Wydawca: Karakter Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Głosuj na pana Robinsona i lepszy świat! ebook

Donald Antrim  

2.33333333333333 (3)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 207 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Głosuj na pana Robinsona i lepszy świat! - Donald Antrim

Groteskowa powieść, której akcja toczy się na amerykańskiej prowincji. W miasteczku doszło do spektakularnej egzekucji burmistrza, wszystkie szkoły zostały zamknięte, a mieszkańcy spędzają czas na budowaniu zasieków wokół domów i spotkaniach w klubie rotarian. Narrator powieści, Pete Robinson, nauczyciel zafascynowany praktykami Inkwizycji, postanawia założyć szkołę we własnym domu i wystartować w wyborach. Surrealny świat jak z koszmarnego snu w wielu aspektach niepokojąco przypomina ten, który dobrze znamy. W prozie amerykańskiego pisarza uderzają literacka wyobraźnia, giętkość języka, czarny humor. To pierwsze polskie wydanie powieści Antrima. W Stanach Zjednoczonych ukazała się ona w 1993 roku i dziś jest już klasyką.

Opinie o ebooku Głosuj na pana Robinsona i lepszy świat! - Donald Antrim

Fragment ebooka Głosuj na pana Robinsona i lepszy świat! - Donald Antrim

Do­nald An­trim

Gło­suj na pana Ro­bin­so­na i lep­szy świat!

prze­ło­żył Mi­ko­łaj Den­der­ski

wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2019

Do­no­wi i Ro­xan­ne Sel­fom

Mia­sto, stiu­ko­wo­ró­żo­we, bia­łe jak brzuch ryby, przy­bra­ne gli­cy­nia­mi, peł­ne ko­ły­szą­cych się palm, mia­sto o za­pa­chu gni­ją­cych owo­ców roz­trza­ska­nych u pod­nó­ża drzew: man­go, pa­pai, prze­pysz­nej man­da­ryn­ki; wy­obraź­cie so­bie to mia­sto, jak bie­le­jąc, wy­nu­rza się z ko­ra­lo­wych ła­wic i prze­ci­na po­wierzch­nię mor­skiej ką­pie­li – za­to­pio­ne­go świa­ta ryb. Tak moja żona, Me­re­dith, na­zy­wa oce­an. Jej oj­ciec był po­ła­wia­czem ostryg. Dziś to, rzecz ja­sna, wy­mar­łe za­ję­cie, jak tyle in­nych, któ­re nie­gdyś ży­wi­ły ten raj. Kie­dy tak wy­glą­dam przez luf­cik, wi­dzę, jak ro­dzi­na Me­re­dith prze­grze­bu­je pla­żę. Po­chy­le­ni ryją w mo­krych wy­dmach pla­sti­ko­wy­mi dzie­cię­cy­mi ło­pat­ka­mi: żół­ty­mi, czer­wo­ny­mi, nie­bie­ski­mi. Żół­ta – wiem o tym – na­le­ży do mat­ki Me­re­dith. Mam ocho­tę za­wo­łać He­len, po­ma­chać jej i się przy­wi­tać, ale wiem, że ni­g­dy nie spoj­rzy w moją stro­nę po tych okrop­no­ściach, ja­kie spo­tka­ły w mo­jej piw­ni­cy ma­leń­ką kasz­ta­no­wło­są Sarę Mil­ler na po­cząt­ku ze­szłe­go ty­go­dnia.

Ist­na tra­ge­dia.

Ko­pią­cy po­su­wa­ją się nie­rów­no wzdłuż wy­brze­ża. Kto by po­my­ślał, że wo­kół ma­gicz­nych wła­ści­wo­ści mar­twych mor­skich stwo­rzeń może wy­ro­snąć prze­mysł da­ją­cy za­trud­nie­nie miesz­kań­com? Ale tak jest. Wy­star­czy po­pa­trzeć w głąb lądu. Oto daw­na szko­ła pod­sta­wo­wa, w któ­rej sa­lach ze­ga­ry nie­zmien­nie ogła­sza­ją trze­cią. Te­raz to fa­bry­ka. Są tam w środ­ku, dzień i noc, pro­du­ku­ją fe­ty­sze z roz­gwiazd i to­te­my z musz­li por­ce­la­nek, strzykw, wy­rzu­co­ne­go na brzeg drew­na. Sły­szę, jak fre­zar­ki z chrzę­stem na­da­ją cen­ne­mu czar­ne­mu ko­ra­lo­wi po­stać kol­czy­ków i wi­sior­ków, któ­re no­szą tu wszy­scy, i sły­szę war­kot tu­zi­na ko­sia­rek z sil­ni­kiem die­sla za­par­ko­wa­nych pod szko­łą, pro­du­ku­ją­cych do­dat­ko­wą moc, do­star­cza­ną prze­wo­da­mi wy­so­kie­go na­pię­cia wi­ją­cy­mi się jak czar­ne węże pod dra­bin­ka­mi pla­cu za­baw, na as­fal­cie bo­iska do ko­szy­ków­ki, wo­kół siat­ko­we­go ogro­dze­nia kor­tów te­ni­so­wych.

Na kor­cie cen­tral­nym ko­bie­ta w bia­łym stro­ju wy­bi­ja pił­kę; ta chwy­ta olśnie­wa­ją­ce świa­tło dnia, od­bi­te od wody ka­na­łów prze­ciw­po­wo­dzio­wych wzdłuż So­uth Main – frag­men­tu sie­ci przy­brzeż­nej: prze­ci­na­ją­cych osu­szo­ny te­ren za­le­wo­wy głę­bo­kich od­nóg ro­ją­cej się od ali­ga­to­rów wody. Ra­kie­ta te­ni­sist­ki po­sy­ła pił­kę na prze­ciw­le­gły kort. Nie ma na nim ni­ko­go, same pił­ki. Ta ko­bie­ta pro­wa­dzi sklep z odzie­żą dzie­cię­cą przy Pet­ti­grew. Pod­no­szę lor­net­kę i usta­wiam ostrość na dro­bi­ny, któ­re osia­da­ją na jej lu­strza­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych, oglą­dam w zbli­że­niu ce­gla­ny pył wzbi­ja­ny w grzy­bach eks­plo­zji przez jej po­su­wi­ste kro­ki. A na pli­so­wa­nej spód­nicz­ce te­ni­so­wej wi­dać sza­re przy­bru­dze­nia od glin­ki ze­rwa­nej z na­wierzch­ni przez ude­rza­ją­ce w nią pił­ki, prze­nie­sio­nej na spo­co­ną rękę, wy­tar­tą w roz­tar­gnie­niu w pro­mien­nym let­nim upa­le, któ­ry słod­ko przyj­mu­je w sie­bie czą­stecz­ki ozo­nu pod nad­pły­wa­ją­cy­mi chmu­ra­mi.

Po­po­łu­dnio­wy deszcz zbli­ża się z za­cho­du. Ko­bie­ta ser­wu­je, nad­cią­ga deszcz; a te­raz drzwi szkol­nej sto­łów­ki – świe­żo po­ma­lo­wa­ne na głę­bo­ki ciem­no­gra­na­to­wy ko­lor, co być może ma ja­kieś zna­cze­nie, ale rów­nie do­brze może nic nie ozna­czać – otwie­ra­ją się; ja­kiś męż­czy­zna, wy­chy­liw­szy gło­wę, spo­glą­da w górę na nad­cią­ga­ją­cą ścia­nę wody. Wi­dzę jego gru­bo cio­sa­ną twarz. To Ray Co­no­ver, któ­re­go żona, Mi­riam, zgi­nę­ła w okrop­nych oko­licz­no­ściach, kie­dy Jim Kun­kel od­sta­wił tę ża­ło­sną, głu­pią po­ka­zów­kę z od­pa­la­niem na chy­bił tra­fił po­ci­sków ze stin­ge­ra do sa­dzaw­ki lu­strza­nej w Ogro­dzie Bo­ta­nicz­nym. Tam­te­go dnia wie­lu od­wie­dza­ją­cych po­nio­sło śmierć. Wciąż wi­dzę Raya, jak idzie środ­kiem Main i nie zwa­ża­jąc na ruch ulicz­ny, cały we krwi, nie­sie zwło­ki żony.

To było pod ko­niec lata, le­d­wie chwi­lę temu, mniej wię­cej w tym cza­sie, kie­dy po­win­na była za­czy­nać się szko­ła, co jed­nak nie na­stą­pi­ło, po­nie­waż, rzecz ja­sna, szko­ły prze­pa­dły, gdy po­dat­ni­cy zde­cy­do­wa­li o za­prze­sta­niu fi­nan­so­wa­nia sys­te­mu.

To była czar­na go­dzi­na. Ze­bra­li­śmy się – człon­ko­wie rady i cia­ło pe­da­go­gicz­ne w licz­bie na­dal za­trud­nio­nych i zdol­nych pro­wa­dzić lek­cje – i po­sta­no­wi­li­śmy, że utrzy­ma­my szko­łę, choć­by z wła­snej kie­sze­ni, je­śli za­ist­nie­je ko­niecz­ność, jed­nak poza tym nie by­li­śmy w sta­nie do­ga­dać się co do umiej­sco­wie­nia od­dzia­łów przed­szkol­nych, wcze­snosz­kol­nych i star­szych dzie­ci. Nie po­trze­bo­wa­li­śmy wca­le dużo miej­sca. By­naj­mniej. Dzie­ci była nie­wiel­ka gro­mad­ka i mo­gli­śmy bez więk­szych trud­no­ści przy­jąć za­ło­że­nia Lit­tle Red Scho­ol­ho­use. Jed­nak my wszy­scy, Me­re­dith, ja, Doug, Mar­ty, Al­lan, Si­mo­ne, wszy­scy, opo­wia­da­li­śmy się za od­ręb­no­ścią przed­mio­tów na­uki i pod­no­sze­niem po­czu­cia wła­snej war­to­ści ucznia w toku roz­wo­ju na­pę­dza­ne­go stop­nio­wym zwięk­sza­niem wy­ma­gań. W młod­szej kla­sie bio­lo­gia, w ko­lej­nej che­mia. Tu nie za­mie­rza­li­śmy od­pusz­czać. Dla­te­go ob­sta­wa­li­śmy przy sa­lach lek­cyj­nych przy­pi­sa­nych po­szcze­gól­nym kla­som i od­dziel­nych po­miesz­cze­niach dla kur­sów fa­kul­ta­tyw­nych – i to przy świa­do­mo­ści, że na nie­któ­re kur­sy zgło­si się tyl­ko dwo­je czy tro­je uczniów, albo je­den, lub ża­den.

By­li­śmy wy­stra­sze­ni. Mie­li­śmy zszar­ga­ne ner­wy.

Dzi­siaj, gdy sie­dzę tu na moim stry­chu, za­mknię­ty na kłód­kę, ze ster­tą no­ta­tek do lek­cji i tą „su­per­sze­ro­ko­kąt­ną” lor­net­ką po­lo­wą, za po­mo­cą któ­rej szpie­gu­ję oko­li­cę – dzi­siaj nie je­stem pe­wien, czy opo­wie­dział­bym się za włó­cze­niem i po­ćwiar­to­wa­niem by­łe­go bur­mi­strza i człon­ka Izby Han­dlo­wej. To wła­śnie zro­bi­li­śmy z Ji­mem Kun­ke­lem po in­cy­den­cie z wy­rzut­nią. Co do mnie, niech mi bę­dzie wol­no po­wie­dzieć z tego oto miej­sca, iż ża­łu­ję roli, jaką ode­gra­łem na są­dzie kap­tu­ro­wym, któ­ry od­był się przed apar­ta­men­tow­cem Jima przy Dune Road.

Tyle że co ja mo­głem na to po­ra­dzić? Dys­kurs oby­wa­tel­ski sta­wia przed nami nie­ma­łe wy­ma­ga­nia. Współ­pra­ca i to­wa­rzy­skość by­wa­ją wy­na­gra­dza­ne na wie­le spo­so­bów. Chcia­łem mieć bu­dy­nek dla szko­ły. To o dzie­ciach my­śla­łem, kie­dy Jer­ry Hen­der­son i Bill Ni­xon, i kil­ku in­nych ro­ta­rian po­zdro­wi­ło mnie w świe­tle lamp ulicz­nych. Do­brze wie­dzie­li o moim cze­lad­ni­czo-hi­sto­rycz­nym obe­zna­niu z ło­żem tor­tur, ko­łem, że­la­zną dzie­wi­cą i resz­tą. Za­le­d­wie kil­ka dni wcze­śniej wy­gło­si­łem od­czyt na te­mat wie­lu ta­kich na­rzę­dzi na lun­chu ro­ta­riań­skim. Moją in­ten­cją było na­kre­śle­nie pa­ra­lel mię­dzy daw­ny­mi i współ­cze­sny­mi kon­cep­cja­mi kary i winy oraz po­ka­za­nie nie­któ­rych spo­so­bów prze­ję­cia, a wręcz sub­tel­nej in­sty­tu­cjo­na­li­za­cji przez dzi­siej­sze spo­łe­czeń­stwo „bar­ba­rzyń­stwa prze­szło­ści”, bo tak za­ty­tu­ło­wa­łem swój wy­kład.

Mia­łem na­dzie­ję po­wie­dzieć coś o tym, jak ży­je­my. W trak­cie se­sji py­tań i od­po­wie­dzi sta­ło się jed­nak dla mnie ja­sne, że mój wy­kład w rze­czy­wi­sto­ści od­niósł zgub­ny sku­tek. Czy po­wi­nie­nem był prze­wi­dzieć na­stęp­stwa, ową noc przed do­mem Jima przy Dune Road, kie­dy Jer­ry i Bill, i tam­te by­cze chło­pa­ki po­kle­py­wa­li mnie po ple­cach i mó­wi­li, szcze­rząc zęby w uśmie­chu: „Hej, czy to nie nasz Pan Opraw­ca?”.

Na po­dob­nej za­sa­dzie – na ile od­po­wia­dam za to, co osta­tecz­nie, nie­uchron­nie na­stą­pi­ło tyl­ko dla­te­go, że za­su­ge­ro­wa­łem wy­ko­rzy­sta­nie za­par­ko­wa­nych nie­opo­dal to­yot i sub­a­ru za­miast koni?

Le­piej być może o to nie py­tać. Tak czy ina­czej, mam do przy­go­to­wa­nia no­tat­ki do lek­cji. Tym po­wi­nie­nem się zaj­mo­wać, to pra­ca po­wie­rzo­na mi przez Boga – a nie ga­pić się przez okno na olśnie­wa­ją­ce opa­lo­ne cia­ło wła­ści­ciel­ki skle­pu z ubra­nia­mi. Ja­kie to cho­ro­bli­we, ten mój voy­eu­ryzm. To scho­rze­nie: lek­ka ago­ra­fo­bia w po­łą­cze­niu z nie­po­ko­ją­co ob­se­syj­nym wpa­try­wa­niem się w deszcz spły­wa­ją­cy z da­chó­wek w za­tka­ne gni­ją­cą ro­ślin­no­ścią rynsz­to­ki przy kra­węż­ni­kach.

Za­ty­ka­ją się – rynsz­to­ki, zna­czy – i wy­plu­wa­ją syf. Nie­bo robi się czar­ne, wil­goć zstę­pu­je na zie­mię, po­ziom ście­ków w ka­na­łach wzra­sta, na traw­ni­kach ro­bią się ka­łu­że, nie­za­mie­cio­ne uli­ce po­wo­li się wy­peł­nia­ją. Wszyst­ko, domy i skle­py, sta­cje ben­zy­no­we i ban­ki, wszyst­kie punk­ty orien­ta­cyj­ne mo­je­go szczę­śli­we­go ży­cia w tym miej­scu, któ­re ko­cham – wszyst­ko to jak­by szło pod wodę. Jak smut­no to wów­czas wy­glą­da. Nie­mal wi­dzę, jak z okien wy­ku­szo­wych wy­ła­żą gady z roz­war­ty­mi py­ska­mi, jak z alu­mi­nio­wych skrzy­nek na li­sty i kra­tek nad ga­ra­ża­mi na dwa auta wy­pa­da­ją węże. To wi­dok ze snów, wod­na kra­ina zna­na mi, a jed­no­cze­śnie nie­zna­na, dom, ale nie dom, kra­ina wy­dźwi­gnię­ta z głę­bi­ny i przy­wo­dzą­ca na myśl in­tu­icje utra­ty, po­żą­da­nia, mo­je­go wła­sne­go co­raz sil­niej­sze­go prze­czu­cia śmier­ci przez uto­nię­cie.

Oka­że się, czy dzi­siej­sza ule­wa bę­dzie na tyle sil­na albo na tyle dłu­go­trwa­ła, by po­skut­ko­wać taką prze­mia­ną świa­ta.

Oto co su­ge­ro­wa­ło­by po­nu­rą pro­gno­zę: Ray Co­no­ver łazi mię­dzy die­sla­mi, któ­re zbi­te w gro­ma­dę war­czą pod mu­ra­mi daw­nej szko­ły, mo­jej daw­nej szko­ły, i wy­łą­cza je po ko­lei, przez co świat cich­nie na tyle, że sły­chać, jak w nie­re­gu­lar­nych od­stę­pach roz­le­ga się wy­cie od­le­głej pła­wy dzwo­no­wej na mo­rzu, któ­re z pew­no­ścią wzbie­ra. A nie­da­le­ko – echo nie­prze­rwa­nie ude­rza­nych pi­łek te­ni­so­wych. Do tej pory nie do­cie­rał do mnie dźwięk tych ko­li­zji. Ra­kie­ta w ręku ko­bie­ty wę­dru­je łu­kiem w górę, w kie­run­ku pu­szy­stej pił­ki, kre­śląc wzno­szą­cą tra­jek­to­rię, u któ­rej wierz­choł­ka za­mie­ra. Na­stę­pu­je ude­rze­nie, pił­ka leci. Po nie­okre­ślo­nej chwi­li sły­szę „POM”.

Czy ona zda­je so­bie spra­wę, że za chwi­lę prze­mok­nie? Może za jej srebr­ny­mi, przy­po­mi­na­ją­cy­mi oczy sza­rań­czy so­czew­ka­mi świat jest po­zba­wio­ny wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych.

Ray maj­stru­je przy jed­nym z die­sli. Na moje oko nie wy­glą­da do­brze. Jego spodnie są przy­krót­kie, a ko­szu­la po­dar­ta. Ob­fi­ta bro­da wije mu się wzdłuż szyi. Mógł­by być opa­lo­nym żu­li­kiem z nad­wa­gą, któ­re­mu dzień upły­wa na bim­ba­niu. Ray Co­no­ver nie jest jed­na­ko­woż dzia­dem; jest oce­ano­gra­fem sta­ty­stycz­nym z dłu­gą li­stą pu­bli­ka­cji, spe­cja­li­zu­ją­cym się eko­sys­te­mach nad­brzeż­nych stre­fy pod­zwrot­ni­ko­wej. Za­kła­dam, że jest obec­ny w daw­nej szko­le w cha­rak­te­rze do­rad­cy i że fi­zycz­ną ro­bo­tę przy sil­ni­kach wy­ko­nu­je tyl­ko na za­sa­dzie przy­słu­gi wy­świad­cza­nej ko­muś, kto zo­stał we­wnątrz. Albo na za­sa­dzie pre­tek­stu do uciecz­ki z po­miesz­cze­nia, w któ­rym pa­nu­ją nie­ustan­nie chrzęst i zgrzyt. Z pew­no­ścią oglą­da­nie, jak jego uko­cha­na rafa idzie w drza­zgi pod pro­duk­cję wi­sior­ków, spra­wia mu ból.

Sam mam ozdób­kę z rafy. To pier­ścio­nek z po­le­ro­wa­ne­go czar­ne­go ko­ra­lu, wła­ści­wie przy­jem­ny dla oka, gład­ki i pro­sty, i – ogól­nie rzecz bio­rąc – ele­ganc­ki, cho­ciaż parę roz­mia­rów za duży na któ­ry­kol­wiek z mo­ich pal­ców. To pre­zent od Me­re­dith – ina­czej pew­nie już zdą­żył­bym się go po­zbyć. Nie wie­rzę w ta­li­zma­ny i praw­dę po­wie­dziaw­szy, te wod­ne i ry­bie kul­ty, któ­re tu roz­kwi­ta­ją, na­praw­dę mnie draż­nią. Przy­kład? Kie­dy w żar­tach po­wie­dzia­łem Me­re­dith, że pier­ścio­nek mógł­by po­słu­żyć za ga­dżet sek­su­al­ny, od­par­ła: „Pete, pro­szę cię, nie bluź­nij, do­brze?”.

Wła­śnie skoń­czy­li­śmy ko­la­cję. To był zwy­kły wie­czór w ty­go­dniu. Wy­ty­ka­nie jej, że za­rzut bluź­nier­stwa za­kła­da obec­ność wia­ry u tego, kto się go do­pusz­cza, wy­da­ło mi się mę­czą­ce. W każ­dym ra­zie pre­zent od mo­jej żony, w spe­cjal­nym pu­de­łecz­ku wy­ło­żo­nym ak­sa­mi­tem ko­lo­ru in­dy­go, z klap­ką z or­dy­nar­ne­go, przy­po­mi­na­ją­ce­go mo­de­li­nę ma­te­ria­łu w kształ­cie eg­zosz­kie­le­tu skrzy­pło­cza, był dla mnie nie­spo­dzian­ką.

Po­wie­dzia­ła:

– Po co ten sar­kazm, Pete. To tyl­ko pre­zent. Nic wię­cej.

– Dzię­ku­ję, skar­bie.

– To czar­ny ko­ral.

– Na­praw­dę?

– Bę­dzie cię strzegł.

Scho­wa­łem go do pu­deł­ka, po czym po­zmy­wa­łem po ko­la­cji, pa­mię­ta­jąc o wrzu­ce­niu ości do śmie­ci, żeby Me­re­dith się do nich nie do­bra­ła, by za ich po­mo­cą wpro­wa­dzić się w ko­lej­ny z jej ich­tio­mor­ficz­nych trans­ów.

Ale wra­ca­jąc do spra­wy Kun­ke­la. Wciąż za­przą­ta mi my­śli. Cią­gle wi­dzę twarz Jima, od­bi­ja­ją­cą czer­wo­ną łunę tyl­nych świa­teł, w tam­tych wlo­ką­cych się po­nad mia­rę chwi­lach po­prze­dza­ją­cych na­pię­cie się li­nek z cha­rak­te­ry­stycz­nym dźwię­kiem, gdy Bill Ni­xon usi­łu­je raz za ra­zem uru­cho­mić krztu­szą­cą się spa­li­na­mi roz­re­gu­lo­wa­ną ce­li­cę. Ależ to było grun­tow­nie przy­kre; do ro­bo­ty nie po­zo­sta­ło mi nic poza drep­ta­niem w miej­scu na tra­wie i ga­pie­niem się w gwiaz­dy, i słu­cha­niem tego wy­cia i krztu­sze­nia, a tak­że, oczy­wi­ście, Jima Kun­ke­la, któ­ry – po­wią­za­ny ni­czym szyn­ka, skrę­po­wa­ny i roz­cią­gnię­ty, jak­by ro­bił orła na brzu­chu – łkał. Wy­trzy­ma­ła żył­ka ny­lo­no­wa, na któ­rą węd­ka­rze w tych stro­nach ło­wią tar­po­ny, cią­gnę­ła się pro­mie­ni­ście od nad­garst­ków i ko­stek Jima, przez jego traw­nik i pięk­ny ja­poń­ski skal­niak, do tyl­nych zde­rza­ków aut szy­ku­ją­cych się do od­jaz­du każ­de w in­nym kie­run­ku. Chcia­łem po­wie­dzieć Ji­mo­wi, że to pój­dzie szyb­ko, że nie bę­dzie bo­la­ło. W rze­czy­wi­sto­ści spo­dzie­wa­łem się cze­goś prze­ciw­ne­go. Nie­po­ko­iło mnie zwłasz­cza wy­ko­rzy­sta­nie do tego ro­dza­ju sil­nie ob­cią­że­nio­wej ope­ra­cji żył­ki węd­kar­skiej. Jed­ne przy­po­ny mo­gły wy­trzy­mać, a inne strze­lić, w do­wol­nej iry­tu­ją­cej kom­bi­na­cji. Suk­ces za­le­żał od tego, czy po­cią­gnię­cie bę­dzie gład­kie i rów­no­mier­ne, bez rzu­ca­nia – jak przy wy­cią­ga­niu du­żej ryby.

Po nie­ja­kim cza­sie sta­ło się ja­sne, że Ni­xon ma za­la­ny sil­nik; a do tego aku­mu­la­tor był na gra­ni­cy, le­d­wo zi­pał, w związ­ku z czym Jer­ry Hen­der­son przy­tom­nie za­uwa­żył: „Bill, daj mu od­po­cząć”. Po­zo­sta­li ko­le­sie też zga­si­li sil­ni­ki. Uzgod­nio­no, że po­cze­ka­ją pięć mi­nut, a po­tem spró­bu­ją jesz­cze raz. Przy krze­wach na pod­jeź­dzie zbi­li się w grup­kę: Jer­ry i Bill, Dick Mor­ton, Abra­ham de Leon, Tom Thomp­son, Ter­ry He­ine­mann, Ro­bert Isa­ac. Czy sły­sze­li szlo­cha­nie Jima? Przy­szło mi do gło­wy, żeby do nie­go po­dejść i po­ło­żyć mu rękę na ra­mie­niu, ob­jąć go albo obe­trzeć mu czo­ło, być może po­dra­pać, je­śli go gdzieś swę­dzi. Wy­da­ło mi się to czymś słusz­nym. Tak. I prze­pro­sić: za wy­rok, za zwło­kę przy jego wy­ko­ny­wa­niu, nie­waż­ne za co.

– Pete – wy­szep­tał Jim, jak­by czy­tał mi w my­ślach.

– Jim? – Ro­zej­rza­łem się za po­zo­sta­ły­mi męż­czy­zna­mi. Sły­sze­li, jak Jim mnie wzy­wa? Czy roz­mo­wa ze ska­zań­cem mo­gła za­wa­żyć na mo­jej po­zy­cji wśród nich? Ale nie. Wy­glą­da­ło na to, że nikt nie za­uwa­żył mo­je­go cia­ła ską­pa­ne­go w nie­wy­raź­nej po­świa­cie są­czą­cej się żół­ta­wo z wi­szą­cej na gan­ku lam­py prze­ciw owa­dom.

– To anioł, je­stem w nie­bie – po­wie­dział Jim.

– Jim, to ja, Pete.

Pod­sze­dłem do nie­go. Mo­głem się schy­lić i go do­tknąć.

– Przy­ja­cie­lu – po­wie­dział, po­trzą­sa­jąc roz­po­star­ty­mi dłoń­mi, sta­ra­jąc się wska­zać lin­ki opla­ta­ją­ce nad­garst­ki – Wrzy­na­ją mi się.

Na co by się zda­ło tłu­ma­cze­nie ko­niecz­no­ści sil­nych wię­zów, róż­nic me­cha­nicz­nych mię­dzy cią­gnię­ciem a szar­pa­niem?

– Przy­kro mi – stwier­dzi­łem. Za­uwa­ży­łem ro­sną­cy tłum, szem­ra­ją­cy poza ob­rę­bem traw­ni­ka. Ga­pie. Jim po­wie­dział:

– Wiesz, Pete, by­łem w ko­mi­te­cie re­kru­ta­cyj­nym, któ­ry roz­pa­try­wał two­je po­da­nie o przy­dzie­le­nie ci trze­ciej kla­sy. Jak daw­no to było?

– Lata temu.

– To była pro­ce­du­ra kon­tro­l­na ze stro­ny ra­tu­sza, wiesz, nie by­li­śmy cia­łem de­cy­zyj­nym. Tyl­ko czy­sto do­rad­czym. Bar­dzo sta­ran­nie przej­rze­li­śmy twój ży­cio­rys. Bar­dzo sta­ran­nie. Jak my­ślisz, co im po­wie­dzie­li­śmy?

– Nie wiem.

– Jak my­ślisz, co biu­ro bur­mi­strza po­wie­dzia­ło ra­dzie szkol­nej o mło­dym Pe­cie Ro­bin­so­nie?

– Nie wiem, Jim.

– Zgad­nij.

Wi­dać było, jak mię­śnie kar­ku na­pi­na­ją mu się, gdy za­dzie­ra gło­wę; dło­nie wciąż lek­ko mu pod­ska­ki­wa­ły – spra­wia­ło to wra­że­nie ja­kie­goś epi­zo­du neu­ro­lo­gicz­ne­go. Po­wie­dział z nie­za­do­wo­le­niem:

– No, patrz, jaka z tobą za­ba­wa. Na­wet nie po­zga­du­jesz.

Po­my­śla­łem so­bie, że być może jest w szo­ku. Ale ode­zwał się po­now­nie:

– Do­sta­łeś tę ro­bo­tę, praw­da? Po­myśl o tym.

I tak też zro­bi­łem. Po­my­śla­łem. I uświa­do­mi­łem so­bie albo wy­da­ło mi się, że to so­bie uświa­da­miam, kie­dy o tym my­śla­łem, o co w tym wszyst­kim cho­dzi, dla­cze­go je­ste­śmy w tym miej­scu i ro­bi­my to, co ro­bi­my, dla­cze­go Jim musi umrzeć. Jim nie był zwy­kłym oby­wa­te­lem. Był kie­dyś bur­mi­strzem. Miał wpływ na moje ży­cie, na ży­cie nas wszyst­kich.

Te­raz miał po­nieść śmierć za okrut­ne czy­ny; nie­gdy­siej­szy przy­wód­ca, któ­ry zszedł na złą dro­gę, zo­sta­je roz­szar­pa­ny przez lud.

Uklęk­ną­łem obok po­zna­czo­nej pla­ma­mi wą­tro­bo­wy­mi gło­wy Jima i wy­szep­ta­łem:

– Wie­dzia­łeś, że do tego doj­dzie, praw­da, star­cze? Zro­bi­łeś to dla nas. Po­świę­ca­jąc tam­te ro­dzi­ny w Ogro­dzie Bo­ta­nicz­nym. Wie­dzia­łeś, że two­ja krew oka­że się kle­jem, któ­ry sce­men­tu­je tę spo­łecz­ność.

– Osza­la­łeś – wy­char­czał, a z in­nej czę­ści traw­ni­ka do­biegł głos Jer­ry’ego Hen­der­so­na, któ­ry oznaj­mił:

– Pa­no­wie, już czas.

Trza­snę­ły drzwi sa­mo­cho­dów. W ką­ci­kach ust Jima łzy zmie­sza­ły się ze śli­ną, kie­dy je­den po dru­gim od­pa­li­ły sil­ni­ki sa­mo­cho­dów – wszyst­kich poza ce­li­cą.

– Je­bać – po­wie­dział Bill Ni­xon.

Od stro­ny tłu­mu nad­bie­gło wo­ła­nie:

– Ka­ble roz­ru­cho­we! Ma ktoś ka­ble roz­ru­cho­we?

Mi­nu­tę póź­niej nie­bie­ska fur­go­net­ka, do­dge Abra­ha­ma de Le­ona, prze­cią­gnę­ła po pącz­ku­ją­cych bia­łych hor­ten­sjach Kun­ke­la.

– Da­waj, Abe – za­grze­wał Jer­ry Hen­der­son, kie­dy fur­go­net­ka, war­cząc, mi­nę­ła skrzyn­kę na li­sty Jima zro­bio­ną z wy­rzu­co­ne­go przez mo­rze drew­na i wto­czy­ła się na pod­jazd, kie­ru­jąc się na nie­go, na Hen­der­so­na, oświe­tlo­ne­go punk­to­wo, sto­ją­ce­go w sil­nym bla­sku re­flek­to­rów wozu i wy­ma­chu­ją­ce­go ra­mio­na­mi na mo­dłę ob­słu­gi pasa star­to­we­go na lot­ni­skow­cu, wska­zu­ją­ce­go wy­raź­ną tra­sę do po­jaz­du, któ­ry nie chce za­pa­lić. Nie mo­głem nie zwró­cić uwa­gi na to, jak re­flek­to­ry do­dge’a Abra­ha­ma rzu­ca­ją zo­grom­nia­ły cień Jer­ry’ego Hen­der­so­na na wiel­gach­ne drzwi ga­ra­żu Jima – w mia­rę przy­bli­ża­nia się Abra­ha­ma ta­jem­ni­czo ge­sty­ku­lu­ją­cy cień Jer­ry’ego me­to­dycz­nie rósł; wi­siał nad nami ni­czym oży­wio­ny fryz ścien­ny fa­ra­onów.

Za­gad­ną­łem Jima:

– Hej, wiesz może coś o re­li­gii sta­ro­żyt­nych Egip­cjan?

– Nie. I mam proś­bę, Pete, mógł­byś po­lu­zo­wać te wę­zły? Tak na wy­pa­dek gdy­by to mia­ło po­trwać całą noc?

Pa­trzy­łem, jak Jer­ry, Bill i Abra­ham maj­stru­ją przy ka­blach i świe­cach. Wi­dzia­łem, jak Tom Thomp­son opie­ra się o swo­ją za­par­ko­wa­ną maz­dę. Wi­dzia­łem, jak fa­ce­ci, któ­rych znam, krę­cą się w to­wa­rzy­stwie in­nych, któ­rych nie znam, prze­bą­ku­jąc do sie­bie na­wza­jem o czymś albo pa­trząc w in­nym kie­run­ku, zu­peł­nie jak­by w środ­ku tego zie­lo­ne­go miej­sca wca­le nie le­ża­ła spę­ta­na oso­ba. Było tak, jak­by na­ma­lo­wa­no ja­kieś gra­ni­ce. Nikt spo­za nie chciał wi­dzieć, co jest we­wnątrz – to jest mnie i Jima – i wy­da­ło mi się wte­dy, że to mo­gła­by być wła­ści­wość miej­sca, któ­re nie­któ­rzy na­zy­wa­ją miej­scem uświę­co­nym, i że to wstyd wy­zna­cza tę gra­ni­cę. Tak my­śląc, ode­zwa­łem się do Jima:

– Nie mnie roz­luź­niać ci wię­zy.

I za­czą­łem opo­wia­dać o Ozy­ry­sie, Kró­lu Kró­lów, synu Zie­mi i Nie­ba, któ­re­go pod­stę­pem na­mó­wio­no, by wszedł do wła­snej trum­ny, a ta po­pły­nę­ła w dół Nilu i do­tar­ła do Seta, Wład­cy Pod­zie­mi; i o tym, jak zwło­ki boga po­ćwiar­to­wa­no; i jak szcząt­ki roz­rzu­co­no po kra­ju, na czte­ry stro­ny świa­ta; ręka tu, sto­pa tam, po­grze­ba­ne w świę­tych gro­bow­cach.

– To pięk­ne – po­wie­dział Jim.

Ka­wa­łek da­lej, przy po­łą­czo­nych pę­po­wi­no­wo wo­zach, Jer­ry po­ra­dził:

– Weź spró­buj zno­wu.

Abra­ham de Leon prze­ga­zo­wał swój ośmio­za­wo­ro­wy sil­nik z wi­zgiem wy­so­kich ob­ro­tów. Ce­li­ca Bil­la Ni­xo­na za­ter­ko­ta­ła, prych­nę­ła i za­sko­czy­ła.

– Do­bra jest! – za­wo­łał Abe z zu­peł­nym bra­kiem wy­czu­cia, co­fa­jąc fur­go­net­kę z po­wro­tem w hor­ten­sje. Jer­ry opu­ścił ma­skę ce­li­ki, po czym krzyk­nął do wszyst­kich po­zo­sta­łych kie­row­ców cze­ka­ją­cych jak znie­cier­pli­wie­ni uczest­ni­cy wy­ści­gu:

– Zrób­my to!

To był sy­gnał, że­bym się wy­co­fał. Wszę­dzie lu­dzie co­raz bar­dziej się roz­stę­po­wa­li, na­wet ci, któ­rzy byli już w od­le­gło­ści ja­kichś trzy­dzie­stu, czter­dzie­stu stóp. „Za­bie­raj­cie się stąd”, wo­ła­ły mat­ki do dzie­ci. Nikt nie wie­dział, ja­kie ry­zy­ko dla uczest­ni­ków wią­że się z tym wy­da­rze­niem, wo­bec cze­go wszy­scy wy­co­fa­li się z po­dwór­ka, za sa­mo­cho­dy, skrzyn­ki na li­sty, słu­py la­tarń, drze­wa owo­co­we, głę­bo­ko w cień po dru­giej stro­nie Dune Road. Wszy­scy poza mną. Słu­cha­łem ostat­nich słów Jima:

– Zro­bisz coś dla mnie, Pete? Kie­dy mnie już nie bę­dzie?

– Ja­sne.

– Roz­rzuć moje szcząt­ki, a miej­sca, gdzie spo­czną, ogłoś świę­ty­mi.

Sa­mo­cho­dy za­par­ły się, lin­ki za­czę­ły cią­gnąć. Po­wie­dzia­łem:

– Nie wiem, Jim. To w su­mie duża rzecz.

– Proszę.

– Okej, spo­ko. Zro­bię to.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Elect Mr. Ro­bin­son for a Bet­ter World

Re­dak­cja: Ka­ta­rzy­na Ja­nu­sik

Ko­rek­ta: Ka­mil Bo­gu­sie­wicz, Agniesz­ka Stę­plew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

116. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter

Elect Mr. Ro­bin­son for a Bet­ter World

Co­py­ri­ght © 1998, Do­nald An­trim

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Mi­ko­łaj Den­der­ski, 2019

Ilu­stra­cja na ob­wo­lu­cie: © CSA-Print­stock / Get­ty Ima­ges

ISBN 978-83-66147-11-9

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

Wy­da­je­my, co się nam po­do­ba

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi.

Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­daz@ka­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317

W SE­RII LI­TE­RAC­KIEJ KA­RAK­TE­RU UKA­ZA­ŁY SIĘ:

Ala­in Ma­banc­kou, Kie­lo­nek

Ta­har Ben Jel­lo­un, To ośle­pia­ją­ce, nie­obec­ne świa­tło

Lyonel Tro­uil­lot, Dzie­ci bo­ha­te­rów

Yoko Ta­wa­da, Fru­wa­ją­ca du­sza

Ala­in Ma­banc­kou, Afri­can Psy­cho

Mia Co­uto, Lu­na­tycz­na kra­ina

Hi­ro­mi Ka­wa­ka­mi, Na­dep­nę­łam na węża

Ala­in Ma­banc­kou, Black ba­zar

Hi­ro­mi Ka­wa­ka­mi, Ma­na­zu­ru

Dany La­fer­ri­ère, Kraj bez ka­pe­lu­sza

Kos­si Efo­ui, Wi­taj­cie, po­wra­ca­ją­ce wid­ma

Ala­in Ma­banc­kou, Ju­tro skoń­czę dwa­dzie­ścia lat

On­dja­ki, Bab­cia 19 i so­wiec­ki se­kret

Ta­har Ben Jel­lo­un, Dziec­ko pia­sku

Ta­har Ben Jel­lo­un, Świę­ta noc

Il­jas Chu­ri, Jalo

Ala­in Ma­banc­kou, Zwie­rze­nia je­żo­zwie­rza

Ka­mel Da­oud, Spra­wa Meur­saul­ta

Lyonel Tro­uil­lot, Nie­dzie­la, 4 stycz­nia

Ala­in Ma­banc­kou, Pa­prycz­ka

Agne­ta Ple­ijel, Wróż­ba

Wells To­wer, Ru­iny i zglisz­cza

Agne­ta Ple­ijel, Za­pach męż­czy­zny

Ma­rie Dar­rieus­se­cq, Świń­stwo (Tru­izmy)

Yanick La­hens, Bło­gie od­wro­ty

Se­ria li­te­rac­ka ka­rak­te­ru: Naj­wy­bit­niej­sze książ­ki z ca­łe­go świa­ta. Cza­sem wy­ma­ga­ją­ce. Za­wsze war­to­ścio­we.