Golden Hill - Francis Spufford - ebook + książka

Golden Hill ebook

Francis Spufford

3,5

Opis

Najlepsza XVIII-wieczna powieść od XVIII wieku. Frances Stonor Saunders, BBC Radio 4

 

Pewnego listopadowego wieczora, zmęczony tygodniami morskiej podróży, Richard Smith wreszcie czuje upragniony grunt pod stopami, które poniosły go do kantoru przy ulicy Golden Hill. Wszystko przez weksel na zawrotną kwotę tysiąca funtów.

 

Jego posiadacz niechętnie mówi o swojej profesji. Chętnie za to korzysta z uroków życia młodego i tajemniczego awanturnika. Co w mig wyczuwają córki właściciela kantoru. Szarmancki, ale bezczelny, o iskrzącym się wzroku, szybko zdobywa rozgłos, a Nowy Jork, który w XVIII wieku nie był jeszcze metropolią, huczy od plotek.

 

Powieść Francisa Spufforda, zarówno dzięki fabule, jak i językowi, pozwala nam cofnąć się w przeszłość.  Do czasów pełnych przygód, awantur i odkrywania nieznanego. Do czasów wielkich opowieści i wielkich miłości. Do czasów, kiedy wszystko było możliwe.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (14 ocen)
3
3
6
2
0

Popularność




Tytuł ‌oryginału: Golden ‌Hill

Copyright © ‌Francis Spufford, 2016

Copyright ‌© Wydawnictwo ‌Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright ‌© for the ‌Polish translation by Wydawnictwo ‌Poznańskie sp. z o.o., ‌2018

First ‌published ‌in 2016 ‌by ‌Faber & ‌Faber ‌Limited

All rights ‌reserved

Redaktor ‌prowadzący: ‌Szymon Langowski

Redakcja: Karolina ‌Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Skład ‌i łamanie: Stanisław Tuchołka ‌| panbook.pl

Projekt ‌okładki i stron tytułowych: Ula ‌Pągowska

Konwersja publikacji do wersji ‌elektronicznej: Dariusz ‌Nowacki

Zezwalamy na ‌udostępnianie ‌okładki ‌książkiw internecie.

Wydanie ‌elektroniczne 2018

ISBN978-83-7976-884-4

WydawnictwoPoznańskie ‌sp.z o.o.

ul. Fredry 8, ‌61-701 ‌Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 ‌853-80-75

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

Dla Stelli

Poradził ‌mi, abym powściągnął ‌swe ‌buntownicze nawyki, którem chłonął ‌między Anglikami słynącymi na ‌całej ziemi z warcholstwa ‌wobec ich ‌królów.

TOBIAS SMOLLETT, The Adventures ‌of ‌Roderick Random (1748)

1

Dzień ‌Wszystkich Świętych

1szy listopada

Dwudziesty rok ‌panowania ‌

JKMości Jerzego II

1746

I

Bryg ‌„Henrietta” minął Sandy Hook ‌tuż przed ‌porą obiadową, ‌by ‌– przecisnąwszy ‌się około trzeciej ‌przez Cieśniny – wpłynąć ‌majestatycznie ‌na szarą powłokę nowojorskiego ‌portu ‌i klucząc po niej to ‌w tę, to ‌we w tę, ‌zgubić rachubę bezliku nikłych ‌halsów, ‌które przywiodły ‌pana Smitha, przestępującego na ‌pokładzie ‌z nogi na ‌nogę, ‌do przekonania, że mizerny ‌zarys ‌czekającego w oddali miasta ‌będzie kołysać się wiecznie ‌w ponurej ‌mgle listopada i, ku złośliwej ‌uciesze Zenona z Elei, ‌nie przybliży się ‌nigdy ‌– ‌światło ‌dnia jęło rozpływać się w zmierzchu, gdy ostatecznie „Henrietta” zakotwiczyła przy Tietjes Slip i już tylko sto stóp wody dzieliło go od prawdziwych wzgórz prawdziwej miejskiej zabudowy – a zmierzch zapadał tak wilgotny, tak chłodny i tak gęsty, na jaki mógł sobie pozwolić tylko listopad: świat wyglądał jak przesączona mżawką karta szarego papieru, gotowa w każdej chwili rozpuścić się w mokrą papkę – co biorąc pod uwagę, kapitan żaglowca podjął się szlachetnego wysiłku namówienia pana Smitha, aby jeszcze tę jedną noc przepędził na pokładzie i dopiero o poranku pośpieszył na ląd załatwiać interesy. (Propozycja ta miała być wyrazem uznania, jako że pan Smith okazał się miłym kompanem powolnych tygodni podróży). Wszakże Smith odmówił w ukłonach i uśmiechach, nie pragnął bowiem niczego ponad to, aby przewieziono go szalupą na nabrzeże. W istocie, gdy tylko poczuł pod podeszwą płaskość bruku, osiągnął – mimo że ląd zakołysał się pod jego stopami – tempo tak zawrotne, że znacznie wyprzedził marynarza wybranego do dźwigania jego kufra, musiał więc cofnąć się, aby ponieść sakwojaż, bez zastanowienia zarzucić go na własne ramię i pogalopować dalej, ślizgając się na rybich wnętrznościach, liściach rzepy, kocich flakach i innych wymiocinach portu, pytając to tu, to tam o drogę, by wreszcie na kształt promiennego huraganu stanąć w otwartych własnym barkiem drzwiach – tuż przed samym ich zaryglowaniem – kantoru firmy Lovell i Spółka przy ulicy Golden Hill, gdzie zrzucił ciężar z pleców i – choć kanceliści akurat zapalali lampy, a zegar ścienny pokazywał minutę do piątej – bardzo grzecznie zażądał natychmiastowej rozmowy z panem Lovellem we własnej osobie.

– Ja jestem Lovell – przedstawił się kupiec, podnosząc się z miejsca przy kominku.

Wyglądał – aby zaspokoić ciekawość pierwszego rzutu okiem – tak: był pięćdziesięciolatkiem postury skromnej, lecz twarzy obwisłej i nieforemnej, jakby Matka Natura wygniotła ją pięścią w glinie; z chytrymi, niespokojnymi oczkami, odziany w brąz i pożółkłą od tytoniu perukę.

– Pomóc w czymś?

– Dzień dobry – odrzekł pan Smith – bo zaiste dzień to dobry, wbrew deszczom i wichrom. I ciemnościom, że oko wykol. Racz wybaczyć, panie, że nogi chwieją się pod podróżnym, alem właśnie przybył z daleka. Mam zaszczyt przedłożyć ten oto weksel, wystawiony na pańskie nazwisko przez jego londyńskich wspólników, wielmożnych Banyarda i Hythe’a, upraszając o możliwość jak najszybszej jego kasacji.

– Do jutra nie może poczekać? – spytał Lovell. – Zamykamy już kantor. Przyjdź pan jutro o dziewiątej, żeby napełnić sakiewkę. Chyba że kwota jest wyższa niż dziesięć funtów szterlingów, wówczas musisz pan, za pozwoleniem, poczekać z tydzień, gdyż gotówka, panie, piechotą nie chodzi.

– W rzeczy samej – odezwał się pan Smith. – Chodzi o wyższą kwotę. Znacznie wyższą. Przychodzę do was w gorączce, prosto, by tak rzec, z zimnego morza, cały w soli i brudny jak pies po kąpieli w kaczym dole, lecz nie po gotówkę, ale po to, aby wyświadczyć ci, panie, przysługę, uwiadamiając go z długim wyprzedzeniem.

I wręczył mu pugilares, w którym po otwarciu ukazała się papierowa koperta opieczętowana wyraźnie czarnym woskiem z monogramem „BH”. Lovell przełamał pieczęć, jego brwi uniosły się lekko. Gdy czytał, wznosiły się coraz wyżej.

– Panie, zmiłuj się nad nami – westchnął. – Toż to weksel na tysiąc funtów!

– Zaiste, panie – odrzekł pan Smith. – Tysiąc funtów szterlingów, a właściwie, jak napisano, tysiąc siedemset trzydzieści osiem funtów, piętnaście szylingów i cztery pensy, w tutejszej monecie. Pozwolisz pan, że usiądę?

Lovell zignorował pytanie.

– Jem – rzucił do pomocnika – przysuń no bliżej światło.

Kancelista wstawił jedną z zapalonych właśnie świec do komina lampy, a Lovell przysunął kartkę bliżej gorącego klosza – tak blisko, że Smith aż się poderwał, żeby odsunąć papier, ale Lovell powstrzymał go, gwałtownie prostując ramię; dokumentu jednak nie przypalił, pochylił go tylko tak, aby płomień świecy podświetlił papier i odsłonił linie znaku wodnego układające się w postać syreny.

– Papier jest w porządku – mruknął kancelista.

– Pismo też – orzekł Lovell. – Powiedziałbym, że wygląda na sporządzone ręką samego Benjamina Banyarda.

– Ma się rozumieć – odpowiedział pan Smith. – Choć gdy ów siedział w kantorze przy Mincing Lane i wypisywał ten weksel, nazywał się Barnaby Banyard. Chyba nie sądzicie, panowie, że znalazłem go na rogu ulicy?

Lovell spojrzał na niego chytrze, mierząc strój, dłonie, oblicze i ważąc słowa, które właśnie wybrzmiały, i nie znalazł niczego, co pozwoliłoby mu zamknąć raz na zawsze tę kwestię.

– Na mój rozum – odrzekł – to niewykluczone. Ale ciebie nie znam, panie. Co to właściwie jest za weksel? I kim pan jesteś?

– Ten weksel jest tym, panie, na co wygląda. Tak jak i ja jestem tym, na kogo wyglądam. To papier wart tysiąc funtów oraz podróżnik, który jest jego posiadaczem.

– Albo też świstek, którym można sobie podetrzeć tyłek, i kłamliwy łotr. Musisz się pan bardziej postarać. Od dwudziestu lat prowadzę interesy z Banyardem i od dwudziestu lat rozliczam z nimi rachunki za handel cukrem z Kingston. Ale coś takiego nie zdarzyło się nigdy, nikt nigdy nie przysyłał mi tu ni stąd, ni zowąd zza morza weksli i nie żądał, żeby wypłacić pieniądze za cały sezon handlowy na raz, i to bez słowa wyjaśnienia czy uprzedzenia, czy choćby bez pocałuj mnie gdzieś. Więc pytam się raz jeszcze: kim pan jesteś? I czym się pan zajmujesz?

– Cóż, mówiąc najogólniej, panie Lovell, nabywaniem i sprzedawaniem. Podróżowaniem po świecie w jedną i w drugą stronę. Wypatrywaniem okazji, z których można skorzystać, a na które potrzeba właśnie tysiąca funtów. A mówiąc ściślej, panie Lovell: mam zajęcie, o którym mówić mi nie wolno. Poufne zajęcie.

– Wredny szczeniaku, chcesz mnie wywieść w pole sfałszowanym pismem! Mów, jak jest, albo wrzucę twój bezcenny papier w ogień!

– Tego pan nie zrobisz – oznajmił Smith.

– Doprawdy? A przed chwilą aż podskoczyłeś, gdy przysunąłem kartkę do lampy. Mów albo spalę ten świstek.

– I swoje dobre imię razem z nim. Panie Lovell, sprawa w istocie jest prosta: wypytałem na Giełdzie o zamożnych londyńskich kupców powiązanych z tutejszymi solidnymi handlowcami i wówczas wypłynęło wasze nazwisko w godnej szacunku spółce z Banyardem, który wystawił weksel.

– Nigdy wcześniej tego nie robił.

– Tym razem zrobił. I zapewnił, że pan się do tego nadajesz. Miło było mi to słyszeć, gdyż poręczyłem za ten weksel w złocie.

– W złocie – powtórzył obojętnie Lovell. I odczytał głośno: – „W ciągu dni sześćdziesięciu skasować należy na ręce pana Richarda Smitha nasz drugi weksel za otrzymane mienie…”. Więc mówisz pan, że zapłaciłeś bitą monetą?

– Owszem.

– Własną czy powierzoną? Jako pośrednik czy mocodawca? Spłacając stare długi czy zaciągając nowe? Żeby to ulokować czy przepuścić na falbanki i fintifluszki?

– Po prostu złotem, panie. Które mówi dość wyraźnie samo za siebie.

– Gdyż, bez wątpienia, nie chciałeś się pan kłopotać przewożeniem takiego worka złota przez ocean.

– W rzeczy samej.

– Albo też w nadziei, że na drugim brzegu znajdziesz pan głupca, który na twoje żądanie zamieni papier na złoto.

– Nigdy nie słyszałem, żeby nowojorczycy pozwalali się łatwo oszwabiać – oznajmił pan Smith.

– Bo i nie pozwalamy, panie – odrzekł Lovell. – Nie pozwalamy. – Zabębnił palcami. – I bywamy podejrzliwi zwłaszcza wtedy, gdy ktoś niczego nie wyjaśnia wprost. Wybacz pan, że mówię bez ogródek. Ale zazwyczaj mówię, co myślę, a w twojej sprawie, panie, nie wiem, co myśleć; nie wiem, jak cię traktować, a pan robisz wszystko, żeby pogłębić me rozterki, w czym trudno mi dostrzec ślad dobrego wychowania, a zwłaszcza uczciwych zamiarów, bo jesteś pan, rzec muszę, hołysz, który pojawia się i żąda wypłacenia niewiarygodnej fortuny bez żadnego zabezpieczenia.

– Ze zwykłym zabezpieczeniem legalnego weksla – sprzeciwił się Smith.

– Sam pan widzisz – odrzekł Lovell. – Śmiechu warte. Handel to zaufanie, panie. Handel to dwie potrzeby razem, panie. Handel to podanie dłoni, gdy ktoś wyciągnął do nas dłoń, a przecież gdy nazwałem cię kłamliwym łotrem, pan żeś się nie oburzył, co byłoby naturalne na takie oskarżenie, nie nazwałeś mnie draniem z powodu mych wątpliwości.

– Zaiste – odpowiedział dobrodusznie Smith. – Bo masz pan, oczywista, rację. Nie znasz mnie pan, więc w mądrości swej jesteś podejrzliwy, gdyż równie dobrze mogę być pozłoconym bon tonemhołyszem, co patentowanym osłem udającym napuszonego księdza.

Lovell zmrużył oczy. W głosie Smitha zabrzmiała mroczna, schrypnięta nuta, niepozwalająca zgadnąć, czy człowiek ten właśnie przywdział, czy też zdjął z twarzy maskę.

– Oto cudowna moc, jaką posiada obcy – podjął Smith dawnym, miłym głosem. – Kiedy zszedłem na ląd, poczułem się, jakbym urodził się na nowo. Stoi przed panem całkiem nowy, nowo narodzony człowiek. Nie mam tu żadnej przeszłości ani tożsamości: jestem tym, kim się dopiero stanę. Ale weksel, drogi panie, jest prawdziwy. W jaki sposób mógłbym cię o tym upewnić?

– Masz pan najdziwaczniejszy sposób pozyskiwania zaufania – odpowiedział Lovell, wpatrując się w przybysza. – Powiedz mi pan zatem, dlaczego nie dostałem żadnego pisma, niczego, co uprzedziłoby tę niespodziankę. Każdy oczekiwałby jakiegoś wyjaśnienia czy pouczenia.

– Może je wyprzedziłem.

– Może. Przypuszczam wszakże, iż powstrzymam się z decyzją, póki nie dowiem się czegoś więcej niż „może”.

– Ma się rozumieć – oznajmił pan Smith. – Nic bardziej naturalnego, skoro równie dobrze mogę być złoczyńcą.

– Znów pan nie wykluczasz tej możliwości – zauważył Lovell.

– Nazywam tylko wprost trudności, jakie przed panem stoją. Czy ufałbyś mi pan bardziej, gdybyśmy udali, że co innego jest na rzeczy?

– Być może – przyznał Lovell. – Bardzo być może. Uczciwy człowiek podjąłby trud odsunięcia od siebie najlżejszego cienia podejrzeń. A wy, panie Smith, zdaje się, do nich zachęcacie. Lecz ja nie mogę tego przyjąć jakby nigdy nic, prawda? Moje nazwisko cieszy się renomą i uznaniem. Czy pan wiesz, co się może stać, jeśli podpiszę weksel na ten pański tajemny, szemrany, śmiechu warty i ze wszech miar niepewny interes? A pan odsprzedasz go za niższą cenę któremuś z mych dobrych sąsiadów, żeby jak najszybciej dostać pieniążki do ręki, na czym panu bez wątpienia zależy? Wówczas przez kolejnych sześćdziesiąt dni po całej wyspie bez najmniejszej poufności będzie krążył papier dłużny z moim nazwiskiem, narażając na diabelski szwank moje dobre imię i kredyt akurat na przełomie sezonów handlowych. Wszyscy się o tym dowiedzą, wszyscy będą wiedzieli, że mogę być ponaglony na tysiąc funtów, i każdy będzie się zastanawiał, czy to nie on powinien ponaglić mnie jako pierwszy.

– Ale ja nie odsprzedam weksla.

– Że co?

– Nie odsprzedam go. Mogę poczekać. Nie śpieszy się. Nie mam żadnej palącej finansowej potrzeby. Weksel, tak napisano, ma być skasowany w ciągu sześćdziesięciu dni i sześćdziesiąt dni całkowicie mi odpowiada. Zatrzymaj pan weksel, miej go pan na oku, żeby nigdzie nie wywędrował.

– O ile go przyjmę, rzecz jasna.

– Tak, o ile go pan przyjmiesz.

– A jeśli nie?

– Cóż, jeśli pan oprotestujesz weksel, będę bohaterem najkrótszej eskapady do kolonii, o jakiej kiedykolwiek słyszano. Wyjdę stąd, wrócę wzdłuż nabrzeża do portu, a gdy „Henrietta”zapełni luki, popłynę z powrotem do kraju i obciążę kosztami Banyarda.

– Nie oprotestuję – odrzekł powoli Lovell. – Ale też nie przyjmę. Tu stoi napisane tak: „nasz drugi weksel”, a o pierwszym i trzecim ani widu, ani słychu. Jakimi statkami, wedle pana, przypłyną?

– „Sansom’s Venture”i „Antelope” – odpowiedział pan Smith.

– Doskonale – odrzekł Lovell. – Zatem zrobimy tak. Poczekamy sobie i sprawdzimy, a jak przypłyną pozostałe dwa, stwierdzę, że przyjąłem weksel z dzisiejszą datą. Pan będziesz miał swoje sześćdziesiąt dni, a przy odrobinie szczęścia dostaniesz pan pieniądze przed początkiem kwartału. Jeśli wszakże papiery się nie pojawią, klnę się, żeś pan łotr, któregoś umyślił udawać, a ja osobiście postawię go przed sądem za samozwaństwo. Co pan powiesz na to?

– Widzę w tej logice pewne niedostatki – odparł pan Smith – ale coś się panu należy za to samozwaństwo. Zatem znakomicie: umowa stoi.

– Umowa stoi – powtórzył Lovell. – Jem, opisz ten dokument z datą, jeśli łaska. I dodaj do tego memorandum naszej umowy. Sporządź też pismo z żądaniem wyjaśnień, które sami wyślemy do Banyarda pierwszym statkiem. A potem schowaj to wszystko w sejfie, przyda się, jak mniemam, jako dowód przed ławą przysięgłych. A teraz, panie, pozwolisz, że go… – Lovell przerwał, bo Smith zaczął obmacywać kieszenie swego okrycia. – Czyżby coś jeszcze? – spytał z naciskiem.

– O, właśnie – odrzekł Smith, wyciągając sakiewkę. – Powiedziano mi, że powinienem wymienić gwinee na drobne. Czy mógłbyś pan wypłacić mi równowartość tego w monecie używanej w mieście?

Lovell popatrzył na cztery złote głowy króla połyskujące na dłoni Smitha.

– Z mosiądzu? – spytał jakiś kancelista, szczerząc zęby.

– Nie, nie są z mosiądzu – odrzekł Lovell. – Używaj oczu, a nie gęby. Czemu w ogóle…? – zwrócił się do Smitha. – Nieważne zresztą. Nieważne. Tak, myślę, że mogę panu służyć. Jem, wyjmij wagę i sprawdź je.

– Pełna próba – zameldował kancelista.

– Tak przypuszczałem – odpowiedział Lovell. – Uczę się pańskiego poczucia humoru, panie Smith. No dobrze, zastanówmy się. Nie mamy tu za wiele londyńskiego złota, nurt płynie, by tak rzec, w przeciwną stronę. Złote oblicza ukazują nam tu portugalskie moidory, a przeważnie reale. Wnoszę z tego, że mogę mu zaoferować sto osiemdziesiąt per centum za głowę, w nowojorskiej monecie. Co za cztery gwinee daje…

– Sto pięćdziesiąt jeden szylingów, dwa i pół pensa.

– Liczydło masz pan w głowie, nieprawdaż? Pierwszorzędny rachmistrz. Obawiam się wszakże, iż niewiele z tego dostaniesz pan w monecie, gdyż, jak wspomniałem na samym początku, w obiegu mamy aktualnie mało kruszcu.

Lovell otworzył kasetkę noszonym przy łańcuszku zegarka kluczykiem i wygarnął z niej srebro – starte, wytarte i poobijane w bitwach obiegu – a następnie ułożył je w niewielką kupkę przed panem Smithem.

– Meksykański talar przeliczany na osiem szylingów i cztery pensy. Cztery monety i połówka. Dwa portugalskie cruzeira, trzy nowojorskie szylingi. Dwa grajcary z Nadrenii. Jeden duński. Pięć su. I jakaś mauretańska moneta, nieczytelna, ale waży tyle co czternaście pensów, z próbą, więc umówmy się, że to dwa szylingi sześćdziesiąt na tutejsze. W sumie dwadzieścia jeden szylingów i cztery pensy. Zostaje sto dwadzieścia dziewięć szylingów, dziesięć i pół pensa, które należy wystawić w bankowych notach.

I zgodnie z zapowiedzią Lovell zaczął przeliczać stos leżących obok srebrnych monet pogniecionych i pomiętych druczków, z których część miała czarne litery, część czerwone, a część brązowe, jak stroniczki ze zniszczonego modlitewnika, choć różnych rozmiarów i kształtów, niektóre wiotkie i naddarte, niektóre śliskie od tłuszczu, niektóre tylko pomazane farbą drukarską albo odbitką herbowych pieczęci, wielorybich wodotrysków, spadających gwiazd, piór, liści, Hotentotów; przekładanych z błyskawiczną wprawą hazardzisty końcówkami palców, poślinionymi dla lepszego przekładania arkusików.

– Chwileczkę – przerwał mu pan Smith. – A co to?

– Nie widzieliście naszych pieniędzy, panie? – spytał kancelista. – Nie powiedzieli wam, że po tej stronie oceanu używamy bankowych not, bo trudno tu o bilon?

– Nie – odpowiedział Smith.

Stos rósł.

– Cztery pensy z Connecticut, ośmiopensówka z Rhode Island – mruczał Lovell. – Dwa szylingi z Rhode Island, osiem pensów z Jersey, jeden szyling z Jersey, osiemnaście pensów filadelfijskich, szyling z Marylandu… – Dotarł do dna szkatułki. – Wybacz pan, ale po resztę muszę pójść na górę do sekretarzyka. Rzadko się zdarza, aby ktoś wymieniał tyle pieniędzy na raz. Jem, możesz zacząć zamykać, Izajasz, przestań się gapić i zacznij zamiatać, a pan pozwól teraz za mną. I weź pan, na litość boską, wszystkie te trofea, żebyśmy nie pomylili się w rachubach.

– O, widzę, że chcesz mi pan odpłacić złośliwością za me uszczypliwości – odrzekł pan Smith z dwoma garściami pełnymi podejrzanej, szeleszczącej waluty.

– Pięknym za nadobne – mruknął Lovell. – Tędy proszę.

Powiódł go przez drzwi w boazerii i Smith znalazł się w korytarzu. Rzut oka wystarczył, by rozpoznał w nim przejście do prywatnej rezydencji kupca, gdyż korytarz dochodził prostopadle do kolejnych drzwi wejściowych, przez które sączyło się nikłe wspomnienie dziennego światła, a podczas gdy kantor pachniał atramentem, dymem, węglem i męskim potem, tu unosiły się inne zapachy: wywoskowanego drewna, kolacji, wody różanej i herbaty, zapewniające jednako kobiety i mężczyzn o zasobności tego domu. W końcu korytarza spirala schodów wspinała się ostro w górę, ginąc w mroku. Przy każdym zakręcie stopnie mijały okna, ale ponieważ wychodziły one na wschód, przez szyby widać było niewiele, zaledwie ciemny zarys linii dachów i kominów na tle skrawka nieba, jaśniejszego zaledwie o ton. Zabłąkane błyski światła znaczyły wypolerowaną poręcz i tralki balustrady; ramy obrazów układały w ciemności złociste prostokątne powidoki lśniących cieni, zbyt niewyraźnych, by je rozpoznać, jakby Lovell w jakiś tajemny sposób zebrał i utopił w klatce schodowej odległe konstelacje. Skoro znaleźli się w domu Lovella, można by oczekiwać, że ten zdejmie z ramion ciężar kupieckiej powagi i przywdzieje szatę domowej lekkości, jednak gdy weszli na pierwszy stopień, gospodarz przystanął na chwilę, a Smith ujrzał, że kupiec przygarbił się nieco, jakby pod jakimś ciężarem – być może tysiącfuntowej myśli – więc gość spodziewał się powolnej, zadyszanej wspinaczki. Tymczasem po chwili Lovell ruszył w górę ciasnej klatki schodowej zręcznie niczym małpa. Wspinał się lotem błyskawicy, jakby po pniu dobrze znanego drzewa, i to Smith z rękoma pełnymi pieniędzy nie mógł utrzymać równowagi i okazał się tym, który stąpa ostrożnie po ciemnych schodach, a gdy Lovell minął podest i pośpieszył do przodu, on zatrzymał się jak uwięziony w jakimś progu.

Spory pokój, który rozciągał się przed nim, miał okna wychodzące na zachód; przez dwa z nich wnikały jeszcze ostatnie promienie światła, srebrzącego się raczej deszczem niż kruszcem i poprzecinanego delikatnymi smugami purpury, świadczącymi o odległej obecności słońca, a dla pana Smitha lśniącego z niezwykłą jasnością, blask swój biorącą od twarzy trzech młodych niewiast ubranych w proste suknie i otoczonych prostymi meblami. Pierwsza z nich, jasnowłosa, stała przy oknie, z dłonią uniesioną do ust; druga, ciemniejsza, siedziała i coś czytała; a trzecia, afrykańska służąca w białej chusteczce na głowie, zapalała cienką, woskową, śnieżnobiałą świecę. Gdy tylko dostrzegły go w progu, odwróciły się wszystkie i spojrzały na niego. A on na nie.

Jakąż różnicę czyni rama! W oczach pana Smitha, zaglądającego do wnętrza salonu, framugi pomalowanych drzwi zdawały się zamykać żywy obraz z trzema postaciami stanowiącymi uosobienie istoty Nowego Świata, który poznawał od nieledwie trzydziestu siedmiu minut, nie odczuwając jeszcze przez to do końca jego twardej realności, gdyż nie stanowił on jak dotąd terra firma mocno uczepionej podłoża; był raczej tłem budowanym z płaszczyzn i punktów, na które należy wstąpić i odegrać własną na nim rolę, nie oglądając się na to, czy się ją już zna, czy też nie, nie mając pojęcia o nastroju publiczności ani charakterze pozostałych aktorów, wpływających tak bardzo na sztukę, którą wspólnie się z nimi odgrywa na zmianę, monolog po monologu, wers po wersie.

Blondynka była niezwykle urodziwa, z różowymi wydatnymi ustami. Brunetka niewiele jej ustępowała, choć wyglądała, jakby coś ją przed chwilą rozzłościło, i ściągnęła gniewnie brwi. Afrykanka odwróciła ku niemu czarne jak lukrecja oczy, patrzące z wyrazem bezbrzeżnego zdziwienia. Lecz co najważniejsze, gdyż było to niezwykłą rzadkością, pozwalającą widzieć w tych niewiastach Trzy Gracje, żadna z nich nie nosiła najmniejszych śladów ospy. Z czasem Smith dowie się, że tu, w koloniach, jest to na tyle częste, że nie zwraca niczyjej uwagi, ale w tamtej chwili ów brak uderzył go jako wielce oryginalny. Stał przeto jak wryty i patrzył na nie. Dla trzech patrzących w mroki klatki schodowej, gdzie majaczyły czyjaś twarz i dwie blade dłonie ściskające papier, widok taki nie był wszelako niczym niecodziennym. Niebieskoszary fronton domu z sosny z Connecticut wychodził na świat od niepamiętnych czasów, a one, ukryte za nim, były jak zwykle sobą, znakomicie (jak im się wydawało) dopasowane do własnych fabuł, miłości, trosk, pretensji i nadziei, toczących się już od dosyć dawna i od dawna osadzonych w trzech bliskich sobie dolach. To on był niespętany, a zatem jeszcze wolny, przez co mógł wnieść rozrywkę, wieści czy nowe zaiste światy, czego oczekuje się zazwyczaj od nieznajomego. A może nawet i pragnie. Gdyż jeśli obecny los nas nie zadowala, wszystko staje się możliwe: zarówno wybawienie, jak i zatracenie, zgodnie z naturą kapryśnej Fortuny. Bogini ta, znana ze swej zmienności, czyni, jak wiadomo, obcych swymi posłańcami. To oni przynoszą ze sobą mieniące się błyskotki odmiany. Gdy ów nieznajomy przestąpił próg, przybrał postać młodzieńca lat około dwudziestu czterech, w prostym zielonym stroju, z własną, krótką, rdzawobrązową i kędzierzawą czupryną oraz uśmiechem marszczącym jego piegowaty nos, a do tego z bezwstydnym spojrzeniem.

– Serwus – powitał panie.

Brunetka ziewnęła demonstracyjnie.

– Zafiro, zamknij drzwi – poleciła.

– Proszę tego nie robić – rzekł Smith.

– A czemuż to? To salon, panie, a nie widowisko. Interesy załatwia się na dole. A pan musisz się zadowolić zaledwie zerknięciem, proporcjonalnie zresztą do pańskich manier.

– Ale ciekawość moja jest przeogromna.

– O, jakże mi przykro. Doskonale. Zafiro, policz zatem do trzech, a następnie zamknij drzwi. Co? Nie wystarczy?

– W żadnym wypadku – odrzekł Smith. Na twarzy blondynki zagościły dołeczki. Afrykanka odwróciła się na powrót do świecy, kręcąc z wolna głową.

– Galanteria – zauważyła ciemnowłosa dziewczyna takim tonem, jakby wypowiadała nazwę jakiegoś pospolitego robaka. – Żenada.

– Moja siostra wszystko bierze za żenujące – wtrąciła jasnowłosa. – Wszystko poza kąśliwym jęzorem. O ile nie udaje. Ale niektóre z nas nie są tak zgorzkniałe. Niektóre z nas nie biorą komplementów za czczą gadaninę. Jesteś pan klientem tatusia? Zechciej pan wejść dalej.

Podczas gdy wygłaszała to przekorne zaproszenie, na jej policzkach wykwitł rumieniec. Widać było, że wciąż jest młodziutka, mogła mieć nie więcej niż szesnaście czy siedemnaście wiosen.

– Jesteś pani uprzejma – odrzekł Smith, nie ruszając się z miejsca. – Ale prawdę mówiąc, słowa me nie były galanterią, lecz łakomstwem, przysięgam. Przepędziłem sześć tygodni na morzu, gdzie każda fala wygląda jak ta, która ją poprzedza w spienionej procesji. A teraz moje wygłodniałe przez tak długi czas oczy łakną niczym koń o wielu żołądkach.

Ciemnowłosa parsknęła:

– Niczym koń…! W życiu nie słyszałam bardziej groteskowego porównania.

– Niemniej spełniło swój cel.

– Którego nie dostrzegam.

– Skłoniło cię, pani, do uśmiechu.

– Ale ja się nie uśmiecham.

– Założyłbym się, że uśmiechałaś się, pani, przez chwilę.

– Otóż nie. I pan, i pańskie oczy o końskich żołądkach głęboko się mylicie! Choć obawiam się, że nie powstrzyma to was od dalszego wymiotowania słowami.

– I któż jest teraz groteskowy?

– Pańskie niedobre maniery są niebezpiecznie chwytliwe. Zaraziłeś nas pan.

– Może zatem wejdę do środka i dokonam tego właściwie?

– Stamtąd, gdzie pan stoisz, świetnie pana słychać.

– Tabita! – zaprotestowała druga z sióstr, ale została zignorowana.

– Więc na wszystko gapisz się pan równie bezczelnie, czy tak? Wystarczy cokolwiek?

– Wybacz pani, ale usłyszałem z wiarygodnego źródła, że galanteria to żenada.

– Czy przybywasz pan do nas z Londynu? – Jasnowłosa podjęła kolejną próbę.

– W istocie – odrzekł.

– Zastanawiałam się, czy może… może pan … może przypadkiem…

– Moja siostra Flora chce powiedzieć – przerwała jej ciemnowłosa Tabita, przechodząc w prześmiewczy falset – mniej więcej to: „Czy-pan-czy-pan może-by-może-by by-miał-by-miał przypadkowo w kufrze jakiś romans?”. Ona łyka je bowiem jak laudanum, przeczytała już wszystko, co Nowy Jork ma do zaoferowania, i obecnie zmuszona jest błagać każdego przybysza o nowe.

– Bądź cicho! – zawołała Flora, a na jej policzkach znów wykwitły rumieńce.

– Owszem, mam jedną czy dwie książki w kufrze – oznajmił Smith. – I będę uszczęśliwiony, mogąc je dla pani odszukać. Pani tego nie pochwalasz? – spytał Tabitę.

– Nie przepadam za romansami.

– Ty za niczym nie przepadasz, z wyjątkiem zrzędzenia i wykpiwania innych! – zawołała Flora.

– Moim zdaniem ptak nie czuje się szczęśliwszy, siedząc w klatce pełnej malowideł, choćby i najśliczniejszych. Dobry wieczór, papo.

Smith aż podskoczył. Lovell powrócił bezszelestnie, trzymając w rękach czarną kasetkę z laki, i stał w cieniu tuż obok – nie wiadomo, jak długo – z zamyśloną miną.

– Widzę, żeś pan poznał już moje córki. Tabito, Floro, oto pan Smith, człowiek interesów, nie pytajcie go wszakże jakich. Cóż, proszę do środka, proszę, nie stój pan w przejściu. I zechciej położyć to, co trzymasz w rękach, na blacie, gdyż odnoszę wrażenie, że się pomyliłem, taki ze mnie głupiec.

– To zupełnie do ciebie niepodobne, papo – odezwała się Tabita.

Lovell spiorunował córkę wzrokiem, ale rzekł tylko:

– I owszem…

Tasowanie rozpoczęło się na nowo, z tą różnicą, że teraz Lovell, dokładając kolejne papiery, wyjmował niektóre spośród rozdanych wcześniej kart i w ich miejsce kładł inne podobne druki, nie mniej tajemnicze. Tym razem nie liczył na głos i tym razem każda nota oznaczona napisem „Rhode Island” wracała z powrotem do kasetki.

– Sporo pan masz pieniędzy, panie Żołądkowski – syknęła Tabita.

– O ile można uznać to za pieniądze – odrzekł Smith – a nie drukarskie falsyfikaty.

– Przywykniesz pan. Tato, powinieneś zaprosić tego pana na obiad.

– Właśnie taki miałem zamiar, moja droga – odrzekł Lovell. – Oto pańskie gwinee, wymienione uczciwie i prawdziwie. Miałbyś pan ochotę obiadać z nami jutrzejszego wieczora?

– Jesteś pan pewny, że tego chcesz? – spytał Smith.

– No dobrze, dobrze – odpowiedział Lovell z uśmieszkiem wyglądającym tak, jakby wymagał naoliwienia zawiasów w szczęce, zardzewiałych po długim nieużywaniu. – Nie pozwólmy, aby kiepski początek zepsuł nam interesy. Nasza umowa stoi, panie Smith, i jeśli wszystko pójdzie dobrze, tak jak pan zapowiedziałeś, wówczas, cóż, sporu żadnego między nami nie będzie, wręcz przeciwnie. Dopłynąłeś pan do dalekiego lądu, a im dalej będziesz się pan trzymał od mocnych trunków, tym lepiej dla mnie.

Nie można rzec, by panu Lovellowi powiodło się to uderzenie w ojcowski ton, gdyż „kłamliwy łotr” i „wredny szczeniak” nie są określeniami grzecznościowymi i raz wypowiedziane, nie znikają bez śladu, pozostawiają za to, niestety, nieprzyjemny osad. Ale nalegał z zaproszeniem, a choć to spotkało się początkowo z odmową, nalegał ponownie, aż w końcu pan Smith, znalazłszy w tym domu coś interesującego przynajmniej dla siebie, uległ. Gdy już wszystko zostało ustalone, pożegnał się ukłonem z panną Tabitą oraz panną Florą i w dwie minuty później znalazł się z powrotem na ulicy, zarzuciwszy kufer na barki użyczonego mu kancelisty Izajasza.

Rozpadało się na dobre, a wezbrany rynsztok niósł pomyje i nieczystości miasta samym środkiem ulicy Golden Hill. Pnąca się w górę w głąb lądu wąska uliczka niknęła w zawiei i mroku, rozświetlanym to tu, to tam latarniami. Izajasz klął i próbował unieść kufer wyżej, aby służył mu za drewniany daszek, ale ciężar sprawiał, że jego stopy zapadały się coraz głębiej w błoto. Był kwadratowej postury spasionego byczka, zupełnie innej niż znane Smithowi astmatyczne chuchra służące zwykle u kupców; jego skóra lśniła nieziemską czystością, a wszystko wskazywało na to, że młodzież z Mannahatta dzieli z kuzynami z Eastcheap zamiłowanie do blichtru w doborze artykułów odzieżowych. Opończę Izajasza oblicowano tyloma złocistymi sznurami, że zawstydziłaby niejednego admirała, choć sznury te były farbowane, a nie szczerozłote, za to jego trzewiki z ostrymi czubkami zapinały się na dwie fikuśne klamry.

– Do kaduka – zaklął znów Izajasz, drepcząc nieszczęśliwie. – Dokąd teraz?

– Ty mi powiedz, młodzieńcze – rzucił uprzejmie Smith. – Tam, gdzie czysto, wygodnie, z przyzwoitym wyszynkiem w okolicy i gdzie nie zedrą ze mnie skóry. I nie, nie. Nie do przybytku Wenus – dodał, widząc porozumiewawczy błysk w oku Izajasza. – Zwykła kwatera.

– W takim razie do pani Lee na Broad Way – odpowiedział Izajasz. – I żaden ze mnie młodzieniec. Ja tam nie będę tańczył, jak pan mi zagra.

I zachował ponure milczenie, prowadząc Smitha po śliskim bruku. Nie był to najweselszy spacer między ledwo widocznymi fasadami domostw, z których jedne, z cegły, pięły się wysoko w górę, a inne, drewniane, przypominały zwykłe szopy, za którymi na pustych parcelach lamentowały niewidoczne zwierzęta. Wszędzie wokół coś kapało, ciurkało, ciekło i bulgotało w nieustającej kaskadzie niegościnnej wodnej muzyki. Deszcz zacinał z boku zimny jak ocean i niemal tak samo wszechogarniający, moczył kołnierz i włosy, wypełniał uszy potokami lodowatej wody, marynował spierzchnięte do bólu palce. Nieliczni przechodnie przebiegali skuleni, trzymając nad głowami płócienne worki, jeśli je mieli, a Smith pogubił się w rachubie zakrętów pokonywanych podczas wędrówki miejskim labiryntem, prowadzącym do drzwi, do których po piętnastu przemoczonych minutach zapukał Izajasz. Smith nabrał otuchy. Zadanie rozpoczęte łatwiejsze jest od planowanego, a poza tym był młodym człowiekiem z kieszeniami pełnymi pieniędzy i właśnie wylądował na lądzie w obcym mieście na dalekim krańcu Ziemi, nowo przybyły albo (jak sam zadeklarował) nowo narodzony w metropolii Thule. Wszystko to wydało mu się dosyć przyjemne, nawet jeśli pieniądze są tu osobliwie podobne do makulatury, a miasto napełnia człowieka tyleż lękiem, ileż nadzieją. Bo czy jest jakaś stosunkowo młoda na tym świecie dusza, która nie odczułaby uzasadnionego poruszenia, przyśpieszenia oddechu i przypływu nadziei tam, gdzie w każdym zaułku może czekać przygoda, a za każdymi drzwiami czaić się niebezpieczeństwo, przyjemność lub rozkosz?

W tej samej chwili, gdy otwierały się drzwi na Broad Way, pan Lovell – którego niewiele już na tym świecie dziwiło i który nie lubił, gdy coś go zaskakiwało, gdyż czuł się wtedy tak, jakby grunt usuwał mu się nagle spod stóp i wciągała go w dół niezgłębiona otchłań – bił się z myślami we własnym salonie. Flora zeszła na dół, by wyegzekwować od Zafiry przyniesienie kolacji, która pojawiłaby się na stole tak czy siak. Tabita wciąż siedziała na sofie, z rękoma złożonymi nieruchomo na podołku. Po odejściu żony, zmarłej przed trzema laty, Lovell nabrał zwyczaju odwoływania się od czasu do czasu do osądu starszej z córek, podobnie jak niegdyś korzystał z mądrości żony; teraz jednak temat, który chciał poruszyć, z jakiegoś powodu mógłby obejść ją na tyle, że niemądrze byłoby prosić ją o radę.

– Dlaczego uważasz – zaczął ostrożnie – że młody jegomość, który ma pieniądze, chciałby udawać, że ich nie ma, albo przynajmniej podawać to w wątpliwość?

– Ale czy on naprawdę ma pieniądze? – zapytała Tabita.

– Tak mniemam, owszem. Myślę, że cała reszta to czcza gadanina, celowe robienie zamieszania. Piasek rzucany w oczy. Tylko po co, orzec nie potrafię. Co ty o nim myślisz?

To samo pytanie zadał tego samego wieczoru Izajasz Jemowi, gdy siedzieli przy kuchennym ogniu, a także kapitan „Henrietty”swemu bosmanowi na zalewanym deszczem pokładzie żaglowca kotwiczącego na zatopionych w ciemnościach wodach East River.

A rankiem po mieście rozeszła się wieść, że zjawił się jakiś obcy z fortuną w kieszeni.

II

Dnia następnego przytomność wracała panu Smithowi kęs po kęsie niczym cegiełki układane przez mularza w prostą pionową ścianę, gdy leżał na wysuwanym łóżku pod szczytem w sypialni pani Lee, układając sobie świat na nowo.

Najsampierw biały sufit. I powolne uprzytomnienie, iż nie jest on ciemną, wilgotną, oddaloną zaledwie o sześć cali od jego nosa wręgą, którą miał przed oczyma przez sześć tygodni, budząc się na koi na pokładzie „Henrietty”. Potem wspomnienie celu i całe mozaikowe variorum poprzedniego wieczoru oraz paląca ciekawość. Przez szczytowe okno wpadało słońce. Wyskoczył w koszuli z łóżka i otworzył szeroko lufcik na zawiasach, a w oddali powitały go dachy i dzwonnice. Niewiele wyniesiony nad ziemię nieład skośnych niderlandzkich okapów i zwykłych angielskich dachówek, z przebijającymi się przez nie większymi eminencjami wieżyc i kopuł kościołów, a za tym wszystkim powolnie kołyszący się grawerunek masztów. Cała ta panorama spłukana, jaśniejąca, iskrząca się wodą zrzuconą z wczorajszych chmur, a nad tym jeden… dwa… trzy… – policzył je – aż sześć zawieszonych wysoko okruchów oślepiającego światła, które muszą być kurkami na dachach miasta Nowy Jork, frunącymi złociście poprzez sunące pośpiesznie warstwy nieba, na którym błękit postępował za bielą, a ta postępowała za błękitem. Broad Way, jak się okazało, gdy wychylił się i wyciągnął szyję przez okno, była czymś w rodzaju wybrukowanej alei, niezbyt zresztą szerokiej i obsadzonej po stronie pani Lee mizernymi drzewkami. W obu kierunkach przemieszczali się woźnice na wozach, przekupnie z ręcznymi wózkami oraz kroczący szybko przechodnie. Gdzieś niżej jakaś ukryta za gałęziami osobistość zamiatała ostatnie liście, śpiewając z wolna w którymś z afrykańskich narzeczy, jakby jej serce pękło dawno temu i teraz wrzucała bezładnie i z chrzęstem jego skorupy do worka.

Pan Smith, inaczej niż biegnące po niebie chmury i maszerujący gorączkowo przechodnie, nie śpieszył się. Spryskał twarz wodą z dzbanka, przebrał się w świeżą koszulę i włożył bryczesy oraz szustokor. Zbiegł, tupiąc po schodach, czym przestraszył wdowę Lee, podającą gościom w salonie na parterze owsiankę i potrawkę z nerek.

– Czy życzy pan sobie śniadanie, szanowny panie? – zapytała wdowa z większą atencją niż ta, którą zazwyczaj okazywała gościom, gdyż wraz z porannym mlekiem dotarła do niej wieść, iż zupełnie nieświadoma gości u siebie prawdziwego nababa: istotę tak powypychaną złotymi gwineami, że sypią się one z niej przy najlżejszym szturchnięciu.

– Dziękuję, droga pani, ale nie – rzucił Smith, niemal nie przystając. – Zjem coś w biegu. Dobrego dnia!

Trzasnęły za nim drzwi w korytarzu, gdy wyszedł.

Śpiewak opuścił budynek. Na ulicy panował ruch. W którą pójść stronę? Z lewej Broad Way wychodziła, jak się zdaje, na zielone błonia, za którymi wznosiły się rozmaite rogatki i płoty, ale nurt podążającego ulicą ruchu kierował się w przeważającej części w prawo, gdzie zabudowa gęstniała i gdzie bez wątpienia znajdowało się serce miasta. Właśnie tam zmierzały wózki z chlebem i bańkami z mlekiem, a Smith pomaszerował wraz z nimi niemal w podskokach. Wybrukowane koryto drogi leżało na szczycie łagodnego wzgórka wypiętrzonego przez wyspę między dwiema rzekami, jakby podążając wzdłuż kręgosłupa jakiegoś spoczywającego w ziemi potwora, mającego brukowce za masywne kręgi. Po obu stronach boczne uliczki opadały w dół, ale za Broad Way po stronie domostwa pani Lee – zachodniej, jak się domyślił pan Smith – wznosił się zaledwie jeden rząd budynków, a za nim stały rozpadające się szopy. Zaułki opadały tam ku niepewnemu wybrzeżu, gdzie na pożółkłej trawie leżały zwałami wyciągnięte na brzeg wiosłowe krypy, na odsłoniętych przez odpływ namuliskach brodziły zaś ptaki. Waga miasta zdawała się ciążyć ku wschodowi. Właśnie tam ukazywał się na przestrzał widok na opadające uliczki zastawione ciasno wysokimi kamieniczkami na amsterdamską modłę, z piramidami schodków podtrzymujących zawieszone w powietrzu frontowe drzwi. Po bliższym przyjrzeniu się modła ta okazała się raczej amsterdamsko-londyńska, przemieszana, gdyż cienkie jak wrzeciono fasady pierwszej rozpychały się łokciami pomiędzy szerszymi zadami drugiej. To właśnie z tych meandrujących uliczek wyłonił się w deszczu Smith zeszłego wieczoru i to właśnie w nie odpływali miarowo z głównego nurtu alei pchający taczki straganiarze, zagonieni kupcy oraz ganiający ze sprawunkami terminatorzy.

Wszelako Smith, w świątecznym nastroju, podążał dalej Broad Way, mijając spacerkiem kamienny kościół o kwadratowej wieży, który wyglądał jak przesadzony (niczym korzeń krzewu róży w mokrym worku) z dowolnej parafii w angielskich hrabstwach; trawnik do gry w kule chroniony przed ruchem pieszych barierką; łzę doskonale utrzymanej zieleni – aż trafił przed Fort, na plac apelowy, w którym rozpływała się aleja, a za Fortem na wietrzną esplanadę, gdzie w prawo, w lewo i wszędzie wokół w przejrzystym powietrzu ukazywał się wczorajszy szary bezmiar wody – obracającej się, pieniącej niebiesko we wszystkich kierunkach i zwieńczonej białymi grzywami. Był to czubek, koniec, ne plus ultra wyspy. A krzepki wiatr wbijał w pierś Smitha swój podchmielony oddech. Jedwab flagi Unii na maszcie w Forcie marszczył się i łopotał, ale sam Fort po bliższej inspekcji wydał się jeśli nie zrujnowany, to przynajmniej mocno nadpalony, z osmalonymi ścianami, a tu i ówdzie z zapadniętym dachem, spod którego wyzierały gołe, przypalone krokwie. Wartownik w budce przy bramie siedział skulony z opuszczoną głową i przypominał czerwony kłębek. Biegnąca wzdłuż Fortu za jego plecami drewniana budowla była całkiem nowa i wyglądała jak tablica z jasnych desek, ale jej przeznaczenia Smith domyślić się nie potrafił. Szubienica bez pętli? Gigantycznie powiększona plansza szkodników, do której zazdrosny gospodarz przybija truchła sów, łasic i wszystkich rywali polujących na zwierzynę pana? Deski zasłane ciemnymi plamami i serpentynami, szeleszczącymi skrzepami, nad którymi Smith się zastanawiał, aż pochyliwszy się wystarczająco blisko, przekonał się na własne oczy, że rozwiewane przez wiatr nici są ludzkimi włosami wciąż trzymającymi się pożółkłych jak pergamin skalpów. Przybito ich do tej tablicy ze czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt, a z bliska cuchnęły jak zepsute mięso. Cofnął się gwałtownie.

Z boku po lewej za domami kołysał się i przyzywał go las masztów, a Smith przyjął zaproszenie wlotu uliczki i podążył ku gardzieli miasta. Stały tu dostatnie rezydencje z pobłyskującymi w oknach szybami i służącymi spłukującymi do czysta stopnie oraz klatki schodowe; dalej kantory rachuby, stragany i składy, a uliczki tętniły życiem, najrozmaitszym, bo choć domy zamieszkiwali – czego ukryć się nie dało – ludzie majętni, a okolica wydawała się nowojorską odpowiedzią na nowo wytyczone place West Endu, przetaczał się przez nią portowy rejwach w miksturach niewidywanych w Londynie. Woźnice przewozili kufry, pudła, skrzynie i beczki; świeżo przybyłe zza oceanu rodziny niosły ze sobą cały dobytek i wyglądały na tak oszołomione, jak (bez wątpienia) pan Smith; karawana skutych łańcuchami, szurających podeszwami stóp czarnych rytmizowała uliczną muzykę posępnym chrzęstem. W Londynie przekupień nie zachwalałby swych jabłek w drzwiach Lorda Burmistrza, a złotnik nie prowadziłby interesu obok skromnej hurtowni zaopatrującej statki. Zdarzały się też braki, ale i nieoczekiwane objawienia. Smith poinstruował swój mózg, aby nie zważał na wieści nadsyłane z nosa – wyuczony odruch mieszkańca miasta w obliczu smrodów – ale mózg potrzebował nieco czasu, aby przyjąć do wiadomości, że wokół unosi się mniej wyziewów wartych zignorowania. Odór skalpów pozostał najgorszym z nowojorskiego bukietu. Nieco rybiego cuchu, nieco ekskrementów, flaki tu, gówna tam. Ale nigdzie ani śladu głębokiej patyny brudu ani kloacznej dla nosa tęczy w odcieniach brązu, ani też zepsutego rynsztokowymi garbnikami powietrza. Sceny Miejskiego Życia, donosiły oczy, Wiejski Spacer w Nadmorskim Kurorcie, upierały się nozdrza. Brak zapachów, a także – jak sobie uświadomił – żebraków. Spacerował po najludniejszym kwartale miasta już od kilku minut, ale nie otoczyły go chmary arabskich uliczników pstrokatych od otarć, żadna bezzębna, cuchnąca dżinem starucha nie ciągnęła go za rękaw, żadni okaleczeni wiarusi w resztkach mundurów nie jęczeli do niego z ziemi. Wędrował swobodnie pośród nieznajomych pobłogosławionych jak jeden mąż przynajmniej dobrym zdrowiem, siłą i umiarkowaną fortuną w loterii życia. Nie mówiąc już o wzroście. Przywykł na piazza Covent Garden, że przewyższa o głowę zwyczajne zbiegowisko, lecz tu, pośród zagonionych podskakujących głów, nie był wyższy od przeciętnej.

Być może z powodu odprężenia brakiem zwykłych ulicznych niedogodności Smith, nawet tego nie zauważywszy, opuścił zwyczajową gardę mieszkańca miasta i nie spostrzegł, że gdy myślał sobie to i owo i rozważał to czy tamto, otaczający go ludzie zastanawiali się i roztrząsali jego obecność. Zatrzymał się, aby podziwiać rozładunek łodzi cumujących na portowym klinie wpychającym się między domy. Przeszedł na wąski plac, po którym od drzwi do drzwi biegali gońcy drukarzy ze zwitkami papieru, i dowiedziawszy się, że plac ten nosi nazwę Hanover Square, uśmiechnął się pod nosem, gdyż jego londyński odpowiednik spływał nie tyle farbą drukarską, ile winem z sal balowych oświetlonych tysiącami kandelabrów. Dojrzał przed sobą kawiarnię, z której dobiegały zapachy gorącego chleba i dobrze zmielonych ziaren, a przystanąwszy przed nią, zrobił to, co zrobiłby w domu czy – jeśli już o tym mowa – wszędzie indziej na świecie, gdzie wedle swej najlepszej wiedzy stąpałby po Matce Ziemi. Chcąc odłączyć od niechrześcijańskiego zwitka papierów pana Lovella świstek, za który można kupić śniadanie, wyjął na ulicy cały pugilares. W tej samej chwili z podążającej za nim bandy wypadł szybki jak uderzenie pioruna młokos, porwał pugilares i puścił się pędem w głąb uliczki.

Smith w jednej chwili dzierżył w dłoni swój majątek, a w następnej już nie. Gapił się. Wpatrywał z głupią miną w pustą dłoń, na której leżały pieniądze. A oprócz tego dokument, który… ale nie miał na to czasu. Zawahał się, zastanowił nad wzniesieniem okrzyku „Łapaj złodzieja!”, ale pokręcił głową niczym człowiek oblężony przez muchy i sam puścił się bez słowa w pogoń. Chwila zastanowienia dała złodziejowi przewagę jakichś dwudziestu jardów, więc choć Smith mocno pompował nogami, a poły zielonego szustokoru fruwały za nim wysoko, cel jego pościgu wymykał się zwinnie między tyłami domów, węgłami i zaułkami. Ulice Nowego Jorku przewalały się jedna za drugą, lecz nie spacerkiem, ale sprintem, te same sceny, ta sama mikstura znanego i nieznanego zlewały się ze sobą niczym czarno-białe kwadraty na szachownicy, choć znacznie szybciej, mijając go jak rozmazana plama. W istocie biegł po tej samej drodze, którą pokonał poprzedniego wieczoru, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać, dudniąc stopami, czując w kończynach osłabienie – wynik tygodni spędzonych na pokładzie statku – a uciekająca postać robiła zwody i skręcała, meandrowała i sadziła susy, nie zbliżając się, a w samej rzeczy oddalając od niego. Złodziej był chudy, miał długie, proste, czarne włosy i najwyraźniej niestrudzone nogi w szarych pludrach, z których wystawały brudne gołe stopy, migoczące, gdy się uniosły i opadały – tylko tyle dojrzał Smith, bo odległość między nimi wciąż się powiększała.

Teraz biegli pod górę. Smith, widząc przed sobą otwartą trawiastą łąkę i dedukując, że każda okoliczna uliczka biegnie w górę równolegle do otwartej przestrzeni, czymkolwiek ona jest, zdecydował się na rozpaczliwy krok i rzucił się w prawo w następną przecznicę, a potem w lewo i znów pod górę w kolejną, z myślą o tym, że odetnie zbiegowi drogę na szczycie. Ta uliczka była bardziej wyludniona, a Smith zmusił się do przyśpieszenia biegu i wystrzelił w górę równolegle (jak miał nadzieję) do swego pugilaresu. Nie było już więcej przecznic, więc nie mógł się przekonać, czy jego podstęp przynosi powodzenie. Gołe ściany, ubogie wejścia, puste parcele. Łomoczące serce. Ogień w płucach. Zbliżał się do szczytu. Rzucił się w lewo raz jeszcze i przedarł się zdyszany do górnego końca pierwszej ulicy, spodziewając się w każdej chwili ujrzeć zdobycz. Skręcił za róg.

Nic. Nikogo. Ani widu, ani słychu po tej stronie. Nurt i wiry miejskiego ruchu popłynęły w inne okolice, zostawiając na tej uliczce, w tej akurat chwili, puste rozlewisko. Setka zaryglowanych drzwi w jaskrawym porannym słońcu, a za każdymi mógł się skryć – uświadomił sobie Smith, dostrzegając rozmiar popełnionego błędu – złodziej. Nie da się zapukać do wszystkich. Obrócił się na pięcie. Zielona łąka okazała się zaniedbanym błoniem. Przypatrywała mu się krowa, żując trawę w błogosławionej nieświadomości. Za każdym krzakiem mógł czaić się złodziej… Choć przecież niekoniecznie.

Pan Smith oparł dłonie o kolana i dyszał. Starał się w równej mierze opanować emocje, co powstrzymać pełne oburzenia ruchy warg, chcące wyrzec, ba, wykrzyczeć słowa, na które nigdy by im nie pozwolił. Gdy pierś jego przestała gwałtownie się unosić, uśmiechnął się na próbę do krowy, a nawet jeśli uśmiech ten przypominał nieco rigor mortis, obnażenie zębów przez ściągnięte po śmierci wargi, był on niemniej jednak dobrowolny, a Smith niczego więcej nie mógł odeń w tej chwili wymagać. Krowie nie sprawiło to różnicy.