Wydawca: Goneta Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 149 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Goły - Ryszard Katarzyński

Goły” — to pełna humoru opowieść o radzeniu sobie na nagiej skale — bo
trudno to było nazwać to wyspą — osobnika w wieku mocno poprodukcyjnym.
Bruta, bohatera książki, poznajemy w momencie, kiedy przywleczony przez
prąd morski w charakterze śmiecia razem z innymi śmieciami ląduje na tzw.
Świńskiej Skale. Na sobie ma tylko namoknięty kapok i dyndające na jednej ręce
kajdanki. Brut jest energicznym emerytem. Na szczęście Świńska Skała stoi na
lekkim uboczu uczęszczanego szlaku morskiego na Pacyfiku, co oznacza, że
bohater nie musi się martwić specjalnie o ziąb podczas raczej ciepłych dni i nocy.
Po dość przyzwoitym zainstalowaniu się na tej nagiej skale i wykorzystaniu co się
dało ze śmieci, z którymi przypłynął zdecydował się znowu zejść do śmietniska po
pewne znalezisko, które go bardzo zainteresowało. Znaleziskiem tym była okulała
tratewka z bardzo dużym przechyłem na jedną stronę. Balastem tym była
przykryta wodorostami Hannelore. Ona też nie miała ubrania...
Historia opowiedziana z dużą dozą takiego humoru, że wyobraźnia
czytelnika sama płata figle. Warto bawić się tekstem i pomysłami autora, który
sam nie należy już do młodzików i doskonale umie stroić sobie żarty z możliwości
swoich rówieśników. Poczucie humoru jest tu trzecim bohaterem, zaraz po
Brutcie i Hannelore.

Opinie o ebooku Goły - Ryszard Katarzyński

Fragment ebooka Goły - Ryszard Katarzyński

Goły

Ryszard Katarzyński

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa

Okładka: Radosław Respond

radekrespond@gmail.com

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-62041-21-3

Wydanie I

Warszawa, sierpień 2010

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Ryszard Katarzyński

Sam o sobie: Urodziłem się dość dawno, bo 1 grudnia 1943 r. Zodiakalny Strzelec. Te ciągoty do pukawek wszelkiego rodzaju, to pewnie od tego. Członek klubu strzeleckiego. Emeryt ma czas na takie fanaberie. Z zawodu ekonomista. Pół życia zawodowego „na posadach”, drugie tyle „na swoim”. Żonaty od ponad czterdziestu lat z Tą Samą. Zmiany w tym zakresie uważam za zbyt kłopotliwe — a jak trafi się gorzej? Dzieci dorosłe. Dwóch wnuków. Od dwudziestu kilku lat mieszkam na skraju wsi, w chałupce pod samym lasem. Dobrze mi tam. Pisać do mnie można na marrysk@marrysk.com.

W Goneta.net pan Ryszard Katarzyński wydał już dwa e-booki: „Dom” i „Życiorysy niepoprawne”. Oba w trzeciej dekadzie 2009 roku.

„Goły” — to pełna humoru opowieść o radzeniu sobie na nagiej skale — bo trudno to było nazwać to wyspą — osobnika w wieku mocno poprodukcyjnym.

Bruta, bohatera książki, poznajemy w momencie, kiedy przywleczony przez prąd morski w charakterze śmiecia razem z innymi śmieciami ląduje na tzw. Świńskiej Skale. Na sobie ma tylko namoknięty kapok i dyndające na jednej ręce kajdanki. Brut jest energicznym emerytem. Na szczęście Świńska Skała stoi na lekkim uboczu uczęszczanego szlaku morskiego na Pacyfiku, co oznacza, że bohater nie musi się martwić specjalnie o ziąb podczas raczej ciepłych dni i nocy. Po dość przyzwoitym zainstalowaniu się na tej nagiej skale i wykorzystaniu co się dało ze śmieci, z którymi przypłynął zdecydował się znowu zejść do śmietniska po pewne znalezisko, które go bardzo zainteresowało. Znaleziskiem tym była okulała tratewka z bardzo dużym przechyłem na jedną stronę. Balastem tym była przykryta wodorostami Hannelore. Ona też nie miała ubrania...

Historia opowiedziana z dużą dozą takiego humoru, że wyobraźnia czytelnika sama płata figle. Warto bawić się tekstem i pomysłami autora, który sam nie należy już do młodzików i doskonale umie stroić sobie żarty z możliwości swoich rówieśników. Poczucie humoru jest tu trzecim bohaterem, zaraz po Brutcie i Hannelore.

Jeżeli nie brać pod uwagę pomarańczowego kapoka i merdających na prawym nadgarstku niklowanych kajdanek, byłem goły. Prąd, który wynosił mnie poza jedyny szlak komunikacyjny w tej części archipelagu, słabł i jednocześnie spychał między rafy. Ocean traktował mnie tak samo, jak inne śmieci beztrosko wyrzucane za burty niezliczonych stateczków i łodzi, należących do krajowców, zwariowanych turystów i wcale nie zwariowanych hm... żeglarzy.

W ciągu kilku godzin prąd zwolnił i coraz częściej podpływał do mnie bujany falą, plastikowy kanisterek po detergentach, kawałek dechy z jakimś okuciem, pływak styropianowy ze strzępem sieci albo i coś, czego nie można było zidentyfikować na pierwszy, a nawet i na drugi rzut oka. Po zwiększającej się systematycznie częstotliwości takich spotkań dość dobrze się orientowałem, w którym miejscu tego śmietnika aktualnie się znajduję. Odnoga prądu zawracała tutaj wielomilowym łukiem między rafy, większe i mniejsze skały i wysepki, a wszystkie zupełnie niedostępne, nawet dla najmniejszych środków pływających.

Ale śmieci miały się tu doskonale. Prąd stale nanosił tu nowe, kręcił nimi w powolnym tańcu, kożuch odpadków był coraz gęściejszy, a nawet grubszy. Jeżeli pozwolę się nieść tak jak śmieć, to prąd sam wie, gdzie bezboleśnie przekroczyć linię tnących jak brzytwy koralowców i zepchnąć pod same urwiska Świńskich Skał. Miałem tylko nadzieję, że nastąpi to przed nocą i zdążę się wdrapać na coś w miarę suchego i nie chlapiącego w oczy przy każdej okazji. Tej przydługiej i przymusowej kąpieli miałem już dość.

Może, gdybym był młodszy, to próbowałbym energiczniej machać rękami, wybrać jakiś rozsądniejszy kurs na kanale... Ale nie byłem młodszy. Nawet taki oszczędnościowy sposób podróżowania wyczerpał mnie dokładnie. Wielogodzinne moczenie się w wodzie wyssało siły. Nie byłem nawet pewny, jak długo potrafiłbym utrzymać się na wodzie bez kamizelki... Wyglądało na to, że wcale...

Zaraz po wschodzie słońca pierwsza falka, jaka chlapnęła mnie w twarz, kazała mi łyknąć sporo wody. Zakrztusiłem się i o mało nie wyplułem protez — że też nie miały się kiedy odkleić! Niby drobiazg. Pod warunkiem, że jest się w środku Sydney i ma się w kieszeni te 1500 dolców dla dentysty. Ale tutaj zęby, nawet sztuczne, są bardzo ważnym narządem, warunkującym wręcz przeżycie. Schowałem je w zapinanej na rzepy kieszonce kapoka. Bawiąc się w Robinsona Crusoe, niewiele można znaleźć rzeczy jadalnych nie wymagających gryzienia. A jak będę miał duuużo szczęścia, to właśnie czekał mnie bliżej nieokreślony czasowo los samotnego rozbitka. A miałem prawo wątpić w rozmiar swego szczęścia, widząc na przegubie stalową bransoletkę z łańcuszkiem i uwiązaną do niego identyczną, zatrzaśniętą, tyle że już bez mojego lewego nadgarstka. Ta resztka szczęścia polegała na tym, że nadal zachowałem umiejętności i elastyczność wiązadeł w lewej dłoni. Przy pewnym wysiłku potrafiłem tak stulić dłoń, że kajdanki dawały się zsunąć. Jak było trochę mydła albo jakiegoś tłuszczu, to nawet specjalnie nie zdzierało się skóry z kostek. Tym razem nie dysponowałem takimi pomocniczymi materiałami. Otarcia w morskiej wodzie piekły żywym ogniem, ale tylko przez pierwsze godziny. Potem trochę przywykłem.

Wraz z kożuchem wszelakiego śmiecia zbliżałem się do rumowiska płyt skalnych, wystających tu i ówdzie po parę stóp nad wodę. Większość była poobrastana do wysokości poziomu przypływu najróżniejszym zielskiem, skałotoczami... Tak na oko, to na niektóre z tych płyt potrafiłbym się wdrapać...

Ale było jeszcze za daleko do urwisk klifu pierwszej wysepki. Niech prąd jeszcze troszkę popracuje. Każde sto jardów darmowej jazdy to mniejszy wydatek energii. Jakby mnie doniosło pod urwiska przy tamtym rumowisku, to byłoby miło. Z daleka wygląda, że można będzie przełazić ze skały na skałę, w niewielu miejscach włażąc do wody. A potem tylko wdrapać się na wyspę! No!

Wdrapać się!

Te stupięćdziesięcio- i dwustustopowe poszarpane pionowe ściany, pełne ostrych krawędzi i przewieszek — im bardziej się do nich zbliżałem, tym bardziej wątpiłem w swoje możliwości. Z małpiej urody i talentów to, jak na razie, miałem tylko goły tyłek.

Znałem trochę historię tego archipelagu i jakoś nie słyszałem, żeby ktoś się pchał na te skały i nawet dopchał. A przecież na archipelagu ciekawskich, ambitnych i innych wariatów nigdy nie brakowało! Podobno w czasie wojny próbowali tej sztuki Japończycy, ale to była wojna, a samuraje miewali zawsze mało zrozumiałe pomysły. Jakieś tam bushido i inne takie harakiri.

Byłem już na tyle blisko, że dość niemrawo, ale zawsze z jakimś efektem zacząłem przebierać rękami i nogami. Zbliżałem się do wielkiej płyty obrosłej zielonym, oślizgłym świństwem, wystającej nad wodę w sposób przyjazny nie więcej niż pół stopy. Przynajmniej od strony, do której zamierzałem się przyczepić.

Zbliżanie udało się wspaniale. Nawet się specjalnie nie zmachałem. Ale uczepić się i wdrapać na skałę to już inna sprawa! Wydęta kamizelka odpychała skutecznie od skały i skracała zasięg rąk na tyle, że w zielsku nie potrafiłem namacać żadnego porządnego uchwytu. Na dodatek, jak opuściłem nogi pionowo przy krawędzi skały, to poczułem, że prąd ciągnie w dole dużo silniej, niż odczuwałem to na powierzchni. Skała wyślizgnęła się spod ręki, ale o kilka stóp dalej trafiłem nogami na coś w rodzaju podwodnej półki, ze dwie stopy pod wodą, przy samej skale. Trafienie polegało na bolesnym rozbiciu kolana, ale stanąłem na niej i wślizgnąłem się na miękkie zielsko.

Uwalony na boku, bo pękata kamizelka to nie jest najwygodniejszy strój do wylegiwania się, przymknąłem oczy. Trochę odetchnąć. Tylko niech, do cholery, ta skała przestanie się kołysać! Tyle godzin bujania się na niewysokich, drobnych falkach prądu zakłócało dość znacznie zmysł równowagi. Nie próbowałem nawet wstawać. Nie paliło się.

Chyba się nawet zdrzemnąłem. Słoneczko milutko przygrzewało. Gdy się ocknąłem, byłem suchuteńki. Drzemka trwała na tyle długo, że kapok zachował wilgoć tylko od strony skały. Z wierzchu był suchy. To były zalety tego odpoczynku. A wady? Poczułem się głodny, jak wilk. Kichy aż skręcały się na wspomnienie o jakimś jedzonku. I poczułem ból we wszystkich gnatach i mięśniach! Na samą myśl o wysiłku, choćby takim, jak stanie na nogach, łupało w stopach, kurcze chwytały w łydki... W dłoniach czułem każdą kostkę, każdy staw, każde ścięgno. I czucie to wcale nie przypominało łaskotania!

Sztywnymi palcami odpiąłem rzepy kamizelki i zsunąłem ją. Zaraz zrobiło się wygodniej na leżąco. Jako poduszka kapok był w sam raz. Tyle że z samego leżenia to pożytku niewiele. I najeść się tym też nie sposób. Najeść się!

Trzeba przyjrzeć się tym skałotoczom pouczepianym jak grona do skały. To nie ostrygi, co prawda, ale całkiem znośne w smaku. I do tego prawdziwe białko, i prawdziwe kalorie. Inna rzecz, że trzeba nałupać pełne wiaderko, żeby było się czym najeść. Nałupać? Rozgniatać o skałę i zlizywać chyba... Można nadtłukiwać i chyba da się je potem otwierać? Nadtłukiwać... kajdankami. Niech będzie jakiś pożytek z tego żelastwa...

Zjadłem trochę, żeby tylko głód zaspokoić. Łyknąłem w trakcie kąpieli trochę słonej wody i wolałem nie przesadzać z surowizną. Biegunka potrafiła wyczerpać bardziej niż głód.

Teraz mogłem sobie pozwolić na dłuższą drzemkę. Pół godzinki. A potem trzeba spróbować wdrapać się na urwisko. I jeszcze troszkę zjeść tego paskudztwa.

***

Miejsce na wspinaczkę wyglądało nawet zachęcająco. Pionowe rozszczepienie skały, coś w rodzaju komina, pełne było pęknięć, szczelin i półeczek. A na dodatek jakieś czterdzieści stóp wyżej zaczynały się kępki zielska, wisiały jakieś korzenie, a nawet kilka całkiem solidnych krzaczków wczepionych w skałę. W sumie wejście oceniałem jako łatwe... dla kogoś, kto jest ubrany i w porządnych butach do łażenia po skałach.

Kapok przewiesiłem sobie na trokach przez plecy, popatrzyłem jeszcze raz w górę, starając się zaplanować kolejne kroki i uchwyty. Wreszcie wzruszyłem ramionami i zacząłem przełazić z płyty na płytę z głazu na głaz, starając się jak najmniej kontaktować z wodą. A jeszcze dwa dni temu uważałem, że lubię sobie popływać! Ale pod samą ścianą i tak nie mogłem uniknąć dokładnej kąpieli. Między skałą a ścianą było z sześć stóp chlupoczącej wody, z upodobaniem kołyszącej różnorakie zielsko i wszechobecne śmieci. Zamoczyłem się z obrzydzeniem, ale jak tylko złapałem ręką pierwszy lepszy uchwyt na ścianie, to prawie frunąłem do góry kominem. W połowie wysokości komina trafiłem na szczelinę w sam raz na oparcie jednej nogi całą stopą i drugiej tak na trzy palce. Zaparłem się plecami z kapokiem o ścianę i zerknąłem w dół z ciekawością. No, no!

Zielsko raczej utrudniało wspinaczkę niż pomagało. Jako uchwyty było niepewne. A na dodatek kapok, którego nie zamierzałem się pozbywać jako jedynego niezaprzeczalnego majątku, zaczepiał o zielsko i przeszkadzał. Dwa razy utknąłem przez to i musiałem się cofać w dół o stopę lub dwie. Ale w sumie szło nieźle. W momencie gdy zacząłem się zastanawiać, ile jeszcze tej ściany jest nade mną, nagle stanąłem na obszernym podeście skalnym, a przed nosem miałem cudownie łagodne, porośnięte dżunglą tropikalnego zielska zbocze. Już nie czarną, oślizgłą od wilgoci skałę! A cholerny ocean mógł mnie teraz uprzejmie pocałować w... Koniec z brzydkimi wyrazami! Stary Pan B. pewnie jeszcze mnie lubi, no to po co mu ubliżać nieopatrznym słowem i arogancją? Staruszek może jeszcze nie raz się przydać! Szczególnie, że czułem każdą kosteczkę i każde włókienko mięśni. I przydługie pływanie i małpia gimnastyka na skale odzywały się teraz, przypominając, że jestem posiadaczem dość starej metryki urodzenia. Dobry Pan B. jest wprawdzie litosierny, ale wcale nie ma obowiązku za każdym razem dokonywać cudów i ratować mojej skóry! Bo to, że wdrapałem się aż tutaj, było prawie cudem! I straty w tej operacji poniesione były niewielkie. Poobdzierana skóra na kolanach i przedramionach, drobne skaleczenie na wierzchu lewej dłoni, długaśna czerwona krecha na brzuchu z perełkami już zakrzepłej krwi i naderwany paznokieć na paluchu prawej nogi. Taniocha!

A teraz odpoczynek! Padać nie zamierza. Ciepełko jest, nawet tutaj w cieniu. I jak znałem te strony, to w nocy nie będzie wiele chłodniej. A że należałem do tych szczęśliwców, którzy nie mają problemów z zasypianiem, ledwie walnąłem się na pierwsze równiejsze miejsce, podłożyłem pod głowę święty kapok i już spałem!

Obudził mnie bolesny skurcz w stopach. I chłód. Skończyło się dobroczynne, usypiające działanie zmęczenia. Za to pozostały bolące gnaty i zakwas w mięśniach. A do tego tak na oko, jeszcze kilka godzin nocy do przeczekania. Wstałem i po omacku dałem krok w bok i odsikałem się w dół zbocza. Potem namacałem swoje miejsce i kapok służący za całą pościel. Mogłem tylko żałować, że wieczorkiem padłem, zanim zdążyłem pomyśleć o narwaniu choćby zielska na materac i kołderkę. Teraz będę dygotał do rana i o wschodzie słońca będę wyczerpany. No, to pewnie wtedy się zdrzemnę z godzinkę lub dwie... Trzeba będzie jakoś systematycznie pozwiedzać tę skałę... Może z innej strony będą jakiejś milsze zejścia nad wodę... Większość moich przyszłych śniadań i obiadów pływała w wodzie albo była pouczepiana do skał w zasięgu przypływu... Ale jak coś takiego złapać?... A może gdzieś rośnie coś... I zasnąłem, jak kamień.

Obudziłem się, ale nie chciało mi się otwierać oczu i ruszać się z miejsca, Tak było miło w ciepełku słoneczka, przeświecającego przez gałęzie. I gdyby nie ptaszydła jakieś, wydzierające się nad głową, mógłbym jeszcze podrzemać. Podniosłem się troszkę sztywny, ale suchy i żywy! Z sympatią pomyślałem o życzliwości Staruszka B. Jeszcze żeby jakieś śniadanko... Przejechałem dłońmi po twarzy, zgarniając śpiochy z oczu. Szorstki dwudniowy zarost z dodatkiem osadu soli nie był sympatycznym odczuciem. Przez całe życie nie lubiłem bycia nieogolonym. Ale chyba przyjdzie polubić. Na wilkinsona albo gilette w tym miejscu liczyć chyba nie można. Ale słodka woda jest konieczna, żeby zmyć osad soli... Nie tylko z twarzy...

Wybrałem się na zwiedzanie swojej skały. Z tego, co pamiętałem, ta powinna zajmować na poziomie oceanu około mili kwadratowej. Jeżeli nie brać pod uwagę poszarpanych skał klifu, to był to dość regularny owal. Za to w pionie... Kiedyś, z pokładu helikoptera, miałem okazję przyglądać się tej skale z bliska. Z tego, co pamiętałem, cała jej powierzchnia to dwa spiętrzone rumowiska skalne, porośnięte wściekłą tropikalną dżunglą. Skały tylko dwoma najwyższymi szczytami wyłaziły ponad roślinność. Od poziomu oceanu jakieś siedemset, osiemset stóp. Tyle że takich szczytów ukrytych pod zielskiem było jeszcze ze dwadzieścia. Porozdzielane głębokimi rozpadlinami o stromych zboczach, tworzyły mało zachęcający labirynt. W każdym razie, wtedy nie wypatrzyliśmy żadnego bezpiecznego miejsca do lądowania. Na pozostałych Świńskich Skałach było tak samo, albo i gorzej. Czarne urwiska klifów, rumowiska u podnóży. Rumowiska porośnięte dżunglą nad klifowymi brzegami.

Ale jednego byłem pewien. Słodkiej wody nie powinno mi brakować. Zielsko na czymś musi rosnąć, a jak rośnie, to i utrzymuje jakiś poziom wód gruntowych. Zresztą w różnych miejscach klifu widać było większe i mniejsze cieki. Skądsiś się brały. Poszukamy.

No i zaraz okazało się, że nic nie będzie na tej skale proste i łatwe. Strumyczek znalazł się, co prawda, bliziutko, tak z pięćdziesiąt jardów po względnie dostępnym terenie, ale stwierdziłem, że cywilizowany człowiek nie potrafi chodzić na bosaka bez szkody dla zdrowia. A i golizna absolutna, wystawiająca na uderzenia czy choćby otarcia przez elastyczne łodygi zielska co cenniejsze i delikatniejsze kawałki ciałka — w takich warunkach jest co najmniej niewygodna. Kto wie, czy to nie takie gałęzie walące znienacka po jajach kazały Adamowi zauważyć, że jest nagi, a nie żadne tam jabłko budzące wstyd na widok golizny. Sklepu sportowego tutaj na pewno nie ma, a choć bokserki by się przydały. Zacząłem się uczyć patrzeć pod nogi, a nie oglądać się za dziewczynami czy na wystawy sklepowe. Na początek trenowanie zachowań dzikoluda i pozbywanie się niebezpiecznych tutaj nawyków cywilizacyjnych. Zwiedziłem ładny kawałek terenu nad klifem i tylko dwa razy stłukłem sobie stopę i raz stanąłem na jakieś cierniste paskudztwo. Niezły wynik, jak na dwugodzinny spacer. Zwiedzanie brzegu było niezbędne, jeżeli miałem znaleźć jakieś miejsce dogodne do złażenia na dół. Po pierwsze w oceanie znajdowały się podstawowe składniki mojego przyszłego jadłospisu. A po drugie, leniwie kołyszące się na fali wśród rumowisk śmieci mogły być magazynem rzeczy bardzo przydatnych w takiej robinsonadzie. Nie wszędzie dawało się iść nad samą krawędzią urwiska, bo można było w zielsku wpaść w jakąś dziurę i zjechać na gołym tyłku do samej wody! W wielu miejscach musiałem zapuszczać się w górę zbocza i szukać bezpieczniejszych przejść. I w jednym z takich bezpieczniejszych przejść o mało nie skręciłem karku.

Coś w rodzaju ścieżynki, czy naturalnej przerwy w zielsku biegło w górę skalistego zbocza. Szło się dobrze po grubej, przegniłej i skruszałej ściółce. Tak dobrze, że nagle nogi zapadły mi się w tę zgniliznę. Poczułem, że zjeżdżam gdzieś w ciemność coraz szybciej, wraz z kupą śmiecia i kamieni. Dobrze, że po drodze ręką z kajdankami zaplątałem się w jakieś korzenie i zawisłem. Zadarłem głowę do góry. Nie było tak źle. Z dziesięć stóp nade mną z krawędzi dziury sypały się jeszcze śmieci. Ale wyglądało na to, że czepiając się korzeni i różnych występów, na górę wylezę. Ale jeszcze ciekawsze okazało się, gdy zerknąłem w dół! Dosłownie parę stóp niżej, pod stopami, miałem jaśniutko ozłocone słonecznym światłem, piaseczkiem usłane dno czegoś? Jaskini, groty? Z góry trudno ocenić. Ale światła tam dużo! Widać z boku jest dziura, jak brama do garażu przynajmniej i sięga aż do nie zarośniętego zbocza! Ostrożnie zlazłem te parę stóp. No! To miałem prawie apartamenty! Grota, jaskinia czy jak tam nazwać, ciągnęła się w kilku kierunkach różnymi szerszymi i węższymi korytarzami, ale co najcenniejsze, to otwierała się na ocean dziurą jak wrota do stodoły. Apartament z balkonem i widokiem na morze!

Dziura wyglądała na dość suchą. Żadnych zacieków na ścianach. Choć słychać było, gdzieś w głębi, ciurkanie wody. Jakaś strużka pewnie przedostawała się do któregoś z korytarzy. To może będę miał i własny wodociąg? Podszedłem do mojego okna balkonowego i wyjrzałem.

Imponujące! Przed oknem miałem jeszcze tarasik skalny z czymś w rodzaju szczerbatej barierki, a z tego tarasiku całkiem wygodne zejście nad samą wodę! Jakbym się uparł, to można było to nazwać nawet schodami. Wprawdzie stopnie były nierównej wysokości i żaden nie był niższy niż dwie stopy, a bywały i czterostopowe, ale to były schody! Dla człowieka! A nie małpia ścieżka! A u podnóża klifu, na końcu moich schodów między rumowiskiem skał, coś w rodzaju kamienistej plaży! Takiej, jak na Capri. Pełnej otoczaków, wąziutkiej i pewnie zupełnie zalewanej w czasie przypływu. I ciągnęła się wzdłuż brzegu jakieś trzysta stóp. No proszę! Własna plaża pod balkonem!

Trzeba było wypróbować schody. Dawało się złazić. Za to po otoczakach chodzenie na bosaka było średnio przyjemne. Ale łazić trzeba. Ooo. Całkiem niezły baniaczek z plastiku. Przyda się. Z zakrętką. Ułomek dechy z kawałem okucia jakiegoś — dobre dwie stopy żelaznej sztaby. Jakiś zawias pasowy? Co za różnica? A po resztki jakiejś sieci, telepiącej się miedzy skałami na styropianowych pływakach, trzeba było wleźć do wody. Sieć to sznurek. Sznurek to narzędzie. Też się przyda. I wszędobylska pucha po oleju jadalnym z napisem „nie do handlu”, w kilkunastu językach. Blaszane opakowanie, znane na całym świecie jako produkt z darów Ameryki dla biedniejszych części świata. Pucha blaszana to już gar do gotowania. Kawałek skrzynki drewnianej, zszywanej stalowym drutem. Haczyki na ryby i wytrych do kajdanków! Wszystko się przyda.

Zdobycz