Głupie pytania. Krótki kurs filozofii - prof. Jan Hartman - ebook
Opis

„Głupie pytania” Jana Hartmana to książka dla tych, którzy wiedzą, że mają mało czasu. Za mało, by choć na chwilę nie przerwać codziennego galopu, życia w bezwładzie i ogłuszeniu – i nie zapytać samych siebie: Po co to wszystko? Skąd i po co w tym ja? Jak mam żyć? I co ze mną będzie, kiedy mnie tu zabraknie? Mogę na kogoś liczyć? A może zawsze byłem i będę sam? A może w ogóle nie będę?
Hartman przygląda się uważnie, jak z tymi rozterkami radzili sobie filozofowie i myśliciele od Arystotelesa po egzystencjalistów i postmodernistów. Jego wyprawa w Krainę Największych Pytań jest fascynująca, bo czytelnik poznaje w jej trakcie samego siebie.
„Myśli przychodzą i odchodzą, potem przychodzą znowu i znowu odchodzą, a życie toczy się, jakby ich wcale nie było. Życie przecież nie jest myśleniem. Myślenie jest raczej przerwą w życiu niż jego integralną częścią” – pisze Hartman.
Jego „Głupie pytania”, najmądrzejsze, jakie człowiek może sobie zadać, są taką piękną przerwą w życiu. Potrzebną, byś wiedział, po co warto być.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Agora SA 2013
© Copyright by Jan Hartman 2013
Redakcja i wybór ilustracji : Robert Siewiorek
Korekta: Bartosz Choroszewski
Projekt okładki: Przemek Dębowski i Wojtek Kwiecień – Janikowski
Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska
Fotoedycja: Maciej Jaźwiecki
Przygotowanie zdjęć: Małgorzata Charewicz-Mostowska
Źródła ilustracji: WIKIMEDIA COMMONS
DeAgostini/Getty Images, BE&W
Redaktor naczelny: Paweł Goźliński
Producenci wydawniczy: Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak
Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska
Wydanie elektroniczne 2013

Zapraszam wszystkich do przeczytania książki filozoficznej! Czy czytałaś już może, Czytelniczko, książkę filozoficzną? Fragmenty podręcznika historii filozofii albo jakiegoś wprowadzenia do filozofii może i tak, ale książki, w której rozważa się problemy filozoficzne w poszukiwaniu prawdy (cokolwiek to znaczy!), to już chyba nie? Bo kto by tam dziś wierzył w prawdę i zaprzątał sobie głowę naiwnymi jej poszukiwaniami! Co innego poznawanie tradycji kultury, a więc i dziejów filozofii – to służy wykształceniu. Ale jakieś rozważania filozoficzne? Cóż, spróbuj, daj mi szansę – może uwierzysz, że to i owo rozum ludzki potrafi. I że jego dziełem są nie tylko takie czy inne poglądy, lecz również porządnie uzasadnione tezy i koncepcje. W zamian obiecuję, że ta książka będzie nadawała się do czytania.

Owszem, dołożyłem starań, by była ona możliwie łatwa w odbiorze. Niemniej jest to rzecz dość ambitna i nie da się jej czytać jak pogadanki zachęcającej do studiowania filozofii. Moim celem nie jest przecież popularyzacja filozofii, lecz poważne zmierzenie się z wielkimi problemami filozoficznymi na oczach Czytelników. Jednak zamierzam to robić w taki sposób, by zechcieli te rozważania śledzić również tacy, którzy filozofii nie studiowali i nie mogą poświęcić jej zbyt wiele uwagi.

W rezultacie mamy książkę na tyle poważną, że śmiało zestawić ją można z tak zwanymi analitycznymi wprowadzeniami do filozofii, czyli podręcznikami dla studentów filozofii. Różnica polega na tym, że podręczniki takie pełne są terminów technicznych i odniesień do konkretnych autorów formułujących konkretne argumenty, tu zaś mamy do czynienia z tekstem bardziej potoczystym i nieerudycyjnym. Poza tym analityczne podręczniki filozofii na ogół nie faworyzują żadnych rozwiązań prezentowanych w nich kwestii, ja zaś proponuję pewne odpowiedzi na stawiane w książce pytania, postępując tu bardziej jak filozof-autor koncepcji filozoficznych i traktatów niż jak typowy autor podręcznika. Muszę jednak z mocą podkreślić, że moje odpowiedzi są ułomne i cząstkowe w porównaniu z tym, na co stać dzisiaj profesjonalną filozofię. Powyżej poziomu, na którym sytuuje się ta książka, jest jeszcze jeden poziom, który nazwać można właśnie profesjonalnym.

Nie da się jednak wejść tak wysoko bez długich studiów, opanowania trudnego warsztatu intelektualnego i terminologii. Jeden z głupszych przesądów naszych egalitarnych, demokratycznych czasów głosi, że każda istotna i mądra myśl daje się wyrazić w sposób jasny i zrozumiały dla każdego. To nonsens – tak samo w odniesieniu do matematyki czy fizyki teoretycznej, jak filozofii. Na szczęście owa „ezoteryczna”, czysto profesjonalna filozofia nie jest żadnym wyższym stopniem wtajemniczenia, z którego wszystko to, co poniżej, jawi się jako naiwne i niemądre. Relacja wiążąca współczesną profesjonalną filozofię z bardziej popularnymi rozważaniami (a w tym również z materią ogromnej większości klasycznych tekstów filozoficznych, czyli tradycji) jest podobna do relacji między fizyką teoretyczną a wyjaśnieniami na co dzień obserwowanych zjawisk. Fizyka dawno już nie zajmuje się odpowiadaniem na pytanie, dlaczego krople są kuliste, a niebo niebieskie. Inne formułuje pytania i zwykle innymi posługuje się terminami niż „kropla” albo „niebo”. Jeśli jednak ktoś jest ciekawy, fizyk może wyjaśnić w miarę zrozumiale, jak to jest z tymi kroplami i kolorami.

Tak samo jest z profesjonalną filozofią. Nie mówi ona na co dzień o Bogu i duszy, ale zawodowy filozof potrafi na życzenie powrócić do tych idei, wyobrażeń, doświadczeń i słów, z których filozofia wyrosła i z którymi zachowuje podskórną więź. Takim powrotem do „przedprofesjonalnych” korzeni filozofii jest właśnie ta książka. „Głupie pytania” raczej nie padają już w filozofii, bo od dawna wiemy dokładnie, na jakie odpowiedzi one pozwalają i jak je przekształcić w pytania bardziej trafne (acz mało efektowne). Nie znaczy to jednak, że nie warto do „głupich pytań” powracać. Przecież wciąż wielu ludzi stawia je sobie, tak jak w dawnych wiekach. Naukowcy piszą czasem książki o tym, dlaczego lodówka mrozi, a mikrofalówka grzeje. Podobnie filozofowie powinni czasami pisać o tym, dlaczego człowiek jest wolny i co to właściwie znaczy, że jest śmiertelny. Tym bardziej że nawet najbardziej zaawansowany zawodowy filozof na co dzień jest zwykłym człowiekiem, trawionym przez te same niepokoje, co inni. Chociaż więc książkę tę napisałem jako zawodowy filozof, mający w pracy inne zmartwienia niż „nieśmiertelność duszy”, napisałem ją nie tylko dla myślącej publiczności, lecz również dla samego siebie.

Pieter De Grebber – „Bóg zapraszający Chrystusa, żeby zasiadł na tronie po Jego prawicy”

Paradoks egzystencjalny

Właściwie trudno o pytanie bardziej istotne i rozstrzygające. Jego stawką jest wszak całe nasze życie – jeśli stworzył nas Bóg i Bóg zachowa nas w istnieniu po śmierci, w stanie zbawczym lub wręcz przeciwnie, to całe nasze życie i wszystko, co w nim się wydarza, ma zupełnie inny sens niż wówczas, gdybyśmy mieli być przemijającą cząstką przyrody, w żaden sposób nie zachowującą istnienia po śmierci. Wcale nie jest jasne, która ewentualność jest lepsza. Życie wieczne i wieczysty boży dozór nęcą, lecz przerażają, za to śmierć ostateczna kusi jako koniec wszelkich trudów i kłopotów; wszak jednak nicość przeraża może jeszcze bardziej. W każdym razie występująca tu różnica – różnica między światem z Bogiem i wiecznym życiem a światem bez Boga i wiecznego życia – jest tak radykalna, że pytanie o to, który z członów alternatywy jest prawdziwy, dramatyczne pytanie „albo – albo”, godne umysłów Kierkegaarda i Pascala, zasługuje na miano pytania wszystkich pytań. Każdy je sobie czasami stawia, zwłaszcza w czasach, gdy wiara w Boga nie jest czymś tak oczywistym jak dawniej. Logicznie rzecz biorąc, w grę wchodzi jeszcze i taka możliwość, że żyć będziemy wiecznie, lecz bez Boga, który nie istnieje. Zajmiemy się nią później, gdyż w tym rozdziale skupimy się na problemie istnienia Boga. Jest on składową owego pytania pytań: czy jest Bóg i dusza nieśmiertelna?

Problem ten jest w pewnym sensie bardzo prosty. Dzieje się tak wówczas, gdy termin „Bóg” potraktujemy jako nazwę zbiorczą dla pewnej kategorii postaci literackich, znanych z literatury religijnej, a więc legend o pochodzeniu świata i człowieka, o duchach i mocach rządzących wszechświatem itp. Pytanie o istnienie Boga można by więc zbagatelizować i uznać za równie nieistotne i pozbawione znaczenia, jak pytanie o istnienie krasnali albo jednorożców. Nie da się wszelako tak łatwo go zbyć, a to dlatego, że w istnienie krasnali i jednorożców nikt z dorosłych nie wierzy, a w istnienie Boga – owszem. Ten socjologiczny fakt okazuje się mieć tak wielkie znaczenie dla całej kultury umysłowej i nie tylko umysłowej, że filozof zmuszony jest potraktować sprawę poważnie. A jeśli już decyduje się na to, tedy nie może zignorować oszałamiającej różnicy, jaka zachodzi między dwiema wizjami świata: z Bogiem i bez Boga.

Potraktowanie pytania o istnienie Boga serio okazuje się jednak nie do końca wykonalne. Bo pytanie to i wynikające z jego rozstrzygnięcia konsekwencje mają tak głębokie egzystencjalne i osobiste znaczenie dla każdego, kto je sobie zadaje (właśnie serio), że wątpliwość nie może bodajże zostać ukojona przez żadną racjonalną odpowiedź. Ależ to paradoks! Żadne słowa nie usuną wszak lęku w sprawie najważniejszej, nie rozwieją wątpliwości, jeśli takowe zalęgły się w naszych umysłach i spowodowały, że z niepokojem zadajemy pytanie: czy aby na pewno jest ten wielki Duch, który wszystko stworzył, nad wszystkim czuwa, miłosiernie karze i nagradza, a w końcu sprawia, że ostatecznie dobro zwycięża nad złem? Kto po prostu wierzy głęboko, ten o istnienie Boga nie pyta. Kto wierzy, lecz chce swą wiarę oświecić wiedzą, ten tak naprawdę nie o istnienie Boga zapytuje (bo tego jest pewien), lecz jedynie o to, czy rozum zdolny jest istnienie Boga udowodnić. Kto zaś nie dowierza, tego żaden dowód intelektualny nie uspokoi. Porządek wiary i porządek wiedzy nie schodzą się ze sobą w kwestii ostatecznej, jaką jest kwestia istnienia Boga. W innych sprawach wierzymy w to, co wiemy. W sprawie Boga jest inaczej: nikt nie może powiedzieć, że wie, iż Bóg istnieje, ale wielu w to wierzy mimo, a nawet, jak sami twierdzą, właśnie dlatego, że nie wiedzą. I co z tym wszystkim począć?

W gruncie rzeczy, jeśli potwierdziłoby się wstępne przypuszczenie, że żadna odpowiedź na pytanie o istnienie Boga, a więc żaden „dowód istnienia Boga” ani żaden „dowód nieistnienia Boga” (jako dzieło ludzkiego umysłu), nie może pretendować do tego rodzaju wiarygodności i istotności, która dorównywałaby randze samego pytania i głębi niepokoju, którego jego postawienie bywa świadectwem – trzeba by ostatecznie orzec, że jest to pytanie źle postawione. Pytanie pozorne. Tak bowiem oceniamy pytania, na które w sposób zadowalający odpowiedzieć nie można.

Kłopoty ze znaczeniem słowa „Bóg”

Za tą ewentualnością, a więc za rozstrzygnięciem, iż pytanie o istnienie Boga jest źle postawione i nie należy się nim więcej zajmować, przemawia jeszcze jedna okoliczność, mająca naturę logiczno-semantyczną, czyli związaną ze znaczeniem słów i sposobem posługiwania się nimi. Jeśli ma sens pytanie „czy istnieje Bóg?”, to tym samym sensowne musiałyby być dwie przeciwstawne odpowiedzi: „Bóg istnieje” oraz „Bóg nie istnieje”. Zachodzi jednak poważna wątpliwość, czy w tym drugim zdaniu słowo „Bóg” użyte jest poprawnie. Przecież do definicji Boga należy to, że jest bytem koniecznym, czyli takim, który istnieje mocą własnej natury, sam przez się, a więc właśnie w sposób konieczny. Zdanie „nie istnieje byt, który istnieje koniecznie” nie jest, wbrew pozorom, sprzeczne (gdyż zwrot „byt, który istnieje koniecznie” jest w nim deskrypcją, a nie twierdzeniem). Jest jednak bardzo nietypowe i paradoksalne.

Nieco podobny paradoks wiąże się z najwyższą doskonałością, która przynależy Bogu, zgodnie z jego pojęciem. Czy można konsekwentnie pomyśleć o istocie najdoskonalszej (najdoskonalszej, jaką da się w ogóle pomyśleć), jednocześnie będąc świadomym, że jest to tylko pewna konstrukcja myślowa bądź hipoteza? Wszak byt realny (a więc i Bóg istniejący) jest doskonalszy od wszelkiej fikcji i wymysłu. Podobnie jak w przypadku zastrzeżenia mówiącego, że do pojęcia należy konieczne istnienie (Bóg jako byt, który nie może nie istnieć), także w tym przypadku niezbędna jest analiza semantyczna, usuwająca pewne nieporozumienie. Otóż tak samo jak możemy sobie skonstruować pojęcie bytu, który nie może nie istnieć, możemy też sobie skonstruować pojęcie bytu, którego istnienie mamy obowiązek uznać w konsekwencji przyjęcia definicji mówiącej, że będzie to „byt najdoskonalszy, jaki możemy pomyśleć”. W tym drugim przypadku rzeczywiste istnienie jest tak samo założonym w pojęciu Boga warunkiem a priori, czyli warunkiem z góry przyjętym i na pojęcie Boga nałożonym, jak miało to miejsce w pierwszym przypadku (Boga, który jest konieczny – nie może nie istnieć). Istnienie Boga jest tu założeniem przyjętym w samym pojęciu Boga, nie zaś czymś stwierdzonym. Co najwyżej można mówić o tym, że przyjęcie pojęcia Boga (a może samo jego posiadanie w umyśle – bo niektórzy twierdzą, że pojęcie to jest wrodzone) zmusza nas do uznania Jego istnienia. Inaczej mówiąc, rozumienie pojęcia Boga wyraża się w tezie egzystencjalnej „Bóg istnieje”, a podając tę tezę w wątpliwość, „zadaje się kłam” rozumieniu tego pojęcia, popadając w sprzeczność.

Niestety, udowodnić istnienie Boga a udowodnić, że gdy posiada się w umyśle pojęcie Boga, logicznie dopuszczalne jest jedynie mówienie „Bóg istnieje” (nie zaś na przykład „Bóg być może nie istnieje”) – to nie to samo. Wystarczy zauważyć, że dla dowodzącego istnienia Boga wyrażenie „najdoskonalszy byt, jaki możemy pomyśleć” jest równoznaczne z wyrażeniem „najdoskonalszy byt rzeczywisty, jaki możemy pomyśleć” – w obu zaś przypadkach chodzi o Boga i w obu przypadkach jest mowa o czymś pomyślanym, a więc o pojęciu, które się zakłada czy też przyjmuje. Poza tym wyrażenie „byt najdoskonalszy, jaki można pomyśleć” ma zupełnie nieokreślony sens – nie wiemy, co to znaczy „doskonały”, co miałoby być kryterium doskonałości i dlaczego miałoby być takie, a nie inne. Zwłaszcza nie jest oczywiste, czy określenie „najdoskonalszy” musi zakładać określenie „realny” (bo może właśnie „byty idealne” są doskonalsze?), nie mówiąc już o tym, że zwrot „istnieje realnie” bądź „realny” bynajmniej nie jest jasny.

Uwagi powyższe wiążą się z bardzo konkretnym wątkiem dziejów sporu o istnienie Boga, a mianowicie z Anzelmem z Canterbury, filozofem z XI wieku, zwanym czasami ojcem scholastyki, a także z Kartezjuszem. Obaj, niezależnie od siebie, próbowali udowodnić istnienie Boga w sposób, który właśnie poddaliśmy krytyce, a więc odwołując się do konieczności akceptacji twierdzenia „Bóg istnieje” w związku z warunkami nałożonymi na to pojęcie, należącymi do znaczenia słowa „Bóg”. Od XVIII wieku nazywa się to dowodem ontologicznym. Anzelmem nie bardzo się przejęto – scholastyka odrzuciła jego rozumowanie. Kartezjusz zrobił nieco większe wrażenie, doczekawszy się wszak odprawy ze strony Kanta. Analiza różnych aspektów różnych wersji „dowodu ontologicznego” do dziś jest zajęciem atrakcyjnym dla wielu filozofów. Bo i faktycznie – paralogizm, z którym mamy tu do czynienia, jest tyleż skomplikowany, co pouczający.

Wieloznaczność słowa „Bóg” i pytania o istnienie Boga

„Nieproporcjonalność” intelektualnej kwestii istnienia Boga do jego egzystencjalnej doniosłości dla każdego człowieka oraz osobliwości semantyczne związane z pojęciem Boga, w którym zawiera się konieczne istnienie i doskonałość, nie są jedynymi, które sprawiają, że pytanie „czy istnieje Bóg?” ma wielce problematyczny status heurystyczny (poznawczy) i logiczny. Mamy bodaj jeszcze większy kłopot z sensownością pytania o istnienie Boga. Otóż bynajmniej nie jest jasne, co ma się rozumieć przez przedmiot zapytywania i jakie warunki nakłada się w tym pytaniu na stwierdzanie istnienia (zdania egzystencjalne) – czyli, mówiąc najprościej, co to w ogóle znaczy, że „Bóg istnieje”. Wszak stwierdzić, że coś istnieje, oznacza zwykle stwierdzić, że obiekt o pewnych własnościach jest częścią świata, o czym przekonują się zmysły – albo wprost, albo pośrednio, z pomocą specjalnych narzędzi obserwacji lub aparatu teoretycznego, pozwalającego interpretować jakieś dane doświadczenia w ten sposób, że zaświadczają one o istnieniu poszukiwanego obiektu (tak odkrywamy istnienie nowych planet albo nowych cząstek elementarnych).

Nie ulega jednak wątpliwości, że Bogiem nie nazywamy żadnego bezpośrednio ani pośrednio obserwowalnego obiektu w świecie. Istnieje jednakże jeszcze jeden kontekst, w którym w sposób zrozumiały mówi się o stwierdzaniu, a dokładnie – o dowodzeniu istnienia. Otóż w logice i matematyce używa się tego zwrotu na oznaczenie procedury dowodowej bądź konstrukcji, która dotyczy pewnego obiektu abstrakcyjnego najpierw określonego hipotetycznie, jako pewna możliwość, a następnie przedstawionego jako element finalny prawomocnego dowodu lub poprawnej konstrukcji. Czy istnieje dwudziestościan foremny? Istnieje i można to udowodnić, nawet bez lepienia go z kartonu. Kto wie, może i Boga można „wyliczyć” albo „skonstruować”, tak jak obiekt matematyczny?

Nawet jeśliby tak było, trzeba pamiętać, że realność (istnienie) tego rodzaju obiektów jest czymś zupełnie innym niż absolutna realność, którą przypisujemy Bogu. Wystarczy sobie uświadomić, że w matematyce i logice wyrażenie „istnieje” jest bliskoznaczne z „jest niesprzeczny”, czyli z wyrażeniem odwołującym się bardziej do możliwości (co jest niesprzeczne, to jest zarazem możliwe) niż do jakiejś „doskonałej realności”. Ponadto obiekty matematyczne mają bardzo precyzyjnie określone własności, a tymczasem, jak już wspomniałem, wcale nie jest jasne, co się rozumie przez przedmiot pytania „czy istnieje Bóg?”, czyli co należy rozumieć pod pojęciem Boga albo co znaczy słowo „Bóg”.

Próby logicznie spójnego „skonstruowania” pojęcia Boga, „dowodzące” jego istnienia w sensie, w jakim mówi się o dowodzeniu istnienia obiektów idealnych (matematycznych), notorycznie prowadzą do sprzeczności (np. gdy przypisujemy Bogu doskonałą prostotę i niezmienność, a jednocześnie życie i nieskończone bogactwo Jego natury). Sprzeczności te tradycyjnie kwituje się dodaniem do konstrukcji pojęcia Boga nowego warunku. Mówi on, że jest to byt, w którym opozycja sprzeczności i niesprzeczności ulega „zniesieniu” i w którym mieszczą się wszystkie przeciwieństwa (coincidentia oppositorum).

Niestety, ta sztuczka logiczna (znana od starożytności, choć kojarzona na ogół z XV-wiecznym niemieckim kardynałem Mikołajem z Kuzy) prowadzi do tego, że zdania „Bóg istnieje” i „Bóg nie istnieje” stają się na równi prawomocne. Możemy to nazwać absurdem, tajemnicą lub orzec, że Bóg wymyka się logice, jest ponad wszelką logiką i ponad wszelkim bytem, który podporządkowany jest zasadzie niesprzeczności. Wtedy jednak dyskusja dotycząca istnienia Boga staje się całkowicie bezprzedmiotowa, podobnie jak twierdzenie „Bóg istnieje” i teza przeciwna. Albo jesteśmy racjonalni i chcemy uzasadniać swoje przekonania, albo zadowalamy się stanowiskiem, że nie wszystko musi być racjonalne i wytłumaczalne. Wtedy jednak odbieramy sobie prawo obywatelstwa w królestwie rozumu, gdzie pytania stawiane są poważnie, odpowiedzi szuka się serio, a każde powzięte przekonanie domaga się o ile już nie dowodu, to przynajmniej logicznego argumentu na swoją rzecz. Niestety, ludzie bardzo często mylą argumenty z deklaracją założeń, przekonań lub wiary, przez co wiele tzw. dowodów na istnienie Boga stanowi połączenie deklaracji wiary, retorycznej perswazji (w rodzaju „bez Boga nic nie ma sensu”) z elementami argumentacji (w rodzaju „gdyby nie Bóg, to skąd wziąłby się świat?”).

W sprawie natury Boga rozbieżności są doprawdy ogromne. Jedni będą sobie przedstawiać Boga jako bezosobową i nieświadomą siłę (na przykład greccy filozofowie, w linii rozwojowej idącej od Ksenofanesa po Plotyna), inni jako czysty i jakby „nadświadomy” umysł (Arystoteles i niektórzy jego następcy w arabskim, żydowskim i chrześcijańskim Średniowieczu), jeszcze inni jako potężną osobowość, pełną wewnętrznego życia, podejmującą decyzje, wydającą oceny i wyroki itp. (teologowie i pisarze „religii Księgi”). Jedni sytuować będą Boga poza światem (teizm – Bóg jest nieskończony i radykalnie „transcendentny”, a świat skończony), inni uważać świat za wewnętrzny w stosunku do boskiego bytu przejaw nieskończonej boskiej istoty (panteizm – tylko Bóg istnieje, więc cała rzeczywistość jest boska).

Zwłaszcza ta ostatnia kontrowersja jest dla dziejów myśli istotna. Można iść za intuicją podpowiadającą, że jest jeden tylko byt, który z istoty swej istnieje, czyli istnieje sam przez się – jest wszechogarniającą całością i jednością. Wtedy zmuszeni jesteśmy potraktować tę całość i jedność jako jedyno-byt, a więc absolut. Wszelaka wielość i zmiana, wszelka skończoność, a więc i wszelka określoność (bo rzeczy określone nie mają wszystkich wzajemnie wykluczających się własności, a tym samym są ograniczone) to tylko pozory rzeczywistości, ubogie przejawy nieskończonego i prostego absolutu, poza którym niczego nie ma i być nie może. Takie stanowisko nazywa się monizmem (byt jest jeden) lub właśnie panteizmem (istnieje tylko Bóg).

Nie mniej atrakcyjna jest wszelako przeciwna intuicja, zgodnie z którą istnieje wiele niezależnych od siebie, samoistnych i konkretnych bytów stworzonych przez Boga; stworzenie polega zaś na tym właśnie, że Bóg dał owym bytom istnienie poza sobą. Tym samym Bóg jest zawsze poza stworzeniem, to znaczy transcenduje je. Stanowisko to nazywa się pluralizmem (bytów jest wiele) i teizmem (świat jest poza Bogiem, lecz pochodzi od Boga i dąży do niego). Monizm nakazuje nam kontemplować absolut i zniechęca do poznawania świata, którego rozmaitość wszak jest tylko pozorem, natomiast pluralizm zdaje się odbierać Bogu coś z jego władzy, pozwalając samoistnemu bytowo światu istnieć poniekąd „na własną rękę”. Nietrudno się domyślić, że w dziejach metafizyki próbowano na różne sposoby godzić ze sobą przeciwstawne metafizyczne intuicje, a więc przezwyciężyć takie opozycje jak monizm – pluralizm oraz panteizm – teizm. Wyniki nie były jednakże zadowalające.

Widzimy, że bogowie różnych religii i różnych teologii bardzo się od siebie różnią. Nie inaczej jest w systemach filozoficznych, które z grubsza podzielić można pod tym względem na respektujące oddzielność Boga i świata oraz takie, które tej oddzielności zaprzeczają. Nie bardzo więc wiadomo, o co pytamy, pytając o istnienie Boga. Może należałoby pytanie sprecyzować albo wyrazić w serii pytań w rodzaju: czy istnieje wielki opiekuńczy, dobry Duch? Czy istnieje odwieczny Stworzyciel świata? Czy istnieje boska natura obejmująca sobą świat, lecz nieskończenie poza niego wykraczająca? W istocie, da się rozbić pytanie o istnienie Boga na wiele pytań cząstkowych, odnoszących się do poszczególnych atrybutów Boga, przypisywanych mu w różnych systemach religijnych i metafizycznych: czy istnieje byt nieskończony i niczym nieuwarunkowany? Czy istnieje absolutny rozum, będący źródłem wszelkiego sensu i wszelkiej prawdy? Czy istnieje byt pierwotny, z którego wywodzą się wszelkie byty?

I tak dalej. Sądzę, że jest to jedyne uprawnione podejście do kwestii istnienia Boga. Dzięki przyjęciu takiego sposobu postępowania będzie wiadomo, o czym właściwie się mówi. Oznacza to jednak definitywne pożegnanie się z uwodzicielską, ale jałową prostotą i radykalizmem krótkiego „czy istnieje Bóg?”.