Głód - Marcin Majchrzak - ebook

Głód ebook

Marcin Majchrzak

3,7

Opis

Dwójka nowych znajomych postanawia rzucić wszystko w i wyjechać w Bieszczady. Szybko jednak okazuje się, że ich podróż niewiele będzie miała wspólnego z sielankowymi feriami. Intensywne opady śniegu zmuszają bohaterów do zatrzymania się w przypadkowym pensjonacie, w którym, wbrew zapewnieniom właścicieli, najwyraźniej wcale nie są jedynymi gośćmi… Tomasz i Natalia staną twarzą w twarz ze swoimi najgorszymi lękami – tylko po to, by przekonać się, że w obliczu prawdziwej grozy są one zaledwie dziecinną igraszką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 251

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (51 ocen)
14
19
9
8
1
Sortuj według:
MonikaKruszynska

Dobrze spędzony czas

Mam ostatnio nieustanną ochotę na horror, taki naprawdę straszny, okropny i przerażający. I nie mogę go znaleźć… Tym razem też nie jestem do końca zadowolona (czyli wystraszona). Owszem, horror był, ale za mało i za późno. Pierwsza połowa powieści jest trochę przegadana i mało straszna. Pierwszoosobowa narracja irytuje (tzn. mnie irytuje prawie zawsze, naprawdę nie jest łatwo napisać dobrze w 1 osobie), a główny bohater jest dziwny i nie do końca rozumiem jego postępowanie… Na szczęście w drugiej połowie zaczyna się dziać, jest krwiście, obrzydliwie i strasznie! Sama historia jest nieco banalna – oto dwójka bohaterów dziwnym zbiegiem okoliczności rzuca wszystko i jedzie w Bieszczady. Trafiają do pensjonatu, w którym dzieją się rzeczy niesłychane… Nie jest to arcydzieło, dla mnie to całkiem zgrabny horror, nieco przewidywalny i mało odkrywczy, ale za to krwawy i mięsisty (w drugiej połowie).
20
MariaWojtkowiak

Dobrze spędzony czas

Wieczór czytania. Lepsza pożywka dla wyobraźni niż film. Warto się oderwać od prozy życia.
20
rapaj

Nie oderwiesz się od lektury

fajny horror, który dobrze się czyta. Dobra książka.
10
Ringil

Nie oderwiesz się od lektury

Tomek, dwudziestotrzyletni bohater mierzy się z przeciwnościami świata. Ukończony kierunek studiów nie dających żadnej perspektywy , brak sytuowanych rodziców, związek, który się rozpada i utrata pracy. Można by rzecz lista problemów przeciętnego nastolatka, młodego człowieka wchodzącego w dorosłe życie, któremu przyjdzie przełknąć gorzką pigułkę zwaną dorosłością . Nieudany związek zmuszą Tomka do refleksji i walki z samym sobą. Walka z góry przegrana zmusza go do schowania dumy do kieszeni i powrotu do rodzinnego domu. Kapitulacja kieruje go na stację PKP , gdzie poznaje młodą dziewczynę o imieniu Natalia, która posługuje się ksywą „Denatka”. Mimo różnicy wieku bohaterowie nadają na jednej fali , Tomek ulega wbrew sobie i decyduje się na szaloną przygodę wspólnie z nastolatką. To zawsze lepsza perspektywa niż powrót do rodziców z podkulonym ogonem. Jak mówi słynne powiedzenie „ Rzuć Wszystko i jedź w Bieszczady „ zostaw za sobą wszystkie problemy. Nie inaczej los kieruje dwójkę bohat...
00
Pathusia

Z braku laku…

Fajny pomysł choć nie szczególnie oryginalny. jako powieść na jeden wieczór daje radę.
00

Popularność




Copyright © Wydawnictwo Dom Horroru, 2021

Dom Horroru

Gorlicka 66/26

51-314 Wrocław

Copyright © Marcin Majchrzak, Głód, 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Redakcja: Barbara Mikulska

Projekt okładki: Maciej Kamuda Art

Skład i łamanie: Sandra Gatt Osińska

Wydanie I 

ISBN: 978-83-66518-67-4

www.domhorroru.pl

facebook.com/domhorroru

instagram.com/domhorroru

Część pierwszaPodróż

Rozdział I

Kto to widział, żeby pierwszy śnieg spadał dopiero w lutym? Trochę późno, zdawałoby się, jak na manifestację zimy.

A może wcale nie późno? Może to taki nowy standard, że w świecie przeoranym globalnym ociepleniem śnieg spada dopiero w lutym? Pamiętałem czasy, gdy w Wigilię chodziło się na sanki, a z białego puchu lepiło bałwany, ale ostatnio coraz częściej te wspomnienia wydawały mi się dziwnie zakłamane. Jakby w ogóle nie należały do mnie, jakby były zaledwie przypadkowo zarejestrowanym fragmentem jakiegoś starego filmu.

Czyżby na tym właśnie polegały pierwsze oznaki starzenia się, że usilnie próbujesz porównywać własne reminiscencje do prawideł współczesności i nie znajdujesz zbyt wielu punktów wspólnych? Słowo daję, że w tej nowej rzeczywistości momentami czułem się bardziej jak gość niż jak pełnoprawny uczestnik wydarzeń.

Śnieg przykrył rozdrapane trzewia tego świata chłodną kołdrą, spod której nie wystawały już żadne okropieństwa, żadne rozkute bruki, dziury w asfalcie, żadne paczki po chrupkach, porozrzucane papiery i psie odchody. Stare pety, puszki i butelki w spokoju mogły gnić sobie pod warstwą puchu, a ja nie musiałem ich oglądać.

Dobrze dla mnie, bo przez całe życie mieniłem się człowiekiem estetycznie wrażliwym. Dlatego poszedłem na studia na ASP i nawet udało mi się je skończyć, choć z perspektywy czasu nie wydawało się to już takim poważnym osiągnięciem. Nie wspominając o praktycznych aspektach całej sprawy. Praktyczne aspekty całej sprawy były zaś takie, że człowiek musi jeść.

Po skończeniu studiów przez cztery miesiące szukałem pracy. Rozsyłałem wszędzie CV, ale efektem były jedynie narastająca frustracja i skrzynka mailowa powoli zapychająca się spamem. A potem, gdy już okazało się, że jedzenie jednak nie pojawia się samoistnie w lodówce, a czynsz to coś więcej niż rodzaj kabla do plejstejszyn, wylądowałem tam, gdzie duża część reszty absolwentów – w pośredniaku.

Było mi wstyd, nie powiem. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Nie taką wizję życia przedstawiały nam te nadęte pizdy w liceum, straszące łopatą i fabrykami, przed którymi uchronić nas miała jedynie dobrze zdana matura i magisterka na dokładkę. Zapieprzaliśmy więc, a przynajmniej ja zapieprzałem, a potem coś pomieszało mi się w głowie. Stwierdziłem, że pójdę na malarstwo, bo nic innego w życiu nie dawało mi takiej frajdy. W amerykańskich filmach mówili, żeby zawsze iść za głosem serca, a wtedy wszystko będzie dobrze i cały świat będzie się do nas uśmiechał, rzucając płatki róż pod nogi.

Kłamali. Może gdybym miał w życiu kogoś, kto w porę trzepnąłby mnie w łeb i powiedział, że malarstwo to nie jest najlepszy wybór kariery, jak się nie ma tatusia w zarządzie spółki państwowej i matki w dobrej kancelarii – to bym się opamiętał. Ale to jak w tym słynnym powiedzeniu o biedzie:

Czemuś biedny? Boś głupi. A czemuś głupi? Boś biedny.

Dlatego rodzice też, na dobrą sprawę, nie mogli świecić dla mnie przykładem i w skomplikowanych meandrach wyboru ścieżki kariery orientowali się jeszcze gorzej ode mnie, czyli wcale. Uosabiali sobą to, przed czym ostrzegały nas nauczycielki ze szkoły średniej. O jakichkolwiek studiach wiedzieli co najwyżej tyle, że istnieją, więc nie mogę mieć im niczego za złe. Bieda rodzi biedę. Dlatego wracamy do pośredniaka.

Tam zaoferowali mi do tej pory stanowiska w sortowni śmieci i na produkcji plastikowych butelek. Chyba już się pochwaliłem, że jestem estetycznie wrażliwy, więc dwa razy pokazałem urzędasom środkowy palec. Oni w zamian pokazali mi dokumenty, z których wynikało, że jak po raz kolejny odrzucę ofertę pracy, to mi każą spierdalać i pożegnać się z pięcioma stówami miesięcznie, dzięki którym mnie i moją dziewczynę stać było jeszcze na żarcie z półki z przecenami. Rozumiecie powagę sytuacji, prawda? Gdy więc pojawiła się kolejna opcja na robotę – staż na magazynie za minimalną krajową – przyjąłem z pocałowaniem rączki.

Od tamtej pory przerzucam butelki z wódką w kartonowych pudłach. Dwadzieścia cztery pudła na paletę, dziewięćdziesiąt sześć na godzinę, siedemset sześćdziesiąt osiem na dzień. Dzięki temu dorobiłem się nie byle jakich bicepsów i pierwszych oznak zwyrodnienia kręgosłupa. No ale, jak już wspomniałem, człowiek musi jeść.

* * *

Stałem na przystanku, masowałem obolałe plecy i gapiłem się na powoli rosnący na asfalcie biały dywan. Po wyjściu z roboty marzyłem już tylko o dwóch rzeczach: o prysznicu i o łóżku.

W końcu podjechał żółty autobus z naklejonym zielonym jamnikiem, a ja wszedłem do środka, chuchając na dłonie. Rozgościłem się na miejscu zaraz za przegubem. I znów przez lasy, pola, kręte wiejskie drogi, potem małe miasteczka, blokowiska opuszczone przez Boga i ludzi. Żółty bus na każdym wirażu skrzeczał jak stare łóżko, jak zarzynane zwierzę. Na kanapie z tyłu trzech facetów walczyło o butelkę taniej wódki, przekrzykując się wzajemnie. Wyrywali ją sobie z rąk brudnymi pazurami.

Śląsk.

Śląsk to stan umysłu. Jestem przekonany, że gdzieś tutaj, głęboko pod powierzchnią, znajduje się wielkie czarne serce. To serce pompuje równie czarną krew, która obmywa całą krainę, dostaje się podziemnymi arteriami w każdy najdrobniejszy zakątek ziemi, pulsuje plugawym rytmem, wtłacza mroczną energię w ciała mieszkańców. Od tej brudnej posoki niektórzy zdążyli już zatracić ludzkie cechy, bardziej przypominają teraz drążące podziemne korytarze koboldy. Na przestrzeni wieków Ślązacy byli posiadani i wykorzystywani przez trzy nacje, wyrywani z rąk do rąk jak ta butelka wódki na tyłach autobusu. Potwornie skrzywdzony naród i potwornie skrzywdzone miejsce.

Nie da się go pomylić z żadnym innym. Obserwowałem przez okno mijane bloki i niskie ceglane domy, osiedla familoków poprzecinane wąskimi uliczkami. Gdzieniegdzie na rogu pojawiał się mały sklep. „U Bożenki” albo „U Jadzi”, bez różnicy, wszystkie wyglądały tak samo ze swoimi zakratowanymi oknami, przewróconym śmietnikiem i stałym gronem pochylonych nad puszkami bywalców.

Ekipa z tyłu autobusu upiła się już dokumentnie, absolutnie i doszczętnie. Wnioskując po dobiegających stamtąd zapachach, potrafiłem stwierdzić, że przynajmniej jeden z nich ulżył sobie w spodnie. Na szczęście wytoczyli się na kolejnym przystanku, zdjęci resztkami poczucia godności lub może raczej kolejnym napadem pijackiej sraczki.

Na ich miejsce wskoczyła grupa rozwrzeszczanych dzieciaków z energetykami w dłoniach. Każdy z nich w drugiej ręce trzymał telefon; gromadnie puszczali sobie patostreamerów z YouTube’a i jakieś idiotyczne piosenki o narkotykach i nie sprzedawaniu ziomków na komisariacie. Kurwy i chuje latały teraz nawet częściej i gęściej niż przed chwilą, tyle tylko że tym razem dobiegały z małych głośniczków i kwitowane były za każdym razem wybuchami śmiechu. Smród wódki i szczyn zastąpił kwaśny odór nastoletniego potu, przyprawiony cukierkowym zapachem rozlanych na podłogę energetyków.

Droga była pełna dziur, autobus wił się więc po niej niczym gigantyczny stalowy wąż, omijając co większe otwory w asfalcie. Po kilku minutach zostawiliśmy za sobą małe miasteczka, wyjechaliśmy w pusty teren, na którym tylko od czasu do czasu kierowca zatrzymywał się przy pozbawionym wiaty przystanku. Niekiedy nawet nie miałem pewności, że w istocie jest to przystanek. Dopiero po dokładniejszej inspekcji dało się zauważyć wystającą z ziemi, uciętą rurkę, która kiedyś mogła być stojącym tu znakiem z rozkładem jazdy, dawno temu zamienionym na kilka miedziaków w miejscowym skupie złomu.

Na każdym z tych postojów do autobusu wsiadały kolejne osoby. Z reguły pojedynczo, jakby były ostatnimi przedstawicielami ludzkiego gatunku w swoich małych, zabitych dechami wioskach.

Wkrótce potem okolica znów zmieniła się na nieco bardziej zurbanizowaną, a na horyzoncie zamajaczył także i mój przystanek. Wygrzebałem się ze swojego siedzenia – jakaś stojąca obok stara kobieta nie omieszkała zwyzywać mnie pod nosem – i ruszyłem do domu lub może raczej miejsca, które nazywałem domem z racji braku lepszych określeń w ubogim słowniku.

– Cześć – rzuciłem jeszcze na progu, zanim na dobre udało mi się pozbyć niewygodnego roboczego obuwia z twardymi noskami.

– Jak w pracy?

Magda siedziała przed komputerem, przeglądała jedną z miliona stron z internetowymi memami; scroll, scroll, scroll.

– Chujowo, a jak miało być?

– Chcesz coś do żarcia?

– No.

– To sobie zrób.

Kochana dziewczyna.

Przez chwilę przyglądałem się jej plecom, zasłaniającym większość ekranu laptopa. Stałem w przedpokoju, pokryty zasychającą skorupą brudu i pyłu, gapiąc się na plecy Magdy niczym najbardziej obrzydliwy czubek i zboczeniec. Musiała coś wyczuć – nie tak trudno znowu zorientować się, że ktoś wierci nam spojrzeniem dziurę – odwróciła się więc i zapytała:

– Co? Coś nie tak? Coś się stało?

– Nic, tak tylko… Odpoczywam – wyjęczałem i skierowałem kroki do łazienki, gdzie zrzuciłem z siebie przepocone robocze ubranie, które powoli zaczynało cuchnąć popsutym mięsem.

Pod prysznicem zwaliłem sobie dwa razy, za każdym razem myśląc o dziewczynach innych niż ta, która siedziała za ścianą. Nie muszę chyba elaborować na temat tego, że układa nam się ostatnio raczej kiepsko, prawda?

Wiem, że ją zawiodłem. Gdy poznaliśmy się dwa lata temu, nie wracałem do domu w roboczych ciuchach i nie śmierdziałem kurzem i wódką, a przynajmniej nie codziennie. Wpadało trochę kasy od rodziców, trochę ze stypendium, jeszcze trochę za fuchy na boku. Wówczas jeszcze nie mieszkaliśmy razem, a gdy nie przebywa się z kimś nieustannie w jednym niewielkim pomieszczeniu, to nieco łatwiej zachować pozory. Pozory, że jest się fajnym, luźnym gościem, któremu wszystko przychodzi z łatwością.

Ostatnie miesiące wszystko boleśnie zweryfikowały. Mnie zweryfikowały. Już nie byłem taki wyluzowany, przeciwnie, ostatnio chodziłem spięty, obolały i słaniający się jak stary dziad. Kto nie przerzucił w ciągu dnia pięciu ton towaru, ten nigdy nie zrozumie, o czym mowa, więc nie ma nawet sensu tłumaczyć.

Magda miała prawo czuć się zawiedziona tą niezbyt dobrą inwestycją, dlatego w ogóle jej się nie dziwiłem, że ostatnio całe dnie spędza wgapiona w monitor, jedynie z rzadka zaszczycając mnie zdaniem składającym się z więcej niż trzech wyrazów. Jakby od razu związała się z robolem-profesjonalistą, to wyszłoby na to samo, a nie musiałaby się szczypać o pieniądze.

Wiem, że gdybym zdobył trochę kasy, wszystko wyglądałoby inaczej. Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają, a miłość nie wybiera i takie tam pierdolety, ale po paru miesiącach miłość przestaje być tak szaleńczo głupia i zaczyna wymagać, tym bardziej gdy prostokątne pudełko z dostępem do Internetu co rusz pokazuje nam jako punkt odniesienia szczęśliwych ludzi pijących kolorowe drinki na jachtach.

Ja zresztą też zacząłem zauważać, że Magda się zmienia. Przed chwilą, gdy wgapiałem jej się w plecy, podświadomie dokonywałem pomiarów. Trochę jej się przez ostatnie miesiące urosło. Kiedyś była szczuplejsza, bardziej gibka, bardziej opalona. Teraz, gdy patrzyłem na jej blade, obciążone zbędnymi kilogramami ciało, nie mogłem powstrzymać nasuwających się skojarzeń z jakimś morskim stworzeniem. Manatem, morświnem czy inną białuchą. Proces transformacji już się rozpoczął, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Teraz będzie coraz gorzej. Czasem, gdy przypadkowo udało mi się zobaczyć Magdę nago, z przerażenia natychmiast odwracałem wzrok, jakby widok jej sylwetki miał wypalić mi dziury w mózgu lub zamienić w kamień jak po spojrzeniu na grecką Meduzę.

Po wyjściu spod prysznica skierowałem się od razu do łóżka. Dochodziła osiemnasta, za oknem dawno już zrobiło się ciemno. Byłem głodny, ale nie dość głodny, by nadwyrężać plecy kolejnymi minutami stania w kuchni. Słuchałem spod kołdry, jak Magda klika w klawiaturę: click, clack, click, scroll, scroll.

Mantra internetowego uzależnienia. Słuchając jej, odpłynąłem w niebyt. Kilka godzin później przebudziłem się na moment, czując ruch na materacu. Magda weszła do łóżka z drugiej strony. Nie odezwała się, po prostu odwróciła do mnie plecami i zasnęła.

* * *

Jeszcze przed świtem obudziłem się z takim bólem kręgosłupa, że byłbym się pewnie rozpłakał, gdyby nie fakt, że wypadał akurat piątek i perspektywa wolnego od noszenia butelek z wódką weekendu nieco poprawiła mi humor.

Rano zawsze miałem problemy z jedzeniem – od razu chciało mi się rzygać, gdy tylko przełknąłem cokolwiek innego niż łyk kawy – ale wmusiłem w siebie dwie kanapki z szynką, żeby nie zemdleć w robocie lub po prostu nie zdechnąć na palecie, nawet jeśli ostatnia opcja wydawała mi się momentami wyjątkowo kusząca. Gdy wychodziłem, Magda jeszcze spała. Obudzi się pewnie około dziesiątej i pójdzie na parę godzin do roboty w lokalnej kawiarni, gdzie na napiwkach niejednokrotnie wyciągała więcej, niż ja przy przerzucaniu ważących tony kartonów. Pieprzyć takie życie.

Śnieg zdążył już stopnieć, ukazując w pełnej krasie szpetotę krajobrazu, który nieodłącznie kojarzył mi się z ekshumowanymi zwłokami. Ubrany w robocze ciuchy wsiadłem do autobusu, czując na sobie krytyczne spojrzenia nastolatków, słysząc ich urwane śmiechy. Brzydzili się mną. Brzydzili się mną, bo moje ubrania śmierdziały jeszcze wczorajszą zmianą, ale nie tylko dlatego. Brzydzili się mną również dla zasady, jako kimś z niższej warstwy społecznej, potencjalnym kretynem i menelem. Miałem ochotę złapać ich za te wypięknione mordy; za te elegancko ułożone fryzury; za te pierdolone ubranka z napisem Supreme, kupione za wypłatę tatusia, po czym wykrzyczeć im wszystkim w twarz: „Jestem magistrem malarstwa, wy ludzkie śmiecie!”, a potem dodać: „Wy też tak skończycie, wyżelowane pizdy, więc nie ma się z czego śmiać”. Jednocześnie wiedziałem, że wcale tak nie skończą, a przynajmniej nie większość z nich. Jeśli ich rodziców było stać na Supreme albo Vetements, to nie musieli obawiać się kariery na produkcji.

Zakład, w którym pracowałem – broniłem się rękami i nogami przed pomyśleniem o nim, jako o moim zakładzie pracy – stał na uboczu, nieopodal rzeki, w specjalnej strefie wydzielonej na mapie miasta; robotniczym getcie, ogrodzonym z każdej strony wysokim płotem. Był gigantyczną stalową halą, w której zimą temperatura spadała do ledwie kilku stopni Celsjusza powyżej zera. Podejrzewałem, że latem sprawa ma się dokładnie na odwrót i hala zamienia się w szklarnię. Ogrzewania ani klimatyzacji nie zamontowano, najwyraźniej wychodząc założenia, że byłby to zbędny luksus, być może pierwszy kamień milowy na drodze do potraktowania pracowników jak ludzi, czego zarząd starał się unikać jak diabeł wody święconej.

Nieco na lewo od wejścia na teren przedsiębiorstwa, w betonowej zatoczce, gdzie składowano śmieci i specjalne wózki do ich wywozu, postawiono także wiatę dla palaczy. Kilkanaście osób cisnęło się tam, przytulało do siebie jak pingwiny podczas zamieci. Wysupłałem z paczki przedostatniego papierosa i dołączyłem do grupy. Praca zaczynała się za piętnaście minut, miałem więc jeszcze trochę czasu na odbicie karty i stawienie się przy linii produkcyjnej.

Dzisiaj dominującym tematem był nadchodzący weekend – jak co piątek – i wynik jakiegoś meczu, który obchodził mnie mniej niż… mógłbym powiedzieć, że zeszłoroczny śnieg, ale w zeszłym roku też zbytnio nie padało. W tłumie zauważyłem Joannę, jedną z liderek. Na moje nieszczęście ona też mnie dostrzegła.

Joanna to jedna z tych osób, które darzyłem nieskończoną niechęcią, a wbrew pozorom wcale nie ma takich ludzi wielu. Była niską blondynką z krótko obciętymi włosami, która całe życie spędziła w zakładzie, dorabiając się stanowiska liniowej. Nie grzeszyła intelektem, ale gdy chodziło o złośliwość, nieustępliwość i ślepą nienawiść do wszystkiego, co wymykało się jej zrozumieniu, Joanna wiodła absolutny prym. Kojarzyła mi się z wypuszczonym z klatki pitbullem, głodzonym, bitym i przygotowywanym do walki przez sadystycznego opiekuna; lepiej: sama była tym opiekunem, szturchającym psa długim kijem, gdy ten chociaż na chwilę spuścił łeb i zamknął oczy.

Naszą trwającą dwa tygodnie relację przepełniła obustronna niechęć tak skrajna, że aż niemal nie do wyobrażenia. Kojarzycie to zdjęcie, na którym Joseph Goebbels wpatruje się w obiektyw trzymany przez żydowskiego fotografa, Alfreda Eisenstaedta? Gdyby ktoś sfotografował sposób, w jaki Joanna patrzyła na mnie – a ja na nią – wyglądałoby to niemal identycznie. Nieustannie czekała na okazję, by się mnie pozbyć lub chociaż upokorzyć, ja zaś permanentnie szukałem możliwości zrobienia jej na złość.

Nasze charaktery jak gdyby stworzono do wzajemnej nienawiści. Ja byłem indywidualistą, ona pragnęła podporządkowania sobie każdej żyjącej istoty. Miała nade mną przewagę wynikającą ze stanowiska i uwielbiała to zaznaczać przy dowolnej nadarzającej się okazji. Gdy przerywałem na chwilę pracę, bo pot zalewał mi oczy, a płuca nie wyrabiały już ze śmiercionośnym tempem przerzucania butelek, Joanna natychmiast pojawiała się obok, krzycząc: „szybciej, szybciej!” i nie miałem innego wyjścia jak podwoić wysiłki.

– Chodź no tu na chwilę. – Joanna pokazała palcem, aby nie było żadnej wątpliwości, że chodzi o mnie.

Posłusznie podszedłem, zaciskając pięści w kieszeniach. Pewnego dnia, marzyłem, urwę jej głowę. Urwę jej łeb i nasram do środka.

– Dzisiaj robisz na oblepiarce – nakazała, a ja posłusznie kiwnąłem głową. Było mi wszystko jedno. Zamiana jednego piekła na drugie nie miała znaczenia; jedyna różnica dotyczyła tego, które partie mięśni będą boleć bardziej po zaangażowaniu ich w tę nieludzką robotę.

Odbiliśmy zakładowe karty, a przed pracą poszedłem się jeszcze wysrać, bo jak co rano zjadał mnie stres, od którego jelita przewracały się na nice. Gdy wszedłem do kabiny, zorientowałem się, że nie jestem w toalecie sam. Ktoś był obok. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk przeszukiwania kieszeni i sam nie wiem, dlaczego wspiąłem się na brudny sracz, by zobaczyć, kto zajmuje przyległą kabinę.

Z góry dostrzegłem Majkela, bo taką miał ksywkę, nachylającego się nad deską, na której rozsypał sobie kreskę białego proszku. Majkel miał prezencję faceta żywcem wyjętego z filmu o gangsterach. Łysy, niskie czoło, tatuaż z tribalem za uchem. Nie chciałbym z tym typem spotkać się wieczorem w ciemnej uliczce.

Niemniej jego widok tak mnie zaskoczył, że straciłem równowagę, zakołysałem się niebezpiecznie.

Majkel od razu zauważył, że jest obserwowany. Poderwał się, złapał mnie za rękę, którą przerzuciłem przez ścianę działową.

– Co ty robisz, gościu? – zapytał grzecznie. – Wypierdolić ci w ten głupi łeb?

– Nie no, spoko, sorry, nie chciałem. Nic nikomu nie powiem – zacząłem się tłumaczyć.

– No ja myślę. Chcesz szczura? – Pokazał na kreskę. Nastrój zmienił mu się momentalnie w ciągu sekundy.

– Nie, dzięki.

– Co? Nie chcesz? Pizda jesteś?

– Chyba tak – przyznałem. – Nie biorę.

Nie była to do końca prawda. Na studiach wciągałem tyle białych kresek, że do dzisiaj moje zatoki sporadycznie wybuchały bólem i tryskały krwią.

– Już nie biorę – poprawiłem się.

– Chuj, jak tam chcesz. Ale jak mnie sprzedasz, to będziesz klepany.

– Spoko, nic nie powiem – przysiągłem, stojąc na sraczu.

Potem poczekałem, aż Majkel wyjdzie, zrobiłem swoje, umyłem ręce nad umywalką, w której na zmianę leciała lodowata woda i wrzątek, i w sam raz zdążyłem na rozpoczęcie pracy.

Wewnątrz, to jest na hali, jak zwykle śmierdziało alkoholem i potem. Posłusznie ustawiłem się w linii prowadzącej do oblepiarki, czyli maszyny drukującej etykiety na butelki. Zadaniem pracującej tu ekipy było jak najszybsze porywanie wydrukowanych etykiet i naklejanie ich na pędzące po taśmie butle. Wydawało się, że to robota lepsza niż dźwiganie kartonów na palety.

Wydawało się.

Po godzinie moje dłonie były w całości pokryte pęcherzami, skaleczeniami i klejem, a utrzymywanie zawrotnego tempa sprawiało, że ścięgna i kości palców pulsowały bólem. Po kolejnych trzech godzinach praktycznie nie wiedziałem już, gdzie jestem. Gdy ogłoszono przerwę obiadową, nie byłem w stanie wyciągnąć z plecaka zupy w plastikowym pojemniku, nie mówiąc już o utrzymaniu w dłoni dołączonej do niej łyżki, więc darowałem sobie posiłek.

Zastanawiałem się, jakim cudem ludzie są w stanie wytrzymać to tempo, odpowiedź przyszła jednak sama: nie są. Gdy po przerwie ponownie podjąłem pracę i rozejrzałem się po sali, okazało się, że pracują tu dziś zupełnie inni ludzie niż jeszcze wczoraj. Dopiero teraz mnie oświeciło. W tym piekle rotacja była tak duża, że praktycznie codziennie pojawiało się nowe ludzkie mięso. W poprzednim tygodniu nie zwróciłem na to uwagi, bo niemal nieustannie byłem zbyt wykończony robotą na paletach, żeby rozglądać się po hali. Teraz, gdy pracowałem, stojąc w miejscu, dotarło do mnie, że nie poznaję większości z tych ludzi. A więc tak to działa. Niekończący się dopływ świeżej krwi. Ciekawe, czy nie zostałem przypadkiem rekordzistą, jeśli chodzi o staż pracy wynoszący w moim przypadku dwa tygodnie.

Zamyśliłem się, nie skoordynowałem ruchów. To wystarczyło.

Butelki posypały się, jedna za drugą, jak domino. Najpierw każda z nich położyła się na linii, a potem, wiedzione siłą odśrodkową, zaczęły wypadać z taśmy jak szklane pociski. Jedna, druga, trzecia, dziesiąta; zanim znalazłem przycisk zatrzymujący maszynę, na podłodze leżało już ponad tuzin flaszek. Dodatkowo, gdy linia nagle stanęła, fizyka znów zadziałała, posyłając w powietrze te butelki, które jeszcze znajdowały się w obrębie pasów.

Smród wódki był obezwładniający.

Joanna dobiegła do mnie szybciej, niż zdążyłbym chociażby schylić się po kawałek szkła.

– Co ty robisz? To jest żałosne, po prostu porażka. Co jeden z urzędu pracy to głupszy.

– Ja… – zacząłem się tłumaczyć, ale nie było mi dane powiedzieć niczego więcej.

Liderka wyczuła krew.

– Wszystko to pozbierasz i wyrzucisz! Potrącimy ci z pensji za każdą z tych butelek – ostrzegła, choć wiedziałem, że blefuje.

– Wyrzucę.

– No to do roboty. Gdzie masz miotłę? Już! Podłoga ma błyszczeć.

– Już się błyszczy – rzuciłem od niechcenia, patrząc na kałużę wódki.

– Co powiedziałeś?

– Już się błyszczy – powtórzyłem, sam nie wiedząc dlaczego.

Coraz więcej osób gapiło się na nas. Gdzieś z drugiej linii, która na moment przerwała pracę, dobiegł mnie czyjś głos:

– Te, magister, a wiesz, jak się robi miotłą?

Zaraz za nim poszła fala śmiechów.

Liderka stała zdenerwowana; nie, nie była zdenerwowana, była po prostu wkurwiona. Jednym okiem łypała na mnie groźnie, drugim wertowała listę z obowiązkami do wykonania na dziś. Liczyła szkody. Wiedziała już, że utrata tuzina butelek i zatrzymanie pracy choć na moment będzie oznaczało spadek w statystykach.

Właściwie to zaczęło mnie to nawet bawić. Zignorowałem uwagę o magistrze i poszedłem szukać miotły, powoli, żeby zrobić Joannie na złość.

– Szybciej! – rzuciła za moimi plecami, a ja ruszyłem truchtem do schowka.

Oblepiarka ruszyła pół godziny później.

Pod koniec zmiany, gdy pakowałem swoje rzeczy i odbijałem kartę na czytniku, zagadał do mnie uśmiechnięty facet w koszuli i krawacie, który pośród ubrudzonych, pokrytych kurzem i pyłem robotników, wyglądał jakby urwał się z zupełnie innej bajki.

– Pan Tomasz B[…]? – zapytał, zasłaniając się kwestionariuszem.

– Tak – potwierdziłem, wiedząc już, co się kroi.

– Usiądźmy może tutaj. – Wskazał stolik w kantynie, znajdujący się za szybą z pleksiglasu.

Podążyłem za nim do jadalni. Trzeba było mu przyznać, że nie owijał sprawy w bawełnę:

– No niestety, ale chyba się rozstaniemy. Nie musi pan przychodzić do pracy w poniedziałek.

– Nie muszę, czy nie mogę? – zapytałem, szczerząc się głupkowato.

– Nie powinien pan. Zdecydowaliśmy się rozwiązać umowę.

– Kto zdecydował? – pytałem jedynie po to, żeby przeciągnąć tę rozmowę. Byłem pewien, że się z tego nie wykaraskam. Zresztą w ogóle mi nie zależało. Oczami wyobraźni widziałem już, jak ściągam z siebie robocze ciuchy i wrzucam je do kosza.

– Dział haer.

– Dział haer może mnie pocałować w dupę.

Sam siebie zaskoczyłem. Na dobrą sprawę nie miałem pojęcia, dlaczego akurat to powiedziałem.

– No skoro tak, to może pan zostawić identyfikator.

– Mogę czy muszę?

– Musi pan.

– Ojej. No dobra.

Wyciągnąłem identyfikator i podsunąłem facetowi w koszuli – tylko po to, żeby zaraz zabrać go z powrotem i wyrzucić za siebie.

– Nie musi się pan zachowywać jak dziecko. – Mężczyzna uśmiechnął się zażenowany.

Ja też byłem zażenowany i sam nie wiem, czy bardziej swoim zachowaniem, czy tą rozmową i całą sytuacją, w której się znalazłem.

– Nie muszę, czy nie mogę? – Po raz kolejny zagrałem tą samą kartą, ale pracownik z działu haer już się nie odezwał.

Siedział tylko i wpatrywał się we mnie z ironicznym uśmieszkiem.

– Coś wam powiem – zacząłem. – Jesteście gnidy, a nie ludzie. Codziennie rotacja, codziennie drenowanie pracowników ponad siły, żeby karmić bożka pieniądza. Gdyby ten kutas na samej górze, jakkolwiek się nazywa, nie był idiotą, to by wiedział, że taka organizacja pracy się nie sprawdza. W tym zasranym kraju nikt nie potrafi myśleć. Jakbyście w tym całym haer wiedzieli, czym tak naprawdę się zajmujecie, to traktowalibyście ludzi lepiej.

– Skończył pan?

– Skończył. Wy też się skończycie, prędzej czy później – powiedziałem, wstając od stołu.

Opuściłem kantynę, porywając ze sobą jedynie plecak i butelkę wody, bezczelnie ukradzioną na oczach krawaciarza.

Odpaliłem ostatniego papierosa w drodze do bramy, nie zważając na porozwieszane wszędzie zakazy palenia. Z budki dla palaczy, którą teraz miałem za plecami, dobiegł mnie głos tego samego faceta, który wcześniej próbował mnie sprowokować na hali:

– Te, magister! Wyjebali cię? Miotłą nie umiałeś machać? Co teraz będziesz robił?

Nie odwracając się nawet, odkrzyknąłem:

– Idę do twojej starej, będę ją ruchał za pieniądze!

Wyszedłem przed bramę; przystanek znajdował się jakieś dwieście metrów dalej. Ruszyłem do domu. Powłóczyłem nogami, zastanawiając się, co powiem Magdzie. Lepiej: co Magda powie mi, gdy już ją zapoznam z faktem utraty pracy.

Może gdybym nie był tak zamyślony, usłyszałbym, że ktoś biegnie za mną. Może zdążyłbym się odwrócić, ale nie zdążyłem.

Cios nadszedł od tyłu i trochę z boku, trafiając mnie prosto w łuk brwiowy. Momentalnie poczułem, że krew zalewa mi twarz. Facet za mną nie czekał, aż się ocknę. Kilka kolejnych ciosów spadło na nos i szczękę, a gdy upadłem, do kolekcji doszedł szereg kopnięć po żebrach. Butem z metalowym noskiem. Bolało jak jasna cholera, ale jedyne, co mogłem zrobić, to przybrać pozycję embrionalną. Głowę schowałem między ramionami. Tamtemu już jednak znudziło się walenie we mnie jak w worek treningowy, a może po prostu wiedział, że jeszcze kilka kopnięć i będzie musiał się tłumaczyć z zabójstwa. Dla mnie było bez różnicy, po prostu leżałem na asfalcie, wyobrażając sobie, że tak naprawdę leżę w łóżku. Szereg ciosów bolał, ale przyjemnie odwracał uwagę od przemęczonego kręgosłupa, który momentalnie boleć przestał.

(...)

MARCIN MAJCHRZAK

Urodził się w 1990 roku w Tarnowskich Górach, obecnie wciąż cieleśnie i mentalnie związany ze Śląskiem, gdzie mieszka, pracuje i tworzy. To właśnie Górny Śląsk, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, obudził w nim literacki i pozaliteracki pesymizm. Debiutował powieścią Stacja, wydaną nakładem wydawnictwa Dom Horroru, w 2021 roku ukazała się kolejna jego powieść z gatunku horroru – Głód. Wielokrotnie publikował w polskich czasopismach związanych z fantastyką i horrorem. W chwilach wolnych od twórczości literackiej funkcjonuje jako fotograf-amator, kiper tanich trunków i balkonowy ogrodnik.

Spis treści

Część pierwsza. Podróż

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Część druga. Rzeź

Rozdział VI

Rozdział VII

Epilog

O autorze

Punkty orientacyjne

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Kolofon