Gołas - Agnieszka Gołas-Ners - ebook
Opis

„W całej mojej karierze nie spotkałem podobnego aktora, tak dokładnie zrośniętego z naturą sceny” – Gustaw Holoubek.

WIESŁAW Gołas

Aktor wszechstronny, wielki i… skromny.

Znany najlepiej z ekranu (Kapitan Sowa, Tomaszek w Czterech pancernych, Oficer UB w Zezowatym szczęściu, Ogniomistrz Kaleń, Stefan Waldek w Dzięciole, baron Krzeszowski w Lalce, kierowca w Drodze, Kazik Malinowski w Brunecie wieczorową porą), kochający nade wszystko teatr. „Musisz połknąć postać. Wtedy jesteś prawdziwy” – powtarzał i był nieskończenie prawdziwy jako Papkin w Zemście, Laertes w Hamlecie, Bullinger w Szwejku, Skierka w Balladynie czy… Hula-Babula w Zaczarowanej królewnie. Genialny w rolach kabaretowych – w legendarnym Koniu, znakomitym Dudku czy niezrównanym Kabarecie Starszych Panów.

W Polskę idziemy i Tupot białych mew to wzorzec z Sevres wykonania „piosenek z tekstem”, natychmiast kojarzonych z Wiesławem Gołasem. Kto tak jak On zaśpiewałby Piekielnego twista?!

I kto jak On – w szczerej rozmowie z córką – opowiedziałby i o drugiej stronie medalu, pokazując nie tylko uśmiechniętą twarz.

Tę rozmowę ubarwiają wspomnienia przyjaciół Aktora – tworząc jedyny w swoim rodzaju portret NIEZNANEGO ZNANEGO GOŁASA.

„Ukończył warszawską szkołę teatralną, ale ma w swojej osobowości cechy, których żadna szkoła nie nauczy. W historii naszego teatru, filmu i kabaretu zajmuje bardzo ważne, należne mu miejsce, szczególne i trudne do zastąpienia” – Wojciech Młynarski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący: DOROTA KOMAN
Redakcja: DOROTA KOMAN
Korekta: IRMA IWASZKO, DOROTA KOMAN
Projekt okładki, wyklejek i stron tytułowych: ANNA POL
Opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie, montaż: manufaktura | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce: © kadr z filmu Dzięcioł, reż. Jerzy Gruza, fot. Jan Mogilnicki, SF TOR / Filmoteka Narodowa
Copyright © by Agnieszka Gołas-Ners Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015
Wydanie pierwsze w tej edycji (poszerzone wydanie książki Agnieszki Gołas Na Gołasa) Warszawa 2015
Wydawnictwo Marginesy dołożyło należytej staranności w rozumieniu art. 335 par. 2 kodeksu cywilnego w celu odnalezienia aktualnych dysponentów autorskich praw majątkowych do zdjęć opublikowanych w książce. Z uwagi na to, że przed oddaniem niniejszej książki do druku nie odnaleziono niektórych autorów zdjęć, Wydawnictwo Marginesy zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia z tytułu wykorzystania zdjęć aktualnym dysponentom autorskich praw majątkowych niezwłocznie po ich zgłoszeniu do Wydawnictwa Marginesy.
ISBN 978-83-64700-47-7
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. (+48) 22 839 91 27 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.
.

 Suplement do laurki

Na pomysł spisania wspomnień taty wpadliśmy oboje – myślę, że mniej więcej w tym samym czasie. Nie znałam jednak jego myśli i wstrzymywałam się z przedstawieniem mu tej propozycji, bo bałam się, że kiedy o tym usłyszy, będzie się złościł, że czeka go nieskończenie wiele pytań i związanych z tym mąk grzebania w pamięci. Z pomysłem tym chodziłam więc do czasu, gdy przez telefon powiedział niespodziewanie coś, co zabrzmiało mniej więcej tak: „Ciągle ktoś mnie prosi, żebym pisał swoje wspomnienia. Męczą mnie i męczą, chcą do mnie przychodzić i nagrywać. Ty już coś tam dla jakichś czasopism pisałaś, tak? Może podjęłabyś się tego?”.

Kupiłam malutki dyktafon, którego konstrukcja takich użytkowników jak ja wręcz zmusza do ciągłego naciskania guziczka „kasowanie” zamiast „nagrywanie”, i rozpoczęłam naszą pracę, a raczej mozolne wyciskanie z ojca tego, co pamięta i czym chciałby się podzielić. W końcu wspomnienia powstały, wyszły i rozeszły się.

To był 2007 rok. Teraz jest 2015 i tata ma prawie osiemdziesiąt pięć lat. W międzyczasie zmarli dwaj jego przyjaciele, którzy udzielili mi wówczas wywiadu: Gustaw Holoubek i Ryszard Nawrocki. Ogromnie żałuję, że nie porozmawiałam z Tadeuszem Konwickim, który właśnie niedawno odszedł. Ojciec wspomina telefoniczne rozmowy z Konwickim. Mówił mu: „Tadziu, dla mnie jest tylko dwóch Tadeuszów: Kościuszko i ty”. Był na mszy żałobnej przed pogrzebem Konwickiego, bo do grobu nie doszedł – „nogi nie te, co kiedyś”. Zadzwonił potem i powiedział: „Msza piękna była, a Prezydent siedział skromnie z boku i nawet nie widać było jego ochroniarzy!”.

Gdy ktoś z jego przyjaciół odchodzi, tata kiwa głową. Nie odbieram tego jako zgody na śmierć, bo go znam, lecz raczej jako potaknięcie połączone ze zdziwieniem, o czym wielokrotnie mi mówił: „No, tak. Jego już nie ma, a ja wciąż jestem, dlaczego?”. I śni o dawnych kolegach na okrągło. „Niedawno śnił mi się Gucio. Mieliśmy jechać do nich na obiad, z którym czekała na nas Magda. Nie było nic: ani autobusu, ani tramwaju. W końcu zauważyliśmy stojący na ulicy pusty autobus. Gucio krzyknął do mnie: «wsiadamy!». Wsiedliśmy: on za kierownicę, ja obok i pojechaliśmy do mieszkania Gustawa i Magdy. A tam tragedia: mieszkanie okradzione, fruwają gazety, Magda stoi na ulicy zrozpaczona. Ale przecież przyjechaliśmy na obiad, więc ona mówi, żebyśmy weszli do środka, bo coś tam do jedzenia jeszcze zostało. Taki miałem śmieszny sen”.

Przy całej jego tkliwości zadziwia mnie często dystans, jakiego z wiekiem nabrał do siebie samego, ludzi i świata. Czasami opowiada mi swoje sny. Jeden z nich, zdawałoby się, dramatyczny, relacjonował w taki sposób, że śmialiśmy się z niego oboje. Śniło mu się mianowicie, że kopał samemu sobie grób. Z werwą machał łopatą, aż wreszcie grób był gotowy. Położył się w nim i wtedy zdał sobie sprawę, że nic z tego, bo nie ma nikogo, kto by go zakopał! Chciał wołać o pomoc, ale się obudził.

Ojciec, jak wielu z nas, miał kompleksy. W czasie swojej największej popularności, gdy ludzie na każdym kroku okazywali mu swój podziw i sympatię, zawsze czuł się skrępowany. Kłaniał się nisko z zakłopotaną miną i nie pamiętam, by kiedykolwiek przejawiał pewność siebie w takich sytuacjach (teraz temu zaprzecza; więc może to jedynie moje mylne wrażenie?). Wydaje się, że rozgłos i talent mu ciążą, że nie rozumie, nie ogarnia tego, co w nim siedzi. Tak jakby uważał, że to, czym dysponuje, jest czymś naturalnym, i dlatego nie zasługuje na jakąś szczególną sympatię, uwielbienie widzów. Często zresztą obserwowałam, że sympatia widzów wobec ojca ma raczej charakter „kumplowski”: charakterystyczne role taty, jego komizm sprawiły, że był dla ludzi jak brat łata, kochanym chłopkiem-roztropkiem, „panem Wiesiem”...

„Tak się jakoś złożyło, że obdarowano mnie rolami wesołymi”, mówi. Uważany jest przez wielu, w tym na przykład przez Gustawa Holoubka, za aktora niewykorzystanego. Jednak, gdy niedawno spytałam go, czy żałuje, że nie zagrał jakiejś roli, odpowiedział: „Kiedyś chciałem zagrać Jaśka w Weselu. Ale teraz nie ma takiej roli, której bym szczególnie żałował. Jak już ci mówiłem, rolę Jaśka zagrał znakomicie Józek Nowak. A ze mną jest tak, że jeśli zobaczę kogoś w roli wykonanej doskonale, jeżeli gra aktora mi się spodoba, to już sam tej roli zagrać nie potrafię. Już go nie przeskoczę, już będę zarażony grą tego aktora, będę korzystał z tego materiału. Chciałbym być spełniony we wszystkim: w pracy, w życiu. I myślę, że jednak czuję się całkowicie spełniony”.

Niedawno mi wyznał, że również w dzieciństwie miał kompleksy: czuł się wykorzystywany do różnych zadań w szkole i w konspiracji i zapraszany do towarzystwa jako przysłowiowy „pajac”. „Weźmiemy Wieśka, będzie weselej” – to zdanie usłyszał przypadkiem, gdy wypowiadał je ktoś z grupy kolegów w Kielcach. Było to dawno, miał kilkanaście lat i kochał się w sąsiadce, Wandzi Świtkównie. Kiedy to usłyszał, zrobiło mu się przykro. „Do czego jestem im właściwie potrzebny?”. Podobnie było w konspiracji, kiedy starszy od niego Józek Chmiel w trakcie jakiejś dyskusji ręką odsunął ojca, najmłodszego w grupie, mówiąc: „Co ty masz do gadania? Co ty tam wiesz!”. Ma wątpliwości: „Dlaczego mnie wciągnęli do konspiracji? Byłem potrzebny do pewnych rzeczy, do jakichś akcji, które mogłem być może lepiej wykonać od innych, choć byłem jeszcze szczeniakiem, ale zawsze mówili (tak jak w szkole): «Wiesiek pójdzie i to zrobi»”. Te dwie sytuacje – ze szkoły i z konspiracji – wryły mu się w pamięć na całe życie.

Nigdy nie był dla nikogo zagadką. Otwarta księga – prostolinijny w reakcji i bezpośredni w wypowiedzi. Nawet gdy nie świadczyło to o nim dobrze, mówił szczerze. Pytałam na przykład, czemu przyjął rolę w popularnych do dziś Czterech pancernych. Sama się zastanawiam, z czego wynika nieprzemijająca popularność tego serialu w tak sympatyczny sposób przekłamującego historię. Czy dlatego, że był „miły”, a jego bohaterowie „ludzcy”? Tata odpowiada po prostu: „To były pieniądze większe niż te, które dostawałem w teatrze. Jednak nie kierowałem się głównie pieniędzmi. Jeśli cię zaangażują do serialu, to szybko wychodzisz z nazwiskiem, stajesz się popularny. Ja się do Czterech pancernych nie prosiłem, oni mnie do tego filmu wciągnęli. Poza tym stosunkowo młody jeszcze byłem i bawiły mnie hotele, restauracje, podróże... Tomuś nie był głupkowaty, ale prosty i uczciwy, naiwny. Nie wiem, czy to była przemyślana decyzja, nie planowałem wtedy. Wiedziałem, że grając w serialu, będę popularny. To była najprostsza decyzja, którą wtedy podjąłem. Zajmowałem się więc i teatrem, który dawał mi satysfakcję, i serialem, dającym popularność. Po prostu brałem to, co było do wzięcia.

Nie myślałem o tym, żeby stać się aktorem elitarnym, cenionym bardziej w kręgach intelektualnych. Tadeusz Fijewski, z którym razem zostaliśmy zaproszeni do Czterech pancernych, potrafił być jednocześnie i komiczny, i tragikomiczny, i dramatyczny. To był aktor wspaniały, uniwersalny. Marzyłem, by być taki jak on. Każdy marzy o tym, żeby zagrać Hamleta, ale na tym nie skończyć. Aktor powinien potrafić być i dramatyczny – jak Hamlet – i komiczny – jak Papkin. Jeśliby ktoś teraz zapytał mnie, jaką postać z Hamleta chciałbym zagrać, to powiedziałbym, że Ojca, czyli Króla – osobę cyniczną, groźną, określoną. Gucio grał kiedyś Papkina w telewizji. Potem rozmawialiśmy i zgodziłem się z nim, że był w tej roli po prostu kiepski. Próbował go grać, ale mu to nie wyszło i świetnie sobie z tego zdawał sprawę”.

„Nie wytrzymuję, co krok mnie coś rozśmiesza...”

Mimo że, jak przystało na książkę o aktorze komicznym, jest tu dużo historii śmiesznych, wspomnienia te mogą być w gruncie rzeczy odebrane jako smutne, bo traktują o czymś, co odeszło i nigdy nie wróci. Dla ojca dzisiaj i świat nie ten, i ludzie inni, trochę jakby obcy. Już od dawna nie gra, wszystkie propozycje wywiadów i spotkań odrzuca.

To nie jest do końca tak, jak mówi Magdalena Zawadzka, że zamknął się w domu i jest strasznie smutny. Nie, nie ma tak „popularnej” dzisiaj depresji. Tata zawsze był, jak to określił śp. Ryszard Nawrocki, przyjaciel i towarzysz, z którym przez wiele lat dzielił garderobę w Teatrze Polskim, „domownikiem”. Gdy był młody, wciąż podróżował, w latach sześćdziesiątych wielokrotnie za ocean z kabaretem Dudek. Ale zawsze nie tyle wracał do Polski, ile wręcz pędził z powrotem, z ulgą, że ma to już za sobą. Nie mógłby wyemigrować. W tej chwili nic poza domem nie jest mu już do szczęścia potrzebne. Raz tylko dał się „wołami” wyciągnąć żonie Marii na dwa tygodnie nad morze. Był wówczas po poważnej operacji i lekarze zalecili intensywną rekonwalescencję.

Nie bez znaczenia są stan zdrowia, wiek i niemal do zera ograniczona potrzeba uczestniczenia, „bywania”. Mówi, że teraz „organizm jest jego życiowym suflerem” i wystarczy mu radio, telewizor oraz rzadkie spotkania z przyjaciółmi. Ma obok siebie żonę, dającą mu opiekę i wsparcie. Do życia i biologii ma podejście tradycyjne: nie widzi potrzeby udowadniania sobie i innym, że jest młodszy, sprawniejszy i wciąż aktywny pomimo lubna przekór wiekowi. Nie musi się już lansować. Jego czas aktywności zawodowej minął i jest to fakt, który bez trudu zaakceptował. Z jednym tylko trudno mu się pogodzić: „Złoszczę się na siebie samego, bo jestem niesprawny, nogi mi nie chodzą tak, jak bym chciał. Chodzę raz dziennie na dół do sklepiku i nigdzie dalej, bo bolą!”.

Wiara? Pozostał praktykującym katolikiem, choć do postępowania i wypowiedzi hierarchów ma stosunek krytyczny. Babcia chciała, żeby został księdzem. Myślę, że byłby z niego znakomity, oddany ludziom proboszcz. „Wszędzie teraz rządzi pieniądz, a koniec końców to i tak nie ma żadnego znaczenia – umiera i biedny, i zamożny. Kościół trzeba odbudować, ale gdy się wali. Nie musi być wielki i bogaty, bo to tylko budynek, w którym najważniejsi są ludzie”.

Ojciec „myśli obrazami”. Jego wspomnienia mają postać niechronologicznie ułożonych obrazków, scenek, które widzi z zadziwiającą szczegółowością. Jak jednak można „napisać obraz”?

Trudność spisania jego wspomnień wynikała również z tego, że chętniej demonstruje to, co pamięta, niż o tym opowiada. Wspominając, chodził po pokoju i czasami odgrywał przede mną całe aktorskie etiudy bez słów, za to z bogatą mimiką i elementami pantomimy. Zgrzytałam zębami, próbując na przykład opisać sposób, w jaki tata taty zakładał oficerki przed wyjściem do koszar, a odegranego przez ojca ekwilibrystycznego tańca z czynelami, który wykonywał w szkolnej orkiestrze dętej, nie mogłam opisać w ogóle, bo się po prostu nie dało.

Niechętnie opowiada o sobie. Łatwiej było mu mówić o ojcu, siostrze i matce. Wiele radości i ekscytacji było w jego głosie, kiedy wspominał pełne miłości i zabaw dzieciństwo spędzone w Kielcach, w domku przy ulicy Mahometańskiej 3. Jego prawdziwe dzieciństwo trwało dosłownie kilka lat: od narodzin w 1930 roku do wybuchu wojny. Wojna przerwała dzieciństwo taty, rozbijając jego ukochaną, rozśpiewaną rodzinkę: zabrała mu ojca, podziwianego przez niego żołnierza, ogniomistrza 2. Pułku Artylerii Lekkiej Legionów w Kielcach.

Moja duma z niesamowitej odwagi taty, kiedy jako trzynastolatek działał z kolegami w konspiracji, kradł Niemcom broń i przenosił meldunki, spotkała się z jego skromnością, kiedy o tych czasach opowiadał. Bo opowiadał chętnie i szczegółowo, ale nie wyolbrzymiał swych cierpień ani nie przejawiał nadmiernej dumy z dokonań. Jego relacje brzmiały raczej jak opowiadanie o świetnych kawałach czy figlach płatanych innym. Gdy mówił o swoich harcerskich zadaniach wojennych, nie czułam grozy, tylko napięcie: uda się czy się nie uda? Zupełnie jak podczas zabawy w chowanego lub podchody.

Kiedy jednak przyszło do rozmów o pracy aktorskiej, rolach i sukcesach, tata wyraźnie zwalniał, jakby nie interesowały go okoliczności i wydarzenia, które sprawiły, że stał się jednym z najbardziej znanych i lubianych polskich aktorów. „Nie umiem mówić o sobie, zapytaj innych”, wymigiwał się.

W programie wyemitowanym przez TVP Kultura w 2010 roku Magdalena Zawadzka, Jan Kobuszewski i Jarosław Kilian, próbując określić aktorstwo taty, mówili, że jest „aktorem urodzonym”, a jego instynkt odtwórczy umożliwia mu „zwierzęce wyczucie” roli. Ja bym tę jego umiejętność rozszerzyła: ma wprost „zwierzęce wyczucie” ludzi w ogóle. Zawsze był wielkim wrażliwcem i wrażliwość ta, w połączeniu z niezwykłym zmysłem obserwacji oraz talentem do odtwarzania i przetwarzania tego, co zarejestrował, sprawiła, że stał się tym, kim jest obecnie. Jednak jego emocjonalność i wrażliwość oraz silne pragnienie dawania siebie innym powodują, że nie może sobie tak po prostu spokojnie być wśród ludzi, zdarzeń i sytuacji; musi na nie zareagować, a jeśli nawet nie reaguje, to i tak odczuwa wszystko całym sobą.

Kiedy grał, dawał się ponieść odtwarzanej postaci i wyrażanym przez nią emocjom. Rozsadzało go jego wnętrze, trudno mu było je okiełznać. Ma obsesję na punkcie prawdy: autentycznego, uczciwego zachowania, stosunku do ludzi, do widza. Gdy go z głupia frant zapytałam, jaką cechę ceni u ludzi najbardziej, jego odpowiedź trafiła w samo sedno moich własnych preferencji i reakcji na ludzkie zachowania: szczerość. Dlatego jest ogromnie wymagający wobec siebie i innych. Przyzwyczajony do „nieudawania”, nie potrafi być obojętny, kiedy widzi i wyczuwa sztuczność. Chciałby móc być szczery i uczciwy wobec każdego, ale nie chce ranić i wówczas milczy.

To ja sfotografowana przez Jerzego Dobrowolskiego w Warszawie, w 1961 roku

Spisując nasze rozmowy z tatą, grzebiąc w archiwach państwowych i zdjęciach rodzinnych, chciałam przede wszystkim „pozostawić ślad”, „ocalić od zapomnienia” i umożliwić mu, by dał upust swoim przemyśleniom i emocjom, a sobie, by w tym uczestniczyć. Miałam jednak jeszcze dwa dodatkowe, prywatne powody. Po pierwsze, ojciec ma w sobie coś, co dręczy i mnie: pewien chroniczny niepokój, tęsknotę za czymś, co trudno określić, a także niezgodę, brak pokory wobec świata, w którym żyjemy, i nadmierną wrażliwość. Rozmawiając z tatą, przesłuchując potem nasze nagrania i spisując je, próbowałam sobie wyjaśnić, jaka jest tego przyczyna. Czy to nasza genetyczna cecha? Życie z nią nie jest zbyt komfortowe, bo obojgu nam brak „bufora”, filtra, jakiejś psychicznej ochrony, którą większość ludzi automatycznie w sobie buduje. Uzgodniliśmy ostatnio, że gdy coś nas dotyka, to nie spływa po nas, ale siedzi głęboko i zbyt długo.

Poza dociekaniem genezy tej rodzinnej „skazy” zdałam sobie sprawę, że spotykając się z nim i gadając godzinami, zwyczajnie próbuję odzyskać te czasy, kiedy nie miałam go wyłącznie dla siebie, a kiedy, co stało się oczywiste dopiero po latach, tak bardzo mi go brakowało. Pamiętam, że kiedy jeszcze byłam berbeciem, a tata był w domu za dnia, wchodziłam do jego pokoju, a on już spał, zmęczony („zmachany”, jak mówił) próbami, przedstawieniem i występami w kabarecie. Podchodziłam do jego łóżka i głośnym szeptem pytałam: „Śpisz, tatusiu?”. Wtedy rozbudzony mówił: „Nie śpię, Aguńku, nie śpię”. „To śpij, tatusiu, śpij”, uspokajałam go. Ale o śnie nie było już mowy.

Kiedy miałam parę lat, do naszego domu trafił cud techniki tamtych czasów – wielki enerdowski magnetofon szpulowy. Moje wspomnienie nielicznych wówczas spędzonych z tatą wieczorów wiąże się właśnie z tym magnetofonem: słuchaliśmy nagrań Marina Mariniego, Paula Anki i fantastycznej orkiestry Tijuana Brass. Tata uczył się, nagrywając na taśmy swoje piosenki, a czasami nagrywał także moje dziecięce wierszyki i przyśpiewki. Z zapamiętaniem je recytowałam i wyśpiewywałam, czekając, aż tata zwróci na mnie uwagę, pochwali i dostrzeże we mnie pierwsze oznaki wybitnego dramatycznego talentu.

Dawno temu w Mielnie

Wielokrotnie obserwując, jak oblegają go tłumy wielbicieli, myślałam sobie, że jeśli on jest tak sławny, to i mnie muszą przecież ludzie rozpoznawać jako sławną córkę sławnego aktora. I kiedyś idąc z mamą ulicą, w nowej kolorowej czapce w indiański wzór, z niesamowicie długim pomponem, pomyślałam, że oglądający się za mną ludzie muszą wiedzieć, że jestem córką Wiesława Gołasa. Próby dorównania ojcu w każdej dziedzinie spowodowały też, że mam zbyt długi jak na kobietę krok.

Pamiętam, z jakim utęsknieniem czekałam na nasz umówiony gwizd, kiedy podczas moich wakacji nad morzem czy w górach ojciec przyjeżdżał w krótkie odwiedziny w przerwie zdjęć lub prób. Umawiał się z mamą, że wpadnie, wychodziłyśmy więc mu na spotkanie i godzinami go wypatrywałyśmy. Kiedy rozlegał się jego gwizd, pędziłam do niego, on kucał, a ja, jak w radzieckim lub amerykańskim filmie, rzucałam mu się w ramiona. Tata wiedział jednak, co najbardziej lubię, i zaraz wsadzał mnie sobie na barana. U ojca „na baranach”, jak wówczas mówiłam, spędzałam nasze rodzinne wakacje w Chałupach. Chałupy mojego dzieciństwa kojarzą mi się właśnie z widokiem z góry, czyli z ramion taty, a także z flądrami, które, jak mi się wtedy zdawało, jedliśmy o wszystkich porach dnia i nocy, ze śniadaniem włącznie, oraz z wielką ciszą przerywaną tylko wczesnym wieczorem trwającym blisko godzinę beczeniem wracających z łąki owiec (wówczas przez Chałupy zbłąkany samochód przejeżdżał raz na parę godzin).

Dzięki przygotowywaniu tej książki usłyszałam od taty o wypadkach, które na przemian jeżyły mi włosy na głowie, jak na przykład dramatyczne przeżycia z przesłuchań w gestapo, i wzruszały, jak choćby wymodlone przez ojca uwolnienie siostry Basi z niemieckiego transportu. Niektóre jego opowieści znałam już wcześniej, ale o tym, jak tata niechcący spruł Basi majtki, mogłabym słuchać w nieskończoność. Podobnie jak o Zdzisławie Leśniaku klęczącym przed popiersiem Stalina.

Bardzo dziękuję wszystkim znamienitym współrozmówcom za poświęcony mi ich cenny czas i cierpliwość. Gorące podziękowania i wyrazy szacunku pragnę skierować więc do Pań: Magdaleny Zawadzkiej i Joanny Szczepkowskiej, oraz do Panów: Tadeusza Suchockiego, Zbigniewa Bogdańskiego, Jana Kobuszewskiego i Jerzego Gruzy. Podziękować też chcę raz jeszcze nieżyjącym już śp. Gustawowi Holoubkowi i śp. Ryszardowi Nawrockiemu.

Cieszę się, że udało mi się uzyskać wywiad z Gustawem Holoubkiem. Wdzięczna jestem za możliwość wysłuchania go, za serdeczność i niezwykle ciepłe słowa skierowane do ojca. Dzięki tej książce mogłam osobiście doświadczyć jego talentu do uchwycenia w pięknym polskim słowie treści – zdawałoby się – nie do opisania.

Bardzo dziękuję mojej mamie za wspomnienie o tacie (część Rodzice), inspiracje (było ich wiele), ponaglanie, pomoc oraz... doskonałą pamięć.

Nie ze wszystkimi bliskimi znajomymi taty udało mi się skontaktować i umówić, za co bardzo przepraszam. Mimo tych niepowodzeń ciepłe o nich wspomnienia znalazły się w tej książce.

Jestem również wdzięczna Romanowi Dziewońskiemu, Joannie Szczepkowskiej, Danucie Leśniak i Magdalenie Jaracz za cenne dla mnie wsparcie techniczne (wspaniałe fotografie, porady, telefony do różnych osób), a także zrozumienie i ciepło.

Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną i pomagali przy powstawaniu tej książki. Mimo że nie wymieniam tu ich nazwisk, będą wiedzieli, że o nich mowa.

Agnieszka Gołas

Rodzina gwizdulków

Babcia z tatą i jego siostrą Basią

Uczeń

Oficjalnie, urzędowo, urodziłem się 4 października 1930 roku w Kielcach, a naprawdę – 9 października. Przy chrzcie pijany organista wpisał do mojej metryki błędną datę, i tak już zostało. Mama mi opowiadała, że po pierwszym „klapie”, jaki daje się noworodkowi, nie zapłakałem, ale roześmiałem się głośno. W karierze odbierającej poród doświadczonej akuszerki byłem pierwszym przypadkiem ryczącego ze śmiechu noworodka.

Uczyłem się w Kielcach. Najpierw była Szkoła Powszechna nr 9 na Baranówku, potem Gimnazjum imienia Jana Śniadeckiego. Do szkoły na Baranówku miałem sto, góra sto pięćdziesiąt metrów, ale i tak na początku prowadzała mnie do niej za rękę mama. Od razu okazało się, że szkoła nie jest dla mnie. Pierwszego dnia lekcji po godzinie sam wróciłem do domu. Zdecydowałem, że nie będę się uczyć, bo posadzono mnie w ławce przy oknie, przez które wpadało słońce, i tak się spociłem, że wstałem i wyszedłem.

Szkoła podstawowa w Kielcach, tata w pierwszym rzędzie, w samym środku (blondas)

Prymusem nie byłem. Piątkę miałem z gimnastyki. Dobre stopnie dostawałem też z polskiego, ponieważ lubiłem deklamować wiersze, czytałem na głos fragmenty literatury pięknej i brałem udział we wszystkich akademiach. Jak po grudzie szła mi nauka matematyki. Kiedy któryś z uczniów skarżył się na innego, nasz nauczyciel od matematyki mawiał: „To hu go w ucho!”. I dlatego dostał ksywę Hugo. Hugo mnie nie lubił. Sądzę, że byłem nazbyt energiczny i ruchliwy jak na jego gust. W końcu zaczął nawet mieć na moim punkcie obsesję i kiedy ktoś coś zbroił, Hugo od razu krzyczał: „Gołas, za drzwi!”. Czułem się pokrzywdzony, bo często byłem niewinny, więc pytałem: „Za co?”. A on na to: „Za darmo! Za darmo!” i wyrzucał mnie z klasy. Szedłem wtedy na boisko grać w piłkę. Sytuacja ta jednak zbyt często się powtarzała i kiedy pewnego razu Hugo znowu mnie o coś oskarżył i kazał wyjść z klasy, odmówiłem. On się wściekł, złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć. Ale ja się zaparłem i drugą ręką chwyciłem się ławki. Hugo jednak dalej mnie ciągnął, bo był silny chłop, i wyciągnął mnie z ławką na korytarz. Tam zobaczył nas dyrektor szkoły... Już dalej nie będę opowiadał.

A matematyki nie umiałem, przyznaję. Pewnego razu Hugo wezwał mnie do tablicy. Stałem przed klasą, robiłem głupie miny, bo nie wiedziałem, ile wynosi suma kątów w trójkącie. Hugo znów się zezłościł i z całej siły walnął pięścią w tablicę. Ta się urwała, bo wisiała na sznurach, i z potwornym łomotem gruchnęła na podłogę. Ja wtedy wyczułem właściwy moment i zemdlałem. Udawałem, oczywiście. Hugo się przestraszył, podniósł mnie z podłogi i już więcej tego dnia nie pytał.

Koledzy w klasie często prosili mnie, żebym coś zademonstrował. Udawałem więc umierającego czy postrzelonego i nabrałem w tym wprawy. W szkole podstawowej służyłem też do mszy. To było w moim ukochanym drewnianym kościółku na Baranówku. Przed mszą zawsze przepychaliśmy się łokciami, który z nas będzie dzwonił przed podniesieniem, a który będzie podawał księdzu wino. Wszyscy woleliśmy dzwonki. Pamiętam również, że na religii czasami dostawałem od księdza linijką po łapach, gdy zapomniałem słówka z łaciny. Niechętnie to wspominam, bo po pierwsze, bardzo bolało, a po drugie, jestem katolikiem. No, ale w Kościele też przecież są tylko ludzie.

Wygrzebałam twoje cenzurki szkolne. Publiczna Szkoła Powszechna nr 9 w Kielcach. Rzeczywiście, stoi czarno na białym, że świetny byłeś z gimnastyki: „z ćwiczeń cielesnych otrzymuje stopień bardzo dobry”. Ze „sprawowania się” miałeś na początku też piątkę. Poza tym bardzo dobre oceny z religii, śpiewu i z muzyki. Język polski – dobry, a matematyka – niezmiennie – dostateczny.

Cenzurka z 1941 roku jest po niemiecku i po polsku: Generalgouvernement für die Besetzten Polnischen Gebiete – Generalne Gubernatorstwo dla Okupowanych Polskich Obszarów. Sprawowanie – sehr gut, pozostałe przedmioty – gut.

Kiedy wybuchła wojna, miałem dziewięć lat. Uczyliśmy się wtedy jednocześnie oficjalnie w szkole i po kryjomu na tajnych kompletach. Chodziliśmy po domach, za każdym razem lekcje odbywały się u kogoś innego. W naszym domu na Mahometańskiej też często się zbieraliśmy.

Czy w czasie wojny, w stanie zagrożenia, uczyłeś się chętniej niż wcześniej, kiedy był pokój? Stopnie na cenzurkach miałeś całkiem niezłe.

Koteńku, ja zawsze niechętnie się uczyłem. Zagrożenie to nie był dla mnie doping do nauki. Do walki tak, ale nie do nauki.

W domowych archiwach znalazłam tę karteczkę. Chyba była kiedyś przyczepiona do rózgi pod twoją choinką?

Wiesiu, oj, Wiesiu, leniuszku mały,

W zeszytach twoich dwójek całe zwały.

Zamiast się uczyć, ciągle figlujesz,

A zamiast słuchać, wciąż leniuchujesz.

Dosyć już tego, słuchaj mię proszę,

A ja Ci za to prezent przynoszę.

Św. Mikołaj

Niebo

Jako członek Szarych Szeregów w czasie okupacji chodziłem też na zajęcia prowadzone przez naszych zwierzchników z AK. Z notatkami z takich lekcji – na przykład o tym, czym różni się pluton od kompanii – złapali mnie kiedyś Niemcy i wylądowałem w więzieniu. Nie za te notatki oczywiście, ale za kradzież broni. Po wojnie, kiedy już byłem w gimnazjum, chodziłem równocześnie do szkoły muzycznej, do klasy śpiewu. Kilka razy w roku mieliśmy publiczne prezentacje. Jako początkujący śpiewak występowałem też w kieleckim domu kultury, wówczas imienia Stefana Żeromskiego. Moja mama miała świetny słuch i podczas popisów siedziała na widowni. Zawsze wiedziałem, kiedy mi poszło źle, bo widziałem, jak się krzywiła, jeśli nawet troszkę fałszowałem.

W Gimnazjum imienia Jana Śniadeckiego uczyłem się gry na instrumentach perkusyjnych: w szkolnej orkiestrze dętej grałem na bębnie i czynelach. Idąc, podskakiwałem i wymachiwałem nogami, uderzałem w czynele raz pod jedną, raz pod drugą nogą. Lubiłem to ogromnie, bo kiedy nasza orkiestra szła ulicą i ja wyprawiałem różne sztuczki, zawsze towarzyszyła mi grupka dzieci, przed którymi mogłem się popisywać. W każdą niedzielę chodziliśmy całą szkołą „na dziesiątową” do kieleckiej katedry. Z wielką pompą, z orkiestrą i ze sztandarami. W katedrze odbywała się msza, po której, również grając, wracaliśmy do domów.

Dawaliśmy też koncerty w muszli w kieleckim parku Żeromskiego, a w soboty lub niedziele czasami „pożyczaliśmy” z kolegami szkolne instrumenty, żeby zarobić parę złotych na weselach w okolicznych wsiach. Musieliśmy zarabiać pieniądze, choć wiem, że nie do końca uczciwie, bo instrumenty nie były naszą własnością. Graliśmy we czterech, ja oczywiście na perkusji. Z tych nocnych chałtur pamiętam zmęczenie i ciągły strach, że mi mój „sprzęt grający” zniszczą pijani goście. Kiedyś na weselu w remizie strażackiej jeden z uczestników zabawy tak się rozochocił, że złapał hydrant i zaczął nim wywijać. Wszyscy zaczęli wrzeszczeć i uciekać przed wodą przez okna, niektórzy pchali się na mój bęben, a ja musiałem go zasłaniać własnym ciałem. Łatwo było na nim grać, ale trudno obronić.

Rodzina gwizdulków przy kartach i muzyce z przyjaciółmi. Tata z gitarą, Basia z mandoliną. Po lewej dziadek Teofil, w środku brat dziadka – Edek, a babcia stoi z tyłu, Kielce 1942

Podczas klasówek ściągałem okropnie i słynąłem z rozmaitych podstępów i oszustw. Na lekcjach łaciny z profesorem Nysko kładłem sobie na kolanach książkę od historii. Kiedy zaczynała się klasówka, profesor zawsze z chytrym uśmiechem oznajmiał: „A ja pod kątem!” i ustawiał krzesło na stołku w taki sposób, żeby siedząc na nim, mógł widzieć całą klasę. Kiedyś zauważył, że zerkam pod ławkę, zeskoczył z tej swojej piramidy stołków, podbiegł do mnie i bardzo się rozczarował, bo to była książka do historii. Machnął ręką i odszedł, a ja wtedy wyciągnąłem ściągę i na dobre zabrałem się do roboty.

Na angielskim, kiedy niezwykle urokliwa pani profesor Frent miała nas odpytywać z tekstu na pamięć, koledzy poprosili mnie, żebym zorganizował pomoc. Podszedłem więc na chwilkę do katedry, żeby niby o coś panią profesor zapytać, i cichaczem przylepiłem kartkę z tekstem do jej biurka, frontem do klasy. To było nie fair i nie wiem, dlaczego się na to zgadzałem. Kiedy trzeba było coś załatwić, to był Wiesiek, a kiedy ktoś coś zbroił, to też Wiesiek wylatywał z klasy.

Diablas

W co się bawiłeś z kolegami?

W Indian, na pobliskim cmentarzu prawosławnym. Później tamtejsze grobowce służyły nam za kryjówki broni. Nie byłem grzecznym dzieckiem, choć mogłem się takim wydawać. Chudziutki byłem, niebieskie oczka, jaśniutkie, prawie białe włoski. W szkole jeden z nauczycieli mówił do mnie: „Ty nie powinieneś się nazywać Gołas, ale diablas”. I chyba trochę miał rację. Myślę sobie, że jeśli po śmierci pójdę do piekła, to po to, żeby poprawić tam atmosferę, rozbawić i diabły, i potępieńców.

Jako dziesięciolatek miałem już swoją sympatię, Wandzię Świtkównę, w której domu potem, w czasie okupacji, przetrzymywano mnie przed oddaniem w ręce gestapo. Bardzo chciałem się Wandzi podobać. Nie lubiłem jednak swoich prostych, bielutkich włosów. Dlatego codziennie rano, za pomocą śliny, robiłem sobie nad czołem loczek, taki pojedynczy ząbek. I tak sobie wtedy „wyszkoliłem” tego loczka, że potem poleciały za nim inne i czupryna szybko zaczęła mi się kręcić.

Jako dzieciak często miewałem całą masę głupich pomysłów. Na przykład strzelałem z procy. Ale kiedyś trafiłem ptaka i ten padł martwy. Po tym wypadku już nigdy nie wziąłem procy do ręki. Wymyśliłem też zabawę, która polegała na rzucaniu w górę, nad głowę, kamieniami. Rzucaliśmy i sprawdzaliśmy, w kogo uderzą, gdy spadną. I nie wolno było ruszyć się z miejsca. Z zaciśniętymi oczami staliśmy więc na baczność i czekaliśmy: trafi, nie trafi? To było idiotyczne, ale wtedy świetnie się bawiliśmy. Czasami za bójki, w których brałem udział, dostawałem od ojca pasem. Ale to były walki honorowe. Wiesz, naokoło wianuszek dopingujących, a w środku dwóch tarzających się zawodników. Ojciec karał mnie, kiedy komuś wlałem, ale i wtedy, gdy sam dostałem. „Nie wolno ci się bić i nie wolno dopuszczać, by ciebie bito”, mówił. Jest w tym jakaś mądrość, choć było to dosyć trudne do zrealizowania.

Diablas po Pierwszej Komunii Świętej

Miałem też bardziej nobliwe zainteresowania. Pamiętam, że jako sześciolatek chodziłem do pobliskiej kaplicy prawosławnej, chowałem się za nagrobkiem i jak urzeczony słuchałem ich przepięknych śpiewów. Do dziś je pamiętam i kocham pieśni prawosławne. Mogę ci nawet zanucić jedną.

Uwielbiałem też bawić się w samotności żołnierzykami z papieru, które sam wycinałem, sklejałem i ustawiałem. Najwięcej uroku było w tej izolacji od otoczenia, bo siedziałem w kuchni, pod stołem. I nigdy nie zapomnę niesamowitego uczucia radości, kiedy od wujka Edka, brata ojca, dostałem pudło prawdziwych żołnierzyków. Ta potrzeba odizolowania się od otoczenia pozostała mi do dziś. Lubię sobie siedzieć sam w swoim pokoju. Jeśli gdzieś wyjeżdżam, na przykład z teatrem czy na koncerty, muszę mieć jednoosobowy pokój. To mój stały warunek. Po pracy – ja sam z radyjkiem i kanapeczkami na noc.

Mimo że zawsze wiodłem prym w dowcipach szkolnych i często uważano mnie za naturalnego lidera, a w konspiracji również miałem nawyk wyskakiwania przed orkiestrę, to ani w szkolnej drużynie harcerskiej, ani potem w Szarych Szeregach nigdy nie dążyłem do tego, żeby awansować. Miałem trudności z wydawaniem komend. Nie potrafiłem do swoich kolegów powiedzieć: „Baczność! Spocznij! Rozejść się! Zbiórka!”. Mieliśmy małą drużynę i kiedy drużynowy mnie prosił o zastępstwo, odmawiałem z tego właśnie prostego powodu.

Dlaczego?

Chyba byłem psychicznie niegotowy. I teraz też nie potrafię wydawać rozkazów, choć zawsze je przecież wykonywałem. Wiesz, myślę, że po prostu nie umiem dominować, konkurować, co chyba się z tym troszkę wiąże. Zauważyłem, że w sytuacjach towarzyskich, kiedy przyjdzie mi do głowy jakaś myśl i chcę ją zaprezentować innym, a ktoś właśnie w tym samym momencie zacznie mówić, wycofuję się. I podobnie, kiedy ja mówię, a ktoś mi wejdzie w słowo, nie potrafię mu przerwać i macham ręką. Rezygnuję. Wolę stać z boku, nie jestem zarządzającym, lecz raczej wykonawcą i doradcą.

Czwórka hultajska

Byliśmy rodziną wojskową, mieszkaliśmy blisko koszar 2. Pułku Artylerii Lekkiej Legionów i, jak wszystkie rodziny żołnierzy z pułku taty, byliśmy szkoleni. Na przykład uczono nas strzelać na strzelnicy. Poza tym całą rodziną braliśmy udział w życiu pułku. Na podwórku przed naszym domkiem na ulicy Mahometańskiej 3 rozgrywane były pułkowe mecze siatkówki. Mahometańska była krótką uliczką bez wylotu. Miejsce śliczne, pełne zieleni. Do dziś większość moich snów rozgrywa się w domku przy Mahometańskiej 3.

Prawdopodobnie poszedłbym w ślady ojca i trafił do kadetów, gdyby nie wojna. Rodzice bawili się na pułkowych balach, a mama kiedyś nawet wygrała konkurs na najpiękniejsze nogi pułku. Ojciec zajmował się zaopatrzeniem pułku, a ja mam to po nim, bo dbam o zaopatrzenie domu. Chętnie lecę do sklepiku, kiedy czegoś zabraknie.

Rodzice prowadzili dom otwarty. Taka Gołasowska sielanka. Nazywaliśmy się „czwórką hultajską”: tata, mama, moja siostra Basia i ja, zawsze weseli, żartujący, zawadiaccy. Ojciec potrafił śpiewać, grał na gitarze, harmonii, bandżo i skrzypcach. Bardzo często grywał w domu. Kiedy przychodzili goście, wszyscy siadaliśmy na balkonie, tata brał harmonię i śpiewał: „Dziś tańczy cała wieś... Chłopcy z dziewczętami idą w tan... Głowa kiwa się jak pełen dzban, a nogi same tańczyć chcą... melodię tą...”. Głos miał świetny. Wszyscy z nim śpiewali. Mama też miała cudowny głos. Gdy byłem mały, podczas nabożeństw śpiewaliśmy na dwa głosy Ave Maria. Wszystkie Gołasy były muzykalne. Brat mojego ojca, Edek, grał na organkach piccolo w krakowskim radiu.

Czwórka hultajska – dziadek Teofil i babcia Jadwiga (na górze), tata i jego siostra Basia (na dole)

Wesoło było u nas w domu przed wojną. Już wtedy zacząłem grać rolę zabawiacza i bardzo mi to odpowiadało. Kiedy byli goście, mama wołała mnie, żebym wszystkim zademonstrował taniec brzucha. Byłem mały i chudy, ale chyba dobrze mi to wychodziło, bo zarykiwali się ze śmiechu. Przed wojną powodziło nam się całkiem nieźle i opiekował się mną ordynans ojca. To był wielki chłop, prosty człowiek, pamiętam, że często chodził po domu boso. Mama opowiadała, że kiedyś wkroczył do salonu pełnego gości i głośno oznajmił: „Proszę pani, bo mały się zes...”.

Jestem „gwizdulek”, jak mnie nazywa Wojtek Młynarski. Mam to po tacie i Edku. Tata ciągle sobie pogwizdywał. Cokolwiek robił, zawsze gwizdał pod nosem. I ja tak samo. Gwizdanie pomaga mi w każdej czynności, szczególnie takiej, której nie lubię wykonywać.

Domek przy Mahometańskiej 3

Gwizdanie zastępuje ci również wołanie. Nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek wołał mnie po imieniu. Zawsze wiedziałam, że idziesz, kiedy słyszałam nasz umówiony gwizd. Jakie jeszcze zwyczaje odziedziczyłeś po rodzicach?

Odziedziczyłem rodzinne zamiłowanie do zbierania grzybów. Całą rodziną jeździliśmy przez wiele lat na grzyby i godzinami łaziliśmy po lasach. Uwielbiałem grzybobranie. Chodziłem zawsze tam, gdzie było najgęściej. Kiedy już zabrakło miejsca w koszach i siatkach, zdejmowałem koszulę i do niej ładowałem grzybki. Zawsze wydawało mi się, że jeszcze gdzieś dalej musi być ich więcej, więc zapuszczałem się w chaszcze i często się gubiłem. Wtedy dawała o sobie znać moja wyobraźnia. Wydawało mi się, że słyszę szelesty, że ktoś albo coś się do mnie skrada. Pamiętam, że kiedyś tak wyraźnie usłyszałem trzask gałęzi, że, aby dodać sobie otuchy, krzyknąłem: „Nie chowaj się, wyłaź!”.

Rodzina gwizdulków na schodach domku przy Mahometańskiej. Dziadek Teofil w białych spodniach, tata u jego stóp, Basia w sukience w kropki, babcia w drzwiach

Wyobraźnię mam zdecydowanie zbyt bujną i mówię sobie czasem, że ona mnie kiedyś zgubi. Kiedy coś zamierzam, próbuję wyobrazić sobie wszystkie możliwe rezultaty mojego działania. I oczywiście przede wszystkim biorę pod uwagę najgorsze ewentualności. Zawsze myślę głównie o tym, co złego może się przytrafić. I jeśli pomimo wszystko jednak się nie przytrafia, jestem mile zaskoczony.


„Wszędzie teraz rządzi pieniądz, a  koniec końców to i  tak nie ma żadnego znaczenia – umiera i  biedny, i  zamożny. Kościół trzeba odbudować, ale gdy się wali. Nie musi być wielki i  bogaty, bo to tylko budynek, w  którym najważniejsi są ludzie”.

Irena była, jest i  zawsze będzie panią niesłychanie odpowiedzialną: nigdy nie wypuściła żadnego braku i  nam również zwracała uwagę, że nie wolno pozwolić sobie na jakiekolwiek „przymrużenie oka” w  stosunku do publiczności, bo widz jest z  jednej strony naszym przyjacielem, a  z  drugiej – naszym sędzią. A  poza tym my przecież z  tej publiczności żyjemy i  dlatego nie wolno nam jej lekceważyć.