Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 422 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 40 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 40 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Głowa Niobe - Marta Guzowska

 

 

Głowa Niobe – to kolejny, po Ofierze Polikseny (debiucie Guzowskiej), kryminał z archeologią w tle – nowość na polskim rynku powieści kryminalnych!

Przed nami drugi tom przygód aroganckiego Maria Ybla, światowej sławy antropologa, któremu towarzyszy specjalistka z Centralnego Biura Kryminalistycznego, Juliana Stanzel.

W Nieborowie, dawnej arystokratycznej posiadłości, gdzie znajduje się muzeum z kolekcją rzeźb antycznych, odbywa się międzynarodowa konferencja naukowa. Mario jest tam jako naukowiec, spec od budowy ludzkiego ciała, w jakim jednak charakterze pojawiła się tam jego dawna koleżanka, Juliana?
Pierwszej nocy zostaje zamordowana artystka fotografująca zabytkowe dzieła sztuki – zabójca odciął jej głowę i przymocował do popiersia jednej z rzeźb. Bez wątpienia sprawcą jest ktoś z naukowców; przerażeni organizatorzy proszą profesora Ybla, by uspokoił gości zapewnieniem, że odcięta głowa to… fragment manekina. Policja nie może dotrzeć na miejsce zbrodni, nikt też nie zdoła się z Nieborowa wydostać. Ciągle padający śnieg sprawia, że nie ma żadnej łączności ze światem.
Mija nerwowa noc, a groza narasta, gdy w pałacu zostają znalezione zwłoki kolejnego uczestnika konferencji, zagadkowo przypominającego antyczną rzeźbę z nieborowskich zbiorów. Mario i Juliana usiłują dociec prawdy, ale przede wszystkim muszą pozostać bezpieczni…

Opinie o ebooku Głowa Niobe - Marta Guzowska

Fragment ebooka Głowa Niobe - Marta Guzowska

MARTA

GUZOWSKA

GŁOWA NIOBE

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Wydanie I

Warszawa

I’ve nothing much to offer

There’s nothing much to take

I’m an absolute beginner

And I’m absolutely sane

As long as we’re together

The rest can go to hell

I absolutely love you

But we’re absolute beginners

With eyes completely open

But nervous all the same

David Bowie, Absolute Beginners

Co uszło zemsty pysznego zmiennika

Z gościnney ziemi przynoszęć Heleno

Był to Amorek: przyjm go choć kalika

I on się zrodził ponad Hipokreną –

wydobyty z gruzów Naseum, a złożony w Arkadii

Generał Sokolnicki, wpis w księdze pamiątkowej Arkadii, 13 sierpnia 1814

Prolog

Juliana spojrzała jeszcze raz na zwłoki, potem na zegarek, i znowu na ciało. Dokładnie trzy godziny i siedemnaście minut. Tyle potrzeba, żeby dojechać w korkach do biura, napisać raport i powiedzieć szefowi, żeby się odpieprzył, kupić chleb, jabłka i mleko w proszku dla alergików i zdążyć przed siedemnastą do domu, gdzie niania będzie już stała w progu, w kurtce, chociaż jeszcze bez butów, postukując paznokciami we framugę i nie zwracając uwagi na dziecko wgapione w ekran telewizora.

Przeniosła wzrok za okno. Zapadał mrok. Gęste, lepkie płatki śniegu wirowały w wąskim prześwicie między ścianą a stojącym naprzeciw budynkiem.

Podobno w styczniu umiera najwięcej ludzi, pomyślała. Przestają wierzyć, że dożyją wiosny. Kończy im się energia. Tak jak mnie, ja też już nie mam siły.

W pokoju było zimno. Jedna jarzeniówka pod sufitem nie rozpraszała gęstego półmroku, ale świeciła zbyt jasno, by ukryć brudne smugi wokół kontaktów i gniazdek na ścianach, warstwę kurzu na regałach z laminowanej płyty, wykrzywionych pod ciężarem segregatorów, i plamy na wykładzinie, burej i wytartej w środku od chodzenia. Kilka statywów fotograficznych i lamp na aluminiowych szkieletach leżało rzuconych na stos w kącie.

Juliana skupiła wzrok na ekranie komputera. Zdjęcie wyszło niedoświetlone, ale szczegóły były dobrze widoczne. Marmurowe antyczne popiersie na niewielkim, owalnym postumencie. Szata udrapowana w drobne fałdy, owinięta wokół szyi i ramion. Podpis w rogu ekranu: „Biust – portret Rzymianki. Pochodzenie nieznane. Datowanie: połowa okresu seweriańskiego. Nr inw. Nb 232 MNW”.

Szyja posągu została odpiłowana mniej więcej w połowie. Na miejscu marmurowej głowy Rzymianki z okresu seweriańskiego znajdowała się głowa kobiety, która jeszcze niedawno żyła. Szara, napięta skóra popękała wokół warg, a lekko wytrzeszczone oczy zmętniały. Szorstkie, matowe włosy związane były w węzeł z tyłu głowy. Cięcie na szyi biegło ukośnie. Po lewej stronie do gładkiego marmuru przylepiły się dwa długie strzępy skóry. Sznur zastygłych wnętrzności otaczał skraj kamiennej szaty, udrapowanej wokół ramion. Postument był czarny od zakrzepłej krwi.

Juliana nacisnęła klawisz i na ekranie pojawiło się następne zdjęcie. Posąg brodatego mężczyzny zachował się tylko częściowo. Do odłamanego nad łokciem lewego ramienia przywiązana była sznurem męska ręka. Krew, która spłynęła szerokimi strugami na dłoń, utworzyła czarne plamy na podwiniętych, zaciśniętych w skurczu palcach o połamanych paznokciach. Sznur przewleczony został przez otwory wywiercone powyżej stawu. Juliana kliknęła, żeby powiększyć obraz. Wokół otworów widać było strzępki rozdartej skóry.

Juliana wróciła do poprzedniego zdjęcia i wpatrzyła się w ekran. Przesunęła kursor i naciskała lewy klawisz tak długo, aż masa wnętrzności zamieniła się w grupę kolorowych pikseli. Potem zmniejszyła zdjęcie, znowu je powiększyła, i znowu zmniejszyła. Odsunęła się od komputera, podniosła ręce do góry, pomasowała sobie kark, ale pomyślała, że wygląda nieprofesjonalnie, i położyła dłonie na blacie stołu.

– Czy pan uważnie przyjrzał się tym zdjęciom?

Chudy mężczyzna kulił się na krześle przy oknie. Obgryzał paznokieć kciuka u prawej dłoni i mrugając oczami, wpatrywał się w przyklejające się do szyb płatki śniegu.

– Nie jestem w stanie na to patrzeć. – Zerknął na nią, omijając wzrokiem ekran komputera, i ponownie zatopił wzrok w śnieżnej zasłonie. Twarz miał szarą, tylko kilka odcieni jaśniejszą od wykładziny na podłodze. Woń starego człowieka mieszała się ze smrodem syntetycznego dywanu.

– Ale jest pan fotografem? – Pytanie Juliany zawisło w powietrzu.

– Pani Stanzel chciałaby pewnie usłyszeć tę historię od początku. – Drugi mężczyzna, stojący dotąd przy drzwiach, odkleił się od framugi i podszedł do biurka. – To ja pierwszy zobaczyłem te zdjęcia.

Był niski i barczysty. Używał drogiej wody po goleniu. Julianę zaczęła boleć głowa.

– Nie wiem, co ty, do cholery, tutaj robisz – warknęła.

– Proszę, nie wygłupiaj się, doskonale wiesz, że jestem adiunktem w Zakładzie Archeologii Klasycznej. I wiesz również, że opracowuję nieborowską kolekcję antycznych rzeźb, należącą w osiemnastym wieku do Heleny Radziwiłłowej. Robiłem to już kilka lat temu, kiedy jeszcze byliśmy… No, w każdym razie nie wiesz pewnie, że przygotowujemy nowy katalog, kompletną dokumentację fotograficzną, będzie nowa publikacja. Dostałem grant, zaraz ci pokażę.

Miał ładne zęby. Oparł się o biurko i zaczął szukać w komputerze jakichś plików. Zapach wody kolońskiej był tak intensywny, że Julianie zaczęło zbierać się na wymioty. Odsunęła krzesło.

– Mam ci pogratulować? Proszę bardzo, gratuluję. A teraz z łaski swojej przestań się wpieprzać w moje życie.

Dłoń Webera poruszająca myszą zamarła. Wyprostował się i odsunął od biurka.

– Juliana, posłuchaj…

– Nie, to ty mnie posłuchaj, Michał. – Wstała i schyliła się po torbę. – Nie mam czasu na głupie dowcipy. Odpieprz się ode mnie raz na zawsze, dobrze? Nie jesteśmy razem od wielu lat i nie mam ochoty cię widywać, a zwłaszcza nie życzę sobie, żebyś odrywał mnie od pracy i ściągał, niby służbowo, do rozwiązywania wydumanych zagadek. Wracam na komendę i piszę na ciebie skargę.

– Juliana, siadaj! Posłuchaj mnie przez chwilę. Proszę. – Juliana oparła się o biurko i skrzyżowała ręce na piersiach.

– Dobrze, siedź i słuchaj. I nic nie mów. To ja znalazłem te zdjęcia, wczoraj wieczorem. Nie wiem, co jest grane, ale prawie narobiłem ze strachu w spodnie. Nie śmiej się, do cholery! Siedziałem tu wieczorem sam i segregowałem stare zdjęcia z kolekcji nieborowskiej.

– Całkiem sam? Całkiem samiutki, sam?

– Tak, całkiem sam, nie chcesz, to nie wierz. Możesz się zamknąć i posłuchać? Chciałem zrobić wstępny katalog, bo w poniedziałek zaczyna się konferencja. Z Niemiec przyjeżdża najlepsza na świecie fotografka rzeźby i będziemy robili nowe zdjęcia wszystkich eksponatów. Będzie tylko trzy dni, za ciężkie pieniądze z grantu, więc wszystko musi być gotowe, rozumiesz? Otworzyłem te pliki, bo chciałem załączyć zdjęcia do kart katalogowych. I wtedy to zobaczyłem. Koniec historii.

Poprawił okulary. Juliana patrzyła na niego w milczeniu.

– A właściwie to wcale nie koniec! – Weber poderwał się gwałtownie. Juliana drgnęła. Zaczął krążyć na wąskim pasie wydeptanej wykładziny za jej plecami. – Pamiętasz, jak ci kiedyś opowiadałem o Helenie Radziwiłłowej i jej kolekcji? Pamiętasz, prawda?

– Michał…

– I o Arkadii, ogrodzie otaczającym pałac? Et in Arcadia ego, ja też w Arkadii, te słowa mówi śmierć, władczyni ogrodu. Pamiętasz jeszcze?

– Michał…

– Wiem. – Przystanął i skrzywił się. – Tak, wiem, że zawsze mało cię obchodziło, czym się zajmuję, co mnie interesuje. – Uniósł dłoń. – Nie przerywaj mi. – Wciągnął głęboko powietrze. – Juliana, to jest bardzo ważne. Musisz to zrozumieć. Pozwól mi wytłumaczyć.

– Czekam.

Wypuścił powietrze ze świstem, a potem znowu je zaczerpnął.

– Arkadia to w literaturze starożytnej kraina wiecznej szczęśliwości. Ale… – zawahał się – skażona. Na wiecznym szczęściu odciska się piętno śmierci. Rozumiesz?

– Próbuję.

– Helena Radziwiłłowa stworzyła w pałacu w Nieborowie i w otaczającym go parku, zwanym Arkadią, kolekcję rzeźb i innych zabytków, które miały przypominać o śmierci. O tym, że życie doczesne jest nietrwałe, szczęście trwa krótko, zaraz po nim nadciąga smutek. W osiemnastym wieku panowała taka moda. Ułuda, melancholia…

– Liście spadające z drzew, wiatr smętnie wyjący w gałęziach. – Juliana machnęła ręką. – Miałeś się streszczać.

– Helena Radziwiłłowa stworzyła to założenie parkowe po śmierci córek. – Młody człowiek o wyglądzie studenta, który do tej pory podpierał bez słowa drzwi, przestąpił z nogi na nogę. – Sama identyfikowała się z Niobe, tragiczną matką, która utraciła wszystkie dzieci, a rzeźba przedstawiająca głowę Niobe była najcenniejszym eksponatem w Arkadii. Piszę o tym…

Juliana obróciła się na krześle i spojrzała na niego.

– A jaka jest niby pana rola w tej sprawie?

– To jest asystent w naszym zakładzie – odpowiedział za niego Weber. – Daniel Dekert. Poprosiłem go, żeby tu ze mną przyszedł. Daniel pomaga mi katalogować nieborowskie zabytki, więc pomyślałem, że może będziesz miała do niego jakieś pytania.

– Ale nie mam.

– Głowa Niobe nie ma tu akurat nic do rzeczy. – Weber popatrzył poważnie na studenta, a potem przeniósł wzrok na Julianę. – Ale ten portret Rzymianki i Asklepios… One należały do kolekcji Radziwiłłowej. Zostały opisane przez nią w przewodniku po Arkadii.

Juliana spojrzała na zegarek.

– Pięć minut minęło, a ja nadal nie wiem, o co ci chodzi. Do wi…

– Proszę cię, daj mi spokojnie dokończyć. Helena… Ona stworzyła pałac i ogród, w którym królowała śmierć. Wiemy na pewno, że takie były jej intencje, opisała to w przewodniku. A teraz ktoś wciela jej idee w czyn. Przerabia kolekcję rzeźb poświęconą śmierci na kolekcję zwłok – Weber dokończył szeptem.

Juliana milczała.

– Zadzwoniłem do Komendy Głównej, poprosiłem, żeby przysłano specjalistę od zdjęć. Nie wiedziałem, że to będziesz ty. Wierzysz mi?

– Nie.

– To poważna sprawa, Juliana, sama przecież widzisz. Ktoś bestialsko zamordował tę kobietę. Najgorsze są te włosy…

Juliana w ostatniej chwili powstrzymała się przed dotknięciem swoich domagających się mycia, wyszczotkowania i obcięcia, ściągniętych w krótki koński ogon różową frotką, jedyną, jaką rano znalazła w łazience.

– …takie same jak na oryginale. To znaczy, ta rzeźba miała taką samą fryzurę jak ta obcięta głowa? Mogę ci pokazać.

– To kretyński dowcip, Michał.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mi uwierzyła.

– Ktoś wam zrobił kawał.

– Kawał? – Cofnął się i oparł plecami o laminowany regał.

– Tak. Kawał, dowcip, jak wolisz. Głupi i całkowicie poza granicami dobrego smaku.

– Dowcip? – Fotograf zerwał się z krzesła pod oknem i podszedł do drzwi. Zadał sobie dużo trudu, żeby w wąskim pokoju ominąć blokującą mu drogę Julianę i stolik z komputerem, nie patrząc ani na jedno, ani na drugie. – Co pani przez to rozumie?

– Te zdjęcia są sfabrykowane. Sklejone z różnych elementów. Proszę spojrzeć. – Juliana odwróciła się do komputera. Michał Weber podszedł bliżej.

Fotograf nie ruszył się z miejsca.

– Wystarczy powiększyć. Wyraźnie widać nieciągłość w miejscu sklejenia. Ktoś próbował to zamaskować filtrem w photoshopie. Bardzo prymitywna metoda, od razu wiadomo, że nie zrobił tego profesjonalista. Zobacz tutaj. – Przesunęła kursorem po ekranie. – O, tu można zobaczyć jeszcze lepiej.

– Ktoś wam zrobił głupi dowcip – powtórzyła. Odchyliła się do tyłu i potarła palcami skronie.

– Jest pani pewna? – spytał fotograf.

– Jestem pewna.

– Tak po prostu?

– Tak, proszę pana, tak po prostu.

– Spojrzała pani raz na ekran i już pani wie, że to dowcip? Ale nawet jeśli ma pani rację, jeżeli te zdjęcia to rzeczywiście fotomontaż, ktoś przecież musiał sfotografować te ciała, te, te… zwłoki.

– Pewnie ściągnął z internetu.

– W internecie są zdjęcia ludzkich wnętrzności?

– W internecie jest wszystko. Nie korzysta pan?

– Oczywiście, że korzystam. Z poczty. I sprawdzam pogodę.

– No, tak. Więc poszukajcie sobie tego dowcipnisia. Ale sami, bo to raczej nie podpada pod żaden paragraf. – Juliana wstała od komputera. Obciągnęła sweter.

– Proszę pani, to jest poważna sprawa. – Oddech fotografa też śmierdział starym człowiekiem. Juliana odwróciła głowę. – Doktor Weber tłumaczył przecież przez telefon, że potrzebny jest nam zespół specjalistów z dużym doświadczeniem, a pani przychodzi tu sama na pięć minut i uważa, że sprawa jest załatwiona?

Juliana westchnęła.

– To właśnie ja jestem zespołem specjalistów z dużym doświadczeniem. A konkretnie jestem całym Zespołem Badań Wizualnych w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym. Niech pan tak na mnie nie patrzy, cięcia kadrowe, też mamy kryzys. A w tej chwili marnuje pan mój wysoko specjalistyczny czas.

– Zadzwonię do…

– Ależ proszę bardzo. – Zsunęła torbę z ramienia i pogrzebała w niej przez chwilę. – Tutaj ma pan moją wizytówkę. A tu – pokazała palcem – jest numer sekretarki mojego szefa. Życzę miłej rozmowy, w której będzie pan kwestionował kompetencje jego personelu.

Fotograf otworzył usta i chciał coś odpowiedzieć, ale potarł tylko czoło wyszarpniętą z kieszeni spodni dłonią. Obrócił się na pięcie i wypadł z pokoju, trzymając wizytówkę w dwóch palcach.

– Odprowadzę cię. – Weber oderwał się od regału.

Juliana zdecydowała, że odpowiedź „sama trafię” to za duży wysiłek. Pozwoliła mu nacisnąć klamkę i przepuścić się w drzwiach. Student skinął głową. Spojrzała w drugą stronę.

Jarzeniówka na korytarzu migotała. Pod drzwiami sąsiedniego gabinetu siedziały na podłodze dwie dziewczyny. Jedna jadła jabłko, druga rozmawiała cicho przez telefon komórkowy. Juliana zignorowała windę i ruszyła w kierunku schodów.

– Masz ochotę na kawę? – spytał Weber.

Julianie nieomal wyrwało się „mam”.

– Kto ma dostęp do tych plików?

Weber wzruszył ramionami.

– Pracownicy instytutu, doktoranci, wybrani studenci. Mamy program do katalogowania zasobów graficznych instytutu w intranecie. Każdy zakład wrzuca tu swoje slajdy, a później można je wykorzystywać na wykładach i seminariach.

– Ale chyba żeby się do niego dostać, potrzebne jest hasło?

– No, tak. – Zatrzymał się na ostatnim podeście. Juliana popatrzyła w dół. Podłoga w hallu przy wejściu pokryta była błotem i kałużami z roztopionego śniegu. – Ale to nic nie znaczy. Hasło znają pracownicy i doktoranci, i na pewno też studenci, którzy pomagają w katalogowaniu zbiorów. Poza tym… – zawahał się.

Milczała.

– Poza tym – mówił dalej, kiedy dotarło do niego, że nie doczeka się reakcji – mamy licznych współpracowników za granicą. Tworzymy grupę naukową zajmującą się kolekcjami w Europie. Oni też znają hasło.

– Czyli znają je…

– Wszyscy – dokończył za nią Weber. – Wszyscy.

DZIEŃ PIERWSZY

Rozdział 1

Jeśli kiedyś umrę, to w styczniu. Listopad i grudzień są czarne i ponure, ale w powietrzu unosi się atmosfera oczekiwania na święta i trudno się jej nie poddać, nawet jeśli ma się w perspektywie spędzenie Wigilii z piwem przed telewizorem. W lutym dni są już wyraźnie dłuższe, a przy odrobinie szczęścia może się zdarzyć odwilż. Ale teraz nie ma żadnej nadziei. Ani na to, że zrobi się ciepło. Ani na to, że kiedykolwiek zobaczę Polę. Zresztą ona i tak nie… No więc nie ma żadnej nadziei.

Patrzyłem na swoją twarz w lustrze. Pośród trzydniowego zarostu sterczały srebrne nitki. Potarłem policzki i zamknąłem oczy.

– Mario, to ty? Co ty tu robisz, do cholery?

Odwróciłem się powoli, bo nie było powodu do pośpiechu. Znałem ten głos, poznałbym go na końcu świata. Poznam go nawet w piekle, gdy wreszcie tam trafię.

– Ogłuchłeś? Odpowiedz mi na pytanie: co robisz w moim pokoju? Co ty tutaj w ogóle robisz?

Na progu stała Juliana. Miała na sobie długi, puchowy płaszcz i wyglądała bezkształtnie, jak worek. Na ramionach i jasnych, ściągniętych do tyłu włosach lśniły kropelki wody, roztopione płatki śniegu. W ręku trzymała małą walizkę na kółkach, a drugie jej ramię uginało się pod ciężarem torby z laptopem. Stała w drzwiach mojego pokoju i patrzyła na mnie, jakbym to ja był winien tego, że pada śnieg, jest zimno i panuje ogólna beznadzieja.

– No, co? Czemu się tak na mnie gapisz i nic nie mówisz?

Westchnąłem.

– Bo nie ma takiej potrzeby. Jak znam życie, zaraz sobie sama odpowiesz na to pytanie.

Upuściła walizkę na podłogę. Podeszła do stołu na środku pokoju i położyła na blacie torbę z laptopem. Potem szarpnęła zamek płaszcza i zrzuciła okrycie na krzesło. Jej kozaki zostawiały małe błotniste kałuże na wyfroterowanym parkiecie.

Przyglądałem się jej bez słowa. Dawno jej nie widziałem.

– No, to super – powiedziała. Przejechała dłonią po włosach i strząsnęła na podłogę migocące krople. – Cieszę się, że cię widzę, i tak dalej. A teraz, jeśli łaska, wyjdź z mojego pokoju, żebym mogła zdjąć te mokre ciuchy.

Podszedłem do stołu i usiadłem na krześle. Zaskrzypiało. Wszystko w tym pałacu skrzypiało przy najlżejszym dotknięciu.

– Naprawdę ogłuchłeś?

– Nie. – Potrzasnąłem głową. – Nie ogłuchłem. To ty jesteś w moim pokoju.

– Cha, cha – roześmiała się. – Pamiętam, że zawsze byłeś dowcipny. Albo przynajmniej chciałeś za takiego uchodzić. No już, do widzenia.

– Naprawdę – upierałem się. – To naprawdę jest mój pokój. To znaczy nie mój, gwoli ścisłości, ale tu mnie zakwaterowali organizatorzy imprezy w tej ruderze. Sama zobacz. – Pokazałem na skotłowane łóżko, wciśniętą w kąt torbę podróżną i ciuchy rzucone na wyleniały fotel. – Przyjechałem dzisiaj rano.

Na jej twarzy pojawił się ten szczególny wyraz nagłej utraty pewności siebie. Ale szybko zniknął.

– To jakaś pomyłka – mruknęła. – Zaraz wracam. – Obróciła się na pięcie i wyszła.

– Ciebie też miło widzieć! – krzyknąłem za nią. – Po tylu latach.

Podłoga zaskrzypiała i Juliana znikła w mroku korytarza. Wstałem i podszedłem do okna. Płatki śniegu wciąż wirowały. Straciłem ochotę, żeby im się przyglądać, ale nie miałem innego pomysłu na to, co mógłbym ze sobą zrobić, więc gapiłem się na drzewa w parku, uginające się pod białymi czapami. Na parapecie usiadł gołąb. Postukałem w szybę i odleciał. Daleko w alejce jakiś człowiek, który w pomarańczowej poświacie lamp sodowych wydawał się bardzo drobny, szedł powoli z rękami wbitymi w kieszenie kurtki i głową wciśniętą w kołnierz. Że też komuś chciało się spacerować w taką pogodę.

Wiosna, pomyślałem. Śpiew ptaków, zapach kwiatów, może nawet trochę słońca. Robert zaprosił mnie na wiosenne wykopaliska na Krecie i zapewni mu to miejsce w szeregu świętych, a przynajmniej błogosławionych dowolnego kościoła. Pojadę, o ile przeżyję tę zimę… Bez Poli.

Juliana wróciła po kilku minutach i zdecydowanie wyglądała na wkurzoną.

– Zakwaterowali nas razem – warknęła.

– O! – powiedziałem. – Czyżby w jakiś sposób odkryli mój sentyment do ciebie? Nie, czekaj, czekaj, to musi być coś innego. Niech zgadnę. Może dlatego, że jak zwykle w obawie o seksizm nie podałaś imienia, tylko podpisałaś się „J. Stanzel”, więc pomyśleli, że jesteś facetem?

Nie wyglądała na szczególnie rozbawioną.

– No, ale teraz już chyba wiedzą. Przekonali się na własne oczy, że masz biust i tak dalej. Znajdą ci inny pokój i po krzyku.

– Nie znajdą. Mają komplet.

– O! – powiedziałem. – To może się z kimś zamienisz?

– Ciekawe z kim? Myślisz, że któraś ze świątobliwych uczestniczek konferencji będzie chciała dzielić z tobą łoże?

– Nie wszystkie wyglądają na świątobliwe, to tak moim zdaniem. A łoża dzielić nie musi. Są dwa.

– Chociaż tyle – mruknęła.

– Czy chcesz powiedzieć, że po latach spotykamy się przypadkiem i jesteśmy skazani na daleko posuniętą intymność?

– To właśnie chcę powiedzieć. I przestań udawać, że cię to bawi.

– Wcale nie udaję – zapewniłem ją. – Wcale a wcale. To naprawdę jest zabawne.

Nie odpowiedziała. Podniosła walizkę i rzuciła ją na drugie łóżko. Odsunęła ze świstem zamek i zaczęła grzebać w stercie ciemnych ciuchów.

Zadzwoniła komórka. Jeszcze trochę grzebania, tym razem w torbie z laptopem, i Juliana przyłożyła ją do ucha.

– Tak? – powiedziała. – Tak. Mhm. Na górnej półce w lodówce. Tak. Ale nie dawaj jej całego na raz, tylko połowę. Co? No dobrze, to daj jej cały, jeśli chce. Okej. Zadzwoń, jak skończy.

Nacisnęła klawisz i rozłączyła się. Odwróciła się i popatrzyła na mnie taksująco. Wytrzymałem jej spojrzenie, chociaż nie było to łatwe.

– Dobra – powiedziała w końcu. Wypuściłem cicho powietrze z płuc. – Wobec tego musimy ustalić kilka zasad. Ja pierwsza korzystam z łazienki. Ty opuszczasz po sobie klapę i używasz tylko swojego mydła, pasty do zębów i czego tam jeszcze potrzebujesz. I własnego ręcznika. Śpimy przy uchylonym oknie. Nie wpieprzasz się w moje sprawy. Mam nadzieję, że nie chrapiesz. A teraz wyjdź, bo chcę się przebrać.

Usiadłem na łóżku.

– Proszę, nie krępuj się. Widziałem już kobiece nogi bez spodni. Naprawdę, przysięgam.

Zapadła wiele mówiąca cisza.

– Dobrze, żartowałem. Nie patrz tak na mnie, bo się boję. Już sobie idę. Chciałem ci tylko powiedzieć, że na dworze jest minus dziesięć, więc okno będzie zamknięte. Nie chrapię. A jeśli chodzi o łazienkę, to jest na korytarzu. Wspólna z trzema innymi pokojami. Co chcesz, to przecież obiekt zabytkowy.

Wyszedłem, nie patrząc na jej minę.

Rozdział 2

Pałac w Nieborowie, zwłaszcza przykryty śniegiem i oglądany z pewnej odległości, jest harmonijną i proporcjonalną budowlą. Dobre wrażenie pryska, gdy tylko przekroczy się progi pałacowe. Jedyne, co pozostaje, to chęć jak najszybszego wydostania się stąd oraz oleisty smród pasty do podłóg, środka cieszącego się ogromną popularnością wśród miejscowego personelu sprzątającego.

Wynurzyłem się z czeluści korytarza i zatrzymałem u szczytu schodów. Portrety pokrywały każdy skrawek ściany i aż dziw, że nikomu nie przyszło do głowy, by zawiesić jeszcze kilka na suficie. Wszystkie przedstawiały strasznie brzydkich ludzi. Facet w zbroi, z długą, czarną brodą i miną Drakuli albo księdza, wisiał obok bladej damy w gronostajach. Dama najwyraźniej cierpiała na suchoty, w przeciwieństwie do hożej dziewoi w dolnym rzędzie, której natura także poskąpiła urody. Trzeci rząd był zdominowany przez dziarskie sześćdziesięciolatki, sportretowane, kiedy zbliżały się do trzydziestki. Jedna z nich, z krzywym nosem i wyraźnie zbieżnym zezem, rekompensowała sobie niedostatki wdzięków suknią. Wszyscy wpatrywali się we mnie bez zmrużenia powiek. Poczułem się nieswojo.

Zbiegłem po skrzypiących schodach na pierwsze piętro. Tutaj znajdowały się apartamenty o podwyższonym standardzie i każdy centymetr kwadratowy powierzchni, który dało się pozłocić lub wyrzeźbić, był złocony i rzeźbiony. I zakurzony. Wszędzie ustawiono bibeloty, również pokryte cienką warstewką szarego pyłu. Gdzie się dało, powieszono obrazy. W złoconych, bogato rzeźbionych i zakurzonych ramach.

Skręciłem w prawo i otworzyłem niedomknięte drzwi. Pokój był obity zjadliwie czerwoną materią: ściany, zasłony, a nawet krzesła. Z portretu na ścianie zerkała na mnie ślicznotka o nienaturalnie wyciągniętej szyi. Na rękach trzymała rzadkiej szpetoty psa.

Spod podwiniętego dywanu buchał taki smród pasty, że zaczęła mnie piec skóra. Przeszedłem przez pokój najszybciej jak się dało bez ryzyka złamania nogi na wyfroterowanym, błyszczącym parkiecie.

Następna była sypialnia, tam dywany też zostały zwinięte i smród pasty dławił gardło.

Przełożyłem nogę nad sznurem zagradzającym wejście do niewielkiego buduaru ze ścianami wybitymi jedwabiem w biało-różowe pasy i złoceniami na wszystkim, co nie zdążyło uciec na drzewo. Ale nie urok wnętrza przyciągnął mnie do tego miejsca, tylko recamierka ustawiona w pobliżu okna. Wyciągnąłem się na niej. Oparcie wznosiło się pod dziwacznym kątem i gniotło w kark. Nad kominkiem wisiało wielkie lustro, ale odbijały się w nim tylko smugi po niedokładnym umyciu. Na ścianie widać było przerwy grubości palca między pasami tkaniny.

Wstałem i podszedłem bliżej. To nie była źle położona tapeta. Za boazerią ukryte były drzwi. Otworzyłem je i zobaczyłem pierwsze stopnie kręconych schodów. Dalej czaiła się ciemność.

Usłyszałem skrzypienie podłogi. Przy zawieszonym na słupkach sznurze stała sprzątaczka w niebieskim kitlu. W ręce trzymała garść plastikowych worków. Spojrzała z potępieniem na moje zimowe buciory.

– Tu nie wolno wchodzić.

– Sorry. – Uśmiechnąłem się. – Moja nie mówić po polski. International conference.

Na jej twarzy odbiło się wahanie, ale szybko ustąpiło miejsca obojętności. Zamknąłem drzwi i pomachałem jej, ale nie odpowiedziała. Odeszła. Przez kilka chwil słyszałem jeszcze szelest plastiku i szuranie przesuwanych sprzętów. Później zrobiło się cicho. Tak cicho, że słyszałem, jak płatki śniegu ześlizgują się po okiennych szybach.

Westchnąłem i opadłem na recamierkę. Przeciągnąłem się w poszukiwaniu wygodniejszej pozycji, ale jej nie znalazłem.

Rozdział 3

Na obiad zeszła w ciemnym bezkształtnym swetrze i spodniach, które wyglądały tak samo jak te poprzednie. Jej włosom przydałoby się mycie, nie zaszkodziłaby też odrobina makijażu. Przystanęła w drzwiach, rozejrzała się po twarzach osób zgromadzonych w jadalni, i wybrała krzesło obok mnie. Zdziwiłem się, ale nie aż tak, żeby dać to po sobie poznać.

Kelner podszedł z wazą zupy. Skinęła przyzwalająco głową i dostała dwie chochle parującej cieczy w kolorze pomidorowym, z kluskami. Sięgnęła po półmisek z chlebem.

– Nie powiedziałeś mi jeszcze – zaczęła tonem lekkiej konwersacji – co tu właściwie robisz.

– Dostałem zaproszenie. Chleb i kluski? – Uniosłem pytająco brwi. – Nie dbasz o linię?

Zlekceważyła moją troskę, ugryzła kromkę i łyknęła pomidorowej. W kącikach ust pozostał pomarańczowy, błyszczący ślad. Patrzyła na mnie wyczekująco.

– Mam oświecić tych idiotów, jak jest zbudowany człowiek – powiedziałem.

Kilka osób łypnęło na mnie krzywo znad zupy. Rozesłałem uśmiechy na prawo i lewo.

– To znaczy szanownych uczonych, którzy studiują starożytne rzeźby, ale nie wiedzą, jak zbudowana jest goła baba.

Uśmiechnąłem się jeszcze raz i pomachałem łyżką łysemu facetowi z kozią bródką i widoczną pod skórą głowy guzowatością potyliczną zewnętrzną, który piorunował mnie wzrokiem z przeciwnej strony stołu.

– Ani goły facet – dodałem.

– Może powinieneś ściszyć głos – zasugerowała Juliana. – Jesteśmy w zamkniętym gronie.

– Nie ma takiej potrzeby, prawie nikt nie mówi po polsku. To międzynarodowe grono idiotów – poinformowałem ją.

– A ty sam wiesz, jak zbudowana jest goła baba? I facet?

Patrzyła na mnie z uśmiechem. To był inny uśmiech niż ten, który znałem, który pamiętałem.

Pokiwałem głową.

– Z grubsza. Jestem przecież najlepszym na świecie antropologiem. – Obracałem w palcach kromkę chleba. – A w każdym razie najlepszym, jakiego zdołali tu ściągnąć.

Podniosła do ust kieliszek z winem. Miałem wrażenie, że nie uśmiecha się do mnie, tylko do siebie samej.

– Zmieniłaś się – powiedziałem.

– Jak wszyscy.

Postanowiłem nie ciągnąć tematu.

– A ty? – spytałem. – Co ty tutaj robisz? Z tego, co pamiętam, nigdy nie interesowałaś się historią sztuki.

– Tracę czas. – Odstawiła kieliszek na śnieżnobiałą, wykrochmaloną serwetę, z której nie udało się sprać śladów po poprzedniej pomidorowej.

– A tak naprawdę?

– Tak naprawdę to mojego szefa popierdoliło. Nagły przypadek, rozumiesz? Bo do tej pory był dość rozsądnym facetem.

– Nie rozumiem – wyznałem.

– Kazał mi przyjechać do tego pieprzonego Nieborowa, na jakąś pieprzoną konferencję pieprzonych specjalistów od pieprzonego antyku. Tylko dlatego, że jednemu pieprzonemu kretynowi coś się przywidziało.

Ze złością wrzuciła łyżkę do talerza. Kilka osób podniosło głowy.

– Ciekawe – powiedziałem i ziewnąłem. – Ale nie opowiadaj mi tego z detalami.

– Ty natomiast wcale się nie zmieniłeś, Mario. Nadal jesteś takim samym aroganckim, egoistycznym skurwysynem…

– Nawet jeśli szanowni zebrani słabo rozumieją po polsku – przerwałem jej – dzięki tobie uzupełnią znajomość słowiańskiej mowy o zwroty kolokwialne.

Odwróciła się do mnie plecami. Smród pasty do podłóg odebrał mi apetyt, oddałem się więc kontemplacji wbudowanej w ścianę jadalni gabloty, w której wyeksponowano podświetlone srebra stołowe. Były wypolerowane do bólu oczu i wyglądały na przedmiot lokalnej dumy. Ziewnąłem z nudów. Zawiesiłem wzrok na dekorujących ściany widokach Wenecji albo czegoś, co w zamierzeniu artysty miało Wenecję przypominać, ale one także nie potrafiły przyciągnąć mojej uwagi na dłużej. Zacząłem więc gapić się na współbiesiadników. Wokół wielkiego owalnego stołu na wysoki połysk, znaczonego tu i ówdzie kółkami po gorących szklankach, siedziało kilkanaście osób. Patrząc od lewej: brodatemu facetowi koło mnie, z wypukłą okolicą nadoczodołową, prawdopodobnie udało się wynaleźć wehikuł czasu, bo wyglądał jak żywcem przeniesiony z lat siedemdziesiątych, kiedy jasne poliestrowe garnitury stanowiły ostatni krzyk mody. Rozmawiał po angielsku z blondyną koło pięćdziesiątki, ale z pretensjami do trzydziestki (jej os frontale była pięknie wyprofilowana). Za nimi urywaną konwersację w języku niemieckim toczyli facet z wielkim brzuchem i czarną czupryną, o wyglądzie solidnym jak dojcze marka, oraz łysy o piorunującym spojrzeniu i z kozią bródką. W tym ostatnim rozpoznałem kustosza pałacu, co było łatwe, bo we wszystkich mniej zabitych dechami dziurach rozeszła się już wieść gminna, że trzyczęściowe garnitury z szaroczarnego materiału w jodełkę są od jakiegoś czasu passé. Jego niemczyzna ograniczała się do nabytych z telewizji zwrotów w stylu Hände hoch i alle raus, mających niewielkie zastosowanie w obiadowej konwersacji. Zaraz za nim, młody człowiek chyba pomylił adresy, bo powinien się znajdować na gali jakiegoś domu mody w charakterze modela. Dalej młodziutka, szczuplutka (ale z biustem) blondynka (lekko laponoidalna) wpatrywała się znudzona w przestrzeń. Po jej drugiej stronie, chłopak o wyglądzie studenta, podkreślonym przez wyraźnie zarysowane goniony, prowadził zdawkową konwersację z Włoskim Modelem, co dawało Modelowi doskonały pretekst do gapienia się na biust siedzącej pomiędzy nimi panny. Za to Student raz po raz zerkał na Julianę, chociaż biust tej ostatniej był słabo widoczny spod grubej warstwy wełny. Za Studentem, anorektyczna kobieta o skrzywionych ustach i wspaniałych, rudozłotych włosach, kruszyła chleb na wykrochmaloną serwetę. Po jej lewej stronie kończył zupę mężczyzna w szarym swetrze, najwyraźniej dobranym pod odcień skóry na twarzy, z dwudzielną protuberentia mentalis. Obok niego, niski grubas o wyglądzie gnoma (niedoczynność przysadki?) rozmawiał z ożywieniem z czterdziestoletnią na oko brunetką z wąską nasadą nosa i smukłym nosem chrzęstnym. Brunetka miała twarz tak piękną, że nawet mnie trudno by było wymyślić jakiś złośliwy komentarz. Do ich rozmowy wtrącał się od czasu do czasu niski, barczysty facet w okularach, wyglądający na głównego organizatora tej imprezy, którym zapewne był – widziałem wcześniej, jak witał gości. Zapach jego wody kolońskiej wydawał się równie odpychający jak jego dolichocefaliczna czaszka. Do konwersacji próbował dorzucić to i owo rumiany sześćdziesięciolatek z szeroko rozstawionymi i wystającymi łukami jarzmowymi, typ jowialny. Akcent i wyraz zadowolenia na jego twarzy nie pozostawiały cienia wątpliwości – przybył zza Wielkiej Wody. Obok niego siedziała Juliana. Światło odbijające się w kryształkach kiczowatego żyrandola podkreślało ciemne kręgi pod jej oczami. A obok Juliany siedziałem ja.

Nie miałem pojęcia, jak nazywają się ci wszyscy ludzie, chociaż niektórzy z nich przedstawili mi się i nawet uścisnęli moją dłoń. Nie obchodziło mnie to, nie miałem ochoty z nimi rozmawiać, siedzieć przy stole ani przebywać pod jednym dachem. Najchętniej po prostu bym wstał i wyszedł. Wcale nie chciałem być w Nieborowie, chciałem być gdzie indziej. Problem w tym, że nie wiedziałem gdzie.

Trzy miejsca dalej barczysty Konus podniósł się i zgodnie z zasadami savoir-vivre’u postukał widelcem o kieliszek. Rozmowy przy stole ucichły i wszyscy wlepili w niego wzrok. Juliana przeciągnęła się delikatnie. Nie mogłem powstrzymać się przed zerknięciem na jej piersi, ale zrobiłem to dyskretnie, i także zgodnie z zasadami savoir- vivre’u.

– Szanowni państwo – powiedział Konus. Cały czas się uśmiechał, jakby chciał wnieść promyk radości w nasze szare życie. – Z ogromną przyjemnością pragnę oznajmić, że jesteśmy już w komplecie. Mimo fatalnej pogody wszyscy uczestnicy naszego międzynarodowego spotkania dotarli do Nieborowa.

Powtórzył to samo po francusku i po niemiecku, a potem obdarzył każdego z nas spojrzeniem, aby się upewnić, że podziwiamy jego znajomość języków europejskich.

– Przed godziną – Konus dalej mówił już tylko po angielsku – dołączyła do nas międzynarodowej sławy fotografka, pani Geneviève Parzinger, oraz pan Henryk Delimata, fotograf naszego warszawskiego instytutu. Pani Parzinger podjęła się trudnej i ogromnie odpowiedzialnej pracy zadokumentowania nieborowskich rzeźb, a pan Delimata będzie jej przy tym asystował.

Szerokim gestem omiótł anorektyczkę i szarego faceta. Geneviève Jakaśtam była tak chuda, że mógłbym na jej przykładzie omawiać ze studentami osteologię Homo sapiens. Mimo to udało jej się wyhodować ze zwiotczałej skóry drugi podbródek. Przy jej otoczonych zmarszczkami oczach i siateczce pęknięć wokół ust, rude włosy spływające do połowy pleców wyglądały jak peruka. Szary facet też był chudy, a wyraz jego twarzy świadczył o tym, że nie zachwyca go rola asystenta.

Konus mówił dalej.

– I wreszcie, jako ostatnia dołączyła do nas pani profesor Alberta Fonseca. – Skinął głową w stronę Brunetki-po-Czterdziestce. Uśmiechnęła się lekko. Oczy miała podmalowane na ciemno, przez co wydawały się jeszcze większe i bardziej tajemnicze. Zagapiłem się na nią i uroniłem kilka następnych słów.

– …nie muszę chyba państwu przedstawiać, pani profesor jest światowej sławy ekspertem od kanonu polikletejskiego. W związku z tym obrady naszego sympozjum „Et in Arcadia ego. Kolekcjonerstwo Heleny Radziwiłłowej na tle zbieractwa starożytności w Europie Środkowej” uważam oficjalnie za otwarte.

Poprawił okulary jednym palcem i usiadł przy wtórze słabych oklasków.

Kelner zbierał talerze po pomidorowej, a jego kolega okrążał stół, nakładając schabowe i trochę rozgotowane ziemniaki.

Zacząłem przysłuchiwać się rozmowie Poliestra z Pięćdziesiątką-z-Pretensjami. Szybko mi się to znudziło, bo przerzucali się słowami takimi jak „percepcja”, „recepcja” i „kontrapost”, jakby próbowali udowodnić jedno drugiemu, że naprawdę je znają. Ja ich nie znałem, więc dołączyłem do grona kontemplujących biust szczupłej blondynki. Był rzeczywiście imponujący i nie licował z powagą profesji naukowca.

Konus ponownie wstał, kiedy wkładałem do ust kawałek kotleta.

– Proszę państwa, po posiłku zapraszam do Sali Białej znajdującej się na piętrze. Dzisiaj mamy w programie wykład inaugurujący rozpoczęcie konferencji. Pan dyrektor Jaskender opowie o historii zespołu ogrodowo-pałacowego w Nieborowie, a po wykładzie oprowadzi państwa po pałacu. Później zapraszamy na uroczystą kolację, tutaj, w jadalni. Po kolacji, mam nadzieję, znajdą państwo jeszcze siłę na lampkę wina w bibliotece. Zwykle jest ona zamknięta, ale dyrektor Jaskender uprzejmie zgodził się udostępnić nam to zabytkowe pomieszczenie na cały wieczór. Dla mnie osobiście – dodał z uśmiechem – to wielka przygoda pić wino na kanapie, na której siadywała księżna Radziwiłłowa.

Wszyscy dojadali w pośpiechu swoje schabowe, a co gorliwsi już wstawali od stołu i spieszyli do wyjścia.

Złapałem Julianę za łokieć, kiedy podnosiła się z krzesła.

– Ty też idziesz na ten wykład?

– A co mam robić? – Wzruszyła ramionami. – Spacerować po parku?

Podbródkiem pokazała okno, za którym płatki śniegu robiły się coraz bardziej szare.

– Straszna pogoda – powiedziała, otulając się ciaśniej swetrem. – A ty, co zamierzasz robić?

– Nie mam pojęcia. – Rozłożyłem ręce.

Znów ogarnęło mnie to uczucie. Zapragnąłem wyjechać z tego miejsca. Wrzucić co tam miałem szybko do walizki, założyć kurtkę, nacisnąć na głowę czapkę i wyjść bez pożegnania. Złapać jakiś autobus do Warszawy, a stamtąd już…

– Nie wiem – powtórzyłem. Zaschło mi w gardle. Sięgnąłem po kubek z kompotem i upiłem łyk.

Juliana patrzyła na mnie z góry. Jej usta poruszyły się lekko, jakby chciała o coś zapytać. Ale nie zapytała, tylko odwróciła się i wyszła z jadalni.

Rozdział 4

…zgodnie z oświeceniową filozofią powrotu do natury i korzeni przeszłości. Mit arkadyjski, obecny w kulturze europejskiej nieprzerwanie od czasów Teokryta i Wergiliusza, podjęli następnie w swoich poematach Dante i Petrarka… – Kozia Bródka mamrotał monotonnie w obawie, że któreś ze słów mogłoby opuścić jego bródkę i dotrzeć do słuchaczy. Czytał z kartki, którą trzymał przed oczami w odległości wyciągniętego ramienia, i delektował się brzmieniem obcych słów, zazwyczaj nieprawidłowym. Od czasu do czasu odrywał wzrok od papieru, robił pauzę i z namaszczeniem wypijał kilka łyków wody ze szklanki stojącej na pulpicie.

Przestąpiłem z nogi na nogę. Parkiet zatrzeszczał, a Kozia Bródka rzucił mi jedno ze swoich piorunujących spojrzeń.

– …po przedwczesnym zgonie ukochanych córek stworzyła w oparciu o mit arkadyjski założenie ogrodowe, w którym idea przemijania łączyła kontrastowo pierwiastki miłości i cierpienia, radości życia i nieszczęścia śmierci…

Kryształowy żyrandol u sufitu i kandelabry na ścianach z elektrycznymi imitacjami świec były wygaszone, salę spowijała sina poświata z ekranu. Białe ściany, sufit i meble wyglądały jak otulone całunem.

Bywałem już na nudniejszych wykładach, prowadzonych przez profesorów jeszcze bardziej niż Kozia Bródka uwielbiających dźwięk własnego głosu. Wszystko można wytrzymać przy odrobinie wprawy. (Robert twierdzi, że najwyższy kunszt polega na kiwaniu głową we właściwych momentach, kiedy tak naprawdę człowiek przysypia albo czyta thriller pod stołem). Ale męczyło mnie uczucie, że cały czas chcę się wydostać z tego miejsca. Spakować rzeczy i zniknąć w zaśnieżonym krajobrazie. Od zabrania dupy w troki powstrzymywał mnie fakt, że stylowe znikanie wygląda dobrze tylko w hollywoodzkich filmach, i to nie we wszystkich. W praktyce oznaczałoby proszenie, żeby ktoś podrzucił mnie do wsi, jazdę niedogrzanym samochodem ponad trzydzieści kilometrów przez las i przez śnieg, którego do tej pory napadało już co najmniej po kolana, czekanie na mrozie na opóźniony-dalsze-opóźnienie-może-ulec-zmianie autobus, później wielogodzinną podróż śmierdzącym pekaesem i jeszcze siedzenie na dworcu w Warszawie. Smród spalin, mokre buty, zlodowaciałe spodnie oblepiające łydki, i zimno przenikające do kości. To już wołałem nudzić się w miejscu, gdzie było ciepło, wygodnie, i trzy razy dziennie dawali jeść.

– …chatki wieśniacze, melancholijne zakątki, ogrody kwiatowe i idylliczne stadka pasących się tu i ówdzie owiec zostały skontrastowane z grobowcami, ruinami, pustelniami i opuszczonymi grotami…

Wiosna, pomyślałem. Wiosna, kurwa, wiosna.

Za moimi plecami ktoś się poruszył. Przez smród pasty do podłóg przebiła się fala zapachu wody kolońskiej.

– Nie słucha pan wykładu? – spytałem, nie odrywając wzroku od Koziej Bródki.

– Ja już to wszystko słyszałem – odpowiedział. – Wiele razy. Ale pan słucha. Nie wiedziałem, że jest pan zainteresowany tematem.

– Nie jestem. – Odwróciłem się i przyjrzałem mu się w świetle ekranu. Był ode mnie niższy o głowę. Jego szczery uśmiech z pewnością budził w ludziach ciepłe uczucia, nawet mimo okropnego kolońskiego smrodu. W każdym, oprócz mnie.

– To chodźmy stąd – powiedział. – Dyrektor Jaskender bardzo się denerwuje, kiedy ktoś mu przeszkadza.

Odwróciłem się, wyszliśmy z sali i zeszliśmy schodami. W sieni, wyłożonej kamiennymi czarno-szarymi płytami w szachownicę, strasznie ciągnęło. W uchylonych drzwiach zewnętrznych stała Geneviève Jakaśtam, w zarzuconej na ramiona wojskowej kurtce i futrzanych butach do połowy łydki ipaliła skręta. Dym wpadał do wnętrza razem z płatkami śniegu. Fotograf w szarym swetrze siedział na ciężkim, rzeźbionym zydlu. Złapał moje spojrzenie i zrobił minę cierpiętnika. W bocznych drzwiach oparty o framugę stał znudzony facet w wieku późnoprzedemerytalnym, w mundurze opiętym na pokaźnym brzuchu.

– Jeszcze nie zdążyłem panu podziękować za przyjęcie zaproszenia. – Konus odwrócił się i spojrzał na mnie tymi swoimi szczerymi oczami. – Dziękuję.

– Nie ma za co – powiedziałem. – Trwa przerwa semestralna i nie mam nic lepszego do roboty. Nie mówiąc już o darmowej wyżerce. I całkiem przyjemnym honorarium.

Konus zaśmiał się cicho. Śmiech też miał ciepły i krzepiący.

Geneviève pstryknęła petem w śnieg. Zatrzasnęła drzwi, ściągnęła z ramion kurtkę i rzuciła ją na ławę pod ścianą. Ominęła szarego faceta i zatrzymała się przed marmurową rzeźbą, ustawioną na czarnym, bogato rzeźbionym i potwornie brzydkim stole. Stała nieruchomo i nie spuszczała z niej oczu, owijając na palcu kosmyk złotorudych włosów.

Rzeźba przedstawiała ociężałą babę z podwójnym podbródkiem i za grubą szyją. Właściwie to nie była cała baba, tylko głowa, szyja i mały kawałek torsu przyciętego do wysokości manubrium sterni i osadzonego na małym, kamiennym postumencie.

Konus przysunął się bliżej. Próbowałem oddychać ustami, ale niewiele to pomogło, czułem szczypanie jego wody kolońskiej na języku.

– To nasz najwspanialszy eksponat – wyszeptał mi do ucha. – Głowa Niobe, rzymska kopia hellenistycznego oryginału. Bardzo rzadkie przedstawienie Niobe ze słynnej grupy rzeźbiarskiej Niobidów. Helena Radziwiłłowa najprawdopodobniej dostała ją w podarunku od carycy Katarzyny. Niesamowita, prawda?

– Zaparło mi dech w piersiach – zapewniłem go.

Geneviève nie ruszała się z miejsca i nadal taksowała Niobe spod półprzymkniętych powiek.

– Mamy wielkie szczęście – szeptał dalej Konus – że pani Parzinger zgodziła się wykonać dla nas dokumentację fotograficzną nieborowskich rzeźb. Sam pan zobaczy, nikt tak ja ona nie potrafi…

Fotograf podniósł się ciężko z zydla. Konus porzucił szeptanie mi do ucha sekretów i podszedł do niego. Zobaczyłem, że dla odmiany to Fotograf próbuje oddychać samymi ustami.

– Panie Henryku, proszę dać mi znać, gdyby państwo potrzebowali jeszcze kogoś do pomocy. Zawsze możemy zawołać Daniela.

Fotograf pokiwał głową i pochylił się nad czarną skrzynką ze srebrnymi okuciami. Zawahał się z palcem na zamku, zmienił zdanie i zabrał się za rozstawianie cienkich, stalowych statywów. Potem znowu się rozmyślił i odwrócił do Konusa.

– Musimy mieć więcej przedłużaczy. Chyba że są jeszcze jakieś kontakty za tą boazerią. – Popukał palcem w czarne drewno.

Konus podrapał się po głowie.

– Kontaktów pewnie więcej nie ma, ale możemy zapytać dyrektora Jaskendra. Zobaczę, czy już skończył. Najlepiej będzie, jeśli po prostu przyślę panu Daniela.

Wbiegł po schodach. Jego kroki zadudniły głucho na kamiennych stopniach.

Przysiadłem na zydlu, z którego wstał Fotograf. Kiedy Weber sobie poszedł razem ze swoją wodą kolońską, w sieni unosiła się smuga smrodu starego człowieka, któremu nie miał kto przypomnieć, że ubrania czasem się pierze. Geneviève nadal wpatrywała się w przygrubą Niobe. Ani zapaszek Fotografa, ani stukot statywów za plecami nie zakłócały jej koncentracji.

– Mógłby mi pan tu potrzymać?

Fotograf mocował się z opornym kawałkiem metalu. Strażnik w opiętym mundurze przyglądał się, oparty o framugę. Nie ruszył się, żeby pomóc.

– Nie mam zdolności manualnych – powiedziałem. – Wygląda na to, że pan też nie. Poczekajmy lepiej na tego Daniela.

– Cholera. – Fotograf obejrzał się na Geneviève. Nie poświęciła mu nawet, milionowej części swojej całkowicie niepodzielnej uwagi, nawet kiedy upuścił żelastwo na podłogę. Brzęknęło o kamienne płyty. Fotograf przysiadł koło mnie na ławie z przedłużaczem w dłoniach.

– Cholera! – powtórzył. – Jestem za stary, żeby robić za asystenta. Uwierzy pan? Od kiedy pojawiła się ta damulka, zostałem zapędzony do noszenia za nią skrzynek ze sprzętem i rozstawiania lamp. A ona nawet nie raczy powiedzieć „dziękuję”. Właściwie w ogóle się nie odzywa. Może nie umie mówić? Może jointy wyżarły jej mózg?

Popatrzyłem na Geneviève, która ignorowała nas kompletnie.

– Może ona nie mówi po polsku. Może powinien pan spróbować nauczyć się jakiegoś obcego języka – zasugerowałem. – To trudne, ale nie jest niemożliwe. Chyba że na to też pan jest za stary.

Zagapił się na mnie z otwartymi ustami.

Na schodach znowu rozległ się tupot i do korytarza wpadł Student z rękami pełnymi przedłużaczy.

– Tyle wystarczy, panie Henryku?

Wstałem i cofnąłem się na podest schodów, do drzwi pokrytych lustrzanymi kafelkami. Pochyliłem się i przyjrzałem swojemu odbiciu. Za drzwiami rozległ się dźwięk spuszczanej wody i tylko dlatego zdołałem odskoczyć. Juliana wyszła, wycierając mokre dłonie o pupę. Oparła się o ścianę i udawała, że nie widzi, jak Student gapi się na nią, nawet nie próbując tego ukryć. Na piętrze słychać było szuranie krzeseł i głośne rozmowy.

– Ciekawy był wykład? – spytałem.

– Taki sobie – mruknęła.

– Nie wiedziałem, że masz takie poważne zainteresowania. Potrzeba sporo samozaparcia, żeby wytrzymać okrągłą godzinę takiego pieprzenia.

– Kurwa. – Skrzywiła się. – Nie do wiary, że muszę tutaj siedzieć.

Znowu uśmiechnęła się tym nieprzyjemnym uśmiechem.

– A ty? Co robiłeś?

– A ja dowiedziałem się czegoś, czego absolutnie nie musiałem wiedzieć o jednej rzeźbie grubej baby, jednym sfrustrowanym facecie i wpływie używek na koncentrację.

Pokręciła głową, odwróciła się i zaczęła wspinać po schodach. Ruszyłem za nią. Jej tyłek w ciemnych spodniach znajdował się dokładnie na linii mojego wzroku. Był większy, niż zapamiętałem, ale nadal wyglądał nieźle. Obejrzałem się. Student też się gapił. Przyspieszyłem kroku.

W sali wykładowej jakaś litościwa dusza włączyła światło pod sufitem, a słuchacze wstali z krzeseł. Nie wyglądali na śmiertelnie znudzonych, ale to byli profesjonaliści i mieli za sobą lata praktyki. Kilka osób zbiło się w kółko dyskusyjne, a reszta snuła się, podziwiając sztukaterie.

– A teraz, proszę państwa – Kozia Bródka odwrócił się do sali i objął ojcowskim spojrzeniem słuchaczy – nastąpi zwiedzanie obiektu.

Zaczekał, aż Konus przetłumaczy jego słowa z polskiego na bardziej popularny język, po czym mówił dalej:

– Oprowadzę państwa najpierw po naszej kolekcji rzeźby. Później przejdziemy do pozostałych sal pałacowych, a po zwiedzaniu zapraszamy na wczesną kolację.

– W każdym razie tych z państwa, którzy do tego czasu nie umrą z nudów – mruknąłem do siebie.

Konus usłyszał. Uśmiechnął się lekko i puścił do mnie oko.

Kozia Bródka zaczekał, aż u jego boku uformuje się grupka żądnych wiedzy.

– Zanim zaczniemy, chcę państwu przypomnieć, że wszystkie obiekty, które państwo zobaczą, znajdowały się niegdyś w parku, w Arkadii. Helena Radziwiłłowa udekorowała rzeźbami stworzone przez siebie budowle, aby podkreślić program ideologiczny i artystyczny arkadyjskiego założenia ogrodowego. Zanim ruszymy, może jeszcze kilka słów na temat samego pałacu. Proszę zwrócić uwagę na symetrię założenia, zakłóconą jedynie przez rozkład dwóch klatek schodowych. Poza tym wyjątkiem pozostałe ciągi komunikacyjne stanowią prawie idealne lustrzane odbicie…

Podszedłem do okna i wyjrzałem na zewnątrz. Śnieg padał powoli, wielkimi płatkami. W parku nie było nikogo. Z tej strony widziałem aleję wysadzaną kikutami drzew, które o tej porze roku wyglądały jak martwe. Przez czarne szkielety gałęzi coś prześwitywało. Usłyszałem ruch za plecami, Kozia Bródka wyprowadzał swoich słuchaczy z sali. Zanim dołączyłem na szarym końcu, zdążył już sprowadzić swoje stadko ze schodów i zatrzymał się za plecami skupionej Geneviève.

– A teraz… – Kozia Bródka wstrzymał oddech.

Tłumacz również zrobił pauzę, ale najwyraźniej nie chodziło o suspens. Kozia Bródka pociągnął nosem.

– Tu nie wolno palić! – krzyknął.

Konus wahał się, czy ma to tłumaczyć, czy udawać, że nie dosłyszał.

– To wnętrza muzealne! Palenie jest najsurowiej wzbronione!

Kozia Bródka dał krok w stronę Geneviève i zaczął węszyć w okolicy jej włosów. Odskoczyła, jakby obwąchiwał ją pies, a ona nie była pewna, czy nie jest wściekły.

– To pani! – Jaskender wyciągnął palec oskarżycielskim gestem. – To pani tu paliła!

– Fuck off – powiedziała Geneviève. Jej głos był zachrypnięty, ale słowa wymawiała wolno i wyraźnie.

– Co?! – Kurator chyba znał ten angielski zwrot, bo zalał się czerwienią, najpierw na łysinie, a później czerwona łuna zstąpiła w dół i po kilku sekundach zniknęła pod kołnierzykiem koszuli. Wyglądało to bardzo interesująco. – Jak pani śmie! Pani…

Konus przepchnął się do przodu i wziął go za ramię. Pochylił się do jego ucha i zaczął szeptać, sterując kuratorem w stronę przeciwną do tej, gdzie stała Geneviève.

– Ale… – zaprotestował Kozia Bródka.

Konus przysunął się jeszcze bliżej i zaszeptał z jeszcze większym zaangażowaniem.

Kurator sapnął i uszło z niego powietrze.

– Doktorze Weber. – Odsunął się od Konusa, pewnie też przeszkadzał mu smród wody kolońskiej. – Czy zdaje pan sobie sprawę…

Konus pochylił głowę i znowu powiedział coś, czego nie usłyszałem.

– No dobrze. Ale robię to tylko w imię…

– Jestem panu ogromnie wdzięczny, panie dyrektorze. – Konus wyprostował się. – Ogromnie. A jeśli mógłby pan uprzejmie znowu zająć się naszymi gośćmi…

– Tak. Tak, oczywiście.

Kozia Bródka odchrząknął kilka razy. Wygładził poły marynarki i widać było, że tylko najwyższym wysiłkiem woli powstrzymuje się od podciągnięcia spodni. Wziął głęboki wdech i odwrócił się w stronę strażnika nadal opartego o framugę drzwi.

– A pan, panie Stanisławie, jest tu od pilnowania, żeby takie rzeczy nie miały miejsca.

Strażnik odkleił się od futryny i spróbował przyjąć służbową postawę, ale najwyraźniej wyszedł z wprawy.

– Ja jej mówiłem, panie dyrektorze, ale ta pani chyba nie rozumie po polsku.

– To mnie nie obchodzi! – Kozia Bródka podniósł głos. – Pan jest od tego, żeby dbać o bezpieczeństwo obiektu. Tysiąc razy panu mówiłem…

– Panie dyrektorze – przerwał mu Konus. – Nasi goście…

– Następnym razem proszę natychmiast przyjść z taką sprawą do mnie. – Kozia Bródka pokazał jeszcze, kto tu rządzi, i odwrócił się do strażnika plecami.

– Proszę państwa – powiedział, a Konus przetłumaczył słowo w słowo – proszę pamiętać, że tu naprawdę nie wolno palić. Rozpoczniemy zwiedzanie ekspozycji od najwspanialszego okazu z naszej kolekcji, chociaż być może powinienem zaserwować go dopiero na końcu, tak jak najlepsze wino. – Uśmiechnął się pod nosem ze swojego żarciku.

Nikt inny go nie chwycił.

– Hm, tak. A więc, proszę państwa, głowa Niobe z grupy Niobidów, rzymska drugowieczna kopia hellenistycznego oryginału…

Przepchnąłem się na czoło grupki i pochyliłem się nieco do przodu, żeby mieć lepszy widok na głowę Niobe z grupy Niobidów.

– Dar carycy Katarzyny Wielkiej…

Przesunąłem się w lewo, a później w prawo. Potem ukucnąłem przy stole i obejrzałem Niobe od strony podwójnego podbródka.

– …a nie, jak pisał profesor Michałowski, za czasów Augusta… Co pan robi?

To ostatnie było najwyraźniej do mnie. Wyprostowałem się.

– Czaszka brachycefaliczna.

– Co ten pan powiedział? – spytał Kozia Bródka Konusa.

– Czaszka brachycefaliczna. Opisuję morfologię szkieletu kranialnego. – Nie czekałem na tłumacza, tylko przeszedłem na angielski. – Głowa tej pani reprezentuje charakterystyczny profil z bardzo wysoką nasadą i prostym profilem nosa. Co tam jeszcze… wysoka os frontale o prostym profilu, łukowata linia brwi, dość wydatna protuberentia mentalis, twarz pośrednia. Taaak, ten typ można najlepiej zilustrować na przykładzie obecnej w naszym gronie pani Juliany Stanzel.

Zgromadzeni zaczęli zerkać po sobie, próbując ustalić, które z nich jest Julianą Stanzel. Po krótkiej chwili gapili się na nią wszyscy. Juliana zacisnęła usta.

– Ten typ ma, jak widać, skłonność do lekkiej nadwagi.

Juliana zaczerwieniła się ze złości na mnie, a potem poczerwieniała jeszcze bardziej, zła na samą siebie, że nie potrafi powstrzymać rumieńca.

Kozia Bródka odwrócił się do mnie tyłem.

– Zapraszam państwa do Korytarza Rzymskiego. Proszę, proszę, panie przodem. Jak będą mogli się państwo sami przekonać, nazwa pomieszczenia pochodzi od wmurowanych w ściany kilkunastu fragmentów antycznych rzeźb…

Poszedłem za nimi.

– Po lewej mogą państwo zobaczyć fragmentarycznie zachowany posąg Asklepiosa, rzymską kopię z drugiej połowy drugiego wieku naszej ery według oryginału greckiego z czwartego wieku przed naszą erą…

Stojący obok mnie Poliester ziewnął rozdzierająco. Zaraz zatkał sobie usta i rozejrzał się zawstydzony dokoła. Obdarzyłem go pokrzepiającym uśmiechem.

– Posąg wykazuje cechy stylowe typowe dla okresu Antoninów. Za Antonina Piusa mamy do czynienia z ponownym rozkwitem kultu Asklepiosa przeszczepionym do Rzymu z…

– Uwypuklona glabella i okolica nadoczodołowa – powiedziałem.

Jaskender posłał mi kolejne piorunujące spojrzenie, po czym podjął wątek.

– Identyczna z naszym zabytkiem pod względem ikonograficznym i stylistycznym jest kopia z Lanuvium znajdująca się w Kopenhadze i reprezentująca typ egzemplifikowany także przez wcześniejszy posąg znajdujący się w Ostii…

Niemiec-z-Brzuchem i Jowialny Amerykanin rozmawiali półgłosem przy przejściu do korytarza i w ogóle nie reagowali na rzucane raz po raz karcące spojrzenia Koziej Bródki.

– Może w takim razie przejdziemy dalej. Następny po państwa prawej stronie jest marmurowy rzygacz w kształcie pyska lwa, prawdopodobnie z pierwszego lub drugiego wieku naszej ery, chociaż jego autentyczność jest podważana.

Przerwał i popatrzył na mnie.

– Przykro mi. – Rozłożyłem ręce. – Na lwach się nie znam, ani na pierwszym czy drugim wieku naszej ery. Na rzyganiu już bardziej, ale rozumiem, że nie o to panu chodzi.

Kozia Bródka poczerwieniał, ale postanowił mnie zignorować.

– Zapraszam państwa dalej – powiedział.

– Ale zastanawiam się – wszedłem mu w słowo, niczym się nie przejmując – czy panu to nie przeszkadza, że te rzeźby są w takim kiepskim stanie.

Kurator sapnął.

– Obtłuczone nosy – mówiłem dalej – poodłamywane ręce. Na przykład ten tu amorek. – Pokazałem palcem płaskorzeźbę wmurowaną w ścianę. – Wygląda jak ofiara wypadku drogowego.

– To był dar generała Sokolnickiego dla Heleny Radziwiłłowej, panie Ybl – nadął się kurator.

– Profesorze Ybl – zwróciłem mu uwagę.

– To wszystko są zabytki światowej klasy. Arcydzieła sztuki starożytnej. Uszkodzone na przestrzeni stuleci.

– Tym niemniej moglibyście się nimi lepiej zająć. Odrestaurować albo coś takiego. Ten Asklepios, czy jak pan mówił, gdyby doczepić mu rękę…

– No wie pan?! – Kozia Bródka wyglądał, jakbym zaproponował mu wspólne zamordowanie najbliższego przyjaciela, a później, również wspólne, przelecenie żony tegoż. – To niemożliwe! Tak się nie robi, to sprzeczne ze wszystkimi zasadami!

Podniosłem ręce wgeście obrony.

– Dobrze już, dobrze. To był tylko taki pomysł.

Kozia Bródka obrócił się na pięcie.

– Teraz obejrzymy pomieszczenia na pierwszym piętrze – warknął.

Nie czekając, aż tłumacz powie słuchaczom, o co chodzi, popędził z powrotem korytarzem i klatką schodową na górę. Lekko zdezorientowana grupa pobiegła za nim.

Zanim dowlokłem się na pierwsze piętro, przegalopowali już przez salę wykładową i zatrzymali się w drzwiach prowadzących do następnego pomieszczenia. Nad urządzeniem tego pokoju musiał czuwać dizajner na mocnych prochach. Trudno było inaczej wytłumaczyć dobór psychodelicznych mebli, dekorowanych na każdym kawałku odsłoniętej powierzchni, oraz kolor ścian, obitych jedwabiem w żółte pasy, pomiędzy którymi wymalowano jaskrawe kwiatki.

Zatrzymałem się koło kredensu, zgarbiłem i wcisnąłem dłonie w kieszenie dżinsów.

– Wie pan, co? – ktoś szepnął mi prosto do ucha. Podskoczyłem. Nie jestem przyzwyczajony do dotyku obcych warg na małżowinie.

Obok stał Student, widocznie zakończył już walkę z przedłużaczami.

– Wie pan co? Ja się właściwie z panem zgadzam, ale o tym się nie mówi.

– O czym?

– O tych rekonstrukcjach rzeźb. To uchodzi za brak profesjonalizmu. Jak gdyby szczytem profesjonalizmu było podziwianie czegoś z odłamanymi rękami i nogami. Dużo bym dał, żeby zobaczyć, jak te zabytki wyglądały naprawdę, w całości. A pan?

– Czy my się znamy? – zdziwiłem się.

– Jestem Daniel Dekert, doktorant w zakładzie archeologii klasycznej. – Wyciągnął do mnie dłoń. – A pan jest tym znajomym Juliany, to znaczy pani Stanzel, prawda? Chciałem pana zapytać, czy ona…

– Cśśś – psyknął na nas Kozia Bródka.

Student zamilkł. Kozia Bródka mówił dalej, wypatrując oznak dekoncentracji u słuchaczy.

– Za moimi plecami mogą państwo zobaczyć jeden z najwspanialszych przykładów rzymskiej sztuki prowincjonalnej. Jest to biust Rzymianki z połowy okresu seweriańskiego.

Odwrócił się, żeby omieść rzeźbę szerokim gestem, ale ręka mu opadła i gwałtownie zamilkł. Jego słuchacze nie od razu to zauważyli. Niemiec, oparty o parapet, tłumaczył coś Jowialnemu Amerykaninowi. Włoski Model usiłował nie gapić się zbyt ostentacyjnie na biust Blondynki. Szło mu to całkiem nieźle, o wiele lepiej niż facetowi o powierzchowności leśnego gnoma, który zdołał jednak powstrzymać się od oblizywania warg. Brunetka-po-Czterdziestce przypatrywała się przez dłuższą chwilę staraniom obu panów, a później uśmiechnęła się pod swoim dużym nosem i zagapiła na pokrytą śniegiem okienną szybę.

Kurator jak zahipnotyzowany wpatrywał się w marmurową głowę kobiety. Nie znam się na rzeźbie, ani rzymskiej, ani innej, ale głowa powinna chyba znajdować się na szyi, a ta być umocowana na postumencie. Bryła jasnego kamienia, obrobiona u dołu na gładko w fałdy szat owijających szczelnie ramiona, stała na ohydnym, bogato rzeźbionym biurku, ale głowa kobiety o odstających uszach, włosach przedzielonych przedziałkiem i skrzywionych wargach leżała obok, na blacie. Kikut szyi był nierówny, a poszarpana powierzchnia odbicia lekko połyskiwała w świetle żyrandola.

Na postumencie tkwiła głowa manekina. Takiego jak z wystawy: skóra w kolorze brudnego beżu, malowane oczy wpatrzone w przestrzeń i jasne, pozbawione połysku włosy. Te ostatnie zebrane zostały na potylicy w kok albo coś w tym rodzaju. Na damskich fryzurach znam się równie mało jak na rzeźbach.

– Co… Ja nie rozumiem… – wystękał Kozia Bródka. Bezmyślnym gestem potarł garbek nosa. Potem wyprostował się gwałtownie.

– Co… Co to jest? – zapytał.

Nikt mu nie odpowiedział, chociaż moim zdaniem pytanie było z tych łatwiejszych, góra za sto złotych.

– Kto… Kto to zrobił?

I tym razem nikt nie wyrwał się do odpowiedzi. To pytanie było znacznie trudniejsze. Ja skorzystałbym już z koła ratunkowego.

Konus przesunął się do przodu i dotknął blatu biurka, a potem podniósł palce do oczu. Opuszki były pobrudzone jasnym marmurowym pyłem. Konus wyciągnął z kieszeni chusteczkę i starannie wytarł dłonie.