Głos Pana - Stanisław Lem - ebook
lub
Opis

Co niesie ze sobą tajemniczy sygnał z kosmosu, który uczeni ochrzcili mianem “Głosu Pana”? Czy przypadkiem odkryta neutrinowa transmisja jest dobroczynnym przesłaniem od naszych starszych braci w rozumie? Czy też raczej zawiera śmiertelnie niebezpieczny przepis na broń masowego rażenia? Próby rozwiązania tej zagadki, podejmowane przez najtęższe umysły epoki, stanowią równocześnie poszukiwanie granic ludzkiego poznania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 250


Sta­ni­sław Lem

"Głos Pana"

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

zdję­cie na okład­ce: © Cze­sław Cza­pliń­ski/FO­TO­NO­VA

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-11-8

Kra­ków

2019

wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Stanisław Lem

GŁOS PANA

Spis treści

Nota wy­daw­cy

Przed­mo­wa

Roz­dział I

Roz­dział II

Roz­dział III

Roz­dział IV

Roz­dział V

Roz­dział VI

Roz­dział VII

Roz­dział VIII

Roz­dział IX

Roz­dział X

Roz­dział XI

Roz­dział XII

Roz­dział XIII

Roz­dział XIV

Roz­dział XV

Roz­dział XVI

Roz­dział XVII

Nota wydawcy

Książ­ka ta jest opu­bli­ko­wa­nym ma­nu­skryp­tem, jaki zna­le­zio­ny zo­stał w po­śmiert­nych pa­pie­rach Pro­fe­so­ra Pio­tra E. Ho­gar­tha. Ten wiel­ki umysł nie zdą­żył, nie­ste­ty, przy­go­to­wać i za­mknąć osta­tecz­nie rę­ko­pi­su, nad któ­rym pra­co­wał przez czas dłuż­szy. Uda­rem­ni­ła to cho­ro­ba, ja­kiej uległ. Po­nie­waż o pra­cy tej, dla sie­bie wy­jąt­ko­wej, a pod­ję­tej nie tyle z chę­ci, ile z po­czu­cia obo­wiąz­ku, mó­wił Zmar­ły Pro­fe­sor nie­chęt­nie na­wet z bli­ski­mi, do ja­kich mam za­szczyt się za­li­czać – pod­czas prac wstęp­nych, ma­ją­cych na celu przy­go­to­wa­nie rę­ko­pi­su dla wy­daw­cy, wy­ło­ni­ły się pew­ne nie­ja­sno­ści i kwe­stie spor­ne. Gwo­li praw­dzie wi­nie­nem wy­ja­wić, iż roz­le­gły się z krę­gu osób za­zna­jo­mio­nych z tek­stem gło­sy prze­ciw­sta­wia­ją­ce się pu­bli­ka­cji, któ­ra ja­ko­by nie le­ża­ła w za­mia­rach Zmar­łe­go. Nie za­cho­wa­ło się jed­nak żad­ne jego pi­śmien­ne w tym du­chu oświad­cze­nie i na­le­ży są­dzić, że mnie­ma­nia ta­kie są bez­za­sad­ne. Ja­sne było na­to­miast, iż nie zo­sta­ła rzecz za­koń­czo­na, po­nie­waż brak jej było ty­tu­łu, jak rów­nież w po­sta­ci bru­lio­nu tyl­ko od­na­leźć uda­ło się osob­ny frag­ment, któ­ry po­słu­żyć mógł – i tu kry­ją się głów­ne wąt­pli­wo­ści – już to za wstęp, już to za po­sło­wie książ­ki.

Jako wy­zna­czo­ny przez te­sta­to­ra przy­ja­ciel i ko­le­ga Zmar­łe­go, zde­cy­do­wa­łem się, osta­tecz­nie, uczy­nić z owe­go frag­men­tu, istot­ne­go dla zro­zu­mie­nia ca­ło­ści, wpro­wa­dze­nie. Ty­tuł „Głos Pana” za­pro­po­no­wał wy­daw­ca pan John F. Kil­ler, któ­re­mu pra­gnę zło­żyć w tym miej­scu po­dzię­ko­wa­nie za tro­skli­wość, jaką oka­zał spra­wie pu­bli­ka­cji ostat­niej pra­cy Pro­fe­so­ra Ho­gar­tha, jak rów­nież chciał­bym wy­ra­zić wdzięcz­ność pani Ro­sa­mond T. Shel­ling, któ­ra z taką sta­ran­no­ścią pod­ję­ła się prac przy­go­to­waw­czych i do­ko­na­ła osta­tecz­nej ko­rek­ty tek­stu.

Pro­fe­sor Tho­mas V. War­ren

De­part. Ma­te­ma­ty­ki Uniw. w Wa­szyng­to­nie

Wa­szyng­ton DC, w kwiet­niu 1996 roku

Przedmowa

Jak­kol­wiek zgor­szę wie­lu Czy­tel­ni­ków sło­wa­mi, któ­re na­stą­pią, wy­po­wie­dze­nie ich uzna­łem za swój obo­wią­zek. Ksią­żek ta­kich jak ta ni­g­dy do­tąd nie pi­sa­łem, a że nie jest w zwy­cza­ju, by ma­te­ma­tyk po­prze­dzał swo­je pra­ce wy­nu­rze­nia­mi oso­bi­stej na­tu­ry, mo­głem ich so­bie oszczę­dzić.

Wsku­tek nie­za­leż­nych ode mnie oko­licz­no­ści uwi­kła­ny zo­sta­łem w zda­rze­nia, któ­re pra­gnę przed­sta­wić. Po­wo­dy, dla ja­kich po­prze­dzam ów opis ro­dza­jem wy­zna­nia, wy­ja­śnią się póź­niej. Chcąc mó­wić o so­bie, trze­ba wy­brać ja­kiś układ od­nie­sie­nia; nie­chaj nim bę­dzie ostat­nio wy­da­na moja bio­gra­fia, pió­ra pro­fe­so­ra Ha­rol­da Yowit­ta. Yowitt na­zy­wa mnie umy­słem naj­więk­sze­go for­ma­tu, bo ata­ko­wa­łem za­wsze pro­ble­my naj­trud­niej­sze z dzi­siaj do­stęp­nych. Wska­zu­je, że na­zwi­sko moje zna­leźć moż­na było tam, gdzie to­czy­ły się pra­ce ra­dy­kal­nej de­struk­cji dzie­dzic­twa na­uko­we­go i bu­do­wa­nia no­wych ujęć, na przy­kład w re­wo­lu­cji ma­te­ma­tycz­nej, w fi­zy­ka­li­zo­wa­niu ety­ki albo i w Pro­jek­cie MAVO.

Do­szedł­szy w lek­tu­rze do miej­sca, w któ­rym o de­struk­cji mowa, ocze­ki­wa­łem za sło­wa­mi o mo­ich skłon­no­ściach nisz­czy­ciel­skich dal­szych i śmiel­szych wnio­sków i po­my­śla­łem, że wresz­cie zna­la­złem bio­gra­fa, co zresz­tą wca­le mnie nie ura­do­wa­ło, po­nie­waż ob­na­żać się sa­me­mu nie jest tym sa­mym, czym – zo­stać ob­na­żo­nym. Jed­nak­że Yowitt, jak gdy­by prze­lęk­nio­ny wła­sną prze­ni­kli­wo­ścią, wra­ca po­tem – nie­kon­se­kwent­nie – do obie­go­wej wer­sji mo­jej oso­by jako ty­leż upo­rczy­we­go w pra­cy, co skrom­ne­go ge­niu­sza, cy­tu­jąc na­wet kil­ka aneg­dot o mnie z że­la­zne­go re­per­tu­aru.

Mo­głem więc od­sta­wić tę książ­kę ze spo­ko­jem na pół­kę, do in­nych mo­ich bio­gra­fii, po­nie­waż ani mi wte­dy w gło­wie po­sta­ło, że będę nie­ba­wem na­cie­rał na po­chleb­cze­go por­tre­ci­stę. Za­uwa­ży­łem przy tym, że nie­wie­le już zo­sta­ło na pół­ce miej­sca. Przy­po­mnia­ło mi to, jak mó­wi­łem kie­dyś Yvo­ro­wi Ba­loy­ne’owi, że umrę, kie­dy ta pół­ka się wy­peł­ni. Wziął to za żart, ja zaś nie opo­no­wa­łem, cho­ciaż wy­ra­zi­łem rze­tel­ne prze­ko­na­nie, któ­re­go bzdur­ność nie umniej­sza jego au­ten­tycz­no­ści. Tak więc – wra­cam do Yowit­ta – raz jesz­cze uda­ło mi się, albo, we­dle woli, nie uda­ło się, i ma­jąc w sześć­dzie­sią­tym dru­gim roku ży­cia dwa­dzie­ścia osiem wo­lu­mi­nów po­świę­co­nych wła­snej oso­bie, po­zo­sta­ję do­sko­na­le nie­zna­ny. Czy zresz­tą wol­no tak mó­wić?

Pro­fe­sor Yowitt pi­sał o mnie zgod­nie z re­gu­ła­mi, któ­rych nie usta­na­wiał. Nie na wszyst­kie oso­by pu­blicz­ne wol­no pa­trzeć tak samo. Wiel­kich ar­ty­stów wol­no już ści­gać w ich ma­ło­ści, i nie­któ­rzy bio­gra­fo­wie zda­ją się na­wet są­dzić, że du­sza ar­ty­sty po­win­na być pod­szy­ta pod­łost­ka­mi. Wo­bec wiel­kich uczo­nych wciąż jesz­cze obo­wią­zu­je sta­ry ste­reo­typ. Ar­ty­stów do­strze­ga­my już jako du­chy przy­ku­te do ciał, li­te­ra­tu­ro­znaw­cy wol­no mó­wić o ho­mo­sek­su­ali­zmie Oska­ra Wil­de’a, lecz trud­no so­bie wy­obra­zić na­uko­znaw­cę, któ­ry by ana­lo­gicz­nie za­jął się twór­ca­mi fi­zy­ki. Mu­si­my mieć ja­kichś nie­złom­nych, do­sko­na­łych, i zmia­ny hi­sto­rycz­ne ogra­ni­cza­ją się do zmian lo­ka­li­za­cji ich po­by­tu. Po­li­tyk może być ło­trem, nie prze­sta­jąc być wiel­kim po­li­ty­kiem, na­to­miast ge­nial­ny łotr to con­tra­dic­tio in adiec­to: ło­tro­stwo prze­kre­śla ge­nial­ność. Tego do­ma­ga­ją się dziś re­gu­ły.

Gru­pa psy­cho­ana­li­ty­ków z Mi­chi­gan usi­ło­wa­ła co praw­da ten stan rze­czy od­mie­nić, lecz po­pa­dła w grzech try­wial­no­ści. Skłon­ność do teo­re­ty­zo­wa­nia, wi­do­mą u fi­zy­ków, wy­pro­wa­dza­li ci ba­da­cze z za­ha­mo­wań sek­su­al­nych. Dok­try­na psy­cho­ana­li­tycz­na wy­kry­wa w czło­wie­ku by­dlę osio­dła­ne przez su­mie­nie z ta­kim fa­tal­nym skut­kiem, że by­dlę­ciu jest nie­wy­god­nie pod owym zboż­nym jeźdź­cem, a jeźdź­co­wi nie le­piej w ta­kiej po­zy­cji, al­bo­wiem jego wy­si­łek zmie­rza nie tyl­ko ku temu, żeby by­dlę po­skro­mić, ale jesz­cze, by uczy­nić je nie­wi­dzial­nym. Kon­cep­cja, we­dle któ­rej mamy w so­bie sta­re zwie­rzę, na oklep uno­szą­ce nowy ro­zum, jest zlep­kiem mi­to­lo­gicz­nych pry­mi­ty­wi­zmów.

Psy­cho­ana­li­za do­star­cza praw­dy spo­so­bem in­fan­tyl­nym, to jest gim­na­zjal­nym: do­wia­du­je­my się z niej, bru­tal­nie i po­spiesz­nie, rze­czy, któ­re nas szo­ku­ją i przez to znie­wa­la­ją do po­słu­chu. Nie­raz bywa, i wła­śnie jest tak w tym przy­pad­ku, że uprosz­cze­nie, do­ty­ka­ją­ce na­wet praw­dy, lecz tan­det­ne, jest war­te tyle samo, ile fałsz. Raz jesz­cze po­ka­za­no nam de­mo­na i anio­ła, be­stię i boga, sple­cio­nych w ma­ni­chej­skim uści­sku, i raz jesz­cze czło­wiek zo­stał ubez­win­nio­ny przez sa­me­go sie­bie, jako te­ren wal­ki sił, co w nie­go wla­zły, co go wy­pcha­ły sobą i pa­no­szą się w jego skó­rze. To­też psy­cho­ana­li­za jest przede wszyst­kim „gim­na­zja­li­zmem”. Skan­da­le mają nam czło­wie­ka wy­ło­żyć, a cały dra­mat eg­zy­sten­cji roz­gry­wa się po­mię­dzy świ­nią i sub­li­ma­tem, w jaki może ją ob­ró­cić wy­si­łek kul­tu­ry.

To­też wła­ści­wie po­wi­nie­nem być wdzięcz­ny pro­fe­so­ro­wi Yowit­to­wi za to, że utrzy­mał mój wi­ze­ru­nek w sty­lu kla­sycz­nym i nie po­ży­czył me­to­dy od mi­chi­gań­skich psy­cho­lo­gów. Nie mam za­mia­ru mó­wić o so­bie le­piej, niż oni by mó­wi­li, ale jest prze­cież róż­ni­ca po­mię­dzy ka­ry­ka­tu­rą a por­tre­tem.

Nie uwa­żam, co praw­da, by czło­wiek bę­dą­cy obiek­tem prac bio­gra­ficz­nych dys­po­no­wał wie­dzą lep­szą od tej, jaką po­sie­dli bio­gra­fo­wie. Po­zy­cja ich jest bar­dziej do­god­na, bo nie­ja­sno­ści mogą tłu­ma­czyć bra­kiem da­nych, co po­zwa­la na do­mnie­ma­nie, że opi­sy­wa­ny, gdy­by żył i chciał tego, mógł­by im do­star­czyć owej bra­ku­ją­cej in­for­ma­cji. Opi­sy­wa­ny nie dys­po­nu­je jed­nak ni­czym wię­cej po­nad hi­po­te­zy na wła­sny te­mat, któ­re mogą za­słu­gi­wać na uwa­gę jako jego wy­two­ry, ale nie­ko­niecz­nie jako owe ce­gieł­ki bra­ku­ją­ce.

Przy do­sta­tecz­nej in­wen­cji każ­dy wła­ści­wie może na­pi­sać cały sze­reg wła­snych ży­cio­ry­sów, ukła­da­ją­cych się w zbiór spój­ny tyl­ko fak­to­gra­ficz­nie. Oso­by na­wet ro­zum­ne, lecz mło­de, a więc przez nie­do­świad­cze­nie na­iw­ne, nie wi­dzą w ta­kiej moż­li­wo­ści ni­cze­go prócz cy­ni­zmu. Błą­dzą, po­nie­waż nie cho­dzi o pro­blem mo­ral­ny, lecz po­znaw­czy. Ilość wiar me­ta­fi­zycz­nych wca­le nie ustę­pu­je li­czeb­no­ści roz­ma­itych wiar, ja­kie czło­wiek może ży­wić na wła­sny te­mat – ko­lej­no, w róż­nych okre­sach ży­cia, a cza­sem i na­raz.

To­też nie po­wia­dam, ja­ko­bym mógł do­star­czyć cze­goś wię­cej oprócz wy­obra­żeń, ja­kie o so­bie ży­wię mniej wię­cej od lat czter­dzie­stu, a je­dy­ną ich oso­bli­wo­ścią wy­da­je mi się to, że nie są dla mnie po­chleb­ne. Nie­po­chleb­ność owa nie ogra­ni­cza się jed­nak do „zdar­cia ma­ski”, któ­re jest je­dy­nym chwy­tem do­stęp­nym psy­cho­ana­li­ty­ko­wi. Po­wie­dzieć, daj­my na to, o ge­niu­szu, że był mo­ral­nie świ­nią, to nie­ko­niecz­nie jesz­cze w tym go tra­fić, w czym mo­gła miesz­kać jego pry­wat­na hań­ba. Myśl „się­ga­ją­ca pu­ła­pu epo­ki”, jak po­wia­da w swej książ­ce Yowitt, nie bę­dzie do­tknię­ta ta­kim ro­dza­jem dia­gno­zy. Hań­bą ge­niu­szu może być jego in­te­lek­tu­al­na da­rem­ność, jego sa­mo­wie­dza o tym, jak nie­pew­ne jest wszyst­ko, cze­go do­ko­nał. Ge­nial­ność jest nie­usta­ją­cym zwąt­pie­niem – przede wszyst­kim. Każ­dy z wiel­kich ugi­nał się jed­nak pod pre­sją ogó­łu, nie roz­wa­lał sta­wia­nych so­bie za ży­cia po­mni­ków i nie po­da­wał tym sa­me­go sie­bie w wąt­pli­wość.

Je­śli jako oso­ba z ge­nial­no­ścią, pod­ży­ro­wa­ną przez kil­ku­dzie­się­ciu uczo­nych bio­gra­fów, mogę co­kol­wiek po­wie­dzieć w kwe­stii du­cho­wych kul­mi­na­cji, to tyle tyl­ko, że ja­sność my­śli jest pło­ną­cym punk­tem na ob­sza­rze nie­wy­czer­pa­nej ciem­no­ści. Ge­niusz nie jest świa­tłem po pro­stu, lecz przede wszyst­kim – trwa­łym do­strze­ga­niem mro­ku ota­cza­ją­ce­go, a nor­mal­nie jego tchó­rzo­stwo na tym po­le­ga, aby we wła­snym bla­sku się ką­pać i póki to moż­li­we, nie pa­trzeć poza jego gra­ni­cę. Bez wzglę­du na to, jak wie­le jest w nim au­ten­tycz­nej siły, za­wsze po­zo­sta­je jesz­cze taka znacz­na resz­ta, któ­ra musi być już tyl­ko siły ta­kiej uda­niem.

Za pod­sta­wo­we ce­chy mego cha­rak­te­ru uwa­żam tchó­rzo­stwo, złość i dumę. Tak się zło­ży­ło, że owa trój­ca mia­ła do dys­po­zy­cji okre­ślo­ny ta­lent, któ­ry ukrył ją i po­zor­nie prze­ina­czył, a po­mo­gła mu w tym in­te­li­gen­cja, jed­no z przy­dat­niej­szych w ży­ciu urzą­dzeń do ma­sko­wa­nia przy­ro­dzo­nych cech, je­śli się taki za­bieg ma za po­żą­da­ny. Od czter­dzie­stu kil­ku lat za­cho­wu­ję się jak czło­wiek uczyn­ny i skrom­ny, wy­zby­ty zna­mion pro­fe­sjo­nal­nej py­chy, po­nie­waż bar­dzo dłu­go i upo­rczy­wie wdra­ża­łem się do ta­kie­go wła­śnie po­stę­po­wa­nia. Jak da­le­ko mogę się­gnąć pa­mię­cią w dzie­ciń­stwo, ży­łem po­szu­ki­wa­niem zła, z cze­go zresz­tą, rzecz zro­zu­mia­ła, nie zda­wa­łem so­bie spra­wy.

Zło moje było izo­tro­po­we i do­sko­na­le bez­in­te­re­sow­ne. W miej­scach sza­now­nych, jak ko­ściół, lub w po­bli­żu szcze­gól­nie god­nych osób chęt­nie my­śla­łem o tym, co mi było za­ka­za­ne. To, że treść owych my­śli przed­sta­wia­ła śmiesz­ną dzie­ci­na­dę, nie ma naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Do­ko­ny­wa­łem po pro­stu eks­pe­ry­men­tów w ta­kiej ska­li, na jaką ak­tu­al­nie było mnie stać. Nie pa­mię­tam wca­le, kie­dy pierw­szy raz wzią­łem się do ta­kich do­świad­czeń. Pa­mię­tam tyl­ko ów prze­raź­li­wy żal, gniew, roz­cza­ro­wa­nie, któ­re szły za mną póź­niej la­ta­mi, sko­ro oka­za­ło się, że w gło­wę, zły­mi my­śla­mi wy­peł­nio­ną, w żad­nym miej­scu i przy żad­nym są­siedz­twie nie ude­rza pio­run, że wy­ła­ma­nie się z uczest­nic­twa w po­rząd­ku wła­ści­wym nie po­cią­ga za sobą żad­nej, ale to żad­nej kon­se­kwen­cji.

Je­śli w ogó­le moż­na tak po­wie­dzieć o kil­ku­let­nim dziec­ku, ży­czy­łem so­bie owe­go pio­ru­nu lub in­nej for­my strasz­li­wej kary i za­pła­ty, wy­zy­wa­łem ją i znie­na­wi­dzi­łem świat jako miej­sce mo­jej eg­zy­sten­cji za to, że udo­wod­nił mi da­rem­ność wszel­kie­go, a więc tak­że i złe­go, uczyn­ku w my­śli. To­też ni­g­dy nie znę­ca­łem się nad zwie­rzę­ta­mi ani na­wet nad tra­wą, na­to­miast sie­kłem ka­mie­nie, pia­sek, mal­tre­to­wa­łem sprzę­ty, znę­ca­łem się nad wodą, a my­ślą gwiaz­dy roz­wa­la­łem na ka­wał­ki, aby uka­rać je za to, że nic ich nie ob­cho­dzę, i po­stę­po­wa­łem tak w zło­ści co­raz bar­dziej, bez­sil­nie­ją­cej w mia­rę po­stę­pów ro­zu­mie­nia, jak śmiesz­ne i głu­pie są moje czy­ny.

Nie­co póź­niej uzna­wa­łem stan mój, zdo­by­ty sa­mo­wie­dzą, za ro­dzaj doj­mu­ją­ce­go nie­szczę­ścia, z któ­rym nic ab­so­lut­nie się nie da po­cząć, po­nie­waż nie może ni­cze­mu po­słu­żyć. Po­wie­dzia­łem, że moja złość była izo­tro­po­wa: ja­koż ob­da­rza­łem nią sa­me­go sie­bie naj­pierw; kształ­ty rąk, nóg wła­snych, rysy twa­rzy iry­to­wa­ły mnie, wi­dzia­ne w lu­strze, tak jak na ogół gnie­wa­ją nas i nie­cier­pli­wią tyl­ko u in­nych. Gdy pod­ro­słem jesz­cze bar­dziej, uzna­łem, że tak nie­po­dob­na żyć; po­sta­no­wi­łem so­bie w ko­lej­nych de­cy­zjach, ja­kim wła­ści­wie być po­wi­nie­nem, i od­tąd dą­ży­łem już, zresz­tą ze zmien­ną kon­se­kwen­cją, do trzy­ma­nia się raz usta­lo­ne­go pro­gra­mu.

Au­to­bio­gra­fię, któ­ra za­czy­na się od wy­mie­nie­nia zło­ści z dumą i trwoż­li­wo­ścią jako fun­da­men­tów du­cha, ob­cią­ża z de­ter­mi­ni­stycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia lo­gicz­ny błąd. Je­śli uznać bo­wiem, że wszyst­ko jest w nas prze­są­dzo­ne, prze­są­dzo­ne było tak­że moje sprze­ci­wie­nie się we­wnętrz­ne­mu złu, a róż­ni­ca po­mię­dzy mną a in­ny­mi, lep­szy­mi ludź­mi spro­wa­dza­ła­by się je­dy­nie do od­mien­nej lo­ka­li­za­cji źró­dła uczyn­ków. Co tam­ci ro­bią z do­bra­wo­li, kosz­tem ni­skim, dają bo­wiem po­słuch skłon­no­ści na­tu­ral­nej, ja prak­ty­ko­wa­łem wbrew niej, więc nie­ja­ko sztucz­nie. Ale to prze­cież ja sam so­bie na­ka­zy­wa­łem po­stęp­ki, więc w ca­ło­ścio­wym bi­lan­sie by­łem – w tym uję­ciu – jed­nak pre­de­sty­no­wa­ny do rze­tel­ne­go do­bra. Jak De­mo­ste­nes ka­myk do ją­ka­ją­cych się ust – wło­ży­łem so­bie w głąb du­cha że­la­za, żeby go na­pro­sto­wać.

Lecz wła­śnie de­ter­mi­nizm po­ka­zu­je w tym zrów­na­niu całą swo­ją non­sen­sow­ność. Pły­ta gra­mo­fo­no­wa, na któ­rej utrwa­lo­no aniel­skie pie­nia, ani o włos nie jest lep­sza mo­ral­nie od ta­kiej, z któ­rej do­by­wa się mor­der­czy wrzask. Zgod­nie z de­ter­mi­ni­zmem: ten, kto chciał i mógł stać się lep­szy, był na to z góry ska­za­ny, tak samo jak ten, kto chciał, lecz nie mógł, albo i ten, co chcieć na­wet nie pró­bo­wał. Oto fał­szy­wy ob­raz, po­nie­waż od­gło­sy wal­ki, na­gra­ne na pły­tę, nie są wal­ką re­al­ną. Zna­jąc kosz­ta wła­sne, mogę po­wie­dzieć, że moje zma­ga­nia nie były uro­jo­ne. De­ter­mi­nizm mówi po pro­stu o czymś naj­zu­peł­niej in­nym – siły, ja­ki­mi ope­ru­je ra­chu­nek fi­zycz­ny, nie mają tu nic do rze­czy, po­dob­nie jak nie unie­win­nia zbrod­ni jej prze­kład na ję­zyk am­pli­tu­dy ato­mo­wych praw­do­po­do­bieństw.

W jed­nym Yowitt na pew­no ma słusz­ność: za­wsze po­szu­ki­wa­łem trud­no­ści. Oka­zje, w któ­rych mo­głem dać upust mo­jej zło­ści przy­ro­dzo­nej, za­zwy­czaj od­rzu­ca­łem jako na­zbyt ła­twe. Jak­kol­wiek za­brzmi to dzi­wacz­nie, a na­wet non­sen­sow­nie, nie prze­ła­my­wa­łem mo­jej skłon­no­ści do zła, za­pa­trzo­ny w do­bro jako war­tość więk­szą, lecz wła­śnie dla­te­go tak po­stę­po­wa­łem, po­nie­waż wte­dy od­czu­wa­łem w ca­łej peł­ni jego obec­ność w so­bie. Li­czył mi się ra­chu­nek wy­sił­ku, któ­ry z aryt­me­ty­ką mo­ral­no­ści nic nie miał wspól­ne­go. To­też nie umiem, do­praw­dy, po­wie­dzieć, co by się ze mną dzia­ło, gdy­by skłon­ność do czy­nie­nia tyl­ko rze­czy do­brych była wła­śnie pierw­szą przy­ro­dzo­ną ce­chą mo­jej na­tu­ry. Jak zwy­kle ro­zu­mo­wa­nie sta­ra­ją­ce się uchwy­cić nas sa­mych w in­nej niż dana po­sta­ci, ła­miąc re­gu­ły lo­gi­ki, musi się ry­chło za­wa­lić.

Raz je­den zła się nie wy­rze­kłem; wspo­mnie­nie to wią­że się z dłu­gą i okrop­ną ago­nią mo­jej mat­ki, któ­rą ko­cha­łem, a za­ra­zem z nad­zwy­czaj by­strą za­chłan­no­ścią no­to­wa­łem pro­ces jej de­struk­cji w cho­ro­bie. Mia­łem wów­czas dzie­więć lat. Ona, uoso­bie­nie po­go­dy, siły, rów­no­wa­gi aż ma­je­sta­tycz­nej, le­ża­ła w prze­wle­kłym i przez le­ka­rzy roz­cią­ga­nym ko­na­niu, ja, przy jej łóż­ku, w po­ko­ju za­ciem­nio­nym, peł­nym odo­ru le­karstw, mia­łem się jesz­cze w gar­ści, ale raz, za­mknąw­szy za sobą drzwi, gdy od niej wy­sze­dłem, wi­dząc, że je­stem sam, wy­cią­łem ra­do­sny gry­mas w stro­nę sy­pial­ni, a że mi nie wy­star­czył, po­gna­łem do sie­bie i zdy­sza­ny pod­ska­ki­wa­łem przed lu­strem z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi, ro­biąc miny i chi­cho­cząc od łech­czy­wej ucie­chy. Od ucie­chy? Ro­zu­mia­łem do­brze, że mat­ka umie­ra, od rana roz­pa­cza­łem i roz­pacz ta była tak samo praw­dzi­wa jak ów dła­wio­ny chi­chot. Do­sko­na­le pa­mię­tam, jak mnie prze­ra­ził, a jed­no­cze­śnie wy­kro­czy­łem nim poza wszyst­ko, co do­tąd po­zna­łem, i w tym prze­kro­cze­niu było po­ra­ża­ją­ce olśnie­nie.

W nocy jesz­cze, le­żąc sam, usi­ło­wa­łem zro­zu­mieć, co się sta­ło, a nie­zdol­ny do tego, do­pro­wa­dzi­łem się od­po­wied­nim roz­czu­le­niem nad sobą i nad mat­ką do łez, aż usną­łem. Uzna­łem za­pew­ne te łzy za eks­pia­cję, lecz po­tem wszyst­ko po­wta­rza­ło się, kie­dy pod­słu­chi­wa­łem co­raz gor­sze wie­ści prze­ka­zy­wa­ne ojcu przez le­ka­rzy. Ba­łem się iść do sie­bie i szu­ka­łem wte­dy roz­myśl­nie lu­dzi. Pierw­szym czło­wie­kiem, któ­re­go się zlą­kłem, by­łem więc ja sam.

Po śmier­ci mat­ki wpa­dłem w dzie­cin­ną roz­pacz, nie­za­kłó­co­ną żad­nym za­rzu­tem. Fa­scy­na­cja skoń­czy­ła się z jej ostat­nim od­de­chem. Ra­zem z nią zgasł lęk. Spra­wa ta jest tak męt­na, że mogę sta­wiać tyl­ko hi­po­te­zy. Ob­ser­wo­wa­łem upa­dek ab­so­lu­tu, któ­ry oka­zał się ilu­zją, zma­ga­nie ha­nieb­ne, spro­śne, po­nie­waż do­sko­na­łość roz­la­zła się w nim jak ostat­ni łach. Było to roz­dep­ta­nie po­rząd­ku ży­cia, a jak­kol­wiek lu­dzie nade mną wy­po­sa­ży­li re­per­tu­ary tego po­rząd­ku w spe­cjal­ne uchył­ki na­wet na tak po­nu­re oka­zje, to owe do­dat­ki nie chcia­ły pa­so­wać do tego, co się dzia­ło. Nie moż­na z do­sto­jeń­stwem, z wdzię­kiem ry­czeć z bo­le­ści – tak samo jak z roz­ko­szy. W nie­chluj­stwie za­tra­ce­nia prze­czu­łem praw­dę. Może uzna­łem to, co wtar­gnę­ło, za stro­nę sil­niej­szą, więc opo­wie­dzia­łem się za nią, po­nie­waż bra­ła górę.

Mój śmiech w ukry­ciu nie miał nic wspól­ne­go z sa­mym cier­pie­niem mat­ki. Tego cier­pie­nia tyl­ko się ba­łem, było nie­uchron­nym to­wa­rzy­szem ko­na­nia, to mo­głem po­jąć; gdy­bym po­tra­fił, wy­zwo­lił­bym ją od bólu, nie pra­gną­łem ani jej cier­pień, ani śmier­ci. Ku re­al­ne­mu mor­der­cy rzu­cił­bym się z pła­czem i bła­ga­niem, jak każ­de dziec­ko, lecz sko­ro go nie było, mo­głem tyl­ko chło­nąć per­fi­dię za­da­wa­ne­go okru­cień­stwa. Jej cia­ło, opu­chłe, za­mie­nia­ło się we wła­sną mon­stru­al­ną ka­ry­ka­tu­rę, wy­drwio­ne i wi­ją­ce się w tej drwi­nie. Nie mia­łem in­ne­go wy­bo­ru, jak tyl­ko gi­nąć z nią albo ją wy­śmiać, więc, jako tchórz, wy­bra­łem śmiech zdra­dy.

Nie umiem po­wie­dzieć, czy na­praw­dę tak było. Pierw­szy pa­rok­syzm chi­cho­tu chwy­cił mnie na wi­dok znisz­cze­nia i być może to do­świad­cze­nie omi­nę­ło­by mnie, gdy­by mat­ka do­zna­ła za­gła­dy spo­so­bem bar­dziej es­te­tycz­nym, po­dob­nym do ci­che­go za­sy­pia­nia, po­nie­waż to jest for­ma po­zy­tyw­nie wy­róż­nio­na przez lu­dzi. Tak nie było jed­nak, i zmu­szo­ny wie­rzyć wła­snym oczom, oka­za­łem się bez­bron­ny. W daw­niej­szych cza­sach spro­wa­dzo­ny w porę chór pła­czek za­głu­szył­by sko­wyt mo­jej mat­ki; de­ge­ne­ra­cja kul­tu­ry ścią­gnę­ła jed­nak za­bie­gi ma­gicz­ne na po­ziom fry­zjer­stwa, bo przed­się­bior­ca po­grze­bo­wy – i to pod­słu­cha­łem – pro­po­no­wał ojcu roz­ma­ite wy­ra­zy twa­rzy, w ja­kie po­tra­fi prze­ro­bić jej po­śmiert­nie skur­czo­ny gry­mas. Oj­ciec wy­szedł wte­dy z po­ko­ju i po­czu­łem na krót­ką chwi­lę drgnie­nie so­li­dar­no­ści, bo zro­zu­mia­łem go. My­śla­łem póź­niej o tej ago­nii nie­zli­czo­ne razy.

Wer­sja śmie­chu jako zdra­dy wy­da­je mi się nie­zu­peł­na. Zdra­da jest wy­ni­kiem ro­ze­zna­nia, ale co spra­wia, że de­struk­cja może nas po­cią­gać? Jaka czar­na na­dzie­ja świ­ta z niej czło­wie­ko­wi? Jej to­tal­na bez­przy­dat­ność czy­ni próż­nym każ­de wy­ja­śnie­nie ra­cjo­nal­ne. Tę skłon­ność za­chłan­ną da­rem­nie za­dep­ty­wa­ły licz­ne kul­tu­ry. Jest ona czymś da­nym nam rów­nie bez­a­pe­la­cyj­nie jak dwu­noż­ność. Temu, kto szu­ka­jąc przy­czy­ny, nie go­dzi się z żad­ną hi­po­te­zą roz­my­słu, ani w jej po­sta­ci opatrz­no­ścio­wej, ani dia­bel­skiej, po­zo­sta­je tyl­ko ra­cjo­nal­ny su­ro­gat de­mo­no­lo­gii – sta­ty­sty­ka. Od za­ciem­nio­ne­go po­ko­ju więc, peł­ne­go woni roz­kła­du, pro­wa­dzi ślad ku mo­jej an­tro­po­ge­ne­zie ma­te­ma­tycz­nej, for­mu­ła­mi sto­cha­sty­ki sta­ra­łem się od­czy­nić ohyd­ny urok. Ale i to jest tyl­ko przy­pusz­cze­niem, więc sa­mo­obron­nym od­ru­chem ro­zu­mu.

Wiem do­brze, że to, co tu pi­szę, da­ło­by się od­wró­cić na moją ko­rzyść za nie­znacz­nym prze­sta­wie­niem ak­cen­tów – i ja­kiś mój póź­niej­szy bio­graf bę­dzie sta­rał się tego do­ko­nać. Udo­wod­ni, że in­te­lek­tem po­ko­na­łem cha­rak­ter, od­no­sząc he­ro­icz­ne zwy­cię­stwo, a szka­lo­wa­łem się z chę­ci sa­mo­oczysz­cze­nia. Taka ro­bo­ta idzie tro­pa­mi Freu­da, zo­stał on Pto­le­me­uszem psy­cho­lo­gii, bo każ­dy może te­raz wy­kła­dać za nim ludz­kie fe­no­me­ny, wzno­sząc epi­cy­kle na epi­cy­klach: ta bu­dow­la prze­ma­wia do nas, po­nie­waż jest es­te­tycz­na. Wer­sję sie­lan­ko­wą wy­mie­nił na gro­te­skę, nie wie­dząc, że po­zo­sta­je więź­niem es­te­ty­ki. Jak­by o to cho­dzi­ło, żeby ope­rę za­stą­pić w an­tro­po­lo­gii tra­gi­ko­me­dią.

Nie­chaj się mój po­śmiert­ny bio­graf nie fa­ty­gu­je; nie po­trze­bu­ję apo­lo­gii, cały mój wy­si­łek zro­dzi­ła cie­ka­wość, nie­tknię­ta po­czu­ciem winy. Chcia­łem zro­zu­mieć – tyl­ko zro­zu­mieć, nic wię­cej. Bez­in­te­re­sow­ność zła jest bo­wiem je­dy­nym opar­ciem w czło­wie­ku dla ar­gu­men­ta­cji teo­lo­gicz­nej; teo­dy­cea od­po­wia­da na py­ta­nie, skąd wzię­ła się wła­sność, któ­ra nie jest ro­dem ani z Na­tu­ry, ani z Kul­tu­ry. Umysł, sta­le za­nu­rzo­ny w ma­te­rii hu­ma­ni­stycz­ne­go do­świad­cze­nia, a przez to an­tro­po­cen­trycz­ny, może się wresz­cie po­go­dzić z wi­zją kre­acji jako z lek­ka ma­ka­brycz­ne­go żar­tu.

Po­cią­ga­ją­ca jest myśl o Stwór­cy, któ­ry się po pro­stu ba­wił, lecz wcho­dzi­my tu w błęd­ne koło: wy­obra­ża­my go so­bie zło­śli­wym nie przez to, że nas ta­ki­mi uczy­nił, ale przez to, że sami tacy je­ste­śmy. Tym­cza­sem owa mar­gi­nal­ność i kom­plet­na nie­waż­ność czło­wie­ka po­sta­wio­ne­go wo­bec Ko­smo­su, o ja­kiej po­wia­da­mia nas na­uka, czy­ni mit ma­ni­chej­ski po­my­słem pry­mi­tyw­nym aż do try­wial­no­ści. Wy­po­wiem to ina­czej: gdy­by kre­acja mia­ła zajść – cze­go zresz­tą nie do­pusz­czam my­ślą – to ów po­ziom wie­dzy, ja­kiej wy­ma­ga ona ko­niecz­nie, jest już tego rzę­du, że nie ma tam miej­sca na głu­pa­we żar­ty. Al­bo­wiem – i to jest wła­ści­wie całe cre­do mo­jej wia­ry – nic ta­kie­go jak do­sko­na­ła mą­drość z ł a  – nie jest moż­li­we. Po­wia­da mi ro­zu­mo­wa­nie, że Stwór­ca nie może być ma­łym szu­ją, ma­ni­pu­la­to­rem, iro­nicz­nie za­ba­wia­ją­cym się tym, co stwa­rza. To, co mamy za wy­nik in­ter­wen­cji zło­śli­wej, mo­gło­by tyl­ko być zro­zu­mia­łe jako zwy­czaj­ne prze­li­cze­nie, jako błąd, ale wów­czas wkra­cza­my w ob­ręb nie­ist­nie­ją­cej teo­lo­gii bóstw ułom­nych. Otóż do­me­na ich bu­dow­la­nych prak­tyk nie jest ni­czym in­nym, jak te­re­nem mo­jej wła­śnie pra­cy ży­cio­wej, to zna­czy – sta­ty­sty­ką.

Każ­de dziec­ko do­ko­nu­je bez­wied­nie od­kryć, z któ­rych wy­ro­sły świa­ty Gib­b­sa i Bolt­zman­na, po­nie­waż rze­czy­wi­stość jawi mu się jako wie­lość moż­li­wo­ści da­ją­cych się wy­od­ręb­nić i bu­dzić tak ła­two, że jak­by sa­mo­rzut­nie. Dziec­ko oto­czo­ne jest mno­go­ścią wir­tu­al­nych świa­tów, cał­ko­wi­cie obcy jest mu ko­smos Pas­ca­la, ze­sztyw­nia­ły w ze­ga­ro­wym cho­dzie trup, mia­ro­wo ru­chli­wy. Spe­try­fi­ko­wa­ny ład doj­rza­ło­ści nisz­czy po­tem owo pier­wot­ne bo­gac­two. Je­śli ten wi­ze­ru­nek dzie­ciń­stwa wyda się jed­no­stron­ny choć­by przez to, że dziec­ko igno­ran­cji, a nie wy­bo­ro­wi za­wdzię­cza we­wnętrz­ną swo­bo­dę, to osta­tecz­nie każ­dy wi­ze­ru­nek nim jest. Wraz z klę­ską wy­obraź­ni odzie­dzi­czy­łem po niej reszt­kę, ro­dzaj trwa­łej nie­zgo­dy na rze­czy­wi­stość, przy­po­mi­na­ją­cą ra­czej gniew zresz­tą niż ab­ne­ga­cję. Już mój śmiech był od­mo­wą, kto wie, czy nie sku­tecz­niej­szą od sa­mo­bój­stwa. Przy­zna­ję się do nie­go, sześć­dzie­się­cio­dwu­let­ni, ma­te­ma­ty­ka zaś sta­no­wi­ła tyl­ko póź­ną kon­se­kwen­cję tej po­sta­wy. Była moją dru­gą de­zer­cją.

Mó­wię to prze­no­śnie – lecz pro­szę mnie wy­słu­chać. Zdra­dzi­łem umie­ra­ją­cą mat­kę, czy­li wszyst­kich lu­dzi, opto­wa­łem śmie­chem na rzecz więk­szej od nich po­tę­gi, jak­kol­wiek była ohyd­na, bo nie wi­dzia­łem in­ne­go wyj­ścia. Lecz po­tem do­wie­dzia­łem się, że tego na­sze­go prze­ciw­ni­ka, któ­ry jest wszyst­kim, któ­ry w nas też uwił so­bie gniaz­do, rów­nież mogę zdra­dzić, przy­naj­mniej do pew­ne­go stop­nia, po­nie­waż ma­te­ma­ty­ka jest nie­za­wi­sła od świa­ta.

Czas wy­ja­wił mi, że omy­li­łem się po­wtór­nie. Praw­dzi­wie opto­wać za śmier­cią prze­ciw­ko ży­ciu i za ma­te­ma­ty­ką prze­ciw­ko świa­tu – nie moż­na. Praw­dzi­wa opcja ozna­cza tyl­ko wła­sną za­gła­dę. Co­kol­wiek ro­bi­my bo­wiem, ro­bi­my w ży­ciu, i do­świad­cze­nie po­ka­zu­je, że ma­te­ma­ty­ka rów­nież nie jest azy­lem do­sko­na­łym, po­nie­waż miesz­ka­niem jej jest ję­zyk. Ta in­for­ma­cyj­na ro­śli­na wko­rze­ni­ła się w świat i w nas. Po­rów­na­nie to za­wsze za mną cho­dzi­ło, na­wet wte­dy jesz­cze, kie­dy nie umia­łem go prze­ło­żyć na ję­zyk do­wo­du.

W ma­te­ma­ty­ce szu­ka­łem tego, co było cen­ne w dzie­ciń­stwie, wie­lo­ści świa­tów, zry­wa­ją­cej łącz­ność z na­rzu­co­nym, tak lek­ko, jak­by wy­zby­ty był owej siły, rów­nież w nas sa­mych tkwią­cej, a tyl­ko do­sta­tecz­nie skry­tej, aby­śmy mo­gli za­po­mi­nać o jej obec­no­ści. Lecz po­tem, jak każ­dy ma­te­ma­tyk, prze­ko­ny­wa­łem się ze zdu­mie­niem, jak wstrzą­sa­ją­co nie­ocze­ki­wa­na i nie­wia­ry­god­nie wszech­stron­na jest owa dzia­łal­ność po­dob­na zra­zu do za­ba­wy. Wcho­dzi się w nią z dumą, jaw­nie i wy­raź­nie od­ci­na­jąc myśl od świa­ta, po­sta­no­wie­nia­mi ar­bi­tral­ny­mi, do­rów­nu­ją­cy­mi apo­dyk­tycz­no­ścią – kre­acji, do­ko­nu­je się za­mknię­cia de­fi­ni­cyj­ne­go, któ­re ma nas od­se­pa­ro­wać od owe­go kłę­bo­wi­ska, w ja­kim przy­cho­dzi żyć.

I oto ta od­mo­wa, to naj­ra­dy­kal­niej­sze ze­rwa­nie do­pro­wa­dza nas wła­śnie do rdze­nia zja­wisk i uciecz­ka oka­zu­je się zdo­by­ciem, de­zer­cja – zro­zu­mie­niem, a ze­rwa­nie – po­jed­na­niem. Lecz za­ra­zem jest do­ko­na­niem od­kry­cia, że uciecz­ka była po­zor­na, sko­ro po­wra­ca­my do tego, przed czym usi­ło­wa­li­śmy umknąć. Wróg prze­po­czwa­rza się w so­jusz­ni­ka, do­stę­pu­je­my oczysz­cze­nia, w któ­rym świat daje nam po­znać, mil­czą­co, że tyl­ko nim mo­że­my go prze­zwy­cię­żyć. Tak strach zo­sta­je uśmie­rzo­ny, ob­ra­ca­jąc się w za­chwyt, w owym szcze­gól­nym azy­lu, któ­re­go skraj­ne wnętrz­no­ści są wła­śnie sty­kiem z po­wierzch­nią je­dy­ne­go świa­ta.

Ma­te­ma­ty­ka ni­g­dy nie ob­ja­wia w tym stop­niu czło­wie­ka, nie wy­ra­ża go tak jak do­wol­na inna pra­ca ludz­ka: sto­pień uni­ce­stwie­nia wła­snej cie­le­sno­ści, jaki w niej się zdo­by­wa, nie­po­rów­ny­wal­ny jest z ni­czym. Za­in­te­re­so­wa­nych tymi sło­wa­mi od­sy­łam do mo­ich prac. Tu mogę po­wie­dzieć tyl­ko, że świat po­rząd­ki swo­je wstrzyk­nął w ję­zyk ludz­ki, le­d­wie ów ję­zyk za­czął po­wsta­wać; ma­te­ma­ty­ka śpi w każ­dej mo­wie i jest do od­na­le­zie­nia tyl­ko, lecz nie do wy­my­śle­nia.

To, co w niej jest ko­ro­ną, nie daje się od­ciąć od tego, co jest ko­rze­niem; po­wsta­je ona bo­wiem nie w cią­gu trzy­stu czy ośmiu­set lat cy­wi­li­za­cyj­nej hi­sto­rii, lecz w ty­siąc­le­ciach ję­zy­ko­wej ewo­lu­cji: na polu starć czło­wie­ka ze śro­do­wi­skiem, z mię­dzy­lu­dzia i z mię­dzy­rze­cza. Ję­zyk tak samo jest mą­drzej­szy od umy­słu każ­de­go z nas, jak mą­drzej­sze jest od ro­ze­zna­nia każ­dej jed­nost­ki jej cia­ło, sa­mo­wied­nie wszech­stron­ne w nur­cie ży­cio­we­go pro­ce­su. Sche­dy obu ewo­lu­cji, ży­wej ma­te­rii i ma­te­rii in­for­ma­cyj­nej mowy, jesz­cze­śmy nie wy­czer­pa­li, a już ro­imy sny o prze­kro­cze­niu gra­nic oby­dwu. Sło­wa te mogą być li­chym fi­lo­zo­fo­wa­niem, lecz już nim nie są moje do­wo­dy na ję­zy­ko­wą ge­ne­zę ma­te­ma­tycz­nych po­jęć, czy­li na to, że ani z prze­li­czal­no­ści rze­czy, ani z by­stro­ści ro­zu­mu te po­ję­cia nie po­wsta­ły.

Po­wo­dy, dla któ­rych zo­sta­łem ma­te­ma­ty­kiem, na pew­no są zło­żo­ne, a jed­nym z głów­nych jest umie­jęt­ność, bez któ­rej ty­leż bym zdzia­łał w moim fa­chu, ile w lek­ko­atle­ty­ce gar­bus, kan­dy­dat na re­kor­dzi­stę. Nie wiem, czy te po­wo­dy, któ­re cha­rak­te­ru, a nie umie­jęt­no­ści do­ty­czą, gra­ły rolę w hi­sto­rii, jaką za­mie­rzam opo­wie­dzieć – ale nie mogę ta­kiej ewen­tu­al­no­ści wy­klu­czyć, gdyż ka­li­ber sa­mej spra­wy jest taki, że przy nim ani na­tu­ral­ny wstyd, ani duma li­czyć się nie mogą.

Za­zwy­czaj pa­mięt­ni­ka­rze po­su­wa­ją jak naj­da­lej szcze­rość wy­po­wie­dzi, kie­dy są­dzą, że to, co mogą wy­ja­wić o so­bie, jest nie­zmier­nie waż­ne. Ja, od­wrot­nie, prze­słan­ką szcze­ro­ści czy­nię cał­ko­wi­tą nie­istot­ność mo­jej oso­by, to jest do wy­lew­no­ści, za­sad­ni­czo nie­zno­śnej, zmu­sza mnie je­dy­nie brak ro­ze­zna­nia, gdzie koń­czy się ka­prys sta­ty­stycz­nej kom­po­zy­cji oso­bo­wo­ścio­wej, a gdzie się za­czy­na re­gu­ła ga­tun­ku.

W roz­ma­itych dzie­dzi­nach moż­na zdo­by­wać wie­dzę re­al­ną oraz taką tyl­ko, któ­ra nas kom­for­tu­je du­cho­wo, przy czym obie wca­le nie mu­szą się z sobą po­kry­wać. Roz­róż­nie­nie tych dwu ro­dza­jów wie­dzy jest w an­tro­po­lo­gii na gra­ni­cy nie­moż­li­wo­ści. Je­śli ni­cze­go tak nie zna­my jak sa­mych sie­bie, to dla­te­go za­pew­ne, po­nie­waż nie­ustan­nie po­na­wia­my żą­da­nie wie­dzy nie­ist­nie­ją­cej jako in­for­ma­cji o tym, co utwo­rzy­ło czło­wie­ka, a z góry wy­klu­cza­my, nie zda­jąc so­bie z tego spra­wy, ewen­tu­al­ność po­łą­cze­nia naj­bar­dziej byle ja­kich tra­fów z naj­do­głęb­niej­szą ko­niecz­no­ścią.

Opra­co­wa­łem kie­dyś pro­gram dla eks­pe­ry­men­tu jed­ne­go z mo­ich przy­ja­ciół. Eks­pe­ry­ment ten po­le­gał na wy­mo­de­lo­wa­niu w śro­do­wi­sku ma­szy­ny cy­fro­wej – ro­dzi­ny istot neu­tral­nych, czy­li ta­kich ho­me­osta­tów, co mia­ły owo śro­do­wi­sko po­zna­wać, nie po­sia­da­jąc wyj­ścio­wo żad­nych cech „emo­cjo­nal­nych” ani „etycz­nych”. Isto­ty owe roz­mna­ża­ły się – tyl­ko w ma­szy­nie, rzecz oczy­wi­sta, więc jako to, co laik na­zwał­by pew­ną for­mą „ra­chun­ków” – i po kil­ku­dzie­się­ciu „po­ko­le­niach” wciąż od nowa po­ja­wia­ła się we wszyst­kich „eg­zem­pla­rzach” ce­cha zu­peł­nie dla nas nie­zro­zu­mia­ła, swe­go ro­dza­ju od­po­wied­nik „agre­syw­no­ści”. Po nie­zmier­nie mo­zol­nych a da­rem­nych ob­li­cze­niach spraw­dza­ją­cych mój zroz­pa­czo­ny przy­ja­ciel za­czął wresz­cie – wła­śnie już z roz­pa­czy tyl­ko – ba­dać naj­bar­dziej nie­istot­ne oko­licz­no­ści do­świad­cze­nia i wów­czas oka­za­ło się, że pe­wien prze­kaź­nik re­ago­wał na zmia­ny wil­got­no­ści po­wie­trza, któ­re sta­wa­ły się nie­roz­po­zna­nym pro­du­cen­tem od­chy­le­nia.

Trud­no mi nie my­śleć o tym eks­pe­ry­men­cie, gdy to pi­szę, bo czy nie mo­gło być tak, że roz­wój so­cjal­ny wy­niósł nas ze zwie­rzę­ce­go kró­le­stwa krzy­wą wy­kład­ni­czą – za­sad­ni­czo do tego wzlo­tu nie­przy­go­to­wa­nych? Re­ak­cja so­cja­li­za­cji roz­po­czę­ła się, za­le­d­wie ludz­kie ato­my wy­ka­za­ły pierw­szą scze­pli­wość. Ato­my te były ma­te­ria­łem pre­fa­bry­ko­wa­nym tyl­ko bio­lo­gicz­nie, go­to­wym do speł­nie­nia ty­po­wo bio­lo­gicz­nych kry­te­riów, a ów ruch, owo pchnię­cie w górę wy­rwa­ło nas i unio­sło w prze­strzeń cy­wi­li­za­cyj­ną. Czy taki start mógł nie za­dzierz­gnąć na bio­lo­gicz­nym ma­te­ria­le przy­pad­ko­wych zbież­no­ści, ni­czym son­da, któ­ra wy­ce­lo­wa­na w mor­skie dno, po­dej­mu­je z nie­go uchwy­tem oprócz tego, na co była skie­ro­wa­na, ak­cy­den­tal­ne szcząt­ki i ru­pie­cie? Przy­po­mi­nam wil­got­nie­ją­cy prze­kaź­nik nie­za­wod­nej ma­szy­ny cy­fro­wej. Dla­cze­go wła­ści­wie ów pro­ces, któ­ry nas spo­wo­do­wał, miał być pod ja­kim­kol­wiek wzglę­dem do­sko­na­ły? A jed­nak nie wa­ży­my się ani my, ani nasi fi­lo­zo­fo­wie, na myśl, że osta­tecz­ność i je­dy­ność by­to­wa­nia ga­tun­ku wca­le nie im­pli­ku­je per­fek­cji, co mia­ła­by pa­tro­no­wać jego po­wsta­niu – tak samo jak nie­obec­na jest taka per­fek­cja u ko­leb­ki każ­de­go osob­ni­ka.

Jest rze­czą wiel­ce cie­ka­wą, że zna­mio­na na­szej nie­do­sko­na­ło­ści jako przed­sta­wi­cie­li ga­tun­ku nie zo­sta­ły ni­g­dy, przez żad­ną wia­rę, uzna­ne za to, czym po pro­stu są, a więc za re­zul­ta­ty dzia­łań za­wod­nych, ale na od­wrót, prak­tycz­nie wszyst­kie re­li­gie scho­dzą się w prze­świad­cze­niu, iż nie­do­sko­na­łość czło­wie­ka jest re­zul­ta­tem star­cia de­miur­gicz­ne­go dwu per­fek­cji an­ta­go­ni­stycz­nych, któ­re na­wza­jem so­bie szko­dzi­ły. Do­sko­na­łość ja­sna zde­rzy­ła się z ciem­ną i po­wstał czło­wiek: tak gło­si ich for­mu­ła. Kon­cep­cja moja brzmi wul­gar­nie tyl­ko wów­czas, je­śli jest fał­szy­wa – a tego, czy taka jest, nie wie­my. Wspo­mnia­ny mój przy­ja­ciel prze­for­mu­ło­wał ją ka­ry­ka­tu­ral­nie, mó­wiąc, że po­dług Ho­gar­tha ludz­kość jest gar­bu­sem, któ­ry dla nie­wie­dzy o tym, że moż­na gar­ba­tym nie być, od ty­się­cy lat po­szu­ku­je zna­mion wyż­szej ko­niecz­no­ści w swo­im gar­bie, po­nie­waż go­tów jest na każ­dą wer­sję oprócz ta­kiej, że ka­lec­two to jest przy­pad­ko­we po pro­stu, że nikt go nim z roz­my­słu wyż­sze­go nie ob­da­rzył, że ono naj­zu­peł­niej ni­cze­mu nie słu­ży, bo tak wła­śnie usta­li­ły rzecz skrę­ty i uchył­ki an­tro­po­ge­ne­zy.

Mia­łem jed­nak mó­wić o so­bie, a nie o ga­tun­ku. Nie wiem, skąd wzię­ła się we mnie i co ją spra­wi­ło, ale jesz­cze te­raz, po tylu la­tach, mogę od­na­leźć w so­bie złość nie­po­sta­rza­łą, bo ener­gie naj­pry­mi­tyw­niej­szej od­ru­cho­wo­ści ni­g­dy się nie sta­rze­ją. Czyż­bym skan­da­li­zo­wał? Przez kil­ka­dzie­siąt lat dzia­ła­łem jako ko­lum­na rek­ty­fi­ka­cyj­na, wy­twa­rza­jąc de­sty­lat, na któ­ry zło­żył się stos mo­ich prac oraz spo­wo­do­wa­nych tymi pra­ca­mi – ha­gio­gra­fii. Je­śli po­wia­da­cie, że nic was nie ob­cho­dzą wnętrz­no­ści apa­ra­tu­ry, któ­re nie­po­trzeb­nie wy­wle­kam na świa­tło, zważ­cie na to, że ja w czy­sto­ści po­kar­mu, ja­kim was ra­czy­łem, wi­dzę trwa­łe zna­ki wszyst­kich mo­ich se­kre­tów.

Ma­te­ma­ty­ka nie była moją ar­ka­dią, ra­czej brzy­twą to­ną­ce­go, ko­ścio­łem, w któ­ry wsze­dłem, nie­wie­rzą­cy, bo pa­no­wa­ła w nim treu­ga Dei. Głów­ną moją pra­cę ma­te­ma­tycz­ną na­zwa­no de­struk­cyj­ną – nie­przy­pad­ko­wo. Nie przez przy­pa­dek za­kwe­stio­no­wa­łem nie­od­wra­cal­nie pod­sta­wy de­duk­cji ma­te­ma­tycz­nej i po­ję­cia ana­li­tycz­no­ści w lo­gi­ce. Ob­ró­ci­łem na­rzę­dzia sta­ty­sty­ki prze­ciw ich pod­sta­wom – aż je roz­sa­dzi­ły. Nie mo­głem być dia­błem w pod­zie­miu i anio­łem w świe­tle sło­necz­nym. Two­rzy­łem, ale na zglisz­czach, i ma słusz­ność Yowitt: wię­cej ode­bra­łem prawd, ani­że­li da­łem no­wych.

Za ów bi­lans ujem­ny ob­cią­żo­no epo­kę, nie mnie, po­nie­waż przy­sze­dłem po Rus­sel­lu i Go­edlu, po tym jak pierw­szy wy­krył rysy w fun­da­men­tach krysz­ta­ło­we­go pa­ła­cu, a dru­gi wstrzą­snął nimi. Po­wie­dzia­no więc, że dzia­ła­łem zgod­nie z du­chem cza­su. Ależ tak. Lecz trój­kąt­ny szma­ragd nie prze­sta­je być trój­kąt­nym szma­rag­dem, kie­dy się sta­je okiem ludz­kim – w uło­żo­nej mo­za­ice.

Nie­raz za­sta­na­wia­łem się nad tym, co by­ło­by ze mną, gdy­bym się był uro­dził we wnę­trzu jed­nej z czte­rech ty­się­cy kul­tur, zwa­nych pry­mi­tyw­ny­mi, co po­prze­dzi­ły na­szą, w owej ot­chła­ni osiem­dzie­się­ciu ty­się­cy lat, któ­rą nasz brak wy­obraź­ni kur­czy do przed­po­la, po­cze­kal­ni dzie­jów wła­ści­wych. W jed­nych zmar­niał­bym za­pew­ne, lecz w in­nych zre­ali­zo­wał­bym się, kto wie, o ile peł­niej, jako na­wie­dzo­ny stwa­rza­ją­cy nowe ob­rzę­dy i ma­gie dzię­ki tej umie­jęt­no­ści kom­bi­no­wa­nia ele­men­tów, któ­rą przy­nio­słem na świat. Może pod nie­obec­ność ha­mul­ca, któ­rym w na­szej kul­tu­rze jest re­la­ty­wi­za­cja wszel­kie­go bytu po­ję­cio­we­go, mógł­bym bez­opor­nie sa­kra­li­zo­wać or­gie znisz­cze­nia i roz­pa­sa­nia, po­nie­waż w owych pra­sta­rych krę­gach prak­ty­ko­wa­no oby­czaj okre­so­we­go, po­wta­rzal­ne­go za­wie­sza­nia co­dzien­nych praw, czy­li roz­ry­wa­nia kul­tu­ry (była ona dnem, opo­ką, ab­so­lu­tem, a jed­nak w za­dzi­wia­ją­cy spo­sób zdo­ła­no dojść tego, że na­wet ab­so­lut po­wi­nien być dziu­ra­wy!) – aby dać upust za­pie­kłej ma­sie nad­mia­rów, któ­re w żad­nym sys­te­mie sko­dy­fi­ko­wa­nym po­mie­ścić się nie mogą, któ­rych cząst­ka tyl­ko wy­ży­wa się w ma­skach wo­jow­ni­czych i ro­dzin­nych, w uprzę­ży i wę­dzi­dle oby­cza­ju.

Ro­zum­ne były, ra­cjo­nal­ne owe roz­cię­cia wię­zów i re­guł spo­łecz­nych; opę­ta­nie gru­po­we, pan­de­mo­nium wy­zwo­lo­ne i bi­czo­wa­ne nar­ko­zą ryt­mów i tru­cizn – było otwar­ciem klap bez­pie­czeń­stwa, przez któ­re wy­wa­lał się czyn­nik znisz­cze­nia, do­sto­so­wa­ne było do czło­wie­ka owo bar­ba­rzyń­stwo tym wy­na­laz­kiem szcze­gól­nym. Za­sa­da zbrod­ni, z któ­rej moż­na się wy­co­fać, obłę­du od­wra­cal­ne­go, wy­rwy ryt­micz­nie pul­su­ją­cej w spo­łecz­nym po­rząd­ku, zo­sta­ła zni­we­czo­na, i te­raz wszyst­kie owe siły mu­szą cho­dzić w za­przę­gu, ob­ra­cać kie­ra­ty, od­gry­wać role, do któ­rych przy­sta­ją cia­sno i za­wsze źle, więc ko­ro­du­ją wszel­ką co­dzien­ność, chył­kiem są wszę­dzie, po­nie­waż ni­g­dzie nie wol­no im po­wstać be­za­no­ni­mo­wo. Każ­dy z nas ucze­pio­ny jest od dziec­ka ja­kie­goś, pu­blicz­nie do­zwo­lo­ne­go, wła­sne­go ka­wał­ka, tego, co zo­stał wy­bra­ny, wy­szko­lo­ny, zdo­był con­sen­sus omnium, każ­dy wy­ci­nek ów ho­du­je, wy­gła­dza, do­sko­na­li, weń tyl­ko dmu­cha, aby naj­spraw­niej się roz­wi­nął, i każ­dy uda­je, bę­dąc czą­stecz­ką, peł­nię – ki­kut z pre­ten­sja­mi do ca­ło­ści.

Od tak daw­na, jak tyl­ko mogę spa­mię­tać, bra­ko­wa­ło mi ety­ki za­szcze­pio­nej na wraż­li­wo­ści. Z roz­my­słu zbu­do­wa­łem so­bie jej pro­te­zę. Mu­sia­łem jed­nak zna­leźć do­brą ra­cję ta­kie­go dzia­ła­nia, bo osa­dzać na­ka­zy na pu­st­ce to tyle, co do ko­mu­nii bez wia­ry przy­stę­po­wać. Nie po­wia­dam, ja­ko­bym za­pla­no­wał ży­cie w taki teo­re­tycz­ny spo­sób, jak to tu przed­sta­wiam. Nie do­ro­bi­łem też wła­sne­mu po­stę­po­wa­niu – wstecz – ak­sjo­ma­tów. Dzia­ła­łem za­wsze po­dob­nym spo­so­bem, choć bez­wied­nie zra­zu; mo­ty­wa­cji póź­niej się do­my­śli­łem.

Gdy­bym uwa­żał się za czło­wie­ka z grun­tu do­bre­go, za­pew­ne nie był­bym zdol­ny zro­zu­mieć zła. Są­dził­bym, że lu­dzie za­da­ją je z pre­me­dy­ta­cją – za­wsze, czy­li ro­bią to, co so­bie po­sta­no­wi­li, bo nie zna­la­zł­bym in­nych źró­deł nie­go­dzi­wo­ści we wła­snym prze­ży­ciu. Mia­łem jed­nak lep­szą wie­dzę, zna­jąc rów­no­cze­śnie i wła­sne skłon­no­ści, i bez­wi­nę za nie, bo prze­cież za­sta­łem w so­bie tego, ja­kim je­stem, nie­py­ta­ny o to, czy się na skład taki go­dzę.

Otóż to, żeby je­den nie­wol­nik dła­wił in­ne­go nie­wol­ni­ka dla za­spo­ko­je­nia sił wsz­cze­pio­nych oby­dwóm, żeby jed­na bez­wi­na drę­czy­ła dru­gą, je­śli ist­nie­je choć szan­sa na opór ta­kim na­ci­skom – to było mi ob­ra­zą ro­zu­mu. Je­ste­śmy dani so­bie i nie mo­że­my kwe­stio­no­wać tych da­rów w ca­ło­ści ina­czej ani­że­li bez­sku­tecz­nie, ale sko­ro otwie­ra się naj­drob­niej­sza szan­sa prze­ciw­sta­wie­nia za­sta­ne­mu – jak­że z niej nie ko­rzy­stać? Tyl­ko ta­kie de­cy­zje i ta­kie dzia­ła­nia są wy­łącz­nie na­szą, ludz­ką wła­sno­ścią, po­dob­nie jak moż­li­wość sa­mo­bój­stwa – to jest sek­tor wol­no­ści, w któ­rym wzgar­dzo­na zo­sta­je nie­pro­szo­na sche­da.

Pro­szę nie mó­wić, że za­prze­czam so­bie – temu, któ­ry w erze ja­ski­nio­wej wi­dział czas lep­szych swo­ich zisz­czeń. Wie­dza jest nie­od­wra­cal­na, nie może cof­nąć się w mrok słod­kiej igno­ran­cji. W owym cza­sie nie miał­bym wie­dzy i nie mógł­bym jej zdo­być. Po­sia­da­ną mu­szę wy­ko­rzy­stać. Wiem, że skła­dał nas i po­rząd­ko­wał traf, i ja miał­bym być ule­głym wy­ko­naw­cą wszyst­kich dy­rek­tyw wy­lo­so­wa­nych na oślep nie­zli­czo­ny­mi cią­gnie­nia­mi?

Moje„prin­ci­pium hu­ma­ni­ta­tis” jest oso­bli­we w tym, że gdy­by je chciał sto­so­wać do sie­bie ktoś z grun­tu do­bry, mu­siał­by – zgod­nie z dy­rek­ty­wą „prze­zwy­cię­ża­nia wła­snej na­tu­ry” – za­da­wać zło dla utwier­dze­nia się w swo­jej wol­no­ści ludz­kiej. Nie na­da­je się więc moja za­sa­da do za­sto­so­wa­nia po­wszech­ne­go, ale też nie wi­dzę żad­ne­go po­wo­du, dla ja­kie­go miał­bym zdo­być pa­na­ceum etycz­ne ludz­ko­ści. Nie­jed­no­rod­ność, nie­jed­na­ko­wość lu­dzi jest im dana, to­też po­sta­no­wie­nie Kan­ta, aby za­sa­da jed­nost­ko­wych po­stęp­ków mo­gła być pra­wem po­wszech­nym, ozna­cza nie­jed­na­ko­wy gwałt za­da­wa­ny lu­dziom, i po­świę­ca­jąc osob­ni­cze war­to­ści dla nad­rzęd­nej – kul­tu­ry – wy­mie­rza nie­spra­wie­dli­wość. Nie po­wia­dam też wca­le, ja­ko­by każ­dy w ta­kim tyl­ko stop­niu był czło­wie­kiem, w ja­kim jest wła­sno­wol­nie spę­ta­nym po­two­rem. Przed­sta­wi­łem ra­cję czy­sto pry­wat­ną, moją wła­sną stra­te­gię, któ­ra zresz­tą nie od­mie­ni­ła we mnie ni­cze­go. Na­dal pierw­szą moją re­ak­cją na wieść o czy­imś nie­szczę­ściu bywa iskra ucie­chy, i drgnień ta­kich na­wet nie pró­bu­ję już tłu­mić, bo wiem, że nie do­się­gnę miej­sca, w któ­rym żyje ten bez­myśl­ny chi­chot. Lecz od­po­wia­dam opo­rem i dzia­łam wbrew so­bie, dla­te­go że mogę to czy­nić.

Gdy­bym na­praw­dę za­mie­rzał spi­sać wła­sną bio­gra­fię, któ­ra oka­za­ła­by się wo­bec to­mów na pół­ce an­ty­bio­gra­fią, nie mu­siał­bym uspra­wie­dli­wiać tych wy­znań. Ale cel mój jest inny. Przy­go­da, któ­rą opi­su­ję, spro­wa­dza się do tego, że ludz­kość spo­tka­ła się z czymś, co isto­ty nie­na­le­żą­ce do jej ro­dza­ju wy­sła­ły w ciem­ność gwiazd. Sy­tu­acja, jako hi­sto­rycz­nie pierw­sza, dość chy­ba po­waż­na, aby uzna­ło się po­trze­bę do­kład­niej­sze­go, niż ze­zwa­la na nie kon­we­nans, wy­ja­wie­nia – kto wła­ści­wie re­pre­zen­to­wał w owym spo­tka­niu na­szą stro­nę. Tym bar­dziej że ani mo­jej ge­nial­no­ści, ani ma­te­ma­ty­ki nie star­czy­ło, aby dało ono nie­za­tru­te owo­ce.

I

Pro­jekt Ma­ster’s Vo­ice ma ol­brzy­mią li­te­ra­tu­rę, roz­le­glej­szą i da­le­ko bar­dziej róż­no­rod­ną, niż ją miał pro­jekt Man­hat­tan. Po jego ujaw­nie­niu Ame­ry­kę i świat za­la­ła po­wódź ar­ty­ku­łów, opra­co­wań i mo­no­gra­fii tak ob­fi­ta, że jej bi­blio­gra­fia przed­sta­wia po­tęż­ny tom gru­bo­ści en­cy­klo­pe­dii. Wer­sję ofi­cjal­ną sta­no­wi Ra­port Ba­loy­ne’a, któ­ry Ame­ri­can Li­bra­ry wy­da­ła po­tem w 10 mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy, jego kwin­te­sen­cja zaś fi­gu­ru­je w ósmym to­mie En­cyc­lo­pa­edia Ame­ri­ca­na. O Pro­jek­cie pi­sa­li też inni lu­dzie, któ­rzy pra­co­wa­li w nim na wio­dą­cych sta­no­wi­skach, jak S. Rap­pa­port (The First Case of In­ter­stel­lar Com­mu­ni­ca­tion), W. Dill (Ma­ster’s Vo­ice – I was the­re) czy D. Pro­the­ro (Mavo Pro­ject – Phy­si­cal Aspects). Ta ostat­nia rzecz, pió­ra mego nie­ży­ją­ce­go już przy­ja­cie­la, na­le­ży do naj­do­kład­niej­szych, choć wła­ści­wie trze­ba ją za­li­czyć do li­te­ra­tu­ry spe­cja­li­stycz­nej, któ­ra po­ja­wia się tam, gdzie to, co ba­da­no, od­dzie­la się de­fi­ni­tyw­nie od ba­da­ją­cych.

Opra­co­wań hi­sto­rycz­nych jest zbyt wie­le, aby moż­na je wy­mie­nić. Mo­nu­men­tal­na jest czte­ro­to­mo­wa rzecz za­wo­do­we­go hi­sto­ry­ka na­uki, Wil­lia­ma An­ger­sa (Chro­nic­le of 749 Days). Na­peł­nia mnie po­dzi­wem dla swej skru­pu­lat­no­ści, An­gers bo­wiem do­tarł do wszyst­kich by­łych współ­pra­cow­ni­ków Pro­jek­tu i dał kom­pi­la­cję ich po­glą­dów, lecz nie prze­czy­ta­łem jego dzie­ła do koń­ca – wy­da­ło mi się to rów­nie nie­moż­li­we jak lek­tu­ra książ­ki te­le­fo­nicz­nej.

Osob­ną dzie­dzi­nę sta­no­wią książ­ki nie fak­to­gra­ficz­ne, lecz wy­kład­nie Pro­jek­tu roz­cią­ga­ją­ce się od fi­lo­zo­ficz­nych i teo­lo­gicz­nych aż po psy­chia­trycz­ne. Czy­ta­nie ta­kich pu­bli­ka­cji wpra­wia­ło mnie za­wsze w iry­ta­cję i w znu­że­nie. Jest rze­czą na pew­no nie­przy­pad­ko­wą, że naj­wię­cej mie­li do po­wie­dze­nia o Pro­jek­cie ci, któ­rzy bez­po­śred­nio się z nim nie ze­tknę­li.