Wydawca: Replika Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 596 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Głód - Graham Masterton

Nietuzinkowy pomysł, sugestywne opisy i apokaliptyczna wizja końca USA w najpopularniejszym thrillerze katastroficznym Grahama Mastertona!

Ed Hardesty jest właścicielem gigantycznej farmy w Kansas. Niezmierzone połacie pszenicy, które zgodnie z przeznaczeniem miały zamienić się w czysty zysk i uczynić farmera bogatym, dotyka tajemnicza zaraza. Desperackie próby jej zwalczenia kończą się fiaskiem.

Podobne problemy występują w całych Stanach Zjednoczonych. Zboża, warzywa, owoce zostają skażone. Najpotężniejszy naród na świecie z dnia na dzień staje przed widmem głodu, który sprawia, że ludzie wyzbywają się cech ludzkich, zastępując je pierwotnymi instynktami przeżycia, najmroczniejszymi żądzami i przemocą.

Opinie o ebooku Głód - Graham Masterton

Fragment ebooka Głód - Graham Masterton

Nakładem Wydawnictwa Replika ukazały się

następujące książki Grahama Mastertona:

Kandydat z piekła

Dom kości

Krzywa Sweetmana

Niewinna krew

Trauma

Geniusz

Niemy strach

Trans śmierci

Dziecko ciemności

Rook

Sekta

Potomek

Sissy Sawyer. Przepowiednia

Aniołowie chaosu

Polecamy również:

Dziedzictwo Manitou

Graham Masterton i polscy autorzy

(antologia dedykowana G. Mastertonowi)

Tytuł oryginału

FAMINE

Copyright © Graham Masterton 1981

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Joanna Pawłowska

Magdalena Paluch

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Tłumaczenie wstępu

Magdalena Paluch

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-818-4

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Przesyt szkodzi zdrowiu, tak samo jak niedosyt

Shakespeare, Kupiec wenecki

GŁÓD WŁADZY

Jest wiele różnych sposobów, by sprawić, aby kraj wroga padł na kolana. W obecnych czasach nie potrzeba do tego bomby. Można zhakować komputery, zamknąć linie lotnicze, odciąć sieć telekomunikacyjną, energetyczną oraz systemy obronne. Można poprowadzić wybory prezydenckie danego kraju tak, by mieć pewność, że osoba, którą chce się zmanipulować, zostanie głową państwa.

Są również inne sposoby. Można zanieczyszczać rzeki oraz zbiorniki wodne. Można rozprzestrzeniać zaraźliwe choroby, na które nie ma skutecznego lekarstwa, jak ebola lub gorączka dengi, a także można zainfekować zwierzęta – jeszcze w łańcuchu pokarmowym – salmonellą, kampylobakteriozą lub wąglikiem. Oraz, oczywiście, można sprowadzić na kraj wroga klęskę głodową, niszcząc najważniejsze uprawy i tym samym doprowadzić do poddania się.

Wielki Głód w Irlandii (choroba ziemniaka) z 1845 roku nie był spowodowany umyślnie. Dopiero niedawno odkryto, że zaraza, pierwotniak grzybopodobny, została przywleczona z Ameryki i sprawiła, że w Irlandii zaczęły wysychać plony ziemniaków. Z tego powodu ponad milion Irlandczyków zmarło z głodu lub choroby, a kilka tysięcy z nich zostało zmuszonych do emigracji, co sprawiło, że Irlandia była pod panowaniem Anglii dużo dłużej niż musiała.

Katastrofalne skutki nieurodzaju zdarzały się również w innych krajach: niektóre spowodowane były przez susze, powodzie lub choroby, pozostałe wiązały się z politycznym fanatyzmem.

W 1888 roku w Etiopii choroba księgosuszu zabiła dziewięćdziesiąt procent całego stada bydła krajowego, a jedna trzecia ludności umarła z głodu. W Ugandzie, jeszcze nie tak dawno temu, bo w 1980 roku, z głodu zmarło dwadzieścia jeden procent populacji tego kraju, w tym sześćdziesiąt procent to dzieci.

Prawdopodobnie najgorszą epidemią głodu w ciągu całej naszej historii była ta, której sprawcą był chiński komunistyczny przywódca Mao Zedong i mająca podłoże polityczne. Jego „Wielki skok naprzód” pomiędzy 1958 a 1963 rokiem był katastrofalną próbą przekształcenia Chin z gospodarki rolnej na gospodarkę przemysłową w ciągu zaledwie kilku lat, co doprowadziło kraj do klęski głodowej. Do tej pory nie wiadomo, ilu Chińczyków wtedy zmarło, ale szacuje się, że było to pięćdziesiąt pięć milionów osób.

Nawet mieszkańcy najbardziej wydajnych i odnoszących sukcesy państw muszą jeść. Wyobraź sobie, że idziesz jutro do swojej osiedlowej Żabki, a tu wszystkie półki są puste. Zero mięsa, ryb, warzyw, ani jednego bochenka chleba. Wyobraź sobie, że każda restauracja i każda kawiarnia w twoim mieście została zamknięta, ponieważ bez odpowiednich produktów nie jest w stanie ci nic sprzedać. Żadnego Chłopskiego Jadła, Sphinxa, nawet McDonald’sa!

Jak myślisz, jak długo będziesz w stanie przetrwać? W Afryce, w jednym z krajów dotkniętych głodem, mieszkańcy nazywają ten czas „latami jedzenia ubrań”.

Zatem witaj w świecie, gdzie wszystko, co do tej pory brałeś za pewnik, zniknęło. W świecie, w którym nie masz pojęcia, kiedy będziesz mógł znów coś zjeść. Dlatego przegryź coś, zanim zaczniesz czytać tę książkę, ponieważ właśnie wchodzisz do świata ogarniętego głodem…

Graham Masterton, 2017

KSIĘGA PIERWSZA

ROZDZIAŁ I

Przemierzał akurat wyłożony czerwonym asfaltem podwórzec przed budynkiem farmy, gdy usłyszał dźwięk samochodowego klaksonu, dobiegający od północno-zachodniej bramy. Końskie siodło, które dźwigał, przełożył do prawej ręki, a lewą uniósł do oczu, aby osłonić je przed drażniącymi, szkarłatnymi promieniami zachodzącego słońca. W jego kierunku zmierzał jeep wagoneer, ciągnąc za sobą tumany kurzu. Ktokolwiek siedział za jego kierownicą, w sposób oczywisty lekceważył ograniczenie prędkości, wynoszące na całym terenie South Burlington Farm 5 mil na godzinę.

Kiedy jeep zatrzymał się przy nim z piskiem hamulców i opon trących asfalt, odłożył siodło na ziemię. Drzwi samochodu otworzyły się i wyskoczył przez nie Willard Noakes, człowiek, który na farmie odpowiadał za zbiory wszystkich zbóż. Opuścił jeepa tak szybko, jakby samochód zaraz miał eksplodować. Był jednym z tych chudych, gwałtownych, wiecznie niezadowolonych młodych ludzi, którzy – jak się wydaje – nigdy nie śpią, zajęci coraz to nowymi celami i zadaniami. Season porównała go kiedyś do sztyletu używanego przez armię szwajcarską. „Facet jest tak ruchliwy, jakby miał po kilka par rąk i nóg. Potrafi jednocześnie otwierać drzwi, zapalać papierosa, wywrócić filiżankę z kawą, przy tym wszystkim ani nachwilę nie przerywając drapania się po głowie” – mówiła, śmiejąc się.

Ale teraz w zachowaniu Willarda nie było nic zabawnego. Jego koścista, opalona twarz była brudna i zakurzona; kurz wyraźnie pokrywał jego wąsy, przywodzące na myśl morsa.

– Ed, wsiadaj do jeepa i jedź ze mną, szybko – powiedział. – Naprawdę, im szybciej, tym lepiej. Sprawa jest cholernie poważna.

– Co się stało, Willard? – zapytał Ed. – Pędziłeś tu jak szaleniec.

– Przepraszam, Ed. Ale naprawdę muszę ci natychmiast coś pokazać.

– Czy coś się stało? Ktoś jest ranny?

– Cholera, można to nazwać swojego rodzaju wypadkiem, ale nie ośmielę się go w żaden sposób sklasyfikować. Jeśli chodzi o ofiary, to pierwszą z nich będziesz z pewnością ty.

– No dobrze. – Ed uniósł rękę i skinął na jednego z pracowników technicznych, który właśnie czyścił przed garażem pompę olejową. Mężczyzna odłożył narzędzia i ruszył przed dziedziniec, wycierając brudne ręce o nogawki poplamionych drelichowych spodni.

– Pan mnie wołał, panie Hardesty?

– Tak, Ben. Bardzo cię proszę, zabierz to siodło do domu i przypilnuj, żeby zawiesili je na właściwym miejscu. I powiedz pani Hardesty, że zapewne spóźnię się o pół godziny.

– Zrobione, panie Hardesty.

Ed nie zdążył jeszcze wspiąć się na siedzenie dla pasażera, gdy Willard zapalił silnik. Szerokim łukiem objechali dziedziniec i skierowali się do północno-zachodniej bramy, pędząc wzdłuż stajni, garaży i płotu wymalowanego białą farbą.

Radio w jeepie grało akurat Coward of the Country Kenny’ego Rogersa. Dźwięki piosenki z trudem przebijały się przez warkot motoru. Ed wyłączył muzykę.

– Powiesz mi wreszcie, co się stało? – zapytał Willarda.

Willard spojrzał na niego. Jechali szeroką piaszczystą drogą, prowadzącą wzdłuż pięknego zagajnika wysokich hikorii, aż dotarli do liczącego dwadzieścia trzy tysiące akrów obszaru, na którym rozciągały się pola pszenicy, obejmujące północną część South Burlington. Słońce niemalże całe skryło się już za horyzontem i nad dojrzewającą pszenicą skrzył się ostatni karmazynowy promień, nadając jej niesamowitą, nienaturalną barwę.

– Nie wiem – odparł Willard niepewnie. – Najlepiej będzie, jak sam to zobaczysz. Myślę, że nie mam wystarczających kompetencji, aby to osądzić.

– Ty nie masz kompetencji? To kto je ma mieć, ja? – zdziwił się Ed. – Zajmujesz się zbożami od prawie czterdziestu lat, podczas gdy ja przez niemal cały ten czas siedziałem na dupie w biurze w Nowym Jorku i doradzałem starszym paniom, w jaki sposób najlepiej mogą zabezpieczyć swoje dolary, uciułane na czarną godzinę.

Willard przez chwilę zastanawiał się, po czym wzruszył ramionami.

– Mogę ci jedynie powiedzieć, że jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego; mało – nie słyszałem o czymś takim. Nie proszę cię, żebyś na to spojrzał, dlatego że mam nadzieję, iż potrafisz ocenić, co to takiego. Jestem pewien, że nie potrafisz. Chcę, żebyś to zobaczył, ponieważ to jest twoja farma.

– Chodzi o tegoroczne zbiory?

Willard pokiwał głową.

– Nawet nie potrafię tego opisać, Ed. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Naprawdę. Od czterdziestu lat, czyli od początku.

Jeep pędził wśród płaskiego, powoli szarzejącego krajobrazu. Zbliżała się noc. Niebo przybierało coraz ciemniejszą barwę, począwszy od kwiecistego koloru jasnoczerwonej róży, poprzez zimny błękit, aby wreszcie zatrzymać się na ciemnym, ciężkim granacie. Nad horyzontem pojawił się kremowy księżyc. Ed siedział w milczeniu na swoim siedzeniu, z rękami założonymi za głową, i obserwował przesuwające się powoli przed nim pola.

Jego pola. Ciągle jeszcze nie bardzo w to wierzył. Myśl, że rzeczywiście jest właścicielem osiemdziesięciu pięciu tysięcy akrów South Burlington Farm – myśl, że każdy skrawek ziemi, każdy pyłek kurzu w promieniu dziesięciu mil jest jego osobistą własnością – ciągle jeszcze zdawała się niedorzecznym snem.

South Burlington, jak się zdawało, od zawsze należała do jego ojca. Utrwaliło się to, gdyż był jej właścicielem i jej najbardziej oddanym pracownikiem, harującym tu od świtu do nocy. Każda kropla potu z jego ciała oddana została tej ziemi. Każdy ból – jej poświęcony. Ojciec Eda, Dan Hardesty, był niskim, krępym, stanowczym człowiekiem. Nie był ani odrobinę przystojny i ciągle chodził w brudnych, poprzecieranych levisach. Potęgę swej farmy zbudował dzięki gwałtownej (mawiano: agresywnej) mechanizacji, sprytnemu handlowi i bezlitosnemu wykupywaniu sąsiednich posiadłości, kiedy tylko się dało. Również dzięki temu, że nigdy nie sypiał dłużej niż cztery godziny na dobę.

Dla Eda, jego matki i starszego brata, Michaela, ojciec był człowiekiem nieśmiertelnym i niezniszczalnym. Aż do momentu, gdy ostatniego lata, w pełni żniw, ojciec osunął się niespodziewanie na ziemię, na swoim polu, pod pięknym, bezchmurnym niebem koloru gotującego się atramentu. Wówczas rodzina zrozumiała, że starszy pan nie będzie przecież żył wiecznie. Zaledwie tygodnie, jeśli nie dni, dzieliły od śmierci Dana Hardesty’ego, założyciela South Burlington Farm, najbogatszego człowieka w Kingman County, w stanie Kansas. Ktoś musiał przejąć po nim wszystko to, co zbudował przez tyle lat.

Michael, równie gwałtowny i dumny jak jego ojciec, był jego prawnym następcą i on dziedziczył farmę. Już jako nastolatek spędzał wiele czasu, ucząc się wszystkiego, co się dało, na temat hodowli i upraw. To jego młodzieńczy upór przyczynił się do skomputeryzowania farmy. Ed, wysoki i żylasty, wiecznie zamyślony, z niechęcią patrzył na wszystko, co było związane z rolnictwem. Chciał jak najszybciej uciec – z farmy, z Kingman County, a nawet ze stanu. W latach władzy Kennedy’ego i Johnsona, w okresie dzieci-kwiatów i Wietnamu, Ed wstąpił na Kansas University w Manhattanie, w stanie Kansas, i studiował ekonomię. Następnie uzupełniał wykształcenie w Columbia Business College i w końcu wylądował w Nowym Jorku, gdzie znalazł pracę w modnej wówczas korporacji kapitałowej o nazwie Blyth, Thalberg & Wong.

Ed nie lubił farmy już jako mały chłopiec. Być może jedyną tego przyczyną była świadomość, że farma nigdy nie będzie należała do niego. Ale mogły być i inne przyczyny: farma zawsze kojarzyła się z kurzem i gorącem oraz wymagającym, nie znoszącym sprzeciwu ojcem, równie stanowczym wobec niego, jak i wobec jego matki. Ojciec ćwiczył go, wypróbowywał ciągle, a może raz na zawsze pragnął go złamać? Zawsze, gdy Ed próbował wymknąć się niepostrzeżenie na randkę z którąś z dziewczyn z okolicznych gospodarstw, ojciec przydybywał go już na bramie, wynajdując jakąś pracę, która wyniknęła w ostatniej chwili i musiała być koniecznie natychmiast wykonywana; a to poskładanie worków, a to – innym razem – dokładne zamiecenie dziedzińca, tak że jeśli do dziewczyny mimo wszystko docierał, zawsze był przynajmniej godzinę spóźniony, spocony, potargany, a wymięte ubranie wisiało na nim jak na strachu na wróble. Tak przynajmniej nazwała go pewna piękna, ale bardzo złośliwa dziewczyna z sąsiedztwa. Strach na wróble.

Jednak na dzień przed pogrzebem Dana Hardesty’ego, kiedy cała rodzina była już z powagą zgromadzona na farmie, aby wkrótce towarzyszyć w ostatniej drodze człowiekowi, który tak znacznie przyczynił się do ich dobrobytu, całe życie Eda wywróciło się do góry nogami. Późnym popołudniem tego dnia Michael musiał jeszcze pojechać do banku, do Wichita, aby załatwić niecierpiące zwłoki sprawy. W drodze powrotnej, krótko po północy, na drodze numer 54 próbował wyprzedzić ciężarówkę. Działo się to niedaleko mostu nad South Ninnescah River. Niestety, nie zauważył w gęstej mgle innego samochodu nadjeżdżającego z przeciwka. Patrol policji ocenił, że łączna szybkość pojazdów, między którymi doszło do czołowego zderzenia, wynosiła 125 mil na godzinę.

Henry Pollock, wieloletni, niezastąpiony księgowy rodziny, po pogrzebie wziął Eda na stronę i powiedział:

– Synu, jeśli pragniesz South Burlington, jest twoja. Powiedz tylko słowo.

Pamiętał, jak spojrzał wówczas uważnie na Season, która stała lekko z boku, nie chcąc mieszać się z tłumem wszelkich babć, ciotek, wujków, kuzynów itp. W czarnym kostiumie i czarnym welonie wyglądała jak elegancki, piękny kruk. I pamiętał, co właśnie wtedy pomyślał: „Wie, że Pollock właśnie oferuje mi farmę, i wie, że nie mam wyboru, muszę powiedzieć – tak. Dlaczego więc nie podchodzi do mnie, dlaczego mi tego nie chce ułatwić? Dlaczego nie weźmie mnie pod rękę i nie powie – w porządku Ed, zrób to. To teraz twoja farma”.

Teraz już wiedział, dlaczego wówczas do niego nie podeszła. Wiedział, jadąc w jeepie obok Willarda drogą wśród pól, na których dumnie stały blade łany dojrzałej pszenicy.

Willard zapalił światła drogowe.

– Najgorsze miejsca znajdują się jakieś pół mili przed nami, po lewej stronie. Masz coś przeciwko temu, że przejadę na przełaj przez pole?

– Skoro musisz… – odparł Ed. Jego ojciec zawsze wpadał w furię, gdy odkrywał ślady kół na zasianym polu. Ed próbował podtrzymywać stanowczy zakaz wjeżdżania na wszelkie zasiewy. Farmą taką jak South Burlington można było rządzić tylko w jeden sposób: trzymać wszystkich krótko, raz podjętych decyzji nie zmieniać i pilnować ich dokładnego wykonywania. Teraz po raz pierwszy musiał jedną z nich uchylić. Siedział więc niezbyt zadowolony w samochodzie, podczas gdy Willard zjeżdżał z drogi i taranował wysokie, ciężkie kłosy.

– Ed, nie robię tego z przyjemnością, wierz mi – powiedział Willard, wyczuwając nastrój swojego pracodawcy.

Ed nie odpowiedział. Przez chwilę w samochodzie słychać było jedynie cichy szum silnika, szelest zboża uderzającego o blachę karoserii i – od czasu do czasu – uderzenie ćmy o szybę jeepa. Ed pomyślał, że jeżeli można by wjechać samochodem do oceanu, właśnie tak wyglądałaby podróż.

Willard uniósł się lekko i uważnie wpatrując się w przednią szybę, starał się określić, w którym miejscu się znajdują. Wkrótce w półmroku ukazał się biały, fosforyzujący trójkąt, umieszczony na długim drzewcu. Willard wykonał lekki skręt i zatrzymał się przy nim. Po chwili obaj z Edem wyskoczyli z samochodu na ciepłą, wietrzną noc.

– Dzień dobry, panie Hardesty – z mroku wyłonił się jakiś człowiek. – Cieszę się, że pan tu dotarł tak szybko.

– Cześć, Jack – powiedział Ed. – Willard złapał mnie w drodze na kolację. Co tu się dzieje?

Jack Marowitz był jednym z najważniejszych pracowników farmy. Był młody – miał zaledwie dwadzieścia osiem lat – ale wiedza w dziedzinie agrochemii, automatyzacji i technik komputerowych, jaką nabył w University of Science and Technology stanu Iowa, była przeogromna. To Jack odpowiadał za to, aby wszystko to, co rosło na polach, rosło w optymalnych warunkach, zostało w odpowiedniej chwili zebrane i dostarczone we właściwe miejsce we właściwym momencie. Jack potrafił zaplanować uprzątnięcie zboża z dziesięciu tysięcy hektarów z aptekarską dokładnością.

Był cichy, można by powiedzieć, że nieśmiały. Miał brzydkie, rzadkie, grube, brązowe włosy i nosił okulary o soczewkach tak grubych, że przypominały denka od butelek po coca-coli. Ed bardzo go jednak lubił, ponieważ chłopak nigdy dużo nie gadał, a swoją robotę wykonywał doskonale.

Jack wziął teraz do ręki gruby kłos pszenicy i skierował na niego światło latarki.

– Co o tym sądzisz? – zapytał Eda. Ed uważnie popatrzył na kłos, a następnie szturchnął go palcem.

– Jest zgniłe – powiedział. – Cholera, cały kłos jest zgniły.

Kłos był prawie zupełnie czarny i czarne było każde ziarenko w nim, nadżarte przez jakiegoś pasożyta. Ed odebrał go Jackowi i powąchał. Wyczuł wyraźnie kwaśny odór, przywodzący na myśl zacier whisky.

– Zdaje się, że to jakaś śnieć. Nie mam pojęcia, jakiego rodzaju – powiedział Jack. – Co to za zaraza? Skąd się wzięła? Z całą pewnością nie jest to rdza zbożowa ani, cholera, żaden sztuczny osad.

Ed podniósł głowę i rozejrzał się dookoła.

– Jaki obszar jest tym dotknięty? – zapytał. – Czy można to zlokalizować? Może to tylko kwestia gleby? Może część siewu była już zarażona?

– No cóż, w tym właśnie tkwi problem – odpowiedział mu Willard. – I dlatego chciałem, żebyś tu jak najszybciej przyjechał. W tej chwili zgnilizna pokrywa obszar około pięciu akrów, ale przez cały czas się rozszerza.

Ed wziął latarkę od Jacka i wszedł kilka kroków głębiej w pszenicę. Krótkimi, nerwowymi ruchami oświetlał kolejne kłosy. Gdzie nie spojrzał, widział to samo. Kłosy pszenicy zwisały ociężale na łodygach. Wszystkie były ciemnobrązowe. W powietrzu unosił się kwaśny odór, a zarażone pole oświetlał blady księżyc. Ed odniósł wrażenie, jakby nagle, w jednym momencie, świat zmienił się nieodwracalnie i nigdy już nie miał powrócić do poprzedniego stanu.

– Czy nigdy dotąd nie widziałeś czegoś takiego? – zapytał Jacka, powracając w kierunku Jeepa.

– Niestety nie. A uwierz mi, Ed, widywałem różne zarazy, nawet te najrzadziej występujące, najbardziej unikalne.

– Kiedy to odkryłeś?

– To ja ujrzałem to około drugiej po południu – pośpieszył z odpowiedzią Willard. – Właśnie planowaliśmy porządek żniw. Stałem na dachu jeepa, rozglądałem się, gdzie pszenica jest najbardziej wyległa; wiesz, że mieliśmy ostatnio cholerne wiatry – i nagle ujrzałem ciemną plamę na polu. Z początku pomyślałem, że to tylko cień rzucony przez chmurę. Ale ta plama nie poruszała się, podczas gdy inne – tak. Od razu zrozumiałem, że coś jest nie tak, jak być powinno.

– O drugiej po południu? Jest dopiero ósma. Jak szybko to się rozszerza?

Jack odchrząknął niepewnie.

– O drugiej po południu zaraza obejmowała dwa albo trzy akry.

– Żartujesz? To znaczy, że kolejne dwa akry zostały zniszczone w ciągu sześciu godzin. To szaleństwo!

Twarzy Willarda nie można było dojrzeć w mroku. Ale z tonu jego głosu Ed wywnioskował, że jest bardzo zdenerwowany.

– Niestety, to prawda – powiedział. – Ed, nie zrobiliśmy jeszcze dokładnych pomiarów ani niczego takiego. Ale zdaje się, że to prze przez pszenicę jak, powiedzmy, ogień przenoszony łagodnym wiatrem.

Ed stał przez chwilę w milczeniu, z ręką na ustach, wpatrując się tępo w ciemną plamę na środku jego pola. Skoro zaraza rozprzestrzeniała się w tempie dwóch akrów na sześć godzin, znaczyło to, że w ciągu dnia, w najlepszym przypadku, pożre sześć akrów. Jednak zarażony obszar powiększał się, zwiększać się więc będzie prędkość, z jaką ulegać będą zarazie następne połacie pola. Willard bez wątpienia miał rację. To idzie naprzód jak ogień.

– Wsiądźmy do jeepa – odezwał się w końcu. – Okrążymy zarażony obszar i przynajmniej będziemy wiedzieli, jak wielki problem mamy w tej chwili na głowach. Chcę ujrzeć tę zarazę w akcji. Chcę widzieć, że to się rzeczywiście rozszerza.

Wsiedli do samochodu i Willard przekręcił kluczyk w stacyjce.

– Przejeżdżaj tylko przez niezarażoną pszenicę. Jeśli to jest jakiś rodzaj grzyba, nie bardzo chcę, żeby opony jeepa rozsiały go po całej farmie.

Willard skinął głową i pojechał kilka stóp do tyłu, zanim ruszył przed siebie powoli, szerokim kołem okrążając skraj brunatnej pszenicy. Ed sięgnął do kieszeni swojej czerwonej koszuli i wyciągnął paczkę małych cygar. Jedno znich wetknął sobie do ust, nie częstując nim współpasażerów. Wiedział, że ani Willard, ani Jack nie palą; Willard raczej znany był z tego, że czasami nieco przesadzał, gdy dorwał się do butelki dobrej whisky.

– To musi być jakiś rodzaj grzyba rozsiewanego przez wiatr – Jack przerwał ciszę. – W innym przypadku nie przenosiłby się tak cholernie szybko. Jedyne pytanie brzmi: dlaczego, do cholery, pojawił się właśnie tutaj? I skąd to cholerstwo tutaj przyleciało?

– Czy miałeś informacje z innych części farmy na ten temat? – zapytał Ed.

– Jak dotąd nie. Ale praktycznie przez cały dzień nie można było się skomunikować. Moje walkie-talkie nawalało przez cały dzień i właśnie dziś rano oddałem je do naprawy.

– Myślę, że najlepiej będzie, jeśli jutro o świcie wsiądziemy w helikopter i rozejrzymy się po polach – stwierdził Ed. – Jeśli to się rozszerza tak szybko, jak mówisz, będziemy w stanie zebrać tylko połowę zasiewów, oby nie mniej.

Odwrócił się do Jacka, który siedział z tyłu. Jack posłał mu słaby, niepewny uśmiech, jakby cała ta zaraza spowodowana została przez niego.

– Wziąłeś jakieś próbki, mam nadzieję? – zapytał Ed.

Jack skinął głową.

– Zebrałem ze dwadzieścia, trzydzieści kłosów, kiedy Willard popędził, aby pana tu przywieźć. Zostawię sobie kilka i spróbuję przeprowadzić jakieś analizy, a resztę przekażę doktorowi Bensonowi ze Stanowego Laboratorium Rolniczego.

– Myślisz, że Benson będzie zdolny do stwierdzenia, co to jest?

– Jeśli nie on, to nikt inny. Facet jest trochę ekscentryczny, ale jeśli chodzi o pracę, to nie można mu niczego zarzucić. Jest najlepszy.

– W porządku. – Ed pokiwał głową. – Ale nie chcę czekać tygodnia, zanim facet odrzuci wszystkie swoje wariackie teorie i dojdzie do rzeczywistej przyczyny zarazy. Pamiętasz, tak było ostatnio z tym dodatkiem do nawozu.

– Powiem mu, że nam się bardzo śpieszy.

– Powiedz mu też, żeby nie pił, kiedy pracuje.

– Jasne.

Dotarli do szczytu lekkiego wzniesienia i teraz spoglądali w świetle bladego księżyca na rozciągający się przed nimi pięciomilowy pas pszenicy, ciągnący się aż do granicy South Burlington Farm, do brzegu Mystic River, będącego granicą farmy. Niedaleko Mystic River wpadała do South River, a ta z kolei kończyła swój bieg w South Ninnescah. Gdy do Eda dotarło znaczenie tego, co zobaczył, poczuł, jak cierpnie mu skóra na plecach. Rdza wyraźnie była widoczna na srebrnych łanach zboża. Brunatny pas szeroki był co najmniej na milę, odchodził na milę w bok na wschód, a na zachodzie jego gra-nica znajdowała się tak daleko, że była niewidoczna.

Ed dotknął ramienia Willarda i szepnął:

– Zatrzymaj samochód.

Kiedy jeep stanął, Ed wyskoczył na pole i stanął bez ruchu w pszenicy. Patrzył na nią tępym wzrokiem, jak człowiek, który jest świadkiem potwornego wypadku i nie ma możliwości złagodzić jego skutków.

Willard i Jack patrzyli, jak Ed klęka i uważnie bada rosnącą wokół niego pszenicę. Niektóre kłosy były brązowe, niektóre wciąż jeszcze czyste. Lecz kłosy ciemniały w oczach. Niewiarygodne, ale w przeciągu minut rdzą zachodziły nawet te, które Ed trzymał akurat w rękach.

Ed powstał z kolan, stał jeszcze przez chwilę na polu, po czym wrócił do jeepa.

– Posłuchaj, a może wypalimy ziemię wokół zarażonych obszarów? – powiedział do Willarda. – Może powinniśmy je odizolować?

– Powinniśmy spróbować – stwierdził Willard. – W takim razie wróćmy na farmę i ściągnijmy tu trochę ludzi.

– Nie – odezwał się Jack. – Jeśli zaraza przenoszona jest przez wiatr, a myślę, że tak właśnie jest, żadne wypalanie nic nie pomoże. Wiatr jest dzisiaj porywisty i dość zmienny, od zachodniego po północno-zachodni. Sądzę, że rozsieje grzyba na całej farmie, zanim zrobimy coś rozsądnego.

Ed popatrzył na niego uważnie.

– A masz jakiś lepszy pomysł? – zapytał. Starał się panować nad swoim głosem, ale było to bardzo trudne. Ojciec uczył go, że zawsze lepiej jest coś zrobić, niż nie robić nic. A Jack właśnie to sugerował. Usiąść na dupie i czekać na wyniki testów laboratoryjnych. A tymczasem całe osiemdziesiąt pięć tysięcy akrów pszenicy dookoła może sczernieć.

– Wydaje mi się, że powinniśmy czymś to obsypać. Proponuję D-24, to powinno być dobre – powiedział Jack.

– Tak, tak, a znasz samobójcę, który wsiądzie w samolot w nocy? Poza tym, co powiesz władzom, gdy wyda się, że w naszej pszenicy jest dziesięć procent środka grzybobójczego więcej niż u innych? Z równym powodzeniem moglibyśmy od razu podpalić to wszystko albo pozwolić temu sczeznąć!

– Ed, proszę cię, nie denerwuj się, nie pora na to – powiedział Willard łagodnie. – Spróbujemy wszelkich sposobów, jakie nam zlecisz. Jednak najlepiej będzie, jeżeli poczekamy do rana. Nawet jeśli dopiero wtedy przystąpimy do działań, nie zmieni to specjalnie globalnej wartości tego, co stracimy. A wydaje mi się, że aby przedsięwziąć jakąś akcję, powinniśmy przede wszystkim wiedzieć, z czym walczymy.

– A jeśli nikt tego nie rozpozna? Nawet ty, Jack, albo twój ekscentryczny doktor Benson?

Willard nerwowo pociągnął za swoje wąsy.

– Kto, jeśli nie oni? Wiesz, Ed, ja im ufam. Poza tym zbyt wiele życia spędziłem na South Burlington Farm, aby teraz spokojnie patrzeć, jak zbiory całego roku trafia szlag i Jack najlepiej o tym wie. Prawda, Jack?

– Opanujemy sytuację, nie martw się – odparł Jack. – Wiem, że sytuacja jest cholernie poważna, ale nie wpadajmy w panikę. Jak tylko znajdę się u siebie, usiądę nad tym zgniłym zbożem. A rano, jak tylko się obudzę, wyślę Kerry’ego do Wichita z próbkami.

Ed spojrzał jeszcze raz na rozciągające się przed nim łany zgniłej pszenicy.

– Naprawdę uważasz, że ogień nic tu nie pomoże? – zapytał Jacka cicho, jakby mówił sam do siebie.

– Tak, tak uważam – stwierdził Jack. – Straciłby pan wiele energii, siły ludzkiej i pieniędzy na próżno.

Ed zamknął oczy.

– A więc, zgoda – powiedział. – Wracajmy. Zatelefonuję do Charliego Warburga i wybadam go, czy będziemy mogli starać się o jakieś odszkodowanie za to, co stracimy. Myślę, że powinienem też poinformować Henry’ego Pollocka.

Pojechali z powrotem w kierunku drogi. Księżyc stał coraz wyżej, a światło, którym zalewał South Burlington Farm, było zimne, jakby sztuczne. Ed wypalił do połowy kolejne cygaro, po czym zdusił je w popielniczce. Nikt z osób pracujących na farmie nigdy nie wyrzucał niedopałków przez okno samochodu.

Zbliżając się do zabudowań, widzieli rzędy jasno oświetlonych okien w budynkach mieszkalnych i gospodarczych, co świadczyło o tym, że wszystkie maszyny i pojazdy są czyszczone, naprawiane i tankowane, a Season Hardesty czeka na swojego męża z kolacją.

Willard zatrzymał jeepa na asfaltowym dziedzińcu.

– Później do ciebie zadzwonię – powiedział do Eda. – Gdzieś około jedenastej. Jestem ciekaw, co Charlie będzie miał do powiedzenia.

– W porządku. – Ed skinął głową i odwrócił się do Jacka. – Ty też do mnie zadzwoń. Natychmiast, jak będziesz cokolwiek wiedział lub nawet coś nowego przypuszczał na temat tej zarazy. Zresztą, zatelefonuj nawet wtedy, gdy stwierdzisz, że zadanie cię przerasta.

– Zatelefonuję, nie martw się – odparł Jack.

– Cokolwiek się wydarzy – powiedział Ed – chciałbym, abyśmy spotkali się tutaj o szóstej rano. Ściągnijcie Dysona Kane’a z helikopterem, chyba nie jest jeszcze za późno. W czwórkę przelecimy nad całymi zasiewami.

– W porządku – powiedział Willard.

Ed wysiadł z jeepa i zatrzasnął za sobą drzwi. Przez chwilę patrzył jeszcze na Jacka, po czym powiedział:

– Powodzenia.

Willard zwolnił ręczny hamulec i ruszył w kierunku bramy. Ed spoglądał jeszcze przez chwilę, jak tylne czerwone światła jeepa znikają wśród kurzu drogi prowadzącej w kierunku wschodnim. Następnie odwrócił się i wolno zaczął iść w kierunku domu. Wkroczył na werandę i otworzył frontowe drzwi.

Ciąg dalszy w wersji pełnej