiego, Lermontowa Bohater naszych czasów, Stendhala Czerwone i czarne, Balzaca Blaski i nędze życia kurtyzany, Martwe dusze Gogola, Pani Bovary Flauberta. Niecodzienny u amerykańskiego pisarza zestaw.

Wchodzi znany aktor. Ma zmęczoną twarz, czarne włosy, duże smutne oczy. Reżyser daje mu znak, żeby usiadł, i przegląda jego résumé.

Reżyser: Dziękujemy, że przyjechałeś. Jak ci się pracowało z Johnem?

Aktor: Był OK.

Reżyser: Jesteś Żydem?

Aktor: Głównie Włochem, ale też Amerykaninem, z tym że, jeśli trzeba, to mogę być i Żydem. Nie mam nic przeciwko Żydom.

Reżyser: Ja akurat mam. Dlatego robię ten film. Umiesz zrobić polski akcent?

Aktor: Umiem rosyjski. Co masz przeciwko Żydom?