Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 599 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gołębiarki - Alice Hoffman

Najnowsza powieść Alice Hoffman została okrzyknięta na świecie literackim arcydziełem!

„Od wieków miłość była źródłem nadludzkiej siły, której udawało się zmienić świat. Ta książka ma w sobie podobną moc” – Małgorzata Gutowska-Adamczyk

„Ta książka jest hołdem dla mocy kobiecego ducha i miłości zrodzonej na zgliszczach wojny” – Jodi Picoult

„Książka piękna i bolesna, ważna pozycja literatury XXI wieku” – Toni Morrison

Za kanwę powieści posłużyły wydarzenia, które miały miejsce w roku 70 n.e., gdy 900 Żydów zamkniętych w górskiej twierdzy Masada odpierało miesiącami ataki Rzymian. Ostatecznie ocalały jedynie dwie kobiety i pięcioro dzieci. Autorka opisuje losy czterech różnych bohaterek, z których każda ma dramatyczną historię i własne sekrety – teraz ich losy przecinają się w tych rozpaczliwych dniach zagłady. Tym, co je łączy jest walka o przetrwanie, a także opieka nad gołębiami pocztowymi, które stanowią jedyny łącznik oblężonej twierdzy ze światem zewnętrznym.

Opinie o ebooku Gołębiarki - Alice Hoffman

Fragment ebooka Gołębiarki - Alice Hoffman

ALICEHOFFMAN

Gołębiarki

Fragment

Z angielskiego przełożył Bohdan Maliborski

Niech moje brzemię będzie twoim, a twoje brzemię moim.

Część pierwsza

Lato 70 roku naszej ery

Córka skrytobójcy

Nadciągnęliśmy przez pustynię jak gołębie

W czasach, gdy nie było nic prócz śmierci,

za wszystko byliśmy wdzięczni,

a najbardziej za przebudzenie nazajutrz.

Wędrowaliśmy tak długo, że zapomniałam, jak to jest mieszkać w czterech ścianach i przespać całą noc. Utraciłam wtedy wszystko, co mogłabym mieć, gdyby Jerozolima nie upadła: męża, rodzinę, przyszłość. Moje dzieciństwo rozpłynęło się na pustyni. Dziewczynka, którą kiedyś byłam, zniknęła, gdy otulałam się bielą w tumanach pyłu. Byliśmy nomadami, którzy zostawiali za sobą sienniki, dobytek, kobierce i mosiężne garnki. Teraz naszym domem stała się pustynia, czarna nocą i oślepiająco biała w południe.

Powiadają, że najczystsze piękno drzemie w najsurowszej krainie i że ci, którzy mają oczy otwarte, odnajdą w niej Boga, lecz ja zamykałam je przed porywami wiatru, który potrafi oślepić w jednej chwili. Kiedy nad ziemią zaczynały wirować burze, stawał się cud. Nikt nie umie wyobrazić sobie głosu powstającego z ciszy, póki go nie usłyszy. Ryczy, gdy przemawia, mami i przekonuje, okrada i pozostawia bez słowa pociechy, bo w takim miejscu jej nie ma. Przetrwa jedynie to, co okrutne, ranka doczeka to, co przebiegłe.

Miałam skórę spaloną słońcem i szorstkie dłonie. Poddałam się pustyni, uległam jej potężnemu głosowi. Wszędzie, gdzie szłam, podążało za mną przeznaczenie doszyte czerwoną nicią do mych stóp. Wszystko, co kiedykolwiek się zdarzy, zostało już dużo wcześniej napisane. Nie możemy uczynić nic, by to powstrzymać. Nie mogłam pobiec w inną stronę. Z Jerozolimy wiodły jedynie trzy drogi: do Rzymu, ku morzu lub na pustynię. Moi ziomkowie, ponownie wyklęci, stali się wędrowcami, jak na początku świata.

Ruszyłam z miasta za ojcem, bo nie miałam wyboru.

Po prawdzie, nikt go nie miał.

Nie wiem, jak to się zaczęło, wiem za to, jak się skończyło. Zdarzyło się w miesiącu aw, którego symbolem jest arje – lew. To czas upadku naszego ludu, gdy kamienie na pustyni są tak gorące, że nie sposób ich dotknąć, by nie poparzyć palców, gdy owoce schną na drzewach, nim dojrzeją, a ziarna przesypują się w nich niczym w grzechotce, i gdy niebo jest białe i nie spadnie deszcz. W tym miesiącu zniszczono pierwszą Świątynię. Narzędzia służyły do walki i nie można ich było użyć do budowy najświętszego ze wszystkich miejsc. Wielki waleczny król Dawid nie mógł wznieść Świątyni, gdyż zaznał okrucieństw wojny. Honor ten przypadł jego synowi, królowi Salomonowi, który wezwał na pomoc szamira, robaka przegryzającego kamień, i zbudował Świątynię na chwałę Pana bez użycia żelaznych narzędzi.

Została wzniesiona, jak Bóg przykazał, bez rozlewu krwi i wojny. Jej dziewięć bram pokryto srebrem i złotem. Tam, w najświętszym z miejsc, spoczywała Arka, w której złożono nasze przymierze z Bogiem, skrzynia z najprzedniejszego drzewa akacjowego, przyozdobiona posążkami dwóch złotych cherubinów. Mimo swojej wspaniałości pierwsza Świątynia została zburzona, a nasz lud wygnany do Babilonu. Powrócił po pięćdziesięciu latach, by odbudować ją w tym samym miejscu, w którym Abraham chciał złożyć w ofierze Najwyższemu swego syna – w miejscu stworzenia świata.

Druga Świątynia stała setki lat jako dom słowa bożego, środek wszelkiego stworzenia w sercu Jerozolimy. Ale znów nastał czas rozlewu krwi. Rzymianie postanowili zabrać wszystko, co nasze. Potężne legiony zalały nasz kraj jak tyle innych przedtem, żądne, by podbić, lecz i upokorzyć, odebrać ziemię i złoto, lecz i człowieczeństwo.

Spodziewałam się katastrofy, niczego innego. Zaznałam jej uścisku, nim wydałam pierwsze tchnienie i otwarłam oczy. Byłam drugim dzieckiem w rodzinie, rok młodszym od mojego brata Amrama, lecz – całkiem odmiennie od niego – naznaczonym przez brzemię pierwszego oddechu. Matka zmarła, nim się urodziłam. W tamtej chwili mapa mojego życia objawiła się na skórze w postaci czerwonych znamion, które – gdyby za nimi podążyć – przywiodły mnie do mego przeznaczenia.

Pamiętam chwilę, kiedy wkroczyłam w świat, nagle zaburzony wielki spokój, ciepło pulsującej krwi pod skórą. Wyjęli mnie z łona matki, rozciętego ostrym nożem. Jestem pewna, że słyszałam ryk rozpaczy mojego ojca, jedyny dźwięk, jaki rozdarł straszliwą ciszę dziecka zrodzonego ze śmierci. Sama nie płakałam ani nie kwiliłam. Wszyscy to zauważyli. Akuszerki szeptały między sobą, przekonane, żem błogosławiona lub przeklęta. Nie tylko ta cisza była we mnie niezwykła ani rdzawe piegi, które pokryły skórę godzinę po porodzie, lecz także gęste włosy w kolorze krwistej czerwieni, zupełnie jakbym już zaznała tego świata, jakbym już była tu wcześniej.

Mówią, że oczy miałam otwarte, co jest oznaką wyróżnienia. Spodziewano się tego po noworodku martwej kobiety, gdyż dotknął mnie Malach ha-Mawet, anioł śmierci, nim przyszłam na świat w miesiącu aw, dziewiątego dnia, tisza be-aw, pod znakiem lwa. Zawsze wiedziałam, że lew będzie na mnie czekał. Śniłam o nim, odkąd pamiętam. W snach karmiłam go z ręki, a on chwycił ją w paszczę i pożarł mnie żywcem.

Gdy zostawiłam za sobą dzieciństwo, zaczęłam okrywać głowę, nawet na podwórzu domu mojego ojca. Zamknęłam się w sobie. Przy rzadkich okazjach, kiedy towarzyszyłam kucharce w drodze na targ, widywałam radosne młode kobiety i zazdrościłam im, nawet tym najbrzydszym. Ich życie było pełne, ja zaś myślałam tylko o tym, czego nie mam, podczas gdy one świergotały o swej przyszłości u boku męża, wystając przy studni lub w zaułku piekarzy w otoczeniu matek i ciotek. Miałam ochotę im przygadać, lecz milczałam. Jak mogłam mówić o zazdrości, skoro istniały rzeczy, których pragnęłam bardziej niźli męża, dzieci czy własnego domu?

Marzyłam o nocy bez snów, świecie bez lwów i o roku bez gorzkiego miesiąca aww kolorze rdzy.

Opuściliśmy miasto, kiedy drugą Świątynię obrócono w perzynę, i zapuściliśmy się w Dolinę Cierni. Miesiącami Rzymianie kalali Świątynię, krzyżowali w jej świętych murach naszych ziomków i odzierali ze złota przedsionki i portyki. To do niej przybywali Żydzi z całego świata, by składać ofiary w tym najświętszym miejscu, i w niej gromadzili się tysiącami w Święto Przaśników, pragnąc choćby rzucić okiem na złote mury domu słowa bożego.

Gdy Rzymianie zaatakowali trzeci mur, nasi ziomkowie zostali zmuszeni do ucieczki z tej części Świątyni. Następnie legion zburzył drugi mur, ale i tego było im za mało. Wielki Tytus, naczelny dowódca wojsk rzymskich w Judei, nakazał budowę czterech wież oblężniczych. Zniszczyliśmy je ogniem i kamieniami, jednak szturm na mury Świątyni osłabił nasze szyki obronne. Wkrótce potem Rzymianie dokonali pierwszego wyłomu. Niczym szczury wdarli się do labiryntu murów otaczających przenajświętsze z miejsc z wysoko uniesionymi tarczami, a ich białe tuniki pokryły plamy gorejącej krwi. Zniszczyli Świątynię własnymi rękami. Potem padnie też miasto i osunie się na kolana jak pospolity jeniec, gdyż bez Świątyni przestanie istnieć lew ha-olam, serce świata, i nie zostanie nic, o co warto walczyć.

Pragnienie zdobycia Jerozolimy było niczym płomień, którego nie sposób ugasić. W tym przenajświętszym z miejsc tliła się iskra, która sprawiała, że każdy chciał ją posiąść – a ludzie często niszczą to, czego usilnie pragną. Nocą jęczały i drżały mury, które miały przetrwać wieczność. Im więcej z nas uwięziono za zbrodnie przeciwko Rzymowi, tym bardziej spieraliśmy się między sobą co do działań, jakie należy podjąć. Może świadomość, że nie jesteśmy w stanie przeciwstawić się potędze Rzymu, sprawiła, iż żyjąc w mrocznej aurze lęku, podzieleni przez zawiść i zdradę, zaczęliśmy zwracać się przeciwko sobie.

Ofiary często napadają na siebie nawzajem, niczym przestraszone, kłótliwe kury. Z nami też tak było. Nie dość, że osaczyli nas Rzymianie, to jeszcze toczyliśmy wojny między sobą. Kapłani zachowywali się ulegle, stając po stronie Rzymu. Tych, którzy się sprzeciwiali najeźdźcom, wyzywano od złodziei i łajdaków – tak jak mojego ojca i jego przyjaciół. Podatki były tak wysokie, że biedacy nie mieli czym wykarmić dzieci, za to poplecznicy Rzymian kwitli i obrastali w bogactwa. Ludzie donosili na sąsiadów, okradali się nawzajem i zamykali drzwi przed potrzebującymi. Im bardziej stawaliśmy się podejrzliwi wobec swych ziomków, tym dotkliwsze ponosiliśmy porażki, podzieleni na zwaśnione klany, choć w istocie byliśmy jednym – córkami i synami królestwa Izraela, wyznawcami Adonaj.

Podczas miesięcy poprzedzających upadek Świątyni, gdy toczyliśmy mozolne boje z wrogiem, wokół panował chaos. Czyniliśmy wszystko, by wygrać tę wojnę, lecz tak jak Bóg stworzył życie, tak i stworzył zniszczenie. W przerażającym, krwawym miesiącu aw puchnące zwłoki zapełniły kidron, głęboki wąwóz oddzielający miasto od połyskliwej Góry Oliwnej. Krew ludzi i zwierząt tworzyła ciemne sadzawki w najświętszych z miejsc. Nastały tajemnicze i nieubłagane upały, jakby ziemia oddawała swoją podłość, będąc niczym lustro naszych grzechów. W najbardziej sekretnych zakamarkach Świątyni stopiło się i rozlało złoto, po czym przepadło bez śladu, skradzione z przenajświętszych miejsc.

Nie wiał choćby najlżejszy wietrzyk. Wraz z chaosem wzmagał się buchający z ziemi upał, a bruk pokrywający wybudowane przez Rzymian drogi był tak gorący, że parzył stopy tych, którzy, zdesperowani, szukali bezpiecznej kryjówki w stajni, opuszczonej izbie czy nawet w wygaszonym kamiennym piecu. Żołnierze Dziesiątego Legionu, sunący pod sztandarem ze znakiem dzika, zatknęli chorągwie na ruinach Świątyni, w pełni świadomi swego bezeceństwa, gdyż ciskali nam w twarz wizerunek zwierzęcia uznawanego przez nas za nieczyste. Sami byli jak dziki, zuchwali i okrutni. Przemierzali prowincję i żeby nas znieważyć i przekląć, zarzynali białe koguty przed synagogami, miejscami spotkań służącymi zarówno za bejt keneset, jak i bejt tefila, domy zgromadzeń i modlitwy. Ich krew bezcześciła nasze domy kultu. Zawodzące kobiety szorowały schody ługiem, jednak byliśmy skalani bez względu na to, jak mocno drapały kamień i jak dużo wody na niego lały.

Z każdym takim postępkiem Rzymian docierała do nas przestroga: „To, co czynimy kogutom, możemy uczynić wam”.

Pewnego wieczoru nad miastem rozbłysła gwiazda w kształcie miecza. Można ją było wypatrzyć co noc, świecącą jasnym blaskiem na wschodzie. Przekonani, że to zły znak, ludzie zaczęli drżeć przed tym, co miało nadejść. Niedługo potem wschodnia brama Świątyni sama się rozwarła. Przerażony tłum był pewien, że wkroczy przez nią nieszczęście, bo przecież bramy nie otwierają się bez powodu, a miecze nie rozbłyskują na niebie, gdy ma nadejść pokój. Nasi sąsiedzi zaczęli wyprzedawać nieliczne cenne rzeczy, które im pozostały, i ruszyli zatłoczonymi ulicami z mocnym postanowieniem, by umknąć z tym, co jeszcze mają. Zabrali dzieci i uciekali z Jerozolimy w nadziei, że dotrą do Babilonu lub Aleksandrii, tęskniąc za Syjonem już w chwili, gdy z niego umykali.

Rowy, w których podczas nagłej powodzi zbierała się deszczówka, rychło przemieniły się w rzekę krwi spływającej ze Świątyni. Krew ta łkała, szlochała i przeklinała, gdyż ofiary nie oddały życia bez walki. Żołdacy wpierw wymordowali powstańców, potem zaczęli zabijać na oślep. W ich sieć wpadał każdy, kto miał pecha i znalazł się w pobliżu. Rozdzielali rodziny i pędzili pojmanych ulicami. Aż nadeszła noc zwana Nocą Rzezi. Prysły wszelkie iluzje, że nasze modlitwy zostaną wysłuchane. Ilu spośród nas straciło wówczas wiarę? Ilu odwróciło się od tego, w co zawsze wierzył nasz lud? Pewnego dziesięciolatka skuto, po czym ukrzyżowano, bo nie pokłonił się żołnierzom. Chłopiec cierpiał na głuchotę i nawet nie dosłyszał rozkazu, ale takimi rzeczami nikt się już nie przejmował. Światem zaczęła rządzić nienawiść.

Grzech, który spowodował tę śmierć, rozrósł się niczym chmura i wszyscy go dojrzeli. Panika ogarnęła dwadzieścia tysięcy ludzi na ulicach. Porzuciwszy godność, tratowali się nawzajem jak oszalali, wylewając się na drogi prowadzące z miasta. Do świtu niemal wszyscy zdążyli opuścić Jerozolimę.

Mój świat się zawalił, jeszcze nim ogień ogarnął Świątynię i pył pokrył zaułki miasta. Straciłam wiarę na długo przed upadkiem Świątyni. Byłam dla mojego ojca nikim. Porzucił mnie już w chwili narodzin. Całkiem by mnie zaniedbał, lecz rodzina matki uparła się, by nająć piastunkę. Ściągnięto młodą dziewczynę z Aleksandrii, ale kiedy zaczynała śpiewać kołysanki, mój ojciec, srogi Josef bar Elchanan, zawsze ją uciszał, a kiedy mnie karmiła, mówił, że zjadłam już dość.

Ledwo nauczyłam się chodzić, gdy wziął mnie na stronę i powiedział prawdę o mych narodzinach. Rozpłakałam się, odkrywszy ich okoliczności, i przyjęłam na siebie brzemię przyjścia na ten świat. Na imię miałam Jael i była to pierwsza rzecz, jaką zaczęłam w sobie pogardzać. Moja matka też nosiła to imię. Za każdym razem, gdy je wypowiadano, ojciec przypominał sobie, że moje pojawienie się na świecie pozbawiło go żony. „Co to z ciebie czyni?” – pytał z goryczą. Nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie, ale widziałam wtedy siebie jego oczami. Byłam morderczynią godną jego potępienia i gniewu.

Moją piastunkę wkrótce odesłano, a wraz z nią odeszło wszelkie ukojenie i pociecha. Wiedziałam, że teraz czeka mnie kalekie życie półsieroty. Kiedy odchodziła, szlochałam i czepiałam się jej spódnicy, domagając się gorących uścisków. Mój brat Amram powiedział, żebym nie płakała, bo mamy siebie nawzajem. Piastunka podarowała mi owoc granatu na szczęście i delikatnie uwolniła spódnicę z mych objęć. Jej młodość sprawiała, że mogłaby być moją siostrą, jednak była mi jak matka i okazywała czułość, jakiej nigdy nie zaznałam.

Ofiarowany granat oddałam bratu, gdyż postanowiłam, że zawsze będę stawiać go na pierwszym miejscu. Nie był to jednak jedyny powód. Odczuwałam już przesyt własnym smutkiem.

Kiedy dorastałam, byłam cicha i grzeczna. O nic nie prosiłam i właśnie tyle dostawałam. Nawet jeżeli byłam sprytna, to starałam się tego nie okazywać. Jeśli zostałam zraniona, zachowywałam swe rany dla siebie. Zawsze odwracałam głowę na widok dziewczynek w towarzystwie ojców, gdyż mój własny ojciec nie chciał, by widywano go ze mną. Nie odzywał się do mnie ani nie brał na kolana. Dbał jedynie o mojego brata, darząc go miłością na każdym kroku. Razem zasiadali do wieczerzy, a mnie zostawiali w sieni, gdzie sypiałam. W kątach zaszywały się tam skorpiony, które wkrótce do mnie przywykły. Z lękiem, ale i z podziwem patrzyłam, jak zasadzają się na zdobycz na chłodnych kamieniach, nigdy nie zdradzając swojej obecności. Poczucie wstydu ukryłam głęboko w sobie, niczym skorpion, który skrywa swą żądzę. W tym byliśmy do siebie podobni.

Mimo to pozostałam ludzka. Tęskniłam za kosmykiem włosów matki, bo chciałam wiedzieć, jakiego były koloru. Często płakałam w sieni, marząc, by mnie przytuliła.

– Myślisz, że mi cię żal? – spytał pewnego razu ojciec, kiedy miał już dość mojego zawodzenia. – Pewnie zabiłaś ją swym płaczem. Wywołałaś powódź i utopiłaś od wewnątrz.

Nigdy wcześniej z nim nie dyskutowałam, ale wtedy wybuchłam. Zarzut, że utopiłam matkę we własnych łzach, to było zbyt wiele. Poczułam, jak płonie mi serce i gardło. W tamtej chwili nie dbałam o to, że człowiek, który przede mną stoi, to Josef bar Elchanan, a ja sama jestem nikim.

– To nie ja zawiniłam – odparłam.

Dojrzałam na twarzy ojca dziwny grymas. Cofnął się o krok.

– Twierdzisz zatem, że to moja wina? – spytał, wznosząc dłonie, jakby bronił się przed klątwą.

Nie odpowiedziałam, lecz gdy wybiegł, zrozumiałam, że jednak coś mnie z nim łączy, coś więcej niż ze skorpionem – nawet jeśli nigdy do mnie nie przemawia ani nie nazywa po imieniu. Zabiliśmy moją matkę razem, ale on chciał, żebym tylko ja czuła się winna. A skoro tak, to, jako posłuszna córka, przyjmę na siebie owo brzemię, jednak już nigdy nie zapłaczę. Nic nie było w stanie sprawić, bym odwołała to ślubowanie. Kiedy użądliła mnie osa i na ręce pojawiła się czerwona opuchlizna, przemogłam się, by zachować spokój i nie czuć bólu. Przybiegł do mnie brat, żeby sprawdzić, czy nic mi się nie stało. Nazwał mnie sekretnym imieniem, które mi nadał, gdy oboje byliśmy bardzo mali – Jaja. Uwielbiałam, kiedy tak mnie nazywał, bowiem zdrobnienie to przypominało mi kołysanki mojej piastunki i czasy, gdy nie byłam świadoma, że doprowadziłam rodzinę do zguby.

Miejsce po ukąszeniu bardzo piekło, lecz udawałam, że nic mi nie jest. Spojrzawszy na Amrama, dostrzegłam w jego oczach łzy. Można by pomyśleć, że to on został ukąszony. Był o wiele mniej odporny na ból i znacznie wrażliwszy ode mnie. Czasami, kiedy nie mógł zasnąć, śpiewałam mu kołysanki z Aleksandrii, których słowa zapamiętałam, jakbym poznała je w innym życiu.

Przez całe dzieciństwo zastanawiałam się, jak by to było mieć ojca, który nie odwraca się na twój widok i powtarza ci, że jesteś piękna, choć twoje włosy płoną dziwaczną rudością, a skórę pokrywają piegi o barwie ziemi, jakby wykąpano cię w błocie. Raz usłyszałam, jak ojciec mówi do kogoś, że to krople krwi mojej matki. Próbowałam usunąć je paznokciami, boleśnie się raniąc, ale brat mnie powstrzymał, gdy ujrzał zaczerwienione strupy na moich rękach i nogach. Przekonał mnie, że te piegi to drobinki popiołu, który opadł z gwiazd, i że dzięki nim będę świeciła w ciemnościach, a on zawsze będzie mógł mnie odnaleźć, bez względu na to, jak daleko zawędruje.

Kiedy stałam się kobietą, nie miałam matki, która by mi powiedziała, co robić z krwią pojawiającą się co miesiąc, czy zaprowadziła mnie do mykwy, rytualnej łaźni przynoszącej całkowite oczyszczenie. Gdy zdarzyło się to pierwszy raz, myślałam, że umieram, póki nie ulitowała się nade mną stara sąsiadka, która opowiedziała mi o miesiączce. Słuchałam jej ze spuszczonym wzrokiem, wstydząc się, że obca osoba mówi mi o tak intymnych sprawach. Nie do końca jej wierzyłam. Dziwiłam się, dlaczego Bóg pozwala, bym stała się nieczysta. Do dziś sądzę, że mogłam mieć rację, drżąc ze strachu w dniu pierwszego krwawienia. Być może to, że stałam się kobietą, oznaczało mój koniec, gdyż zrodziłam się we krwi i zasługiwałam, by w ten sam sposób odejść z tego świata.

Nie nacierałam powiek kohlem ani nie skrapiałam nadgarstków olejkiem z granatu. Flirtowanie nie było mi w głowie. Nie uznawałam siebie za ładną. Nie namaszczałam włosów wonnościami, splatałam je w warkocze, które zwijałam na karku. Okrywałam głowę najzwyklejszym wełnianym szalem, jaki zdołałam znaleźć. Ojciec zwracał się do mnie tylko wtedy, gdy chciał, bym przyniosła mu posiłek lub uprała szaty. Zaczęłam już rozumieć, co robił, kiedy wymykał się wieczorami na spotkania ze swymi kompanami. Często narzucał na ramiona jasnoszary płaszcz, ponoć utkany ze strzępów pajęczyny. Raz dotknęłam jego rąbka. Wydał mi się jednocześnie ponury i piękny. Pozwalał się ukryć. Gdy ojciec wychodził, jakby zapadał się pod ziemię, gdyż miał zdolność znikania, nawet kiedy stał blisko.

Słyszałam, jak sąsiedzi nazywają go skrytobójcą. Krzywiłam się wtedy i w to nie wierzyłam, lecz im baczniej zaczęłam się przyglądać jego eskapadom, tym bardziej docierało do mnie, że to jednak prawda. Należał do tajnego stowarzyszenia zelotów, którzy nosili zakrzywione sztylety sykariuszy, skrywając je w połach płaszczy. Sykariusze karali nimi tych, którzy nie chcieli walczyć z Rzymem, zwłaszcza kapłanów przyjmujących w Świątyni ofiary od legionistów i cieszących się ich przychylnością. Byli bezwzględnymi zabójcami, nawet ja to wiedziałam. Nikt nie czuł się wolny od ich zemsty. Inni zeloci się ich wyparli, sprzeciwiając się brutalności sykariuszy. Twierdzili, że posunęli się oni w walce przeciwko Żydom uległym wobec Rzymu zbyt daleko i że nasz wielki Bóg Adonaj nigdy nie wybaczy mordu, szczególnie z rąk brata. Żydzi byli jednak podzieleni w swym braterstwie, poróżnieni – nawet jeśli nie w modlitwie, to w obrządku. Sykariusze wyśmiewali pogląd, że Bóg pragnie czegoś innego niż wolności dla wszystkich. Cena nie grała tu roli. Ich celem był jeden władca – nie cesarze, nie królowie, tylko Król Stworzenia. Jedynie on mógł decydować o końcu ich posługi na ziemi.

Mój ojciec parał się zabijaniem od tak dawna, że jego ofiary były niczym liście na wierzbie – nie do policzenia. Z uwagi na swą rzadką moc niewidzialności potrafił wślizgnąć się do izby jak duch i rozprawić z wrogiem, nim ofiara zdołała się zorientować, że ktoś otworzył okno lub zamknął drzwi.

Ku mej rozpaczy mój brat podążył w ślady ojca, gdy tylko osiągnął wiek, w którym mógł się stać czeladnikiem zemsty. Amram był niebezpiecznie podatny na okrutne metody sykariuszy, gdyż w swej niewinności postrzegał świat jako dobry lub zły, bez odcieni pośrednich. Często obserwowałam, jak ojciec szepcze bratu do ucha, ucząc go zasad mordu. Któregoś dnia, wziąwszy tunikę i płaszcz Amrama, by uprać je przy studni, znalazłam sztylet z karmazynowymi śladami na ostrzu. Zapłakałabym, gdybym mogła, ale już dawno zarzuciłam łzy. Nie chciałam utopić brata, tak jak utopiłam matkę.

Ruszyłam, żeby go odszukać. Odnalazłam Amrama na targu z przyjaciółmi. W tych wąskich zaułkach, wśród mężczyzn, nieczęsto widywano samotne kobiety. Te, które musiały wyjść bez męskiej eskorty, śpieszyły do zaułka piekarzy lub do kramów z garnkami i dzbanami wytwarzanymi z jerozolimskiej gliny, po czym równie szybko wracały do domu. Zasłoniłam twarz i ciasno owinęłam się płaszczem. Na targu spotykało się zonot, kobiety z odkrytymi głowami i ramionami, które sprzedawały się mężczyznom. Jedna z nich mnie zaczepiła, gdy przemykałam obok. Kiedy mnie wypatrzyła, na jej zasępioną twarz wypłynął szyderczy uśmiech.

– Myślisz, że jesteś inna od nas? – zawołała. – Jesteś tylko kobietą, tak jak my.

Odciągnęłam brata na bok. Stanęliśmy pod drzewem ognistym. Jego czerwone kwiaty pachniały ogniem. Pomyślałam, że to zły znak, że mój brat zazna ognia. Martwiłam się, co się z nim stanie, gdy nadejdzie noc i sykariusze zbiorą się pod cedrami, gdzie zwykle snuli swe plany. Zaklinałam go, by porzucił przemoc, lecz on – jak to młody – łaknął sprawiedliwości i ustanowienia nowego porządku, w którym wszyscy są sobie równi.

– Nie zmienię swojej wiary, Jaja.

– Lepiej pomyśl o swym życiu – odpowiedziałam.

Przekomarzając się ze mną, zagdakał jak kura, zaczął dreptać i machać wyimaginowanymi skrzydłami, pochyliwszy do przodu szczupłe i silne ciało.

– Chcesz, żebym siedział w domowym kurniku, gdzie mnie zamkniesz, by mieć pewność, że jestem bezpieczny?

Mimo obaw zaczęłam się śmiać. Amram był dzielny i urodziwy. Nic dziwnego, że ojciec go faworyzował. Miał złociste włosy i ciemne, roziskrzone oczy. Zrozumiałam, że chłopiec, któremu kiedyś matkowałam, stał się mężczyzną o czystych intencjach. Mogłam jedynie protestować przeciwko ścieżce, jaką obrał. Mimo to postanowiłam działać, by go chronić. Kiedy wrócił do kolegów, ruszyłam krętymi uliczkami przez targ, aż dotarłam do zaułka wybrukowanego zakurzoną burą kostką. Słyszałam, że gdzieś tutaj można kupić szczęśliwy talizman. Sąsiadki rozprawiały szeptem o tym tajemniczym kramie. Gdy się pojawiałam, zwykle milkły, lecz zaciekawiło mnie to i podsłuchałam, że podążając za niewyraźnym wizerunkiem oka obwiedzionego kołem, można trafić do miejsca, gdzie królują leki i czary. Ruszyłam tą drogą, aż doszłam do domu keszafim, magicznych praktyk, którym potajemnie oddawały się kobiety.

Zapukałam do drzwi. Stanęła w nich starsza niewiasta i zaczęła mi się bacznie przyglądać, po czym poirytowana spytała, po co przychodzę. Widząc moje wahanie, próbowała zamknąć przede mną drzwi.

– Nie mam czasu dla kogoś, kto nie wie, czego chce – burknęła.

– Pragnę chronić brata – wyjąkałam, zbyt zdenerwowana, by powiedzieć coś więcej.

W Świątyni czary odprawiali kapłani, święci namaszczeni modlitwą, wybrani, by składać ofiary, czynić cuda i dokonywać egzorcyzmów – wypędzać zło, które opętało ludzi. Na ulicach magią zajmowali się pogardzani przez kapłanów minim, zwani przez niektórych szarlatanami i oszustami, choć wielu darzyło ich szacunkiem. Domy keszafim uważano za siedliska najpodlejszych magicznych praktyk złych i mściwych czarownic. Jednak rzucający czary i klątwy min nie zechciałby rozmawiać z kimś takim jak ja, gdybym przyszła do niego bez srebrników ani polecenia ojca bądź brata. Gdybym zaś zwróciła się o amulet do kapłana, odmówiłby mi, gdyż byłam córką jednego z tych, którzy mu się sprzeciwiali. Nawet ja wiedziałam, że nie zasługuję na przychylność.

Izba, z której wynurzyła się ta starsza kobieta, była nieoświetlona, lecz dojrzałam zioła i inne rośliny zwisające ze sznura rozciągniętego pod powałą. Rozpoznałam tam rutę, mirt, suszone żółte owoce mandragory i coś, co zwą jawrucha, silne, trujące zioło o właściwościach afrodyzjaku i środka odpędzającego demony. Wydało mi się, że słyszę dochodzące z głębi mrocznej izby beczenie kozy, ulubionego zwierzęcia czarownic.

– Nim zmarnujesz mój czas: masz dość sykli, żeby kupić amulet? – spytała kobieta.

Pokręciłam głową. Nie miałam monet, lecz przyniosłam ze sobą zwierciadełko, które dostałam po matce. Było pięknie wykonane z brązu, srebra i złota i osadzone w lapis-lazuli o głębokiej, błękitnej barwie. Była to jedyna cenna rzecz, jaką posiadałam. Staruszka obejrzała je dokładnie. Zadowolona, przyjęła podarunek i weszła do izby. Zamknęła drzwi i usłyszałam szczęk zasuwy. Przez chwilę bałam się, że zniknęła i że już nigdy nie zobaczę ani jej, ani zwierciadełka, jednak wyszła ponownie i kazała mi rozewrzeć dłoń.

– Na pewno nie chcesz amuletu dla siebie? – spytała, podkreślając, że na całym świecie jest taki tylko jeden. – Może i tobie przyda się w życiu ochrona?

Potrząsnęłam głową i wtedy zsunął się z niej mój pospolity, wełniany szal. Kiedy staruszka dostrzegła szkarłat mych włosów, cofnęła się, jakby ujrzała demona.

– Dobrze, że go nie chcesz – przytaknęła. – Na nic ci się nie zda. Potrzebujesz talizmanu o dużo większej mocy.

Chwyciłam amulet, odwróciłam się i ruszyłam przed siebie. Zdziwiłam się, gdy staruszka kazała mi zaczekać.

– Nie spytasz dlaczego? – Gestem nakazała, żebym do niej wróciła, lecz nie posłuchałam. – Nie jesteś ciekawa, co cię czeka, siostro? Mogę ci przepowiedzieć, kim będziesz.

– Wiem, kim jestem – odrzekłam. Byłam córką zrodzoną z martwej kobiety, byłam kimś, kto nie może patrzeć na własną twarz. Odczułam ulgę, że pozbyłam się tego zwierciadełka. – Nie chcę twojej przepowiedni! – krzyknęłam w czeluść zaułka.

Wróciłam do domu i przekazałam podarunek bratu. Był to cieniutki, srebrny naszyjnik. Na medalionie przedstawiono scenę, w której Salomon walczy z rozciągniętym przed nim na ziemi demonem. Na odwrocie wyryto grecki napis „Pieczęć Boga” oraz klucz symbolizujący moc Mojżesza otwierającego wrota boskiej opieki. Amulet ten będzie chronił mojego brata w skąpanej w krwi przyszłości, ku której zmierzał.

Amram się nim zachwycił. Stwierdził, że potrafię czytać w jego myślach, gdyż modlił się o mądrość, choćby odrobinę tej, którą Bóg przekazał Salomonowi. Nie wyjawiłam mu, że za tą magią stoję nie ja, lecz kobieta znająca jego pragnienia.

Mój brat zarzekał się, że demony nie mogą wygrać. Na tym polegała misja sykariuszy, która musiała się powieść. Otworzył przede mną serce, a ja w niego uwierzyłam. Amram umiał przekonać innych do swej wizji, tak że postrzegali ją jego oczami. Gdy patrzyłam na brata, widziałam przed sobą królestwo Syjonu i nasz lud, wreszcie wolny.

W niedługim czasie Amram prześcignął ojca w ich mrocznym procederze. Był najlepszy nie z przypadku, lecz z wyboru. Nauczył się zasad mordu od ojca oraz od człowieka o imieniu Jachim ben Szymon, który stał się jego mentorem. Mówiło się, że ben Szymon zna śmierć jak mało kto. Jego umiejętność władania srebrnym nożem o podwójnym ostrzu wzbudzała podziw i szacunek. Amram postanowił doskonalić swe umiejętności pod jego okiem, by wznieść się ponad innych. Mój brat poświęcił się temu zajęciu bez reszty, ćwicząc z zapamiętaniem swój fach niczym najdoskonalszy rzemieślnik. Zaczął jednak na moich oczach stawać się innym człowiekiem. Widziałam, jak z dobrze znanego mi chłopca zmienia się w zimnego, nieustraszonego zabójcę. Przejął od ojca zdolność przekradania się nocą niepostrzeżenie i wspinania się na wieże za pomocą pojedynczego sznura, którym obwiązywał się w pasie. Doskonalił się w sztuce milczenia, nie odzywając się przez wiele dni. Potrafił tak się wyciszyć, że nawet mysz w ogrodzie nie zauważała jego obecności. Chadzał boso, by nie wydawać żadnego dźwięku, gdy zbliżał się do ofiary. Siekł nożem z zaskakującą szybkością, której nauczył go ben Szymon, a którą on sam wzmógł jeszcze bardziej, dzięki wrodzonej zręczności.

Wkrótce mojemu bratu zaczęto przydzielać najniebezpieczniejsze zadania, niosące w sobie chłód śmierci. Choć nie miał ponoć zapewniającego niewidzialność płaszcza, dysponował wielkim darem przywdziewania cudzych szat. Przebierał się za kapłana lub biedaka, skrywał się pod fałszywym odzieniem i tym sposobem zyskiwał dostęp do każdego, kogo uznano za zdrajcę. Potrafił się postarzeć, malując na twarzy zmarszczki węglem, lub przemieniać w chłopca o roziskrzonych oczach. Ludzie szeptali, że jest niezwyciężony, i wkrótce rozeszła się plotka, że amulet Salomona, który nosi na szyi, chroni go od wszelkiego zła. Przyjaciele wielbili go i nadali mu przydomek Chol, czyli Feniks. Zarzekali się, że przypomina tego mistycznego ptaka, który powstał z ognia i popiołów. Amram wychodził obronną ręką ze wszystkich zasadzek zastawianych przez Rzymian, którzy próbowali go pojmać i zamordować.

Ze względu na mojego ojca i brata mężczyźni bali się ze mną rozmawiać. Działania sykariuszy były owiane mgłą tajemnicy, choć niektóre ich sekrety wszyscy znali, zwłaszcza mieszkańcy Jerozolimy. Ojca i Amrama pokazywano sobie na ulicy i szeptano o nich. Wielbiono ich i nimi pogardzano. Nic zatem dziwnego, że nikt nie chciał mnie za żonę, nawet osiłek pędzący osły na targ. Byłam młodą kobietą, lecz wyszydzano mnie, traktowano jak żebraczkę i kalano moją cześć. Dopiero gdy mężczyźni mogli ujrzeć niezwykłą barwę mych włosów, dostrzegałam u nich ciekawość i nierzadko żądzę. Rzucali mi bezczelnie pożądliwe spojrzenia, co było oczywiste nawet dla kogoś tak niewinnego jak ja. Wiedziałam, że wtargnę w ich sny, kiedy nie będą mogli posiąść tego, czego pragną. Ale sen jest w tym świecie nic niewart. Na co były mi ich żądze? Za dnia tylko mnie mijali. Chciałam krzyknąć do każdego: „Weź mnie, ratuj po tym, co się stało, odczaruj słup soli, jakim się stałam, wyrwij ze zbrodni, którą popełniłam, nim przyszłam na świat, zabierz od mężczyzn w mym domu, którzy czyhają przed Świątynią, łaknąc jedynie zemsty. Weź mnie do swego łoża, domu, miasta!”.

Odsłaniałam twarz w miejscach publicznych, nie zaplatałam warkoczy, pozwalałam lśnić włosom, szukając wybawienia od samotności.

Tymczasem oni odwracali głowy, nie dostrzegali mnie, gdyż byłam dla nich ledwie rdzawym powietrznym wirem, niewidzialnym dla ich oczu.

Wkrótce na murach pojawiły się listy gończe z podobizną mojego brata. Rzymianie byli gotowi płacić za donos; więcej, gdyby go schwytano, jeszcze więcej, gdyby uznano za winnego i ukrzyżowano. Amram przestał pojawiać się w domu. Mógł poruszać się po mieście jedynie nocą. Z codzienności przeszedł na stronę snu. W domu mieszkaliśmy teraz tylko ja i ojciec. Choć nie odzywaliśmy się do siebie, kiedy zapadał zmierzch, oboje wpatrywaliśmy się w mrok. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam jest Amram. Znów coś nas połączyło. Każda wiadomość, że kogoś schwytano, wywoływała grymas lęku na naszych twarzach. Okazywaliśmy sobie przebłyski prostych uczuć za każdym razem, gdy trzasnęły drzwi. Ale to nie był Amram, tylko wiatr.

A pewnej strasznej nocy to nie był wiatr, lecz oddział żołnierzy. Ojciec wzdrygnął się, gdy padło imię Amrama. Upierał się, że nie ma syna, że spotkało go w życiu nieszczęście, bo ma tylko jedno dziecko, nic niewartą córkę.

Kiedy nawet przyjaciele Amrama, ci, którzy nazywali go niezwyciężonym Feniksem, stracili śmiałość, by mu pomagać, mój brat zrozumiał, że jego dni w Jerozolimie są policzone. Nie miał wyjścia, musiał uciekać. Na pustyni niektóre twierdze były w rękach naszych ludzi. Gdyby dotarł do którejś z nich, byłby bezpieczny. Nim tam wyruszył, zaryzykował i przyszedł się z nami pożegnać. Najpierw wyściskał ojca, a później wziął mnie na stronę. Przyniósł mi pożegnalny podarunek, błękitną chustę. Była dla mnie zdecydowanie zbyt piękna, nie zasługiwałam na nią, lecz nalegał, bym ją przyjęła.

– Istnieją robaki, które przędą te nitki przez całe swoje życie, a ty pogardzasz ich dziełem?

– To nie dzieło robaków! – Roześmiałam się na myśl, że tak boską tkaninę utkały owady. Była przeciwieństwem pajęczego płaszcza mojego ojca, utkanego z materiału tak bladego, że rozpływał się w powietrzu. Kawałek błękitnego jedwabiu krzyczał swą zaskakującą barwą.

Amram zarzekał się, że mówi prawdę, i dodał, że jedwabniki utkały tę chustę na gałęziach morwy, bowiem są mi oddane, tak jak on sam. Ukończywszy pracę, każdy z nich przemienił się w błękitnego motyla i poleciał do nieba, gdyż wypełnił swą ziemską posługę.

Okryłam głowę chustą. Za każdym razem, gdy ją włożę, będę myśleć o niewzruszonym w swej wierze bracie. Stanęłam przy bramie naszego domu i wspominałam, jak powiedział, że moje piegi są niczym odpryski gwiazd i, jak gwiazdy na niebie, znów go do mnie przywiodą.

W Jerozolimie pozostało nas już niewiele. Krążyliśmy ostrożnie wśród ruin, drżąc o życie. Nocą słyszeliśmy krzyki prowadzonych do Świątyni, których schwytali Rzymianie patrolujący zaułki w poszukiwaniu wyznawców naszej wiary. Legioniści upijali się piołunówką, niebezpieczną, niemal zabójczą nalewką, która przemieniała ich w bestie. Żadna kobieta nie mogła czuć się bezpiecznie. Życie żadnego mężczyzny nie zależało już tylko od niego. Kto mógł, umykał do Aleksandrii lub na Cypr, jednak ojciec uparł się, że zostaniemy. Miał dużo pracy, której narzędziem był skrywany pod płaszczem sztylet. Kiedyś Jerozolima się przebudzi i niczym lew oswobodzi z niewolniczego jarzma. Słyszałam, jak mówi: „Kły i pazury – oto, co przyniesie nam przyszłość”, ale wiedziałam, że tak naprawdę ma na myśli ciała i kości.

Wiedziałam też ze snów, czym jest spotkanie oko w oko z lwem.

Nad miastem unosiły się łuny pożarów, a dym działał jak zasłona, która umożliwiała naszym ziomkom ucieczkę przed szwendającymi się żołdakami. Czułam zapach drewna oliwnego i płonących wierzb. Tlący się żar przenosił ogień na kryte liśćmi palm dachy i stogi siana. Leżąc na sienniku w naszym niewielkim domu, zakryłam głowę i marzyłam, by znaleźć się w innym miejscu i czasie. Marzyłam, żeby nigdy się nie urodzić.

Któregoś popołudnia, gdy szukałam na niemal ogołoconych kramach na targu fasoli i grochu na lichą wieczerzę, Rzymianie zajęli nasz dom. Przyglądałam się temu z kryjówki na opuszczonym podwórzu sąsiadów. Ich dom popadł w ruinę wiele miesięcy wcześniej. Żołdacy złupili nasz dobytek, nim podłożyli ogień. Nasze rzeczy walały się w kurzu. Iskry ulatywały w górę niczym białe ćmy, lecz gdy spadały na ziemię, płonęły jasnym karmazynowym blaskiem jak płatki kwiatów drzewa ognistego.

Przedtem miałam niewiele, a teraz nie zostało mi prawie nic. Przeszukałam pogorzelisko i zabrałam to, co zdołałam wziąć w ręce – niedużą formę do pieczenia macy, lampę z białej jerozolimskiej gliny zapalaną w szabat, tałes ojca z frędzlami na rogach, jego skórzany bukłak i paczkę soli, która podczas gotowania będzie pachniała dymem. Czekałam na ojca, ukryta za ścianą. Moją skórę pokrył kurz, miałam popiół we włosach. Pomyślałam, że jeśli nie wróci, jeśli został zamordowany lub uciekł, nie uprzedziwszy mnie o tym, mogę zostać za tą ścianą, wrosnąć tam niczym drzewo ogniste.

W końcu się pojawił, zamajaczył w półmroku w płaszczu, który sprawiał, że mógł przemykać w mieście niezauważony. Kiedy ujrzał w moich dłoniach swój tałes, zrozumiał, że już czas uciekać. Lękałam się, że mnie tam zostawi i stanę się grzebiącą w śmieciach żebraczką, ale skinął na mnie, jakby przywoływał psa. Postanowiłam go usłuchać i ruszyłam za nim. Być może więzy krwi coś jednak dla niego znaczyły, a może zabrał mnie ze sobą, bo się bał, jak zareaguje moja matka w Przyszłym Świecie, jeśli porzuci mnie na ulicy. Może też przypomniał sobie, że to on mnie spłodził i że słusznie uznaję go za wspólnika swojej zbrodni. Może i utopiłam matkę w swych łzach, lecz to on tchnął w nią moje życie.

Nocami chodziliśmy od domu do domu, błagając, żeby nas wpuścili. Z każdym dniem było coraz mniej naszych w Jerozolimie. Większość uciekła lub się ukrywała i trudno było znaleźć kogoś chętnego do udzielenia pomocy. Byłam jak pies, który nie zadaje pytań i nie jest zdolny do myślenia. Wystawałam w mroku, gdy wszyscy nas odprawiali. Nawet zwolennicy poglądów politycznych mojego ojca traktowali nas nieufnie, nie chcąc ryzykować. Tylko nieliczni otwierali przed nami drzwi, lecz i oni odwracali wzrok i nie witali nas uściskiem. Sypialiśmy na słomianych siennikach, wdzięczni za schronienie przeznaczone dla kóz. Naszemu niespokojnemu snowi w oborach towarzyszył oddech zwierząt. Wciąż śniło mi się to samo. W tym śnie lew spał w słońcu i bałam się, że go obudzę. Pewnej nocy przyśniło mi się, że zjadł go wąż, który pożerał wszystko, co napotkał na swej drodze. Stałam bosa na kamienistej ziemi tak oślepiająco białej, że nie mogłam otworzyć oczu. Współczułam temu dzikiemu zwierzowi, królowi pustyni, bo w moich snach poddawał się wężowi bez walki. Patrzył mi błagalnie prosto w oczy.

Tamtej nocy obudził mnie ojciec. We śnie moje stopy krwawiły na kamieniach. Widziałam przed sobą zwijającą się, czarną pustynną żmiję, która okręca się wokół ofiary i nie puszcza. Pożarła lwa, a teraz przyszła po mnie. Ofiarowałam tej pokrytej łuskami bestii migdały i winogrona, lecz ona miała chęć na ludzkie mięso. Błagałam, żeby darowała mi życie, bo opłakiwałam lwa. Tęskniłam za nim tak, jak tęskni się za swym przeznaczeniem. To, co się zdarzy, zostało już wcześniej napisane, a lew był wpisany obok mojego imienia.

– Musimy iść i nie oglądać się za siebie – powiedział ojciec, kiedy mnie obudził.

Gdybym się ociągała, na pewno by mnie zostawił. Nie sprzeciwiłam się, choć poczułam w mrocznej izbie falę przerażenia. Szatę zabójcy plamiła krew, a jego oczy lśniły. Coś się wydarzyło, lecz nie śmiałam o to spytać. Wstałam z siennika, gotowa do drogi. Zebrałam rzeczy, jakie nosiłam ze sobą. Błękitną chustę od brata, formę do pieczenia i lampę, które znalazłam w zgliszczach naszego domu. Wyruszyliśmy wraz z rodziną innego zabójcy, Jachima ben Szymona, człowieka, który szkolił mego brata w mordowaniu zakrzywionym sztyletem o podwójnym ostrzu, znanego z tego, że gdy atakował wroga, przerażał niczym wicher szukający jedynie zemsty. Kiedyś był kapłanem, pierworodnym synem rodziny kapłańskiej, który spędził młodość na nauce i modlitwie. Spostrzegł jednak, że złoto wypycha kieszenie tylko nielicznych, biedacy zaś są gnębieni, uciskani i zniewalani. Widział, jak jego własny ojciec składa ofiary w imieniu Rzymian w naszej Świątyni w Dniu Pojednania, twierdząc, że można zarzucać ich grzechami nasze ołtarze i zyskać przebaczenie naszego Boga.

Upodobał sobie sztylet sykariuszy i doszedł we władaniu nim do prawdziwego kunsztu. Jachim był zaiste bardzo groźny, zbudowany z samych ścięgien i mięśni. Kiedy zobaczyłam jego wielką, wyrazistą głowę, spuściłam wzrok, gdyż nie chciałam patrzyć na człowieka siejącego taki strach. Jego żona miała na imię Sija, a nieletni synowie Nechemia i Oren. Słyszałam, jak Sija płacze, tuląc do siebie synów. Mieli niewiele więcej dobytku niż my, ale za to osła, na którym jechała żona ben Szymona z dziećmi. Szłam za nimi niczym kobieta zhańbiona, jednak przywykłam do bycia wyrzutkiem i we własnym towarzystwie było mi najlepiej. Jachim zerknął raz przez ramię i wyglądał na zaskoczonego, jakby zapomniał o moim istnieniu i nagle ujrzał ducha.

Gdy opuszczaliśmy Jerozolimę, próbowałam sobie wyobrazić, kto spośród nas przeżyje, a kto zginie, bo przecież nie wszyscy przetrwamy. Bez stosowania brutalnej siły nasza ucieczka wydawała się trudna. Ulice opanował chaos. Wszyscy Żydzi zostali wypędzeni z miasta, a jeśli jakiegoś schwytano, mordowano go natychmiast. Tak głosił nowy edykt i takie też było prawo. Wielu kapłanów skryło się w kanałach, licząc, że uda im się wymknąć tą drogą poza mury Jerozolimy, lecz ten wybieg na niewiele się zdał, gdyż trafili do królestwa szczurów i walczyli o życie tak jak pozostali.

Usłyszeliśmy dźwięk przypominający ryk, kiedy burzono Świątynię. Był tisza be-aw, dziewiąty dzień miesiąca, dzień moich urodzin. Przez następne lata wszyscy zarzekali się, że sześć aniołów zstąpiło z niebios, by strzec murów Świątyni, aby nie uległa całkowitemu zniszczeniu. Przysięgali, że anioły te siedziały tam i płakały i że płaczą do dziś. Rzymianie użyli ważących około trzystu tysięcy talentów[1] taranów, na które napierało ponad tysiąc ludzi, by najpierw poruszyć, a później zrzucić wielkie głazy z insygniami króla Heroda. Liny trzymały setki Rzymian, ale też i zniewolonych Żydów, przeklinających swój los i niecność własnych uczynków. Kamień jest wieczny, lecz tamtej nocy zrozumiałam, że to jedynie forma pyłu. Obłoki świętego kurzu unosiły się w powietrzu i wszyscy wdychaliśmy pozostałości po Świątyni, która miała trwać wiecznie.

Ponownie wzniecone pożary znów utworzyły chmurę dymu, która pomogła nam w ucieczce. Dziękowaliśmy za to Bogu, choć towarzyszył temu straszliwy upał. Powietrze zrobiło się szare i gęste. Przyłożyłam chustę do ust, starając się nie wdychać iskier. Podejrzewałam, że ojciec zabił kogoś wcześniej i dlatego jego szaty zbryzgała czerwień. Szłam zatopiona w myślach, gdy żona ben Szymona, Sija, zrównała się ze mną. Współczuła mi, bo podążałam z tyłu w tumanach kurzu. Była jakieś dziesięć lat starsza ode mnie i miała burzę ciemnych włosów zwiniętych w pukle. Oczy też miała ciemne, ze złotymi cętkami. Kiedyś mogła być piękna, lecz została oddaną żoną zabójcy i urodę zniszczył lęk. Pomyślałam wtedy, że zabójcy nie powinni się żenić, mieć córek ani pozwalać, by ktokolwiek ich pokochał.

– Może pojedziesz na osiołku z moimi synami? – zaproponowała Sija.

Widziałam, że jest zmęczona, a sama nawykłam do marszu. Podziękowałam jej, mówiąc, że mogę iść dalej pieszo. Liczyłam, że da mi spokój.

– Tak się cieszę, że jesteś tu z nami – rzekła. – Ciężej byłoby mi wyjechać bez drugiej kobiety u boku.

Spojrzałam na nią, zastanawiając się, czego ode mnie chce. Uśmiechnęła się i ujęła moją dłoń. Wtedy zrozumiałam. Chciała przyjaźni.

Powiedziałam, żeby wracała do synów. Powinna mnie zostawić na końcu pochodu, gdyż dla większości byłam niewidzialna, choć nie miałam płaszcza, jaki nosił mój ojciec. Może odziedziczyłam po nim tę właściwość, a może ją przejęłam, kiedy go podpatrywałam. Tak czy siak, w miejscu, w którym się zjawię, ścigający nas Rzymianie dostrzegą jedynie obłok kurzu.

Sija nie chciała o tym słyszeć.

– Mylisz się – zawołała. – Będziesz pierwszą, którą dojrzą. Masz piękne włosy. Kojarzą mi się z drzewem ognistym.

Zaczęłam się zastanawiać, czy jej słowa to klątwa, gdyż stałam pod takim drzewem, kiedy brat wyjawił mi, że jest zabójcą. Sija nie mogła o tym wiedzieć, lecz przy tych rzadkich okazjach, gdy śniła mi się matka, jawiła się zawsze pod postacią drzewa ognistego. Chyliłam wówczas przed nią głowę i płakałam.

Kiedy się w to wgłębiłam, zrozumiałam, że Sija pragnęła być dla mnie miła w tę niebezpieczną i niepewną noc. Szliśmy zwartą grupą, lgnąc do siebie z powodu czyhających wokół zagrożeń. Wędrowaliśmy przez Dolinę Cierni pod niebem roziskrzonym tyloma gwiazdami, że nasuwały na myśl niezliczone skały pustyni, zbyt jaskrawe, by na nie patrzeć. Mówią, że oblicze naszego Stwórcy jest właśnie takie – tak jasne, że jedno spojrzenie wywołuje ślepotę. Wbijałam wzrok w ziemię. Wolałabym iść samotnie, lecz Sija dotrzymywała mi kroku, ująwszy mnie pod ramię.

Wyjawiła, że mój ojciec i jej mąż zamordowali rzymskiego dowódcę i dlatego musieliśmy tak śpiesznie uciekać. Sija własnoręcznie oczyściła ostrza ich sztyletów, myjąc je w czystej wodzie i odmawiając modlitwę. Nie wolno jej było zadawać pytań, miała ślepo słuchać męża, ale nagle, gdy sunęłyśmy za mężczyznami, odczuła potrzebę, by mi wyznać, że dotykała sztyletu ociekającego ludzką krwią. Powiedziała to łamiącym się głosem.

– Jak Bóg mnie ukarze? – wyszeptała.

Uciszyłam ją, gdyż kobiety nie powinny rozmawiać o takich sprawach, lecz było już za późno. Ben Szymon usłyszał jej słowa, odwrócił się i popatrzył na nas. Był wysokim, imponującym mężczyzną o oliwkowej cerze. Wzbudzał strach. Jego twarz szpeciła głęboka blizna. Ponownie wbiłam wzrok w ziemię, by uniknąć jego spojrzenia. Ostro nakazał Sii milczenie.

– Nie rozmawiajmy o tym – powiedziała później. – Czasami lepiej nie wiedzieć, co robią mężczyźni.

Kiedy nie mogliśmy już dłużej iść, zatrzymaliśmy się, by odpocząć w oazie, którą towarzysze mojego ojca, inni zabójcy, bardzo zachwalali. Każdy zelota miał plan na wypadek katastrofy, miejsce, do którego w razie potrzeby mógł uciec. Był to nasz pierwszy postój, niewielka zielona przestrzeń, gdzie schroniły się wielbłądy, uciekając przed chaosem. Gdy się zbliżyliśmy, pierzchły, wzniecając tumany kurzu. Bały się, że spętamy im sznurami szyje, bo, tak jak my, nie chciały popaść w niewolę. Rósł tam cedrat. Z jego owoców, zwanych pri ec hadar lub etrog, robi się marmoladę. Te były poranione i kwaśne, nie mogliśmy dosłodzić ich miodem, ale było nam wszystko jedno. Dręczył nas głód i pragnienie. Pochłanialiśmy tę naszą skromną wieczerzę w milczeniu. W oddali widzieliśmy łunę nad płonącą Jerozolimą. Kłęby dymu wzbijały się wysoko ku niebu, po czym niknęły. Liczyłam jaśniejące nad nami gwiazdy. Sija usiadła obok i zaczęła szeptać. Była przekonana, że fakt, iż natrafiliśmy na cedrat w pierwszym dniu wędrówki, dobrze nam wróży. Nie oponowałam, choć byłam innego zdania. Jego gorzkie owoce były niczym klucz do wrót – wrót, które prowadziły na pustynię.

Podsłuchałam rozmowę ojca z ben Szymonem. Nie umykaliśmy do Aleksandrii ani na Cypr. Zmierzaliśmy pradawną drogą wiodącą nad Morze Soli, szlakiem wyklętych. W miesiącu aw ptaki nie były w stanie tam latać, nawet nocą, gdyż panował morderczy upał, niczym w piecu. Na kamieniach można było piec chleb. Mieliśmy się zapuścić w głąb pustyni, bo, zdaniem mojego ojca, napotkamy tam zelotów – a wśród nich Amrama – oraz ich twierdze.

W noc naszej ucieczki, gdy płonęła Świątynia, a niebo rozświetlały kręgi ognia, wiał lekki wiatr. Miała to być najchłodniejsza noc, jakiej zaznamy, nim powędrujemy na pustynię. Zdarzyło się wtedy coś jeszcze, co popchnęło mnie ku burzliwemu światu. Poszłam do dawno nieużywanej studni. Nie było w niej wody. Nie zdziwiło mnie to. Mówiąc o niej, ludzie często mijali się z prawdą, obiecując jeziora tam, gdzie ich nie było, gdyż marzyli o wodzie w świecie, w którym był tylko piach. Mimo to, gdy ktoś opadł na czworaki i zaczynał w nim grzebać, mógł dokopać się do błota. Wystarczyło wówczas docisnąć dłonie, by woda wyciekła między palcami tego, kto zechciał szukać jej na kolanach. Nie wstydziłam się tego czynić.

Postanowiwszy, że zdobędę to, na czym tak mi zależało, zdołałam napełnić połowę dzbana brudną wodą, którą wpierw przecedziłam przez palce, a potem przez moją błękitną chustę. Wstałam, czując niepowstrzymane pragnienie. Odwróciłam się od studni i, zaniepokojona, rozejrzałam wokół. Nie widziałam rozgwieżdżonego nieba ani łuny nad Jerozolimą, tylko zabójcę ben Szymona, który mnie obserwował. Miałam umazane błotem ręce i rozsuniętą tunikę. Nagle poczułam, że cała płonę. Nie wiedziałam, skąd się tam nagle znalazł i czemu mi się przygląda. Nawet nie znał mojego imienia. Liczyłam, że zaraz odejdzie, lecz wciąż się we mnie wpatrywał, jak myśliwy, który ocenia, czy łania jest zbyt daleko, czy może jednak zdoła ją dopaść. Gdy skinął głową, zrozumiałam, że jednak nie jestem niewidzialna.

Odliczałam dni na pustyni, nacinając zaostrzonym kamykiem skórę na nodze. Nie wolno nam było się okaleczać; czynili to tylko poganie i nomadowie podczas żałoby. „Nie będziecie nacinać ciała na znak żałoby po zmarłym. Nie będziecie się tatuować” – nakazuje Pan w Trzeciej Księdze Mojżeszowej[2]. Ale ja słyszałam jedynie głos pustyni, a nie słowa Wszechmogącego. Skrywałam rany pod szalem. W tym nowym życiu ból był czymś, do czego należało przywyknąć i na co trzeba się było uodpornić. Wolałam zranić się sama, niż gdyby miał to zrobić ktoś inny, więc okaleczałam się zapamiętale i bez wyrzutów sumienia.

Pierwszy raz złamałam prawa naszego ludu. Później wszystko przychodziło już łatwo.

Narzucono mi obecność Sii i jej dzieci, choć wolałabym samotność. Sija okazywała mi jednak życzliwość, więc przyzwyczaiłam się do niej. Była mężatką, i to starszą ode mnie, dlatego spodziewałam się, że będzie wymagać uległości. Tymczasem traktowała mnie jak siostrę i nawet ją polubiłam. Zdarzało się nam śmiać i przemieniać nasz ciężki los w zabawę, choć mężczyźni rzucali nam ponure spojrzenia. Dobrze się rozumiałyśmy, gdy zbierałyśmy nieliczne jadalne rośliny i przyrządzałyśmy posiłki z kurczących się zapasów oliwy, oliwek, suszonych fig i soczewicy. Piekłyśmy chleb na rozgrzanych przy ognisku kamieniach, posypując go popiołem, żeby się zarumienił. Niekiedy mężczyźni wyruszali na polowanie i wracali z przepiórką, którą dodawałyśmy do naszej strawy.

Urzekło mnie to, jak dobrą matką była dla swych synów Sija, jak cierpliwą, gdy dopominali się o jej uwagę. Chłopcy ledwie wyszli z niemowlęctwa, więc śpiewała im co wieczór kołysanki, pomna, by nie szczędzić czułości okazywanej w świecie, który pozostawiliśmy za sobą. Zawsze, kiedy je śpiewała, wspominałam zajmującą się mną w dzieciństwie dziewczynę z Aleksandrii. Często zasypiałam przy dzieciach Sii, wyobrażając sobie, że te kołysanki są dla mnie. Moja nowa przyjaciółka niezmordowanie wyczesywała popiół, który opadł na moje włosy, gdy płonęła Jerozolima. Kiedy natrafiłyśmy na płytką sadzawkę, pośpieszyłyśmy w jej stronę, jak tylko ujrzałyśmy migocącą wodę, zapominając, choć na krótką chwilę, o naszym losie, i zaczęłyśmy ochlapywać się nawzajem niczym prawdziwe siostry.

Wciąż odznaczałam potajemnie na swym ciele dni spędzone na pustyni. Trzymałam się z boku, ale miałam nieustanną świadomość obecności ben Szymona i jego oszpeconej blizną twarzy. Gdy widziałam, że mi się przygląda, szybko zasłaniałam nogę. Nie chciałam, by się domyślił, kim naprawdę jestem – zaniedbaną i brzydką dziewczyną z dłońmi o zgrubiałej skórze. A jednak coś nas łączyło, może te nasze blizny. Najwyraźniej postrzegał mnie jak nikt wcześniej. Widziałam, jak zmienia mu się twarz, kiedy na mnie patrzy. W jego oczach pojawiał się niepokój i żar. Aż w końcu czułam, że żyję, tylko wtedy, gdy mnie obserwował. Jego obecność była niczym ukąszenia pszczół, skupiała na sobie moją uwagę. Zaczęłam o nim rozmyślać, zastanawiać się, skąd ma tę bliznę i jakim mrocznym uczynkom oddawał się w Jerozolimie. W głowie kłębiły mi się uporczywe myśli na jego temat, których się wstydziłam i które sprawiały, że czułam się jak zdrajczyni, choć nie zrobiłam nic złego.

Pewnego wieczoru, w bladej poświacie księżyca, ruszyłam do sadzawki, w której kąpałyśmy się z Siją. Podczas comiesięcznego krwawienia, zgodnie ze zwyczajem, żyłam w odosobnieniu. Kiedy miesiączka ustąpiła, musiałam się oczyścić. W Jerozolimie chodziłyśmy wtedy do mykwy, a tutaj była tylko sadzawka w nachal, wąwozie, gdzie wieczorami zlatywały do wodopoju ptaki – stada kruków, skowronków i wielkich sępów, silnych, nieustraszonych stworzeń, zwanych przez nas neszer, gnieżdżących się w skałach. Stwierdziłam, że w upale miesiąca aw woda szybko znika, zdjęłam jednak tunikę, podmyłam się i odczułam pewną ulgę. Nagle usłyszałam szelest dochodzący z tamaryszków, rosnących nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach. Szybko nasunęłam na siebie szatę, bojąc się, że lampart, na którego teren wkroczyliśmy, jest na tyle głodny, iż zechce uczynić ze mnie swą zdobycz.

Wtedy posłyszałam odgłos kroków i zamarłam, póki nie ucichł. Wróciłam do obozowiska, oczyszczona, lecz pełna napięcia. Wszyscy spali w niewielkim namiocie z koziej skóry, przymocowanym do ziemi za pomocą zwierzęcych rogów, jedynie ben Szymon czuwał. Wydał mi się niespokojny. Zarumieniłam się na myśl, że mógł mnie podejrzeć przy sadzawce. Przywołał mnie do siebie. Podeszłam ze spuszczonym wzrokiem.

– To ryzykowne – ostrzegł.

Nigdy przedtem do mnie nie przemówił. Nie wiedziałam, czy chodzi mu o to, że ryzykowne są samotne spacery, czy to, że spojrzałam mu w oczy. Byłam wściekła, że próbuje mnie pouczać, traktując jak dziecko albo – jeszcze gorzej – jak niewolnicę, lecz odczułam także dreszczyk przyjemności, zauważywszy spiczaste zielone liście w jego włosach. To były liście tamaryszku rosnącego przy sadzawce, drzewa, które unosi gałęzie ku niebu w miejscu, gdzie nie przetrwa nic innego.

Dwadzieścia jeden nacięć i wreszcie noc, gdy się to zdarzyło. Później zastanawiałam się, czy przypadkiem nie odliczałam dni do tej chwili. Czy to na to czekałam? Czy do tego prowadziło mnie pożądanie? Może wejrzałam w Księgę Życia, która odmierza los, i w głębokim śnie dojrzałam wypisane tam jego imię? A może byłam tylko zawistną dziewczyną, która nie miała nic i pragnęła odebrać innej, swej jedynej przyjaciółce, to, co należało do niej?

Przygotowywałam ognisko, by upiec soczewicę na blasze zabranej z Jerozolimy. On przykucnął obok pod upalnym, bladym niebem. Wokół latały skowronki i słychać było nawoływania żołn, których połyskliwe błękitne pióra przeszywały zamglone powietrze. Jachim ben Szymon był bardziej władczy niż inni mężczyźni. Bił od niego żar. Tym razem na mnie nie patrzył, tylko wyciągnął rękę i przesunął nią po mojej nodze, zatrzymując przy bliznach, aż poczułam, jak płonie mi skóra.

– Nie boisz się rzeczy, których lękają się inne kobiety – powiedział.

Uświadomiłam sobie, że tak jest w istocie. Wciąż na mnie nie patrzył, ale wydawało się, że mnie zna, choć skrywałam się pod welonami. Większość kobiet drżała o życie swych dzieci i mężów. Bały się głodu, choroby, demonów i zniewolenia. Ja bałam się lwów i byłam niemal gotowa uwierzyć, że pożre mnie jedna z bestii prześladujących mnie w snach. Obawiałam się, że spotkam na pustyni anioła zesłanego, by mi powiedzieć, że moje życie to pasmo błędów, że urodziłam się morderczynią, która uśmierciła własną matkę, nim pierwszy raz zaczerpnęła tchu, i że moja zbrodnia jest gorsza niż występek któregokolwiek z morderców, gdyż jestem winna nie tylko w oczach ojca, lecz także i Boga.

Ben Szymon cofnął rękę, ale wciąż czułam żar jego dotyku. Czułam go wiele dni. Czyżby był on ukrytym pośród nas aniołem, który mnie osądzi, czy tylko mężczyzną, który chce sobie dogodzić?

Niemal oślepliśmy w jaskrawym świetle przeświecającym przez namiot w najcięższej porze dnia. W upale nie dało się wędrować, a bezlitosny wiatr mógł pociąć człowieka na kawałki. Byliśmy mieszkańcami miasta, którzy zapuścili się w głuszę, wędrowcami bez celu podróży na terytorium zbirów, rabusiów i świętych pustelników. Nazwą ponurej krainy, którą przemierzaliśmy, była pustka. Nikogo nie spotykaliśmy. Gdy w piasku pustyni zniknęła sadzawka mętnej wody i nawet błoto, jakie po niej pozostało, przemieniło się w zapieczoną skorupę, nie było już powodu, byśmy pozostali w obozowisku.

Spakowaliśmy nieliczny dobytek – namiot z koziej skóry, wrzeciona, na których przędłyśmy wełnę, noże, formy do pieczenia, dzban z resztką oliwy i lampę, którą zapalaliśmy w szabat. Ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu wody. Parliśmy w głąb pustyni wczesnym rankiem, kiedy niebo było jeszcze ciemne, skwar nie tak dokuczliwy, a z mroku nie zdążyło się wynurzyć słońce. Udało się nam dotrzeć do studni, ale była wyschnięta. Dalej rósł gaj, lecz drzewa w nim nie rodziły owoców. Oliwki zwiędły, a ich srebrzysta kora przemieniła się w wydmuszkę. Ponoć pustynni nomadowie, gdy nie mogli zaspokoić pragnienia, często musieli zabijać wielbłądy i pić ich gorącą krew. Nie rosła tam żadna trawa i nawet stada dzikich kóz, którym niestraszne są najbardziej skaliste stromizny, nieczęsto zapuszczały się na tę nieprzyjazną ziemię. Przychodziły tu jedynie lamparty. Choć robiły to ukradkiem i rzadko, czasami natrafialiśmy na ślady ich łap. Zwierzęta te były nieziemsko piękne i najszybsze ze wszystkich stworzeń, lecz wędrowały samotnie. Zjawiali się tu tylko ci, którzy żyli odcięci od własnej rasy.

Szliśmy przed siebie, wierni, którzy nie mają nic, w co mogliby wierzyć. Usta mieliśmy tak suche, że aż spękane i pobielałe. Sija natarła resztką oliwy wargi synów, żeby nie krwawiły. Mijające dni były niczym usypana sterta gałęzi, pogiętych i bezużytecznych. Znaleźliśmy mętną sadzawkę, której powierzchnię pokrywała powłoka brudu, mimo to – jak psy – zanurzyliśmy w niej twarze. Z Edomu nadciągnął buchający żarem ruach kadim, wschodni wiatr. Opatuliliśmy się cienkimi lnianymi chustami, lepszymi na upał niż wełna, może dlatego, że len rośnie na mokradłach i nici zawierają więcej wody. Przesłoniliśmy też twarze i zakryliśmy uszy dłońmi, lecz nawet to nie wyciszyło jęku pustyni, atakującego nas niczym zwierz.

*

Schroniliśmy się w grocie i pozostaliśmy tam przez wiele dni, zbyt wycieńczeni i spragnieni, by ruszyć w dalszą drogę. Baliśmy się, że napotkamy rzymskie patrole. Aby odstraszyć szakale, rozpalaliśmy ognisko z gałązek ciernistych krzaków głogu. Smuga białego dymu ulatywała przez otwór jaskini, a popiół drażnił nasze oczy i gardła. Mężczyźni próbowali coś upolować, lecz bez skutku. Modlili się, ale i to nie przynosiło ulgi. Wciąż nacinałam ostrym kamieniem skórę na nodze. Gdybym sama nie odliczała dni swego życia, nikt inny by tego nie zrobił. Z czasem zaczął zaglądać nam w oczy głód. Znowu się zastanawiałam, kto spośród nas przetrwa najdłużej. Brak pożywienia sprawił, że byliśmy wymordowani i otępiali. Spaliśmy tak dużo, że już nie wiedziałam, co jest snem, a co jawą. Śniłam o Jerozolimie, o matce i drzewie ognistym na targu. Obrazy te zdawały się bardziej realne niż odór jaskini. Zaczęłam po kryjomu zjadać przesiąkniętą wilgocią ziemię leżącą pod skałami. Skóra mi poszarzała, jakby wylewała się ze mnie pustynia, tak jak piasek, który ponoć wysypuje się z demona, gdy dźgnąć go pobłogosławionym i obmytym w czystej wodzie nożem.

Któregoś wieczoru mój ojciec i ben Szymon poderżnęli osłu gardło. Niektórzy twierdzą, że zwierzęta nie mają duszy, lecz ja słyszałam, jak ten osioł rzęził – zupełnie niczym kobieta lub mężczyzna błagający o litość. Kiedy wybiegłam z groty, jego ryk wciąż niósł się echem pośród skał. Mężczyźni odmówili modlitwę, dziękując Bogu za – jak sobie wmówili – lekką śmierć nieszczęsnego bydlęcia, gdyż zaszlachtowali je rytualnym nożem. Później rozpalili ognisko z gałązek i upiekli w nim mięso. Widziałam kałużę ciemnej, zakrzepłej oślej krwi na zboczu u wejścia do jaskini. Na niebie świeciły gwiazdy, niektóre jasno, inne mniej, próbując przeszyć swym blaskiem mrok. Czekaliśmy na gwiazdę poranną, zwaną przez nas Kochaw ha-Szachar, a przez innych Wenus, która pojawi się spowita w blade pierścienie i przyniesie światło, a wraz z nim kolejny dzień.

Po jedzeniu poczułam się skalana. Kości osła bulgotały w garnku nad ogniem. Strawa ta miała wystarczyć nam do następnego szabatu, pocięta na drobne ochłapy, które pochłanialiśmy z wilczym apetytem, zupełnie jakbyśmy cofnęli się w rozwoju, stając się pustynnymi barbarzyńcami. Niektórzy nomadowie tak właśnie żyli. Czasami natykaliśmy się na ich ślady. Byli nieokrzesanymi poganami o umalowanych twarzach, z dzidami o podwójnym ostrzu, powrzaskującymi na siebie niczym dzikusy. Uzależnieni od wielbłądów dających im mięso, mleko oraz schronienie, bo ich garbowane skóry służyły za poszycie namiotów. Kobiety nomadów rodziły na piasku, zostawiając na nim mokre, krwawe plamy. Zmarłych porzucali na skałach, niczym padlinę. Ich mężczyźni byli niebezpieczni, gdyż postępowali wyłącznie wedle własnego uznania. Nie oszczędzali nikogo, kto wszedł im w drogę. Niektórzy mieli po sześć żon. Traktowali swoje kobiety jak osły: krzywdzili je i nimi handlowali.

Ben Szymon natrafił na ciała dwóch takich żon. Właściwie były dziećmi, pewnie jeszcze nie krwawiły co miesiąc. Próbowały uciec od takiego losu. Zatrzymała je pustynia. Ben Szymon znalazł ich zwłoki, kiedy wybrał się na polowanie. Były przysypane piachem i kamieniami. Kobiety trzymały się za ręce, a ich oczy wypatrywały nieruchomo Przyszłego Świata. Miały długie ciemne włosy i typowe dla swego ludu chusty w kolorze indygo. Spoczęły, wyczekując śmierci, tak jak panna młoda wyczekuje oblubieńca. Ich dłonie i stopy zdobiły misterne, wymalowane henną wzory towarzyszące ceremonii thania, które miały przynieść szczęście mężowi. Może je wykorzystał, a później porzucił, a może uciekły razem przed zaślubinami i zabłądziły.

Akurat czyściłam garnek, gdy ben Szymon skinął na mnie. Ruszyłam za nim, choć nie rozmawialiśmy od chwili, kiedy przestrzegł mnie przed niebezpieczeństwem. Pokazał mi ciała tych żon. Nie odezwaliśmy się, nawet na siebie nie spojrzeliśmy. Dziwiłam się, dlaczego postanowił podzielić się tą tajemnicą właśnie ze mną, dlaczego pozwolił mi zobaczyć, że ma w oczach łzy, gdy patrzy na dwie martwe kobiety – on, okrutny zabójca o twarzy naznaczonej szpetną blizną, który zamordował tyle osób i co noc zmywał z rąk krew.

Staliśmy pod ciemniejącym niebem w godzinie, kiedy ziemia przybiera barwę granatu. To czas, gdy wędrowcy często widują miraże i są gotowi przysiąc, że skały, po których stąpają, przemieniły się w morze. Możliwe, że dwie nieletnie żony uznały, iż uratują się w morzu śmierci, gdyż przedkładały ją nad życie, w którym traktowano je jak bydlęta wymieniane na garść srebrników. Nagle zrozumiałam – ben Szymon mówił mi, że nigdy nie przywiedzie mnie do takiego końca, że będzie chronił i o mnie dbał. Dojrzałam, co mnie czeka, kiedy z czułością grzebał te dwie zmarłe żony – zupełnie jakby otworzyła się przede mną Księga Życia.

Ja nigdy bym od niego nie uciekła.

Co wieczór leżałam zwinięta w kłębek i nie spałam, gdy innych już dawno zmorzył sen. Ale nie ja jedna. Pewnej nocy przyszedł do mnie Jachim ben Szymon. Legł obok i wziął mnie w ramiona. Czekałam na niego, jednak kiedy się zjawił, oniemiałam, niezdolna do tego, by się poruszyć lub choćby zakrzyknąć. Zajrzał mi w oczy głębiej niż przy wyschniętej studni czy grobie dwóch zbiegłych żon. Czułam, że widzi mnie całą. Widział, że przywykłam robić wszystko, co każe mężczyzna, że bez słowa podążyłam z Jerozolimy za ojcem. Ale dostrzegł też, że jest we mnie coś więcej. Zobaczył, że płonę, że jestem samotna, że w snach osacza mnie lew, zobaczył anioła, którego wyczekiwałam, i piętno moich narodzin.

Pewnie niedługo zginiemy. Nasze kości zbieleją na białych skałach. Rozszarpią nas orły i zjedzą szakale. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie. Wciąż żyliśmy. Ben Szymon wsunął dłoń pod moją szatę. Widziałam w ciemnościach grube żyły na jego ramionach. Poczułam, jak przy mnie twardnieje. Bałam się, że rozerwie mnie na dwoje. Mimo to nie próbowałam go powstrzymać. Płonęłam jak liście granatu w miesiącu aw – wpierw zielone i nagle niczym ogień. Sija miała rację. Byłam jak drzewo ogniste – im mocniej płonęłam, tym więcej było we mnie życia. Gdyby przysunęła się bliżej, poczułaby zapach ognia i by się mnie strzegła, zamiast obdarowywać swoją przyjaźnią.

Ben Szymon wsunął mi rękę między nogi. Głośno wciągnęłam powietrze. Natychmiast zakrył mi usta drugą dłonią. Pozostali spali po przeciwnej stronie groty. Nie mogą nas usłyszeć. Ben Szymon szepnął, że cisza jest jedyną rzeczą, jakiej ode mnie żąda. Gdy skinęłam głową, zabrał rękę z mych ust. Jego dotyk rozpalił moje wargi. Ale chciałam coś wiedzieć, nim złożę śluby milczenia, powstrzymam słowa i dochowam tajemnicy. Czułam, jak wciąga mnie ta zmowa, lecz zanim się to dokonało, musiałam zadać mu jedno pytanie. Pragnęłam, żeby mi powiedział, skąd ma bliznę na twarzy. To był jego sekret. Jeśli go poznam, może poznam też jego i odtąd będzie należał do mnie, nawet jeżeli pozostanie mężem Sii.

Odrzekł, że to ślad po lwie. Wzdrygnął się, przywołując to wspomnienie. Za młodu, gdy jeszcze nie był żonaty, schwytali go przed Świątynią Rzymianie. Wysoki, muskularny, o mocnych ramionach – właśnie kogoś takiego szukali. Potrzebowali gladiatorów, których najpierw poddawali próbie. Zamykali dziesięciu kandydatów w lochu z lwem. Kto przeżył, tego wysyłali do Rzymu. Dziewięciu zginęło, lecz kiedy przyszła kolej na tego, który leżał teraz obok mnie, lew jedynie zadrapał mu twarz pazurem i padł u jego stóp. Zdechł nagłą śmiercią, powalony w jednej chwili na kamienną posadzkę. Być może zwierz odniósł rany we wcześniejszych pojedynkach, ale ben Szymon oznajmił żołnierzom, że zadał mu śmierć jednym spojrzeniem. Było to tak niewiarygodne, że oniemiali Rzymianie jęli rozprawiać o możliwych przyczynach tego przedziwnego zdarzenia, co umożliwiło ben Szymonowi ucieczkę, choć jego rana nie przestała krwawić.

Przeraził się, że zabił tak piękne zwierzę. Po stokroć wolałby wymordować żołnierzy, gdyż jednym z niedoszłych dziewięciu gladiatorów, którzy stracili życie w tej potyczce, był jego brat.

– W istocie byłem zgorzkniały – wyszeptał mi do ucha, próbując wyjaśnić, czemu lew padł u jego stóp. – Nie smakowałem mu.

Przesunęłam w mroku dłonią po jego twarzy, zastanawiając się, jak to jest stanąć oko w oko z lwem. Może zwierz wyczuł coś w nim – lwa w ciele człowieka. Zapłakałabym nad poniżeniem i cierpieniem, jakich ben Szymon doznał z rąk Rzymian, lecz pustynia pozbawiła mnie łez. Może i ja byłam zgorzkniała.

Tamtej pierwszej nocy nie śpieszył się. Robił mi rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Całował wszędzie i skłonił, bym to samo czyniła jemu. Po chwili jego rozkosz stała się moją. Chciałam, by tulił mnie i pożądał jeszcze bardziej. Kiedy we mnie wszedł, oczy miałam otwarte. Dojrzałam bliznę, którą pozostawił mu lew, i zrozumiałam, że moje sny to opowieść o mym życiu, o tym, co już się w nim zdarzyło i co jeszcze nadejdzie. Ben Szymon był mężem innej, lecz tamtej nocy należał do mnie, był lwem, który – wiedziałam to zawsze – w końcu mnie odnajdzie. Powinnam zachować siebie dla własnego męża, ale pojęłam, że nie zostanę młodą żoną, której bliscy będą chcieli obejrzeć ślady krwi po nocy poślubnej. To ten mężczyzna wyznał mi, że jestem piękna – i to w taki sposób, że mu uwierzyłam.

Gdy minął miesiąc elul, staliśmy się ludźmi pustyni, szczelnie owiniętymi szatami przed słońcem, poszukującymi za dnia czegokolwiek, co dałoby się zjeść. Przestaliśmy czcić święta. Nawet szabat był już dniem jak każdy inny, choć pięknym, świętym i należało go obchodzić radośnie na chwałę Pana. Wszystkie pory dnia stały się białe, jednakowo rozpalone słońcem. Wkrótce jedynie mój ojciec modlił się trzy razy dziennie, lecz i on w końcu zrezygnował i zaczął, tak jak ben Szymon, odmawiać modlitwę tylko raz na dzień, o świcie, z twarzą zwróconą ku Jerozolimie.

Pewnego popołudnia do ben Szymona uśmiechnęło się szczęście, gdyż udało mu się schwytać młodą kozę. Kiedy przyprowadził ją do obozowiska, natychmiast podeszła do mnie, więc mi ją podarował. Od razu się do mnie przywiązała: dopominała się o pieszczoty i podążała za mną krok w krok. Tak mi to schlebiało, że nie mogłam się przemóc, by oddać ją tej, której się słusznie należała. Sija była żoną ben Szymona i była ode mnie starsza, jednak gdy próbowała przywołać kozę, machając do niej, ta nie podchodziła, tylko się płoszyła i uciekała.

Trzymałam ją uwiązaną na powrozie. Dawała nam mleko, z którego przyrządzałam jogurt, zwany przez nas lebben, a przez innych homes. Odciskałam twaróg przez chustę. Powstawała z tego maślana chema, którą jedliśmy, nim zrobiłam z niej ser. W tych okolicznościach ta prosta strawa jawiła się nam jako prawdziwy smakołyk. Wykopałam dołek w piasku w ocienionym miejscu, gdzie rosła pojedyncza wiekowa oliwka, skarłowaciała, bo bezustannie chłostana przez wiatr. Dokopałam się do błota, z którego odcedziłam trochę mętnej, słonawej wody. Wtedy mogłam się zabrać do robienia sera, haris halab, zawijając całość w płótno, by mieszanka stwardniała i była gotowa do jedzenia. Im więcej potraw z koziego mleka pojawiało się w naszych posiłkach, tym bardziej Sija cierpiała i zżerała ją zazdrość. Któregoś dnia pochyliła się nad kozą i starała się ją nakłonić, by wybrała sobie nową panią, jednak zwierzę czmychnęło i przybiegło do mnie. Zaczęłam się wówczas zastanawiać, czy Sija już wie. Przesłaniała oczy, lecz później usłyszałam jej szloch. Na pustyni, gdzie było zbyt sucho na łzy, wciąż potrafiła zapłakać.

Miałam już wtedy niezliczone nacięcia na nodze. Blizny przecinały się, pokrywając całą skórę. Napotkaliśmy po drodze kilku wędrowców i za każdym razem próbowaliśmy dobić z nimi targu. Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość – skórzany baniak na wodę mojego ojca, ślubne bransoletki Sii – wymieniliśmy na sól i kminek. Raz udało się nam kupić kilka wychudzonych kurcząt. Urządziliśmy sobie wówczas królewską ucztę, lecz na koniec zostały tylko nóżki i kości. To skromne pożywienie musiało nam później wystarczyć na bardzo długo. Chodziliśmy głodni, a głód sprawiał, że staliśmy się lekkomyślni. Mieliśmy tak niewiele, że właściwie nic nie łączyło nas z tym światem, oprócz więzów, które łączyły nas ze sobą.

Kiedy nadszedł mój czas i zaczęłam krwawić, oderwałam rąbek tuniki i wcisnęłam go sobie między nogi. Nic innego nie miałam. Przemieniliśmy się w dzikusów, byliśmy jak barbarzyńskie plemiona zamieszkujące pustynię i przestrzegające jej bezlitosnych praw. Przetrwaj, jeśli zdołasz, lub zostań ze starcami i chorymi jako ofiara dla polujących nocą drapieżników. Obwiązałam głowę podarowaną mi przez brata błękitną chustą, choć błękit był kolorem młodych żon, które znaleźliśmy martwe na pustkowiu. Cały nasz dobytek nieśliśmy na plecach. Przyświecało nam jedynie jasne światło Wszechmogącego. Przeżyliśmy, bo na to zezwolił. Każde nasze tchnienie należało do Pana, który dał nam jeszcze jeden dzień na ziemi.

Teraz, za każdym razem, gdy zbliżałam się podczas marszu do Sii, ta przyspieszała kroku. Nasza bliskość obróciła się w pył. Kiedy wspólnie gotowałyśmy, nie odzywała się do mnie. Czasami, będąc obok, zachowywała się niepewnie. Raz, poirytowana, oparzyła się w rękę, dotknąwszy stojącej na ogniu formy. Kiedy po rozbiciu kolejnego obozowiska natrafiłyśmy na płytką sadzawkę, zaproponowałam, żebyśmy się w niej wykąpały. Odrzekła, że wykąpie się sama, ale w końcu tego nie zrobiła. Przyglądała mi się za to z wyrzutem zza skał, bo moje młode ciało było dla niej niczym obelga. Słyszałam, jak płacze. Też bym zapłakała, gdybym jeszcze umiała, ale poprzysięgłam sobie dawno temu w domu swojego ojca w Jerozolimie, że nigdy więcej nie uronię łzy. Wkrótce koza stała się moją jedyną towarzyszką. Przemawiałam do niej, lecz przypomniałam sobie, że ponoć robią to tylko czarownice, więc zaczęłam szeptać, żeby nikt nie usłyszał.

*

Kiedy wreszcie trafiliśmy do miejsca, gdzie mogliśmy pozostać dłużej, bo rosły tam kępy mięty, a w pobliskim wąwozie żółte cebule, wdrapałam się do położonej wyżej groty skalnej, by w samotności przeczekać czas krwawienia, podczas którego kobieta była uznawana za nieczystą, nida, i musiała na siedem dni odłączyć się od innych. Nawet pojedyncza kropla krwi zmuszała niewiastę do porzucenia świata mężczyzn, póki nie obmyła się w mykwie, łaźni z czystą wodą płynącą wprost od Boga.

Odizolowałam się, gdyż tak nakazywało odwieczne prawo, ale istniał także inny powód. Nie mogłam sypiać w tej samej izbie co Sija. Wyobrażałam sobie, jak leży w ciemnościach, kiedy jej mąż przychodzi do mnie, teraz już natarczywy, jakby żądał czegoś, co mu się należy. Zastanawiałam się, czy zatyka sobie uszy, czy – co gorsza – podsłuchuje. Odizolowałam się, żeby umknąć przed jej dociekliwym wzrokiem. W istocie wolałam być sama. Dla ochłody nacierałam skórę błotem. Rozplotłam włosy. Na grani, w miejscu, gdzie obecnie sypiałam, gwiazdy świeciły jaśniej, rozpraszając mrok. Widywałam kobiety podążające za nomadami, drugie i trzecie żony, którym nie wolno było wędrować w towarzystwie innych kobiet. One też nacierały ciała błotem. Choć kroczyły w poniżeniu, były jeszcze piękniejsze niż pierwsze żony, ze skórą białą, żółtą i rdzawą od błota i rozpuszczonymi włosami opadającymi im na plecy niczym woda. Wydawały się dziwnie dumne, bowiem jeśli nie było niczego, co mogło ugasić męskie pragnienie, miały do zaoferowania przynajmniej to – swoje ciała i dusze.

Uczciliśmy święto nowiu księżyca, Rosz Chodesz, wyznaczające początek miesiąca tiszri. „Błogosławiony niech będzie Ten, który przemówił i wszystko powstało”. Każdy miesiąc rozpoczynał się, jak napisano w pierwszych słowach Tory, nowym życiem, które wieściło pojawienie się księżyca. Wędrowaliśmy już prawie pięćdziesiąt dni, wystrzegając się Rzymian. W Dniu Pojednania poczułam wyrzuty sumienia, gdy z przerażeniem uświadomiłam sobie, że Bóg wie o mych nocnych uczynkach. Ukradłam komuś coś, co do mnie nie należało, jak zwykła złodziejka, jak morderczyni, za jaką miał mnie mój ojciec. Rzadko ze sobą obcowaliśmy, choć często przebywaliśmy razem na ograniczonej przestrzeni i wspólnie jadaliśmy posiłki. Zwykle odwracaliśmy się do siebie plecami. Ojciec spożywał strawę, jaką przed nim stawiałam, lecz jestem pewna, że uznawał ją za nieczystą. Słyszałam, jak odmawia nad miską modlitwę, niczym człowiek, który pragnie odgonić demony.

– Myślisz, że mogłabym cię zabić od wewnątrz? – spytałam go buńczucznie pewnego razu, gdy mamrotał nad warzywami, które mu ugotowałam.

Posłał mi złe spojrzenie. Siedział zgarbiony, nagle przemieniony w kruchego starca. Pierwszy raz zobaczyłam, kim jest naprawdę, mimo szaty zapewniającej niewidzialność. Poczułam, że jest przybity, i dotarło do mnie, że szepcze modlitwę za zmarłych: „Błogosławiony jesteś Panie nasz, Boże i Królu wszechświata”. Odkąd się urodziłam, pozostawał w żałobie, wciąż opłakując moją matkę. Niespodziewanie zrobiło mi się wstyd. Nieważne, jak był okrutny, był moim ojcem, a ja nie okazywałam mu szacunku.

Obchodziliśmy na chwałę Pana Święto Namiotów. Mężczyźni modlili się, lecz nie mieliśmy winogron ani czerwonych granatów, których sok spływałby nam z ust po ramionach, zatem dzień ten prawie nie różnił się od pozostałych. Niedługo potem zaczęła się zmieniać pogoda. Wreszcie pojawiły się ptaki. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak cichy był świat w miesiącach wielkiego upału, póki nie dojrzałam przelatujących nad nami stad. Przemierzały ten szlak, by spędzić zimę na południu, gdzie noce nie są tak mroczne i zimne. Niebo wypełniły sznury skowronków i szkarłatnych dziwonii. Były też trznadle, turkawki, turkusowe kraski, połyskliwe ibisy, a także całe kolonie cudownych, nawołujących się nawet nocą żółto-turkusowych żółn. Szybowała nad nami paleta barw, sunąc na południe w poszukiwaniu trawy. Niekiedy ptaki te były niczym chmury na horyzoncie, a innym razem przesłaniały całe niebo. Widok tych żywych, wibrujących stworzeń we wszystkich odcieniach czerwieni i błękitu nad białą pustynią był jak cud. Już nie odliczałam dni swego życia z żalem, lecz z radością.

Mimo że byłam nieczysta i odizolowałam się od pozostałych, a Sija mogła w każdej chwili obudzić się w ciemnościach, by stwierdzić, że jej mąż zniknął, ben Szymon wciąż do mnie przychodził. Prawo nakazywało, by – jak napisano w Trzeciej Księdze Mojżeszowej – mężczyźni wystrzegali się kobiet, kiedy co miesiąc krwawią, jednak na pustyni złamaliśmy wszelkie prawa. Zaczęło się to od nacinania skóry na nodze, pierwszej zasady, jaką naruszyłam. Nie miałam matki, która przemówiłaby mi do rozsądku, lecz, prawdę powiedziawszy, i tak bym jej nie posłuchała. Jedno wykroczenie prowadziło do następnego. Ben Szymon również stał się nieczysty, gdyż plamiła go moja krew, tak jak krew Rzymian, gdy ruszył na nich na dziedzińcu Świątyni. Nawykł już do występku. Był jednocześnie czuły i po męsku brutalny. Kiedy kładł się przy mnie, twardy, z dłonią na mym biodrze, nie dostrzegałam w jego oczach poczucia winy. Twierdził, że Bóg odróżnia grzesznika od grzechu i że nasze uczynki pozostają poza Jego osądem.

Gdy do nich schodziłam ze swej jaskini, czułam, że Sija wie, dokąd idzie jej mąż, kiedy zostawia ją śpiącą. Poznawałam to po tym, jak się krzątała bez skargi i krzywiła. Nie mogłam spojrzeć przyjaciółce w oczy. Wszystko, czym byłam kiedyś, zniknęło. Dziewczyna, która ruszyła w stronę oazy w noc spalenia Świątyni, przepadła bez śladu. Ta, która miała popiół w długich rudych włosach i opłakiwała swe miasto i dom, została tam, gdzie rósł cedrat. Klucz, który otworzył przede mną wrota na pustkowie, otworzył też Siję na moją zdradę.

Czułam piach w zębach. Byłam teraz kobietą pustyni, już nie nieśmiałym odmieńcem, dziewczyną z miasta bojącą się skorpionów. Zdziczałam, byłam gotowa zrobić wszystko, by zdobyć to, co zechcę. Tacy rodzili się myśliwi. Czułam w sobie tę dzikość, iskrę woli w mroku, która pozwala przetrwać. Jeśli czegoś chciałam, zdobywałam to. Podkradałam się do wędrownych ptaków i łapałam je w chustę, a czasami gołymi rękami. Byłam przebiegła niczym lwica. Podpatrzyłam, jak czarna pustynna żmija hipnotyzuje wzrokiem ptaka, jak z wolna owija się wokół swej ofiary i na koniec śmiertelnie ją kąsa.

Nasz lud wierzył, że każde stworzenie ma w sobie iskrę, nicoc, coś świętego, i że winniśmy okazywać mu dobroć i współczucie. Wszystkie zwierzęta, tak jak ludzie, chwalą Pana swymi trelami i odgłosami. Zimą poświęcaliśmy jeden szabat ptakom, by się im odwdzięczyć i podkreślić, że to dzięki nim ludzie nauczyli się chwalić Stwórcę pieśnią. Musieliśmy nawet odganiać kury, nim zebraliśmy jajka, żeby nie widziały, co spotyka nienarodzone stworzenia, które miały zostać ich potomstwem. Kiedy zachciało się nam mięsa, należało poderżnąć gardło bydlęcia jednym sprawnym ruchem, aby duch mógł ulecieć miarowym strumieniem światła. Nie wolno nam było spożywać krwi pod żadną postacią. Musiała ściec z szyi ofiary, by powrócić do ziemi, z której przyszła.

Widziałam jednak śmierć na pustyni, gdy żmija czyhająca w cieniu skał zdobywała pokarm – i wyciągnęłam z tego wnioski. Skręcałam ptakom karki, ale błyskawicznie i zawsze odmawiając modlitwę. Później kładłam truchło tych bezbronnych stworzeń na kolanach, oskubywałam z pierza i zapominałam, że odebrałam życie tak cudnym istotom. Do czego nie byłabym zdolna? Jakiego potwornego okrucieństwa bym się nie dopuściła? W jaskini wyrosły mi kły i szpony. Mój ojciec przepowiadał, że właśnie to stanie się z nami na pustyni. Zuchwałość sprawiła, że już nie zważałam na to, że ktoś podsłucha nas nocą. Było mi wszystko jedno, czy Sija ma opuchnięte oczy i czy ojciec splunie na mój widok, by chronić samego siebie, bo najwyraźniej dojrzał we mnie zło i bał się, że sprowadzę na niego klątwę. Niech myślą, że słyszeli lwy, które zeszły z górskiego matecznika i hałasowały jak wściekłe nocą. Sija nic dla mnie nie znaczyła. Jej dzieci nie były moimi. Przetrwanie zależało od mocnych ścięgien, mięśni i bezwzględnej siły woli. Miałam to wszystko. Przestałam sypiać w namiocie, pozostałam w jaskini.

Nastał, zwany przez niektórych ciężkim, miesiąc cheszwan, czas Noego, kiedy ziemia tonie w deszczu, tak jak ja tonęłam w miłości. Pozwoliłam ben Szymonowi oglądać moją nagość, stojąc na skałach nad grotą. Pozwoliłam, żeby mnie tam posiadł na oczach jastrzębi, Pana wszelkich stworzeń i własnej żony, gdyby odważyła się spojrzeć na moją ulubioną grań. Mój kochanek nie zapuścił się dalej, do jaskini, dając mi do zrozumienia, że to ja muszę zgrzeszyć. Każdy mężczyzna miewa złe pokusy – nie byłby nim, gdyby nie rozsadzała go żądza – lecz kobieta, która mdleje na myśl o upodleniu, zostanie surowo osądzona, gdyż, jako córka Ewy, powieli pierwszy grzech w raju, łamiąc boskie przykazania dla własnej rozkoszy. Pogodziłam się z tym. Już byłam przestępczynią, morderczynią własnej matki. W obliczu tamtej zbrodni moja chuć była niczym.