Wydawca: Pascal Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 178 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gniew nosorożca - Bear Grylls

Mistrz sztuki przetrwania Bear Grylls zabiera nas w kolejną ekscytującą podróż.

Beck Granger wyrusza śladem kłusowników polujących na nosorożce w Afryce Południowej. Niestety, szybko odkrywa, że został oszukany i podstępnie zwabiony na obce terytorium. Jego wrogowie nie cofną się przed niczym, byle go dopaść….

Uratować go mogą tylko jego survivalowe umiejętności. Aby przetrwać, musi uciec przed prześladowcami, kłusownikami, rozjuszonym nosorożcem, a nawet przed stadem wściekłych afrykańskich dzikich psów – likaonów. Aby przeżyć, musi upozorować własną śmierć…

WCIĄGAJĄCA OPOWIEŚĆ DLA MIŁOŚNIKÓW EKSTREMALNYCH PRZYGÓD

Opinie o ebooku Gniew nosorożca - Bear Grylls

Fragment ebooka Gniew nosorożca - Bear Grylls

Copyright © Bear Grylls Ventures 2014

Translation copyright © Wydawnictwo Pascal 2016. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, za wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autora bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Tytuł oryginalny: Rage of the Rhino

Tytuł: Gniew nosorożca

Autor: Bear Grylls

Tłumaczenie: Kamil Lesiew

Redakcja: Bartosz Szumowski

Korekta: Aleksandra Tykarska

Ilustracja: Michał Sowa

Projekt graficzny okładki: Marcin Pytlowany

Zdjęcia: Discovery s. 287, Shutterstock/Nebojsa Kontic (ikonka nosorożca)

Mapa: Jacek Majerczak

Redaktor prowadzący: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2016

ISBN 978-83-7642-848-2

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Młodym skautom na całym świecie.

Korzystajcie z życia i łapcie wszystkie przygody.

I zawsze postępujcie zgodnie z zasadami skautingu, które pomogą Wam osiągnąć pełnię możliwości.

Z wyrazami podziwu dla Was wszystkich –

Bear Grylls, naczelny skaut

O Autorze

Bear Grylls od za­wsze ko­cha przy­go­dy. Alpi­ni­sta, od­kryw­ca, ma czar­ny pas w ka­ra­te. Prze­szedł szko­le­nie w bry­tyj­skich od­dzia­łach spe­cjal­nych SAS, gdzie na­uczył się sztu­ki prze­trwa­nia. W wie­ku 21 lat prze­żył cięż­ki wy­pa­dek pod­czas sko­ku spa­do­chro­no­we­go – zła­mał krę­go­słup w trzech miej­scach. Mimo to po dwóch la­tach re­ha­bi­li­ta­cji zre­ali­zo­wał swe dzie­cię­ce ma­rze­nie i jako naj­młod­szy Bry­tyj­czyk w hi­sto­rii sta­nął na szczy­cie Mo­unt Eve­re­stu. Wy­czyn ten od­no­to­wa­no w Księ­dze re­kor­dów Gu­in­nes­sa. Jest zna­ny dzię­ki swym fa­scy­nu­ją­cym wy­pra­wom oraz pro­gra­mom, któ­re przed te­le­wi­zo­ra­mi gro­ma­dzą po­nad mi­liard wi­dzów w 150 kra­jach.

Gniew no­so­roż­ca to ko­lej­na część eks­cy­tu­ją­cej se­rii dla mło­dzie­ży Mi­sja: prze­trwa­nie, au­tor­stwa mis­trza su­rvi­va­lu, Be­ara Gryl­l­sa.

Bohaterowie

Beck Granger

W wie­ku czter­na­stu lat Beck Gran­ger wie wię­cej na te­mat sztu­ki su­rvi­va­lu niż nie­je­den eks­pert woj­sko­wy. Wie­lu tri­ków gwa­ran­tu­ją­cych prze­trwa­nie na­uczył się od rdzen­nych lu­dów za­miesz­ku­ją­cych naj­bar­dziej od­le­głe miej­sca na świe­cie – od An­tark­ty­dy po afry­kań­ski busz – któ­re od­wie­dził wraz z ro­dzi­ca­mi i wu­jem Alem.

Wuj Al

Pro­fe­sor sir Alan Gran­ger jest jed­nym z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych na świe­cie an­tro­po­lo­gów. Choć rola ju­ro­ra w re­ali­ty show przy­nio­sła mu nie­ocze­ki­wa­ną po­pu­lar­ność, dla Bec­ka i tak za­wsze po­zo­sta­nie on po pro­stu wu­jem Alem, któ­ry woli spę­dzać czas w la­bo­ra­to­rium przy mi­kro­sko­pie, niż ob­ra­cać się wśród bo­ga­tych i sław­nych. Wuj uwa­ża, że cier­pli­wość to cno­ta, i wy­zna­je za­sa­dę „ni­g­dy się nie pod­da­waj”. Przez ostat­nich kil­ka lat był opie­ku­nem Bec­ka, któ­ry za­czął go po­strze­gać jako dru­gie­go ojca.

David i Melanie Grangerowie

Ro­dzi­ce Bec­ka kie­ro­wa­li ope­ra­cja­mi spe­cjal­ny­mi dzia­ła­ją­cej na rzecz ochro­ny śro­do­wi­ska or­ga­ni­za­cji Jed­nost­ka Zie­lo­na. Wraz z Bec­kiem mie­li oka­zję spo­tkać lu­dzi ży­ją­cych w naj­bar­dziej nie­przy­ja­znych czło­wie­ko­wi re­jo­nach świa­ta. Beck wcze­śnie stra­cił ro­dzi­ców, ich awio­net­ka roz­bi­ła się w dżun­gli. Ciał ni­g­dy nie od­na­le­zio­no, nie wy­ja­śnio­no też przy­czy­ny wy­pad­ku...

Samora Peterson

Do­ra­sta­jąc w RPA pod okiem ojca (straż­ni­ka w Par­ku Na­ro­do­wym Kru­ge­ra), Sa­mo­ra nie mia­ła in­ne­go wy­bo­ru, jak po­siąść cał­kiem sze­ro­ką wie­dzę o dzi­kich zwie­rzę­tach. Poza szko­łą za­zwy­czaj spę­dza czas z oj­cem, ba­da­jąc zwy­cza­je mi­gra­cyj­ne sło­ni albo po­ma­ga­jąc w ochro­nie no­so­roż­ców i in­nych za­gro­żo­nych ga­tun­ków zwie­rząt.

Rozdział 1

Pierw­szą rze­czą, jaką Beck Gran­ger zo­ba­czył, gdy wszedł do kuch­ni, była gą­sie­ni­ca. I to ol­brzy­mia. Sta­nął jak wry­ty, a po­tem na­chy­lił się, by ją le­piej wi­dzieć. Nie ru­sza­ła się.

Do­pie­ro co przy­szedł ze szko­ły, zrzu­cił z sie­bie ple­cak, skie­ro­wał się do kuch­ni i... zo­ba­czył ją. Gą­sie­ni­ca zaj­mo­wa­ła po­ło­wę sto­łu. Była dłu­ga jak ra­mię chłop­ca, mia­ła gru­bą i usia­ną kol­ca­mi zie­lo­ną skó­rę. Na jed­nym koń­cu uśmie­cha­ła się twarz z mar­ce­pa­nu. Beck spoj­rzał na wuj­ka.

– Ha ha.

– Wie­dzia­łem, że ci się spodo­ba, Beck!

Wuj Al – dla lu­dzi spo­za ro­dzi­ny: pro­fe­sor sir Alan Gran­ger – przy­ło­żył za­pał­kę do kol­ców gą­sie­ni­cy, któ­re zro­bio­no ze świe­czek. Było ich czter­na­ście.

– To na pa­miąt­kę wszyst­kich owa­dów, któ­re zja­dłeś w cią­gu czter­na­stu lat ży­cia.

– Mmm. Dzię­ki za przy­po­mnie­nie.

Al zga­sił za­pał­kę mach­nię­ciem nad­garst­ka i ob­jął Bec­ka ra­mie­niem. Chło­piec od­wza­jem­nił uścisk.

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go! Szcze­rze mó­wiąc, nie­raz ba­łem się, że ża­den z nas nie do­ży­je tego dnia.

Po­wie­dział to żar­to­bli­wym to­nem, ale Beck wy­czuł ukry­te za tymi sło­wa­mi na­pię­cie. Ni­g­dy nie przy­wią­zy­wał więk­szej wagi do uro­dzin – one po pro­stu wy­pa­da­ły same z sie­bie, jed­ne po dru­gich. Ale co ra­cja, to ra­cja: nie­je­den raz w cią­gu tych czter­na­stu lat nie był pe­wien, czy uda mu się do­cze­kać na­stęp­nych.

Ostat­nio, na przy­kład, do­wie­dział się, że na świe­cie są lu­dzie, któ­rzy za wszel­ką cenę sta­ra­ją się nie do­pu­ścić, żeby prze­żył choć­by do na­stęp­ne­go świ­tu. Może więc fak­tycz­nie miał wię­cej po­wo­dów do świę­to­wa­nia niż prze­cięt­ne na­sto­lat­ki.

Wła­ści­we przy­ję­cie uro­dzi­no­we za­pla­no­wał na week­end, za­pra­sza­jąc na nie za­przy­jaź­nio­nych ró­wie­śni­ków. Dzi­siaj świę­to­wa­li tyl­ko we dwóch.

Wszyst­kie świecz­ki już za­pło­nę­ły.

– Po­myśl ży­cze­nie – za­su­ge­ro­wał Al.

Chło­piec za­sta­no­wił się chwi­lę, a po­tem na­chy­lił się do tor­tu i dmuch­nął. Świecz­ki zga­sły za jed­nym za­ma­chem, a Beck po­my­ślał ży­cze­nie: Pro­szę, niech ko­le­dzy Ala się po­spieszą!

Ostat­nie trzy mie­sią­ce, któ­re mi­nę­ły pod zna­kiem usta­bi­li­zo­wa­ne­go try­bu ży­cia i uda­wa­nej nor­mal­no­ści, były dla nie­go mę­czar­nią. To wte­dy wró­cił z pa­mięt­ne­go rej­su po Ka­ra­ibach, któ­ry ob­fi­to­wał w wie­le wy­da­rzeń, ta­kich jak za­to­nię­cia stat­ków, wy­bu­cha­ją­ce plat­for­my wiert­ni­cze czy za­bój­stwa. Beck po raz pierw­szy miał oka­zję po­znać lu­dzi sto­ją­cych za kon­cer­nem, któ­ry za­mor­do­wał jego ro­dzi­ców i za­tru­wał mu ży­cie.

Lu­mos. Tę na­zwę znał od daw­na. Wcze­śniej wrzu­cał tę kor­po­ra­cję do jed­ne­go wor­ka z wszyst­ki­mi in­ny­mi wiel­ki­mi fir­ma­mi, któ­re nie mają opo­rów przed nisz­cze­niem Zie­mi, je­śli tyl­ko im się to opła­ca. Nie zda­wał so­bie jed­nak spra­wy, jak bar­dzo nik­czem­ny jest Lu­mos – wręcz ze­psu­ty do szpi­ku ko­ści.

Zro­zu­miał to, gdy fir­ma na­sła­ła na nie­go swo­ją czo­ło­wą spe­cja­list­kę od brud­nej ro­bo­ty. Ich plan się nie po­wiódł, a Beck wró­cił z Alem do An­glii... i sie­dzie­li z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi.

Ta­kie przy­naj­mniej wra­że­nie od­no­sił Beck. Wie­dzie­li, co robi Lu­mos, ale nie mie­li ni­cze­go na po­par­cie swo­ich po­dej­rzeń. Po­trze­bo­wa­li twar­dych do­wo­dów, któ­re da­ło­by się obro­nić w są­dzie. A dys­po­no­wa­li je­dy­nie tym, co sie­dzia­ło w ich gło­wach.

Al miał zna­jo­mo­ści, i to spo­ro, w eko­lo­gicz­nej gru­pie za­da­nio­wej o na­zwie Jed­nost­ka Zie­lo­na. Jej ak­ty­wi­ści uwie­rzy­li w jego sło­wa. Pod­po­wie­dział im, gdzie mogą za­cząć szu­kać do­wo­dów prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści Lu­mo­su. Tyle że to wszyst­ko wy­ma­ga­ło cza­su – tak dużo cza­su. A Jed­nost­ka Zie­lo­na mia­ła jesz­cze inne pro­jek­ty, choć­by te, do któ­rych zo­sta­ła po­wo­ła­na, czy­li pod­no­sze­nie świa­do­mo­ści eko­lo­gicz­nej i zwal­cza­nie prze­stępstw prze­ciw śro­do­wi­sku na ca­łym świe­cie.

Jed­nost­ka Zie­lo­na nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na rzu­ce­nie wszyst­kich środ­ków do wal­ki z Lu­mo­sem, je­śli ozna­cza­ło­by to od­cią­gnię­cie jej od in­nych za­dań. Wszyst­ko to prze­ło­ży­ło się na trzy dłu­gie mie­sią­ce cze­ka­nia w nie­pew­no­ści, czy kor­po­ra­cja ude­rzy po­now­nie.

Przez ja­kiś czas Al co­dzien­nie przed wy­jaz­dem do pra­cy za­glą­dał pod auto w po­szu­ki­wa­niu bom­by. Beck nie cho­dził do szko­ły pod pre­tek­stem cho­ro­by. W koń­cu jed­nak uzna­li, że Lu­mos nie po­czy­nał­by so­bie aż tak osten­ta­cyj­nie. Fir­ma mia­ła wła­sne po­wo­dy, żeby się nie wy­chy­lać i nie ścią­gać na sie­bie uwa­gi – to, że Beck zgi­nął­by na­gle tak szyb­ko po ich po­przed­nim spo­tka­niu, za­szko­dzi­ło­by ich wi­ze­run­ko­wi.

Ostat­nim ra­zem, gdy pró­bo­wa­li za­bić chłop­ca, wy­wa­bi­li go poza An­glię. On i Al po­win­ni być więc bez­piecz­ni, je­śli zo­sta­ną w kra­ju.

Beck wró­cił więc do szko­ły i pró­bo­wał za­cho­wy­wać się jak nor­mal­ny uczeń. Tyle że dla nie­go „nor­mal­ność” była czymś w ro­dza­ju oso­bi­ste­go pie­kła na zie­mi.

Rozdział 2

– Wy­glą­da na to, że w tym roku do­sta­łeś całe mnó­stwo kar­tek!

Ra­do­sny ton Ala wy­rwał Bec­ka z za­my­śle­nia. Wuj wrę­czył mu plik sztyw­nych ko­pert. Kie­dy chło­piec je prze­rzu­cał, zer­kał na stem­ple i znacz­ki pocz­to­we, pró­bu­jąc od­gad­nąć, skąd przy­szły.

Zna­czek z kan­gu­rem i stem­pel z Au­stra­lii Za­chod­niej – ła­twi­zna. To od Bri­ho­ny, choć kan­gur wy­da­wał się dziw­nym wy­bo­rem. Jej spe­cjal­no­ścią były kro­ko­dy­le ró­żań­co­we, sta­no­wią­ce tyl­ko jed­no z wie­lu nie­bez­pie­czeństw, z któ­ry­mi ze­tknę­li się pod­czas for­sow­ne­go mar­szu przez Out­back1) w po­szu­ki­wa­niu star­ca, któ­ry mógł po­móc im w star­ciu z Lu­mo­sem.

1) Słabo zaludnione rozległe pustynne, półpustynne lub górzyste obszary środkowej Australii (wszystkie przypisy tłumacza).

Zna­czek z Ala­ski, przed­sta­wia­ją­cy sta­do orek nur­ku­ją­cych pod po­wierzch­nię spo­koj­ne­go zim­ne­go mo­rza, był od Ti­ka­anie­go, z któ­rym Beck prze­mie­rzył ośnie­żo­ne góry, by spro­wa­dzić po­moc dla po­waż­nie ran­ne­go Ala. To wte­dy po raz pierw­szy bez­po­śred­nio ze­tknął się z Lu­mo­sem.

Coś w ro­dza­ju pa­no­ra­my ko­lum­bij­skiej dżun­gli – to na pew­no od Chri­sti­ny i Mar­co, bliź­niąt, któ­re prze­ży­ły z nim ka­ta­stro­fę stat­ku, a póź­niej wę­drów­kę przez dżun­glę śla­dem nar­ko­ty­ko­we­go bos­sa.

Wśród ko­pert była też taka bez znacz­ka, tyl­ko z od­ręcz­nym ry­sun­kiem oran­gu­ta­na, mó­wią­ce­go: „Cześć, Beck!”. Tę oso­bi­ście do­rę­czył mu Pe­ter, jego naj­lep­szy przy­ja­ciel, któ­ry miesz­kał le­d­wie kil­ka ulic da­lej.

Za pierw­szym ra­zem zna­leź­li się ra­zem na Sa­ha­rze, ucie­ka­jąc przed okrut­ny­mi prze­myt­ni­ka­mi dia­men­tów. Po­tem mu­sie­li uni­kać ty­gry­sów i wul­ka­nów w in­do­ne­zyj­skim le­sie desz­czo­wym. Po tych pe­ry­pe­tiach ro­dzi­ce Pe­te­ra nie za­pa­try­wa­li się już tak en­tu­zja­stycz­nie na wspól­ne wa­ka­cje ich syna z Bec­kiem. Sam Pe­ter jed­nak cią­gle miał ocho­tę na wię­cej.

Beck się uśmiech­nął. Przez te peł­ne przy­gód czter­na­ście lat zro­bił so­bie kil­ku wro­gów, ale zy­skał o wie­le wię­cej przy­ja­ciół. I były to przy­jaź­nie, któ­re bę­dzie pie­lę­gno­wał do koń­ca ży­cia.

Jego uśmiech nie­co przy­gasł. Był je­den chło­piec, od któ­re­go nie spo­dzie­wał się kart­ki. Nie wie­dział na­wet, czy Ja­mes Bla­ke wciąż żyje. Kie­dy wi­dział go ostat­ni raz, pła­kał, pró­bu­jąc uwol­nić mat­kę spod po­skrę­ca­nych szcząt­ków na roz­pa­da­ją­cej się plat­for­mie wiert­ni­czej.

A cze­mu się tam w ogó­le zna­leź­li? Mina zrze­dła mu jesz­cze bar­dziej. Przez Lu­mos. Lu­mos, Lu­mos i jesz­cze raz Lu­mos – gdzie nie spoj­rzeć, wszę­dzie ta sama fir­ma. Tym ra­zem kor­po­ra­cja eks­pe­ry­men­to­wa­ła z no­wym źró­dłem pa­li­wa na dnie mo­rza. Dzię­ki nie­mu mo­gła się do­ro­bić for­tu­ny, ale przy oka­zji zde­wa­sto­wa­ła­by śro­do­wi­sko. Lu­mos dbał je­dy­nie o kasę. Beck zna­lazł się tam, bo mat­ka Ja­me­sa była za­bój­czy­nią na usłu­gach Lu­mo­su. Wy­peł­nia­jąc po­le­ce­nie dziad­ka Ja­me­sa – sze­fa Lu­mo­su, Edwi­na Bla­ke’a – zwa­bi­ła mło­de­go Gran­ge­ra na plat­for­mę, żeby go za­bić.

A cze­mu plat­for­ma się roz­pa­da­ła? Bo Lu­mos był tak pa­zer­ny, że po­sta­wił ją na dro­dze hu­ra­ga­nu stu­le­cia. Tak, to praw­da, że Beck przy­czy­nił się do tego, wy­wo­łu­jąc pod­wod­ną eks­plo­zję, ale tyl­ko po to, żeby móc uciec. Wy­buch ni­ko­mu nie zro­bił krzyw­dy, a nie mu­siał­by prze­cież ni­cze­go wy­sa­dzać, gdy­by nie sta­ra­no się go za­bić...

Gdy Beck przy­po­mniał so­bie szcze­gó­ły, za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. Mimo wszyst­ko chciał po­móc Ja­me­so­wi ura­to­wać mat­kę. Mógł jej po­ka­zać, że ist­nie­je coś lep­sze­go niż jej smut­ny, skrzy­wio­ny i sa­mo­lub­ny punkt wi­dze­nia. Ale nie zdą­żył, bo ktoś więk­szy i sil­niej­szy od nie­go od­cią­gnął go, a póź­niej wrzu­cił do śmi­głow­ca. Za­le­d­wie chwi­lę po tym, jak po­de­rwa­li się w po­wie­trze, plat­for­ma wy­bu­chła.

Ja­mes mógł prze­żyć, mógł też spo­czy­wać na dnie mo­rza.

Beck pró­bo­wał po­wstrzy­mać go­ni­twę my­śli i sku­pić się na kart­kach uro­dzi­no­wych. Była wśród nich jesz­cze jed­na, któ­ra wy­raź­nie przy­szła z za­gra­ni­cy, ale nie umiał okre­ślić kra­ju. Nie po­tra­fił na­wet od­czy­tać znacz­ka. Coś na nim na­pi­sa­no, ale al­fa­be­tem, któ­ry był Bec­ko­wi zu­peł­nie obcy. Wid­nia­ło tam coś, co ewi­dent­nie było li­te­rą „E”, po­tem dwa zna­ki przy­po­mi­na­ją­ce pi­ra­mi­dy, da­lej „A” i coś w ro­dza­ju od­wró­co­nej cy­fry „3”, tyle że bez za­okrą­gleń. Chło­piec uniósł brew i po­ka­zał ko­per­tę Alo­wi.

– Hel­las – prze­tłu­ma­czył wuj. – Albo po na­sze­mu: Gre­cja.

– Gre­cja? – Beck zmarsz­czył brwi i wsa­dził pa­lec pod skrzy­deł­ko ko­per­ty, żeby ją otwo­rzyć. – Kogo stam­tąd znam?

Ko­per­ta za­wie­ra­ła kart­kę i list na­pi­sa­ny od­ręcz­nie po an­giel­sku. Beck po­wo­li od­czy­tał pierw­szą li­nij­kę, z tru­dem roz­szy­fro­wu­jąc nie­zna­jo­me pi­smo.

Dro­gi Bec­ku,

Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji uro­dzin! Nie pa­mię­tasz mnie, ale po­zna­liśmy się, gdy by­łeś bar­dzo mały. Na­zy­wam się Athe­na Sa­pe­ra...

Al zro­bił wiel­kie oczy.

– Jezu! Athe­na Sa­pe­ra? Kopę lat!

– Kto to?

– Bar­dzo sta­ra przy­ja­ciół­ka. Pani od no­so­roż­ców. Czy­taj i chodź ze mną.

Beck po­dą­żył więc za Alem do sa­lo­nu, od­czy­tu­jąc resz­tę li­stu li­nij­ka po li­nij­ce.

Rozdział 3

Al grze­bał w kre­den­sie, w któ­rym trzy­mał ich sta­re al­bu­my na zdję­cia, a Beck czy­tał:

– Przez wie­le lat pra­co­wa­łam z Two­imi ro­dzi­ca­mi i wuj­kiem w Afry­ce.

Beck prze­rwał i zer­k­nął na wuj­ka, któ­ry wciąż tkwił z gło­wą w kre­den­sie.

– To praw­da? – za­py­tał.

– Praw­da. – Głos Ala był nie­co przy­tłu­mio­ny. – Da­waj da­lej.

– Hmm – mruk­nął Beck. Ostat­nim ra­zem, gdy po­znał ko­goś, kto pra­co­wał z jego ro­dzi­ca­mi, ten ktoś pró­bo­wał go za­bić; był ama­to­rem, nie pro­fe­sjo­na­li­stą, ale wy­cho­dzi­ło na jed­no. To, że ja­kaś oso­ba jest sta­rym przy­ja­cie­lem jego ro­dzi­ców, samo w so­bie nie­ko­niecz­nie mia­ło dla nie­go ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Ale kie­dyś w koń­cu chy­ba wy­pa­da­ło­by za­ufać gu­sto­wi ro­dzi­ców w do­bo­rze przy­ja­ciół. Nie wszy­scy z nich mu­szą być źli.

– Czy­ta­łam wie­le o Two­ich przy­go­dach. Wi­dać, że wda­łeś się w ro­dzi­ców! By­li­by z cie­bie bar­dzo dum­ni...

– Mam! – Al rzu­cił cięż­ki al­bum na stół i otwo­rzył go mniej wię­cej w po­ło­wie.

Pierw­szym, co Beck za­uwa­żył, był zaj­mu­ją­cy więk­szą część fo­to­gra­fii no­so­ro­żec. Miał roz­miar ma­łe­go auta i po­kry­wa­ły go pły­ty z fał­da­mi gru­bej, ciem­nej i szorst­kiej skó­ry. Chło­piec przy­pusz­czał, że zwie­rzę zo­sta­ło odu­rzo­ne środ­ka­mi uspo­ka­ja­ją­cy­mi, bo le­ża­ło z gło­wą mię­dzy przed­ni­mi no­ga­mi, przy­po­mi­na­jąc prze­ro­śnię­te­go psa, wy­grze­wa­ją­ce­go się przy ogni­sku.

Z jed­nej stro­ny zdję­cia wi­dział swo­ją mamę, aku­rat wcho­dzą­cą w kadr. Przy gło­wie zwie­rzę­cia przy­kuc­nę­ła inna ko­bie­ta, naj­wy­raź­niej ba­da­jąc jego oczy. No­si­ła szor­ty, ko­szu­lę w kra­tę i ka­pe­lusz prze­ciw­sło­necz­ny. Spod ron­da wy­le­wa­ły się ciem­ne krę­co­ne wło­sy. Twarz mia­ła na­chy­lo­ną do obiek­ty­wu, jak­by do­pie­ro za­uwa­ży­ła, że ktoś robi jej zdję­cie.

Al po­stu­kał w jej twarz pal­cem i Beck zro­zu­miał, że to Athe­na. Czy­tał da­lej:

– Nie­dłu­go wra­cam do RPA, żeby kon­ty­nu­ować pra­cę z no­so­roż­ca­mi w Par­ku Na­ro­do­wym Kru­ge­ra. Pew­nie o nim sły­sza­łeś...

Sły­szał. Wie­dział, że to wiel­ki re­zer­wat zwie­rzy­ny w Re­pu­bli­ce Po­łu­dnio­wej Afry­ki – wiel­ki w zna­cze­niu: roz­mia­ru nie­wiel­kie­go pań­stwa.

– Za­sta­na­wia­łam się, czy nie ze­chciałbyś do mnie do­łą­czyć. Je­stem pew­na, że ta nowa sła­wa okrop­nie cię nu­dzi...

Beck uśmiech­nął się gorz­ko. Tu mia­ła zu­peł­ną ra­cję. Do cza­su jego pe­ry­pe­tii w Au­stra­lii nie mógł spe­cjal­nie na­rze­kać. Wte­dy me­dia pod­chwy­ci­ły jed­nak te­mat chłop­ca, któ­ry prze­żył i wy­grał star­cie z fir­mą, jak przed­sta­wiał go je­den z na­głów­ków. Od tego mo­men­tu Beck udzie­lił wie­lu wy­wia­dów pra­sie, te­le­wi­zji i por­ta­lom in­ter­ne­to­wym. Sta­rał się roz­waż­nie ko­rzy­stać ze sła­wy – pro­mo­wać ini­cja­ty­wy Jed­nost­ki Zie­lo­nej i mó­wić o rze­czach, na któ­re war­to było zwró­cić uwa­gę. Ale tak, po ja­kimś cza­sie w to wszyst­ko wkra­dła się nuda. Cią­gle te same te­ma­ty, cią­gle te same okle­pa­ne for­muł­ki. Cią­gle to samo py­ta­nie na ko­niec: „Więc co te­raz pla­nu­jesz, Beck?”. I cią­gle ta sama szcze­ra od­po­wiedź: „Po­zo­stać przy ży­ciu”.

Czy­tał da­lej:

– ...ale za­wsze po­wta­rzam, że trze­ba kuć że­la­zo, póki go­rą­ce. Two­ja twarz ide­al­nie nadałaby się do kli­pu Jed­nost­ki Zie­lo­nej, eks­po­nu­ją­ce­go kwe­stię kłu­sow­nic­twa no­so­roż­ców. Te wspa­nia­łe zwie­rzę­ta są na skra­ju wy­mar­cia. Zo­sta­ło je­dy­nie kil­ka ty­się­cy no­so­rożców bia­łych, a po­pu­la­cja czar­nych spa­dła do kil­ku­set. Je­śli te­raz tego nie zmie­ni­my, to nie zmie­ni­my tego ni­g­dy.

Beck prze­biegł wzro­kiem resz­tę li­stu.

– Da­lej jest tro­chę sta­ty­styk do­ty­czą­cych kłu­sow­nic­twa... – Aż gwizd­nął. – We­dług ofi­cjal­nych da­nych, w pierw­szej po­ło­wie 2013 roku za­bi­to czte­ry­sta dwa­dzie­ścia osiem no­so­roż­ców. To... hmm...

– Po­nad sie­dem­dzie­siąt mie­sięcz­nie – stwier­dził Al po­nu­rym gło­sem. – Czy­li wię­cej niż dwa dzien­nie.

– Tak czy owak, na ko­niec pi­sze tak: Mam na­dzie­ję, że to Cię za­in­te­re­su­je. Od­pisz mi na ad­res e-ma­ilo­wy... – Beck pod­niósł oczy na wuj­ka, któ­ry wy­da­wał się za­my­ślo­ny. – No i co ty na to?

– A ty?

Beck na­praw­dę wo­lał­by, żeby nikt nie na­sta­wał znów na jego ży­cie. Ale kłu­sow­ni­cy każ­de­go dnia za­bi­ja­li dwa no­so­roż­ce... Sko­ro zo­sta­ło ich tyl­ko kil­ka ty­się­cy, w tym tem­pie nie mi­nie wie­le cza­su, za­nim znik­ną zu­peł­nie. Nie lu­bił być na świecz­ni­ku, ale jak na­pi­sa­ła Athe­na, „trze­ba kuć że­la­zo, póki go­rą­ce”. Je­śli jego sła­wa mo­gła w czymś po­móc...

– Chcę po­je­chać.

– Tego się spo­dzie­wa­łem. A czy w ogó­le nie przy­szło ci do gło­wy, że sa­mot­ny wy­jazd za gra­ni­cę z Lu­mo­sem na ogo­nie był­by naj­głup­szą rze­czą, jaką mo­żesz w tej chwi­li zro­bić?

– A skąd Lu­mos miał­by się o tym do­wie­dzieć? – skon­tro­wał Beck. – Nie mu­si­my ni­ko­mu mó­wić. Nie za­mie­rzam ogła­szać swo­ich wa­ka­cyj­nych pla­nów na Pla­ce­Spa­ce. Mogę zwy­czaj­nie tam po­je­chać, na­grać ma­te­riał i wró­cić, za­nim Lu­mos zdą­ży się zo­rien­to­wać, że wy­je­cha­łem.

Oczy Ala zwę­zi­ły się w za­my­śle­niu.

– Wiesz co? To nie jest naj­gor­szy po­mysł. Do­bra. Od­po­wiedz jej, że przy­jeż­dżasz. – Sprze­dał Bec­ko­wi kuk­sań­ca. – Ale nie pisz, że przy­jeż­dżam z tobą. Zrób­my jej nie­spo­dzian­kę.

– Też chcesz je­chać?

– Pew­nie. I tym ra­zem będę miał cię na oku przez cały czas. Kie­dy zo­sta­jesz sam, robi się go­rą­co.

Rozdział 4

Beck i Al wto­czy­li wa­liz­ki do hali przy­lo­tów lot­ni­ska w Jo­han­nes­bur­gu, a chło­pak omiótł wzro­kiem tłum ocze­ku­ją­cych. Wcze­śniej prze­stu­dio­wał uważ­nie inne zdję­cia Athe­ny, więc był pe­wien, że od razu ją po­zna.

Iden­ty­fi­ka­cja oka­za­ła się zbęd­na, bo ko­bie­ta nie­mal wrza­snę­ła:

– Al! – Prze­pchnę­ła się przez masę lu­dzi, żeby ich przy­wi­tać. – Ty czor­cie! Nie mó­wi­łeś, że też przy­jeż­dżasz! A ty mu­sisz być Beck... Cześć!

Jej strój wy­glą­dał w za­sa­dzie iden­tycz­nie jak na pierw­szym zdję­ciu zna­le­zio­nym przez Ala: ko­szu­la w kra­tę i dłu­gie szor­ty, tyle że jej krę­co­ne wło­sy były te­raz przy­pró­szo­ne si­wi­zną na skro­niach. Mia­ła ciem­no­brą­zo­we oczy i uśmiech, któ­ry wi­dać było z ko­smo­su.

– Do­brze was obu wi­dzieć! Jak lot? Do­tar­li­ście w samą porę: pra­cow­ni­cy lot­ni­ska mają wła­śnie ogło­sić strajk. Chodź­cie, tędy.

Beck pchał wó­zek ba­ga­żo­wy, wle­kąc się za Athe­ną i Alem, któ­rzy szli przo­dem obok sie­bie. Kie­dy tłum za­mknął się wo­kół nich, mu­siał cią­gle la­wi­ro­wać, by nie wpaść na lu­dzi kie­ru­ją­cych się w prze­ciw­ną stro­nę. W pew­nym mo­men­cie ktoś za­to­czył się na nie­go i ze­pchnął przed nad­cho­dzą­cą gru­pę. Chło­piec po­czuł się jak kul­ka, któ­ra utknę­ła mię­dzy łap­ka­mi flip­pe­ra. W koń­cu jed­nak zo­ba­czył przed sobą drzwi pro­wa­dzą­ce na ze­wnątrz.

Wyj­ście z lot­ni­ska za­wsze sta­no­wi­ło dla nie­go mo­ment, w któ­rym na­praw­dę czuł, że przy­był do ob­ce­go kra­ju. To wte­dy brał pierw­szy od­dech miej­sco­we­go po­wie­trza – po­wie­trza w na­tu­ral­nej tem­pe­ra­tu­rze, a nie tego prze­pusz­czo­ne­go przez kli­ma­ty­za­cję. Po­wie­trza, któ­re prze­pły­nę­ło przez róż­ne kon­ty­nen­ty i oce­any.

W tym wy­pad­ku przy­po­mi­na­ło to wy­sta­wie­nie ca­łe­go cia­ła na po­dmuch su­szar­ki. Póź­nym la­tem po­wie­trze w RPA jest su­che i spie­czo­ne, bez choć­by odro­bi­ny wil­go­ci. Mimo cał­kiem wcze­snej pory słoń­ce już da­wa­ło się moc­no we zna­ki, więc Beck szyb­ko za­ło­żył oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne.

Gdy do­szli na par­king, Athe­na po­pro­wa­dzi­ła ich do po­ob­tłu­ki­wa­ne­go dżi­pa z lo­giem Jed­nost­ki Zie­lo­nej na drzwiach. Rzu­ci­li wa­liz­ki na tył.

– Wy­spa­li­ście się w sa­mo­lo­cie? – za­py­ta­ła.

– Nie – burk­nął Al. Za­wsze miał pro­blem z za­śnię­ciem w cza­sie lotu.

– Cał­kiem nie­źle, dzię­ki! – od­parł Beck z uśmie­chem.

W po­dró­ży do Re­pu­bli­ki Po­łu­dnio­wej Afry­ki do­bre było to, że cho­ciaż le­ża­ła da­le­ko, to nie­mal do­kład­nie na po­łu­dnie od Wiel­kiej Bry­ta­nii. Prze­sta­wie­nie się o tę do­dat­ko­wą go­dzi­nę róż­ni­cy w stre­fie cza­so­wej, któ­ra dzie­li­ła Jo­han­nes­burg od Lon­dy­nu, nie spra­wia­ło trud­no­ści. W sa­mo­lo­cie moż­na było jeść czy spać o nor­mal­nych po­rach i do­le­cieć do celu w do­brej kon­dy­cji psy­cho­fi­zycz­nej.

Więk­szość ich lotu przy­pa­dła na noc. A Beck uwiel­biał pa­trzeć na roz­cią­ga­ją­cy się pod nim roz­le­gły kon­ty­nent, roz­świe­tla­ny cza­sem przez blask tego, co mo­gło być je­dy­nie ogni­ska­mi, wi­docz­ny­mi, o dzi­wo, z wy­so­ko­ści dzie­wię­ciu ty­się­cy me­trów.

Sze­ro­ką trój­pa­smów­ką włą­czy­li się w go­rącz­ko­wy ruch ulicz­ny Jo­han­nes­bur­ga. Gdy ru­sza­li z lot­ni­ska, Athe­na uprze­dzi­ła ich, że jaz­da do miej­sca jej za­miesz­ka­nia w mie­ście zaj­mie pół go­dzi­ny. Mogą spę­dzić tam dzień i noc, by ochło­nąć po lo­cie. Na­stęp­ne­go dnia po­ja­dą do Par­ku Na­ro­do­we­go Kru­ge­ra, żeby Beck mógł na­grać ma­te­riał.

Bar­dzo szyb­ko za­uwa­żył wy­ra­sta­ją­ce na ho­ry­zon­cie dra­pa­cze chmur Jo­han­nes­bur­ga. Wszę­dzie wo­kół nich na au­to­stra­dzie no­wiut­kie, no­wo­cze­sne land cru­ise­ry kon­tra­sto­wa­ły ze sta­ry­mi gru­cho­ta­mi, któ­re wy­glą­da­ły, jak­by mia­ły się roz­paść od zwy­kłe­go kich­nię­cia. Było to pierw­sze ostrze­że­nie, że RPA jest pa­ra­dok­sal­nym po­łą­cze­niem bo­gac­twa i nę­dzy. Spe­cy­ficz­nym kra­jem, w któ­rym świat roz­wi­nię­ty i ten do­pie­ro się roz­wi­ja­ją­cy wza­jem­nie się prze­ni­ka­ją.

Rozdział 5

Nie od­zy­wa­li się za dużo – Al przy­sy­piał, a Athe­na, ku wiel­kiej ucie­sze Bec­ka, wo­la­ła sku­pić się na jeź­dzie. Au­to­stra­da omi­ja­ła mia­sto, któ­re prze­my­ka­ło po pra­wej. W koń­cu znak za­sy­gna­li­zo­wał im, że nie­dłu­go do­ja­dą do So­we­to.

– Za­raz bę­dzie­my na miej­scu – po­in­for­mo­wa­ła Athe­na. – Wła­ści­wie to nie­da­le­ko stąd po­zna­łam two­ich ro­dzi­ców, Beck. Wte­dy wszy­scy pra­co­wa­li­śmy w So­we­to.

– To w So­we­to są no­so­roż­ce? – zdzi­wił się Beck. O ile mu było wia­do­mo, to get­to lud­no­ści ko­lo­ro­wej na przed­mie­ściach Jo­han­nes­bur­ga, a nie miej­sce, w któ­rym moż­na zna­leźć dzi­kie zwie­rzę­ta. Są tam za to lu­dzie: set­ki ty­się­cy lu­dzi, miesz­ka­ją­cych prze­waż­nie w osie­dlach usia­nych bu­da­mi z bla­chy fa­li­stej.

Al za­chi­cho­tał sen­nie.

– Byli maj­stra­mi od wszyst­kie­go. Zaj­mo­wa­li się czym po­pad­nie.

– Al ma ra­cję. To twój oj­ciec za­czął współ­pra­cę z Jed­nost­ką Zie­lo­ną z ra­cji ich dzia­łal­no­ści na rzecz dzi­kiej przy­ro­dy. Two­ja mat­ka zaj­mo­wa­ła się fi­lan­tro­pią. Nie mo­gła znieść wi­do­ku cier­pie­nia i nę­dzy, gdy lu­dzie wo­kół mie­li tak wie­le. Swo­ją dro­gą, po­wie­dzia­łam, że po­zna­łam two­ich ro­dzi­ców w So­we­to, ale oni sami też wła­śnie tam się po­zna­li!

Beck dał so­bie chwi­lę, by przy­swo­ić ten fakt. Nie wie­dział, że jego ro­dzi­ce... To zna­czy, wie­dział, oczy­wi­ście, że kie­dyś mu­sia­ło dojść mię­dzy nimi do tego pierw­sze­go spo­tka­nia. Sko­ro był czas, gdy jego jesz­cze nie było na świe­cie, mu­siał być czas, gdy oni się nie zna­li.

– Mo­że­my tam po­je­chać? Zo­ba­czyć? – za­py­tał na­gle.

Athe­na nie kry­ła uśmie­chu.

– Nie wiem, czy pa­mię­tam, gdzie do­kład­nie...

– Mo­że­my po pro­stu zo­ba­czyć get­to?

– Pew­nie. Je­śli nie masz nic prze­ciw­ko, Al? – Athe­na zer­k­nę­ła z uko­sa na męż­czy­znę, któ­ry wciąż przy­sy­piał, ale ten wzru­szył ra­mio­na­mi. – No do­brze. Znam kil­ka osób... Jed­nost­ka Zie­lo­na ma tam pla­ców­kę. Nie je­stem pew­na, czy zna­li two­ich ro­dzi­ców, ale bar­dzo ucie­szy ich wa­sza wi­zy­ta.

Uśmiech­nę­ła się do Bec­ka w lu­ster­ku wstecz­nym.

– By­łam na­praw­dę za­sko­czo­na, kie­dy się do mnie ode­zwa­łeś! Ale w li­ście brzmia­łeś zu­peł­nie jak oj­ciec. Mia­łeś świet­ny po­mysł i de­ter­mi­na­cję, żeby wcie­lić go w ży­cie...

– Ej, chwi­la. Co po­wie­dzia­łaś? – Beck usiadł za­nie­po­ko­jo­ny. – Nie od­zy­wa­łem się do cie­bie. To ty pierw­sza do mnie na­pi­sa­łaś! Wy­sła­łaś mi list na uro­dzi­ny.

– List? – Po­sła­ła mu zmie­sza­ny uśmiech. – Nie, to ty do mnie na­pi­sa­łeś, pa­mię­tasz? Prze­czy­ta­łeś o mnie w new­slet­te­rze Jed­nost­ki Zie­lo­nej i po­my­śla­łeś, że może mógł­byś zo­stać twa­rzą kam­pa­nii me­dial­nej, sko­ro pro­blem kłu­sow­nic­twa no­so­roż­ców był tak bli­ski two­im ro­dzi­com...

Beck i Al kom­plet­nie się już po­gu­bi­li. Wuj od­wró­cił się w sie­dze­niu, żeby spoj­rzeć py­ta­ją­co na bra­tan­ka, a ten wzru­szył ra­mio­na­mi, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że nie ma po­ję­cia, o co tu cho­dzi.

– Cze­kaj... – Beck miał ple­cak przy so­bie. Po­grze­bał w nim i wy­cią­gnął list nada­ny przez Athe­nę. Wy­jął go z ko­per­ty, roz­ło­żył i po­dał Alo­wi, któ­ry po­ka­zał go ko­bie­cie tak, żeby mo­gła go prze­czy­tać, nie od­ry­wa­jąc rąk od kie­row­ni­cy. Zro­bi­ła wiel­kie oczy.

– To nie moje pi­smo... – Przej­rza­ła list szyb­ko aż do ostat­niej li­nij­ki. – I nie mój e-mail.

Na ja­kiś czas w au­cie za­pa­dła ci­sza, w któ­rej każ­de z nich pró­bo­wa­ło po­ukła­dać to so­bie w gło­wie.

– Al – ode­zwa­ła się w koń­cu Athe­na, gło­sem ci­chym, ale peł­nym de­ter­mi­na­cji. – Masz moją tor­bę pod no­ga­mi. List od Bec­ka jest w przed­niej kie­sze­ni. Wy­cią­gniesz?

Pro­fe­sor speł­nił jej proś­bę. I znów po­grą­ży­li się w ci­szy, aż wuj po­dał go Bec­ko­wi do prze­czy­ta­nia. List za­czy­nał się od: Dro­ga Athe­no, nie wiem, czy mnie pa­mię­tasz... A na dole pod­pis: Beck Gran­ger.

– To samo pi­smo – mruk­nął Beck. – I to też nie jest mój e-mail. – Po chwi­li do­dał już gło­śniej: – Więc jak to się sta­ło, że się zna­leź­li­śmy? Sko­ro obo­je pi­sa­li­śmy do sie­bie na złe ad­re­sy...

– Kto­kol­wiek od­bie­rał te e-ma­ile, prze­ka­zy­wał je na wła­ści­we skrzyn­ki. A przy oka­zji do­wia­dy­wał się o na­szych pla­nach – stwier­dził po­nu­ro Al. Znów się od­wró­cił, żeby spoj­rzeć na bra­tan­ka. – Zwa­bi­li cię tu, Beck. Cie­ka­we, czy­ja to mo­gła być spraw­ka...

Beck jęk­nął i opadł na sie­dze­nie. Do gło­wy przy­cho­dzi­ła mu tyl­ko jed­na od­po­wiedź i wie­dział, że Al po­my­ślał o tym sa­mym.

Lu­mos.

Rozdział 6

Athe­na skrę­ci­ła pod drze­wa i za­trzy­ma­ła auto w ich cie­niu. Beck na­wet nie za­uwa­żył, że zje­cha­li z au­to­stra­dy, po­grą­żo­ny w my­ślach o za­gad­ko­wej ko­re­spon­den­cji. Ko­bie­ta od­wró­ci­ła się do pa­sa­że­rów.

– Al, co się tu wy­pra­wia?

Al i Beck spoj­rze­li po so­bie.

– Od cze­go by tu za­cząć... – ode­zwał się chło­piec.

Athe­na sły­sza­ła o wy­czy­nach Bec­ka, ale ani on, ani wuj ni­g­dy nie wspo­mi­na­li o Lu­mo­sie pu­blicz­nie. Nie wie­dzia­ła więc, jak bar­dzo nie­bez­piecz­na po­tra­fi być ta fir­ma.

– To dłu­ga hi­sto­ria – wy­ja­śnił Al. – Dość po­wie­dzieć, że na­ro­bi­li­śmy so­bie wro­gów. Sta­rych wro­gów Jed­nost­ki Zie­lo­nej, któ­rzy po­sta­no­wi­li sku­pić uwa­gę na Bec­ku.

– I my­śli­cie, że zna­leź­li­ście się tu przez nich?

– Do­kład­nie tak my­ślę.

Athe­na za­bęb­ni­ła o kie­row­ni­cę w za­my­śle­niu.

– A za­tem wie­dzą o wszyst­kim, co było w e-ma­ilach...

– Tak. Athe­na, od­wieź nas pro­sto na lot­ni­sko, pro­szę. Beck wsia­da do naj­bliż­sze­go sa­mo­lo­tu wy­la­tu­ją­ce­go z tego kra­ju, nie­waż­ne, do­kąd.

– Chcę zo­stać – sprze­ci­wił się chło­piec.

– Nie ob­cho­dzi mnie, cze­go chcesz.

– Mamy tu coś do zro­bie­nia. Mama i tata nie da­li­by się tak ła­two za­stra­szyć, praw­da?

– Twoi ro­dzi­ce po­my­śle­li­by przede wszyst­kim o tym, żeby za­pew­nić ci bez­pie­czeń­stwo, i wła­śnie to za­mie­rzam zro­bić. – Beck otwo­rzył usta, ale Al gniew­nie po­gro­ził mu pal­cem. – Nie! To już po­sta­no­wio­ne. Athe­na, na lot­ni­sko, je­śli ła­ska.

– Lot­ni­sko bę­dzie już za­mknię­te – od­par­ła z za­dzi­wia­ją­cym spo­ko­jem po chwi­li mil­cze­nia. – Mó­wi­łam ci, że do­tar­li­ście tu w ostat­niej chwi­li przed straj­kiem, pa­mię­tasz? Wie­le lo­tów bę­dzie już od­wo­ła­nych. Tą dro­gą nie wy­do­sta­nie­cie się z kra­ju jesz­cze co naj­mniej przez kil­ka dni.

Al ude­rzył w bok sa­mo­cho­du z fru­stra­cją, ale Athe­na się uśmiech­nę­ła.

– Chce­cie wy­wieść ich w pole? Jedź­my do get­ta. Nie wie­dzą, że o tym roz­ma­wia­li­śmy. Tego nie było w ma­ilach. Beck bę­dzie mógł się ro­zej­rzeć, a ty może bę­dziesz miał czas po­my­śleć w spo­ko­ju, co da­lej.

Dżip su­nął po­wo­li po szo­sie, a w pew­nym mo­men­cie Beck uj­rzał szla­ban: pro­wi­zo­rycz­ną za­po­rę zro­bio­ną ze słu­pa i kil­ku be­czek po ro­pie. Sto­ją­cy przed nim ro­śli męż­czyź­ni wy­krzy­wi­li twa­rze. Nie mie­li mun­du­rów, ale nie kry­li się z tym, że po­sia­da­ją broń – prze­wie­szo­ne przez ra­mię pół­au­to­ma­ty. Ich po­sta­wa mó­wi­ła ja­sno: Sto­imy tu na straży i nie wpusz­cza­my ob­cych.

Athe­na jed­nak po­ma­cha­ła i za­trą­bi­ła kil­ka razy, jak­by po­słu­gi­wa­ła się ja­kimś ko­dem. Gry­ma­sy ustą­pi­ły miej­sca uśmie­chom, a męż­czyź­ni ze­szli na bok. Je­den z nich uniósł szla­ban i po­ka­zał im ge­stem, żeby prze­je­cha­li.

Pierw­szym, co Bec­ko­wi rzu­ci­ło się w oczy, było mo­rze da­chów z bla­chy fa­li­stej. Pod nimi kry­ło się małe mia­stecz­ko bud skle­co­nych byle jak z be­to­nu, blach, dru­tu, ce­gieł i szcząt­ków sta­rych aut. Mię­dzy nimi bie­gły dróż­ki z czer­wo­nej zie­mi, któ­re przy­wo­dzi­ły Bec­ko­wi na myśl na­czy­nia krwio­no­śne – ścież­ki wy­dep­ta­ne­go bło­ta były ży­ła­mi i tęt­ni­ca­mi slum­sów.

Je­śli mia­stecz­ko spra­wia­ło wra­że­nie za­pusz­czo­ne­go, lu­dzie na pew­no tacy nie byli. Sznu­ry z wy­pra­ny­mi i po­zo­sta­wio­ny­mi do wy­schnię­cia ubra­nia­mi oraz po­ście­lą o pstro­ka­tych wzo­rach i ja­skra­wych ko­lo­rach zda­wa­ły się wi­sieć co kil­ka kro­ków. Wszy­scy miesz­kań­cy – od ko­biet, przez męż­czyzn, po dzie­ci – no­si­li się z god­no­ścią i pew­no­ścią sie­bie, ale Beck czuł też, że są peł­ni re­zer­wy. Na mi­ja­ją­ce­go ich dżi­pa po­pa­try­wa­li nie­uf­nie, a uśmie­cha­li się i ma­cha­li tyl­ko wte­dy, gdy za­uwa­ży­li logo Jed­nost­ki Zie­lo­nej. Cza­sem Athe­na od­ma­chi­wa­ła im albo od­po­wia­da­ła przy­ja­znym trą­bie­niem.

Za­trzy­ma­li się na ubi­tej zie­mi przy zbio­ro­wi­sku kon­te­ne­rów. Ten naj­bliż­szy sta­no­wił po­łą­cze­nie skle­pu mię­sne­go z kuch­nią. W środ­ku Beck za­uwa­żył czer­wo­ne pła­ty mię­sa i stos nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych ka­wał­ków zwie­rząt. Na ze­wnątrz gril­lo­wa­no je na rusz­cie po­sta­wio­nym na wiel­kich me­ta­lo­wych becz­kach i sprze­da­wa­no prze­chod­niom za gro­sze. Wy­glą­da­ły obrzy­dli­wie, ale od ich za­pa­chu za­czę­ła mu ciek­nąć ślin­ka.

Do na­stęp­ne­go kon­te­ne­ra pod­cią­gnię­to kil­ka gru­bych czar­nych ka­bli. Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­ło to na miej­sco­wą cen­tra­lę te­le­fo­nicz­ną.

Na trze­cim wid­nia­ło logo Jed­nost­ki Zie­lo­nej. Athe­na zaj­rza­ła do środ­ka.

– Ni­ko­go nie ma – stwier­dzi­ła. – W ta­kim ra­zie po­zwól­cie, że opro­wa­dzę was po oko­li­cy.

Rozdział 7

Szli po­wo­li za­tło­czo­nym wą­skim ka­nio­nem mię­dzy bu­da­mi. Nie­któ­rzy miej­sco­wi po­zdra­wia­li Athe­nę życz­li­wym ski­nie­niem gło­wy, ale więk­szość je­dy­nie mi­ja­ła tro­je bia­łych lu­dzi z obo­jęt­no­ścią.

W czer­wo­nej zie­mi wy­ko­pa­no tu otwar­ty ściek, skrzą­cy się sto­ją­cą wodą i nie­czy­sto­ścia­mi. Beck, wciąż ma­jąc na no­gach wy­god­ne buty, któ­re za­ło­żył na czas lotu, był zmu­szo­ny prze­stę­po­wać rów z jed­nej stro­ny na dru­gą, by prze­pu­ścić mi­ja­ją­cych go lu­dzi. Ża­ło­wał, że nie prze­brał się w so­lid­niej­sze obu­wie.

Jed­nak w po­rów­na­niu z tym, z czym zma­ga­ją się tu­tej­si – po­my­ślał w du­chu – ubru­dze­nie do­brej pary bu­tów nie jest wiel­kim pro­ble­mem.

– Zero ogrze­wa­nia, elek­trycz­no­ści czy bie­żą­cej wody – skon­sta­to­wa­ła Athe­na.

Beck roz­glą­dał się po dro­dze. Więk­szość bud za­miast drzwi mia­ła płach­ty z ma­te­ria­łu. Tyl­ko nie­licz­ne mo­gły się po­chwa­lić szy­ba­mi w oknach.

– Kie­dy ogień wy­my­ka się spod kon­tro­li, bły­ska­wicz­nie się roz­prze­strze­nia – pod­ję­ła, zwra­ca­jąc się do Bec­ka. – I nie ma jak go uga­sić, bo brak tu hy­dran­tów dla stra­ży po­żar­nej. A po­ża­ry wy­bu­cha­ją tu czę­sto. Te­raz jest dość cie­pło, ale zimą wie­lu umrze z zim­na.

Płach­ta nad wej­ściem jed­nej z bud była czę­ścio­wo od­sło­nię­ta i wy­glą­da­ła zza niej mała dziew­czyn­ka. A przy­naj­mniej Bec­ko­wi wy­da­wa­ło się, że to dziew­czyn­ka. Mia­ła tak wiel­kie oczy, że zda­wa­ły się zaj­mo­wać więk­szą część gło­wy, a cia­ło tak chu­de, iż dzi­wił się, że w ogó­le stoi pro­sto.

Uśmiech­nął się do niej naj­pro­mien­niej, jak po­tra­fił.

– Cześć!

Dziew­czyn­ka bły­ska­wicz­nie znik­nę­ła, a płach­ta opa­dła na otwór wej­ścio­wy.

– Nie­mal wszyst­kie tu­tej­sze dzie­ci cier­pią na nie­do­ży­wie­nie – cią­gnę­ła Athe­na. – Nie roz­wi­ja­ją się pra­wi­dło­wo, nie ro­sną im ko­ści. Je­śli je­dzą, to jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że to po­kar­my za­nie­czysz­czo­ne przez szczu­ry lub ka­ra­lu­chy, więc pa­nu­je czer­won­ka i nie­żyt żo­łąd­ko­wo-je­li­to­wy. Całe po­ży­wie­nie albo od razu wra­ca górą, albo prze­cho­dzi przez cie­bie i wy­cho­dzi w rzad­kiej po­sta­ci dru­gim koń­cem. Brak bie­żą­cej wody ozna­cza brak po­rząd­nych to­a­let, ka­na­li­za­cji czy urzą­dzeń sa­ni­tar­nych. I dla­te­go cho­ro­by sze­rzą się bły­ska­wicz­nie. Ludz­kie od­cho­dy do­sta­ją się do wody i wy­wo­łu­ją cho­le­rę. Po­waż­ny atak może cię za­bić w kil­ka go­dzin: od­wad­niasz się, bo wszyst­kie pły­ny wy­le­wa­ją się z cie­bie jed­nym albo dru­gim koń­cem.

Beck czuł się tu ni­czym wścib­ski tu­ry­sta, ale nie mógł…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej