Głos z zaświatów - Bernard Werber - ebook + książka

Głos z zaświatów ebook

Bernard Werber

3,8

Opis

Pewnego poranka Gabriel Wells, popularny pisarz, budzi się i odkrywa, że… umarł. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że został otruty. Mężczyzna wędruje po świecie żywych, lecz pozostaje widoczny tylko dla Lucy Filipini – medium – która pracuje dla tajemniczej Hierarchii. Wspólnie podejmują osobliwe śledztwo, w którym towarzyszy im Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej Edmunda Wellsa – monumentalne dzieło przodka Gabriela. Niepokojąca, żywa, wartka. salon-litteraire.linternaute.com Decyzja o otwarciu tej książki oznacza zgodę na poruszanie się pomiędzy dwoma światami i odłożenie wszelkiego racjonalizmu. Lektura tej powieści pozwala wziąć udział w szalonym i niezwykłym doświadczeniu. Werber po raz kolejny zaskakuje. „Le Parisien”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (13 ocen)
4
5
2
1
1

Popularność




Depuis l’au-delà

© Éditions Albin Michel et Bernard Werber – Paris 2017

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2021 for the Polish translation by Marta Turnau

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Justyna Techmańska, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8230-097-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2021

AKT IZadziwiające odkrycie

1.

„Kto mnie zabił?”

2.

Tuż po przebudzeniu pisarz Gabriel Wells wyskoczył z łóżka. Wreszcie znalazł we śnie pierwsze zdanie swojej kolejnej powieści. Proste pytanie, które otworzy książkę zagadką śmierci narratora.

„Kto… mnie… zabił?”

Takie rozpoczęcie, jego zdaniem, oferuje paradoks, który zmusi go do wymyślenia oryginalnej intrygi. Jak bohater może się wypowiadać, skoro nie żyje? I tym bardziej, jakim sposobem mógłby prowadzić śledztwo w sprawie swojego własnego zabójstwa?

Podekscytowany nowym wyzwaniem, Gabriel Wells nie je nawet śniadania. Wychodzi z budynku i rusza żwawym krokiem w stronę swojej ulubionej knajpki, Le Coquelet. Poprzedniego dnia zostawił tam komputer, swego rodzaju elektronicznego wierzchowca, którego zamierza – jak co rano – dosiąść i pogalopować na nim ku pisarstwu.

Przyspiesza kroku i skupia się na poszukiwaniu ostatniego zdania. Dla niego bowiem powieść nie jest niczym innym jak zdaniem otwierającym – które w pisarskim żargonie nazywa się „incipitem” – prowadzącym do zdania zamykającego – „excipitu”.

Pozostaje do znalezienia mechanizm rządzący intrygą, mający wessać czytelnika do systemu, w który będzie się on zagłębiał, zapominając stopniowo o swoim własnym życiu i obdarzając zainteresowaniem wyłącznie bohatera.

W obliczu typowego dla siebie lęku przed porażką, swego rodzaju ogarniającej go tremy, Gabriel Wells szybko wizualizuje sobie kilka klasycznych schematów narracyjnych.

Wielka historia niemożliwej miłości?

Stopniowo odsłaniana tajemnica?

Utopijne poszukiwanie?

Zdrada i zemsta?

Wszystko jednak musi pozostać związane z zagadką zarysowaną w pierwszym zdaniu, które Gabriel Wells powtarza sobie wielokrotnie, chcąc nim przesiąknąć.

„Kto… mnie… zabił?”

Podniecenie związane z tym znaleziskiem ustępuje wkrótce miejsca zwątpieniu. Równie dobrze mógłby zacząć od innego zdania, które wnosi nieco inną nutę napięcia:

„Dlaczego nie żyję?”

Do tej pory najoryginalniejszym incipitem, na jaki wpadł, było:

„Nieudana próba samobójcza: zabija swojego brata bliźniaka, będąc przekonanym, że zabija samego siebie”.

Uśmiecha się na wspomnienie chwili, w której wymyślił to zdanie. Następnie jednak poważnieje.

„Kto mnie zabił” czy „Dlaczego nie żyję”?

Problem polega na tym, że pisanie powieści zmusza do dokonywania wyborów. Tymczasem wybór oznacza rezygnację, a więc i nieodzownie podejmowanie ryzyka oraz żal.

Ostatecznie decyduje się na pierwszą opcję, która wydaje mu się bardziej dynamiczna.

Pozostaje mu więc jeszcze znalezienie rozwiązania dla intrygi.

Czy mogłoby się okazać, że morderczynią jest sprzątaczka?

Za bardzo trąci bulwarową komedią!

A gdyby tak bohater uświadomił sobie na końcu, że wcale nie jest martwy?

To już było…

A gdyby okazało się, że w rzeczywistości bohater wcale nie jest istotą ludzką?

Zbyt łatwe.

Nic go nie zadowala, lecz Gabriel Wells zaczyna kreślić kontury głównej postaci. Wyobraża sobie jej psychikę, psychologię, widzi jej słabości, wady i talenty. Imię i nazwisko. Musi połączyć ją z tajemnicą, z czymś, co będzie się wyjaśniało w miarę lektury.

Jest telepatą?

Lunatykiem?

Ma dwa mózgi?

Wszystko to jest na tym etapie jeszcze niewyraźne. Następnie, powoli, bohater zaczyna rysować się bardziej precyzyjnie w jego umyśle: wygląd, chód, strój, uśmiech, tiki. Dzięki swojej wyobraźni Gabriel Wells tworzy postać z niczego.

Przyspiesza jeszcze bardziej kroku pod wpływem ekscytacji.

O tej porze na ulicy panuje tłok. Nie zwalniając, mija aptekę migoczącą tysiącem zielonych światełek, jak gdyby chciała zahipnotyzować klienta i pchnąć go ku konsumpcji leków. Przekracza kloszarda o sinej twarzy śpiącego w poprzek chodnika. Omija świeże psie odchody i prawie daje się przewrócić pędzącemu zasmarkanemu uczniakowi. Następnie mija starszą panią wystrojoną w peruwiańską czapkę z różowym pomponem prowadzącą na smyczy pudla. Ten ciągnie ją tak mocno, że nieszczęsna kobieta wygląda, jakby jechała na nartach wodnych po chodniku.

Gabriel Wells przechodzi obok szkoły, przed którą przybyli za wcześnie rodzice strofują swoje dzieci, modląc się, żeby dzwonek, który uwolni ich od nich na cały dzień, wreszcie zadzwonił.

Mijając kwiaciarnię, zatrzymuje się gwałtownie. Ma wrażenie, że nie poczuł zapachu kwiatów.

Wącha je wszystkie.

Nic nie czuje.

Wącha swoją skórę. Pachy. Węszy w powietrzu. Wdycha wyziewy z rur wydechowych mijających go samochodów, zbliża nos do wszystkiego, co mogłoby wydzielać jakąś woń i stwierdza, że jego zmysł węchu zanikł.

Spanikowany na myśl, że być może na zawsze stracił węch, rezygnuje natychmiast z wszystkich innych planów i rusza bezpośrednio do swojego lekarza, doktora Frédérica Langmana, którego gabinet znajduje się na końcu ulicy.

3.

KONSULTACJE OD GODZINY 9.00.

PROSZĘ DZWONIĆ. WEJŚĆ. ROZGOŚCIĆ SIĘ.

Gabriel Wells jest sam w poczekalni gabinetu internistycznego. Zamiast usiąść, wącha skórę na fotelach, kwiaty w wazonie na niskim stoliku, wnętrza swoich dłoni. Wciąż jednak nic nie czuje i zaczyna w nim narastać niepokój.

Żeby zająć myśli czymś innym, usiłuje się skupić na swojej przyszłej powieści, na jej bohaterze, na finalnym rozwiązaniu intrygi i na całkiem ostatnim zdaniu.

Rozlega się dzwonek, otwierają się drzwi i do poczekalni wchodzi pacjentka. Ma ciemne, długie kręcone włosy, wysokie czoło o idealnie nakreślonych łukach brwiowych, ostry nos i podbródek. Ubrana jest w fioletową jedwabną bluzkę i długą kwiecistą spódnicę. To, co natychmiast uderza Gabriela Wellsa, to jej zadziwiające podobieństwo do jego idolki, amerykańskiej aktorki z lat trzydziestych, Hedy Lamarr.

Młoda kobieta siada i natychmiast zatapia się w lekturze zniszczonego czasopisma wyjawiającego zawody miłosne licznych celebrytów.

Gabriel jest zaintrygowany nowo przybyłą. Nie mogąc dłużej się opanować, próbuje nawiązać rozmowę:

– Czy mogę spytać, co panią tu sprowadza?

Oderwana od lektury artykułu na temat książęcego rozwodu, kobieta robi rozczarowaną minę, po czym decyduje się odpowiedzieć:

– Migrena.

Wypowiedziała to słowo, nie odrywając wzroku od gazety.

– Ja cierpię na anosmię. To choroba, która powoduje zanik węchu.

– Nie, nie sądzę, aby na tym polegał pański problem…

Gabriel jest zaskoczony tym nieoczekiwanym stwierdzeniem osoby, której nie zna i która do tej pory nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem, ale nie śmie nic na to odpowiedzieć.

Pojawia się doktor Langman i prosi do gabinetu pacjentkę. Z grzeczności Gabriel Wells nie zgłasza, że przyszedł przed nią.

Znów skupia się na poszukiwaniu ostatniego zdania swojej powieści i wraca myślami do tych, których użyli jego ulubieni autorzy.

4. ENCYKLOPEDIA: INCIPIT, EXCIPIT.

Słynne incipity: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”. Biblia.

„Alicja poczuła się strasznie zmęczona. Nudziło ją to siedzenie z siostrą nad rzeką, bo nie miała tu nic, ale to zupełnie nic do roboty”. Alicja w krainie czarów Lewisa Carrolla.

„Gdy Gregor Samsa obudził się pewnego ranka z niespokojnych snów, stwierdził, że zamienił się w łóżku w potwornego robaka”. Metamorfoza Franza Kafki.

„Było to w Megarze, na przedmieściu Kartaginy, w ogrodach Hamilkara”. Salammbo Gustawa Flauberta.

„Przez długi czas kładłem się spać wcześnie”. W stronę SwannaMarcela Prousta.

„Dzisiaj umarła mama”. ObcyAlberta Camusa. 

Słynne excipity:

„Życie, widzi pani, nie jest nigdy takie dobre ani takie złe, jak człowiek myśli…” Historia pewnego życia Guya de Maupassanta.

„Pomyśleć, że kiedy dorośniemy, być może będziemy równie głupi, jak oni”. La Guerre des boutons (Wojna guzików) Louisa Pergauda.

„Pora już, na jakiś czas, na inne prace”. Pamiętniki Hadriana Marguerite Yourcenar.

„Tak oto nieprzerwanie dążymy naprzód – pod prąd, który nieubłaganie spycha nas z powrotem i każe dryfować w przeszłość”. Wielki Gatsby Francisa Scotta Fitzgeralda.

„Tylko Duch jeśli tchnie na glinę, może stworzyć człowieka”. Ziemia, planeta ludzi Antoine’a de Saint-Exupery’ego.

„Kiedy próbowano odłączyć go od szkieletu, który trzymał w uścisku, rozsypał się w proch”. Katedra Marii Panny w Paryżu Victora Hugo.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, tom XII

5.

Po konsultacji młoda kobieta w kwiecistej spódnicy żegna się z doktorem Langmanem, wirując niczym tancerka, i sięga po płaszcz, który pospiesznie wkłada.

Gabriel wstaje, ale lekarz nie zwraca na niego najmniejszej uwagi i zamyka drzwi gabinetu, nie proponując mu nawet, żeby wszedł.

Nieco zaskoczony pisarz zbliża się do zamkniętych drzwi i woła do przyjaciela:

– Ej, Fred, żartujesz sobie, tak? To ja, Gabriel, Gabriel Wells!

Młoda kobieta, która była już w progu poczekalni, zatrzymuje się gwałtownie.

– Naprawdę jest pan Gabrielem Wellsem? Pisarzem? – pyta, nie odwracając się.

– Tak, dlaczego?

– To wszystko zmienia. Pomogę panu.

– Pomoże mi pani? Ale w czym?

Kobieta wraca na środek pomieszczenia i, wciąż na niego nie patrząc, oznajmia:

– Przede wszystkim muszę wyjaśnić, na czym polega pańska „choroba”.

– Jest pani lekarzem?

Kobieta uśmiecha się współczująco.

– W pewnym sensie. Powiedzmy, że jestem „lekarzem dusz”. Ma to tę zaletę, że nikt nie wymaga ode mnie dyplomu. Na początek musi pan zrozumieć, że pański problem jest poważniejszy niż domniemana anosmia.

– Mam raka?

– To coś jeszcze poważniejszego.

– Proszę powiedzieć mi prawdę, zniosę wszystko.

– Hm, na to jest jeszcze za wcześnie. Wolę podsunąć panu kilka wskazówek. Dziś rano, wstając, nie poczuł pan głodu, prawda?

– Istotnie.

– Szybko wyszedł pan z domu, ale z nikim pan nie rozmawiał, czy się mylę?

– Po przebudzeniu nie jestem zbyt rozmowny.

– Na zewnątrz nie zauważył pan, że jest zimno.

– Nie jestem zmarzluchem. Proszę wreszcie skończyć z tymi zagadkami! Cóż to za tajemnicza choroba? – pyta Gabriel coraz bardziej zniecierpliwiony.

Kobieta spogląda na swoje dłonie.

– Czy wie pan, że słowo „choroba” w języku francuskim pochodzi od wyrażenia „niełatwo powiedzieć”?

– Niech mi pani to po prostu powie prosto z mostu! Do czego pani zmierza, do licha!

– Dobrze, muszę zmienić podejście. Jak by to panu wyjaśnić? Cóż… mam dobrą i złą wiadomość. Od której zacząć?

– Od dobrej – odpowiada dość zirytowany Gabriel.

– Skłamałam, nie jest pan chory.

– To już coś. A zła wiadomość?

– Zła jest taka, że… pan nie żyje.

Gabriel unosi brwi, na jego twarzy malują się po kolei zdziwienie, złość, powątpiewanie, wreszcie wybucha śmiechem.

Młoda kobieta wzdycha z ulgą.

– Cieszę się, że tak pan to odbiera, widziałam wielu, którzy nie reagowali równie dobrze.

– Śmieję się, ponieważ pani nie wierzę.

Kobieta robi kilka kroków, udając, że szuka inspiracji.

– W takim razie poddamy pana małemu doświadczeniu. Proponuję test lustra.

Gestem daje mu do zrozumienia, żeby stanął naprzeciw lustra w poczekalni, po czym Gabriel stwierdza ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, że w tafli odbija się jedynie młoda kobieta.

– Proszę, wygląda na to, że pański obraz zniknął. Ciekawe… – stwierdza ona.

Mężczyzną wstrząsa dreszcz, na moment ogarnia go panika, po chwili jednak opanowuje się i uśmiecha.

– To niczego nie dowodzi. Pewnie śpię. To sen. Zresztą to by wyjaśniało pani obecność.

– Sen? Proszę się uszczypnąć.

Gabriel naciąga skórę na ramieniu.

– Nic nie czuję, po prostu śni mi się, że się szczypię.

– Przejdźmy do drugiego testu, znanego również jako „test ognia”.

Kobieta wyciąga zapalniczkę i prosi go, żeby potrzymał dłoń nad płomieniem. Gabriel nie odczuwa jakiegokolwiek dyskomfortu, żadnego bólu. Dziwna rzecz, jego ruch nie wywołuje dymu, nie deformuje nawet płomyka. Spogląda na wnętrze dłoni: ani śladu po oparzeniu. Ogarnia go nieprzyjemne uczucie, które dzielnie znosi.

– W snach zdarza nam się, że nie widzimy się w lustrach, że nie parzymy się, dotykając płomienia. Miewam takie sny kilka razy w tygodniu.

Kobieta wzrusza ramionami.

– Pozostaje ostatni test: swobodnego upadku. Proszę wejść na parapet okna i rzucić się w dół.

– Mimo wszystko znajdujemy się na szóstym piętrze…

– Jeśli pan śni, nie powinno to stanowić problemu. W najgorszym razie obudzi się pan.

Kobieta otwiera szeroko okno i wiatr wpada do środka, szarpiąc jej włosy, Gabriel nie czuje jednak najmniejszego powiewu.

– Nie ma sprawy.

Potrząsa głową, niczym parskające zwierzę, robi wdech, zbliża się do okna. Ma nadzieję, że kobieta go powstrzyma, ale ona – przeciwnie – zachęca go, żeby wychylił się jeszcze dalej.

– Kiedy będzie pan spadał, proszę uważnie się rozglądać, nie wszystkie szczegóły mogą być zwykłym owocem marzenia sennego.

Gabriel dostrzega ziemię daleko w dole, dachy samochodów, czaszki przechodniów.

Choć jest przekonany, że śni, nie potrafi opanować lekkiej obawy.

– Dopóki pan nie skoczy, nie będzie pan miał pewności – nalega młoda kobieta.

Gabriel się waha, ale ponieważ nie chce, żeby kobieta uznała, że cofa się przed wyzwaniem, wspina się na parapet, zapanowuje nad zawrotami głowy i skacze w pustkę, rozkładając szeroko ramiona.

Spada z ogromną prędkością, mija piętra, zamyka oczy. Kiedy ponownie unosi powieki, wciąż jeszcze nie dotknął chodnika, lecz wisi nad ulicą.

„Kurde!” Słowo to nagle wypełnia mu umysł. Zaskoczenie, przerażenie i rozczarowanie ustępują powoli miejsca nowej rozkoszy związanej z uwolnieniem od siły ciężkości i umiejętnością latania jak ptak.

Podłoże przesuwa się pod nim. Ma wrażenie, że się ślizga, nie czując oporu powietrza, wykonuje pętlę, po czym wzbija się w górę i siada na parapecie okna poczekalni gabinetu lekarskiego.

Wzburzony, targany mieszanymi uczuciami, które zderzają się w jego głowie, wzdycha, chciałby coś powiedzieć, ale udaje mu się tylko powtórzyć po raz setny, stosując różne intonacje, wulgaryzm, który opanował jego myśli.

Podobno ostatnim słowem, jakie przychodzi ludziom na myśl przed śmiercią, jest „mama”. To jednak, które pojawia się po uświadomieniu sobie własnej śmierci, nie ma w sobie nic czułego.

W ciągu kilku sekund pokonuje siedem etapów żałoby: szok, wyparcie, złość, targowanie się, smutek, rezygnację i akceptację. Każdy z nich wyznacza to samo dosadne słowo.

Kobieta przed nim również zdaje się nieco oszołomiona.

– W porządku? – pyta go.

– Do licha, czy to możliwe, że ja… „naprawdę” nie żyję?

Czuje się załamany. Ponownie przechodzi przez siedem etapów, tym razem w innej kolejności: złość, zaprzeczenie, akceptacja, rezygnacja, smutek, targowanie się, szok.

– To niemożliwe! Jestem o wiele za młody, żeby nie żyć!

– Proszę na to spojrzeć pozytywnie, panie Wells. Sama nie wiem… Proszę pomyśleć, że pozbył się pan wszystkiego, co zbędne, uciążliwe, delikatne, a zachował pan esencję: umysł.

– Czyli to koniec…? Nie będę już mógł pisać…

– Na szczęście. Wreszcie pan zrozumiał.

Mężczyzna opada na fotel, zamyślony.

– To coś strasznego.

– To coś „innego”.

– Do licha! Ja jestem martwy, martwy, martwy! Naprawdę martwy!

– Każdego w końcu to spotyka… Pana akurat dzisiaj, tutaj. Mój czas też nadejdzie. Później, gdzie indziej. Nie spieszy mi się.

Gabriel zrywa się na równe nogi i staje przed kobietą, której spojrzenie zwrócone jest ku oknu. Uświadamia sobie wówczas, że ona nigdy nie zatrzymała na nim wzroku.

– Ale pani ze mną rozmawia, a przecież pani żyje. Jak to możliwe?

– Różnię się od innych kobiet…

– Różni się pani?

– Jestem medium. Mogę pana słyszeć, ale nie mogę zobaczyć. To dlatego na pana nie patrzę. Nie wiem nawet, gdzie w tym momencie pan stoi, wyczuwam tylko bardzo wyraźnie pańską obecność w moim sąsiadującym polu percepcji.

– Dlaczego chce mi pani pomóc?

– To dzięki panu zostałam medium, dzięki lekturze książki My, umarli. Wtedy po raz pierwszy porwała mnie jakaś powieść. Okazała się dla mnie objawieniem. Zamknęłam książkę z przekonaniem, że znalazłam swoją drogę. Od tamtej pory zarabiam na życie, rozmawiając ze zmarłymi, i zapewniam pana, że rynek w tym osobliwym sektorze zawodowym kwitnie… Na swój sposób jestem gwiazdą. W każdym razie w tej dzielnicy.

– Jak się pani nazywa?

– Lucy. Lucy Filipini.

– Nigdy nie słyszałem tego nazwiska. Jest pani bardzo młoda jak na medium.

– Mam dwadzieścia siedem lat, ale nie rozumiem, co mój zawód ma wspólnego z wiekiem.

– Zawsze uważałem, że mediumto zazwyczaj starsza, otyła kobieta o bardzo wyszukanym makijażu, ubierająca się na czarno i obwieszona biżuterią.

Lucy nagle się zmienia na twarzy, jak gdyby coś zauważyła: marszczy brwi.

– Zaraz, zaraz.

– Co?

– Proszę powtórzyć to, co pan przed chwilą powiedział.

– …starsza, otyła kobieta ubrana na czarno…? – powtarza Gabriel, nie rozumiejąc, do czego Lucy zmierza.

– Jest tak, jak myślałam. Pański głos odbija się delikatnym echem. Znam ten fenomen. Być może w rzeczywistości nie całkiem pan jeszcze umarł. Gdzie pan mieszka?

– Nieco dalej, na końcu ulicy. Pod numerem dwudziestym pierwszym. Dlaczego pani pyta?

– Być może jeszcze nie jest za późno. Czasami można zainterweniować in extremis. Słuchając pana, odnoszę wrażenie, że to jeszcze możliwe. Trzeba sprawdzić. Nie ma czasu do stracenia, biegniemy do pana!

Kobieta rusza biegiem, kwiecista spódnica faluje wokół jej ud. Gabriel podąża za nią, przepełniony nadzieją, że jeszcze „trochę” żyje…

6.

Zatrzymują ich solidne, wykonane z masywnego dębu drzwi do mieszkania Gabriela. Problem polega na tym, że on nie ma klucza. Mimo że jest ubrany – przekonuje się o tym, spoglądając na swój tors i nogi – nie ma prawdziwych kieszeni, nie ma więc etui, dowodu osobistego, portmonetki ani smartfonu. W rzeczywistości nie ma przy sobie ani jednego przedmiotu.

– Byłoby idealnie, gdyby trzymał pan klucz pod wycieraczką – rzuca Lucy. – Czy tak jest?

– Nie, przykro mi. Do tej pory nigdy nie sądziłem, że mógłby mi się przydać w dniu mojej śmierci.

– Trzeba będzie zatem o tym pamiętać w przyszłych egzystencjach. Ukryty gdzieś zapasowy klucz zawsze może się przydać w wyjątkowych okolicznościach. Czy ma pan jakiś plan B?

– Trzeba będzie poczekać na sprzątaczkę. Maria-Concepciónpowinna się pojawić lada chwila. Jeśli nie, możemy też zadzwonić po strażaków, którzy wyważą drzwi.

– Jest to jakiś pomysł… Ale pan może przez nie przeniknąć, jest pan bowiem czystą bezcielesną myślą.

Gabriel Wells uświadamia sobie, że jeszcze nie ma tego odruchu, drzwi wciąż stanowią dla niego barierę psychologiczną. Bierze się w garść i pokonuje przeszkodę, zamykając oczy, jak gdyby bał się, że powieki zetkną się z drewnem i metalową obudową.

Zasmakowuje w przyjemności, jaką daje przenikanie przez ściany, i pojmuje, że nie sposób powstrzymać umysłu obdarzonego tą umiejętnością.

Kiedy znajduje się już wewnątrz mieszkania, pędzi w stronę sypialni.

Jego ciało leży na łóżku. Na brzuchu, z głową przechyloną na bok, z szeroko otwartymi oczyma i wysuniętym językiem.

– A więc tak wyglądam… – myśli pisarz, widząc się po raz pierwszy z zewnątrz.

Przygląda się sobie pod kątami niedostępnymi mu nawet przy użyciu lustra, analizuje swój kark i czubek głowy.

Nachodzi go pewna myśl.

W istocie człowiek nabiera świadomości swojego ciała dopiero wtedy, gdy odczuwa ból albo rozkosz fizyczną. Kiedy złamie mu się paznokieć, przypomina sobie, że paznokcie rosną, kiedy cierpi na grypę żołądkową, przypomina sobie, że ma jelita, ale kiedy nie dzieje się nic wyjątkowego, wcale na to nie zważa. A jednak posiadanie ciała jest czymś niesamowitym. Teraz, kiedy widzę je w całości, pojmuję szczęście, jakim było posiadanie tej otoczki dla mojego umysłu.

Gabriel zbliża palec do źrenicy oka i przenika ją. Dotyka ust, pokonuje barierę zębów i języka. Zanurza dłoń w czaszce, po czym wyciąga ją gwałtownym ruchem z mózgu bez wywołania jakiegokolwiek odgłosu.

Nachyla twarz z ektoplazmy nad swoją twarzą cielesną, patrzy na rzęsy, na nieco przesuszoną rogówkę. Przygląda się swoim porom, nieruchomym nozdrzom, próbuje się dotknąć, na próżno. Przenika własne ciało i stwierdza, że teraz muszą zająć się nim żywi.

Wraca do młodej medium, która czeka na niego na klatce schodowej.

– Mam otwarte oczy i wygląda na to, że nie oddycham.

– To jeszcze o niczym nie świadczy. Próbowałam dzwonić na telefon alarmowy, ale wszystkie linie są zajęte i cały czas trafiam na automatyczną sekretarkę. Chyba nie tylko pan postanowił dzisiaj umrzeć. Albo doszło do jakiegoś zamachu, albo szaleje wyjątkowo niebezpieczny pożar, albo też trafiła się fatalna seria kotów uwięzionych na drzewach.

Czekają zatem na sprzątaczkę. Kiedy wreszcie Maria-Concepción nadchodzi, odmawia wpuszczenia do środka nieznajomej.

Gabriel Wells przychodzi z pomocą:

– Niech jej pani powie, że jest pani jedną z moich przyjaciółek, i że zapomniała pani u mnie komórki. To się już zdarzało…

Lucy wykonuje polecenie i sprzątaczka, przezwyciężając podejrzliwość, zgadza się otworzyć trzy wielkie zamki pancernych drzwi, po czym znika w kuchni.

Zauważywszy imponujący system alarmowy, medium stwierdza, że właściciel musi cierpieć na lekką paranoję. Odkrywa przestronne kamieniczne mieszkanie w stylu haussmannowskim, typowe dla eleganckich dzielnic. W salonie wiszą czarno-białe portrety hollywoodzkich aktorek – Liz Taylor, Grety Garbo i Audrey Hepburn, ale przede wszystkim kilka wielkowymiarowych fotografii Hedy Lamarr w stroju księżniczki.

– Czy to pańska idolka? – dopytuje.

– Hedy Lamarr jest najpiękniejszą kobietą wszech czasów – odpowiada kategorycznie Gabriel Wells.

– Być może to zarozumiałość z mojej strony, ale mam wrażenie, że jestem do niej podobna.

– Jeśli pani pozwoli, zajmę się czymś innym niż zabawą w skojarzenia. Weźmy się do roboty, jestem tutaj. Proszę za mną.

Zaciekawiona Lucy nie może się powstrzymać przed rozglądaniem się wokół siebie; zauważa bibliotekę wypełnioną setkami woluminów opatrzonych odręcznie wypisanymi etykietami: od esejów historycznych po książki kucharskie, od mitologii po teksty o duchowości, od poezji klasycznej po współczesne powieści, od książek humorystycznych po dzieła science fiction, a także zbiorami zagadek matematycznych oraz pozycjami o fotografii i magii.

Gabriel w pośpiechu prowadzi ją głosem aż do sypialni.

– Tędy! Szybko!

W korytarzu Lucy widzi fotografie francuskich współczesnych aktorek, w tym kilka z dedykacjami i autografami: „Na pamiątkę uroczego weekendu, Gaby”, „Napisz dla mnie scenariusz, a ja Ci pokażę, co potrafię”, „Uczyń ze mnie gwiazdę”, „Dla Gaby’ego, na zawsze”; każdy z tekstów otoczony jest serduszkami albo smileyami nakreślonymi pisakiem.

– Ma pan niezłe znajome!

Nieco dalej stoją duże szklane gabloty z bronią – rewolwerami i nożami – oraz sznurami, obok wycinków z gazet przypominających, z jakiego miejsca zbrodni pochodzą.

– To prawdziwe dowody rzeczowe w procesach? Kolekcjonuje je pan?

Zamiast odpowiedzieć, Gabriel prosi ją, żeby szła dalej. Znalazłszy się przed drzwiami prowadzącymi do sypialni, Lucy naciska klamkę i wchodzi. Ciało leży wśród pościeli.

Sprzątaczka, która również się tu znalazła, zauważa zwłoki pracodawcy o otwartych oczach i rozdziawionych ustach. Nogi odmawiają jej posłuszeństwa, kobieta chwieje się i upada jak długa.

Lucy nie traci na nią czasu. Odwraca ciało pisarza, żeby sprawdzić puls.

Gabriel zauważa, że wnętrza dłoni zwłok naznaczone są drobnymi fioletowymi plamkami. Na kursie kryminologii nauczył się, że ślady te, zwane „wybroczynami”, świadczą o otruciu.

Lucy przykłada ucho do klatki piersiowej Gabriela, po czym oświadcza:

– Jest tak, jak myślałam. Pański puls jest bardzo słaby, ale wciąż da się go wyczuć.

– Pewnie jestem w śpiączce. To znaczy, że można mnie ocalić.

– Być może da się jeszcze coś zrobić, jednak zadam panu pytanie: czy naprawdę chce pan odzyskać tę cielesną powłokę?

Gabriel przygląda się swoim zwłokom i bez wahania odpowiada twierdząco.

Lucy wzywa pogotowie, które bardzo szybko przyjeżdża. Jeden z ratowników podchodzi do Marii-Concepción, która wciąż leży na podłodze.

– Nie, chodzi o niego – wyjaśnia Lucy, wskazując na łóżko.

Drugi ratownik pospiesznie bada Gabriela i decyduje, aby natychmiast przewieźć go na ostry dyżur do szpitala Pompidou.

Dwaj mężczyźni w jaskrawopomarańczowych kombinezonach ładują ciało na nosze, po czym karetka odjeżdża pędem na sygnale. Zaniepokojony Gabriel dogania samochód i sadowi się z przodu, obok ratowników.

– Wiesz, w jaki sposób rodzice wybrali dla mnie imię? – pyta ten z prawej. – Urodziłem się w „erce”, więc postanowili nazwać mnie Erykiem. Wytyczyli mój los.

Po chwili zmuszeni są zwolnić.

– Dziewczyna mówiła, że to był sławny pisarz – mówi kolega. – Znasz go?

– Jego nazwisko coś mi mówi.

– Czy to nie ten, który pisze dla młodzieży?

– Tak, mój syn czytał chyba kilka jego książek. Jeśli uda mi się go uratować, zdobędę dla syna autograf, to by mu zaimponowało.

– Twój syn czyta? Świetnie. Mój nie. Muszę przyznać, że nie daję mu dobrego przykładu. Nigdy nie mogłem pojąć, jak można mieć cierpliwość, żeby przeczytać tyle stron z rzędu! Siedzieć nieruchomo i poruszać tylko oczyma przed kartką wypełnioną drobnymi znaczkami… Bez zdjęć i obrazków! A ty czytasz?

– Jestem na to zbyt zmęczony. Po pracy zasypiam przed telewizorem. Już się boję, co by to było z książką.

– Co oglądasz?

– Seriale o lekarzach:Ostry dyżur, Chirurgów, House’a. A ty?

– Ja wolę seriale policyjne, jak CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas.

– Tak czy owak, seriale opowiadają mniej więcej to, co przeżywamy na co dzień: ludzie umierają i nie zawsze w banalny sposób. W rzeczywistości jest tak samo, choćby w naszym zawodzie: do licha, na ileż to zadziwiających zgonów się natykamy!

– Jaka była najdziwniejsza śmierć, z jaką miałeś styczność?

Kontynuują rozmowę, tymczasem ruch na drodze przed nimi wreszcie się zmniejsza. Gabriel słucha, sfrustrowany, że nie może wziąć udziału w dyskusji. W tej chwili dręczy go tylko jedna myśl:

„Oby tylko dotarli na czas, żeby mnie odratować”.

7. ENCYKLOPEDIA: SŁYNNE NIETYPOWE ZGONY

– Grecki dramaturg Ajschylos zginął od ciosu w głowę w 456 roku p.n.e. Drapieżny ptak, wziąwszy czaszkę pisarza za krągły i gładki kamień, zrzuca na niego żywego żółwia, usiłując roztrzaskać jego skorupę, by móc spożyć zdobycz.

– Filozof Chryzyp umiera w 205 roku p.n.e. podczas bankietu. Zauważywszy, że osioł je figi prosto z kosza zarezerwowanego dla ważnych gości, dostaje nieopanowanego ataku śmiechu, w wyniku którego umiera.

– W I wieku n.e. Druzus, syn cesarza Klaudiusza, dławi się gruszką, którą podrzucił w powietrze, żeby następnie złapać ją ustami i oszołomić przyjaciół.

– W 1518 roku, w Strasburgu, część ludności ma nieodpartą ochotę, żeby tańczyć. W rzeczywistości w zapasach zboża zalągł się grzyb, buławinka czerwona. Grzyb ten (wchodzący w skład narkotyku zwanego LSD) ma natychmiastowe działanie halucynogenne. Nie wiedząc, jak leczyć ofiary, lekarze ustawiają pośrodku targu scenę i pozwalają ludziom tańczyć, zapraszają muzyków, którzy poddają rytm. Ponad czterysta osób tańczy i majaczy przez miesiąc, aby następnie umrzeć na atak serca lub z wycieńczenia.

– W 1567 roku Hans Steininger, mer miasta Braunau w Austrii, umiera w wyniku skręcenia karku po tym, jak nadepnął na własną brodę o długości 1,40 m.

– W 1599 roku Nanda Bayin, król Birmy, umiera od ataku śmiechu, dowiedziawszy się, że Wenecja jest republiką rządzoną przez zgromadzenie, a więc nie przez króla.

– W 1601 roku Tycho Brahe, duński astronom, ojciec nowoczesnej astronomii, podróżuje karocą z cesarzem Rudolfem II. Jest tak zafascynowany i dumny, mogąc wyjaśniać władcy ruch planet, że nie śmie poprosić o postój, aby móc ulżyć pęcherzowi. Mocz zatruwa mu krew, powodując zgon.

– W 1687 roku Jean-Baptiste Lully, nadworny kompozytor Ludwika XIV, przez nieostrożność uderza się w stopę laską, którą nadaje rytm podczas interpretacji Te Deum, mającego uczcić ozdrowienie króla po ciężkiej grypie. Gangrena atakuje ranę i powoduje śmierć.

– W 1763 roku Abbé Prévost, autor powieści Manon Lescaut, zostaje znaleziony u stóp figury Jezusa na krzyżu. Kiedy lekarz sądowy rozcina jego klatkę piersiową, aby poznać przyczynę śmierci, pisarz otwiera oczy, wydaje z siebie krzyk i umiera w wyniku sekcji.

– W 1864 roku George Boole, matematyk, twórca algebry Boole’a, zaziębia się. Jego żona Mary, adeptka kiełkującej homeopatii, której zasadą jest „leczyć chorobę chorobą”, polewa męża lodowatą wodą, chcąc go wykurować. Umiera on jeszcze tego samego wieczoru na zapalenie płuc.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, tom XII

8.

Lucy pruje swoim elektrycznym smartem w ślad za karetką pogotowia. Nagle w kabinie samochodu rozlega się głos.

– Czy mogę zostać tu z panią? Wolę naszą rozmowę od tej, jaką prowadzą ratownicy. Doprowadzają mnie do rozpaczy i nie mogę znieść, że nie jestem w stanie się wtrącić. Pani przynajmniej mnie słyszy.

Wkrótce Lucy zmuszona jest się zatrzymać, unieruchomiona przez korek uliczny.

– Dlaczego nie przejadą chodnikiem? – oburza się pisarz.

– Bo na chodniku są piesi. Zresztą nie ma sensu się denerwować. Pan może przenikać materię, my nie. Zostaliśmy zablokowani.

– Czy nie można wezwać helikoptera? – pyta Gabriel, wzdychając. Po czym ciągnie: – Proszę mi wybaczyć, to z emocji. Całe szczęście, że pani tu jest. Wciąż nie mogę jednak pojąć, dlaczego mi pani pomaga.

– Już mówiłam, pańska książka odmieniła moje życie.

– My, umarli? To moja największa porażka handlowa! Wydawca sprzedał tylko dziesiątą część nakładu, cała reszta poszła na przemiał. Najwyżej tydzień utrzymała się w witrynach księgarni. Nie miałem prawa do ani jednego artykułu w jakiejkolwiek prasie. Tak umierają książki, które nie znajdą swojego odbiorcy.

– Mnie książka znalazła. A teraz, kiedy już lepiej znam niewidoczny świat, mogę weryfikować zawarte w niej informacje. Niektóre rzeczy, o których pan pisze, są słuszne, ale jest tam też wiele nieścisłości.

Smart wciąż stoi. Zniecierpliwione trąbienie klaksonów zagłusza wycie syreny karetki. Niektórzy podejmują ryzykowne manewry, które jedynie przyczyniają się do zwiększenia panującego chaosu.

– Zacznijmy od najważniejszych. W swoim dziele twierdzi pan, że dziewięćdziesiąt procent dusz jest poddawanych reinkarnacji, a dziesięć procent zmienia się w, jak je pan nazywa, wędrowne dusze, kategorię, do której, pana zdaniem, trafiają samobójcy i osoby przesadnie przywiązane do swojej przeszłości.

– Znalazłem te dane w Tybetańskiej księdze umarłych i w egipskiej Księdze umarłych.

– Jest dokładnie odwrotnie.

– Jest pani pewna?

– To logiczne. Po prostu większość ludzi odczuwa, podobnie jak pan, nostalgię za „cielesną powłoką” i za legendą, jaką stworzyli wokół własnej osoby. Istnieje zdanie, które dobrze to podsumowuje: „Każdy jest więźniem historii, którą sam sobie opowiada”. Tak bardzo kochamy naszą przeszłość, że nie jesteśmy gotowi z niej zrezygnować ot tak, żeby rozpocząć nowe życie, które wydaje nam się mniej interesujące niż poprzednie.

– Czasami czułem to podczas pisania powieści, z którymi nie chciałem się rozstać. Dobrze mi było z bohaterem, czułem łączącą nas przyjaźń.

– Zatem rozumie pan stagnację tych dziewięćdziesięciu procent wędrownych dusz, które trwają związane z ich dawnym ja.

– Tak. Przyznaję, że pisząc różne historie, zaczynam postrzegać własną przeszłość jako powieść. Jestem gotów wysłuchać tego, co ma mi pani do powiedzenia.

– Musi pan wiedzieć, jakie są cechy charakterystyczne błądzących dusz. Chyba zdołał pan zapoznać się z kilkoma z nich, ale wymienię wszystkie. Zacznijmy od zalet:

1. Nie cierpią fizycznie.

2. Nie chorują.

3. Nie męczą się.

4. Nie muszą jeść.

5. Nie muszą spać.

6. Nie starzeją się.

7. Nie boją się umrzeć.

8. Mogą latać.

9. Mogą przenikać przez materię.

10. Mogą dowolnie się przemieszczać i podsłuchiwać, co tylko zechcą (nie mówiąc o tym, że za darmo wchodzą do kin, sal koncertowych i muzeów).

11. Mogą wybierać swój wygląd fizyczny oraz ubrania.

12. Mogą dyskutować z innymi błądzącymi duszami.

13. Mogą być słyszane i oddziaływać na nie całkiem „szczelnych” żywych – posiadających wyrwy w swojej aurze: narkomanów, alkoholików, schizofreników. Wrócimy do tego.

14. Mogą być widziane i słyszane przez koty.

15. Mogą rozmawiać z mediami, w każdym razie z dobrymi…

– A jakie są pani zdaniem wady tego stanu?

Lucy wymienia:

1. Tracą zmysł dotyku.

2. Tracą zmysł smaku.

3. Tracą węch.

4. Nie śpią, nie mogą zatem też śnić.

5. Nie mogą być widziane przez żywych.

6. Nie mają kontaktu z materią. Nie mogą usiąść na krześle ani spać na łóżku, czując je. Wydaje się, że to nic, ale na dłuższą metę zaczyna tego brakować.

7. Nie mogą się kochać.

8. Nie mogą posiadać, łapać ani przenosić przedmiotów.

9. Nie mogą się przeglądać w lustrach (to szybko zaczyna denerwować).

10. Nie mają możliwości nadal pisać powieści, ponieważ nie są w stanie trzymać długopisu. Podejrzewam, że zacznie panu tego brakować.

– Trochę jak w amerykańskim filmie Uwierz w ducha z lat dziewięćdziesiątych?

– Z tą różnicą, że w filmie jest jeszcze więcej błędów niż w pańskiej książce. Na przykład na końcu duchowi Patricka Swayze’ego udaje się wywrzeć wpływ na materię: zadaje ciosy swojemu rywalowi. Tym sposobem staje się „niewidzialnym człowiekiem”, nie ma więc żadnej zasługi w tym, że pokonuje swoich przeciwników! Tymczasem w rzeczywistości błądzące dusze nie są w stanie niczego dotknąć ani poruszyć. Wszystko przenikają.

– Nie możemy nawet trzeszczeć szafami, skrzypieć zawiasami, trzaskać drzwiami albo dzwonić zegarami w nawiedzonych zamkach?

– To stereotypy, główna zasada mówi: dusza, która opuściła ciało, nie może wywierać jakiegokolwiek działania na materię. Najwyżej może wpłynąć na inną duszę. Proszę też pamiętać, że ciała chroni aura, w podobny sposób jak atmosfera chroni Ziemię przed meteorytami i promieniowaniem słonecznym. Dotrzeć można jedynie do tych, których aura jest podziurawiona, czyli receptywna.

Uliczny korek wreszcie się rozluźnia, karetka rusza dalej, a smart stara się trzymać jej jak najbliżej, niestety innym samochodom udaje się wcisnąć pomiędzy dwa pojazdy.

– W pańskiej powieści bardzo mi się podobała Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej Edmunda Wellsa. Jak wpadł pan na pomysł umieszczenia całej tej dokumentacji wewnątrz książki?

– „Profesor Edmund Wells” był jednym z moich stryjecznych dziadków. Zmarł bardzo dawno temu. Naprawdę stworzył osobistą encyklopedię. Zostawił ją w spadku mojej rodzinie, a ja zdobyłem ją i przeczytałem. Stwierdziłem wówczas, że dobrze by było podzielić się tymi mało znanymi informacjami.

– Czym zajmował się na co dzień pana stryjeczny dziadek?

– Był entomologiem, specjalistą od mrówek, ale też biologiem, filozofem i historykiem. Nazwał tę encyklopedię EWWA, odEncyklopedii wiedzy względnej i absolutnej. Nigdy nie została wydana, ale moi rodzice zawsze się na nią powoływali. Znalazłem w niej wiadomości niezwykle przydatne dla moich powieści.

– Interesował się spirytyzmem?

– Edmund Wells miał kiepską pamięć, więc notował wszystko, co wydawało mu się niezwykłe. Nie tylko na temat śmierci, chociaż najwyraźniej bardzo zajmowało go „życie po życiu”. Ja posłużyłem się głównie tomem XII, który omawia duchowość.

– Śmierć – przyznaje kobieta – stanowi największą tajemnicę wszech czasów.

Słowa te nagle przypominają Gabrielowi, że być może ma jeszcze niewielką szansę, aby wrócić do żywych…

9.

Dotarłszy do szpitala Pompidou, Lucy nie otrzymuje zgody na towarzyszenie ekipie medycznej. Nieco dalej, w sali reanimacyjnej, blade ciało Gabriela Wellsa poddane zostaje wyładowaniom elektrycznym i otrzymuje zastrzyki adrenaliny bezpośrednio w klatkę piersiową. Mimo tych wysiłków nie reaguje.

– Nie odzyskamy go – rzuca lekarz.

– Nie, kontynuujcie, nie zostawiajcie mnie tak! – woła pisarz na próżno.

– Trzeba jeszcze próbować – nalega jeden z dwóch mężczyzn w białym kitlu, jak gdyby go usłyszał.

– Brawo! Słuszna decyzja. Lubię cię.

Lekarze wciąż się krzątają, nie wierząc jednak za bardzo w powodzenie swoich działań.

– Mówię ci, że sprawa jest przegrana. Tracimy czas i pieniądze podatników.

– Do licha, skupcie się!

– Nie ma szans, żeby się udało…

– Dalej, zaserwuj mu największą moc, jeśli się nie uda, stawiam kawę i muffinkę w kafeterii, zanim zajmiemy się kolejnym.

Wyładowanie nie powoduje jakiejkolwiek reakcji i tym sposobem cielesna powłoka Gabriela Wellsa staje się ostatecznie całkiem bezużyteczna.

– Posprzątane. Już po mnie – myśli pisarz.

Wówczas przychodzi mu do głowy pewne pytanie: Co ja zrobiłem ze swoim życiem?

W wieku czterdziestu dwóch lat, kiedy oto dotarł do ostatniego rozdziału swojej egzystencji, narzuca mu się gwałtownie potrzeba podsumowania.

Nie dość zrobiłem. Owszem, pisałem powieści, ale mogłem stworzyć ich dwa razy tyle, gdybym nie był tak leniwy. Mój naturalny rytm narzucał mi dwie książki na rok, ale ograniczałem się do jednej, wiedziałem bowiem, że gdybym wydawał ich więcej, byłoby to niepoważne.

Powinienem był walczyć o to, żeby moje publikacje tłumaczono w Stanach Zjednoczonych. Powinienem był walczyć o to, żeby kręcono na ich podstawie filmy. Powinienem był uczestniczyć w warsztatach pisarskich i wyjaśniać, w jaki sposób tworzę moje opowieści.

Powinienem był więcej podróżować. Dlaczego nigdy nie pojechałem do Australii, chociaż zawsze o tym marzyłem?

W rzeczywistości moje życie ominęło mnie, ponieważ uważałem, że mam jeszcze czas. Teraz, kiedy zaskoczyła mnie śmierć, uświadamiam sobie, że czekałem zbyt długo z dokonaniem rzeczy ważnych.

Powinienem był bardziej się zajmować rodzicami. Poznałem wiele kobiet, ale powinienem był ustabilizować się z jedną. Dlaczego nigdy się nie ożeniłem? Czekałem na kobietę idealną i nie chciałem rezygnować z rozkoszy, jaką daje nowość. Bałem się zaangażować.

Dlaczego nie miałem dziecka? Zdawałem sobie sprawę z tego, że trzeba będzie zainwestować w jego edukację, bałem się też być może, że będę złym ojcem.

Umarłem z poczuciem, że przegrałem życie.

Mówi się: „Gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła”. Powinno się dodawać: „Gdyby zmarli mogli żyć jeszcze trochę, korzystając z tego, co zrozumieli w swoich ostatnich chwilach”…

Gdyby tym nieudacznikom ratownikom udało się mnie odratować, poślubiłbym pierwszą kobietę, która by mnie zechciała, zrobiłbym jej natychmiast dziecko, po czym ruszylibyśmy w podróż dookoła świata, a ja napisałbym trzy razy więcej książek!

Cóż za tragedia, umierać tak młodo.

Pielęgniarze zastępują reanimatorów. Rozbierają ciało, krzątają się wokół niego, odwracają je.

– Wiesz, że kiedyś gryziono zmarłego w duży palec, żeby sprawdzić, czy naprawdę nie żyje, a nie tylko śpi?

– No to proszę! Spróbuj tego ugryźć. Sprawia wrażenie całkiem sztywnego.

Niezdarny pielęgniarz upuszcza ciało. Powłoka cielesna upada z matowym odgłosem, jak worek z mięsem.

– Uważaj!

– Przecież nie będzie go bolało!

Gabriel Wells dostrzega swoje gołe plecy i zauważa nowe szczegóły, które budzą jego niepokój.

– Ej! Popatrzcie tutaj, jakieś podejrzane plamy! Wymagam autopsji! – woła pisarz unoszący się nad miejscem zdarzenia.

Ale żywi nie mogą go usłyszeć, pielęgniarze wkładają ciało do pokrowca, a następnie umieszczają je w chłodni.

Gabriel tworzy w myślach listę:

Wskazówka numer 1: fioletowe wybroczyny widoczne na wnętrzach dłoni.

Wskazówka numer 2: rozległe fioletowe i okrągłe plamy na plecach.

Gabriel dołącza do Lucy, która z zamkniętymi oczyma siedzi w poczekalni.

– To nie pora na spanie, stało się, całkiem nie żyję i zauważyłem na moim ciele typowe śladyświadczące o otruciu. Trzeba szybko zrobić sekcję zwłok!

– Proszę mi nigdy nie przeszkadzać, kiedy mam zamknięte oczy.

– Ale…

– Żadnego „ale”. Nawet nie wie pan, czym się zajmowałam.

– Sjestą?

– Nie, „odrobaczałam się”. Później panu wyjaśnię. Dobrze, co pan powiedział?

– Chcę autopsji. Fioletowe wybroczyny, które zauważyłem na wnętrzach moich dłoni, a do tego duże fioletowe plamy na plecach: wszystko to świadczy o otruciu. Trzeba za wszelką cenę wykonać sekcję zwłok, żeby to potwierdzić. Lucy, błagam panią, proszę się tego domagać!

Młoda kobieta wzdycha, po czym się podnosi, żeby stanąć w kolejce do okienka z napisem „Reklamacje/Sprawy sporne”. Po długim oczekiwaniu otyła kobieta odpowiada jej:

– Tylko członek rodziny może złożyć taką prośbę. Czy należy pani do rodziny?

– Nie, jestem tylko… przyjaciółką.

– W takim razie…

– A oto i mój brat! – woła pisarz.

Istotnie, nerwowy mężczyzna w eleganckim płaszczu wchodzi pospiesznym krokiem i domaga się zobaczenia Gabriela Wellsa.

– To pański brat bliźniak! Dlaczego mi pan o nim nie powiedział? – szepce Lucy.

Przygląda mu się z bliska i rozpoznaje okrągłą twarz z czwartych stron okładek powieści Gabriela, o nosie zakończonym niewielką bulwą, wąskich wargach i ciemnych, krótko ostrzyżonych włosach.

– Rzeczywiście, ja i Thomas jesteśmy bliźniakami – potwierdza Gabriel. – Jesteśmyabsolutnie identyczni fizycznie, ale stanowimy swoje psychologiczne przeciwieństwa.

Brat pisarza dowiaduje się od kobiety w recepcji, dokąd powinien się udać. Lucy chce go zatrzymać, ale Gabriel ją powstrzymuje.

– Proszę poczekać! Thomas musi przezwyciężyć szok związany z moją śmiercią, później łatwiej będzie go przekonać.

Podąża za bratem, który biega z oddziału na oddział, aby wreszcie trafić do kostnicy. Szuflada z ciałem Gabriela wysuwa się z cichym szmerem.

Thomas Wells pochyla się i obejmuje zwłoki zmarłego brata bliźniaka. Dłuższą chwilę pozostaje w tym intymnym uścisku, po czym się prostuje.

– To rzeczywiście on – stwierdza wreszcie.

Lekarz sądowy prosi Thomasa o wypełnienie i podpisanie formularza identyfikacyjnego. Mężczyzna ociera łzę i wykonuje polecenie. Na szpitalnym parkingu wyciąga telefon, żeby zadzwonić do rodziców i obwieścić im nowinę.

Lucy podchodzi i staje przed nim.

– Thomas Wells?

Ten nie zwraca na nią uwagi i odburkuje tylko:

– To naprawdę zły moment.

– Mam panu coś bardzo ważnego do powiedzenia na temat pańskiego brata.

– Kim pani jest i czego ode mnie chce?

– Trzeba zażądać, aby ciało pańskiego brata zostało poddane autopsji.

Zaintrygowany, Thomas przygląda się jej.

– Nie powiedziała mi pani, kim pani jest…

– Bliską przyjaciółką.

– Jego ostatnią kochanką? Powinienem był się domyślić, jest pani dokładnie w jego typie.

– Tylko przyjaciółką, ale…

– Proszę, chciałbym zostać sam.

– Przepraszam, że się naprzykrzam, ale Gabriel mi mówił, że gdyby umarł, chciałby, aby przeprowadzono sekcję jego zwłok.

– Co za dziwny pomysł. Dlaczegóż to?

– Niech mu pani powie, że miał powody sądzić, że ktoś chce go zamordować – sugeruje Gabriel.

– Hm… Uważał, że ktoś chce go zamordować.

– Niech mu pani powie, że otrzymywał listy z pogróżkami.

– Dostawał listy z pogróżkami… Wiedział, że ktoś chce go wyeliminować – improwizuje.

– Wiem, kto jest tym „kimś” – odpowiada Thomas.

– Ach tak? Kto?

– Jego serce.

– Przepraszam?

– Gabriel żył z poważną chorobą serca: w wyniku miażdżycy jego tętnica wieńcowa była niedrożna w siedemdziesięciu pięciu procentach. Wiem o tym, bo pokazywał mi zdjęcie. Powinien był zrobić sobie pomostowanie aortalno-wieńcowe, tymczasem wolał słuchać doktora Langmana, który, moim skromnym zdaniem, jest przesadnym optymistą. Langman powiedział mu, żeby codziennie przez trzy kwadranse uprawiał sport, więc Gabriel zabrał się za siebie. Zalecił, żeby codziennie zażywał siedemdziesiąt pięć miligramów aspiryny, więc mój brat zażywał aspirynę. I oto rezultat. To było tylko łatanie dziur. Powinien był poddać się operacji i brać leki na obniżenie poziomu cholesterolu. Wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych środków. Ale nie… Mój drogi brat wolał słuchać rad przyjaciela. Ta ślepa wiara drogo go kosztowała. A uprzedzałem go. Zatem nie ma tu żadnej zbrodni, żadnych gróźb, żadnego ukrytego nieprzyjaciela, tylko wcale nierzadko spotykane zdarzenie sercowo-naczyniowe.

– Błagam, niech pani nalega, Lucy! – upiera się Gabriel. – Proszę powiedzieć cokolwiek! Trzeba go przekonać, żeby zażądał sekcji.

– Grożono mu śmiercią. Nie powinien pan mieć do tego tak lekkiego podejścia.

– Przykro mi to pani mówić, ale Gabriel cierpiał na paranoję. Podobnie jak wielu innych autorów powieści kryminalnych. Wyobrażał sobie zbrodnie, spiski, morderstwa, krótko mówiąc, wszystko to, co służyło mu za materiał wyjściowy do jego pracy. To zwykłe skrzywienie zawodowe. Żył we śnie, ja w rzeczywistości. A rzeczywistość jest taka, że miał zator tętnicy wieńcowej, co spowodowało zawał podczas snu. Kiedy człowiek umrze, zjadają go robaki (chociaż w dzisiejszych czasach zamyka się go w hermetycznej trumnie. Podobno nawet nie gnije, bo we współczesnym jedzeniu znajduje się zbyt wiele konserwantów, antybiotyków i metali). Widzi pani, prawda zawsze rozczarowuje. Jak o tym myślę, chyba powinno się go skremować ze względów higienicznych.

– Nie! – woła Gabriel. – Proszę nie pozwolić mnie skremować, to by uniemożliwiło sekcję zwłok. Trzeba za wszelką cenę go przekonać.

Lucy robi głęboki wdech i mówi:

– Jestem medium.

Thomas Wells jest wyraźnie zaskoczony. Wpatruje się w nią dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy chodzi o żart i, ogarnięty wątpliwościami, tłumi śmiech.

– Nie jestem taki, jak mój brat – odpowiada w końcu. – Jestem prawdziwym naukowcem. Nie wierzę w te bzdury.

Gabriel miota pioruny.

– Kto mi wcisnął tak zarozumiałego brata? Nie ma mowy, żeby przerobił mnie na kupkę popiołu, kiedy moje ciało aż się roi od wskazówek!

– Jestem medium i Gabriel ze mną rozmawia. Przekazuje mi, to znaczy jego umysł mi przekazuje, że za nic nie chce zostać poddany kremacji.

Thomas unosi prawą brew.

– Twierdzi pani, że jest teraz tutaj z nami?

Kobieta kiwa powoli głową.

– I prosi panią, żeby mówiła w jego imieniu, zgadza się?

– Właśnie.

– To absurd.

– A jednak prawda.

– To „pani” prawda. Ale ja się na to nie nabiorę. Ludzie pani pokroju tylko żerują na naiwności innych. Nie zdaje sobie pani sprawy ze zła, jakie wyrządza, szerząc te kłamstwa.

– To nie są… – obrusza się Lucy.

– Jestem nie tylko zwolennikiem filozofii kartezjańskiej, ale też, jak i mój święty patron, wierzę jedynie w to, co widzę. Już jako dziecko nie wierzyłem w Świętego Mikołaja, w beboka, we Wróżkę Zębuszkę i tak dalej.

– Powinien mnie pan wysłuchać, ponieważ…

– Nie wierzę w duchy, w Boga, w diabła ani w anioły. Nie wierzę w raj, w piekło, w życie po śmierci, w reinkarnację. Nie wierzę ani w kosmitów, ani we wróżki, ani w skrzaty, w gnomy, horoskopy, taroty, astrologów, homeopatów, energoterapeutów, wróżbiarzy ani nawet w grafologów i psychoanalityków, zatem media, które rozmawiają ze zmarłymi, sama pani rozumie, budzą tylko mój śmiech.

– Pan…

– Jestem naukowcem. Wierzę w doświadczenia, które są dla mnie wystarczającym źródłem oczarowań. Ten świat jest po prostu taki, jakim się wydaje: rządzą nim niepodważalne prawa fizyki i biologii. Nie ma tu niczego nadprzyrodzonego. Tylko ludzie przesądni w wyniku swojej ignorancji odczuwają potrzebę wyobrażania sobie różnych rzeczy i wierzenia we własne majaki, chcąc w ten sposób uspokoić swój lęk przed śmiercią. Istnieją jednak fakty. Weryfikowalne. Niezaprzeczalne. Znane. Oto one: rodzimy się, dorastamy, umieramy, gnijemy, zmieniamy się w pył, a pewnego dnia wszyscy o nas zapominają. I bardzo dobrze. Nie zaśmiecamy planety naszą obecnością. Jedyną magiczną dziedziną, jaka nam pozostaje, co i tak już wiele znaczy, jest sen: wystarczy zamknąć oczy, a na dodatek nic nie kosztuje.

Lucy otwiera usta, lecz widząc zaciętą i kpiącą minę rozmówcy, nic nie odpowiada.

– Zatem proszę posłuchać, moja panienko, jest pani urocza, naprawdę urocza… Ma pani szczęście zarabiać na życie w niezbyt męczący sposób, który przynosi duży dochód dzięki wykorzystywaniu naiwności imbecyli, proszę jednak uszanować ten trudny dla mnie czas, jakim jest śmierć brata bliźniaka.

W głowie Lucy kłębi się tyle słów, że wszystkie ostatecznie grzęzną jej w gardle. Rezygnuje więc i tylko wzdycha. Następnie, odwracając się plecami do Thomasa, oddala się zdecydowanym krokiem. Gabriel rusza za nią.

– Proszę, panno Filipini, niech mnie pani tak szybko nie porzuca. Niech pani coś zrobi. Nie mogę zostać skremowany, moje zwłoki muszą zostać poddane sekcji!

Kobieta nie odpowiada.

– Mój brat to kretyn przesiąknięty samym sobą.

Lucy przyspiesza kroku.

– Proszę mnie tak nie zostawiać. Błagam. Umieram po raz pierwszy i nie wiem, co robić!

– Muszę nakarmić koty.

Dotarła już do samochodu, uruchamia silnik i kieruje się w stronę wyjazdu ze szpitalnego parkingu.

– Proszę się zlitować nad zagubionym zmarłym, który chce się dowiedzieć, dlaczego umarł!

Kobieta trwa w uporze.

– Proszę przestać zgrywać ofiarę.

– Zgrywać ofiarę? Ależ ja zostałem zamordowany! To normalne, że chcę się dowiedzieć czegoś więcej!

– Każdy z nas ma swoje osobiste problemy, to nie powód, żeby zamęczać nimi innych. Wyobraża pan sobie, co by było, gdyby wszyscy zamordowani ludzie chcieli się dowiadywać, w jaki sposób zginęli? Co mam panu powiedzieć? To niezdrowa ciekawość.

Trąbi, żeby zmusić jeden z samochodów do usunięcia się z jej drogi. Ponieważ Gabriel Wells wyraźnie czuje jej zdenerwowanie, nie ma odwagi więcej się do niej odzywać. Mimo to za wszelką cenę chce poznać odpowiedź na pytanie, którym zamierzał rozpocząć swoją powieść, a które obecnie nie daje mu spokoju:

Dlaczego nie żyję?

10.

Gabriel Wells odkrywa miejsce zamieszkania młodej medium, oddalone zaledwie o kilkaset metrów od jego własnego. To prywatna kamienica przypominająca domek dla lalek. Ogrodzenie z kutego żelaza ozdobione motywami wróżek otacza ogród z warzywniakiem i drzewami owocowymi. Fasada z cegieł porośnięta jest bluszczem, wysoki dymiący komin wznosi się na szczycie dachu.

Wewnątrz z gracją krąży około dziesięciu kotów. Jeden z nich zbliża się do pisarza. Jego podniesione uszy drżą.

– Czy on mnie widzi? – dziwi się Gabriel.

– Miau – odpowiada kot.

Na kominku stoi oprawione w ramkę zdjęcie pary na tle zachodzącego słońca. Przedstawia Lucy w bikini i opalonego mężczyznę o idealnych bicepsach i z kaloryferem na brzuchu. Obejmuje ją czule.

Ustawiono tu jeszcze inne zdjęcia tej samej pary. Pozują w rajskich sceneriach, na plażach z białym piaskiem, wśród palm kokosowych i bambusów. Często całują się albo wymieniają czułe spojrzenia.

Lucy napełnia kotom miski, a one zbiegają się z podniesionymi niczym anteny ogonami. Niektóre z czułością ocierają się o jej łydki. Gabriel zauważa w kącie salonu urządzenia do ćwiczeń, a nad nimi gigantyczny napis:

„TRZEBA DBAĆ O SWOJE CIAŁO, ŻEBY DUSZA MIAŁA OCHOTĘ W NIM ZOSTAĆ”.

Lucy siada po turecku na okrągłej poduszce i zamyka oczy. Nad jej głową otwiera się świetlisty tunel.

Gabriel dostrzega błądzące dusze, które krążą pod sufitem. Przenikają one do jej ciała na poziomie lędźwi i przesuwają się wzdłuż kręgosłupa, aż po czubek głowy, a następnie są wsysane przez świetlisty promień, jakby unosiła je winda.

Kiedy wszystkie znikają, Lucy otwiera oczy, kilkakrotnie głęboko oddycha, strzepuje dłonie, jak gdyby chciała pozbyć się kropelek wody.

– Czy teraz mogę zapytać, czym był ten osobliwy rytuał? – pyta Gabriel ostrożnie.

– W szpitalu znajdowało się oczywiście wiele błądzących dusz. Kiedy tylko mnie zauważyły, zażyczyły sobie, żebym pomogła im się „wspiąć”.

– Jak pani to robi?

– Otrzymuję propozycje od mojej Hierarchii.

– Hierarchii?

– Powiedzmy, że są to dusze wzniesione, które żyją nad duszami błądzącymi, ale pozostają tu na dole, żeby lepiej zapanować nad tym, co dzieje się na Ziemi.

Umywszy dłonie i odświeżywszy twarz w łazience, młoda medium, głaskając jednego z kotów, wyjaśnia:

– Znajduje się pan na pierwszym poziomie, zwanym „Niskim Astralem”. Powyżej znajduje się „Średni Astral”, a nad nim „Wysoki Astral”. Moja Hierarchia sygnalizuje mi obecność płodów dla błądzących dusz, które czują się gotowe na reinkarnację. Zazwyczaj proponuje mi „korzystne układy”. Wiele z nich o tym wie, dlatego kiedy tylko wyczują moją obecność, napływają ku mnie. Zdarzają się też oporne błądzące dusze. Hierarchia prosi mnie, żebym je przekonała. Czasami mi się to udaje, czasami nie. Bywało, że towarzyszyłam błądzącej duszy aż do wylotu tunelu światła prowadzącego do reinkarnacji, gdzie ta w ostatniej chwili zmieniała zdanie i zawracała.

Lucy wzrusza ramionami i ciągnie:

– Główna zasada mówi: umysł zachowuje wolną wolę. Trzeba więc go przekonać. Dlatego też Hierarchia potrzebuje mnie do pracy w terenie, do przeprowadzania dyplomatycznych negocjacji z niezdecydowanymi.

Lucy idzie do rustykalnej kuchni i wyciąga całą baterię pigułek, proszków i syropów.

– Co to takiego?

– Witaminy, oligoelementy, olejki, leki homeopatyczne.

– Czyli jest pani… hipochondryczką. To dlatego spotkałem panią u lekarza!

– Jestem świadoma przywileju bycia żywą i dbam o to, aby trwało to jak najdłużej. Jeśli uważa pan, że jestem hipochondryczką, proszę bardzo. Ale oboje widzieliśmy, do czego doprowadziła pańska beztroska w kwestii zdrowia…

Po tych słowach Lucy zabiera się do przygotowywania sałatki. Przed umyciem wącha warzywa, następnie obiera je i układa starannie na talerzu. Dodaje kiełki lucerny, posypuje ziarnami sezamu i doprawia strużką oleju z orzechów laskowych.

– Wiem, że niczego pan nie czuje, że stracił pan smak, a nawet chęć przyjmowania pożywienia, ale ja nie. Poza tym fakt przebywania w tak „przeciążonych” miejscach zmusza mnie do usunięcia zakłóceń, przez co zawsze robię się głodna.

Lucy delektuje się smakiem warzyw, rozgryzając je trzonowcami.

Gabriel Wells lewituje nad nią i przygląda się, jak kobieta przeżuwa i przełyka. Wydaje mu się, że wszystko to należy do minionej epoki, więc budzi się w nim nostalgia.

Czeka, aż Lucy skończy jeść, żeby kontynuować rozmowę.

– Czy możemy wrócić do nauki o świecie Niskiego, Średniego i Wysokiego Astralu?

W tym momencie rozlega się dzwonek i gwałtownie przerywa rozmowę.

– O, proszę! Przyszedł wcześniej – dziwi się Lucy.

– Kto? Spodziewa się pani kogoś?

– Pańskim codziennym zajęciem jest pisanie historii, moim, słuchanie. Przepraszam, chociaż lubię pańskie książki, nie mogę poświęcić panu całego mojego czasu. Będę zmuszona pana opuścić, właśnie przyszedł mój pierwszy klient. Wiem, że nie mogę pana wyprosić za drzwi, więc jeśli chce pan wziąć udział w konsultacji, byłabym wdzięczna, gdyby uszanował pan moją pracę i się nie wtrącał. Zgoda?

Gabriel krąży wokół niej.

– Prawdę mówiąc, zupełnie nie wiem, na czym polega pani praca. Bardzo bym chciał dowiedzieć się czegoś więcej. Czy sztuka, którą pani uprawia, wpisuje się w jakiś sposób w kontynuację działań sióstr Fox?

11. ENCYKLOPEDIA: SIOSTRY FOX

Trzy córki pastora Foxa stoją za powstaniem nowoczesnego ruchu spirytystycznego.

Powołanie odkryły w marcu 1848 roku w Hydesville, w stanie Nowy Jork, kiedy to dwie młodsze spośród nich, dwunastoletnia Kate i piętnastoletnia Margaret, stwierdziły, że słyszą odgłosy uderzeń dochodzące z piwnicy ich domu, już i tak posiadającego opinię nawiedzonego.

Wyjaśniły, że udaje im się komunikować ze zmarłym, zwanym przez nie Splitfootem („Parzystokopytnym”), który przytakiwał lub zaprzeczał, kiedy dziewczęta wskazywały na litery alfabetu zapisane na kartce. Błądząca dusza twierdziła, że nazywa się Charles B. Rosma i że jest zamordowanym pięć lat wcześniej domokrążcą. Jego zwłoki, wyjaśniał, zostały ukryte przez napastnika w piwnicy domu zamieszkiwanego przez rodzinę Fox.

Mówi się, że kiedy siostry Fox zdołały przekonać dorosłych do przeszukania piwnicy, znaleziono tam włosy oraz fragmenty kości, które – po ekspertyzie – okazały się ludzkimi. Sprawa odbiła się szerokim echem i przyniosła siostrom Fox sławę.

Najstarsza z nich, Leah, zorganizowała tournée po Stanach Zjednoczonych dla coraz liczniejszych tłumów wielbicieli. Wiele ówczesnych osobistości zaczęło podzielać ich wierzenia. Setki, a później tysiące fanów sióstr Fox twierdziły, że im również udaje się porozumiewać ze zmarłymi. Był to czas wielkiej popularności kręcących się stołów i Ouija, planszy z alfabetem, która umożliwia duszy zmarłego literowanie odpowiedzi. W 1852 roku w samych Stanach Zjednoczonych liczbę oficjalnych adeptów sprawy spirytystycznej oceniano na trzy miliony. Lotem błyskawicy fenomen dotarł aż do Anglii (wspierany przez Conan Doyle’a, twórcę postaci Sherlocka Holmesa), do Francji (z pomocą Victora Hugo i Allana Kardeca, twórcy spirytyzmu), do Rosji (dzięki Rasputinowi) i do Ameryki Południowej.

Trzem siostrom Fox płacono fortunę za każdy występ. W 1852 roku Kate poślubiła w Anglii bogatego adwokata, który zdołał przekonać ją, aby się poddała badaniu przez eksperta specjalizującego się w wykrywaniu oszustw z dziedziny zjawisk paranormalnych, Williama Crookesa. Wziął on udział w jednym z seansów, po czym przyznał, że oszustwo nie wchodziło w grę.

W tym samym czasie Margaret wyszła za mąż za badacza, który – pięć lat później – zginął podczas jednej z podróży, pozostawiając niepocieszoną wdowę. Topiła ona smutek w alkoholu.

Kilka miesięcy później zmarł również mąż Kate. Wdowa po nim także popadła w alkoholizm.

Dwie młodsze siostry, odtąd wdowy pijaczki, pokłóciły się z najstarszą Leah, która zarządzała ruchem spirytystycznym, znanym już wówczas na arenie międzynarodowej. Aby jej dokuczyć, Kate i Margaret postanowiły powrócić na scenę w Nowym Jorku i wyjawić prawdę: pukanie oznaczające „tak” lub „nie”, mające rzekomo być głosem duchów, pochodziło w rzeczywistości od sióstr, które stukały palcami u stóp. Zademonstrowały swoje umiejętności w obecności lekarzy i wyjaśniły, że Leah zmuszała je do występów publicznych jedynie w celu wzbogacenia się.

Racjonaliści triumfowali, lecz ruch spirytystyczny nabrał już zbyt wielkiego rozpędu, aby incydent ten wystarczył do powstrzymania jego rozwoju; zwolennicy twierdzili wręcz, że siostry zostały zmuszone do wyznań za pomocą gróźb. Kate i Margaret pogrążyły się głębiej w alkoholizmie i nędzy. Margaret podjęła jeszcze jedną próbę wznowienia swojej kariery i wróciła na scenę, wycofując swoje zeznania i twierdząc, że posiada prawdziwe moce. Ponowne zainteresowanie jej osobą szybko jednak wygasło i kobieta zmarła w skrajnym niedostatku w 1893 roku, w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, zaledwie kilka miesięcy po odejściu Kate.

W 1904 roku, jedenaście lat po ich śmierci, dzieci bawiące się w piwnicy domu w Hydesville znalazły zamurowany w ścianie ludzki szkielet. Historia odbiła się szerokim echem, które dało ruchowi spirytystycznemu nowy zastrzyk energii.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, tom XII

12.

Pierwszym klientem Lucy jest dystyngowany mężczyzna ubrany w nieskazitelny trzyczęściowy garnitur. Towarzyszy mu olbrzymi pies, chart afgański. Dwaj nowo przybyli mają takie samo jasnoblond owłosienie, takie same długie i szczupłe nogi, takie same lśniące oczy, taki sam chód. Mężczyzna na wszystkich palcach nosi sygnety.

Opada na fotel, jakby był wycieńczony.

– Nazywam się William Clark. Jestem Anglikiem i kupiłem zamek w Mérignac. Niestety jest on nawiedzony przez ducha. Wyczuwam nieprzyjazną obecność w mojej posiadłości. Szczególnie nocą. To regularnie zakłóca mi sen, a ja za każdym razem budzę żonę. Nasz związek zaczyna na tym cierpieć. Nawet pies staje się nerwowy.

Zwierzę ziewa.

– Jest pani naszą ostatnią deską ratunku.

Klient wygłosił swoją prośbę monotonnie, jak gdyby chodziło mu o pozbycie się szczurów albo termitów. Dodaje:

– Wzywałem już z biskupstwa księdza egzorcystę, ale to nie wystarczyło. Powiedziano mi, że pani radzi sobie najlepiej z tego typu sytuacjami. Przyjaciele opowiedzieli mi o tym, jak skorzystali z pani usług, i o satysfakcji, jaka się z tym wiązała. Wygląda na to, że jest pani jedyną osobą, która naprawdę potrafi rozmawiać ze zmarłymi. Błagam panią, niech pani pozbędzie się tego intruza.

Lucy potakuje i zamyka oczy. Używa różnych systemów do wezwania istoty. Wreszcie pojawia się chuderlawa ektoplazma o nieco sfeminizowanych kształtach, odziana w wyrafinowany garnitur.

– Czy to pan jest duchem z zamku? – pyta go Lucy.

– Baron de Mérignac, siedemnasty w linii rodu. Jestem szczęśliwym właścicielem zamku – odpowiada ten oschle.

– Nowy właściciel chce, żeby pan odszedł. Mówi, że to jego ziemie.

– Cóż za